Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Evandra Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Evandra Lestrange   16.07.15 16:51


Evandra Cosette Rosier (z d. Lestrange)

Data urodzenia: 13 XII 1932 r.
Nazwisko matki: brak
Miejsce zamieszkania: Wyspa Wight
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogata
Zawód: alchemiczka w Mungu na oddziale urazów magizoologicznych
Wzrost: 165cm
Waga: 50kg
Kolor włosów: blond
Kolor oczu: niebieskie
Znaki szczególne: brak


Córka Eviana Lestrange’a, kompozytora pracującego w operze i Aimée, pracującej tam swego czasu wili. Przybrana siostra Caesara, syna z pierwszego małżeństwa Eviana.
Urodzona zimą 1932 r., w ich rodzinnej posiadłości na wyspie Wight. Po czarownej, charyzmatycznej matce odziedziczyła silny, melodyjny głos, zaś po ojcu zamiłowanie do muzyki. Od najmłodszych lat pobierała nauki francuskiego, gry na harfie i śpiewu, wolny czas dzieląc między starszego brata oraz długie spacery po wybrzeżu. Wszyscy zachwycali się tą małą, uroczą blondyneczką, skupiając się na nieprzeciętnej urodzie czy talencie, pomijając zaś wile humorki, jednak niezaprzeczalnie już za młodu począł objawiać się jej charakter – żywy, impulsywny, wymagający. Tak samo objawiał się talent magiczny dziewczynki, często, gwałtownie i niepodziewanie,  lecz przypisywano to jedynie najczystszej magii płynącej w żyłach rodzicielki. Najbliższa rodzina nierzadko żartowała z licznych wybuchów i dziecięcych dąsów, nadal dostrzegając głównie anielską, urodziwą twarzyczkę. Zaś pod tą maską skrywało się wrażliwe, delikatne, lecz ogniste serce, skrywała się również chęć docenienia za osiągnięcia, pasje, inicjatywy, nie zaś powierzchowność, którą dostała za darmo, której nie zawdzięczała sobie – tego jednak przez długie lata nie potrafiła nazwać, na przemian uciekając przed oceną lub stawiając sobie poprzeczkę coraz wyżej. Towarzystwo wiele starszego Caesara również nie pozostało bez wpływu na jej rozwój; nim jeszcze poszła do szkoły, była nad wyraz dojrzała i oczytana, doskonale obeznana ze swymi przyszłymi obowiązkami oraz powinnościami wynikającymi ze statusu jej szlachetnej krwi. Również dzięki Caesarowi poznała starszych Ślizgonów, którzy nie mieli oporów przed wyrażaniem swych przekonań na głos – ani nazywaniem tajemniczego Toma Riddle’a objawieniem, bliskim przyjacielem, tym, który ich poprowadzi. Wtedy nie rozumiała jeszcze, co mają na myśli, dlaczego zachwycają się jakimś czarodziejem, który pojawił się znikąd, którego nie poznali na licznych spotkaniach arystokracji. Wiedziała jednak, że był prefektem, wzorowym uczniem, do tego otrzymał odznaczenie za specjalne zasługi dla szkoły – to wystarczyło, by utkwił w jej pamięci na dłużej, z biegiem czasu urastając do rangi tego, o którym Caesar nie mówi jej całej prawdy.
Dopiero gdy miała dziesięć lat, po jednym z silniejszych ataków niejednoznacznych objawów chorobowych uzdrowicielom udało się zdiagnozować u niej Serpentynę – dolegliwość o podłożu genetycznym, nieuleczalną i śmiertelną. Oprócz lęku o zdrowie, którego – mimo wszelkich bogactw i niezachwianej pozycji – nie mogli jej kupić, lękali się również o przyszły byt córki. Wszak czy uda jej się zawrzeć dobre małżeństwo, gdy inni dowiedzą się o jej ułomności, o atakach, o problemach z donoszeniem dziecka...? W trosce o przyszłość, rodzice zakazali Evandrze mówić o swojej chorobie komukolwiek, dołożyli przy tym wszelkich starań, by jej eliksiry wzmacniające przygotowywali najlepsi alchemicy, a kontroli dokonywali najznamienitsi z magomedyków.
Mimo społecznych niepokojów – oraz silnych wpływów szlamolubnego Albusa Dumbledore’a na dyrekcję – Evandra została posłana do szkockiego Hogwartu, również w obawie przed wypuszczeniem jej poza granice Wysp Brytyjskich. Choć ledwie dwa lata wcześniej wielu studentów zostało rannych w przedziwnych okolicznościach, a wśród arystokratycznych rodów mówiło się o znalezieniu w szkole diabloniebezpiecznej akromantuli, rodzice nadal uważali to za lepsze, bezpieczniejsze rozwiązanie – poza tym, przynajmniej na początku, mogła liczyć na protekcję przygotowującego się do Owutemów brata. Oraz jego kolegów, którzy – ze względu na niego lub jej dziewczęcy urok – traktowali Evandrę równie opiekuńczo.
Podobnie do Caesara, choć nie bez wątpliwości, została przydzielona do Slytherinu, gdy Tiara dostrzegła jej rozbuchane, dominujące nad wszystkim innym ambicje. Dominujące nawet nad niezwykle silnym pragnieniem wiedzy czy wrażliwym, pełnym silnych emocji sercem. W Domu Węża odnalazła się bez problemu – wszak otaczali ją młodzi czarodzieje wychowywani w podobnym duchu, o podobnych wartościach, którzy szanowali ją z uwagi na nazwisko, a później również i wybitne oceny czy występy arystyczne. Nie zaspokajały jej same osiągnięcia naukowe – choć nie mogła na nie narzekać, na dalszych latach dostając się do elitarnego Klubu Ślimaka, w końcu zostając również prefektem – wszak od najmłodszych lat wychowywała się w uwielbieniu dla sztuki, wśród dyrygenta, śpiewaczki i równie muzykalnego brata, toteż Evandra podczas pobytu w Hogwarcie zaangażowała się w działalność szkolnego chóru oraz działającego jeszcze wtedy kółka aktorskiego, prędko zyskując sobie najlepsze role czy otrzymując propozycje wykonywania partii solowych. Lata mijały, zaś młodziutka Lestrange powoli wyrastała na coraz to piękniejszą kobietę, dziedzicząc po matce nieodparty urok i czar godny prawdziwej wili. To jednak, paradoksalnie, nie pomagało jej w osiąganiu swych celów – nawet niektórzy belfrowie patrzyli na nią łągodniej, nie mogąc oprzeć się wrodzonemu wdziękowi, zaś jej wcale nie zależało na taryfie ulgowej. Chęć udowodnienia wszystkim, że jej intelekt oraz osobowość zasługują na większą uwagę niż wygląd wcale nie zelżała, wprost przeciwnie – z roku na rok tylko przybierała na sile. Jeszcze gorzej sprawy miały się w przypadku rówieśników; Evandra irytowała się, gdy zaczepiali ją kolejni młodzieńcy, irytowała się jeszcze bardziej, gdy nie rozumieli odmowy. Już wtedy utraciła wiarę, by którykolwiek mógł dostrzec w niej coś więcej, spojrzeć na nią jak na człowieka z krwi i kości, dobrą towarzyszkę rozmów, nie zaś jak na przedmiot – przyjemny dla oka, stworzony do posiadania. Również z tego powodu Evandra była obiektem wielu niewybrednych plotek powodowanych zazdrością lub urażoną dumą. I choć otwarcie nie wdawała się w żadne konflikty, nie chcąc rujnować w oczach nauczycieli swej wzrowej opinii, to po cichu nie szczędziła sobie licznych uszczypliwości, do zemsty wykorzystując również przywileje prefekta. Na otwarte przeżywanie emocji, to znaczy dosyć ekspresyjne wybuchy gniewu, pozwalała sobie jedynie w odpowiednich ku temu warunkach – w Pokoju Wspólnym, na opustoszałych błoniach, w domu.
Już od piątego roku wiedziała, że, mimo sprzeciwu rodziców, uda się na kurs uzdrowicielski. Bynajmniej nie z chęci pomocy innym – zależało jej jedynie na uznaniu, które niesie ze sobą ukończenie takiego szkolenia, a następnie zatrudnienie w Mungu na jakimś wyższym stanowisku lub kontynuowanie kariery naukowej. Czy wtedy ktokolwiek próbowałby podważać jej kompetencje? Ktokolwiek wątpiłby w siłę jej rozumu? Przykładnie przygotowywała się do SUMów, każdą wolną chwilę spędzając w szkolnej bibliotece, nie dopuszczając do siebie myśli, by mogło jej się nie udać, by jakikolwiek prowadzący mógłby nie przyjąć jej na kontynujacje wybranych kursów. Kilka razy wylądowała w Skrzydle Szpitalnym, oficjalnie z powodu nagłego omdlenia spowodowanego przemęczeniem,  zszarganych nerwów – jednak to znów Serpentyna dawała o sobie znać, szczególnie groźna w okresie wzmożonego stresu. Regularnie dostawała z domu listy, którymi matka próbowała nakłonić ją do zmiany raz powziętej decyzji, a w końcu nawet histerycznie nakazywała jej skupić się na śpiewie, tańcu, sztuce – czymkolwiek, co byłoby ładniejsze, odpowiedniejsze i mniej stresujące. Mimo tego Evandra osiągnęła swój cel – przez kolejne dwa lata mogła kontynuować naukę eliksirów, zielarstwa, zaklęć, transmutacji oraz opieki nad magicznymi stworzeniami. Już wtedy prenumerowała liczne czasopisma naukowe, narażając się na brak zrozumienia koleżanek z dormitorium; w końcu były jeszcze młode, na co jej to, po co? Czy nie powinna raczej skupić się na swatach? Szósty rok był również czasem, gdy, na wieść o zaręczynach Caesara z Rosierówną, odczuła swego rodzaju ból, a jej serce zaczęła przepełniać zazdrość – wszak skąd mogła wiedzieć, jak będą wyglądać ich relacje, kiedy w życiu brata pojawi się żona? Bała się, że utraci jego uwagę, że braknie mu czasu na opiekowanie się młodszą siostrą – w końcu miał dorosnąć, zostać głową rodziny, mężem, ojcem i... i Merlin wie, kim jeszcze. Ze skrywanym lękiem oczekiwała ceremoni zaślubin, kontaktując się z bratem najczęściej jak tylko mogła; chętnie słuchała o Marianne, by jak najtrafniej ocenić zagrożenie. Już samo to, że Caesar podobno ją kochał... Evandra drżała na samą myśl, nawet przed sobą bojąc się przyznać, że tak naprawdę zżera ją zazdrość. Zazdrość, że znalazł ją, nim rodzina postanowiła zeswatać go z jakąś głupią, lecz bogatą szlachcianką. Zazdrość, że mógł podjąć decyzję samodzielnie, a w końcu zazdrość, że wyrwał się poza ten paskudny, wpisany w ich rodowód schemat i poczuł coś, zakochał się, do nadchodzącej ceremonii przygotowując się z nadzieją i radością...
W przeciwieństwie do niej – choć propozycja zostania druhną schlebiała jej, choć wiedziała, że nie zdradzi się nawet najmniejszym gestem ze swą niechęcią, to obowiązek pomagania Marianne rozniecał w niej wszystko co najgorsze – zaborczość, poczucie niesprawiedliwości, bunt przeciwko swemu wilemu dziedzictwu. W reakcji na te niewesołe wieści, w akcie niewysłowionej desperacji postanowiła dać szansę jednemu ze starających się o nią młodzieńców, starszemu o rok graczowi Qudditcha, również ślizgonowi – dosyć powiedzieć, że tych kilka spotkań, które odbyli, odstraszyło ją od mężczyzn jeszcze bardziej.
Piękna, elegancka ceremonia, która w końcu nadeszła, wcale nie podniosła jej na duchu – para młoda wyglądała na szczęśliwą, zbyt szczęśliwą, zaś ona, jako młodsza siostra Caesara, do tego druhna, nie mogła wymówić się gorszym samopoczuciem lub wydumanymi problemami zdrowotnymi. Dzielnie trwała u ich boku, kornie reprezentując ród Lestrange’ów, choć była w mniejszości, otoczona kolejnymi dwiema Rosierównami, na dodatek ubranymi w takie same suknie; pocieszała się jedynie tym, że wyglądała najlepiej. Była to jednak marna pociecha, skoro ciągle miała przed oczami tę, która ukradła jej brata oraz tego, który postanowił ją opuścić, osamotnić, a przy tym spełnić jej marzenie. Pech chciał, że również ten urodziwy, nieznajomy młodzieniec, który zwrócił jej uwagę, okazał się bratem Marianne, na dodatek – bratem o dosyć nieciekawej reputacji. Gdyby tylko wiedziała wcześniej, nie pozwoliłby mu na żaden taniec, nie udałaby się z nim na ten urokliwy spacer po ogrodach, nie dałaby mu się zauroczyć; dopiero kuzynka uświadomiła ją, z kim ma do czynienia i dlaczego powinna się go wystrzegać niczym ognia, tym samym łamiąc jej kruche, naiwne serce. I znów przekonała się, że mężczyznom nie należy ufać, że wszystkim zależy na jednym – kiedy Tristan nie zrozumiał kolejnej oschłej odmowy, niewiele myśląc spoliczkowała go, wysyczała do niego kilka niewybrednych zdań i prędko opuściła salę, dając się ponieść odziedziczonemu po matce temperamentowi. Skandalu udało się uniknąć jedynie dlatego, że godzina była już późna, a Rosier dopadł ją w odległym kącie sali balowej.
Później wcale nie było lepiej. Choć Caesar i Marianne byli wyraźnie zadowoleni z zaślubin, nie wszyscy podzielali ich entuzjazm. Evandra z trudem utrzymywała nerwy na wodzy, gdy brat zwlekał z odpisami na jej listy – wszak miał tyle na głowie! Furią reagowała na kolejne wspominki o wspaniałej Rosierównie – czy raczej pani Lestrange – a zwłaszcza te wychwalające jej urodę czy talent wokalny. Zaś na wieść o tak wczesnym zajściu w ciążę zemdlała przy wszystkich w Wielkiej Sali, by następnie wylądować w Skrzydle Szpitalnym na kilka długich dni. Wtedy zrozumiała, że jest już za późno, że nie będzie lepiej i musi nauczyć się radzić sobie sama.
Wakacje między szóstym a siódmym rokiem były dla niej szczególnie trudne, właśnie ze względu na tę drastyczną zmianę układów – uwaga skupiła się na nowożeńcach, na zacieśnianiu więzi z rodem Rosierów. Zaś ona, dotychczas chętnie wychwalana i stawiana za wzór, musiała zadowolić się miejscem na uboczu, wśród czekających na swe mariaże młodszych latorośli. Choć dawno nauczyła się już nie denerwować wilej matki, również z uwagi na swe bezpieczeństwo, tamtego lata ich posiadłością wstrząsały kolejne płomienne awantury, gdy dziecinnie upominała się o należną uwagę i uparcie obstawała przy raz obranych planach na przyszłość. Większość czasu spędzała na długich samotnych spacerach po wybrzeżu, grze na harfie czy wymykaniu się do Londynu. Jedynym domownikiem, z którym potrafiła i chciała rozmawiać, był ojciec – wyraźnie przychylny swej pięknej, lecz kapryśnej córce. Nigdy nie odmawiał jej kolejnym zachciankom, nigdy nie potrafił się na nią dłużej gniewać – nawet kiedy we wczesnym dzieciństwie próbowała zamienić swe nogi w płetwę syrenki, by powrócić do swoich, czym doprowadziła matkę do bezsilnej furii.
W te same wakacje dowiedziała się o przyszłych narodzinach bliźniaków, co skończyło się kolejnym omdleniem, a niewiele później – dramatycznym wyjazdem do francuskiej części Lestrange’ów. Z radością przyjęła początek nowego roku szkolnego; choć, kiedy musiała, kornie umilała kolejne rodzinne spotkania grą na harfie, jej wytrzymałość miała się ku końcowi. Nie radziła sobie z odrzuceniem, z wieczną krytyką, ani Tristanem, który czarował powierzchownością i manierami, lecz odpychał wszystkim innym – a zwłaszcza opinią bałamutnego kobieciarza, przez którego kuzynka Adelajda wypłakiwała sobie oczy i której przyszłość została, również przez niego, przekreślona. Gdyby nie to, gdyby nie ten zawód... Wszak obiecywał jej protekcję i szacunek, mamił pięknymi słowami, dostarczając pierwszych romantycznych uniesień – lecz było to jedno wielkie kłamstwo, kłamstwo, którego nie potrafiła mu wybaczyć.
Ostatni rok był dla niej trudny; wiedziała, że musi zdać owutemy celująco, by móc dostać się na upragniony kurs uzdrowicielski, toteż zaraz po zajęciach wędrowała do biblioteki, by opuścić ją dopiero przy zamknięciu. Kontakty z rówieśnikami ograniczyła do minimum, unikając wszelkich bodźców, które mogłyby ją rozproszyć i odciągnąć od jedynego słusznego celu. Im bardziej drwili z jej oddania, im mocniej rodzina potępiała jej herezje, tym uparciej dążyła do jego realizacji. Profesor Slughorn, choć z początku podejmował się jakichś rozmów wychowawczych, gdy znów zaczęła trafiać do Skrzydła Szpitalnego, szybko zaprzetał dalszych prób, w stanowczym i nieustępliwym zachowaniu uczennicy upatrując szansy – szansy na znajomość z kimś stanowczym, niestrudzonym, kto z pewnością osiągnie wiele, a przy okazji okaże się cennym sojusznikiem.
Cieszyła się, że nie była przy porodzie. Cieszyła się również, że ominęło ją największe zamieszanie związane z kolejnymi odwiedzinami dalekich krewnych – wszak wszyscy musieli obejrzeć nowonarodzonych Lestrange’ów, robiąc przy tym niemałe zamieszanie i nieludzki wprost raban. To tylko skłoniło ją do wytrwalszej, zacieklejszej pracy. Tylko czasem wypłakiwała sobie oczy w poduszkę dopóki nie zasnęła lub zaczynała niszczyć przywiezione z domu pamiątki, drzeć otrzymane od rodziny listy.
Egzaminy były dlań niezwykle stresujące, lecz – wbrew nadziejom matki – podołała im, otrzymując nagrodę za wszelkie nieprzespane noce i odstawienie artystycznych pasji na bok. Choroba znów odbierała jej siły, samowolnie zwiększyła dawkę eliksiru wzmacniającego, ryzykowała swym zdrowiem, jednak nie dopuszczała do siebie myśli, by odpuścić. Bezzwłocznie aplikowała na kurs uzdrowicielski, żegnając Hogwart z mieszanymi uczuciami; wbrew wyniesionej z domu opinii na temat pewnej części kadry naukowej, Evandra czuła się w nim dobrze i bezpiecznie, odizolowana od krytyki oraz dokuczliwego odsunięcia na bok. Jednakże powrót do rodzinnej posiadłości nie był aż tak bolesny jak przewidywała – ojciec zadbał o ciszę i spokój dla swej ukochanej córki, zaś matka zajęła się przygotowywaniem jej do wprowadzenia na salony, zamiast wypominaniem obranej ścieżki. Nie zmieniało to jednak faktu, że opinia rodzicielki była jej doskonale znana – uważała ona, że zawód ten, wymagający od niej pomagania wszystkim czarodziejom, niezależnie od ich statusu krwi czy zasobności portfela, jest nie dość, że nieodpowiedni dla jej charakteru, to jeszcze uwłaczający statusowi arystokratki.
Mimo to kłótnie ustały. Prawdopodobnie dlatego, że Aimée liczyła na prędkie wyswatanie jej, a tym samym na stanowczą interwencję przyszłego małżonka – bo czy wtedy Evandra nie będzie musiała przerwać tego szaleństwa? Przyjdzie czas na bale i rodzenie dzieci, na pławienie się w dobrobycie i epatowanie pięknem, nie zaś tak praktyczne, plebejskie zajęcia jak uzdrowicielstwo.
Po powrocie na wyspę powoli wróciła do siebie, odpoczywając od stresów związanych z egzaminami, ciesząc się z otrzymanych wyników. Znów mogła grać na harfie, tańczyć i malować, spacerować po ukochanym wybrzeżu i podziwiać piękne, czarowne syreny, z którymi Lestrange’owie żyli w pokoju, czy urokliwe, majestatyczne hippokampusy. Znów mogła bywać w Operze i chadzać na wystawy; sztuka pomagała jej radzić sobie ze stresem, zapominać o niesatysfakcjonującej rzeczywistości. Lżej znosiła również spotkania rodzinne, powoli odnawiając bliższe stosunki z Ceasarem, odnajdując dawną tkliwość i przypominając sobie siłę łączącej ich więzi. Powoli uczyła się akceptować Marianne, stopniowo poznając ją lepiej, tłamsząc wrodzoną zaborczość i zazdrość; bliźniaki dosyć nieoczekiwanie wzbudziły w niej ciepłe uczucia, do których przyznała się dopiero po dłuższym czasie. Jednakże pojawianie się Tristana zawsze, nieodmiennie, burzyło jej spokój, przypominając czas wesela, rozpacz kuzynki i paskudną prawdę, która spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Zachowanie młodego Rosiera kazało kwestionować pobudki kierujące wszystkimi znanymi jej mężczyznami, a tym samym godziło w ukryte pragnienie, by w końcu znaleźć kogoś, kto będzie miał uczucia, kto potraktuje ją jak człowieka z krwi i kości.
W końcu nadszedł jej pierwszy, długo wyczekiwany Sabat – choć jej aspiracje sięgały wyżej od salonowych spisków, to była ciekawa tego owianego mgłą tajemniczości zwyczaju. Dopiero idąc na Sabat mogła w pełni zrozumieć jego cel, przekonać się na własne oczy, z jakim rozmachem przygotowywane są takie spotkania. Długo wybierała odpowiednią suknię, jeszcze dłużej myśląc nad fryzurą czy pasującą biżuterią – pomimo krytycznego stosunku do mężczyzn, lubiła być przez nich adorowana, lubiła błyszczeć na tle innych panien. Po przekroczeniu progu czuła się nieco nieswojo, lecz prędko dała się porwać muzyce, klimatowi, atmosferze, doskonale zdając sobie sprawę z wrażenia, jakie musiała wywierać na innych; była taktowną, urokliwą debiutantką, która przygotowywała się do tego latami. Niestety i tam musiała natknąć się na Tristana, którego nagłe pojawienie się wpłynęło, dziwnym trafem, niezwykle odstraszająco na wszelkich okazujących jej zainteresowanie młodzieńców.
Kilka miesięcy później rozpoczęła kurs w szpitalu św. Munga, nadal mieszkając z rodzicami na wyspie; euforia związana z dopięciem swego powoli zaczęła mijać, kiedy jej wyobrażenia rozbiły się o niesatysfakcjonującą rzeczywistość. Wiedza, którą uzdrowiciele próbowali jej przekazać, niezaprzeczalnie była rzetelna, lecz z każdą kolejną wstawką dotyczącą pomocy wszystkim chorym, a nawet niesienia jakiejkolwiek pomocy Evandra zaczynała się buntować. Jej bunt był jednak cichy, z początku nienazwany; wszak nie mogła przyznać, że rzeczywiście, rodzina miała rację, nie był to zawód dla niej, że prawdopodobnie nigdy nie będzie potrafiła pogodzić się z panującymi w Mungu zasadami, że nigdy nie postawi samej pomocy chorych ponad czystą wiedzą i idącą z nią w parze nobilitacją. Choć szanowała wykładowców za wiedzę, nie mogła powstrzymać się przed pogardą dla ich naiwności, ślepej wiary w równość.
Wtedy też zaczęła bywać na Śmiertelnym Nokturnie, zupełnie ignorując grożące niebezpieczeństwo – chadzała tam w obszernej pelerynie, z narzuconym na głowę kapturem i ufała, że to zapewni jej spokój i anonimowość. Ten zapuszczony, jeżący włos na głowie zakątek Londynu znała wcześniej jedynie ze słyszenia, a czas zwątpienia, osamotnienia i buntu tylko przyśpieszył nieuniknione i skłonił ją do nierozważnego nadrobienia zaległości. Z narastającą ciekawością wędrowała między kolejnymi sklepami oferującymi zakazane ingrediencje, czarnomagiczne artefakty czy najstraszliwsze z trucizn. I choć towarzyszyło jej pewne zaniepokojenie, choć co chwila nerwowo spoglądała za siebie przez ramię, to wiedziała, że musi tam wrócić, poznać ten inny, ekscytujący, niezbadany świat. W swej pogoni za nowymi doświadczeniami zawędrowała również do jednego ze znajdujących się tam przybytków. Nie musiała czekać długo, aż zaczęli zaczepiać ją stali bywalcy karczmy, nie szczędząc ordynarnych odzywek i gwałtownych ruchów – co z pewnością zakończyłoby się tragedią, gdyby nie interwencja nieznajomej jej wtedy jeszcze Cassandry.
Młodziutka arystokratka została ocalona przez nieco starszą, jednak o ile bardziej doświadczoną przez życie uzdrowicielkę; ich losy zostały ze sobą złączone, do czego w normalych warunkach z pewnością by nie doszło. Wdzięczna za ratunek, zafascynowana siłą Cassandry lgnęła do niej jak ćma do ognia – chciała dowiedzieć się prawdy o Nokturnie, o tym jak nieznajoma daje sobie na nim radę, czym się zajmuje... Chciała wiedzieć wszystko, mimo początkowej, wyraźnej niechęci wróżbitki. Kolejne, coraz częstsze wizyty w zakazanej części Londynu łączyła z wielogodzinnymi odwiedzinami w klinice Cassandry, pozwalając, by mimo braku szlachectwa, ich więź stała się bliska i zażyła. Evandrze brakowało osoby zaufanej, z którą mogłaby rozmawiać w bardziej kobiecy sposób – zaś radząca sobie na tym paskudnym Nokturnie, silna, zhardziała Cassandra zainteresowała ją na tyle, by nawykła do adorowania młódka mogła nawet zabiegać o jej względy. Ten świat, będący istnym zakazanym owocem, musiał stać się również jej światem.
Czas mijał, a kurs uzdrowicielski irytował ją coraz bardziej. Irytowały ją również próby decydowania o jej przyszłym losie – matka wciąż naciskała, by jak najszybciej wydać ją za mąż. Na szczęście pierwsze swaty udało jej się popsuć – cała we łzach apelowała do wrażliwego ojcowskiego serca, że jest za młoda, a kandydat wcale nie odpowiada jej gustom. Dodatkowym wsparciem w buncie była jawna niechęć brata względem całego przedsięwzięcia. Jednak najwidoczniej wile czary Aimee okazały się słabsze od ojcowskiej miłości – albo wtedy jeszcze nie zależało jej tak bardzo na zmuszeniu Evandry do ślubu z pierwszym lepszym arystokratą.
Chwile wolne od kursu dzieliła między wizyty w bibliotekach, na Nokturnie i muzykę. By nie oszaleć od frustrującego, rozczarowującego zajęcia, coraz więcej ćwiczyła grę na harfie i śpiew, zastanawiając się, dosyć niechętnie, czy matka nie miała racji, kiedy tak zażarcie zachęcała do pójścia w jej ślady i zostania śpiewaczką operową. Tym bardziej, odkąd przy każdym kolejnym spotkaniu Rosierów i Lestrange’ów padały coraz to liczniejsze pochwały talentu Marianne. Lecz mimo to nadal czuła, że w ten sposób dałaby się zamknąć w złotej klatce, została jedynie ładnym dodatkiem do wpływowego męża. A na to nie mogła i nie chciała pozwolić. Poza tym, czy Opera nie utraciłaby na atrakcyjności, gdyby stała się jej miejscem pracy? Gdyby poznała wszystkie jej sekrety, tym samym obdzierając ją z wszelkiej magii?
Wytrzymała tam dwa lata, nim powzięła trudną decyzję o przyznaniu się do błędu. Nie bez znaczenia była również niebagatelna ilość ofiar, które trafiały do szpitala z powodu trwającej nadal wojny – dopiero tam młoda arystokratka przekonała się na własne oczy, wśród sal pełnych zakrwawionych, dogorywających czarodziejów, w jakich czasach przyszło im żyć, co mogło spotkać każdego z nich po wyjściu na ulicę... Nie chciała i nie była w stanie spedzać każdego dnia na oglądaniu dziesiątek trupów. Rodzina z początku odetchnęła z ulgą, gdy Evandra oświadczyła, że porzuca szkolenie – jednak przejęła się znów na wieść o jej nowym wymyśle, alchemii. Jednakowoż, podobnie jak wcześniej, młódka uparła się i zamierzała, choćby za wszelką cenę, postawić na swoim. Nie bez znaczenia były dalsze wizyty na Nokturnie, coraz bliższa więź z wyzwoloną Cassandrą oraz kolejne groźby zamążpójścia. Uczyła się nie tylko warzenia eliksirów lecznicznych, ale i równolegle, na własną rękę, wytwarzania tych mogących pozbawić mężczyznę chęci i siły do wszelkich zbliżeń – desperacko walczyła o utrzymanie władzy nad sobą i swoim ciałem.  
Regularnie odwiedziała Caesara, by zobaczyć się z nim, z jego żoną oraz dwójką niewielkich, niezwykle ruchliwych dzieci. Choć nadal zazdrościła i zwijała się w konwulsjach na samą myśl, że jej takie szczęście nie będzie dane, choć wolałaby mieć brata w domu, pod ręką, to próbowała cieszyć się jego szczęściem, czerpiąć prawdziwą (lecz wstydliwą) przyjemność z rozpieszczania bliźniaków. Nawet obecność Rosierówny z upływem czasu przestała ją denerwować, gdy przekonała się, że Caesar wcale o niej nie zapomniał; wciąż była jego młodszą siostrzyczką, wciąż mogła na niego liczyć, zaś Marianne... Marianne była dla niego ważna, wywoływała uśmiech na jego twarzy i to było najważniejsze.  
Wiadomość o napadzie na ich posiadłość wstrząsnęła Evandrą do głębi. Odchodziła od zmysłów, płacząc nad tragicznym losem zmarłych Marianne oraz małej Celeste, obawiając się o pogrążonego w żałobie brata, a nawet o znienawidzonego, zrozpaczonego Tristana. Obaj wyrzucali sobie, że nie było ich na miejscu, kiedy zaatakowały wilkołaki, że nie mogli pomóc, że nie zginęli zamiast nich – zaś ona nie wiedziała, jak ulżyć ich cierpieniom, samej wciąż nie mogąc uwierzyć w tę brutalną napaść. Oba rody długo opłakiwały śmierć matki i jej dziecka, oba solidarnie łączyły się w czarnej rozpaczy, lecz więzy, które połączyły je cztery lata temu, w dniu ataku zostały znacząco nadszarpnięte. Nadal pozostawał Rudolfus, w którego żyłach płynęła krew zarówno Rosierów, jak i Lestrange’ów, niemniej jednak tragedia ta położyła się cieniem na ich relacjach.
To wydarzenie przyćmiło nawet koniec wojny przypieczętowany pokojem między Grindewaldem i Ministerstwem Magii. Bo na ile to mogła być prawda, a na ile zwykły akt kapitulacji...? I co miało oznaczać oddanie w jego władanie Hogwartu?
Zaczęła poświęcać Caesarowi jeszcze więcej czasu, chcąc wesprzeć go w samotnym wychowywaniu dziedzica, w otrząśnięciu się z tego koszmaru – nie mogła udawać, że nie dostrzega problemów z alkoholem, że nie martwi się o stan jego zdrowia. Nadal uczęszczała na kurs alchemii, który – w przeciwieństwie do uzdrowicielskiego – nie odstraszył jej, a nawet przeciwnie, z każdym kolejnym dniem fascynował coraz bardziej. Gdyby potrafiła uwarzyć najsilniejsze ze znanych eliksirów, gdyby była w stanie opracować recepturę własnych... Byłaby potężna. Nie pozwoliłaby krzywdzić swych bliskich. Wtedy też zaczęła kupować kolejne nielegalne księgi, również te z zakresu czarnej magii – jak skutecznie bronić się przed takimi wilkołaczymy bestiami? Dokąd sięgają granice magii, dlaczego nie możemy przeciwdziałać takiej niesprawiedliwości, dlaczego nie możemy przywracać do życia?
Kolejny kandydat na męża dosyć niespodziewanie, lecz ku jej uciesze, został skompromitowany przez pannę o szemranej reputacji, toteż zaręczyny zostały zerwane jeszcze nim rody zdążyły się dobrze porozumieć i ustalić warunki kontraktu małżeńskiego. Serce Evandry nadal pozostawało samotne, skrzywdzone przez młodego Rosiera, który jednak – podobnie do Ceasara – nieprzerwanie opłakiwał śmierć siostry, sięgając po używki, zaglądając do kieliszka. Współczuła mu, chciała wspomóc go rozmową, być dla niego wsparciem, jednak doskonale wiedziała, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Było już za późno, zaś zaręczyny Tristana z Cornelią tylko utwierdziły ją w tym przekonaniu, wzbudzając irracjonalną zazdrość, nakazując unieść się honorem.
Mijały kolejne miesiące pełne pracy; Evandra całkowicie oddała się warzeniu eliksirów, nie myśląc nawet o kolejnej ucieczce – grę na harfie i śpiew traktowała jako pasje, piękne pasje, które pozwalały jej na zachowanie spokoju i równowagi. Zajmowała się małą Lisą, córką Cassandry, zajmowała się też synem Caesara, lecz nadal nie wyobrażała sobie, by sama miała zostać matką. Nie wyobrażała sobie również, by miała wziąć udział w ceremonii ślubnej Tristana – mimo długich lat praktyki, nadal nie potrafiłaby zapanować nad tak silnymi emocjami, jakie wyzwalał w niej ten przeklęty kłamca i przybrać na twarz maskę obojętności.
Kurs ukończyła z doskonałymi wynikami, co nie było dlań wielkim zaskoczeniem – nie wierzyła, by którykolwiek ze studentów poświęcił tyle samo czasu na pracę własną, co i ona, zaszywająca się w swej pracowni na wiele długich godzin, co noc zaczytująca się w kolejnych opasłych tomach. Dzięki przychylności jednego z wykładowców prędko zyskała zatrudnienie w Mungu, co doprowadziło jej matkę do szału, zaś ją samą wielce satysfakcjonowało – w ten sposób mogła praktykować, dostawać za to pieniądze, a ponadto wyrwać się ze znienawidzonego schematu arystokratki-ozdoby. Już raz chciała ucieć z dala od Anglii, z dala od tych przeklętych konwenansów i choć niedoszły towarzysz podróży okazał się niegodnym zaufania łgarzem, to pomysł nadal tkwił w jej głowie, powracając doń ze zwielokrotnioną siłą w chwilach zwątpienia i rozgoryczenia. A gdyby tak odłożyć jakąś sumę, gdyby wyjechać...
Niecały miesiąc temu – zbyt zajęta, by przejmować się konsekwencjami swego nierozważnego zachowania, zbyt pewna siebie, by w ogóle dopuszczać do siebie możliwość niepowodzenia – została porwana. Tym razem nie było tam nikogo, kto mógłby jej pomóc, zaś Nokturn nigdy nie był odpowiedni dla młodych, bogatych panien. Evandra nie wiedziała, czy była to jedynie kwestia pecha, znalezienia się w złym czasie, w złym miejscu, czy napastnicy obserwowali ją od dłuższego czasu i doskonale wiedzieli kim jest, jaki ród reprezentuje. Jednak nie to było najważniejsze. Zagonili ją w kozi róg, by po chwili zabawy brutalnie odbierać różdżkę i bez skrupułów pozbawić przytomności – obudziła się skrępowana, obolała i pierwszy raz w życiu naprawdę przerażona. Nikt nie wiedział gdzie wyszła i w jakim celu, nawet Cassandra nie mogła podejrzewać, że stała się ofiarą handlarzy żywym towarem. Z początku miała zostać świeżą atrakcją jakiegoś lokalnego biznesu, lecz później, gdy przyjrzeli się jej dokładniej, gdy odnaleźli rodową biżuterię, dostrzegli w niej szansę na dużo większy zarobek. Evandra podsłuchała, że ci obleśni i bezwzględni porywacze rozważają nawet wywiezienie jej z kraju, by poza jego granicami zareklamować ją jako towar z najwyższej półki, do tego – o ironio – egzotyczną, kapryśną wilę, którą być wcale nie musiała, lecz z uwagi na swą urodę mogła. Nie mogła w to uwierzyć; ona, szlachetnie urodzona dziedziczka rodu Lestrange, sprowadzona do roli przedmiotu, wycecniona i wystawiona na sprzedaż, upokorzona. Szamotała się ile mogła, lecz magiczne liny nie chciały puścić. Wyła z bezsilnej złości, próbowała skusić ich okupem, lecz nie błagała o litość – nie pozwalała jej na to duma. Jeszcze tego samego dnia nakazali służącym w tej norze – burdelu, jak się okazało niewiele później – dziewkom doprowadzić ją do odpowiedniego stanu, a następnie zmusili ją do gry na harfie w głównej sali, by zachwycić klientelę niebiańską muzyką i kruchością wyeksponowanego, alabastrowego ciała. Były to najgorsze chwile w jej życiu, gdy tak drżała o swoje zdrowie, o swoją czystość, desperacko wypatrując jakiejkolwiek szansy ucieczki, z trudem powstrzymując płacz. Niewinna, naiwna, czuła się tam jak całkowicie bezbronne dziecko w przerażającym świecie dorosłych; gdzie był teraz Caesar, gdzie Tristan? Gdzie był cały ród? Czy naprawdę nikt niczego nie widział, czy nie mogli do niej dotrzeć...? W trakcie traumatycznego uwięzienia rozpoznała kilka znajomych twarzy, lecz one albo nie rozpoznały jej – gdyż porywacze wystawiali ją na pokaz z tajemniczą woalką na licu – albo najzwyczajniej w świecie nie chciały pomóc, uznając za ważniejszy obowiązujący na Nokturnie niepisany pakt milczenia. Z każdym kolejnym dniem, z każdą nieprzespaną nocą tląca się w jej sercu nadzieja malała; porywaczy nie rozmiękczały dręczące ją ataki słabości – grozili jej tylko, by nie mdlała przy gościach, wszak inaczej, nie mając z niej żadnego pożytku, musieliby się jej pozbyć. Niewiele później, gdby zrobiło się już o niej głośniej, właściciele przenieśli ją do ekskluzywniejszej, dużo lepiej pilnowanej części lokalu, do której wstęp miała jedynie klientela o dużo grubszych, pobrzekujących od galeonów sakiewkach. Choć Evandra cały czas próbowała stawiać opór, to bez różdżki nie mogła zdziałać wiele – wiedziała, że przenosiny te nie wróżyły niczego dobrego i wpadała w tym większą panikę, wyczuwając rychły koniec dotychczasowego życia. O ile wcześniej wystawiali ją tylko na pokaz, tym samym drażniąc się z klientelą, o tyle teraz chcieli, za odpowiednio wysoką cenę, dopuścić ich bliżej, oddać ją najlepszemu kupcowi w posiadanie.
Kiedy pewnego wieczoru zamiast na występ wykidajło zaprowadził ją do odosobnionego, pustego pokoju, kiedy zobaczyła w nim dobrze znanego, spokrewnionego z Rosierami Yaxleya, cały jej świat legł w gruzach – serce zaczęło walić jej dziko i głucho, lico pobladło, a nogi ugięły się pod jej ciężarem.
Niewiele pamięta z tego czasu – kiedy się przebudziła i czy była wtedy sama. Jednym z najwcześniejszych wspomnień był przerażający obraz trolla, który nie opuszczał zajmowanego przez nią pokoju, nieco późniejszym – sam Yaxley, który nie mógł, albo i nie chciał udzielać odpowiedzi na dręczące ją pytania. Choć był dlań miły i traktował ją z szacunkiem, to nie zwrócił jej różdżki, nie mówiąc o tym, że nie zwrócił jej samej do domu. Wierzyła, że mógł jej nie pamiętać z żadnej z rodzinnych uroczystości – wszak dzieliła się różnica ponad piętnastu lat – stąd opieszałość... Choć gdyby jej nie pamiętał, dlaczego miałby ją stamtąd zabrać? Czy naprawdę próbował ją uratować, czy raczej zniewolić i odebrać resztki godności...? Nie próbował jej skrzywdzić, nie traktował jej tak jak tamci, lecz mimo upływu czasu nie mogła się uspokoić, ponieważ wciąż brakowało jej odpowiedzi. Gdzie była jej rodzina, ile dni już minęło i dlaczego ciągle czuła się tak słabo... Do tego ten straszny troll, którego Yaxley nie chciał od niej zabrać, tłumacząc to jej dobrem.
Po kilku dniach, gdy powoli zaczęła powracać do niej świadomość po kolejnym omdleniu, ujrzała nad sobą Tristana. Z początku myślała, że to jedynie sen, że umysł płata jej figla, że gorączka przyprawia ją o majaki, lecz jego obraz nie znikał; wtedy też, niewiele myśląc, rzuciła mu się na szyję z płaczem, emocjonalnie reagując na pojawienie się znajomego mężczyzny. Tristan obiecał prędki powrót do domu, zwrócił różdżkę i zatroskał się o jej zdrowie, zaś ona nie pamiętała wtedy o jego kłamstwie, nie chciała pamiętać. Cieszyła się jego towarzystwem i z niecierpliwością oczekiwała, aż Rosier zabierze ją na wyspę, lecz, ku jej zdziwieniu, to nie on oddał ją rodzinie, a budzący w niej sprzeczne uczucia starszy Yaxley.
Od powrotu do domu minął ledwo tydzień – tydzień, który spędziła tylko i wyłącznie na wyspie, obawiając się dalszych eskapad, a zwłaszcza samego Londynu. Magomedycy dokładnie ją przebadali, zalecając dłuższy odpoczynek, przepisując jakieś eliksiry, na które nie chciała nawet patrzeć. I choć była zmęczona, wciąż nawiedzały ją przerażające koszmary, to postanowiła powrócić do pracy, by zająć swe myśli czymś innym niż upadlające występy przed publiką Nokturnu.  




Patronus: nieznany. Evandra nie miała okazji, by nauczyć się tego zaklęcia.



Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 0 Brak
Zaklęcia i uroki: 1 Brak
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 4 +2 (różdżka)
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 30 +3 (różdżka)
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiII3
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIII10
AstronomiaIII10
ONMSII5
RetorykaI2
ZielarstwoI2
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka EtykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak - 0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Muzyka(śpiew)III25
Muzyka(harfa)II7
Malarstwo (wiedza)I1
Muzyka (wiedza)I1
Literatura (wiedza)I1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec BalowyI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Półwila-3(+6)
Reszta: 3


Wyposażenie

różdżka, sowa, kociołek, ingrediencje: sierść gryfa, pazur gryfa

[bylobrzydkobedzieladnie]


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Evandra Lestrange   09.09.17 16:00

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Po prostu chwyta za serce, a dodatkowo idealnie pasuje do realiów, szlacheckich realiów. Niech panna Lestrange na siebie uważa, choć na pewno brat i Rosier nie pozwolą ci się przemęczać, szczególnie po uprowadzeniu. Merytorycznie, stylistycznie ani w jakikolwiek inny sposób nie mam się do czego przyczepić, tak więc pozostaje mi tylko oczekiwanie na wszystkie twoje wątki. Leć już, warz eliksiry i mieszaj - oczywiście na fabule!  hug

OSIĄGNIĘCIA
Pani alchemik
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Choroba genetyczna - serpentyna, ciąża (od marca 56')
Psychiczne
Trauma po uprowadzeniu.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Allison Avery


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Evandra Lestrange   09.09.17 16:02

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa, kociołek cynowy, kot, złoty sierp, lusterka dwukierunkowe (para)

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: odłamek spadającej gwiazdy (8 ), róg jednorożca (2), róg garboroga, bezoar, kora drzewa Wiggen, czułki szczuroszczeta (2), mandragora, popiół feniksa (2), krew jednorożca, pióro memortka, skorupka jaja smoka, skórka boomslanga

BIEGŁOŚCIBrak

HISTORIA ROZWOJU[16.07.15] 900-880=20
[17.09.15] 77+90=167
[20.10.15] Zakup teleportacji - 50pkt
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[22.07.16] sabat +20 pkt
[01.08.16] +15pkt, +1 do eliksirów; zwrot
[02.08.16] Losowanie ingrediencji styczeń/luty, 5 pkt biegłości, lusterka dwukierunkowe: -250 pkt
[26.12.16] Organizacja wydarzenia (ślub) +80PD
[03.04.17] Zwrot PD: +1 punkt do eliksirów, +65 PD
[03.06.17] Dodatkowe punkty statystyk (+5 eliksiry)
[11.07.17] Aktualizacja postaci: +5 do eliksirów, -2 do leczenia, -100 PD
[10.08.17] Ukończenie badań naukowych +50PD


Powrót do góry Go down
 

Evandra Lestrange

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Rudolf Lestrange
» Rabastan Lestrange (w renowacji)
» Daniel Lestrange
» Rudolf Lestrange
» Bellatrix Lestrange (Black)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17