Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Biblioteka   30.07.15 19:16

Biblioteka

Opis


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   22.04.16 17:50

| 16 grudnia ?

Śnieg, zaściełający białym aksamitem połacie Shropshire, padał nieprzerwanie od rana. Osiadał na równo przystrzyżonych ligustrowych żywopłotach, wirował przed wysokimi oknami dworu, przyprószał siwizną głowy wrogów Averych, na wieki zaklętych w marmurowe posągi. Jesień minęła bezpowrotnie, zabierając ze sobą hektolitry deszczu i mrożąc bagienne mgły; w zapomnienie odeszły poszarzałe liście, zżółknięta trawa przypominała teraz najeżone kolce lodu a nieliczne kwiaty, zdobiące ogród, umarły, pozostawiając po sobie sztywne od mrozu nagie krzewy. Wszystko zapadało w zimowy sen a sam dwór wydawał się być odseparowany od reszty świata białą zawieją, uniemożliwiającą dostrzeżenie czegokolwiek. Zazwyczaj z okien biblioteki rozciągał się wspaniały widok na pobliski las oraz rzekę, lecz teraz, stojąca przy parapecie Laidan mogła ujrzeć tylko swoje niewyraźne odbicie w szybie, udekorowanej fantazyjnymi wzorami mrozu.
Powinna uśmiechnąć się do siebie; wykorzystać to naturalne lustro do szybkiego zachwytu swoją urodą, poprawić złote włosy, unieść krwistoczerwone wargi w grymasie pogardliwego zadowolenia, że cały świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie, że piękno zamiera a kolejne miesiące przyniosą satysfakcjonujące żniwo, zabierając nieistotne życia. Zwierząt, ludzi, bez znaczenia; bardziej poruszyłaby ją śmierć pięknej łani, padającej z głodu, niż ciało zamarzniętego mugola. Zdrajcy rodu. Żałosnego półkrwi. Lub...jej syna?
Choć od najgorszego dnia jej życia - tylko takimi eufemizmami potrafiła opisać przeklęty listopadowy wieczór - minął już ponad miesiąc, każda myśl o Samaelu bolała tak samo mocno. Zacisnęła odruchowo usta i cała zadrżała, obejmując się ramionami. Chociaż od lodowatej aury oddzielały ją grube mury zamku, czuła się tak, jakby stała w środku zamieci. Bezsilna wobec żywiołu, przeszywającego ją kolejnymi podmuchami mrozu, boleśnie przenikającymi na wskroś przez trzęsące się ciało. Znalazła się w sytuacji bez wyjścia, rozdarta pomiędzy powinnością, miłością a strachem, wymieszanym z pogardą i obrzydzeniem. Zbyt dużo spadło ostatnio na jej barki; zaledwie kilka dni temu wróciła ze szpitala, łaskawie dającego jej doskonałą wymówkę, by nie udać się na ślub Samaela. Tych kilka dni spokoju - także od Reagana - a także rozmowa z ojcem uczyniły ją jednak silniejszą. Bardziej świadomą tego, co będzie musiała zrobić, jeśli Marcolf podejmie ostateczną decyzję. Udawało się jej utrzymać posłuszeństwo wobec męża (nie skarżyła się ani słowem, gdy przygniatał ją do łóżka), odseparować się od Samaela i...w końcu powoli powrócić do dawnej siebie. Po raz pierwszy nie spędziła całego dnia w sypialni, łkając w drogie poduszki lub miotając niszczącymi zaklęciami. Wstała, wzięła kąpiel, pozwoliła służkom ułożyć sobie włosy i założyła wyciętą suknię. Wyglądała jak kiedyś, ze złotymi lokami opadającymi na ramiona, z drogą biżuterią błyszczącą przy każdym ruchu, z pomalowanymi na krwisty szkarłat ustami. Jedyną widoczną różnicą był kolor ubrania: czarny, wręcz pochłaniający światło, bardziej pasujący zrozpaczonej wdowie a nie świętującej zaślubiny syna matce, ciągle rozradowanej powrotem męża na stałe. Musiała dopracować nakładaną maskę, dlatego też nie ruszała się z dworu, postanawiając spędzić popołudnie w bibliotece. Reagan miał pracować do późna, a Laidan nie czuła się na siłach, by próbować zasiąść do pracy twórczej. Na to było zbyt wcześnie. Na czytanie wyraźnie też, bo nie mogła się skupić; przeglądała kolejne albumy, znudzona, sfrustrowana, z myślami krążącymi ciągle wokół okropieństw ostatnich tygodni. Oddałaby wszystko za coś wyjątkowego, co pozwoliłoby jej się od nich oderwać. Za coś...lub za kogoś, kto właśnie pojawiał się w bibliotece, podchodząc do Lai, stojącej przy wysokim oknie.






when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Morpheus Malfoy
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2439-morpheus-malfoy http://www.morsmordre.net/t2546-mozart http://www.morsmordre.net/t2520-amerikan-drim-z-mo-czyli-badz-23-ci http://www.morsmordre.net/f250-wiltshire-dwor-morfeusza-malfoya
Pracownik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
31
Szlachetna
Wdowiec
Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.
0
8
0
0
8
8
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   04.05.16 22:58

Śnieg pokrywający coraz większe połacie ziemi skrzypiał pod nogami, a zaskakująco duże płatki bieli nieprzerwanie od rana sypały się z nieba, przysłaniając nie tylko jakikolwiek widok, ale i osiadając grubą warstwą na powierzchni płaszcza Morpheusa Malfoy'a. Ten zaś nie nazbyt energicznym, acz nie pozbawionym szlacheckiej sprężystości krokiem przemierzał odcinek dzielący bramę, otwierającą się na tereny rodzinnej posiadłości rodu Averych, i drzwi wejściowe. Kto by popuszczał, że okaże się to aż tak wielką przeprawą. Opuszczając własną posiadłość, stwierdziwszy, że mimo pogody dobrze zrobi mu mały spacer, postanowił teleportować się w pewnej odległości od celu swojej podróży, aby tę krótką trasę pokonać wyjątkowo na własnych nogach. Nie skorzystał z domowego kominka, przecież pojawiał się tu tak naprawdę bez zapowiedzi, tknięty nagłym impulsem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że może liczyć na to, że zostanie powitany z szeroko otwartymi ramionami. Zwłaszcza, jeśli to własnie Lady Avery zechce go ugościć. Oczywiście, w razie czego mógł uciec się do błahych tłumaczeń, jakoby potrzebował drobnej przysługi od Regana, wszak pracowali w tym samym Departamencie w Ministerstwie, więc ich drogi splatały się ze sobą wbrew pozorom nie tak rzadko. Nie ukrywał jednak, że to nie jego twarz pragnął dzisiaj oglądać. W gruncie rzeczy takie pragnienie zrodziłoby się w nim chyba jedynie wtedy, gdyby od lat spoczywał już w ciemnym, samotnym grobie, a dusza Lorda Avery'ego miałby okazać się jedyną nicią łączącą go z poprzednim światem.
Dzwonek nieprzyjemnie brzęczał w uszach, gdy Morpheus otrzepywał śnieg z ramion i innych partii płaszcza, równocześnie sięgając po różdżkę, aby doprowadzić się do godnego arystokraty stanu używalności, machając nią parokrotnie, machinalnie wykonując w powietrzu odpowiednie gesty. Przestępując progi posiadłości wyglądał już całkowicie nienagannie, jedynie pojedyncze pasła niemal białych włosów nonszalancko opadały mu na czoło. Podając lokajowi płaszcz, nie zawieszając na nim spojrzenia trwającego zbędną ilość sekund, pewnym krokiem ruszył przed siebie, dowiedziawszy się, że Lady Avery przebywa właśnie w zaciszu domowej Biblioteki.
Może to wrodzona arogancja i przekonanie o własnej doskonałości kazało mu wierzyć, że nie potrzebuje zapowiedzi. Nikt nie musi otwierać przed nim drzwi i anonsować pani domu jego obecności. Dłuższy moment obserwował jej może i niewysoką sylwetkę, tak wyraźnie odbijającą się na tle dużego okna, przy którym aktualnie stała. Charakterystyczny poświata bijąca od kładącego się w ogrodzie ciężkimi warstwami śniegu, wpadała do wnętrza Biblioteki i mimo zapadających już na zewnątrz ciemności, wyraźnie zarysowywała wcięcie w talii, a otulone w czarną tkaninę ciało tworzyło na tle okna coś na kształt nieprzeniknionego cieia.
- Ptaszki śpiewają, że ostatnimi czasy Lady Avery nie czuje się najlepiej. - Pół-żartem. Pół-serio. Czy to właśnie z jej postawy, sylwetki wyczytał ciążące na jej sercu emocje? Czy to w powietrzu unosiła się jakaś nuta nienaturalności, wskazująca na to, że był to okres, w którym nie wszystko układało się najlepiej, nie po jej myśli. Stąpał delikatnie po wyłożonym w bibliotece dywanie, dotąd nie wywołując swoim przybyciem niemal żadnego dźwięku. - Czy to własnie stąd ta czerń? - zapytał, niepostrzeżenie chwytając ją za ręce i zwracając w swoją stronę. Skłoniwszy się, posłał jej jedyny w swoim rodzaju, pełen nonszalancji uśmiech. - Lady Avery.
Napięcie. Znowu zawisło w powietrzu, jakby zaginając przestrzeń między nimi. I tak zawsze, gdy tylko dane im było pozostać w pomieszczeniu sam na sam.


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   07.05.16 10:45

Kartki kolejnych albumów szeleściły w ciszy biblioteki, będąc jedynym - niezwykle słabym - sygnałem, że Laidan tak naprawdę jest zajęta. Żaden inny dźwięk nie wypełniał wysokiego pomieszczenia, wytłumionego ciężkimi zasłonami, spływającymi aż do puchatych dywanów, sprowadzanych z zagranicznych wojaży. Razem z książkami dotyczącymi lingwistyki, które Reagan zwoził całymi kuframi, oddając sobie co cesarskie, a swej żonie to, co piękne, błyszczące i kobiece. Wszystko, co miała na sobie, od koronkowej halki, przez złotą biżuterię, aż po ciemną suknię należało do niego, tak samo jak każdy przedmiot w bibliotece, w tym skrzydle domu, w tym dworze. Cały materialny świat zamknięty w szorstkiej dłoni człowieka, jakim niegdyś pogardzała z całego serca. Nigdy nie przypuszczałaby, że to uczucie przeniesie się tak gładko na ukochanego syna, a to, co nasyci jej żyły buzującą krwią, gdy tylko znajdzie się w pobliżu męża, będzie mogła nazywać strachem. Władza wymykała się z jej smukłych dłoni pianistki a razem z nią ulatniały się - dotąd niewzruszone - fundamenty rozkosznej codzienności. Zniknęła pochłaniająca ją bez reszty wena, zniknęło poczucie bezpieczeństwa i zniknęło rozbuchane pożądanie, liżące leniwym płomieniem jej splot słoneczny. Stała się pusta, jałowa, ot, piękna fasada wspaniałej królowej, która utraciła cały majątek, a jedyne, co pozostało, to nienaganne maniery, uroda i megalomania. Narcyzm bez pokrycia, mistrzyni malarstwa nie potrafiąca przelać na płótno swoich uczuć.
Posępne myśli osiadały na jej ramionach widmowym ciężarem, rozproszonym dopiero chłodnym, niskim głosem, rozbrzmiewającym w ciszy biblioteki odrobinę...ostrzegawczo. Mięśnie Laidan spięły się lekko, lecz nie było to nieprzyjemne doznanie. Wręcz przeciwnie, pojawienie się w pomieszczeniu niespodziewanego gościa wyrwało ją z mętnej topieli smutku. Niewiele było mężczyzn, działających na nią w ten elektryzujący sposób. Lady Avery, od najmłodszych lat karmiona baśniami o własnej wyjątkowości, zazwyczaj patrzyła z góry na przedstawicieli ludzkiej rasy, w duchu ubolewając nad ich przeciętnością. Malfoy wymykał się jednak spod brzemienia tego epitetu, stanowiąc wyjątkowo jasny punkt na mapie laidanowskich fascynacji. I choć znała go długo, obserwując każdy etap jego dojrzewania, zawsze mile zaskakiwała ją dorosłość Morpheusa. Już stał przed nią smukły nastolatek o przeszywającym spojrzeniu morskich oczu, w jakich czaiła się jeszcze źrebięca niewinność, a perfekcyjny mężczyzna, górujący nad nią nie tylko wzrostem. Blondyn miał w sobie każdą złotą cechę, która powinien posiadać idealny szlachcic i dziedzic jednego z najlepszych arystokratycznych rodów, nie zatracając przy tym tej drżącej dzikości, niekiedy wybrzmiewającej na końcu słów. Uwielbiała jego towarzystwo, lecz nie było to uwielbienie upadlająco pokorne: obydwoje stanowili dla siebie wyzwanie. Bardziej oczywiste dla Laidan, która karmiła się świadomością, że wie więcej, że jest o krok do przodu, nawet jeśli był to krok straceńczy i w gruncie rzeczy nieistotny z perspektywy upływających lat.
A może jednak? Może jednak ciągle czuła jakąś chorą satysfakcję, pomieszaną z niepokojem, jak wtedy, gdy patrzyła mu prosto w oczy i odczytywała w nich wzburzenie odkrytą tajemnicą? Dziwne, że przed chwilą wydawała się sobie pusta i bierna a wystarczyło kilka sekund kontaktu, by znów uśmiechała się z dawną mocą, nie protestując, kiedy władczo lecz delikatnie odwracał ją do siebie, a zimne dłonie zaciskały się na jej bladych nadgarstkach.
- Lordzie Malfoy, cóż za przyjemna niespodzianka. Czym zasłużyłam sobie na tę wspaniałą wizytę? - powitała go powoli, nie odsuwając się od niego na razie nawet o krok, jakby zapach śniegu i jego wody kolońskiej spetryfikował ją na kilka krótkich sekund. Z wewnętrzną ulgą przyjęła przekazanie informacji o istnieniu subtelnych plotek o jej słabszym zdrowiu, będących cudownym wytłumaczeniem nieobecności w galerii i na salonach. Potrzebowała jeszcze dłuższej chwili, by na nowo dopracować maskę idealnej lady Avery, chociaż z każdym oddechem - przesyconym specyficznym napięciem, jakie odczuwała tylko przy Morpheusie - czuła, że odegra swoją rolę znakomicie. - Noszę żałobę po wprowadzeniu do rodziny panny o tragicznych manierach i równie paskudnym pochodzeniu - odparła zgodnie z prawdą, wyraźnie pijąc do niedawnych zaślubin Samaela i zaledwie czystokrwistej Eilis, pałającej się brudną pracą w Mungu. Wzdrygnęła się lekko i wykorzystała okazję, by odsunąć się nieco od Morpheusa. Pozostała jednak na wyciągnięcie dłoni, wpatrując się w zielononiebieskie oczy rozmówcy praktycznie bez mrugnięcia. Jak czujny drapieżnik. - Oby szybko opuściła ten padół łez - dodała niemalże czule. Nie musiała ukrywać swojej niechęci do Sykes, nie przed Malfoyem.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Morpheus Malfoy
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2439-morpheus-malfoy http://www.morsmordre.net/t2546-mozart http://www.morsmordre.net/t2520-amerikan-drim-z-mo-czyli-badz-23-ci http://www.morsmordre.net/f250-wiltshire-dwor-morfeusza-malfoya
Pracownik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
31
Szlachetna
Wdowiec
Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.
0
8
0
0
8
8
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   06.06.16 22:06

Nie rozumiał tych blasków zielonego światła rozlewającego się po zakamarkach pamięci, gdy tylko znajdował się w towarzystwie Lady Avery i napotykał spojrzenie utkanych z niebieskozielonych nici oczu, w których niekiedy odbijały się ulotne cienie szarości. Nieuchwytność wspomnień kładących się na powierzchni umysłu i niemoc przyporządkowania źródła zielonej poświaty trywialnej lampce nocnej stojącej na komodzie, sprawiała, że przez całe jego ciało przechodziły dreszcze, mimo że z wiekiem coraz lepiej kontrolowane, to zawsze pozostawiające po sobie dziwne napięcie na skórze. Przygryzał wargę, niezrażony szukając w jej tęczówkach choć ułamka prawdy. Ta jednak znowu umykała, choć przecież miał wrażenie, że już - w końcu! - udało mu się przynajmniej delikatnie musnąć ją opuszkami palców. Owo wrażenie jednak rozmywało się zanim jeszcze wizja zaczynała nabierać wyraźniejszych kształtów, choćby szkicu zarysowanego przez pierwsze pociągnięcia ołówka po bieli kartki. Niewiele rzeczy potrafiło wyprowadzić go z równowagi - ta również nie była jedną z nich. Wprawiała go bardziej w pewnego rodzaju rozbawienie, f a s c y n a c j ę faktem, że pojedyncze strony pamięci potrafiły być tak nieuchwytne, niczym czas, a on wciąż nie posiadł satysfakcjonującej umiejętności opisania tej drogocennej materii słowami. Dlatego w pełni świadomie wracał do tych chwil. Tak samo jak lubił obserwować niczego nieświadomą Teagan, jak rutynowo krząta się we wnętrzu cukierni, nie zdając sobie sprawy z przeznaczenia tamtej cytrynowej tarty i swojego udziału w przetransportowaniu starego Scrimgeoura na drugą stronę, tak samo lubił wracać do tych spotkań podszytych jakąś nienazwaną tajemnicą. Choć w tym przypadku to przecież on sam padł ofiarą manipulacji.
Wracał jednak. Zawsze. Kierowany jakimś dziwnym przyciąganiem. Zupełnie tak jak dzisiaj. Jak teraz, gdy obserwował perfekcyjne uniesienie kącików ust, ciało obleczone w materiał ciemnej sukni, a w jej oczach szukał tego, co zawsze - prawdy. Rozwiązania tajemnicy, tak nęcącej w chwilach spotkania, a wylatującej z głowy, gdy tylko znajdowali się poza zasięgiem wzajemnych spojrzeń.
- Lady Avery, pani należą się tylko i wyłącznie wymyślne niespodzianki. Jakże się cieszę, że postanowiła Lady zaliczyć mnie do jednej z nich. - Obserwował jej twarz, nawet na moment nie odwracając wzroku i nie zawieszając go na grzbiecie żadnej z książek zgromadzonych w bibliotece. Dostrzegł jakby cień ulgi rozlewający się po jej policzkach, natychmiast zdając sobie jednak sprawę, że widoczne w jej oczach zacięcie było jedynie dowodem na to, że wciąż nie była w stanie uwolnić się od trosk. - Znając naturę Lorda Avery... To chyba wcale nie wydaje się tak mało prawdopodobne? Wydaje się, że potrafi doskonale o siebie zadbać... - Także pozbywając się zbędnego balastu, dorzuciłby niby niewinnie, niczego nie sugerując. Przecież wcale nie znał Samaela na tyle, aby potrafić przewidzieć jego działania. Paradoksalnie Avery wydawał się właśnie taki - nieprzewidywalny. A więc i zdolny do wszystkiego? Pozwala sobie jednak jedynie na lekkie wzruszenie ramionami, jakby licząc na to, że w jakiś sposób Laidan wyczyta z jego myśli dalszą część wypowiedzi. - W dzisiejszych czasach niewiasty potrafią być tak przerażająco chorowite... - Doceniał zaufanie, jakim postanowiła go obdarzyć, nie skrywając przed nim swych prawdziwych uczuć i stosunku wobec świeżo upieczonej synowej, dlatego nadał ostatniemu zdaniu wyraźnie sarkastyczny charakter, jakby podszyty niemą sugestią. Było to jakby psotne mrugnięcie okiem. Przecież wszyscy ponoć doskonale zdawali sobie sprawę, co spowodowało przedwczesne odejście jego żony Altei - kolejny atak serpentyny. Tylko on znał prawdę o tym, że świadomie opuszczała należne jej porcje eliksirów, w ten sposób samodzielnie doprowadzając do swojej przedwczesnej śmierci. Nie wiedział, czy wybranka Samaela cierpi na jakąś genetyczną przypadłość, nigdy nie zagłębiał się w podobne dywagacje, mimo że doskonale wiedział, że w ich świecie było to bardzo prawdopodobne. Własne doświadczenie nauczyło go, że takie szczegóły najlepiej zachować dla siebie.


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   13.06.16 19:48

Poruszanie się po cienkiej granicy między szlacheckimi uprzejmościami a zbyt odważną kokieterią Laidan opanowała do zaskakującej perfekcji. Nikt nie mógłby zarzucić jej braku manier albo niegodnego prowadzenia się; nie istniała lepsza, pokorniejsza i wspanialsza żona. Lady Avery stanowiła doskonały przykład dla najmłodszych, wpatrujących się w nią z podziwem, gdy podczas letniego festiwalu opowiadała im o miłości i rozstrzygała konkurs na najpiękniejszy wianek, mający zapewnić panienkom szczęśliwe życie u boku wspaniałego mężczyzny. Słodkie słowa, jakimi śpiewnie zatruwała ich zadurzone pierwszym uczuciem umysły, groteskowo odbijały się od prawdziwego obrazu Laidan. Już nie zapatrzonej w Reagana żony, nie doskonałej połowicy, błyszczącej u boku męża na rozświetlonych złotymi żyrandolami salonach a kobiety fatalnej, sięgającej po upodlenie doskonałe. Zmieszanie sacrum i profanum, ofiarowanie całej siebie własnemu ojcu, narodziny grzesznego potomka, który po dwóch dekadach przejmował całe dziedzictwo, w testamencie otrzymując także ją. Wyjątkowo niebezpieczny element spadku, potrafiący zamykać prawdziwe intencje w miękkich słowach i delikatnych uprzejmościach. Drążących skałę, subtelnie podkopujących morale, zwodzących na manowce - potrafiła owinąć sobie wokół palca wielu szlachciców, nie umniejszając ani o jotę swej cnoty. Należała tylko do Averych, ale przecież oni już nie istnieli. Ukochany ojciec cierpiał w zaświatach, Reagan stanowił śmiertelne zagrożenie a Samael...Samael nie zasługiwał na noszenie ich nazwiska, przeklęty i wzgardzony już na zawsze.
Może dlatego reagowała na obecność Morpheusa mocniej niż zazwyczaj, gdy mijała go na Sabatach z lekkim uśmiechem, czując słabe echo przeszłości, wybrzmiewające w najdrobniejszych detalach. W jego rozszerzonych źrenicach - wtedy na widok ich splecionych ciał, teraz z powodu słabego oświetlenia pomieszczenia - zagryzionych ustach, słabym blasku świecy. Drobnostki rzeczywistości opowiadały szeptem prawdziwą historię, odebrana od Malfoya nadzwyczaj skutecznie. Lecz...przecież nie na zawsze; zdawała sobie sprawę z tego, że wystarczy odpowiednio silny bodziec, by klątwa zapomnienia została przełamana a naga prawda odsłoniła się przed Morpheusem. Może za rok, może za dwie dekady, gdy sama Laidan będzie już tylko pięknym wspomnieniem, zamkniętym w marmurowej rzeźbie nagrobnej. Perspektywa odsłonięcia przeszłości tylko początkowo wydawała się jej przerażająca, z czasem zmieniając się w ekscytującą grę. Czuła odurzający smak triumfu za każdym razem, gdy w oczach Morpheusa pojawiał się ten specyficzny błysk zainteresowania, czyniący go jeszcze bardziej wyjątkowym, niż gwarantowało mu to nazwisko i nienaganna prezencja. Wytrzymywała jego spojrzenie i tylko kąciki czerwonych ust zadrżały lekko w krótkim uśmiechu, gdy bez słowa przyjmowała jego komplement. Nie musiała się rumienić, nie musiała dziękować, otrzymując należne potwierdzenie swojego statusu. Wargi powróciły jednak szybko do względnie obojętnego położenia na krótkie wspomnienie o Samaelu; wygięła je ponownie z wyraźną pogardą.
- Jego natura jest wyjątkowo plugawa - odparła tylko, dość wieloznacznie, jednak w kontekście małżeńskiej rozmowy nic nie wskazywało na ten najbardziej bolesny, prawdziwy przekaz. Przez sekundę zawahała się nad uściśleniem, nad podzieleniem się tym ohydnym ciężarem z kimś jeszcze, ale równie szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Nie chciała psuć sobie tej chwili przyjemności wspomnieniami związanymi z zwierzęcym zachowaniem swojego syna. Samael w tej chwili się nie liczył, zepchnięty gdzieś daleko. Zostawała tylko ona i Morpheus, ciągle wpatrzony w nią z - przynajmniej pozornie umiarkowanym - zainteresowaniem. Odwzajemniała je wręcz bezwstydnie, ponownie robiąc krok w jego stronę. Wycofanie i powrót, pogarda i aprobata, przerażająco chorowite niewiasty i silna kobieta, odnajdująca w niespodziewanym gościu chociaż odrobinę dawnej siebie. Tej niezgiętej pod ciężarem grzechu dziecka, pewnej siebie, chcącej czerpać pełnymi garściami z życia i każdej jego okazji.
- Niektóre dzielnie wytrzymują wiele lat z chorobami. Przetrwają najsilniejsi - odpowiedziała uprzejmie, unosząc głowę do góry, tak, by pomimo zmniejszonej odległości mogła spojrzeć w jego oczy. - Ale dość tych słodkich uprzejmości, Morpheusie. Co cię do mnie sprowadza? Bo chyba nie jedynie tęsknota i troska o moje zdrowie? - spytała nieco prowokująco, nieco kpiąco, powolnym, prostym gestem poprawiając przód jego szaty, zahaczając przy tym ciepłymi, drobnymi palcami o jego wychłodzoną zimowym powietrzem szyję. Krótki bodziec, błysk, chęć nagłego wsunięcia dłoni w jasne włosy i przyciągnięcia go do siebie, do ostrego pocałunku - zapewne mógł zauważyć zmianę w jej spojrzeniu, ale dzielnie odtrąciła pokusę, nie odsuwając jednak bladej dłoni.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Morpheus Malfoy
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2439-morpheus-malfoy http://www.morsmordre.net/t2546-mozart http://www.morsmordre.net/t2520-amerikan-drim-z-mo-czyli-badz-23-ci http://www.morsmordre.net/f250-wiltshire-dwor-morfeusza-malfoya
Pracownik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
31
Szlachetna
Wdowiec
Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.
0
8
0
0
8
8
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   10.07.16 14:14

Tym właśnie był ich świat. Grą konwenansów i wciąż przywdziewanych masek. Przekraczaniem granic. Chyba właśnie to zapewniało im największą rozrywkę. Niektórzy potulnie tkwili w swoich arystokratycznych światach, przyswajając kolejne zasady etykiety, ucząc się dobrych manier, kolejnych języków, jeździć konno, tańczyć... Inni, ci lepsi, szli o krok dalej.
Morpheus również mógłby robić za wzór. Dla młodych szlachciców, obserwujących go na Sabatach spod półprzymkniętych powiek. Był jednak niedostępny. Zbyt zimny, zbyt wyrafinowany, tworząc wokół siebie niewidzialny mur, który nie każdy młodzik miał odwagę przekroczyć, czy choćby nadszarpnąć zarys jego osobistej przestrzeni jednym krótkim słowem uznania. A on przecież nie potrzebował aprobaty, nie miał w sobie ani krztyny zdolności wychowawczych, a tę odrobinę, którą mimo wszystko zmuszony był w sobie wykrzesać, kierował zawsze w stronę Odyseusza. Stając się dla niego kimś, kim dla Morpheusa był niegdyś ojciec. Nigdy Tata. Zawsze Pan Ojciec.
Z uwagą obserwował zmiany przebiegające po jej twarzy. Uśmiech płynnie przechodził w grymas. Bez mrugnięcia okiem, choć i nie bez braku zainteresowania przyjął, że imię Samela wyraźnie nie wpłynęło na jej nastrój w pozytywny sposób. Zbliżała się, po raz kolejny niebezpiecznie zaburzając budowana od lat, z jakim trudem!, istniejący między nimi mur konwenansów. Stał w miejscu, czekając na jej ruch, nawet jeśli podskórnie wyczuwał, że tego wieczoru jak już tyle razy wcześniej skończy się tylko na nie nazwanej grze.
- Wy kobiety zawsze uważacie, że musi być jakiś powód... - powiedział. Kilka tygodni temu Teagan zadała mu dokładnie to samo pytanie, gdy pojawił się bez zapowiedzi w progach jej małego mieszkania na Pokątnej. - Troska o Twoje zdrowie Laidan wydawałaby ci się tak błaha? Nie doceniacie naszych starań - dodał nieco drwiąco, także robiąc krok w jej stronę. Pochwycił ją delikatnie za dłoń ciągnąc w stronę stojącej nieopodal kanapy. Sam zajął miejsce w jednym z foteli. Zagłębił się w niego wygodnie, złożył dłonie w daszek i spojrzał na nią uważnie.
- Potrzebuję rady, równocześnie licząc na Twoją dyskrecję... - zaczął, zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów. - Los chciał, że potrzebuję podbić serce uroczej pięcioletniej niewiasty... Z twoją ręką do dzieci... - Zrobił krótką pauzę. Tyle się nasłuchał od Odyseusza o ukochanej Cioci Laidan, że nawet nie śmiał w to wątpić... -... może byłabyś w stanie mi pomóc?


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   11.07.16 11:42

Zazwyczaj Laidan reagowała alergicznie na zrównywanie jej z innymi przedstawicielkami żeńskiego rodzaju. Uważała się za lepszą od marnych kobiet, skupionych tylko na prozaicznym zaspokajaniu męskich potrzeb. Mizoginistyczne wychowanie, jakie odebrała, paradoksalnie tylko upewniło ją w poczuciu własnej wyjątkowości. Marcolf zawsze stawiał ją na piedestale, wmawiając córce, że jest jedyna, że w niczym nie przypomina miałkich i głupich dziewczątek, że jest jej pisany całkiem odmienny los. Naznaczył ją przecież jako równą sobie, czyniąc z kilkunastoletniej panienki - z złotymi włosami splecionymi w równe warkocze i z dziewiczym rumieńcem, barwiącym białą cerę - swoją kobietę. Nie istniało wyraźniejsze wywyższenie Laidan ponad inne; została wybrana przez najdoskonalszego mężczyznę i od tamtej pory patrzyła na innych - zwłaszcza na inne kobiety, wzgardzone, wepchnięte w ciasne gorsety nudnych małżeństw - z niechęcią, czasem, w chwilach dobrego nastroju, wzbogaconą o litość.
Liczba mnoga w wypowiedzi Morpheusa nie dotknęła jej jednak tak, jak teoretycznie powinna. Znała przecież swoją wartość, znała też lorda Malfoya...i jego drobny defekt, zamykający w umyśle pewną prawdę, jakiej nigdy nie powinien poznać. Czasem pragnęła nieco go poszczuć, rzucić niebanalną aluzją, rozpalić wątłe światełko wspomnienia, by jego puste zazwyczaj oczy rozjarzyły się dziwnym szokiem, ale jednak zdrowy rozsądek wygrywał nad narcystyczną fanaberią. Co nie oznaczało, że Laidan także zapomniała: choć minęło wiele lat, z dokładnymi szczegółami widziała wyraz twarzy Morpheusa i czuła duszny zapach wypełniający chłopięcą sypialnię razem z intensywną wonią fizycznej bliskości. Wiedza oznaczała władzę, więc nawet zupełnie poddana urokowi jasnowłosego mężczyzny, potrafiła poczuć się ponad, ignorując szybsze bicie serca, gdy znów znalazł się obok niej i kulturalnie podprowadził do kanapy.
Usiadła na wygodnym szezlongu, zakładając nogę na nogę i uprzejmie wysłuchała dalszych słów Morpheusa, leciutkim uniesieniem brwi kwitując troskę o swoje zdrowie. Och, Malfoy gdybyś tylko wiedział, co jest prawdziwą chorobą toczącą dwór Averych. Nie dzieliła się jednak swoimi problemami, pragnąc raczej wysłuchać trosk trapiących siedzącego na przeciwko niej mężczyzny. Problemy w pracy? Dylematy moralne? Dyplomatyczne zagwozdki? Cóż, licząc na jakieś prawdziwe dysputy na wysokim poziomie Laidan srogo się zawiodła, chociaż nie okazała tego w żaden sposób, utrzymując na twarzy wyraz uprzejmego zainteresowania. Może tylko jej jasnogranatowe oczy błysnęły krótkim rozbawieniem.
- Ach, łatka najlepszej matki, jak boleśnie trudno ją z siebie zerwać - odparła sarkastycznie, uśmiechając się jednak dość...zwycięsko. Malfoy nie wiedział, ile razy próbowała zamordować bezbronne, śliczne bliźnięta. I jak blisko była łaskawego odebrania życie chorej Julienne. A teraz, jak wielkim pragnieniem stawało się torturowanie Samaela, by szlochał i błagał o litość. Wszystkie te wizje wyraźnie poprawiły Laidan humor, bo rozsiadła się wygodniej a na jej niezdrowo bladych policzkach pojawił się nawet cień zadowolonego rumieńca. - Jeśli pięcioletnia niewiasta jest z tobą spokrewniona...nie traktuj jej jak dziecka - rzuciła w ciemno, nie próbując dociekać prawdy, skrytej za tym mocno zawoalowanym stwierdzeniem. - Owszem, możesz kupić jej pluszowego jednorożca albo magiczną tiarę, zmieniającą kolor włosów ślicznotki, ale najważniejsze, co możesz jej dać, to swój czas i uwagę - kontynuowała spokojnie, rozsądnie, jednocześnie zastanawiając się, o jakim dziecku może być mowa. Czyim dziecku. - Z własnego doświadczenia wiem, że nie ma nic piękniejszego od chwil spędzanych sam na sam z szczerze zainteresowanym tobą ojcem - dodała po chwili ciszy. Przynęta, krótkie spięcie, lekko drżący kącik ust, ni to z poczucia władzy ni z wzruszenia wspomnieniem swych panieńskich lat u boku Marcolfa.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Biblioteka   01.09.16 17:56

Doskonale wiedział, że coś się wydarzyło. Podczas gdy reszta służby Averych egzystowała w beztroskiej bańce szczęścia, znosząc kaprysy państwa jako zwyczajny znój przypisany do swego żywota, Alfred wyczuwał idące powoli zmiany. Pani nie była taka jak kiedyś - zauważył to z łatwością, chociażby po ilościach podawanego wina, dużo większej niż kiedykolwiek wcześniej - i mężczyzna szczerze niepokoił się o przyczynę jej frasunku. Nie mógł przecież zapytać; nie wyobrażał sobie nawet takiej impertynencji, pozostawała mu zatem obserwacja oraz połączenie pozornie niepowiązanych ze sobą faktów w jeden obraz, logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Każdy swój obowiązek wykonywał tak samo starannie, z idealną dbałością o każdy detal, pozostawał na każde skinienie lady Avery - oraz mniej chętnie - na wezwanie jej męża - i... odkrył pewną stałą, która... zniknęła. W prostym równaniu szczęścia jego pani brakowało syna, aczkolwiek pozostawało to nadal wyłącznie połową poszukiwanej odpowiedzi. Alfred nie śmiał snuć domysłów, wiedział natomiast, że lady Laidan jest nieszczęśliwa, co również i jego stawiało w niekorzystnej sytuacji. Nie bał się pracy, nieprzyjemnych obowiązków zrzucanych na jego barki, mało przychylnych spojrzeń, zaciętej obojętności, ani syczących złośliwości, jakie po raz pierwszy w całej swej karierze usłyszał od swej pani, ale niesamowicie deprymował go fakt, iż lady Avery pozostaje smutna. Żałobne suknie, pogrzebowy ton, pogłębiające się zmarszczki: nadal była piękna, lecz uwadze Alfreda nie uciekały żadne szczegóły, ani tym bardziej transformacja ognistej pasji w obojętną ospałość. Rozbudzoną ponownie przez... mężczyznę innego od jej ojca, czy syna? Alfred zamarł pod drzwiami biblioteki, słysząc wyraźnie rozluźnione głosy, lecz natychmiast zganił się za to i porzucił troskę na rzecz pełnego profesjonalizmu. Trzy stuknięcia, chwila czasu na poprawę pozycji, ułożenia włosów, opanowanie zdradliwego rumieńca, krótkie przyzwolenie na wejście - wkroczył do biblioteki wyprostowany, lecz zarazem usłużny. Duma kontrastowała z uległością, pewność z pokorą, a Alfred wiedział, że jest sługą idealnym, mimo że nigdy nie doczekał się pochwały z ust swej pani.
-Lady Avery, lordzie Malfoy, raczą mi państwo wybaczyć - rzekł, kłaniając się z szacunkiem - przybył marszand, aby porozmawiać o tym obrazie, moja pani - poinformował lady Laidan głosem kompletnie wyczyszczonym z emocji. To była ważna transakcja - raczej na tle sentymentalnym, aniżeli wartościowym, a mężczyzna arogancko dał znać, że nie zamierza długo czekać, a pani znała go już z popędliwej strony - czy odprowadzić lorda Malfoya do drzwi, lady Avery? - spytał jeszcze Alfred, ponownie się kłaniając. Zmarszczki łagodziły surowość jego twarzy, lekki uśmiech zaś czynił ją idealnie pokorną. Nie powinien, lecz... martwił się o swoją panią i nie podobała mu się wizyta Morpheusa, zwłaszcza, że pozostawali sami w wielkiej bibliotece, oddalonej nieco od głównej części dworu. Alfred jednak był jedynie lokajem i znał swoje miejsce, dlatego też czekał posłusznie na decyzję i dalsze rozkazy swej pani, gotów je wykonać, bez względu na to, czy poleci mu wyrzucić marszanda, czy zamordować męża.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   01.09.16 20:17

Rozmowa z Morpheusem przebiegała dość niespodziewanymi torami, ale Laidan nie zamrugała teatralnie, doskonale ukrywając niejakie wzburzenie tematem dziwnych kobiet, pojawiających się w życiu lorda Malfoya. Zachowała kamienną twarz, pełną uprzejmego zainteresowania, zarówno opowiadaną dość pobieżnie historią, jak i jej przesłaniem. Wspaniałomyślnie podzieliła się z mężczyzną swoimi opiniami na poruszone kwestie, starając się dobierać słowa jak najłagodniej. Blondyn musiał jednak dokładnie wyczuć pewną krytykę swobodnego zachowania i choć arystokraci cieszyli się wieloma przywilejami, spośród których najistotniejsze były te, dotyczące swobody moralnej, to jednak posiadanie nieoficjalnego potomka wiązało się z drobnym ryzykiem. Jedna rysa na nieskazitelnym wizerunku zadziwiająco łatwo prowokowała kolejne szczeliny, niszcząc perfekcyjne lustro, w którym z namiętnym narcyzmem przeglądali się przekonani o swej władzy mężczyźni.
I kobiety; Laidan cieszyła się przecież niemalże męskimi cechami charakteru, umiejętnie powściągając jednak zarówno opinie jak i emocje. Stanowiła odbicie rozmówcy, idealnie wpisując się w stawiane przed nią - niewerbalnie - oczekiwania. Długą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Avery leniwie spojrzała w kierunku progu, prześlizgując się wzrokiem po szczupłej, wysokiej sylwetce Alfreda. Przez chwilę wahała się nad odpowiedzią, mimowolnie przesuwając smukłą, bladą dłonią po podłokietniku wygodnej sofy. W końcu jednak kiwnęła zdawkowo głową, rzucając Morpheusowi przepraszające spojrzenie.
- Wybacz, to sprawa niecierpiąca zwłoki - powiedziała lekko, wstając i poprawiając obcisłą suknię, a następnie z odpowiednimi honorami pożegnała lorda Malfoya. Poczekała aż obydwaj mężczyźni znikną za ciężkimi, dębowymi drzwiami, po czym przejrzała się w dalekim lustrze, wiszącym pomiędzy półkami, i upewniwszy się, że wygląda nieskazitelnie - pomijając milczeniem smutek żałoby - również ruszyła w kierunku wyjścia z biblioteki, starając się skupić wyłącznie na interesach.

zt





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Biblioteka   21.11.16 23:50

|18 marca

Znowu czuł się chory. Od listopada pogrążył się w straszliwej dychotomii, utrudniającej prawidłowe funkcjonowanie. Miewał nagłe pogorszenia, okresy podczas których marzył wyłącznie o odłączeniu się i wyparciu wszystkich wydarzeń z ostatnich kilku miesięcy - a tuż po nich następowały momenty niezrozumiałej euforii, pewności, że nadal dzierży w swoich rękach władzę i że uda mu się wszystko naprostować. Łącznie z Laidan - teraz zdawał już sobie sprawę, że był głupcem wierząc w szczęśliwe zakończenie ich historii. Może powinien większą uwagę zwracać na gwiazdy lub dokładniej czytać stare historie, spisane jeszcze przed naszą erą, by przynajmniej przygotować się na zderzenie z nieuchronną katastrofą. Miał do siebie ogromny żal, że nie potrafił jej przed tym obronić. Inne uczucia właściwie zniknęły, zasłonięte falą bezsilności, czyniącej z Avery'ego fizycznego kalekę. Orbitował tylko dookoła Julienne oraz pracy, wspierając się na nich jak na kulach. Usiłował (na próżno) zakopać wspomnienia o Laidan, o Colinie, o wydanych tajemnicach, o własnej niemocy. Ciągle słyszał w głowie zdradzieckie, jadowite podszepty, zatruwające jego umysły i mącące sen. Bał się zamykać oczu - wciąż męczyły go koszmary, a w każdym kolejnym rola Laidan była większa. Jeśli to miało stanowić jego karę, Avery wolałby poddać się chemicznej kastracji, wydziedziczeniu, czy publicznemu napiętnowaniu. Każde upokorzenie oraz ból zniósłby lepiej, niż powtarzające się wizje, w których Lai katowała ich córeczkę. Tym brzemieniem jego barki obciążył Riddle, lecz przecież nie wzięły się one znikąd. I tym samym, Samael załamywał ręce nad szczęściem, jakie mieli oraz nad tym, co ich spotkało, otwierając oczy na coś, czego dostrzegać nie chciał.
Spełniał się jako ojciec. Wykorzystywał Julienne, trzymając się jej kurczowo, bo naprawdę była jego ostatnią deską ratunku, jednym powodem wstrzymującym go przed samobójstwem - ale i również darował jej wszystko, co tylko mógł. Dla swej kruszynki zaprzedałby duszę diabłu (chcąc skończyć ze sobą szybciej?), ale kiedy nadchodziła katatonia stawał się bezużytecznym mięsem, worem ze skórą, kośćmi i tkankami. Był po prostu udręczonym człowiekiem i nie znał prostej drogi do piekła.
Pozostała mu zatem konfesja.
Tylko przed kim? Kto mógłby go wysłuchać, nie rzucając kamieniem, nim skończy mówić? Dać oddech na ten pożegnalny ukłon? Nie zwykł wszak zwierzać się przed nikim, od maleńkości wychowany wśród rodzinnych tajemnic. Sekrety pozwalały wyrastać zdrowo jedynie ściśle pielęgnowane, lecz... nie był w stanie wszystkiego udźwignąć na własnych ramionach. Choć młodszy od niego, Alastair rozumiał. I nigdy nie zachował się jak Fawley, zdegustowany ujawnieniem tego, co wszak przez kilkanaście lat stanowiło treść życia Avery'ego. Jedynie z nim mógł porozmawiać o każdym wydarzeniu, jakie zatrzęsło w posadach zamkiem Ludlow, jedynie przed nim mógł otworzyć się i bez wstydu (przecież się przyjaźnili) powiedzieć mu w s z y s t k o. Może z drobnymi wyjątkami, może nie licząc na współczucie, ale ze swojej perspektywy. Nie zamierzał uciekać się do kłamstw, do czyszczenia swych win, potrzebował tylko wysłuchania.
W oczekiwaniu nalał sobie kolejkę Toujours Purl; dziwne, bo zdawało mu się, że butelka jeszcze chwilę temu była w połowie pełna.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   01.12.16 19:54

Ludlow z pewnością nigdy nie znalazłoby się na liście miejsc, z którymi mnie kojarzono. Avery nie byli rodem z którymi mnie kojarzono. Samael nie wydawał się człowiekiem, z którym mógłbym się przyjaźnić. Byliśmy w końcu jak dwa zupełnie odległe punkty w morzu innych ludzi - niemal dokładne przeciwieństwa.
On był człowiekiem który wzbudzał szacunek przez strach, dokładnie tak jak mówiło jego rodzinne motto. Domeną Nottów były raczej srebrne słowa, układane w złote frazy i to one miały prowokować posłuszeństwo, uwielbienie. Różniło nas niemal wszystko, łączyło niewiele - może gra na fortepianie, może francuski. Miałem wielu przyjaciół, bliższych, dalszych, z pewnością nie mogłem narzekać na liche życie towarzyskie. A pomimo to, nadal zdarzały się chwilę, że potrzebowałem rozmowy z Samem. Potrzebowałem innego spojrzenia na świat i chociaż z początku walczyłem z tym pojęciem w swoich myślach, mogłem powiedzieć, że w pewien osobliwy sposób się przyjaźnimy. Nigdy nie skreślałem nikogo - może poza szlamami - i potrafiłem słuchać. Dlatego rozmawialiśmy, nawet jeżeli nie zgadzaliśmy się ze sobą, nawet jeżeli tylko po to by usłyszeć słowa sprzeciwu czy krytyki.
Gdzieś w głębi siebie wierzyłem, że gdyby jego życie nie potoczyło się w pewien sposób, mógłby być innym człowiekiem. Dostrzegałem w nim coś z moich starszych kuzynów, choć nie potrafiłem wyobrazić go sobie jako Notta.
Podróż do Shropshire wzbudziła we mnie jednak negatywne uczucia - przypominała mi o ciążącej na mojej kuzynce klątwie. W czasie kolacji niemal udławiłem się własnymi myślami, kiedy w jej narzeczonym rozpoznałem młodszego brata psychiatry. Hrabstwo to nie pasowało mi do niej, choć przecież z pozoru podobnie surowe jak Durham. Nie pasowało mi do niej w dokładnie ten sam sposób, z jakim myślę o samej idei Wynonny Avery. W moim sercu zawsze będzie Burke i nie zmieni tego ani ślub, ani decyzja nestora.
Kiedy pojawiam się w posiadłości jestem nieco zmęczony niedawną wyprawą, a wzrok mam dość chmurny, bo ostatnimi dniami nic nie idzie po mojej myśli. Chociaż podejrzewam, że prawdopodobnie czeka mnie długa konfesja, czuję w sobie jakąś iskierkę szczęścia - w końcu raz na jakiś czas będę mógł zastąpić swoje problemy cudzymi. Czy nie jest to z mojej strony samolubne? Czy nie staję się dokładnie taki sam jak ojciec?
W końcu służba kieruje mnie do biblioteki, gdzie dostrzegam znajomą twarz. W powietrzu czuję zapach starych książek i zbliżając się do Samaela odruchowo przejeżdżam palcami po grzbietach kilku z nich, ustawionych na półkach. W pomieszczeniu panuje cisza i nie jestem do końca pewien co powinienem powiedzieć. Sam fakt, że się odzywam, warunkowany jest tylko wieloletnim doświadczeniem politycznym - na sali obrad nie można bezczynnie trwać w milczeniu.
- Musisz wybaczyć mi to drobne spóźnienie, ale musiałem upewnić się, że moi kuzyni bezpiecznie dotarli do Durham - mówię, bo rzeczywiście zjawiłem się z kilkunastominutowym opóźnieniem.
Czy jednak gospodarz w ogóle by to dostrzegł, gdyby nie moje stwierdzenie?


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Biblioteka   03.12.16 17:53

Niebezpieczne wyścigi po względy Czarnego Pana jednocześnie czyniły go silniejszym, jak i wypompowywały z Avery'ego całą energię, jeszcze do czasu skoncentrowaną wyłącznie na jasnym punkcie jego córeczki. Napięcie, stres, lodowata obręcz zaciskającą się na gardle i odcinająca dopływ powietrza: to wszystko razem czyniło z niego lalkę, ściśle zaprogramowaną na wykonywanie kolejnych sekwencji. Kolejne, powtarzalne czynności uspokajająco pachniały ziołową rutyną szpitala, kominkiem, złotymi loczkami Julienne oraz (już coraz częściej) alkoholem. Wino zamiennie z Toujours Pur, eliksir słodkiego snu i Samael nie obawiał się zamykać oczu. Dopiero ranek nakazywał mu na ponowne i powolne zmierzenie się z życiem, z którym od pięciu miesięcy siłował się już nieprzerwanie. Od zniknięcia Laidan minął zaś tydzień, a ból potęgował się przykrą pulsacją z każdą godziną jej nieobecności. Na nowo uczył się stawiać kroki w opustoszałym Ludlow, które już nigdy nie zabrzmi perlistym śmiechem Lai, na nowo przemierzał wszystkie ich miejsca, jakie musiał odczarować tak, aby więcej mu nie przypominały. Nie znał skuteczniejszego środka na uśmierzenie lęków niż stężone dawki eliksirów, wyniesione ukradkiem ze Szpitala Św. Munga, a i ich działanie niekiedy okazywało się płonne, wobec zmiennymi emocjami, przejmującymi nad Averym kontrolę. Od melancholijnej katatonii po morderczą furię. Albo osowiały całe popołudnia i wieczory spędzał skulony w fotelu, albo wyładowywał swoją pasję na martwych przedmiotach, niszcząc zabytkowe, zapewne warte pokaźną fortunę bibeloty. Nie zauważał tego, żadnych szczątek zalegających mu u stóp, byłby nawet obojętny i ślepy na kawałki szkła wbite w ciało i broczące krwią ramiona, ręce i stopy. Chciał przestać dostrzegać wszystko, co się z nią łączyło. Kiedykolwiek, jakkolwiek, gdziekolwiek. Spalić zamek, pozostawić po nim jedynie popioły i zgliszcza. Zrównać z ziemią galerię, porąbać na kawałki obrazy. Zarżnąć każdego, kto był jej drogi oraz każdego, kogo nienawidziła.
Na przekór logice (a może właśnie zgodnie z nią?) wybrał inną alternatywę. Bezpieczną, znaną, niezobowiązującą właściwie do ponoszenia konsekwencji. Podatny grunt został już przygotowany lata temu właśnie na taką rozmowę i Avery mógł jedynie liczyć, że szczęki nie odmówią mu posłuszeństwa, gdy zechce uraczyć Alastaira szczyptą rewelacji ze swego życia. Wiedział, że będzie trudno, już kiedy kołysał bursztynowym płynem w twardo ciosanej szklance, rozważając, jak dużo potrzeba mu na wzmocnienie. Atmosfera staje się tym sympatyczniejsza, im więcej pustych butelek zalega na stoliku, ale Samael niespecjalnie gustował w tak parszywych metodach zabawiania gości. Blisko kwadrans spóźnienia ze strony Notta również nie odebrał jako wymownego policzka, ot, zwykły, niefortunny wypadek, który zapewne i tak by mu umknął.
-Alastairze, nikt nas nie podgląda - rzekł krótko, przemianowując zdawkową uwagę w powitanie. Bardzo wylewne, zważywszy na powrót Notta z zagranicznych wojaży - nie musisz się krygować, niby jakaś panna na wydaniu - rzucił, nieco uszczypliwie, podsuwając mężczyźnie pękatą butelkę a dłonią wskazując fotel. Krótka obserwacja: ściągnięta zmęczeniem twarz, długi rękaw szaty oraz koszuli, ponure spojrzenie, Samael już mógł wyczuć delikatne rozdrażnienie Notta, może wynikające z incydentów podczas wyprawy, może zaś z innych względów, o jakich nie miał pojęcia.
-Dowiedziała się. Przez blisko pół roku walczyłem, żeby to jakoś naprawić, ale ona wyjechała - powiedział w końcu, po zgrzytliwej ciszy, jaka wdarła się nieprzyjemnie między nimi. Martwy ton i puste spojrzenie, Avery powoli dogorywał.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Biblioteka   06.12.16 16:48

Wzdycham ciężko, spoglądając na Ciebie. Na usta aż ciśnie mi się, by powiedzieć, że jestem w końcu kawalerem na wydaniu, przynajmniej w mniemaniu mojego ojca. Zamiast tego spojrzeniem lustruję pomieszczenie, nim jeszcze zdążę wbić wzrok jadowicie zielonych oczu w Twoje własne.
- Cóż, Sam, u nas w Nottinghamshire mają takie powiedzenie: ściany mają uszy - odpowiadam neutralnym tonem, po czym opadam na fotel, a w moich ruchach dostrzec można zmęczenie.
Nie jestem zły, że kazałeś mi tu przyjść dzień po powrocie z mojej dalekiej wyprawy. Dzień po zakończeniu wydarzenia, które niemal doprowadziło do mojej i kuzynostwa śmierci poprzez zatonięcie, zamarznięcie, morderstwo, spadające na głowę kamienie, choroby, klątwy, zdradzieckich Rosjan i na wiele, wiele innych sposobów. Jestem za to zmęczony, bo wszystko to wykańcza mnie od środka. Nic bardziej, niż wiążąca się z obecnością tutaj myśl o ślubie Wynonny.
Czuję jak mierzysz mnie wzrokiem, takim samym jak pacjentów - krótkie rozeznanie, nos przekrzywiony o milimetr w lewo, ewidentna depresja. Nie posiadam jakiegoś szczególnego szacunku do psychiatrii, chociaż dla mnie zdecydowana większość chorób wiąże się z zaburzeniami w mózgu. W końcu moja własna matka po swoim ślubie zmarniała tak, że wielu lekarzy doszukiwało się u niej egzotycznych chorób, genetycznych i nabytych. Wszyscy jednak odchodzili z niczym, bo nie dało się jej wyleczyć. Może dlatego, że wcale nie była chora.
Zastanawiam się dłuższą chwilę czy sięgnąć po butelkę, w końcu jednak jej zawartość wypełnia moją szklankę. Najwyraźniej z dnia na dzień stawałem się alkoholikiem, bo przecież jeszcze niedawno siedziałem na statku popijając rum.
Czuję się dziwnie, nie będąc podsłuchiwanym z każdej strony, więc mój niepokój znika tylko częściowo. Może to i zamek Averych, ale zamki mają to do siebie, że zdecydowanie ułatwiają przypadkowe słyszenie cudzych rozmów.
Dowiedziała się. Nie pytam kto, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego o kim mówisz. Nie znam dobrze Twojej matki, tak samo jak nie znam dobrze Twojego brata, który już niedługo przecież zostanie częścią mojej rodziny. Widywałem ją, oczywiście. Jasnowłosą, poważną, uosobienie idealnej szlachcianki. Słyszałem o niej w Twoich własnych słowach, jednak nadal pozostawała dla mnie niemal obcą postacią. Kimś innym, nie istniejącą w rzeczywistości osobą.
Wyjechała. Zaciskam zęby, bo nie wiem co powiedzieć. Wiem, że nie chcesz litości, chcesz tylko konfesji, chcesz żebym słuchał. Nie sądzę, że istnieją na świecie słowa, które mogłyby to naprawić. Nawet jeżeli jestem Nottem, jeżeli jestem znany z tego, że potrafię czarować za pomocą dobrze ułożonych zdań, teraz jestem bezradny. Czuję, że dla Ciebie to jak koniec, koniec wszystkiego. Z naszej dwójki to Ty jesteś psychiatrą, ale nawet bez kwalifikacji widzę, że powoli się załamujesz. Być może już się złamałeś - tego nie wiem, bo przecież nie było mnie tutaj w czasie, kiedy lwia część moich znajomych przeżywała największy kryzys swojego życia. Widać, jestem okropnym przyjacielem.
- Nie sądzę, żeby miało to dla Ciebie jakieś znaczenie, ale współczuję. Szczerze, choć wiesz, że nigdy nie pochwalałem Twoich upodobań - mówię, surowym, ale przepełnionym uczciwością głosem.
Nie będę oszukiwał i kłamał, że będzie lepiej, bo skąd mam to wiedzieć? Spojrzeniem zachęcam Cię, byś kontynuował, bo to jedyne co tak naprawdę mogę dla Ciebie zrobić. Wysłuchać.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Biblioteka   07.12.16 14:53

Rodowe animozje wyjątkowo umknęły w niebyt; Avery zgodnie z odebranym wychowaniem dość sceptycznie podchodził do słynących z wydawania niedorzecznie hucznych przyjęć Nottów, lecz niefortunnie to właśnie Alastaira obdarzył przyjaźnią, której nie mógł spleść ani z bliskim mu Abraxasem, ani z żadnym Bulstrodem, teoretycznie najbliższymi mu poglądami oraz obyciem na salonach. Drobne różnice jednak nie stały się przeszkodą, wręcz pogłębiając specyficzną więź między mężczyznami. Opartą na zaufaniu, szczerości, wzajemnym szacunku? I... czymś jeszcze? Samael nie ignorował swoich drobnych problemów z komunikacją z innymi ludźmi, będąc doskonale świadomym swoich zaburzeń (czy to kiełkująca megalomania, czy jednak efekt spłodzenia syna w tak bliskim pokrewieństwie?), lecz obcując z tymi nielicznymi - Mortimerem oraz Alastairem - powoli zaczynał rozumieć ideę posiadania przyjaciela. I chociaż zwykle oszczędny w słowach, tej dwójce przestał ich żałować, krok za krokiem robiąc olbrzymie postępy w drodze do wykucia stabilności. Zdrowej relacji z kimś, kto nie pozostawał z nim w niedalekim genetycznym związku.
-Zapewne nic nie ukryje się przed twoją ciotką - przyznał, z cieniem uśmiechu zdobiącym wychudzoną twarz. Znowu zmarniał, lecz przecież doskonale zdawał sobie sprawę ze skutków diety składającej się w głównej mierze z alkoholu (którego wszak wcześniej prawie nie pijał) oraz silnych eliksirów, przyjmowanych niemal nałogowo. Brak snu, dolegliwości fizyczne, napięcie trzymające go w sztucznych ryzach, smutek wysysający z niego większość energii, sztuczny blask oczu wywołany lekami: rozchwiany i zniszczony człowiek, jedynie pozornie prezentujący się nienagannie - możesz jednak być pewny, że lady Nott nie czai się nigdzie, czekając na twe kulturalne potknięcie - dodał, skinąwszy mu głową, aby się częstował. Butelek miał w bród, piwniczka została doskonale zaopatrzona zarówno w najdroższe i najstarsze szlacheckie trunki, których koneserem był jego martwy ojciec (mimowolnie zdarzało mu się myśleć o Reaganie w ten sposób, choć i tak dłonie bezwiednie zaciskały się wówczas w pięści, jego śmierć wspaniale uświetniła noworoczny Sabat, nieco łagodząc wymiar tragedii) oraz rozmaite gatunki win, uwielbianych przez Laidan. Był marnym gospodarzem, lecz preferował toczenie suchych dysput, nieokraszonych niczym ponad inteligencję rozmówcy. Niegdyś starliby się na grząskim gruncie polityki, międzynarodowych skandali, ekonomicznych zawirowań, kwestii stricte ideologicznych - na deser zostawiając sobie pogawędki o planach matrymonialnych, organizowanych zabawach, polowaniu w lesie Sherwood lub koncercie fortepianowym debiutanckiego muzyka. Wymiana opinii, zawzięta dyskusja o szlacheckich zainteresowaniach przy dźwiękach Debussy'ego odtwarzanych z wielkiego gramofonu w niejasnych okolicznościach została jednak zastąpiona czymś cięższym, nieprzyjemnym. Avery odczuł wszak gwałtowną ulgę wraz z pierwszym wyrzuconym z siebie słowem, jakby tajemnice odkładały się w środku i pleśniały, psuły się, wywołując chemiczną reakcję powodującą wieczne mdłości.
Nareszcie mógł się pozbyć tego osiadającego brudu, zerwać ciężar ciągnący go w dół i nie wstydzić się tej słabości. Bolało gorzej niż fizyczne katusze, których doświadczył przecież z niewyobrażalnym okrucieństwem, ale rozerwane tkanki, zmiażdżona kość świecąca przez rozdarte ciało w okropnym, otwartym złamaniu, zdarcie płatu skóry z klatki piersiowej, a nawet eksplodująca gałka oczna (rozbryzgujące się białko, smętnie zwisające nerwy, pusty oczodół, piekąca ciemność, pochłaniająca obraz, krew zalewająca twarz) nie sprowadzało tak wyrafinowanego cierpienia jak duszenie się sekretami, niegdyś dającymi siłę.
- Kocham ją - wyszeptał, chowając twarz w dłoniach, byle nie patrzeć na nieco odległego Alastaira. Wiedział, że wszystko, co może od niego otrzymać to odrobina czasu, delikatne wsparcie, pozbawione jednak nadmiernej egzaltacji. On również nie pojmował go do końca, lecz przynajmniej starał się zrozumieć jego motywy. Nie osądzał, nie uważał za zwyrodnialca - tak mocno, jak tylko można. A ona nigdy mi nie wybaczy - powiedział, unosząc się nieco i spoglądając bystro w zielone oczy Notta. Powiedz mi, co robić przyjacielu. Co robić, jeśli nie chcę o niej zapominać.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Kawiarnio-biblioteka "Bookszpan"
» Biblioteka
» Biblioteka w zamku Bestii
» Wielka Biblioteka
» Biblioteka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17