Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Salon   30.07.15 19:07


zdjęcie jeszcze będzie nanana






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   30.07.15 19:19

/z Pokątnej

Nieco się zdziwiła; spodziewała się raczej tego, że mężczyzna po prostu wybierze jakiś termin w nadchodzących dniach. Niemniej jednak, w zasadzie i tak nie robiło jej to wielkiej różnicy, bo i tak pewnie spędziłaby jeszcze parę godzin na Pokątnej, czekając, aż ktoś się pojawi. A skoro zaproponował jej tak godziwy zarobek, mogła w każdej chwili zabrać się do pracy. Była pełna zapału, zadowolona z tego, że ma przed sobą konkretne zadanie, z którym będzie mogła się zmierzyć. Lubiła nowe, interesujące wyzwania artystyczne, choć zdawała sobie też sprawę, że nawet jeśli jest utalentowana, to nie ma jakiegoś wielkiego doświadczenia, i bała się, że coś może pójść nie tak, i mężczyzna będzie niezadowolony z jej pracy. I co wtedy? Odbierze jej wynagrodzenie i wyrzuci ją, a potem na dodatek zadba o to, żeby zniechęcić do niej innych ważnych klientów z czystokrwistych rodzin? Bała się takiego scenariusza. I nie miała zielonego pojęcia, że cała sprawa mogłaby skończyć się jeszcze gorzej, nie myślała o tym. Najgorsza myśl, jaką dopuszczała to taka, że niezadowolony czarodziej odprawi ją z niczym. Bo niby co jeszcze mogło się stać?
- Oczywiście – powiedziała. – Pojawię się tam.
Patrzyła na niego, kiedy znikał. Wciąż nie umiała do końca go rozgryźć. Nigdy też nie była w tej posiadłości; właściwie w swoim życiu nie widziała zbyt wielu rezydencji bogatych rodów. No, ale skoro tak zadecydował, nie pozostało jej nic innego, jak się dostosować. Po namalowaniu obrazu, miała nadzieję że z dobrym skutkiem, po prostu wróci do siebie; w świecie magii, kiedy znało się teleportację, takie rzeczy nie stanowiły problemu.
Zaklęciami odesłała swoje rzeczy do niewielkiego mieszkania, które dzieliła z bratem, bo wiedziała, że dziś już tu nie wróci. Zabrała ze sobą jedynie sztalugę i czyste płótno, które zmniejszyła zaklęciem, by łatwiej je przenosić oraz również pomniejszony zestaw pędzli i farb. Brat o niczym nie wiedział, bo sam pewnie był w pracy. Zacisnęła powieki, skupiając się na lokalizacji dworku, w którym miała się pojawić i obróciwszy się w miejscu, po chwili zniknęła.
Pojawiła się nieopodal budynku, zadowolona, że najwyraźniej udało jej się aportować w odpowiednim miejscu; podejrzewała, że jak przystało na taką posiadłość, musiał być dobrze zabezpieczony przed niepożądanymi osobami, więc nie dziwiła się, że rzuciło ją gdzieś obok. Rozglądała się uważnie, z wyraźną ciekawością; jako artystka potrafiła wyłapywać różne detale, i lubiła wizualizować sobie, jak dany obiekt wyglądałby po przeniesieniu na płótno bądź papier.
Podążyła jednak przez podwórze do budynku, gdzie miał czekać na nią mężczyzna, który przedstawił się jako Avery. Lyra oczywiście kojarzyła takie nazwisko, aczkolwiek nie znała tego konkretnego przedstawiciela tej rodziny. Ale obecnie była pochłonięta głównie myślami o nowym zadaniu artystycznym, które ją czekało. Nieco się stresowała, w końcu, jakby nie patrzeć, była nieśmiała, no i jeszcze nie miała zbyt wielu okazji do takich zleceń.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   31.07.15 13:09

Nazwanie go okrutnym stanowiłoby… spore niedopowiedzenie. Avery był człowiekiem zimny i bezdusznym, którego serce skamieniało niczym ofiara Meduzy. Tylko jego córeczka wydobywała pojedyncze spięcia owego mięśnia, wzbudzając w nim ludzkie odruchy, kiedy przyciskał jej główkę do piersi i zasypywał pocałunkami. Obdarzał ją czułościami, za jakie nie żądał nic w zamian, bowiem była jedyną istotą, którą potrafił kochać prawdziwie . Jill stanowiła owoc miłości pięknej w swej brutalności, słodkiej oraz niezwykle upojnej, bo zakazanej. Wyszła z jego lędźwi i Samael czuł rozpierające szczęście, kiedy obserwował każdy minimalny postęp w jej rozwoju, przekonany że nie kochałby jej bardziej, gdyby urodziła się zdrowa. W jednej osóbce zamknął całe pokłady swego człowieczeństwa i przedzierzgnął się w potwora. Chciwego, zachłannego, pragnącego władać każdym oddechem swych ofiar. Wciąż brał i wciąż pozostawał nienasycony, oczekiwał więcej wrażeń, więcej rozkoszy. Był impresjonistą i pragnął pochwycić w swe dłonie chwile, wspomnienia, zniewolić je, uczynić swymi już na wieczność. Cierpiał męki Tantala, lecz miast z głodu i pragnienia zwijał się z palącego niezaspokojenia, nieustannie szukając źródła hedonizmu. Które nigdy nie wyschnie, karmiąc gp energią, sprawiając że urośnie w siłę i dosięgnie absolutu, niedostępnego dla podrzędnych człowieczków, będących ledwie pyłem pod jego stopami. Śmiało mógł lekceważyć większość populacji, doskonale przecież znał kierujące nimi motywy, posiadał wgląd w ich pragnienia oraz lęki. Plebejskie, śmieszne, niedojrzałe; stado idealistów, którzy goniąc za marzeniami zatracą całą swą teraźniejszość. Lecz kiedy wybudzą się z utopijnego snu, będzie już za późno na refleksje nad zmarnowanymi latami. Tak właśnie postrzegał dziewczę, które mogło posłużyć za przykład dla głupców. Ją czekało jedynie ostrzeżenie, Avery’ego – chwila rozrywki, aczkolwiek po angielskiej ziemi nadal kroczyli ludzie niegodni – dla nich szykowała się gehenna gorsza jeszcze od wojennej zawieruchy. Mogli prosić, błagać, łasić się u stóp, jednakże Samael był nieustępliwy, a wszelkie decyzje podejmował tylko raz. Gdy zapadł wyrok, nic nie potrafiło skłonić go do zmiany zdania, a karami najwyższymi szafował nadzwyczaj lekko, nie troszcząc się sumienie, kolebiące się pod ciężarem grzechów. Kręgosłup moralny mężczyzny dotknęła skolioza, bynajmniej nie utrudniając mu funkcjonowania. Avery zaprzyjaźnił się ze swymi ułomnościami , sprawnie przemianowując je w zalety. Sądził ciężką ręką, zapewniając sobie posłuszeństwo bezgraniczne – czyż naprawdę oczekiwał za dużo? Gdy dotarł do domu, natychmiast powziął odpowiednie kroki, przywitawszy się z córką, nakazał jej przebrać się w odświętną sukienkę, po czym osobiście nałożył jej delikatną biżuterię (odpowiednią dla ośmioletniej damy) i ułożył włosy, zaplatając je w misterne warkocze. Wraz z dziewczynką zszedł do olbrzymiego salonu, gdzie zdecydował się przyjąć malarkę. Gdy Węgiełek przyprowadził dzierlatkę, Avery lekko pogładził Julienne po policzku (mała wygięła usta w podkówkę, a jej warga zaczęła niepokojąco drżeć; bała się obcych i źle reagowała na odstępstwa od codziennej rutyny) i skinął dłonią na swego gościa.
- Moja córka jest chora – wyjaśnił spokojnym, neutralnym tonem – nie będzie w stanie pozować, ale to chyba nie stanowi przeszkody? – spytał, unosząc brew, po czym na powrót złagodniał, przenosząc pełne troski spojrzenie na Jill.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 04.08.15 14:02, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   31.07.15 14:09

Posiadłość mężczyzny wywarła na niej ogromne wrażenie. Oczywiście nie pamiętała czasów świetności własnej rodziny; kiedy przyszła na świat, Weasleyowie już byli zubożali, posiadali mniej niż niejeden mugolak. Lyra od dzieciństwa niewiele miała, ale mimo to dorastała jako szczęśliwa, pozbawiona zgorzkniałości i otwarta, gotowa obdarzyć pozytywnymi emocjami każdego, kto tylko był wobec niej w porządku. Naiwny, łatwowierny dzieciak. Niemniej jednak, rozglądała się dookoła z rosnącą ciekawością. Sam salon mężczyzny, do którego została zaprowadzona przez skrzata, mógłby pomieścić całe jej mieszkanie. Kontrast między miejscem, gdzie dorastała, a posiadłością, w której znalazła się teraz, był ogromny. Nawet poczuła się trochę nieswojo, jakby znalazła się w zupełnie innym świecie. Drobna i niska, wychudzona dziewczyna w nie najnowszej już sukience i narzuconej na nią niedbale rozsznurowanej szacie na tym tle wypadała nadzwyczaj blado. Zaczęła nerwowo miąć brzegi rękawów. Nie żeby to był pierwszy raz, gdy widziała posiadłość czystokrwistych, parę razy w życiu w takich miejscach bywała, ale zawsze czuła się w nich dziwnie. Te wszystkie ozdobniki i emanujące z każdego kąta bogactwo przytłaczały ją.
Spojrzała na mężczyznę i jego córkę. Mała była naprawdę urocza, choć Lyra w zasadzie nie miała zbyt wiele do czynienia z dziećmi, jako że sama była najmłodszym dzieckiem swoich rodziców. Swoją drogą, to, jak mężczyzna traktował córkę, trochę ją zwiodło i uśpiło jej czujność. Na Pokątnej zachowywał się chłodno i nieprzystępnie, ale kiedy patrzyła, z jaką czułością odnosi się do córki, trudniej byłoby jej uwierzyć w jego prawdziwą naturę, dlatego z pewnością tym bardziej będzie zaskoczona, kiedy mężczyzna się ujawni. Nawet poczuła lekkie ukłucie zazdrości wobec obdarzanej taką troską dziewczynki; w końcu jej ojciec zniknął, kiedy jeszcze była dzieckiem, i zostały jej po nim głównie wspomnienia z dzieciństwa, zaś dorastać musiała sama, z wiecznie zajętą matką i starszymi braćmi.
- Nie będzie mi to przeszkadzać – powiedziała, słysząc jego wyjaśnienia. – Dam sobie radę – zapewniła go.
To mogło stanowić pewne utrudnienie, ale nie na tyle, żeby Lyra nie mogła sobie poradzić z zadaniem; w końcu nie raz rysowała ludzi czy zwierzęta, czy inne ulotne rzeczy, jak zachody słońca czy efemeryczne motyle unoszące się nad poruszaną wiatrem łąką.
Uśmiechnęła się ciepło do dziewczynki, po czym zaczęła wszystko przygotowywać. Powiększyła czarami sztalugę i rozstawiła ją, opierając na niej płótno. Przygotowała sobie także farby i pędzle. Jej delikatne dłonie leciutko drżały; w końcu czuła pewną presję ze strony obserwującego ją bacznie mężczyzny, nie chciała zawieść jego oczekiwań.
W końcu jednak zaczęła malować. Najpierw zaznaczyła ogólne zarysy, dopiero później przychodziła pora na coraz dokładniejsze szczegóły. Skupiła się na swoim zadaniu na tyle mocno, że w końcu udało jej się rozluźnić i nie zwracać tak dużej uwagi na nieprzystępnego czarodzieja. Malowanie zawsze pomagało jej się odprężyć, przenieść do innego świata. W skupieniu przygryzała usta, od czasu do czasu poprawiała rude włosy, a pędzel kierowany jej drobną dłonią przesuwał się po płótnie, pozostawiając na nim kolory. Obraz stopniowo coraz bardziej przypominał portretowaną dziewczynkę, choć oczywiście jego powstawanie trochę trwało, bo starała się dopracować go jak najlepiej. Prawdopodobnie minęło kilka godzin, zanim Lyra mogła powiedzieć, że jest ukończony i zanim ożywiła go zaklęciem, sprawiając, że stał się czarodziejskim portretem.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   03.08.15 16:49

Avery pomimo swojego chłodnego rozsądku, pozostawał empirystą, stawiając na piedestale doświadczenie. Nie odrzucał rozumu, jednakże pragnienie wiedzy przewyższało to bardziej ludzkie nienasycenie, żądające intensywnego doznawania uczuć. Sensualizm kreował jego świat, rządził nim i to właśnie nadnaturalna potrzeba pobudzania zmysłów, popychała go do czynienia rzeczy niegodnych. Nie potrafił (i nie chciał) uspokoić rozszalałego pragnienia – dzięki niemu sięgał i przekraczał granice, w pogardzie mając etykę oraz moralność. Ograniczenia wymyślono dla głupców oraz ludzi słabych, a Samael nie poczuwał się do obecności w żadnej z tych dwóch grup. Jako inteligent, człowiek o dużych horyzontach i śmiałym spojrzeniu, nie powinien być upychany w ciasnej klatce sztywnych reguł, stworzonych w obawie przed szaleńcami. Zostały nadane mu uprawnienia znacznie szersze – zasłużył na względy niepospolitym umysłem. Mógł decydować o sprawach, o jakich zwykli ludzie winni nie mieć pojęcia, a także ważyć w swych rękach losy robaczków. Tych bowiem cały czas przybywało, mnożyły się niczym zaraza, a niepowstrzymane, szybko zalałyby Anglię, sprowadzając choroby i trując społeczność. Avery dostrzegał zagrożenie i skrycie trząsł się ze strachu przed kolejną falą epidemii czarnej śmierci – ta swego czasu zdziesiątkowała populację Europy, co jeśli przywleczona przez ohydną, mugolską krew, dotknie rody czystej krwi? Dlatego poczuwał się do odpowiedzialności, jego czyny były usprawiedliwione i zasługiwały na więcej niż podziękowania czy Order Merlina. Idea Rycerzy nie gasła, a rychłe działanie winno zapewnić mu tytuł wybawcy czarodziejskiego świata. Ministrowie byli ślepi na nadciągającą apokalipsę i nie widzieli, iż zachęcając do asymilacji jedynie pogłębiają niechęć i przepaść, która niezatarta istniała od wieków. Między prawdziwymi czarodziejami a szlamami nigdy nie zapanuje równość – z tym faktem należało się pogodzić. Dogmat zbyt silnie się zakorzenił, a szlachcice byli zbyt dumni, by bratać się z robactwem, które w wyniku zbiegu okoliczności nabyło umiejętności, jakie zastrzeżone zostały jedynie dla rodów, których pochodzenie sięgało starożytności.
Avery’ego jako psychiatrę niezwykle ciekawiło podłoże powstania problemu. Dotąd nie potrafił wyjść ze zdumienia, z jakiego powodu, mugolaki śmią żądać równości. Ludzie posiadają wrodzoną ułomność, która nakazuje im pragnąć tego, co dla nich najgorsze – Samael sądził, iż tu leży przyczyna. Podobnie kobiety, które lubił eksploatować, rozrywać i jałowić. Czerpał z tego niewyobrażalną satysfakcję, przeżywaną każdą cząstką swego bytu. Jego umysł mógł wreszcie nacieszyć się spokojem, znaleźć równowagę ducha, a ciało zostawało zaspokojone. Oczy radowały się widokiem krwi, barwiącej drogie szaty purpurą (oznaką władzy królewskiej) i płynów ustrojowych, a odór strachu i obrzydzenia, uderzał w nozdrza, powodując kolejną falę podniecenia. Na razie Avery odczuwał tylko delikatny niepokój, niepodszyty jeszcze obawą – dobrze. Nie lubił się śpieszyć, z ofiarami wolał postępować finezyjnie. Każdej kolejnej starał się zapewnić wrażenia niepowtarzalne, nie cierpiał wprost nudy oraz porażającej rutyny. Nie uciekał w schematy, które stanowiły jego przekleństwo, był spragniony innowacji, czekał na porażające zaskoczenie i niespodziewany finał. Dlatego przez kilka godzin siedział w wygodnym fotelu, obserwując pracę dziewczyny i szykując odpowiedni scenariusz. Wcześniej odprowadził Julienne do jej komnaty, nakazując Węgiełkowi pilnowanie malarki – nie ufał żadnej żebrzącej ulicznicy – a po powrocie dyskretnie nałożył na salon zaklęcie wyciszające oraz zablokował drzwi.
- Doskonale – – rzekł, lakonicznie chwaląc obraz i machnięciem różdżki, posyłając go do szafy, gdzie miał bezpiecznie czekać na oprawienie w ramę. Skinął głową, jakby wydając przyzwolenie na opuszczenie jego domostwa; dziewczyna wykonała swoje zlecenie, nie była mu już dłużej potrzebna. Gdy malarka pakowała swoje narzędzia, Avery od niechcenia rzucił zaklęcie rozbrajające i schował jej różdżkę do kieszeni, ignorując pytające spojrzenie rzucone w jego kierunku.
- Teraz porozmawiamy – zakomunikował łagodnie, gestem zapraszając, by usiadła na kanapie. Sprawiał pozory sympatycznego gospodarza, aczkolwiek z jego ciemnych oczu wyzierał głód. Jeśli dziewczyna ceniła swoje życie, nie powinna prowokować Avery’ego, który przecież nie chciał skrzywdzić jej dotkliwie .






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 04.08.15 14:04, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   03.08.15 17:40

Lyra w spokoju pracowała, nie zdając sobie sprawy z tego, co działo się w umyśle obserwującego ją mężczyzny. Właściwie prawie w ogóle go nie zauważała. Tak już miała, kiedy wpadła w artystyczny trans. Niemal traciła kontakt z otoczeniem, i czasami trzeba było po kilka razy jej coś powtarzać, bo była zbyt mocno skoncentrowana na prowadzeniu pędzla po płótnie. Jego sztywne włosie pozostawiało na płótnie kolorowe ślady stopniowo układające się  portretowaną scenę. Każdy jego ruch musiał być przemyślany i wyważony, tym bardziej, kiedy malowała na zamówienie. Niemniej jednak, samo malowanie było przyjemne. Lyra mogła się rozluźnić i nie myśleć o stresie i tym, jak bardzo przytłaczało ją to bogate wnętrze, w którym jakimś cudem się znalazła. Na nie też prawie nie zwracała uwagi, zupełnie jakby jej świat nagle skurczył się do płótna, pędzla i palety z farbami. Było jednak widać w niej pewną pasję, kiedy tak stała przed sztalugą, malując, od czasu do czasu stając leciutko na palcach, kiedy chciała namalować coś w górnej części płótna. Była w końcu naprawdę niska. Przygryzała nieznacznie wargę, a rude włosy lekko kołysały się na jej ramionach, gdy poruszała nieznacznie głową.
W końcu jednak skończyła i spojrzała na mężczyznę, który na czas jej pracy usadowił się w fotelu, zapewne jej się przyglądając, co jednak nie było aż tak bardzo zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że osoby, które zlecały jej namalowanie czegoś, często lubiły przyglądać się jej pracy. Bardziej niepokojące było spojrzenie mężczyzny, oraz to, co zrobił chwilę później.
Nie zdążyła zareagować. Czarodziej nagle wyjął różdżkę i szybkim ruchem ją rozbroił. Różdżka dziewczyny wyrwała się z wewnętrznej kieszeni jej szaty i poleciała w jego stronę.
- Dlaczego...? – zapytała z konsternacją; jeszcze nie do końca to do niej dotarło. Po paru sekundach, kiedy pierwsze zaskoczenie opadło, poczuła, jak wypełnia ją lęk i niepokój znacznie większy od tego, jaki czuła wcześniej na widok czarodzieja. – Dlaczego zabrał mi pan różdżkę?
Nie rozumiała tego. Przecież wypełniła swoje zadanie, namalowała obraz. Czego ten mężczyzna mógł od niej jeszcze chcieć? Była przecież tylko nastolatką, niedawno skończyła Hogwart i z pewnością nie było w niej niczego szczególnie interesującego, tak przynajmniej myślała.
Wpatrywała się w niego, nerwowo zaciskając dłonie. Końcówki jej włosów na kilka sekund zmieniły kolor. Przesunęła wzrok na kanapę, na której kazał jej usiąść, po czym obejrzała się przez ramię na drzwi. Nie była pewna, czy to jej wyobraźnia, czy naprawdę w jego spojrzeniu czaiło się coś mrocznego? Niemniej jednak, jeśli tylko zwodziła ją wyobraźnia, i mężczyzna rzeczywiście chciał jedynie z nią porozmawiać, postąpiłaby bardzo bezczelnie, ignorując go i uciekając z jego domu. Oczywiście nie wiedziała, że i tak zabezpieczył salon. Póki co wolała jeszcze nie myśleć, że mógł mieć wobec niej jakieś niecne zamiary, choć taka myśl pojawiła się gdzieś na obrzeżach jej świadomości, tym bardziej, że chwilę temu odebrał jej różdżkę. Niby dlaczego miałby to robić, gdyby miał w planach normalną rozmowę z dziewczyną, która namalowała portret jego córki?
Łagodny ton jego głosu mógł być zwodniczy. Po wahaniu ruszyła jednak powoli w stronę kanapy. Szansę na ucieczkę miała niezwykle małą, zwłaszcza bez różdżki, a ryzyko było zbyt duże. Ostrożnie usiadła na brzegu mebla, gotowa natychmiast się z niego zerwać, i utkwiła wystraszone spojrzenie w twarzy mężczyzny, nieudolnie starając się swój lęk zamaskować.
- Mogłabym dostać z powrotem moją różdżkę? - zapytała nagle. - O czym chce pan ze mną porozmawiać?


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   04.08.15 10:09

Kilkugodzinna obserwacja, jak niepozorna dziewuszka pokrywa płótno dwa razy większe od niej barwnymi plamami mogła wydawać się nudna oraz nużąca. Avery czerpał z niej jednak sporą przyjemność. Dziewczyna wyglądała, jakby wpadła w furor artisticus, skupiając się jedynie na sztaludze oraz palecie z farbami. Było to dość cenna uwaga i Samael postanowił mieć na to baczenie w przyszłości, którą oczywiście gwarantował młodziutkiej malarce. Zastanawiał się, czy owładnięty szałem również przypomina pełnego pasji artystę, czy jedynie obłąkańca, opętanego przez siły nieczyste. Samael z dumą nazywał siebie Kreatorem – stworzył przecież własny świat, oparty o fundamentalne zasady, które funkcjonowały bez zarzutu. Nieznaczne trzęsienia nie mogły go zburzyć, a palący się grunt zwykle zasychał i utwardzał przestrzeń, w której egzystowali we troje. On, jego córeczka oraz narzeczona, sprawczyni klęsk. Judith budziła wszystkie żywioły, a wówczas nawet Avery był bezsilny i nie potrafił poskromić swego gniewu. Ciskał gromy z oczu i odbierał słuszną ofiarę z krwi, jako zapłatę i przebłaganie błędów. Które popełniała nieustannie, więc Samael musiał kontrolować się perfekcyjnie, by pewnego dnia po prostu nie zrzucić jej w otchłań Hadesu, nie zostawiwszy obola w jej ustach i zmuszając ją tym samym do wiecznego błąkania się po krainie potępionych dusz.
Dziewczyna wszakże mogła być spokojna o swoje losy – nie budziła w nim pragnienia ni pożądania, a jedynie żądzę czysto fizycznej przyjemności. Avery nie oczekiwał dużo, chciał jedynie nasycić się jej lękiem oraz odrazą. Karmił się tymi odczuciami i rósł w siłę, stając się coraz bardziej potężny oraz zachłanny. Gra, którą prowadził stanowiła zaledwie niepokojące preludium do prawdziwego rytuały, pełnego krwi oraz jękliwych błagań. Uwielbiał w nieskończoność przedłużać moment wykonania wyroku, do ostatniej chwili prowokować i dawać nadzieję, by potem bezlitośnie jej pozbawić. Rozpacz w pustych oczach, rozczarowanie, niesprawiedliwość, poczucie oszukania, które parowały ze skóry jego ofiar były niemal namacalne. Samael napawał się ich żałosną postawą, kiedy mimo wszystko całowali jego stopy, prosząc o ułaskawienie i uśmiechał się miłosiernie, wydając rozkaz stracenia nieszczęśników.
Wiedział, że malarka postąpi identycznie, kiedy już zrozumie, co ją czeka. Na razie wciąż błądziła w odurzająco słodkiej mgle nieświadomości i Avery zyskał dowód koronny, na to, że kobiety są jednak istotami nieskończenie głupimi. Zaufała mu i nawet teraz, gdy pozbawił ją różdżki, posłusznie wykonywała jego polecenia. Wylęknione spojrzenia, które mu rzucała, nie wystarczyły, by odwieść Samaela od raz powziętej decyzji, natomiast skutecznie go nakręcały prowokującą bezradnością. Usłyszawszy pytanie, mężczyzna tylko pokręcił lekko głową, jakby chciał ją ostrzec. Było niedorzeczne, a nic nie wyprowadzało go z równowagi równie skutecznie, jak kobieca głupota, z którą musiał zmagać się codziennie. Latami usiłował wyplenić ją z Allie, ale pogodził się z porażką, przyznając, iż tępota nie zależy od jednostki, a jest genetycznym upośledzeniem nieodłącznie związanym z płcią. Świadczyło o tym także zachowanie malarki, ignorującej (niezauważającej?) sygnałów o niebezpieczeństwie, jakie wyraźnie jej wysyłał. Avery lubił, kiedy jego ofiary się stawiały, bierność rozsierdzała go do granic możliwości i wówczas stawał się naprawdę nieobliczalny, zapadał w amok, z którego wyrywał się dopiero po doprowadzeniu sytuacji do ostateczności. Avery wstał z fotela i zaczął nieśpiesznie przechadzać się po salonie, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią na absurdalne pytania dziewczyny. W końcu zbliżył się do niej i władczo ujął jej podbródek, zmuszając, by spojrzała prosto w jego ciemne oczy.
- Nie – – odparł krótko, bez słowa wyjaśnienia. Nie musiał tłumaczyć się przed prostaczkami – był pewny, że malarka i tak nie zrozumiałaby jego pobudek. Chwycił ją mocno za włosy i przyciągnął do swojego ciała, silnie na nią napierając. Ograniczał się; w rachubę wchodziła zwykła fizyczność, bliskość dla niej obleśna, dla niego przemoc raniąca bardziej od obrażeń zadanych zaklęciami.
- Powiedz mi… – zagadnął spokojnie, jedną ręką wciąż przytrzymując ją tuż przy sobie, drugą zaś wsuwając pod grzeczną spódniczkę i nieśpiesznie drażniąc palcami wewnętrzną stronę ud –dlaczego kobiety robią się tak wilgotne, kiedy się boją? – ironicznie uniósł brew, po czym gwałtownie odepchnął od siebie dziewczynę, tak że wpadła na solidną szafę i osunęła się na podłogę. – wszystkie jesteście takie same – wysyczał, patrząc z góry na marną istotę, leżącą u jego stóp – lubieżne dziwki – warknął, kopiąc ją w żebra. Delikatnie, miała się podnieść i przyjąć jeszcze większą dawkę cierpienia oraz upokorzenia. Avery nie był nowicjuszem, dlatego umiejętnie wydzielał jej porcje bólu, z przyjemnością wpatrując się w oznaki nadchodzącego załamania i całkowitego poddania jego woli.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 04.08.15 14:14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   04.08.15 13:48

Lyra wolałaby, żeby po zakończeniu malowania po prostu pozwolił jej odejść. Gdyby wszystko potoczyło się normalnie, tak, jak myślała, kiedy pojawiła się w tej posiadłości, mogłaby spokojnie wrócić do domu, do brata, i pochwalić się nowym zleceniem, jakie wykonała. Kiedy tu przybyła, nie przypuszczała, że coś mogłoby pójść nie tak. Najgorszym scenariuszem, jaki brała pod uwagę, było to, że obraz nie spełni oczekiwań czarodzieja, i że zostanie po prostu odprawiona z posiadłości. Nawet, jeśli mężczyzna ją niepokoił, nie budziło w niej to aż tak wielkiego szoku; jako osoba nieśmiała, często czuła się niezręcznie rozmawiając z nieznajomymi, szczególnie z mężczyznami, no i czystokrwiści często emanowali chłodem i nieprzystępnością. No i musiała brać poprawkę na swoją bujną wyobraźnię, która często lubiła ją zwodzić... Choć jak się zaraz okaże, w tym przypadku miała słuszność, podpowiadając Lyrze, że z tym mężczyzną, który w taki sposób na nią patrzył, jest coś nie tak, że jego zamiary nie są do końca dobre, i kiedy zaprosił ją do swojego domu, mógł oczekiwać nie tylko namalowania dla niego obrazu.
Była naiwna. Młoda i nieopierzona, dopiero poznająca smaki dorosłego życia, ucząca się funkcjonowania poza murami Hogwartu, gdzie spędziła ostatnie siedem lat. Teraz stopniowo uświadamiała sobie swoją naiwność, to, że jednak nie powinna być aż tak ufna... Ale pokusa otrzymania zlecenia i godziwego zarobku była tak silna! Chyba każdy na jej miejscu zgodziłby się przyjąć takie zlecenie, starając się nie myśleć o potencjalnym ryzyku.
Idąc w stronę kanapy, oczywiście się wahała. No ale wciąż mogła się łudzić, że może to tylko wyobraźnia ją zwodzi, i facet wcale nie ma złych zamiarów, a jedynie chce porozmawiać o jej malowaniu, i wtedy postąpiłaby bardzo brzydko, gdyby odwróciła się na pięcie i uciekła. Wtedy już na pewno nie mogłaby liczyć na malarskie zlecenia, które, jakby nie patrzeć, były jej źródłem utrzymania. Zresztą dlaczego miałby chcieć ją skrzywdzić? Po raz kolejny wykazała się naiwnością, ale jej sytuacja była, jaka była, i Lyra musiała myśleć też o tym. Była jednak rozdarta między strachem przed popsuciem swojej nie najlepszej sytuacji życiowej, gdyby czystokrwisty wkurzył się jej niestosownym zachowaniem, a strachem przed tym, co mógł chcieć zrobić samotnej, młodej i pozbawionej różdżki artystce.
Usiadła, czując się dziwnie bez różdżki. Starała się mieć ją przy sobie, a teraz mężczyzna z nieznanego powodu postanowił jej ją odebrać. Czyżby się czegoś obawiał i wolał się zabezpieczyć?
Podszedł do niej i chwycił jej podbródek, unosząc go do góry, by spojrzała mu w oczy. Próbowała wyszarpnąć głowę, ale ścisnął ją mocno, zmuszając, by spojrzała w bezwzględne, ciemne oczy, w których dostrzegła błysk szaleństwa. Po jej plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
- Nie chcę – powiedziała cicho, ale starała się brzmieć stanowczo i ukryć drżenie głosu. Teraz już naprawdę się bała. Czego od niej chciał i dlaczego? Zanim się obejrzała, chwycił ją mocno za włosy i przycisnął do siebie, a jego wolna ręka nagle wsunęła się pod jej spódniczkę. Nikt nigdy nie dotykał jej w taki sposób, nikt nie pozwalał sobie na taką poufałość, zwłaszcza wbrew jej woli i wiedziała, że tak nie powinno być. Nie chciała, żeby to robił, więc krzyknęła i szarpnęła się. Nie trzymał jej rąk, a tylko włosy, więc chwyciła jego nadgarstek i stanowczo odepchnęła jego dłoń. Nie podobał jej się jego dotyk, budził w niej niepokój i wstręt.
- To... to było niestosowne... Nie możesz...!
Nagle odepchnął ją od siebie tak mocno, że upadła na podłogę, nie zdążywszy złapać równowagi. Zanim się podźwignęła, poczuła kopniak wymierzony w jej żebra. Z jej ust wyrwał się krótki okrzyk. Zabolało dość mocno, ale kości były całe, miała taką nadzieję. Zacisnęła jednak dłoń w bolącym miejscu, a w jej zielonych oczach pojawił się szok i niedowierzanie, podszyte strachem. Już zaczynała żałować swojej ufności i tego, że nie posłuchała swojego przeczucia i nie uciekła od razu.
- Dlaczego? – zapytała stłumionym głosem, nie rozumiejąc, dlaczego ją tak potraktował.
Nie dała mu jednak czasu, żeby kopnął ją ponownie, ani też nie pozwoliła sobie na rozklejenie się pod wpływem strachu i bólu. Starając się zignorować nieprzyjemne odczucie w kopniętym miejscu, szybko przetoczyła się w bok i zerwała do pionu. Była niska i drobna, ale za to dosyć zwinna. Przemknęła obok niego, biegnąc w kierunku drzwi salonu. Nie miała różdżki, więc nie bardzo mogła się bronić przed ewentualnym atakiem, przynajmniej nie zaklęciami. Kierowana strachem, szybko pokonała dzielącą ją od nich odległość, ale te okazały się zamknięte. Zaczęła więc w nie kopać i krzyczeć, przerażona do tego stopnia, że straciła kontrolę nad metamorfomagią, i jej włosy zaczęły się szybko przebarwiać. Potem jednak odwróciła się i rozejrzała, jakby w poszukiwaniu czegoś, czego mogłaby użyć do ewentualnej obrony, choć miała świadomość, że czarodziej posiadał różdżkę, a ona była teraz zdana na jego łaskę.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   06.08.15 13:54

pisane pod wpływem odmóżdżenia

Kwestia pewności siebie – Avery doskonale wiedział, że dziewczątko nie będzie w stanie mu się oprzeć ani sprzeciwić. Kiedy napotkał ją na ulicy od razu dostrzegł w niej idealną ofiarę – wzrok spłoszonego zwierzątka, krucha sylwetka, nieśmiały uśmiech zdobiący jej twarz… Cała jej postawa wręcz emanowała bezradnością i krzyczała, wysyłając sygnały niesamowicie wyraźne dla jego instynktu drapieżcy. Teraz, gdy udało mu się złowić dziewczynie w misternie plecioną sieć intrygi, nie miał zamiaru tak łatwo jej stracić. Nie musiał nawet posługiwać się legilimencją, by wychwytywać jej pojedyncze myśli i odczucia, które tak jasno rysowały się na tej drobnej twarzyczce. Wszystko w niej aż kipiało, a lęk czynił z malarki otwartą księgę, z której mógł wyczytać jej największe obawy. Jakie zamierzał ziścić, uczynić dogmatem, niepodważalną prawdą i najwstrętniejszym koszmarem. Przerywającym spokojny sen, budzącym zlaną zimnym potem, przypominającym, iż nie należy ufać obcym – czyżby wyrodna matka nigdy nie czytała jej bajek na dobranoc? Avery śmiał się gorzko z tego niedopatrzenia, które mogłoby uratować dzierlatkę przed marnym losem jego kolejnej zabaweczki. Współczuł jej?
Oczywiście, że nie.
Promieniował nienawiścią, wzburzeniem, chęcią mordu… w stosunku do każdej kobiety. Gdyby mógł, zmiótłby każdą z tych istot z powierzchni ziemi, ponieważ okazały się niegodne egzystencji i czerpania z dobrodziejstw świata, którym władać winni jedynie mężowie. Kobietom przypadała w udziale rola drugorzędna – miały zaspokajać swych Panów oraz rodzić dzieci (koniecznie w bólach), gdyż nie nadawały się nawet do prowadzenia domu. Arystokratki wychowywane były na idealne żony i matki – posłuszne, starające się zrobić wszystko, by zadowolić swego męża. Samael sądził, że większe aspiracje czyniły je niebezpiecznymi, ogłupiałymi do cna, zepsutymi, wymagającymi natychmiastowej interwencji. Kiedy nie czuły nad sobą pejcza stawały się rozkapryszone oraz niepokorne, a on szczerze nie znosił braku posłuchu i grzmiał wówczas najgłośniej, stając się mścicielem i odpowiadając na zniewagę.
Wniknął do umysłu dziewczyny, nie napotykając z jej strony najmniejszych barier – stała otworem, cała jego, zapraszając do penetracji wszystkich swych wspomnień. Avery tego jednak nie potrzebował, wystarczyło mu potwierdzenie tego strachu, jakim się karmił, jaki chłonął, by ten swobodnie pobudzał jego organizm do żywszych reakcji na najmniejsze spięcie jej ciała. Tym razem nie był delikatny, brutalnie ugodził w umysł malarki, aby zyskała świadomość jego obecności, aby bała się myśleć – dla osoby pozbawionej inteligencji, czynność stanowiąca nie lada wyzwanie (sic!) Roześmiał się głośno, ale bez wesołości; głupiutka dziewczyna była niemal rozczulająco nieporadna i tyko sekundy dzieliły Samaela od zaprzestania kaźni oraz ułaskawienia. Martwienie się własnym, nieodpowiednim zachowaniem podziałało na niego natychmiastowo. Uwolnił ją od swego wpływu, ironicznie unosząc brew i prowokując do zadania kolejnych pytań. Za które zamierzał zadawać jej następne ciosy, by nauczyła się, iż nie powinna odzywać się nieproszona.
- Milcz – warknął, pośpiesznie gładząc jej twarz, by na końcu uraczyć ją siarczystym policzkiem. Pozwolił na odtrącenie swej dłoni, stał nadzwyczaj spokojny, obserwując jak zrywa się na równe nogi i próbuje odwrotu. Nie zareagował, gdy mijała go, niemalże świętując już swoją ucieczkę, obojętnie przypatrywał się, jak z rozpaczą kopie w solidne drzwi i wzywa pomocy. Która nie miała nadejść, a dziewczyna powinna już zacząć sobie uświadamiać, iż jedyną drogą ku wolności było wicie się u jego stóp i błaganie o okazanie miłosierdzia.
- Obscuro! – powiedział spokojnie, celując różdżką w twarz dziewczyny. Na jej oczach natychmiast pojawiła się czarna opaska, odbierająca jej zmysł wzroku, czyniąc ją ślepą i bezradną. Avery przekrzywił lekko głowę, jakby podziwiał swoje dzieło i szybko zbliżył się do niej, zaklęciem krępując również jej ręce. Przez jego ciało przebiegł dreszcz podniecenia, kiedy ostrożnie dotknął jej twarzy, po czym przesunął swą niecierpliwą dłoń wzdłuż tali ku rozchełstanej spódnicy. Przez moment jedynie błądził palcami przy złączeniu jej ud, drażniąc ją oczekiwaniem – czy zdarzy się to, co sprawi że stanie się bezwartościową, skalaną grzechem bezwstydnicą? Zaniechał jednak dalszych czynności, zdecydowanym ruchem obracając ją tyłem do siebie, ciepłym, urywanym oddechem owiewając jej szyję i przystawiając różdżkę do jej skroni.
- Życie jest niezwykle kruche – wyszeptał, jakby prowadził z dziewczyną filozoficzną dysputę. Jednocześnie powoli rozpinał guziczki jej grzecznej bluzeczki, chcąc widzieć ją obnażoną i upokorzoną – a kuszenie losu to niezwykle niemądre postępowanie – zwrócił jej uwagę tonem dobrego wuja, nieśpiesznie odkrywając jej ramiona spod warstw niepotrzebnego materiału. Pogłaskał ją po głowie, chwaląc za grzeczne zachowanie, niczym udomowionego psiaka, po czym rzucił kolejne zaklęcie. Niewerbalne aquassus przecięło powietrze i ugodziło w dziewczynę, która zareagowała na nie naprawdę widowiskowo. Avery od dawna nie miał okazji oglądać równie udanego przedstawienia, więc rozsiadł się w pobliskim fotelu, sycąc się malarką, która chaotycznie i rozpaczliwie próbowała nabrać powietrze, dusząc się jedynie własnymi rojeniami.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   06.08.15 16:53

Na niekorzyść Lyry przemawiało to, że była młoda i niedoświadczona życiowo. Wątpiła jednak, by było to dla niej okolicznością łagodzącą; wręcz przeciwnie, jej naiwność i wrażliwość czyniły z niej łatwą ofiarę, łatwo można było rozpoznać, że jest niepewna, że dopiero uczy się życia.
Nie była też dobra w ukrywaniu swoich emocji ani nie posiadała umiejętności oklumencji, więc była całkowicie bezbronna przed jego atakiem. Zanim zdążyła się zorientować, już wdarł się w jej umysł, mógł zobaczyć jej myśli i emocje, wyczuć jej strach, a ona, choć próbowała go odepchnąć, próbowała pozbyć się go ze swojej głowy i nie czuć jego obleśnej obecności w tak prywatnej sferze jej osoby, jaką były jej myśli, nie potrafiła się obronić. Poważny brak w jej magicznej edukacji, zwłaszcza że przecież marzyła kiedyś o zostaniu aurorem, ale jednak nie była to łatwa sztuka, wymagała długiej nauki i przygotowań, no i skąd mogłaby przypuszczać, że nawet będąc zwykłą, uliczną malarką unikającą problemów, może wpaść w takie kłopoty?
Uczucie wnikania w jej myśli i uczucia było bardzo nieprzyjemne, choć nie trwało to długo, czuła je niemal namacalnie, jego obleśną bliskość, chyba nawet bardziej obleśną, niż dotyk jego dłoni na jej ciele. Widziała też jego bezwzględne, wręcz szalone spojrzenie, wwiercające się w jej wystraszone oczy, w których nie było już tych wcześniejszych radosnych iskierek towarzyszących twórczemu szałowi, a jedynie czysty strach i niepokój. Poruszyła szybko głową, by urwać kontakt wzrokowy, ale ukrywanie strachu było zadaniem jeszcze trudniejszym. Nawet bez wdzierania się do jej umysłu było go widać niemal namacalnie, bo Lyra chyba jeszcze nigdy się tak nie bała, chyba nawet wtedy, kiedy wydarzył się ten nieszczęśliwy wypadek z klątwą, jeszcze w Hogwarcie.
– Przestań – powiedziała do niego; nie chciała, by to robił, nie chciała, żeby wdzierał się w jej umysł i dotykał ją w tak obleśny sposób. Coraz bardziej żałowała, że przyjęła jego propozycję, że pojawiła się w jego domu... Gdyby wiedziała, że tak to się może skończyć, wolałaby już zrezygnować z tego zlecenia.
Mężczyzna jednak uciszył ją warknięciem i po chwili wymierzył jej siarczysty policzek. Zapiekło, a na jasnej, nakrapianej skórze pojawił się zaczerwieniony ślad. Syknęła i zacisnęła zęby, skupiając się na tym, żeby w jej oczach nie pojawiły się łzy, nie chciała dać mu tej satysfakcji, tak jak i wtedy, gdy ją kopnął. Zamiast tego jedynie przycisnęła do uderzonego miejsca chłodną dłoń, patrząc na niego z dołu, ale już po chwili, nie dając mu szansy na kolejny cios, podjęła decyzję o zerwaniu się z ziemi. Biegła w kierunku drzwi, już nawet nie myśląc o zleceniu malarskim czy obawie o niestosowne zachowanie; teraz po prostu chciała uciec, opuścić tę przytłaczającą posiadłość, oddalić się od tego szalonego czarodzieja.
Pomyślał jednak o wszystkim. Może nawet przygotował się już wcześniej, by mieć pewność, że dziewczyna nie ucieknie i nikt nie usłyszy jej krzyków? Na samą myśl o tym po jej plecach przebiegł kolejny dreszcz. Nie ulegało wątpliwości, że właśnie wpadła w łapy prawdziwego szaleńca, i nie potrafiła w żaden sposób przewidzieć, co się z nią stanie.
Zaskoczył ją z tym zasłonięciem jej oczu zaklęciem. Zanim uskoczyła w bok, na jej twarzy pojawiła się czarna opaska. Nieoczekiwanie oślepiona Lyra zachwiała się i zatoczyła na ścianę, po omacku próbując zerwać opaskę z oczu, by cokolwiek widzieć, ale zanim zdążyła to zrobić, gruby sznur oplótł jej nadgarstki, skutecznie unieruchamiając jej ręce.
Szarpnęła się. Praktycznie pozbawił ją możliwości obrony, ale mimo to nadal miała w sobie krnąbrność i upór, by próbować jakoś wydostać się z tej sytuacji. Choć wydawała się ona beznadziejna, Lyra wciąż nie pogodziła się z porażką.
– Musisz mnie stąd wypuścić – powiedziała do niego, po omacku próbując zwrócić twarz w jego stronę, ale nawet nie wiedziała, czy patrzy na niego, czy gdzieś obok. Nie widziała zupełnie nic, tylko ciemność. To wpędzało ją w jeszcze większy popłoch, bo nie mogła widzieć jego poczynań, a i próby ucieczki byłyby dużo trudniejsze.
– Mój brat jest aurorem, na pewno zacznie mnie szukać, jeśli niedługo nie wrócę do domu – odezwała się po chwili, coraz bardziej zdesperowana. Ktoś na Pokątnej mógł widzieć, że rozmawiała z tym mężczyzną, a Garrett na pewno zacznie jej szukać, kiedy wróci z pracy, a jej nie będzie, i nie będzie dawała żadnego znaku życia. Tylko czy znajdzie ją na czas? Wzdrygnęła się.
Jej głos jednak drżał, zwłaszcza że mężczyzna po chwili zbliżył się. Nie musiała go widzieć, żeby czuć, że stał tuż przed nią, przesuwając dłonią po jej ciele, by w końcu zanurzyć ją pod spódniczkę dziewczyny i musnąć znowu wewnętrzną stronę jej uda.
– Zostaw!
Nie mogła bronić się rękami, ale sapnęła i zacisnęła nogi, nie pozwalając mu się dotykać. Jego dotyk i bliskość były obrzydliwe. Po chwili jednak obrócił ją, wciąż przytrzymując, by się nie wyrwała, a w jej skroń wbiło się coś cienkiego. Koniec różdżki.
Choć nigdy nie została poważnie zraniona magią z premedytacją, wiedziała jednak, że niektóre rodzaje zaklęć mogły być niezwykle nieprzyjemne, i nie chciałaby ich poznać na swojej skórze, dlatego struchlała, gdy przycisnął ją do siebie i wolną od różdżki dłonią zaczął powoli rozpinać jej bluzkę. Całe jej ciałko drżało, i w tamtym momencie niemal była wdzięczna, że zakrył jej oczy, bo dzięki opasce nie mógł zobaczyć jej łez i odczuwać jeszcze większej satysfakcji z jej strachu i upokorzenia. Nie wydawała jednak z siebie żadnych dźwięków, zagryzała mocno wargi tak, że prawie zbielały i poruszała nadgarstkami, ocierając je sobie od sznura. Różdżka wciąż wbijała się w jej skroń, będąc wyraźnym ostrzeżeniem. Ta bezradność i bezbronność jeszcze bardziej ją przytłaczały.
Nagle jednak odsunął się. Rzucił zaklęcie niewerbalnie, więc zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy zaczęła odczuwać jego skutki, i nie mogła w żaden sposób uniknąć trafienia. Wrzasnęła i osunęła się na kolana, nie mogąc zaczerpnąć oddechu, bo miała wrażenie, jakby jej drogi oddechowe wypełniła woda. Coraz bardziej chrapliwie dyszała i otwierała usta, próbując nabrać powietrza, ale nie była w stanie tego zrobić. Po zaledwie kilku sekundach osunęła się na posadzkę i zaczęła się rozpaczliwie rzucać. To było straszne uczucie; nie mogła oddychać i nadal nic nie widziała, więc mogła się poczuć, jakby naprawdę była głęboko pod wodą. Jej kończyny drgały niespokojnie, a częściowo rozpięta bluzka zsunęła się z chudych, bladych ramion nastolatki, czego nawet nie poczuła, skupiona na niemożności oddychania.
Drgnęła konwulsyjnie, zwijając się w pół i zaczynając charczeć. Musiała jakoś się uwolnić, zrobić cokolwiek, by to przerwać. Resztką siły woli, jaką jeszcze miała, metamorfowała swoje nadgarstki, zmniejszając powoli ich obwód, tak, że w którymś momencie udało jej się wyszarpnąć jedną rękę z więzów i mimo coraz silniejszego drżenia nieporadnie sięgnęła nią do swojej szyi i twarzy. Po omacku, wciąż nie mogąc oddychać, przesuwała się po podłodze, rozpaczliwie uderzając w nią wątłymi piąstkami, próbując dosięgnąć czarodzieja, który ją skrzywdził, ale nie widziała go, nie widziała niczego. Chciała, żeby przestał, bała się, że za chwilę udusi się naprawdę, bez cennego powietrza niemal wariowała, nie wiedząc, że zaklęcie to tylko iluzja, że tak naprawdę wcale się nie topiła.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   09.08.15 20:26

Mogła się wyrywać.
Mogła się rzucać i protestować.
Mogła garściami rwać włosy ze swej rudej główki.
Mogła przyczołgać mu się do stóp i całować jego buty.
Na wszystko jednak przyjdzie odpowiednia pora i Avery już wiedział, że dziewczyna zachowa się identycznie, jak wszystkie kobiety, które u niego gościły . Naiwne, ufne, głupie , pochłonięte bzdurnymi wizjami – każda według swych roszczeń, domagających się od niego czułości lub pieniędzy. Dostawały znacznie więcej, lecz nie potrafiły docenić jego szczodrobliwości, co niezmiernie go dziwiło. Miał nadzieję, iż dzierlatka nie popełni tego samego błędu, że okaże się mądrzejsza od swych poprzedniczek, których kości bielały na grządce z różami. Kwiaty nie chciały wzrosnąć, przesycone wonią śmierci, wyczuwalną jedynie dla niego, pana tego dworu, upijającego się ich zapachem, minutą ciszy celebrując każdą spoczywającą pod tym krzakiem dziewicę. Nie zapraszał do ich grona owego rozkosznego dziewczątka, gdyż pragnął zobaczyć, jak się rozwinie i jak będzie funkcjonować po zapewnieniu mu rozkoszy, kiedy już puści ją wolno, zużytą, brudną, złamaną, z nieodwracalnymi skazami na swej psychice. Może jeszcze spotkają się u niego w gabinecie, a Avery zmieni się w empatycznego (ta cecha otwierała przed nim każde wrota) pana doktora? Przeżyłby wówczas całą sytuację raz jeszcze, odczuwając emocje intensywniej, rajcując się spowiedzią płynącą ponurą melodią z ust jego ofiary.
Powinien teraz zacząć snuć straszną opowieść, jaka wycisnęłaby z niej łzy nad własnym losem. Uwielbiał ten moment, kiedy kobiety załamywały się i wiły się na kolanach, błagając o litość, prosząc o odroczenie wyroku, nie zdając sobie sprawę, iż Avery nigdy nie wycofywał się z raz powziętej decyzji. Nie cierpiał z nimi rozmawiać, gdyż wielokrotnie powtarzały te same słowa, puste, odbijające się głuchym echem w jego głowie, gdzie tkwił już zamysł na spisanie krwią ostatniego rozdziału ich życia. Zdecydowanie preferował monologować, obserwować jak jadowite głoski ryją głębokie rany w biednych, zagubionych dziewczątek. Które przekraczały progi jego rezydencji marząc o idylli, a tymczasem jedynie potwierdzały dziecięce przestrogi przed ciekawością, ostrzegającą przed wstąpieniem do piekła.
Nie reagował, pozostawał głuchy, ignorował jej infantylne prośby, dziwiąc się, iż jeszcze nie dotarło do niej, że jest zgubiona. Samael ponownie mógł mienić się Bogiem, zarządzić Sąd Ostateczny oraz uznać ją winną grzechów przeciwko niemu. Za nieposłuszeństwo wzorem Ozyrysa winien wydrzeć serce z jej piersi, a potem zatopić w nim zęby, rozrywając ścięgna i plamiąc wzorzysty kobierzec plamami purpury. Czyż to nie byłoby wspaniałe uhonorowanie pamięci młodej dziewczyny, o której niebawem wszyscy zapomną? W pamięci Avery’ego pozostanie już na zawsze; choć twarze rozmywały się w kalejdoskopie wspomnień, krew na jego dłoniach przetrwanie i pozostanie pamiątką ich wspólnych igraszek. Przynosząc mu dumę miast szaleństwa - był mężczyzną, silnym i niezłomnym, a nie, rozhisteryzowaną białogłową, desperacko umywającą ręce po popełnieniu zbrodni.
Nie oszalał przecież do cna, nie wypaliła się w nim jeszcze trzeźwość osądu. Doskonale panował nad samczymi (prymitywnymi) instynktami, podjudzającymi go do zdarcia z niej odzienia. Nie skrupuły (tych nie posiadał) powstrzymywały Sameala przed wzięciem jej w posiadanie i rozerwania drobnego w pół drobnego ciałka, lecz chęć sprawdzenia siebie. Musiał zdołać utrzymać kontrolę, starać się nie wpaść w furię, by nie stracić dziewczątka w afekcie. Walka z potrzebą odczuwania hedonistycznej przyjemności rosła w nim coraz bardziej, lecz pamiętał o zbliżających się zaślubinach oraz pierwszej nocy, podczas której będzie się hamował równie mocno.
Rudowłosa dziewoja stanowiła ciekawy eksperyment, Avery’ego ciekawiło, czy Judith zacznie się stawiać i zachowywać podobnie do niej. Nieokiełznanie, dziko, jakby została pokąsana przez jakieś zwierzę i zarażona wścieklizną. Szarpiąc się, wyrywając i nieustępliwie próbując odzyskać utraconą godność. Nadaremno, nie dopuściłby przecież, aby ofiara zyskała nad nim przewagę – jedynie chwilową, w celu rozniecenia płomyczka nadziei oraz bezlitosnego zduszenia wszelkiej wiary w cud. Biedulka musiała nareszcie pojąć, iż nie znajduje się w sennej krainie koszmarów i nie wystarczy się obudzić. Opaska na jej oczach wymagała wyostrzenia wszystkich zmysłów, a tych nie czułaby wśród mar. Jego dotyk rozpalał do czerwoności i zostawiał po sobie niewidzialne blizny, nie doświadczyłaby tego nigdy, zwłaszcza że pieścił ją jako pierwszy i był tego szalenie pewny, toteż czynił to śpiesznie, nagląco oraz intensywnie, by zapamiętała to jak najlepiej .
- Czyżby? – zakpił, niskim, niebezpiecznym tonem. Rozkazywała mu, choć jako kobieta nie do tego została przeznaczona. W oczach Samaela zapłonął gniew, lecz nadal go nie okazywał, będąc oazą spokoju oraz opanowania. Nie mógł się unosić, choć paplające bez najmniejszego sensu kobiety zawsze doprowadzały go do pasji.
- Może powinienem go zaprosić? – wymruczał do jej ucha, przygryzając jego płatek – chętnie zobaczyłbym, jak okazuje radość na twój widok. Na pewno bardzo się kochacie – cicho cedził słowa, brutalnie rozsuwając jej uda oraz rozrywając kolejną warstwę materiału. Przejechał śliskimi palcami po policzku dziewczyny i roześmiał się gardłowo. Nie chciał od niej nic więcej, niedoświadczona nastolatka wydawała mu się równie atrakcyjna jak kulawa, zapchlona suka, lecz nie potrafił odmówić sobie upokorzenia jej. Pragnął, aby na równi z nim znienawidziła siebie, przecież to wszystko działo się z jej powodu.
Siedząc na fotelu miał możliwość oglądania dziewczyny z niezwykle ciekawej perspektywy. Wreszcie widział ją na swoim miejscu, na podłodze, kulącą się przed nim i spazmatycznie łapiącą powietrze. Wyglądała, jakby dostała ataku apopleksji, wiła się i drgała konwulsyjnie, brakowało jedynie piany toczącej się z ust, by dopełnić obrazu wariatki. Zwierzęcy charkot dobywający się z jej gardła, żałosny, przejmujący oraz straszny, w uszach Avery’ego brzmiał niczym najdoskonalsze preludium Debussy’ego; mężczyzna upajał się nieludzkimi wręcz dźwiękami, zatapiał się w doznaniach dlań ekstatycznych i porównywalnych jedynie do miłosnych uniesień, przeżywanych wyłącznie w łożu jego matki. Leniwym gestem różdżki przerwał zaklęcie, wsłuchiwanie się w krzyki już zdążyło mu się sprzykrzyć, a przecież nie mieli dla siebie dużo czasu – nie warto było go marnować.
- To chyba nieodpowiednia pora na naukę manier – rzucił niefrasobliwym tonem, wstając z fotela i niby przypadkiem następując na drobną dłoń dziewczyny – lecz widzę, że nie mam innego wyjścia – powiedział, jakby ze smutkiem – Coli! – zawołał, celując w kulące się na ziemi ciałko i beznamiętnie obserwując reakcję na zadany ból. Po chwili zacmokał, szarpnął różdżką i przerwał zaklęcie, aby dać dziewczęciu moment wytchnienia. Poprawił więzy na jej nadgarstkach, po czym dźwignął ją z podłogi i zbliżył twarz do jej oblicza.
- Nie mów do mnie takim tonem – rzekł gładko, obdarzając ją kolejnym tęgim uderzeniem w twarz, powodującym, iż znowu wylądowała przed nim na kolanach. Nie utoczył jeszcze ani jednej kropli krwi, ale miał złe przeczucia, że długo nie wytrzyma krnąbrności młódki. Buńczuczność zaś mogła przypłacić czymś więcej niż kielichem czerwonej posoki…[/b]






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   10.08.15 12:18

Lyra nie chciała zostać skrzywdzona. Panicznie się tego bała, tym bardziej że nie miała pojęcia, co mężczyzna planował wobec niej. Chciał tylko się wyżyć na bezbronnej, niewinnej ofierze, która sama wpadła w jego łapy, czy może chodziło o coś więcej? Choć nie znała go i nie wiedziała, co robił w przeszłości, nie wiedziała, że nie była jego pierwszą ofiarą, i tak naprawdę się bała. W końcu dał jej już mnóstwo powodów do lęku, wydawał się wiedzieć, co robić, by wywrzeć na młodej, naiwnej nastolatce jak najbardziej przerażające wrażenie. Jeśli właśnie tego chciał, to mu się udało.
Mimo strachu, próbowała w jakiś sposób z nim walczyć. Miała w sobie na tyle dumy i krnąbrności, by nie chcieć pozwalać ot tak sobą pomiatać, nawet jeśli doskonale zdawała sobie sprawę z jego zdecydowanej przewagi. Był dorosły, doświadczony, miał różdżkę i znał dużo groźnych zaklęć. Lyra była tylko pozbawioną różdżki, oślepioną i unieruchomioną nastolatką. Porażająco bezbronną i bezradną, w każdej sekundzie żałującą swojej naiwności i tego, że tak łatwo dała się wciągnąć w tę pułapkę, i nie wiadomo, czy i w jakim stanie się z niej wydostanie. Jeśli się wydostanie, będzie mieć nauczkę, żeby nie być tak ufną i nie pakować się lekkomyślnie w tego typu sytuacje. Mogła tylko próbować zachować resztki uporu i swojej dumy, i liczyć na pozytywne zakończenie całej sprawy. Nie chciała się płaszczyć i błagać o litość, choć momentami była tego naprawdę bliska, choć nie wiedziała, czy to cokolwiek da. W końcu, jako osoba młoda i dorastająca w rodzinie może biednej, ale kochającej się, nie zaznała przemocy i lęku, nie wiedziała więc, jak sobie z nim radzić. Nic nie widząc, nieporadnie próbowała zwracać głowę w jego stronę. Wolałaby widzieć, gdzie się znajdował i co robił, ale nie mogła w żaden sposób pozbyć się opaski. Wiedziała, że to nie był tylko zły sen, choć wolałaby, żeby tak było. Chciałaby obudzić się w swoim łóżku ze świadomością, że jest w domu, bezpieczna. Ale wiedziała, że tak nie jest. Była tutaj, drżąc, kiedy mężczyzna stał tuż obok, nic sobie nie robiąc z jej coraz bardziej desperackich słów, mających go przekonać, że trzymanie jej tu naprawdę nie jest dobrym pomysłem. Najwyraźniej był na tyle pewny siebie, że nie przejmował się potencjalnymi kłopotami, co wydawało jej się złowieszcze. Wydawał się ignorować to, co do niego mówiła, ale gdy w końcu się odezwał, wystraszyła się; w końcu nie chciała, żeby i Garrettowi coś się stało. Jeśli stąd wyjdzie, nie może mu nic powiedzieć. Nie chciała, żeby trafił w ręce tego świra, wystarczyło, że już ona nacięła się przez swoją naiwność.
– Nie – powiedziała cicho, kręcąc głową.
Czuła, jak ją dotykał. Było to obleśne, obrzydliwe, ale nie mogła nic na to poradzić. Próbowała się jakoś poruszyć, odsunąć, ale nie pozwalał jej na to. Mogła jedynie stać, starając się to jakoś znieść, choć nie czerpała z tego żadnej przyjemności. Czuła tylko obrzydzenie i wstręt. Zagryzała wargi, drżąc i oddychając szybko. Przygryzł jej ucho, a kiedy znowu rozsunął jej uda, sapnęła i szarpnęła się w jego uścisku, próbując kopnąć go w kostkę, choć nie wiedziała, czy udało jej się trafić. Jedyną rzeczą, jaką widziała, była ciemność, więc musiała bardziej polegać na innych zmysłach. Nie widząc, tym bardziej była skupiona na jego obleśnym dotyku i obecności jego ciała tuż za nią.
To, czego doświadczyła później, było dla niej chyba jeszcze bardziej przerażające, choć w inny sposób, niż wcześniejszy dotyk jego dłoni na jej ciele. Nigdy wcześniej nie czuła czegoś takiego, nie była przygotowana, więc tym bardziej było to traumatyczne. Nie mogąc oddychać, bała się, że lada chwila udusi się naprawdę.
– Nie... nie... – sapała ledwie słyszalnie, wijąc się i dygocząc na posadzce. Wciąż nic nie widziała, nie mogła też oddychać, mimo że otwierała usta i dyszała chrapliwie. Próbowała uwolnić ręce, ale i tak niewiele jej to dało, bo nie mogła w żaden sposób sobie ulżyć, póki mężczyzna sam nie zdjął zaklęcia. Mogła jedynie się rzucać i czekać, aż to nieprzyjemne uczucie duszenia się minie.
Gdy to zrobił, Lyra znieruchomiała na podłodze, zaciskając rękę na podłodze i przytulając się policzkiem do chłodnej posadzki. Teraz jednak, choć wciąż nic nie widziała, mogła znowu oddychać, więc natychmiast zaczęła łykać szybkie hausty powietrza. Oczy pod opaską były mokre od łez, a ciałko wciąż drżało. Mężczyzna pewnie czerpał z jej położenia satysfakcję, ale i tak nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy.
Słyszała, że się poruszył, więc próbowała się lekko przekręcić na bok. Wtedy jednak nagle nadepnął na jej uwolnioną dłoń. Lyra jęknęła, zaciskając ją i przyciskając mocniej do ciałka, a kiedy rzucił kolejną klątwę, stłumiony jęk przeszedł we wrzask. Nastolatka zwinęła się w kłębek na ziemi, ogarnięta nagłym bólem, który jednak po kilkunastu sekundach minął, kiedy mężczyzna zdjął zaklęcie. Wciąż leżała zwinięta, drżąc.
– Dlaczego to robisz? – zapytała cicho, choć nie spodziewała się odpowiedzi. Jej głos drżał i brzmiał nieco piskliwie. Miała ochotę się rozpłakać, ale starała się nie wydawać żadnych dźwięków. Łez na szczęście nie mógł zobaczyć.
Nie rozumiała tego, bo przecież zrobiła wszystko, czego oczekiwał, namalowała dla niego obraz. Jedynym wytłumaczeniem tego, jak ją potraktował, było to, że naprawdę był szalony. W końcu nikt normalny nie robił takich rzeczy i nie czerpał z nich satysfakcji.
Próbowała się odsunąć, przekręcić na drugi bok i odpełznąć, choć oczywiście wciąż nie wiedziała, dokąd się przesuwa. Jedynie szelest jego szaty i ciche kroki zwiastowały to, że się poruszył. Obszedł jej kruche, wciąż drżące ciałko i ponownie skrępował oba jej nadgarstki, żeby znowu się nie uwolniła. Zanim złapał jej rękę, próbowała go odepchnąć i podrapać, ale sprawnie się z nią uporał. Po chwili została dźwignięta do pionu i zanim zdążyła choćby otworzyć usta, znowu została uderzona w twarz, tak mocno, że nogi się pod nią ugięły i osunęła się na ziemię, czując, jak kręci jej się w głowie. Na piegowatym policzku pojawił się kolejny czerwony ślad, który z pewnością niedługo przemieni się w siniaka, a przegryziona warga pękła od siły uderzenia. Wciąż oszołomiona ciosem, milczała, klęcząc przed nim na ziemi, blada, drżąca, wciąż z zasłoniętymi oczami i odkrytymi ramionami. Jej rude włosy zdążyły przybrać ciemniejszy kolor pod wpływem negatywnych emocji i uczuć. Mała, krucha, bezradna i upokorzona. Chciała, żeby zostawił ją w spokoju i przestał się tak wyżywać, zwłaszcza że nie wiedziała, dlaczego tak ją traktował. Milczała jednak, zaczynając rozumieć, że kiedy zbyt dużo mówiła, wyżywał się dotkliwiej.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   13.08.15 16:28

syf nad syfy, więc przepraszam

Avery wielokrotnie analizował swoje zachowanie.
Brał pod lupę każdą zadaną przez siebie ranę, badał wszystkie ciosy.
Rozpatrywał kwestie swych dewiacji od strony psychicznej, będąc całkowicie obiektywnym.
Mógł swobodnie wystawić sobie diagnozę, a tym samym skazać na lobotomię lub kastrację – z czego druga alternatywa była zdecydowanie gorsza. Egzystencja w zapomnieniu, niby po wypiciu wody z rzeki Lete nie wydawała się złym wyborem w porównaniu z utraceniem męskości i staniem się eunuchem, oddartym ze wszystkiego, co czyniło go silnym.
Samael z psychologicznego punktu widzenia był zwykłym sadystą. Zwyrodnialcem, degeneratem i powinien od dawna gnić w zakładzie zamkniętym lub w więzieniu za bezbożne czyny, których dopuszczał się nieustannie z wciąż niegasnącą namiętnością. Skrzywdził wiele osób, przemieniając ich życie w najprawdziwsze, dantejskie piekło, nie doczekawszy się za to nawet napomnienia. Nie otrzymał kary, nie spotkał go grom z jasnego nieba, więc poczynał sobie śmiało, siejąc dookoła ziarna destrukcji. Miał na to przyzwolenie, zaś obserwowanie bólu i zadawanie cierpienia popychało go na skraj ekstazy. Niewiele brakowało mu do przekroczenia pewnej granicy – gdyby to zrobił, z jego barków zdjęto by ciężar człowieczeństwa, lecz on nie zostałby wyniesiony ponad anioły. Spotkałoby go zwyczajne zezwierzęcenie, ponieważ część instynktów Samaela niewiele różniła się od tych najbardziej pierwotnych oraz prymitywnych. Nie przeszkadzało mu to zupełnie.
Jeszcze nie miał za co bić się w pierś i błagać o wybaczenie. Nie musiał przywdziewać zgrzebnego wora i pokutować za swoje grzechy, bowiem ciążyła nad nim tylko jedna wina. Za którą zapłacił już słoną cenę. Każdego dnia kaleczył serce widokiem chorej córki, nie potrafiąc znaleźć sposoby na wyrwanie jej ze szponów choroby. Nieuleczalnej; wiedział o tym w głębi duszy, ale mimo tego szalał z wściekłości, kiedy kolejni dyplomowani uzdrowiciele bezradnie rozkładali ręce. Sprawiedliwość nie istniała.
Dlatego postanowił wymierzać ją samodzielnie, okrutnie udowadniając kobietom, że tak naprawdę są nic nie warte, brudne i plugawe. Znienawidził je do reszty, będąc po prostu, po ludzku zazdrosnym.
Pieniądze nie mogły kupić Jill zdrowia, jego wpływy kończyły się na salonach arystokracji i chyba tylko gorejąca zemsta – nie tylko podtrzymywała go przy życiu, ale wręcz sprawiała, iż żył jego pełnią, jakby żaden kłopot nie spędzał mu snu z powiek. Avery nie pozwalał, aby jego kompleksy wydostawały się poza chłodne i bezpieczne mury jego umysłu. Kiedy sekrety wyłaniały się na światło dzienne, zawsze zwiastowało to zbliżającą się katastrofę. Samael nie mógł dopuścić, żeby forteca, jaką z mozołem wznosił przez tyle lat, zmieniła się w kupę gruzu z powodu niedopatrzenia. Dokładnie wiedział, co zrobi z goszczącą u niego malarką, żeby poczuć się ukontentowanym, a jednocześnie nie przekroczyć pewnych progów: jej – bólu, jego – bezpieczeństwa.
Roześmiał się w głos, puszczając mimo uszy durne pytania naiwnej młódki. Zastanawiał się, jak można być tak tępym i nie potrafić pojąć, iż robi to wyłącznie dla przyjemności. Swojej własnej, nieskrępowanej żadnymi regułami, pozwalającej znaleźć się w stanie podobnym do upojenia alkoholowego, ale bez porównania lepszym. Widok krwi, jej metaliczny aromat uzależnił go szybciej, niż uczyniłaby to śnieżka – a może w połączeniu z wrzaskami, płaczem oraz drżącym ze strachu i bólu drobnym ciałkiem, Avery wyjątkowo szybko popadł w totalne uniesienie. Niewiele brakowało mu do popadnięcia w trans; wówczas byłby całkowicie nieprzewidywalny i zdolny absolutnie do wszystkiego. Lyra powinna się obawiać, nieświadomie wpadła w łapy prawdziwego psychopaty, który choć z pozoru spokojny, w głębi duszy wariował, pod wpływem doznań, działających na niego jak na narkomana. Szarpnął za jej bluzkę, rozrywając materiał i odsłaniając staniczek. Śmiał się, obserwując jak dziewczyna walczy, usiłuje kopać, bić go na oślep i drapać, pozbawiona jednakże jakiejkolwiek szansy, choć na minimalny odwet. Lekko ścisnął jej pierś, po czym z obrzydzeniem splunął jej prosto w twarz.
- Klątwa Cruciatus – rzekł cicho, podchodząc za klęczącą dziewczynę i szepcząc wprost do jej ucha – powoduje niewyobrażalny do zniesienia ból, promieniujący przez wszystkie mięśnie i porażający ciało – opowiadał słodko, niczym bajkę na dobranoc – bardzo podoba mi się to zaklęcie – stwierdził, jakby nieco zadumany i niepewny swych dalszych poczynań. Sztuczne wahanie w jego głosie było wyczuwalne, lecz Avery pozostawał przecież panem sytuacji, darowując szansę głupiutkiej malarce. Pochwyciwszy ją jednak za włosy, uderzył trzy razy rudą główką o najbliższą ścianę – na wszelki wypadek?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Lyra Travers
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t800-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/t838-zlotko http://www.morsmordre.net/t828-lyra-travers-weasley http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t962-lyra-travers
Malarka
19
Szlachetna
Zamężna
Dream of the perfect life
Dream of the sand, the sea, the sight
21
20
0
0
6
0
2
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   13.08.15 19:44

Jest okej, mam nadzieję, że mój też wyszedł znośnie ^^. I fajny nowy avek xD.

Reakcje Lyry były kwestią tego, że w jej młodym i naiwnym sposobie pojmowania świata nie mieściło się, że ktoś mógłby naprawdę czerpać przyjemność z czynienia tak podłych uczynków. Raczej uważała tego typu przypadki za coś występującego tylko w książkach, coś odległego, istniejącego, ale niezbyt rzeczywistego. Za coś, co nie działo się w normalnym, codziennym życiu, bo przecież było zbyt straszne, zbyt nierealne, nawet, kiedy czytała w gazecie o jakichś atakach, zniknięciach i tego typu niepokojących sprawach. A już na pewno nie mogłoby mieć miejsca w jej życiu. Biedna, naiwna Lyra. Musiała sama paść ofiarą złego czarodzieja, żeby przyjąć wreszcie do wiadomości, że świat nie jest wcale taki piękny i kolorowy, a źli ludzie nie istnieli tylko w gazetach i na kartach książek, a mogli czaić się wszędzie i zagrozić każdemu. To, co działo się teraz, było brutalnym otrzeźwieniem, niczym kubeł lodowatej wody wylany na głowę.
Nie wiedziała o jego problemach i tym, co nim kierowało w całym jego szaleństwie i upodobania do krzywdzenia innych. To przecież także było dla niej nie do pojęcia, więc mogła tylko myśleć i zastanawiać się.
Klęczała na ziemi, nie zważając na chłód i twardość posadzki. Jej drobne, chude ciałko drżało mocno, częściowo ze strachu, częściowo z bólu, którego chwilę temu doświadczyła. Oczy pod opaską były mokre od łez, a z rozciętej wargi zaczęła spływać krew, ściekając po podbródku i powoli skapując na jasny materiał bluzki. Czuła tylko jej ciepło, ale nie mogła nawet jej otrzeć. Oblizała jednak nieznacznie spierzchniętą wargę, ale niewiele jej to pomogło, krew nadal leciała. Uderzony już dwukrotnie policzek spuchł i zaczerwienił się. Nie widziała mężczyzny, ale mogła niemal namacalnie wyczuć wypełniającą go satysfakcję z jej podłego położenia i upokorzenia. Ale już nic nie mówiła, nie pytała. Tkwiła w całkowitym milczeniu, a ciszę przerywały jedynie jej szybkie, niespokojne oddechy.
Nagle znowu się nachylił. Usłyszała odgłos rozdzieranego materiału i poczuła, jak mężczyzna odsłonił fragment jej bladego ciałka. Jej maleńkie piersi były skryte pod materiałem stanika, ale i tak czuła zawstydzenie, że widział ją w taki sposób. Znowu zaczęła się z nim rozpaczliwie szarpać. Jej nadgarstki też chyba zaczęły krwawić, bo czuła spływającą spod mocno zaciśniętych sznurów wilgoć i szczypanie w otartej skórze. Próbowała znowu choć trochę je metamorfować, żeby sobie ulżyć, ale na razie nie próbowała znowu uwolnić rąk, nie tak szybko po pierwszej próbie. Gdy jednak ścisnął dłonią jej pierś, szarpnęła się i uderzyła go bokiem w rękę.
Splunięcie w jej twarz było bardzo upokarzające i dobitnie pokazujące, że nic nie mogła zrobić, była bezradna i na jego łasce. Mogła bezczelnie spróbować odwdzięczyć mu się tym samym, pokazać, jak bardzo go nienawidziła za to, co jej robił i jak ją poniżał, ale ostatecznie nie zrobiła tego, uznając, że prowokowanie go nie byłoby rozsądne. Zwłaszcza po jego kolejnych słowach.
Lyra zamarła. Choć sama nigdy nie zaznała jej działania, słyszała o tej klątwie, i zdecydowanie nie chciałaby poznać jej na własnej skórze. Mężczyzna mógł łatwo zaobserwować, że się wystraszyła i spięła. Mimo wcześniejszych postanowień, teraz miała ochotę prosić go, żeby tego nie robił, ale nie była pewna, czy to coś pomoże; czy odwiedzie go od zamiaru rzucenia na nią zaklęcia, czy może jeszcze bardziej go sprowokuje?
- Nie, tylko nie to – wyszeptała cichutko. – Nie możesz tego zrobić. Proszę!
Kajała się, co było dla niej dodatkowym upokorzeniem. Musiała przełknąć swoją dumę, ale była gotowa na wiele, żeby oszczędzić sobie takiego cierpienia. Nie była osobą zbyt silną fizycznie, w dodatku wciąż odczuwała osłabienie po wcześniejszych zaklęciach, tym silniejsze, że przez komplikacje po tamtym wypadku w Hogwarcie szybciej ulegała osłabieniu i gorzej znosiła rzucane na nią czary. Wolała nie myśleć, jak mocno odczułaby działanie zaklęcia niewybaczalnego.
Kiedy się poruszył, była pewna, że zaraz ją przeklnie. Zacisnęła powieki i usta, nie bacząc na rozciętą, krwawiącą wargę, już gotowała się na uderzenie klątwy, kiedy mężczyzna zamiast tego szarpnął ją za włosy i uderzył jej głową o ścianę. Z jej ust wyrwał się zduszony krzyk. Uderzenia były na tyle mocne, że zamroczyły ją. Nie na tyle, żeby całkowicie straciła przytomność, ale niewątpliwie balansowała na granicy jej utraty. Kręciło jej się w głowie, a przed oczami pod opaską migały rozdygotane, kolorowe plamy, które wydawały się opadać wprost na nią. Poruszyła się niespokojnie, dygocząc lekko na posadzce i dopiero teraz naprawdę zaczynając płakać. W miejscu, którym uderzył jej głową o ścianę, także czuła coś lepkiego i gorącego spływającego po skórze i włosach.
Wciąż zamroczona i nie potrafiąca zbytnio kontrolować ruchów swojego ciała, przekręciła się na bok, odwracając od mężczyzny. Początkowo wtuliła się w ścianę, ale już po chwili próbowała niezdarnie podnieść się na klęczki. Walcząc z dokuczliwymi zawrotami głowy i nie mogąc pomóc sobie rękami, zaraz znowu opadła na posadzkę, zostawiając na niej parę kropel krwi z rozciętej wargi. Wyczuła jednak, że obok niej znajdował się jakiś mebel. Może jakiś fotel, kanapa? Resztką sił próbowała za niego wpełznąć, zupełnie jakby łudziła się, że ukrycie się za nim jej jakoś pomoże. Był to jednak całkowicie bezmyślny, desperacki odruch przerażonej i zaszczutej dziewczyny, która z trudem walczyła z utratą przytomności, wiedząc, że wtedy byłaby już całkowicie zdana na kaprysy mężczyzny, a nie chciała do tego dopuścić, nawet jeśli po utracie przytomności nie czułaby już tego całego strachu i bólu, jaki teraz jej towarzyszył.






come on look into the expanse and breath all these around come on don’t be afraid to look don’t be afraid
to look at distance
Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   18.08.15 14:08


Nie jemu było osądzać, czy postępuje źle, czy wręcz przeciwnie. Kodeks moralny Avery’ego (nie istniał?) zawierał w sobie zupełnie inne, sparafrazowane zasady mędrców, gdyż on nie uznawał nad sobą niczyjej władzy. Nie udało mu się rozstrzygnąć kwestii natury czysto etycznej; pozostawał w zgodzie z własnym sumieniem, nie trapiły go nocne koszmary, ani nie wariował z powodu możliwości odkrycia jego postępków, choć teoretycznie powinien wić się z niepokoju i umierać powoli, trawiony wewnętrzną gorączką. Był jednak człowiekiem chłodnym, rozsądnym, nawet nie tyle pragmatycznym, co po prostu wyrachowanym. Pewność siebie ora poczucie władzy zapewniały mu bezpieczną tarczę, jakby pochodzenie oraz poza, którą przyjmował, chroniły go za niezniszczalnym murem ukutym z pozorów oraz półprawd. Skrywając swe wewnętrzne demony musiał być silny; nie każdy z równą gracją przyjmowałby na twarz maskę bratającego się z pospólstwem empatycznego pana doktora.
Samael doprawdy był wybitnym aktorem; uśmiechał się, kiedy pod powiekami rysowały mu się groteskowe wizje śmierci. Lubił wyobrażać sobie rozmaite widowiska, najczęściej krwawe, gdyż wówczas osiągał największe spełnienie. Nie kąpał się nigdy w płynach ustrojowych, jednakże w czerwonej posoce nieraz ręce nurzał nawet aż po łokcie. W momentach, kiedy całkowicie ogarniał go destrukcyjny szał bardziej przypominał mugolskiego rzeźnika niż młodego arystokratę. Où va-t-elle la vertu se nicher?
Poniekąd też bowiem stanowiło to zaletę, nie bał się ubrudzić, ni skalać ciężką pracą – podrzynanie gardeł nie wymagało wysiłku oraz finezji, lecz on preferował nieco bardziej wysublimowane metody posyłania ludzi w litościwe ramiona bożka śmierci. Nie skazał wielu na pójście w nieznane. Tak naprawdę obserwacja, jak klatka piersiowa unosi się urywanym oddechem, przyglądanie się konwulsyjnym drganiom, ciałku w późnej fazie agonii było… nudne. Przypominało to zaiste bardziej sprzątanie po zabawie, choć miało pełnić funkcję grabieży ostatnich sekund życia. Lubił jedynie wzrok swych ofiar, które do końca desperacko trzymały się nadziei, że ratunek jednak nadejdzie. Były to spojrzenia pełne zawodu i rozczarowania, na jakie odpowiadał pełnym zrozumienia uśmiechem, litościwie pozwalając im odpłynąć w dal. Nie żałował wszakże, że chwilowo oślepił dziewczynę, jako że czuł się panem pełną gębą – nie tylko nie wiedziała, ale też nie widziała, co z nią uczyni. Musiała zdać się na inne zmysły, a Avery przez lata praktyki (nie tylko lekarskiej) zdołał się przekonać, iż ludzie za bardzo polegali na wzroku, słuch, a przede wszystkim dotyk, spychając na dalszy plan. Dziewczątko miało teraz za to zapłacić, gdyż nadal najwyraźniej nie była świadoma, co się z nią dzieje. Samael szarpał za linki, a ona posłusznie podrygiwała, marna marionetka, szmaciana lalka, którą zamierzał poszarpać do cna i wyrzucić na śmietnik.
Trzęsła się jak osika, krwawiła, wyglądała na autentycznie przerażoną, lecz to i tak było za mało, aby mężczyzna zaprzestał kaźni. Wciąż pozostał nienasycony, a urywany, płytki oddech dziewczęcia sprawiał, że nabiera ochoty na zaciśnięcie palców na jej gardle i przerwania tej upiornej, nierównej melodii.
- Nie wierć się – rzekł zimno, z przyganą w głosie – pobrudzisz dywan – dodał śmiertelnie poważnie, obserwując jak krople krwi powoli wsiąkają w drogocenny kobierzec, pozostawiając na nim ciemnobrązowe, obrzydliwe plamy. Avery przekrzywił głowę, wpatrując się w malarkę, jak w jakieś dzikie, egzotyczne zwierzę i dosłownie spijał z jej twarzy wstręt, jaki do niego czuła. Cała jej mimika świadczył, jak bardzo się boi i że w dalszym ciągu nie wie, czym sobie na to zasłużyła. Próba buntu z jej strony była tak żałosna, iż Samael jedynie wybuchnął drwiącym śmiechem, nieznacznie tylko (acz boleśnie) wykręcając jej rękę, którą go uderzyła. Za taką zniewagę powinien co najmniej wyrwać ją ze stawu i torturować dziewczynę dopóty, dopóki nie obgryzłaby własnego ramienia do kości. Dzisiaj wszak postawił na oszczędność i minimalizm; wszak obiecał pościć gorąco do dnia swego ślubu. Było to zaś wyrzeczenie ogromne, zwłaszcza, kiedy znowu w niewłaściwy sposób dotykał jej drobnego ciałka. Spiętego do granic możliwości, przez co ledwo hamował się przed wdarciem się do niego i poczynienia spustoszenia, zawłaszczając coś, co powinno czekać na pierwszą miłość dziewczątka.
- Nie mogę? – spytał ironicznym tonem, kiedy mała w końcu postanowiła się ukorzyć i poprosić o litość. Wciąż jednak nie wiła mu się o stóp i nie biła przed nim czołem, a tego właśnie Avery oczekiwał – ni mniej, ni więcej, a złożenia hołdu jako Bogu. Napominał się ciągle, aby nie stracić kontroli – gdyby użył cruciatusa, dziewczyna nigdy więcej nie byłaby już taka, ja wcześniej. Skrzywił się; odebrało mu to niema całą przyjemność i dlatego prawie od niechcenia rzucił na nią niewerbalne luis cimex , obserwując jak białe robale wpełzają do jej ust.
Kiedy skryła się za kanapą, Samaela ogarnęła szczera i zupełnie niepasująca do sytuacji (przynajmniej z punktu widzenia ofiary) wesołość. Dopadł dziewczyny, silnym uderzeniem w skroń ostatecznie pozbawił jej przytomności, po czym ułożył bezwładne ciałko na wersalce i patrzył, jak krew na jej piegowatej twarzy powoli krzepnie. Przed wypuszczeniem jej z rezydencji powinien zrobić porządek nie tylko z jej posiniaczonym licem, porwanym odzieniem, ale i wspomnieniami. Przez krótką chwilę, Avery poczuł niezmożoną chęć zatrzymania jej sobie – lecz przecież w tym domu nie było już miejsca dla kolejnej głupiej i zupełnie nieprzydatnej kobiety.
Po rzuceniu czarów leczniczych, Samael skupiając się dokładnie, użył zaklęcia zapomnienia, nie przywracając malarce przytomności. Uczynił to jednak niedbale – celowo pozostawiając przebłyski, zarysy twarzy, planując kolejne wizyty u młodej artystki, które długofalowo miały wywołać u niej prawdziwe szaleństwo. Kiedy uporał się z modyfikowaniem jej pamięci, polecił Węgiełkowi teleportować się wraz z nią do mało uczęszczanego zakątku Londynu i porzucić ją tam. Sam zaś rozsiadł się wygodnie w fotelu i wziął do ręki tomik Rimbauda. Nawet psychopaci lubią poezję.

/zt






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17