Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 [sen] Odpowiem ci ciszą

Go down 
AutorWiadomość
Ida Lupin
Ida Lupin

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/
Zawód : uzdrowicielka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime13.04.19 1:09

17 listopada 1972 roku


Niebo było dzisiaj wyjątkowo ciężkie. Ponure i stalowoszare, przechodzące w granat i błękit pomieszany z łuną oranżu. Wyglądało jak płótno niezdecydowanego malarza, sfrustrowanego artysty, który w porywie złości chlusnął na czysty, nieskalany materiał mieszaniną barw odzwierciedlających jego aktualny nastrój. Przed latami bała się tej aury, nieustannie odczuwała niepokój, a jej ciało było kontrolowane przez umysł spięty nadmierną czujnością i ruchami, które przede wszystkim chroniły ich dzieci – pociechy, które, według powiedzeń starszyzny angielskiej, miały być nadzieją tego narodu, jego przyszłą potęgą, oswobodzeniem z pęt, które kurczowo trzymane były przez władzę. Wierzyła to, ale zawsze w kontekście innych dzieci – swoje chciała trzymać w cieple domowego ogniska, w towarzystwie osób, które mogły je ochronić. Ida Farley wszak poprzysięgła sobie, że jeśli ktoś w tym domu w czasie wojennej pożogi miałby umrzeć, to byłaby to ona. Wiedziała o Zakonie Feniksa i o tym, że jej mąż zdecydował się kiedyś popełnić najgorszą z możliwych rzeczy – oddać swoje życie idei i ślepemu powołaniu. Dowiedziała się o tym po fakcie. Zbyt wcześnie, by porzucić myśl o udanym życiu; zbyt późno, by przestać go kochać. Była wtedy w ciąży, nosiła pod sercem chłopca, któremu Alexander nadał imię John, oddając hołd niezwykłemu pisarzowi ponadczasowego dzieła, które szybko zostało docenione przez wielu ludzi. Złość minęła, odeszła w niepamięć, oddając miejsce spokojowi  - wojna na chwilę stała się wygrana dla tych, którzy od zawsze walczyli po stronie dobra. Ale Sami-Wiecie-Kto nie odpuścił i po sześciu latach historia zatoczyła koło, a ciemiężyciel wyjątkowo mocno zacisnął łapska na magicznej społeczności Anglii. Dwa lata po Johnie narodziła się Malva – wciąż w ułudzie szczęścia, w konstelacjach uśmiechów rodziców i starszego brata, w otoczeniu bezkresnej miłości bliskich. Callie, która miała być ich ostatnią pociechą, zawdzięczając swoją obecność zupełnie nieoczekiwanie zakończonemu świątecznemu wieczorowi, przyszła na świat, kiedy wojenna zawierucha znów się podniosła, a stabilność rodziny Farleyów była krucha i wisiała na włosku.

Ida porzuciła aktywną pracę w Mungu, ale o swoich zdolnościach nie zapomniała i różdżkę wykorzystywała głównie do charytatywnej pomocy poszkodowanym, później zamieniając ją na pióro i kałamarz. Pisała materiały do nowo utworzonego dziennika, gdzie poprzez szybkie lekcje starała się przekładać niedoświadczonym londyńczykom i uczyć podstaw magii leczniczej. Władza niechętnie patrzyła na podobne ekstrawagancje, więc swoje artykuły zamieszczała w podziemnej prasie, która zaskakująco szybko obiegała wszystkie domy. W ten sposób dokładała swoją cegiełkę do ustalenia porządku tam, gdzie wciąż chował się chaos.
Dzisiaj był jeden z tych dni, o których nie można było wypowiedzieć się klarownie i jasno – w radiu mówili o kolejnym ataku, ale o małej ilości ofiar, przypominali stare listy osób zaginionych i ogłaszali, że kilka z nich odnalazło swoich krewnych. Callie mocno spała i chociaż Ida mogła już odejść od jej łóżka, wciąż siedziała na jego skraju, gładząc wierzchem dłoni upstrzony jasnymi piegami policzek. Dookoła było cicho, choć przez ściany i sufit dochodziły do niej drobno stawiane przez starego niuchacza kroczki. Świat dziwnie ścichł, jakby bojąc się, że każdy głośniejszy dźwięk może zbudzić drapieżnika, tyrana, bestię. I znowu się zacznie.
Lekko obróciła lewy nadgarstek, żeby sprawdzić godzinę. Już dawno powinien tu być. Dawno powinien ucałować ją na powitanie i zapytać, czy wszystko w porządku. Rutyna wkradła się w ich życie i chyba tylko ona dawała im wrażenie bezpieczeństwa. Zerknęła w stronę drzwi, najwyraźniej licząc na to, że zaraz się w nich pojawi. Ale odpowiedziała jej tylko natrętna cisza.




Mówili w domu na mnie

wiatr na pogodę

Powrót do góry Go down
Alexander Farley
Alexander Farley

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w św. Mungu
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 40
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
[sen] Odpowiem ci ciszą VIhlSyT

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: Re: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime13.04.19 3:38

Czasami zdarzały się takie dni, podczas których nic nie było wyblakłe. Każdy najmniejszy nawet gest wybuchał feerią barw, karmiąc oczy intensywnymi, soczystymi gamami kolorów - tak, jak powoli gasnąca ponad lasem pomarańczowa łuna, pożerana stopniowo przez głębokie chłody błękitu i granatu, zwiastujące zbliżającą się noc.
Takie wieczory witał jak starych, dobrych przyjaciół. Takie wieczory zwiastowały przełom, wyłom z zataczanego każdego dnia kręgu. Takie wieczory wgryzały się w pamięć, nigdy nie pozwalając o sobie zapomnieć.
Bardzo podobnego bowiem, już przeszło piętnaście lat temu, po raz pierwszy postawiła swoją stopę na tej drodze. Uśmiechnął się na wspomnienie tamtej nocy spędzonej na kanapie i o poranku, który po niej nastąpił. Jeszcze wyżej uniosły się kąciki ust Alexandra, kiedy jego myśli powędrowały w tamtym kierunku, odnajdując wśród tak znajomych już drzew czające się echo przeszłości, wołające świadomość ku innym scenom. Tym sprzed niewiele ponad czternastu wiosen, kiedy oznajmił wszystkim najważniejszym ludziom w swoim życiu, że się z nią ożeni, choćby nawet i dzień później świat miał się dla niego skończyć. Wiedział, w jaką stronę zmierza, nie tylko fizycznie. Pamiętał, jak później domyślał się, czekając jednak na to, aż sama mu powie. I to, jak po raz pierwszy wziął swojego syna w ramiona, pomimo tylu miesięcy oswajania się w wojennej szarości z tym, że przyczynił się do sprowadzenia na ten świat kolejnego istnienia, które trawiący od lat konflikt mógł pochłonąć jednym łapczywym spojrzeniem. W czasie tych przepełnionych brudną rzeczywistością tygodni przyznał jej, co zrobił, jak zanim jeszcze ją poznał oddał się innej, tej, która zawsze miała być pierwszą. Idei.
Po grafitowo intensywnej burzy wyszło jednak słońce, w trwającym kilka lat głębokim oddechu przynosząc chwile szczęścia. Córka była darem, którego tak naprawdę oboje pragnęli, jakby utwierdzając się w tak złudnej nadziei, że to już naprawdę koniec, a ciepłe, jasne barwy miały od tej pory wypełniać przestrzenie ich pamięci. Nie mogli bardziej się mylić - nim się spostrzegli szarość zaczęła podpełzać coraz bliżej, zaschłym szkarłatem podbijając nijakie tony. Nie pozwalał sobie na chwile słabości, wiernie trwając przy swoich dwóch przeznaczeniach kochał żonę i dzieci, jednocześnie każdego dnia zapominając o nich kiedy tylko wychodził z domu przywdziewając twarz wojownika.
O Gwardii za to myślał codziennie.
Nie było łatwo, ale byli sobie wsparciem. Momentami nawet za bardzo. Wyraz jego twarzy złagodniał, kiedy przypomniał sobie tamte święta - nie do końca był pewien, co sobie wtedy tak właściwie myśleli. Lecz nigdy nie żałował tamtej nocy, ponieważ kiedy ujrzał swoją najmłodszą córkę w końcu zrozumiał, że mógł sobie zarzucać wiele, ale nigdy tego. Każdego dnia żył z konsekwencjami swoich czynów, a front domu przypominał mu o nich niezmiennie, prosto w twarz rzucając oskarżycielskie spojrzenie prosto z jesieni pięćdziesiątego szóstego, kiedy zostawił za sobą dosłownie wszystko i stał się tym, kim był do dzisiaj.
Przekroczył próg dość cicho, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Zzuł buty czując jak zmęczenie po wyjątkowo długim i ciężkim dyżurze w końcu osiada na nim w pełni. Rozwinął szyję z pomarańczowego szalika i odwiesił go wraz z kruczoczarnym płaszczem i ciemną, skórzaną teczką na wieszak. Nasłuchiwał przez moment, lecz jedynym, co odpowiedziało na jego nieme wołanie była cisza. Zwrócił się więc ku schodom, stawiając stopę na pierwszym stopniu, który z wolna, ostatecznie nabierając na intensywności, skrzypnął. Farley westchnął cicho - od ładnych trzech miesięcy zbierał się do tego, żeby wymienić rozeschłe drewno. Zawsze jednak były ważniejsze rzeczy niż jakieś schody. Wszedł na piętro i skierował się wprost do pokoju Calluny, wśród ciszy odnajdując kobietę swojego życia na skraju łóżka. Nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy wzrok odnalazł jej twarz i sylwetkę maleńkiego człowieka śpiącego tuż przy jej boku. Podszedł cicho, najciszej jak tylko po latach morderczego trenowania przez aurorów potrafił i ujął policzek swojej żony w poprzecinaną pajęczyną starych blizn dłoń. Nachylił się i złożył na jej ustach pocałunek: witając, przepraszając, zapewniając. Odsunął się po krótkiej chwili i splótł jej palce ze swoimi, pociągając za sobą, przymykając drzwi do dziecięcego pokoiku i sprowadzając na parter.
- Przepraszam cię, Ida. Archibald posłał po mnie dosłownie, kiedy stałem już w drzwiach gabinetu - obejrzał się przez ramię, całkowicie bezczelnie posyłając jej ten obarczony poczuciem winy uśmiech. Wiedział, że denerwowała się każdą minutą zwłoki, zbyt dobrze znając już tę rutynę. Poprowadził ją więc do pokoju dziennego, gdzie siadając na kanapie mógł zamknąć ją w ramionach i głęboko odetchnąć, chowając twarz w jej włosach i ukrywając zmęczone oczy pod cieniem powiek. Coś jednak było inne niż zwykle. - Wszystko w porządku? - zapytał, kiedy wyczuł w jej ciele nerwowość, próbującą zakopać się gdzieś wśród odrobinę zbyt spiętych mięśni. Porzucił bezpieczne fale, odnajdując w końcu troskliwym spojrzeniem jej zielone oczy poprzetykane błękitem.
Znali się już przecież aż nazbyt dobrze.




nikogo nie uzdrawiam
                                   umiem psuć ale nic nie naprawiam

zostawiam za sobą bałagan
                                           komu ja pomagam?

stoję. w ciele wznieca się ogień
                                                  nie swój strój płonie.

Powrót do góry Go down
Ida Lupin
Ida Lupin

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/
Zawód : uzdrowicielka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: Re: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime15.04.19 23:11

Utarło się w niej przekonanie, że wieczory należało do najpiękniejszych chwil, jakie przeżyła w życiu. Obiecywali sobie miłość w blaskach zachodzącego słońca, tak podobnego odcieniami do tego, które schowane już było pod horyzontem, zaledwie znacząc łuną swoje niebo; przy podobnej scenerii przyszła na świat Malva, pamiętała to dokładnie, wzrok Idy odnajdywał w zmęczeniu chmury upstrzone mlecznymi odcieniami oranżu. Wieczorami, kiedy Anglię otulił pokój, przesiadywali w fotelach, racząc chwile swojskiej beztroski kilkoma kroplami wina, podczas gdy John i jego młodsza siostra bawili się razem w piaskownicy w ogrodzie za Kurnikiem. W czasie drugiej odsłony wojennego spektaklu wieczory oznaczały powroty – głównie Alexa z pracy lub samej Idy, ale te zdarzały się o wiele, wiele rzadziej. Mimo wszystko każdy z nich traktowała wyjątkowo, każdy z nich wydzierali szczęściu, gdy nie było obrócone w ich stronę. Na początku czuła się wtedy źle – czuła się lepsza od wszystkich cierpiących ludzi, którzy mieli mniej szczęścia niż ona. Miała kilka sytuacji, kiedy jej znajome ze szpitalnego korytarza zarzucały jej, że tak dobrze jej się powodzi. Wiedziała, że było to wywołane jakimś rodzajem szoku, złości z powodu utraty tego, co kochali, ale nie miała na to żadnego wpływu, dlatego te słowa raniły ją mocniej niż najostrzejszy sztylet. Z czasem się przyzwyczaiła, dostosowała do panujących nastrojów, nauczyła, że powinna przede wszystkim dbać o siebie i swoje dzieci, dopiero później o innych. W tym o Alexa.
Kochała go. Były momenty, kiedy wątpiła, ale potem nadchodził czas, kiedy pluła sobie za to w brodę i uświadamiała sobie, że nigdy wcześniej nie kochała go bardziej. Sporo zajęło jej, zanim dotarło do niej, dlaczego tak było – nigdy nie mogli być pewni, czy wróci do domu razem z zachodem słońca. Dlatego Ida każde minuty niemal liczyła na palcach, upartym spojrzeniem na siłę próbując zatrzymać słońce przed schowaniem się za linią horyzontu. Miała nadzieję, że uczucie, jakie do niego żywiła, było w stanie to zrobić – przeciwstawić się siłom natury, poruszyć ziemię, uspokoić burzę, rozedrzeć niebo na dwoje. Tak jednak nie było. Ale świat bajek i kołysanek, w których miłość zwyciężała, wciąż trzymał się jej serca, za mocno wrósł w skórę.
Wzięła kolejny wdech i nachyliła się lekko ku główce Callie, by złożyć na jej skroni kolejny pocałunek na dobranoc, w myślach już układając sobie plan rzeczy, które mogłaby zrobić czekając na jego powrót. Miała dokończyć szalik Malvy, ten szkolny jej się nie podobał, ale wciąż chciała zachować barwy swojego domu – była Krukonką, mądrą i bystrą dziewczynką, o oczach jasnych i pełnych płomyków szczęścia. Chciała uśmiechnąć się na wspomnienie dziewczynki, która tak szybko stała się nastolatkąi, kiedy przypomniała sobie o liście. Przyszedł dziś rano. Napuszona sowa zapukała dziobem w okno, dopraszając się uwagi.
Głowa obróciła się od razu w stronę drzwi, kiedy skrzypnęły schody. Jej serce zabiło jak wojenne bębny, a kiedy stanął w drzwiach, hymn zamienił się w odę. Sięgnęła dłonią do jego policzka, spijając ten chwilowy pocałunek z jego ust jak najsłodszą nutę. Wrócił. Był tutaj – teraz. Każdy taki wieczór okazywał się Gwiazdką.
Ach, ten Archibald… – szepnęła, zaraz wzdychając. – Porozmawiam z nim sobie poważnie następnym razem – odpowiedziała, uśmiechając się jednak, dając mu znak, że jej groźba to tylko próba zaklinania rzeczywistości, kolorowania wszystkich odcieni szarości, o jakich kiedykolwiek mogli słyszeć. Przecież znał ją tak dobrze. Podkuliła nogi pod siebie, gdy usiedli na kanapie, niczym fragment układanki wsuwając się w jego ramiona – teraz dojrzałe, silne, poznane już na pamięć. Objęła go mocno, uścisk jednak zelżał, palce rozprężyły się i objęła jego łopatki całymi dłońmi. Zamknęła na chwilę oczy, wsłuchując się w jego głos. To jedno, krótkie pytanie. Poczuła, jak odrobinę zwiększa między nimi dystans, odsuwa się na kilka centymetrów i ich oczy w końcu się spotykają. Patrzyła na niego z troską, ale i zmartwieniem – podobnie jak on patrzył na nią. – Nie do końca. – dłonie przeniosła na jego policzki i objęła je nimi, kciukiem gładząc skórę. Nie kontynuowała od razu, siłowała się ze sobą w sposobie, w jaki najlepiej powinna złożyć słowa. – Do nas… przyszedł do nas list z Hogwartu. Z pieczęcią dyrektora. – przełknęła ślinę, gorzką gulę. Czuła smutek, ale i czającą się w ciemnościach iskrę dumy, zbyt jednak pochłoniętą przez obawy. – Chodzi o Rossa.
Sięgnęła do kieszeni swojego swetra, tego z brązowej wełny przetkanej białymi wzorkami, i wyjęła z niej zwinięty w rulonik pergamin.




Mówili w domu na mnie

wiatr na pogodę

Powrót do góry Go down
Alexander Farley
Alexander Farley

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w św. Mungu
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 40
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
[sen] Odpowiem ci ciszą VIhlSyT

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: Re: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime24.04.19 2:35

Długie, granatowe cienie położyły się na ścianach i meblach, szczelnie otulając jaśniejące pośród nich ostatnie smugi światła, które wdzierały się przez poprzecinane szprosami okna do wnętrza domu. Wszystko dookoła było ciche i spokojne, jak niczym nie zmącone niebo rozpościerające się wysoko ponad dachem Kurnika. Dzień był niespodziewanie pogodny i wyrazisty, co w listopadzie przydarzało się naprawdę rzadko - dlatego może tak intensywnie oddziaływał na zmysły, zwłaszcza kiedy obracając się Alexander spojrzał na uśmiechniętą twarz swojej żony. Już wielokrotnie nie umiał ubrać w słowa tego, co do niej czuł. "Kocham cię" wydawało się zbyt proste, zbyt płytkie by wyrazić mieszkający w nim ogrom emocji. Emocji, o których umiejętność ofiarowania komuś nigdy by się nie podejrzewał. Lata temu wierzył, że niemożliwym jest aby mógł spędzić życie z kimś w zgodzie zarówno ze złożoną przysięgą, jak i z nim samym. I częściowo miał rację. To nie on był opoką tej rodziny, to nie on był obecny zawsze wtedy, gdy był potrzebny. To nie on był zdolny do poświęcenia wszystkiego, aby ratować najbliższych. Nie mógł - i tylko dzięki temu, że ona to rozumiała byli w stanie wytworzyć między sobą to, co mieli obecnie. Nie był sam - miał żonę, którą kochał z całego serca i dzieci, bez których nie umiał wyobrazić sobie swojego życia. Bał się chwil, kiedy zaczynał zastanawiać się: co by było, jeżeli by odeszła? Jakby posłuchała go wtedy gdy mówił, że przysporzy jej tylko łez; jeśliby zdecydowała, że jej przyszłość będzie lepsza bez niego? Jednak mimo wszelkich przesłanek została u jego boku, wykazując się nadludzką determinacją. Dlatego w jego spojrzeniu krył się podziw i ogrom uczucia, którym darzył tę kobietę. Podziwiał ją niezmiennie od tylu lat, nawet jeżeli nie zawsze wszystko między nimi się układało. Miał do siebie żal o to, że nie mógł dać jej wszystkiego - dlatego każdego dnia starał się jak mógł, żeby wynagrodzić jej chwile, w których nie mogło go być obok. Oboje się starali i doceniali wzajemnie, zdając sobie sprawę z wagi tego, czym zajmowało się każde z nich. Ida zrezygnowała z wielu rzeczy z powodu decyzji podjętych przez Alexandra i choć nigdy nie zapytał się jej, czy wolałaby żeby nigdy nie złożył przysięgi tak wiedział, że rozumie to. Rozumiała, że mógł przyjść w końcu moment, kiedy nie będzie mogła odnaleźć w nim oparcia i będzie musiała poradzić sobie sama. I dlatego tak cenne były chwile, w których tak po prostu mogli być razem, kiedy wracał i brał w ją w ramiona, gdy budzili się przy sobie o poranku i przez parę oddechów w ogóle nie istniał dla nich świat poza czterema białymi ścianami wypełnionego słonecznym blaskiem pokoju.
Życie jednak umiało upomnieć się o należną mu uwagę nawet w tych bezcennych chwilach razem. Nim odsunął się nabrał jeszcze powietrza w płuca, pozwalając by jej zapach zawirował mu w nosie, wywołując na karku przyjemne mrowienie. Zabrała swoje dłonie z jego pleców, zaraz otulając nimi ogolone na gładko policzki Farleya. Zwykle przymknąłby oczy, pozwalając zatracić się na chwilę w emanującym od nich cieple - tym razem jednak daleko mu było do odprężenia się. Zaprzeczenie stawiało go w stanie gotowości i nawet kojący dotyk żony nie był w stanie przytłumić jego poruszenia i troski. W głowie już przygotowywał listę rzeczy, które mogły się wydarzyć, nie wypowiadając ich jednak na głos - nie chciał tym sposobem jej przeszkadzać, widział w końcu jak rozważała odpowiedni dobór słów. Zamarł na moment w tej ciszy, która między nimi zapadła, zdjęty myślą o tym, że może... może przypadkiem zdarzyło się, że byli zbyt nieostrożni. Po dowiedzeniu się o Callie oboje zdecydowali ostatecznie, że nie będą mieć więcej dzieci. Poczekał jednak cierpliwie, przez lata wykształcając w sobie tę umiejętność, tępiąc podświadome przywary wynikające z jego pochodzenia. I chociaż kiedy w końcu - w końcu! - Ida się odezwała poczuł odrobinę ulgi, tak nie mógł powiedzieć, że jej słowa go uspokoiły. Alexander ściągnął brwi obserwując, jak czarownica sięga do kieszeni i podaje mu zwinięty pergamin. Rzucił jej jeszcze jedno pytające spojrzenie kiedy w końcu w milczeniu sięgnął po papier, wysuwając go spomiędzy jej smukłych palców, drugą ręką delikatnie zsuwając ją ze swojej nogi by móc pochylić się nad pismem.
Czytał, z każdym kolejnym słowem coraz mocniej zaciskając mięśnie szczęki, poza tym nieruchomiejąc zupełnie, jeżeli nie liczyć prześlizgujących się po skreślonych literach srebrzystobłękitnych oczu. W pewnej chwili wstał, zaczynając nerwowo chodzić za oparciem kanapy, od okna do jadalnianego stołu. Kiedy dotarł do końca listu zatrzymał się wreszcie, jakby zamieniony w posąg. Jedynie lekko przyspieszony oddech świadczył o tym, że tracił resztki opanowania. Uniósł spojrzenie na Idę, a z jego wyrazu twarzy mogła wyczytać zbyt dobrze znaną już mieszankę uczuć: wściekłości i żalu. Żalu do samego siebie.
- Tym razem przesadził - Alexander wyrzucił z siebie, ledwo tłumiąc wściekłość, która dławiła wypływające spomiędzy jego ust słowa. - Wyślę mu takiego wyjca - cisnął list na siedzisko kanapy i znów zaczął nerwowo krążyć po pokoju - że przez tydzień będzie mu dzwoniło w uszach - uniósł dłonie do skroni zaczynając przeczuwać zbliżającą się migrenę. Zatrzymał się nagle i obrócił, odnajdując spojrzeniem oczy żony. Patrzył się przy tym z takim zagubieniem, że sam już nie był pewny tego, co jeszcze przed chwilą chciał zrobić. - Nie, nie wyślę mu wyjca - westchnął zrezygnowany, jednak wciąż było mu daleko do uspokojenia się. Każdy taki incydent przeżywał na swój sposób. Wcześniej, kiedy Ross poszedł do Hogwartu zdarzały się już takie sytuacje. Dostawał kary za pyskówki albo odgrywanie się na dokuczających mu dzieciakach, jednak jeszcze nigdy z nikim nie wdał się w bójkę. I to przy użyciu pięści! Mieli cichą nadzieję, że obecność Malvy w murach zamku wpłynie jakoś na ich pierworodnego - naturalnie w pozytywny sposób, jakoś wyciszy go, nauczy większego rozsądku. Jak widać, mylili się. - Co my mamy z nim zrobić, Ida? - prawie jęknął, oderwawszy dłonie od skroni i oparłszy je na na oparciu drugiej kanapy. Czuł się winny temu, co spotykało ich dzieci: kpiny i wyzwiska stawały się wręcz codziennością. Dzieci zdrajcy nie miały na tym świecie łatwo, a chociaż w szkole były bezpieczne tak mury zamczyska nie mogły uchronić ich przed nękaniem ze strony innych dzieci. Tych, które czuły się od nich lepsze, ponieważ to nie ich ojciec lata temu został pozbawiony nazwiska i idącego za nim dziedzictwa. Dręczyło go to już od chwili, kiedy Ida po raz pierwszy wyznała mu, że spodziewa się dziecka. Wiedział, z czym to się wiązało i pomimo lat walki z tą myślą, walki z poczuciem winy nie potrafił pozbyć się wyrzutów sumienia.
Patrzył więc zagubionym spojrzeniem na żonę, samemu nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi na pytanie: co mają zrobić?




nikogo nie uzdrawiam
                                   umiem psuć ale nic nie naprawiam

zostawiam za sobą bałagan
                                           komu ja pomagam?

stoję. w ciele wznieca się ogień
                                                  nie swój strój płonie.

Powrót do góry Go down
Ida Lupin
Ida Lupin

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6989-ida-lupin#183439 https://www.morsmordre.net/t7864-swistka#221262 https://www.morsmordre.net/t7027-mleko-i-miod#184948 https://www.morsmordre.net/
Zawód : uzdrowicielka
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: Re: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime25.05.19 22:23

Spajanie rodziny w tych czasach było szalenie trudne – bycie matką pokazującą kierunek, żoną kochającą mimo wszystko, siostrą dbającą o relacje. Starała się jak chronić tych, których kochała, tak mocno, jak on chronił tych, którym należało się spokojne życie wśród murów przejętego przez ciemne moce Londynu. Zalewała łzami poduszkę, gdy nie było go obok, gdy ratował innych, zamiast spać przy niej, tulić przed złem nocy. Codziennie musiała wybaczać mu absencję, codziennie tłumaczyć sobie, że na to się godziła i takiego losu pragnęła. Nie pokazywała mu, że chwilami bywała słaba – nie pokazywała też tego dzieciom. Nie mogła. Z biegiem lat wyrobiła sobie skórę twardszą niż kamień, w środku chowając serce ukształtowane z rozgrzanej gliny, silne, bijące, gotowe na kolejne wyrzeczenia. Bała się, że po pierwszej wojnie nie zostanie z niej wiele tego, co sama znała, co zdołał poznać Alexander. Pokój przywrócił jej jednak siły, napełnił nadzieją i pewnością, jakiej jej brakowało. Potem znów stanęła przed kolejną próbą.
Sama czuła się jak Gwardzistka – chroniła jednak tylko i wyłącznie swojej rodziny.
Burzowe oczy jej męża stanowiły w tym wszystkim, paradoksalnie, kotwicę. Problem leżał jednak w tym, że stabilny grunt utrzymywał się pod jej stopami tylko na kilka godzin – wieczorami, gdy wracał ze szpitala, i nocą, gdy obejmowali się kurczowo, wspólnie oddalając się w krainę snów. Brała z tych chwil garściami, by mieć siłę walczyć dalej. Jego dotyk był jej miły, tak samo jak pocałunki, spojrzenia, tembr głosu. Za każdym z tych drobnych gestów pojawiała się myśl, że mogłaby go już nie wypuszczać, zamknąć drzwi na wszystkie spusty, walić pięściami, wrzeszczeć w desperacji. Ale nie mogła. Wojna kiedyś musiała się skończyć.
Póki jednak byli w domu oboje, musieli dalej prowadzić swoje życie – dbać o dzieci.
Jej napięcie było dla niego doskonale wyczuwalne. Jego dłonie znały każdy cal jej ciała, każde naciągające się ścięgna, każdy tężejący pod skórą mięsień. Nie ukrywała niczego.
Gdy czytał, siedziała tuż obok, trąc kciukiem splecione ze sobą palce, czekając, aż wyrobi sobie własną opinię na temat zachowania własnego syna. Według niej – chwalebnego, choć na pochwałę niezasługującego. Sama na początku nie wiedziała, co z nim zrobić, dlatego gdy podniosła na Alexandra wzrok, jej wzrok wyrażał tylko zrozumienie dla jego emocji. Splotła palce mocniej, ale nie udało jej się wymusić na ustach uśmiechu. Drgnęła, kiedy list odbił się miękko od kanapy. Westchnęła cicho.
Wiesz, że zrobił dobrze – wstała, wygładzając spódnicę, podchodząc do niego i pochwycając dłoń w obie swoje. – To nie są czasy karcenia dzieci za obronę młodszych. Zrobił źle, przekroczył dopuszczalne granice, ale jego postawa była dobra. Potrafisz mu przemówić do rozumu, Alex – pochyliła się, palce odnalazły jego policzek. – Wyślij mu list, powiedz, że nie powinien tak robić, ale nie gaś w nim potrzeby walki o swoje racje. Nie zmusimy lwa do bycia jagnięciem. On nigdy taki nie był. Jak ty. – spojrzeniem biegała po detalach na jego twarzy. Tonęła w burzowych tęczówkach, smakowała fakturę skóry. – Ciebie też nie udało mi się do końca oswoić. I wcale nie dziwi mnie fakt, że twój syn tak wiele po tobie odziedziczył.
Przytknęła wargi do jego skroni, znacząc ją pocałunkiem.




Mówili w domu na mnie

wiatr na pogodę

Powrót do góry Go down
Alexander Farley
Alexander Farley

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w św. Mungu
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 40
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
[sen] Odpowiem ci ciszą VIhlSyT

[sen] Odpowiem ci ciszą Empty
PisanieTemat: Re: [sen] Odpowiem ci ciszą   [sen] Odpowiem ci ciszą I_icon_minitime17.06.19 1:44

Alexander nie zdejmował spojrzenia z Idy nawet na ułamek sekundy; w półmroku wieczoru jej oczy błyszczały mu jaśniej niż gwiazdy. Zacisnął palce na drobnej dłoni, odnajdując w tym niewielkim geście pewność - mówiła prawdę, którą on sam już podskórnie przeczuwał, lecz nie potrafił wydobyć jej na światło dzienne. Ojcostwo wciąż było polem, na którym poruszał się niezwykle ostrożnie. Ross był ich pierwszym dzieckiem i dlatego cokolwiek nowego pojawiało się w życiu ich syna, również dla nich stanowiło wyzwanie. Chociaż, im dłużej się nad tym zastanawiał tym bardziej był skłonny przychylić się do stwierdzenia, że z Malvą wcale nie było łatwiej. W teorii najprościej powinno być im z Calluną - jednak życie uwielbiało weryfikować twierdzenia i Alexander zaczynał z całą mocą wierzyć, że wychowywanie każdego dziecka stanowi niepowtarzalne wyzwanie, nie ważne ile wcześniej by ich nie mieli.
Wolna ręka mężczyzny odnalazła dłoń, którą czarownica położyła na jego policzku. Ciepło jej skóry koiło nerwy, a usta i płynące z nich słowa...
- Działasz na mnie lepiej niż jakikolwiek eliksir - wymamrotał, przymykając oczy pod wpływem jej pocałunku. Przyciągnął jej palce do swoich warg i powoli powtórzył jej gest na każdym z nich, później postępując identycznie z drugą dłonią. Kiedy znów rozwarł powieki panował w nich spokój - i z tą ciszą na morzu odnalazł jasne oczy swojej żony.
- Masz rację - powiedział cicho, po czym wypuścił jej ręce z kajdan własnych dłoni i wyminął ją, znów podnosząc list. Wrócił jednak do Idy prędzej, niż z jej palców uleciało ciepło jego ciała. Położył głowę na prawym ramieniu czarownicy, torsem ciasno przylegając do jej pleców. Obejmując ją ramionami uniósł do góry list, tak aby móc jeszcze raz przeczytać skreślone na pergaminie słowa. - Czasem wolałbym jednak, żeby nasz syn tyle po mnie nie dziedziczył - westchnął cicho, chwilę później zatapiając się w zapachu szamponu, którego używała. - Boję się o niego, Ida. Boję się, że pewnego dnia świat zmusi go do pójścia w moje ślady. Ten strach paraliżuje mnie tak mocno, że nie wiem czy powinniśmy się do tego przygotowywać czy za wszelką cenę próbować tego uniknąć - mówił cicho, tuż przy uchu pani Farley, pozwalając by jego oddech łaskotał ją w szyję. Opuścił rękę z listem, obiema rękoma przyciągając Idę do siebie, zamykając ją w schronie z własnych ramion. - Napiszę do niego. Ale sądzę, że powinniśmy napisać też do Malvy, oboje. Wiem, że ją ostrzegaliśmy, ale skoro już się to stało to na pewno potrzebuje naszego wsparcia - powiedział, czując jak ukłucie bólu rozlewa się mu w sercu. Dzieci były niewinne. Nie zrobiły nic, czym zasłużyłyby sobie na to, co je spotykało. Nie powinny czuć winy - a jednak wiedział, że ich córka będzie to poczucie mieć. Tak samo jak Alexander niezmiennie czuł się odpowiedzialny za wszystkie takie incydenty: miłość była w końcu mieczem obosiecznym, stanowiła najpotężniejszą ochronę jak i najostrzejszą broń.




nikogo nie uzdrawiam
                                   umiem psuć ale nic nie naprawiam

zostawiam za sobą bałagan
                                           komu ja pomagam?

stoję. w ciele wznieca się ogień
                                                  nie swój strój płonie.

Powrót do góry Go down
 

[sen] Odpowiem ci ciszą

Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19