Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stadion Harpii, Holyhead

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 10:40

Stadion Harpii z Holyhead

Miejsce treningów i meczy Harpii. Położony w okolicach rodzinnej miejscowości drużyny, czyli Holyhead w Walii. Obłożony zaklęciami chroniącymi przed wtargnięciem mugoli, dla niemagicznych wygląda jak... bagno. Prócz widowni gotowej pomieścić do 3 tysięcy widzów, można tu znaleźć biuro, sklepik z drużynowymi akcesoriami i oczywiście dwie szatnie.
Możliwość gry w quidditcha


Powrót do góry Go down
Gwendolyn Morgan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t660-gwen-morgan http://www.morsmordre.net/t697-kafel#2196 http://www.morsmordre.net/t676-gwendolyn#2050 http://www.morsmordre.net/f105-cardiff-queen-street-18-6
ścigająca w Harpiach
26
Półkrwi
Zaręczona
Na jawie mi mów
Jak w każdym ze snów
Że kochasz mnie
0
5
0
0
0
0
Czarodziej
One and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 10:50

- Idźcie, idźcie. - Gwendolyn opiera się niedbale o biurko, w kanciapie, która służy im za namiastkę przestrzeni biurowej. Wszędzie walają się papiery, które powinna pewnie posegregować nim zacznie udawać, że czyta je z ogromnym zainteresowaniem. Minusem opaski kapitana był fakt, że nadzwyczaj często zarząd plątał ją w sprawy ocierające się o administracyjne. Jakby miała o tym jakiekolwiek pojęcie! Mogła prowadzić treningi, układać strategię i decydować o składzie. Ale składki zdrowotne? Merlinie, przecież to dla niej obcy świat. I jeszcze zamykanie jej w tak małej przestrzeni to jak wyrok. Co ona chomik? Niechęć odbijała się na dnie jej tęczówek, ale na twarzy malowała się determinacja. - Muszę to kiedyś zrobić. Nie będę siedzieć długo. - uśmiechnęła się do stojących w drzwiach przyjaciółek, które jeszcze przez chwile obserwowały ją badawczo, jakby oceniały na ile mogą jej zaufać. Powszechnie wiadome było, że Gwen miała skłonność do wpadania w przesadę. Zarywała noce nad strategiami, zamęczała na miotle, przewalała znienawidzone sterty papierów - zupełnie tak jakby próbowała w ten sposób nie myśleć o innych spawach. Jednej sprawie, tak konkretnie. Te Harpie, które grały w pamiętnym meczu w 53 lubiły się z nią droczyć, że to przez pewnego Niemca. Morgan zwykła wtedy przewracać teatralnie oczyma i gonić je do roboty. "Czy tylko ja tutaj mam jakieś ambicje?" - furczała pod nosem jak rozjuszona kotka. Przez pierwszy rok zwykła się jeszcze rumienić, by potwierdzić wszystkie ich przypuszczenia, ale teraz już zupełnie przestała reagować na docinki. Wiedziała, że Harpie nie robią tego ze złej woli. Wreszcie duet pałkarek odpuścił i obie kobiety pomaszerowały do wyjścia z budynku. Gwen z westchnieniem opadła na krzesło i wsparła łokcie na blacie. Niczym znudzona uczennica ułożyła twarz na dłoniach i spróbowała się skupić na treści dokumentu. Po trzech zdaniach nie pamiętała już o czym czytała.
- Co za bezsens. - mruknęła odpychając się gwałtownie do tyłu i wbijając plecy w oparcie krzesła. Zacisnęła ze złością usta i potoczyła wzrokiem po małym pomieszczeniu. Była zmęczona po treningu. Włosy wciąż miała mokre po prysznicu, a na prawym ramieniu rozlewał jej się siniak, po przelotnym spotkaniu z tłuczkiem. Powinna iść do domu i odpocząć. Papiery nie uciekną, prawda..? Gdyby tylko znalazła jeszcze jakąś wymówkę!
W tym momencie usłyszała szybkie kroki na schodach. W drzwiach pojawiła się znów twarz jednej z jej towarzyszek, tym razem rozciągnięta w szerokim uśmiechu.
- Gdybym była Tobą, byłabym już na zewnątrz. - rzuciła enigmatycznie. Gwen przyglądała jej się przez chwilę z bardzo głupiutkim wyrazem twarzy, zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi. Dziewczyna prychnęła zniecierpliwiona i siłą podniosła panią kapitan z krzesła, a potem popchnęła w kierunku schodów. - Idź, idź. - ponaglała z ekscytacją.
Więc Gwen poszła, bo przecież wszystko lepsze od siedzenia w biurze. Wciąż nie bardzo rozumiała o co całe zamieszanie. Jednak kiedy tylko wyszła przed budynek i rozejrzała się - zrozumiała. I oniemiała na dobre kilka sekund. Bo kogo jak kogo, ale jego się tu nie spodziewała!
Przynajmniej nie tak szybko.






But if you're not ready for love
How can you be ready for life?

Powrót do góry Go down
Rudolf Brand
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t680-rudolf-brand http://www.morsmordre.net/t811-poczta-rudolfa http://www.morsmordre.net/t693-rudolf-brand
Pałkarz Sokołów z Heidelbergu
27
Półkrwi
Zaręczony
Oh, you can't tell me it's not worth tryin' for
I can't help it, there's nothin' I want more
Yeah, I would fight for you, I'd lie for you
Walk the wire for you - yeah, I'd die for you
You know it's true
Everything I do, oh, I do it for you
1
7
0
0
0
0
0
20
Czarodziej
one and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 13:14

Nadszedł wreszcie wyczekiwany przez wszystkich dzień. Cała siódemka Sokołów zebrała się w niezbyt dużym salonie mieszkalnym Rudolfa w urokliwej dzielnicy Heidelbergu z widokiem na dolinę rzeki Neckar i stary most. Salon nie był przesadnie umeblowany. Właściwie najważniejszą funkcją jaką miał pełnić było ugoszczenie w nim całej drużyny. Wygodne kanapy, ława, półki na książki i parę plakatów najpopularniejszych europejskich stadionów Quidditcha. Rudolf Brand miał to szczęście, że uczestniczył w mecza rozgrywanych praktycznie na każdym z nich. Nie zawsze Sokołom udawało się wyjść zwycięsko z potyczek, ale jak do tej pory jeszcze żadna inna niemiecka drużyna nie odebrała im Pucharu Niemiec. Rudolf siedział w jednym z foteli z szeroko rozstawionymi kolanami. Podpierał twarz palcem wskazującym lewej ręki, opartej na poręczy fotela. Podręczna walizka podrózna, na którą zostało rzucone odpowiednie zaklęcia powiększające jej ukrytą pojemność leżała koło jego prawej nogi. Skrzad domowy, który zamieszkał z nim po wyprowadzce od ojca, od lat należał do jego rodziny. Właściwie był z nimi od kiedy Rudolf pamiętał. Nie miał pojęcia kto był takim śmieszkiem, by biedne stworzenie nazwać Kalafior. Po pierwszych śmiechach i chichach związanych z reakcją na usyszane imię, można było się do niego wreszcie przyzwyczaić. Skrzat domowy wysprzątał mieszkanie mężczyzny przed jego wyjazdem do Wielkiej Brytanii, a jego kolejnym zadaniem był powrót do mieszkania jego ojca w centrum miasta. Nie widział potrzeby w zabieraniu sługi ze sobą, pomimo tego, że nigdy nie traktował go jak swojego niewolnika. Słyszał jednak posmarkiwania i pojękiwania pod nosem, dobiegające z korytarza. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka rozmyślając nad tym, że po przyjeździe do Anglii powinien jak najprędzej odnaleźć stadion Harpii z Holyhead. Nie, no co też on sobie wyobrażał, przecież jechali tam tylko w celach zawodowych. Ale czy na pewno? Odwrócił wzrok od drzwi, za którymi zniknął Kalafior, by odnieść do kuchni siedem szklanek po soku dyniowym. Czekali na trenera, który przygotował świstoklik, który miał ich przetransportować szybko i sprawnie w odpowiednie miejsce. Zawodnicy siedzieli rozluźnieni na kanapach, rozprawiając na temat tego, co będą robić w Londynie i które miejsca odwiedzą, gdy wreszcie tam trafią. Wszyscy mieli ochotę na wypad do Hogsmeade, popularnej nawet na stałym kontynencie. Oczywiście nie można było bezkarnie ominąć również ulicy Pokątnej, Alei Śmiertelnego Nokturnu oraz innych interesujących miejsc skrywanych przed oczami niemagicznych. Rudolf powrócił do przerwanej rozmowy z drugim pałkarzem, bowiem jego zamyślenie trwało jedynie kilka chwil. Wreszcie! Białe drzwi wejściowe otworzyły się, a w drzwiach stanął ich trener z przewieszoną przez ramię wygodną torbą. Pod pachą trzymał nadgryziony zębem czasu, wielki, słomiany kapelusz. Zgromadzeni wymienili spojrzenia, jednak bez zbędnego gadania zabrali swoje bagaże i wyszli za trenerem. Przy parterowym mieszkaniu znajdował się odgrodzony od wścibskich oczu ogródek, na którym przystanęli w okręgu. Wszyscy jednocześnie chwycili świstoklik. Nastąpiło szarpnięcie wytwarzające magiczną siłę, w którą wszyscy zostali wciągnięci. Wylądowali na środku opustoszałego placu z dala od centrum miasta. Minęło już popołudnie i nie widać było perspektyw na to, by zorganizować jakiś sensowny trening. Poza boiskiem na własny użytek czekały dwa mieszkania. Mieli podzielić się wedle własnego uznania w dwie grupy przyszłych lokatorów. Jednak Rudolf wcale nie zaprzątał sobie zbytnio tym głowy, ciągle jakiś nieobecny duchem. Razem z pałkarzem i szukającym dostali klucz do własnej kawalerki. Rudolf rozejrzał się pobieżnie, wymieniając poglądy z pozostałymi, że mieszkanie jest całkiem w porządku. Rzucili walizki w kątach. Rudolf musiał wejść pod lodowato zimną wodę, by uporządkować rozszalałe myśli. Od rana nie myślał o niczym innym niż o tym, by znaleźć boisko Harpii i mieć nadzieję. Jaką nadzieję? Że tam będzie? I jak zareagowałaby na jego widok? Być może już dawno o nim zapomniała. Zwłaszcza, że to on dał początek ich relacjom. Ciekawe było to, czy gdyby po tym najbardziej szalonym meczu w jakim przyszło mu brać do tej pory udział nie uczynił tego, co przeszło już do historii, to czy w ogóle zwróciłaby na niego uwagę.
- Ej, Rudolf, wychodzisz? – Usłszał za plecami, dokładnie w momencie gdy miał już przekroczyć próg mieszkania. Odwrócił się do dwóch towarzyszy, a na jego twarz wstąpił szeroki uśmiech.
Tak, idę się rozejrzeć po Londynie. Musimy przecież sprawdzić, gdzie najlepiej spędzić sobotni wieczór. Więc jak, kisicie się w tej klitce, czy idziecie? – Uniósł brew do góry, a kiedy obaj poderwali się z miejsca, wyszczerzył tylko zęby w uśmiechu.
Obeszli całą ul. Pokątną wzdłuż, wszerz i w poprzek, jednak można było się spodziewać, w którym miejscu zagoszczą najdłużej, wdając się w dyskusję na temat przewagi Świetlistej Smugi nad Zamiataczem 6 i odwrotnie. Rudolf cichaczem wycofał się do drzwi sklepu. Szukający sokołów, odwrócił się, by zapytać dokąd ten się wybiera, jednak pałkarz znów wciągnął kolegę w rozmowę, rzucając porozumiewawcze spojrzenie Rudolfowi, by ten jak najszybciej wyszedł. Brand zdumiał się nad domyślnością innych zawodników. Aż tak było to widać? No cóż, nie ważne. Oczywiście dużo wcześniej Rudolf przygotował się do tego, by znaleźć miejsce treningów najsłynniejszej kobiecej drużyny Quidditcha. Teleportował się, lądując dokładnie niedaleko stadionu. Rozejrzał się po okolicy, gdy za plecami usłyszał dziewczęce głosy. Serce podjechało mu do samego gardła, jednak kiedy odwrócił się, ujrzał plejadę końskich ogonów, w które ufryzowane były dziewczęta, jednak w ich gromadzie nie dostrzegł tej jednej konkretnej. Wszystkie zawodniczki wlepiły w niego spojrzenia wielkich, zdziwionych oczu, a z gardeł wydobyło im się przeciągłe – „Oooooooooch!” – pomieszane niekiedy z jego nazwiskiem. Już miał się odezwać, by poprosić którąś z zawodniczek, by zawołała koleżankę. Jednak dziewczyny, tak jak przypuszczał, były zsynchronizowane jak gdyby działały jako jeden organizm. Wymieniły kilka uwag, po czym jedna odbiegła, by zawołać Gwenolyn. Pozostałe posłały mu wszystkowiedzące spojrzenia i oddaliły się. Rudolf jednak tego nie zauważył, ponieważ z budynku wyszła Ona. Zatrzymał na niej spojrzenie, chłonąc wzrokiem każdy detal jej postaci. Po jej wyglądzie, zrozumiał, że niedawno skończyły trening. Ależ miał szczęście! Stał nieruchomo, nie bardzo wiedząc jak ma się zachować. A może po prostu paść przed nią ponownie na kolana? Nie, nie mógł tego zrobić. Mogłoby to zostać przez nią źle odebrane. Wreszcie, jako pierwszy przerwał milczenie. Ruszył w jej stronę powolnym krokiem, zatrzymując się, gdy dzieliło ich już tylko pół kroku. Ujął jej dłonie w swoje i uścisnął lekko, nie mogąc przestać się uśmiechać. To już nie był uśmiech. Rudolf śmiał się radośnie, widząc jej minę i uniósł jej dłonie do ust, czule całując ich wierzch. Wypuścił jej dłonie, wciąż nie mogąc przestać się uśmiechać.
- Szkoda, że nie mam lusterka. Powinnaś zobaczyć swoją minę. – Zaśmiał się, wpatrując się jednocześnie w jej twarz. Im dłużej się jej przyglądał, tym bardziej śmiech na jego ustach zamierał, a w zastępstwie tego w jego oczach mogła dostrzec odbicie skrywanej przez lata tęsknoty, której nawet teraz nie dawał ujścia, ponieważ czekał na jej reakcję.


Powrót do góry Go down
Gwendolyn Morgan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t660-gwen-morgan http://www.morsmordre.net/t697-kafel#2196 http://www.morsmordre.net/t676-gwendolyn#2050 http://www.morsmordre.net/f105-cardiff-queen-street-18-6
ścigająca w Harpiach
26
Półkrwi
Zaręczona
Na jawie mi mów
Jak w każdym ze snów
Że kochasz mnie
0
5
0
0
0
0
Czarodziej
One and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 13:19

Stał sobie tam. Na nieco pożółkłym trawniku otaczającym stadion jej zespołu. Uśmiechnięty, spokojny i tak nieprzyzwoicie atrakcyjny. Najzwyczajniej w świecie, jakby wcale nie minęły dwa lata od ich ostatniego spotkania. Jakby wcale nie spędziła tych wszystkich miesięcy usiłując nie zastanawiać się co dalej. Najgorsze w tych minionych dniach i tygodniach było pytanie, które zadawała sobie raz po raz i bez końca. Czy nie popełniła błędu pozwalając mu wyjechać? Czy on kiedyś wróci? A może już nigdy więcej się nie zobaczą? Drżała przeglądając Europejską prasę sportową, zawsze pełna obaw, że gdzieś między reklamą kolejnej wyścigowej miotły, a wywiadem z trenerem miesiąca, zobaczy artykuł niemal plotkarski - a w nim Rudolfa z jakąś piękną Włoską modelką albo jedną z tych długonogich Francuzek, które nawet próbując przerzucić kafla przez obręcz wyglądały jak na wybiegu. A teraz był tutaj. W dniu, w którym jak wiedziała (bo przecież miała dość czasu, by zasięgnąć języka!) Sokoły zameldowały się w Londynie. A on zamiast zwiedzać miasto, swój nowy stadion czy cokolwiek innego - przyleciał do Walii. Do Holyhead. Do niej.
Nie mogła się ruszyć. Myśli szalały jej w głowie i zupełnie nie mogła dojść z nimi do ładu. Otwarła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Chyba usłyszała cichy chichot za swoimi plecami - czy to nie jej droga koleżanka biegiem podąża za resztą zespołu? Nie zwróciła na to większej uwagi. Nawet na moment nie odrywała od niego wzroku. Czy się cieszyła? Głupie pytanie! Ona w tym momencie starała się nie oszaleć ze szczęścia! Nie chciała rzucać się w wir tych wszystkich marzeń i nadziei. Jakiś lęk, którego nabawiła się przez te dwa lata szeptał jej do ucha, że to może wcale nie tak jakby chciała? Może nie przyszedł tu by ponawiać swoją propozycję? Może chce się upewnić, że nie są już zaręczeni, może jakaś Włoszka czy Francuzka czeka na niego w Londynie... Merlinie, tylko nie to, chyba serce by mi pękło! - myślała rozpaczliwie.
Drgnęła lekko, gdy ruszył w jej stronę. Ona też jakby automatycznie wykonała pierwszy krok, potem drugi i trzeci. Niewiele brakowało, by rzuciła się do niego biegiem. Gdyby tylko nie była tak zszokowana pewnie zrobiłaby to od razu. Przecież tak strasznie tęskniła! Wreszcie byli tuż obok siebie. Gwendolyn chciwie przebiegła wzrokiem po jego twarzy, szukając na niej odpowiedzi na dręczące ją pytania. Na całe szczęście znalazła je bardzo szybko. Jakimś cudem serce, które już wcześniej wściekle tłukło jej się o żebra, zdołało jeszcze przyspieszyć, uniesione radością. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech - radosny i absolutnie przepiękny. Gdzieś w kącikach oczu czaiły się łzy. I kiedy usłyszała jego głoś, zaśmiała się i nie zwlekając już dłużej zarzuciła mu ręce na szyje.
- Nigdy więcej nie wyjeżdżaj beze mnie. - powiedziała, jak zwykle w chwilach stresu zdradzając się z walijskim akcentem. - Nigdy, rozumiesz? - dodała, a potem przycisnęła usta do jego policzka. Drżała lekko, ale to z pewnością kwestia emocji. Ciepły i suchy czerwiec sprawiały, że nie musiała się martwić ewentualnym przeziębieniem z powodu raczej kusego stroju i mokrej głowy. Zresztą nawet nie przyszłoby jej do głowy, by przejmować się teraz takimi drobiazgami. Może za chwile dotrze do niej jak niewyjściowo wygląda... Ale hej! Po tygodniowym meczu też nie była raczej szczególnie świeża, nie?






But if you're not ready for love
How can you be ready for life?

Powrót do góry Go down
Rudolf Brand
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t680-rudolf-brand http://www.morsmordre.net/t811-poczta-rudolfa http://www.morsmordre.net/t693-rudolf-brand
Pałkarz Sokołów z Heidelbergu
27
Półkrwi
Zaręczony
Oh, you can't tell me it's not worth tryin' for
I can't help it, there's nothin' I want more
Yeah, I would fight for you, I'd lie for you
Walk the wire for you - yeah, I'd die for you
You know it's true
Everything I do, oh, I do it for you
1
7
0
0
0
0
0
20
Czarodziej
one and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 13:22

Widział niedowierzanie w jej oczach. Przez ułamek sekundy przyszła mu do głowy, wywołana zapewne stresem i niepewnością, pewna zupełnie idiotyczna myśl. A co jeśli by się teraz odwrócił i sobie poszedł? W zasadzie to nie miał gdzie. Boisko Quidditcha było doprawdy imponujące, pomio tego, że nie dorównywało tym, na których zazwyczaj rozgrywano Mistrzostwa Świata. Ale gdyby się teleportował. Tak, podczas stresu mózg podpowiada najdurniejsze pomysły z możliwych. Nie mógłby ruszyć się z miejsca, pod wpływem jej przeszywającego spojrzenia. Ba! W życiu nie chciałby się stąd ruszyć. Skoro dotarł aż tutaj, nie miał zamiaru dać się tak prędko spławić. Co tam Londyn. Świat nie zawali się od tego, że na jeden dzień przeniósł się kilkaset kilometrów dalej. Holyhead. Coż, można było uznać, że wkroczył w sam środek paszczy Harpii. I czuł się z tym faktem zadziwiająco dobrze. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że wrócił za późno. Co jeśli teraz była onieśmielona spotkaniem, by za chwilę przypomnieć wspomnieć mu o jakimś Jastrzębiu z Falmouth, albo Tajfunie z Tutshill, lub co jeszcze gorsze Zaklinaczu z Czamba? Już on by go pozaklinał. Od razu odświeżyłby sobie wszystko, czego nauczono go w Durmstrangu. Słyszał pogłoski, że Hogwart nie tolerował w swojej edukacji czegoś takiego jak Czarna Magia, co w Instytucie było na porządku dziennym. Jednak poprawni politycznie profesorowie woleli ją nazywać „magią wojenną”. Mugole mieli swoje wojny, więc w Durmstrang mógł mieć swoją magię wojenną. Tak, przyjemnie było wyobrażać sobie jak traktuje potencjalnego partnera Gwendolyn, któryąś z bardziej interesujących czarnomagicznych klątw. Z tych rozmyślań wyrwały go ponownie jej oczy. Niepewne spojrzenie, czuł jak przeczesuje jego twarz, jak gdyby chciała wyczytać z jego twarzy, czy rzeczywiście znalazł się tu dla niej. Gula, która rosła mu w gardle od początku, kiedy wylądował na terenie ośrodka, wreszcie zelżała. Obserwował uważnie, jak na jej twarz wstępuje uśmiech. Żaden wchód Słońca, nie mógł się z nim równać. Uniósł dłonie do jej policzków, wciąż nie mogąc przestać się śmiać. Bynajmniej nie był to śmiech wymierzony przeciwko niej.
- Rozumiem. – Powiedział z szerokim uśmiechem, oplatając ją ramionami w pasie. Poczuł jej usta na policzku i mimowolnie przyciągnął ją bliżej siebie. Spojrzenie Rudolfa spoczęło na boisku, uniósł lewą brew do góry. W czasie kiedy mówił, jego wzrok przesunął się ponownie na Gwendolyn.
- Świetna perspektywa, wyjechać razem z Tobą i jednocześnie osłabić konkurencyjną drużynę, pozbawiając ją świetnej zawodniczki. – Zażartawał.
Po raz kolejny poczuł, że zadrżała. W pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, jednak teraz jego wzrok podążył po jej sylwetce. Skoro trening dobiegł końca, miał ochotę zabrać ją gdzieś, by mogli spokojnie porozmawiać. Jednak jej wygląd wskazywał na to, że bynajmniej gotowa do wyjścia jeszcze nie była. Pokręcił głową, posyłając jej prowokacyjny uśmiech. Przesunął prawą dłonią po jej plecach, by dotknąć jej wilgotnych jeszcze włosów.
- Zabawne. Kiedy padłem przed Tobą na kolana, byłaś cała mokra ze zmęczenia. Oboje byliśmy. Teraz, widzimy się ponownie, a Ty znowu jesteś mokra. – Zachichotał, oplatając sobie wokół palca wilgotny pukiel włosów. Woda ściekła mu po dłoni, jednak nie zwrócił na to uwagi. – Stare europejskie porzekadło mówi, że przed pojęciem swej wybranki za żonę, wypadałoby zobaczyć ją najpierw, jakby to powiedzieć… we wszystkich kombinacjach. – Zakończył z porozumiewawczym uśmiechem na ustach. Wciągnął głęboko powietrze, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Usłyszał jak oddech mu zadrżał. Jako, że dzieliła ich pewna różnica we wzroście, oplótł ją ciaśniej ramionami, unosząc kilkanaście centymetrów nad ziemię. Zrobił to tak po prostu, niespecjalnie się nad tym zastanawiając.


Powrót do góry Go down
Gwendolyn Morgan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t660-gwen-morgan http://www.morsmordre.net/t697-kafel#2196 http://www.morsmordre.net/t676-gwendolyn#2050 http://www.morsmordre.net/f105-cardiff-queen-street-18-6
ścigająca w Harpiach
26
Półkrwi
Zaręczona
Na jawie mi mów
Jak w każdym ze snów
Że kochasz mnie
0
5
0
0
0
0
Czarodziej
One and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 13:24

Z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej zdawała sobie sprawę, że to wszystko dzieje się naprawdę. To nie był jakiś nieprawdopodobny wytwór jej wyobraźni ani sen po którym obudzi się wściekła na swoją wybujałą fantazję. Rudolf faktycznie pojawił się pod stadionem. Obejmował ją teraz mocno, a każdy jego gest jasno mówił, że nie miała powodów do zmartwień. Nie przegapiła swojej szansy. Wręcz przeciwnie - te dwa lata dały jej dużo do myślenia i chyba mogła teraz bardziej docenić to co przynosił jej los. A nie każdemu szczęście sprzyjało tak bardzo jak pannie Morgan!
Odchyliła lekko głowę do tyłu, by móc swobodnie spoglądać mu w oczy. Z jej twarzy nie znikał uśmiech, ale sugestia o potencjalnym osłabianiu Harpii sprawiła, że blondynka minimalnie zmrużyła powieki. Uśmiech też zrobił się jakiś taki... ostrzejszy.
- Och, nie martw się. Wszystkie Niemieckie drużyny przyjmą mnie do siebie z otwartymi ramionami. - odparła szybko nie kryjąc nutki złośliwości w swoim głosie. - I zobaczymy jak długo utrzymacie tytuł mistrzów kraju. - swoje żartobliwe groźby zakończyła radosnym śmiechem. A może nie całkiem żartowała? Przecież nie dalej jak miesiąc temu dość poważnie rozważała szukanie dla siebie miejsca w zagranicznej drużynie. Tylko po to by być bliżej niego, choć wcale nie była wtedy pewna jego uczuć. Gdyby Sokoły nie pojawiły się w Anglii, może kontynent nawiedzałaby teraz samotna harpia? Gdybanie, gdybanie! To wszystko zdawało się teraz takie odległe! Wszystkie jej zmartwienia i rozterki, rozmywały się i znikały zastąpione niczym nieskrępowanym szczęściem. I choć w jego ramionach było jej niesamowicie wygodnie, to nie była stworzona do zbyt długiego przebywania w jednej pozycji. Emocje przekładały się na potrzebę ruchu i działania. No i on też nie mógł jej tak podnosić w nieskończoność! Swoje przecież ważyła. Zaczęła więc niespokojnie wiercić się w jego ramionach, bezgłośnie prosząc, by jej stopy znów mogły dotykać podłoża. Kiedy ta potrzeba została spełniona, lekko potrząsnęła mokrą czupryną, by pasemko, które przed chwilą nawinął na palec wróciło na miejsce i nie łaskotało jej zdradziecko po nosie.
- Jakbyś ty też był mokry, to może dostrzegłabym tu schemat. - parsknęła, a gdzieś z tyłu jej głowy pojawił się bardzo dziecinny pomysł sięgnięcia po różdżkę i oblania go wodą. Na szczęście myśl zniknęła równie szybko co się pojawiła i chyba nawet ona nie potraktowała jej poważnie. - Barbarzyńskie zwyczaje z Kontynentu... - wyzłośliwiała się dalej, choć po tej uwadze na jej policzkach pojawił się wyraźny rumieniec. Czyżby panna Morgan się speszyła? A może wręcz przeciwnie zrobiła sobie zbyt wiele nadziei?
Młoda kobieta zerknęła w dół na swój ubiór. Szorty z wysokim stanem i jakaś zwyczajna bluzka - wprawdzie najnowszy hit mody za Oceanem, ale chyba nie całkiem przystający na spotkanie z narzeczonym. Nie wspominając już o jakimkolwiek wyjściu do ludzi. Na swoją obronę miała tylko to, że nie spodziewała się dzisiaj żadnych zajęć poza drużynową biurokracją i leniwym wieczorem z książką. Na jej twarzy widać było konsternację.
- Chyba powinnam się przebrać. - bąknęła, przygryzając usta. - Moglibyśmy później pójść coś zjeść! Przejść się po Londynie! - dodała szybko, znów uśmiechając się radośnie i chwytając jego dłoń. - Oczywiście o ile masz czas. I ochotę. - no proszę. Czasem jednak umiała brzmieć jak dobrze wychowana młoda kobieta!






But if you're not ready for love
How can you be ready for life?

Powrót do góry Go down
Rudolf Brand
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t680-rudolf-brand http://www.morsmordre.net/t811-poczta-rudolfa http://www.morsmordre.net/t693-rudolf-brand
Pałkarz Sokołów z Heidelbergu
27
Półkrwi
Zaręczony
Oh, you can't tell me it's not worth tryin' for
I can't help it, there's nothin' I want more
Yeah, I would fight for you, I'd lie for you
Walk the wire for you - yeah, I'd die for you
You know it's true
Everything I do, oh, I do it for you
1
7
0
0
0
0
0
20
Czarodziej
one and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 13:30

Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Dwa lata, siedemset trzydzieści dni, co dawa ponad siedemnaście tysięcy godzin, spędzonych głównie na rozmyśleniach, które obracały się wokół jednego pytania. Jak mógł do tego dopuścić? Które, pozbawione odpowiedzi, dawało powód do pojawiania się kolejnych. Jak mógł wypuścić z rąk taką szansę? Czy w życiu nie czekało go już nic innego niż sport? Quidditch był integralną częścią jego życia. Nie wyobrażał sobie jak funkcjonowałby bez chociażby jednego dnia spędzonego na boisku. Boisku, które było jedynie skrawkiem terenu. Nie było najważniejszym faktem to, w jakim regionie ten teren się znajdował. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Oderwał przelotne spojrzenie od imponującego placu rozgrywek pań Harpii z Holyhead, mając w duchu nadzieję, że sponsorzy mają im do zaoferowania coś równie okazałego. Przeniósł swój wzrok na Gwen, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nawet wtedy, kiedy jej powieki niebezpiecznie się zwęziły.
- Nie mam ku temu żadnych wątpliwości. – Odpowiedział z udawanym przestrachem w głosie. – Byłabyś cennym nabytkiem każdej cenionej drużyny. Wolałbym jednak gdybyś została na miejscu. – Nie zniósłbym kolejnego rozstania. Przemknęło mu przez głowę, nie wypowiedział tego jednak. Miał jednak przeczucie, że Gwendolyn potrafiła wyczytać jego myśli jak z otwartej księgi. Chrząknął, posyłając jej równie złośliwy uśmiech. – Niemieckie drużyny będą musiały się bez Ciebie obejść, kochanie. – Zakończył, unosząc brew ku górze. Wbrew pozorom nie odczuwał zmęczenia w związku z tym, że dziewczyna przez chwilę właściwie zamiast stać, wisiała w powietrzu. Jej ciężar rozłożył się dokładnie na jego korpusie. Nie sprawiało mu to żadnej trudności. Ba, więcej miał z tego przyjemności niż wysiłku. Przez chwilę udawał, że wcale nie dostrzega jej zniecierpliwienia z przebywania w jednej pozycji. Dopiero, kiedy jej stopa niebezpiecznie świsnęła mu koło kości piszczelowej. Odstawił Harpię na ziemię, ponownie spoglądając na nią lekko z góry. Słowa, które wypowiedziała, sprawiły, że go zatkało. Na ułamek sekundy, ponieważ do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Nie zdając sobie sprawy z tego, jak jego myśli są zbliżone do jej własnych.
- Sugerujesz, że jestem Barbarzyńcą? – Zagaił, by odwrócić jej uwagę. Jednak stało się dokładnie odwrotnie. To Gwendolyn rozproszyła jego uwagę, już i tak wystawioną na próbę. Pobiegł wzrokiem po jej sylwetce. Krótkie szorty odsłaniające smukłe, długie nogi, których nie można było pozostawić niezauważonymi. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że spędził na studiowaniu jej ciała wzrokiem zbyt długo, by nie zostało to zauważone. Krew odpłynęła mu z twarzy w chwili gdy z jej ust padły przerażające słowa. Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Przebrać się?! W jego wyobraźni zaczęły się już snuć obrazy, gdy te dwa skrawki materiału, jakie miała na sobie, lądują na ziemi w nogach biurka, razem z rozrzuconymi papierami, precz z nimi…
- Wyglądasz świetnie! – Zapewnił, lekko schrypniętym głosem, wybudzony ze snu na jawie. – Oczywiście, że mam czas. – Odpowiedział po krótkiej chwili. – Myślisz, że dlaczego tu jestem? – Zapytał, zniżając ton głosu. Odpowiedział odrobinie mechanicznie, od dłuższej chwili przypatrując się jej ustom. Przysunął się bliżej, a jego dłoń sama spoczęła na jej ramieniu, gładząc kciukiem delikatną skórę szyi. W nozdrza uderzył go uderzający zapach jaśminu, ten sam, który towarzyszył ich spotkaniu zaraz po meczu przed dwoma laty. Poczuł podmuch jej wstrzymanego oddechu, kiedy nachylił się i… złożył pocałunek na jej policzku.
- Umieram z głodu, włóż coś na siebie, wysusz włosy i chodźmy coś zjeść. – Powiedział, odsuwając się odrobinę i z uwagą badał jej reakcję. Rzeczywiście był głodny i to podwójnie, wolał jednak, by to ona decydowała o tym, który głód ugaszą prędzej. Perspektywa kolacji i spaceru po Londynie była równie przyjemna. To właśnie Londyńskie tawerny magiczne były najczęstszym miejscem spotkań Rudolfa i jego dwóch brytyjskich niegdysiejszych kompanów, którzy zrządzeniem losu znali się z Gwendolyn z czasów szkolnych. Na chwilę obecną jednak żaden z nich nie mógł zaprzątnąć mu głowy (lub zepsuć humoru swoim wspomnieniem) bardziej od blondwłosej Harpii.


Powrót do góry Go down
Gwendolyn Morgan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t660-gwen-morgan http://www.morsmordre.net/t697-kafel#2196 http://www.morsmordre.net/t676-gwendolyn#2050 http://www.morsmordre.net/f105-cardiff-queen-street-18-6
ścigająca w Harpiach
26
Półkrwi
Zaręczona
Na jawie mi mów
Jak w każdym ze snów
Że kochasz mnie
0
5
0
0
0
0
Czarodziej
One and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   23.07.15 15:00

W głowie Gwen coraz częściej pojawiały się myśli o tym co będzie robiła, gdy jej czas na Quidditch dobiegnie końca. Poświęciła drużynie Harpii już blisko dekadę swojego życia. I Merlin jej świadkiem, że nie żałowała ani jednej chwili! Ale kobiety zawsze kończyły karierę szybciej niż mężczyźni. Ile jeszcze zostanie na stadionie w Holyhead? Pięć, sześć lat przy pomyślnych wiatrach? Często zaraz za rozmyślaniami o tym jak wielkiej szansie pozwoliła wymknąć się z rąk ("Zupełnie tak jakbym upuściła kafla w kluczowym momencie meczu."), przychodziły właśnie te. O nieubłaganym upływie czasu i o tym co będzie dalej. Teraz jednak będzie mogła patrzeć w przyszłość z nieco pogodniejszym nastawieniem.
- Masz rację, jakoś będą musiały się obyć. Nie mogę przecież zostawiać teraz Harpii! - i Ciebie. - Poza tym, teraz nie miałabym tam już czego szukać. - zakończyła cicho, niemal szeptem, bo wtedy była jeszcze na tyle blisko, by usłyszał ją bez problemu. Na krótki moment przytuliła go jeszcze mocniej, wiedząc, że zaraz - chcąc czy nie chcąc - będzie musiał odstawić ją na ziemię. Ale było w tym geście coś jeszcze, jakaś trudna do wyrażenia słowami radość, bo na dźwięk tego kochanie serce niemal jej stopniało.
Jednak z wyraźną ulgą znów stanęła na swoich nogach. Co prawda teraz musiała dość znacząco zadzierać głowę, bo wybranek jej serca był sporo wyższy, ale może nie nabawi się od tego jakiegoś niemiłego skurczu. Ramiona wsparła na biodrach, jak zawsze promieniując spokojną pewnością siebie i pogodą ducha. Choć rumieniec na policzkach zdradzał, że wciąż miała jeszcze kilka niekoniecznie szlachetnych myśli w głowie.
- Jakże bym śmiała... - odparła takim tonem, że było jasne, że na myśli miała dokładnie to czemu głośno zaprzeczyła. Temat jednak jakoś stracił na znaczeniu, gdy uświadomiła sobie jak dokładnie Rudolf jej się przygląda. Jej rumieniec tylko się pogłębił, myśli rozpierzchły się na wszystkie strony, w ustach dziwnie zaschło. Milczała, wpatrując się w niego wzrokiem nagle wyrażającym bardzo wiele pragnień, których spełnienie przecież wcale nie byłoby takie trudne! Ale jakże niestosowne. Wstrzymała oddech, gdy musnął palcami jej szyję, a potem pochylił się niżej ku jej ustom... które jednak niecnie oszukał, pocałunek składając na zaróżowionym policzku. Wypuściła powietrze z cichutkim westchnieniem, a potem zamrugała szybko jakby wybudzała się z transu.
- Obawiam się, że w tym stroju mogą nie wpuścić mnie do żadnej porządnej restauracji. - odpowiedziała wreszcie, uśmiechając się z zakłopotaniem. Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni i pociągnęła go w kierunku stadionu.
- Nie daj Merlinie ktoś mi zrobi wtedy zdjęcie i znów mi się dostanie od zarządu za skandale obyczajowe. - rzuciła przez ramię ze szczerym rozbawieniem. Szybko wciągnęła go w chłodny półmrok budynku. Znała tu każdy kąt, więc bez wahania skręciła w prawo, do szatni zespołu. Na drzwiach widniał znak drużyny, podpisany krótkim: "Wstęp tylko dla Harpii". Ta zasada była najwyraźniej bardzo ważna, gdyż Gwen postukała palcem w symbol znacząco i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Daj mi trzy minuty. - poprosiła, a potem zniknęła w środku. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęła, oparła się o nie i na moment ukryła twarz w dłoniach. Pod palcami czuła swoje rozgrzane rumieńcem policzki i nieprzyzwoicie szeroki uśmiech. Potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Tyle szczęścia! Nie chciała, by Rudolf czekał dłużej niż to konieczne, więc szybko wzięła się w garść i ruszyła na poszukiwania czegoś nadającego się do ubrania. Do swojej szafki nawet nie zaglądała, świadoma, że nic odpowiedniego tam nie znajdzie. Na szczęście szatnię dzieliło z nią sześć koleżanek z pierwszego składu i kolejne pięć pań rezerwy. Coś musi tu być! Już przy trzecim podejściu wyłowiła z szafki białą sukienkę w groszki. Była nieco za krótka, bo Gwen była wyższa od właścicielki, ale poza tym leżała całkiem nieźle. Cóż, potem podziękuje! Wciągnęła na siebie cudze ubranie, wcisnęła stopy w sandały (przynajmniej to było jej!) i zaklęciem osuszyła włosy. Jeszcze przypudrować nos, podkręcić rzęsy... Na resztę nie miała czasu. Przelotnie zerknęła w lustro i zaraz wróciła do Rudolfa. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi wykonała płynny obrót wokół własnej osi i pytająco uniosła brew, pytając go najwyraźniej o zdanie.
- Londyn? - zapytała jednocześnie, wyciągając do niego rękę. Równie dobrze mogłaby go zabrać do siebie do Cardiff, ale nie wiedziała czy taka propozycja wypada na pierwszej randce od lat.






But if you're not ready for love
How can you be ready for life?

Powrót do góry Go down
Rudolf Brand
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t680-rudolf-brand http://www.morsmordre.net/t811-poczta-rudolfa http://www.morsmordre.net/t693-rudolf-brand
Pałkarz Sokołów z Heidelbergu
27
Półkrwi
Zaręczony
Oh, you can't tell me it's not worth tryin' for
I can't help it, there's nothin' I want more
Yeah, I would fight for you, I'd lie for you
Walk the wire for you - yeah, I'd die for you
You know it's true
Everything I do, oh, I do it for you
1
7
0
0
0
0
0
20
Czarodziej
one and only

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   01.08.15 2:13

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Cienie rzucane przez trybuny na boisku stawały się coraz dłuższe, rzucając mrok na plac, przy którym się znajdowali. Zarówno Gwendolyn jak i Rudolf zdawali się tego nie zauważać, pogrążeni zarówno w rozmowie jak i we własnych myślach dotyczących przeszłości, która wreszcie zaczęła rysować się w jasnych barwach. Nawet słowa Gwendolyn o wyjeździe do Europy nie były w stanie pozbawić go świetnego humoru.
- Oczywiście, że nie możesz ich zostawić. Żadna nie nadaje się do prowadzenia drużyny tak jak Ty. – Wykrzywił usta w krzywym uśmiechu, który momentalnie złagodniał pod wpływem ich delikatnego acz silnego uścisku. Odwzajemnił go, oplatając ją ciaśniej ramionami w pasie, nim odstawił ją ponownie na ziemię. Ku jego niezadowoleniu nie mogli tak stać bez końca, a Gwendolyn nie należała do osób, które lubią przebywać zbyt długo w jednym miejscu.
Uniósł jedną brew do góry, a prawy kącik jego ust uniósł się nieznacznie w górę. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dziewczyna się zarumieniła. Postanowił jednak nie dawać po sobie poznać, że zauważył iż na jej policzki wstąpiła urocza czerwień, zwłaszcza, że stała twarzą do zachodzącego słońca. Nie odpowiedział, bowiem nie był w stanie przywołać swojego umysłu do ponownego funkcjonowania. Przypominało to ich spotkanie na boisku, tygodniowy mecz, zażartą rywalizacje pomiędzy Harpiami a Sokołami, w którym momentami nie mógł utrzymać sprzętu pałkarza w dłoni z wrażenia.
Rudolf w tym momencie był niechętny wszystkim możliwym porządnym restauracjom. Najchętniej zaprosiłby Gwendolyn do swojego mieszkania, ale nie był pewien czy odpowiadałoby jej towarzystwo współlokatorów i jednocześnie członków drużyny. To jednak również nie było odpowiednie miejsce. Skinął głową, splatając dłoń z jej własną i pozwolił zaprowadzić się do środka.
- Myślisz, że pozostaniesz niezauważona wychodząc w moim towarzystwie? Nikomu nie zrobi różnicy w co będziesz ubrana, zapewniam Cię. – Urwał, marszcząc czoło w zastanowieniu. – Jeśli ktoś zrobi nam zdjęcie to skandal obyczajowy tak czy siak się odrodzi. Swoją drogą nie spodziewałem się, że aż tak Ci się za to oberwie. – Dodał, jednak niezbyt się przejął tą nowiną. Gwendolyn nie była niczemu winna, to on zaskoczył kilka tysięcy zebranych na stadionie ludzi swoim uczynkiem, stawiając ją w cokolwiek krępującej sytuacji. Gwendolyn zniknęła za drzwiami szatni, a Rudolf został dyplomatycznie w korytarzu, dając jej przywilej czasowy dłuższy niż trzy minuty, w końcu odwiedził ją bez zapowiedzi. Nie podzielił się z nią tym na głos, kiwając tylko głową. Rozejrzał się po ścianie, na której wywieszone były fragmenty wywiadów, zdjęć i wyróżnień dla drużyny bądź też dla poszczególnych członkiń zespołów. Ruchome zdjęcia przedstawiały siedem uśmiechniętych dziewcząt dzierżących w dłoniach swoje miotły, bądź też ujęcia przedstawiały Harpie uchwycone w locie. Zatrzymał spojrzenie na blondwłosej kapitan uśmiechającej się do obiektywu, a na jego twarz mimowolnie wstąpił uśmiech. Pod spodem widniał duży nagłówek dotyczący meczu z Sokołami z Heidelbergu. Drzwi od szatni stanęły otworem jednocześnie ze szczęką Branda. Sukienka, którą włożyła Gwendolyn była śliczna, jednak nie mogła odwrócić uwagi od urody dziewczyny, zwłaszcza, że wyjątkowo dokładnie podkreślała jej kształty. Rudolf z trudem przełknął ślinę, co wydało mu się jednocześnie zbyt głośnym dźwiękiem jak na standardy panującej w budynku ciszy. Automatycznie ujął jej wyciągniętą dłoń, splatając ze sobą ich palce.
- Londyn. – Przytaknął z uśmiechem. Poprowadził ją znów na zewnątrz budynku, gdzie wykonali teleportację do stolicy.
zt x2 <3


Powrót do góry Go down
Diana Rowston
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1696-diana-rowston http://www.morsmordre.net/t643-dziubek#1865 http://www.morsmordre.net/t642-dianka#1863 http://www.morsmordre.net/f102-albemarle-way-14 http://www.morsmordre.net/t1769-diana-rowston#21074
Gracz Quidditcha, ścigająca Harpii z Holyhead
21
Półkrwi
Panna
Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe.
2
3
0
0
0
0
Czarodziej
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Stadion Harpii, Holyhead   17.03.16 21:31

29 grudnia, '55

Była zima. Było zimno i wiał wiatr. Owinięta po uszy, w ocieplanym kombinezonie i z goglami na oczach, Diana pojawiła się na stadionie Harpii, pełna optymizmu – jak zawsze. Padał śnieg, białe, delikatne płatki opadały na jej rude włosy, po chwili znikając, roztopione ciepłem jej ciała. Uśmiechała się radośnie, gdy odbijała się od ziemi, aby wznieść się w powietrze. Momentalnie poczuła piekący mróz na policzkach, palce skostniały jej na amen, zaciśnięte na trzonku miotły. Jej uśmiech jednak nie schodził z twarzy.

Kochała Quidditch. Kochała sport. Kochała adrenalinę. Kochała miotły. Kochała… wolność. Wolność, jaką dawało jej unoszenie się w powietrzu. Wolność, jaką czuła podczas meczów, kiedy zgrabnie pokonywała przeszkody, wyznaczane jej przez przeciwników. Wolność, jaką czuła, gdy wraz z przyjaciółkami z zespołu świętowała kolejne zwycięstwo.

Wirowała na miotle, robiąc coraz to kolejne zwroty. Rzucała piłką przez obręcze, by potem, samotnie lecieć i zbierać je, nim jeszcze dotknęły ziemi. Była tu sama, sama delektowała się swoim szczęściem, bo i zbytnio nie miała, z kim tego robić. Nie przeszkadzało jej to jednak, w końcu, póki co liczyła się dla niej tylko i wyłącznie kariera.
Nagle zawyło, zawiało, sypnęło mocniej śniegiem. Gogle, które miały ją przed nim chronić, zaszły białym puchem, przez co dziewczyna kompletnie nic nie widziała. Czuła tylko, jak miota ją na miotle na wszystkie strony.
Dzisiejszego dnia miała złe przeczucie. Zawsze jednak starała się w takich momentach zachować pozytywne myślenie, uśmiechnąć się szeroko i wmówić sobie, że to tylko bujna wyobraźnia i nic jej nie grozi. Nigdy nic złego się nie stało. A dzisiaj?
Czuła, że ledwo się trzyma. Skostniałe palce nie mogły mocniej zacisnąć się na miotle, a Diana, straciła nad nią kontrolę. Wiatr wiał mocno, bardzo mocno, tak, że przechylało ją na boki. Przechyliło w końcu tak, że zawisła nogami w dół, trzymając się rękoma trzonka. Bujało ją, tak bardzo ją bujało, a dziewczyna czuła, że długo nie wytrzyma. Patrzyła do góry, na swoje palce, które powoli się ześlizgiwały, mimo że cały czas starała się zacisnąć je mocniej i mocniej.

W końcu puściła.

- Do mnie! – wydarła się, ale miotła pofrunęła gdzieś, daleko.
Obolałymi rękoma sięgnęła za pazuchę, po różdżkę, ale ta z nieporadności i skostniałych palców, wyleciała jej z rąk. Czyżby było już za późno?
Leciała plecami w dół. Patrzyła przed siebie, na tyle, na ile pozwalał jej śnieg na okularach.

Quidditch.
Był dla niej wszystkim od pierwszego dnia, gdy tylko usiadła na swojej malutkiej miotełce i zrobiła pierwsze zakręty przy kuchennym stole.

Quidditch.
Był dla niej wszystkim od pierwszego dnia, który spędziła z członkami swojej nowej drużyny jeszcze w Hogwarcie, kiedy to wspólnie omawiali taktykę na pierwszy mecz.

Quidditch.
Był dla niej wszystkim od pierwszej sekundy meczu, pierwszego gwizdka, pierwszego krzyku radośni, pierwszego zdobytego punktu.

Harpie.
Były dla niej wszystkim od pierwszego meczu, na którym się pojawiła, aby kibicować swoim idolkom.

Harpie.
Były dla niej wszystkim od pamiętnego meczu w ’53, kiedy pokazały wszystkim, że są potęgą.

Harpie.
Były dla niej wszystkim od pierwszego wspólnego meczu, pierwszego wspólnie wygranego meczu i pierwszego wspólnie wypitego kufla piwa.

Harpie.
Były dla niej wszystkim odkąd zamarzyła, że zostanie kiedyś ich kapitanem.

Harpie. Qidditch. Czy ta miłość miała się właśnie zakończyć?

Przed jej oczyma pojawiły się ostatnie wspomnienia. Ostatnie wakacje, wypad do baru. Łzy popłynęły po policzkach, kiedy pomyślała, że więcej nie spotka rodziców, Alana, w którym przecież tak po kryjomu się podkochiwała, przyjaciół. Załkała cicho, wyciągając przed siebie rękę. Przecież była taka młoda, nie mogła jeszcze umierać. Dlaczego była taka głupia, dlaczego chociaż raz nie zaufała swojemu instynktowi, stawiając trening wyżej, nie bacząc na niebezpieczeństwo? Czemu była taka szalona?

Bo kochała. Kochała całym sercem. Kochała Quidditch.

Uderzając plecami i głową w twardą ziemię boiska była szczęśliwa. W pewnym sensie szczęśliwa. Szczęśliwa, że umiera tu. U siebie. Tu gdzie już dawno zostawiła swoje serce. Gdzie był jej dom, gdzie było jej miejsce.
Leżąc, nie mogła wziąć głębszego wdechu, z jej ust i nosa pociekła strużka krwi. Powoli przysypywał ją śnieg. Ktoś ją w końcu znajdzie, a wtedy zobaczy najsłodszą Harpię, jaką kiedykolwiek widział świat, z delikatnym uśmiechem na ustach. Już na zawsze zostanie w miejscu, które kochała całym sercem.

Miejsce, które było dla niej wszystkim, od zawsze na zawsze.

|KONIEC|


Powrót do góry Go down
 

Stadion Harpii, Holyhead

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Drużyny quidditcha

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Walia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17