Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kwatera główna aurorów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kwatera główna aurorów   17.03.12 14:23

First topic message reminder :

Kwatera główna aurorów

"Winda ponownie ruszyła i po chwili drzwi się otworzyły, a głos oznajmił:
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu.
Minęli róg korytarza, przeszli przez podwójne, ciężkie dębowe drzwi i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu podzielonym na boksy, z których dochodziły szmery i rozmowy. Zaczarowane samolociki śmigały jak miniaturowe rakiety, a koślawa tabliczka na najbliższym boksie głosiła: KWATERA GŁÓWNA AURORÓW.
Aurorzy pokryli ściany portretami poszukiwanych czarodziejów, fotografiami swoich rodzin, plakatami ulubionych drużyn quidditcha i artykułami wyciętymi z „Proroka Codziennego”. Jedyną wolną przestrzeń zajmowała mapa świata upstrzona małymi czerwonymi pinezkami, jarzącymi się jak rubiny."


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   06.07.16 3:15

Pokręcił z niedowierzaniem głową, a na tle chłodu, jaki do tej pory czaił się w jego spojrzeniu, rozpaliło się coś jasnego, ciepłego. Wciąż był zły, wciąż zaistniała sytuacja zdawała mu się abstrakcją, wciąż nie potrafił zrozumieć Barry'ego, ale widząc jego skruchę nie umiał postąpić inaczej, niż chwycić dłoń błagającą o ratunek.
Byli rodziną. Nawet mimo tego, że tej się nie wybiera, a potem wychodzi się z nią dobrze wyłącznie na zdjęciach, był gotów na wiele, żeby zapewnić bratu bezpieczeństwo, którego tak łaknął i potrzebował. Wbrew pozorom nie osądzał go pochopnie - choć krytykował jego nieroztropne wybory i zatracenie wszystkich najważniejszych wartości, pamiętał, że każdy ma prawo błądzić; parę miesięcy wstecz on również się zagubił, choć na kompletnie innych płaszczyznach, bez tak tragicznych skutków.
A odkąd wreszcie zrozumiał, w czym leżał jego problem, wszystko stało się prostsze.
Być może w przypadku Barry'ego działało to podobnie; niewidzialna siła tęsknoty za wszystkim, co minione, wbijała w jego ciało ostre, niedostrzegalne igły. Próbując uchwycić to, co nieosiągalne, zbaczał ze ścieżki, którą wyznaczył sobie już tak wiele lat temu. Chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z zatrważającej wagi własnego rozdarcia, brnął w nie dalej, nie widząc innych rozwiązań. Bojąc się ich dostrzec.
Bo tak naprawdę Garrett bał się szczęścia, z autopsji wiedząc, jak łatwo je utracić.
Nie znał uczucia gorszego od ukłucia bezradności.
Beznadziejnej bierności i zagubienia.
- Nie musisz się bać, Barry - powiedział cicho, łagodnie. Szczerze. - Nie bój się ze mną rozmawiać - bo, mimo wszystko, wciąż chciał dla niego najlepiej. Chciał widzieć w jego oczach beztroskę. Chciał pomóc mu zrzucić to brzemię. Chciał wskazać mu na nowo ścieżkę, którą przez popełnione błędy opuścił.
Nawet jeżeli w tej chwili zdawało się to niemożliwe.
Zamarł, słysząc dalsze słowa brata; przez krótką chwilę wpatrywał się w niego intensywnie z uniesionymi brwiami, jeszcze nic nie mówiąc - składał na języku słowa, żeby nie przekląć, żeby nie zwyzywać go od najgorszych, bo najpewniej szybko zacząłby żałować tego, że dał się porwać nerwowemu uniesieniu.
- Cztery lata? - powtórzył głucho, mając nadzieję, że się przesłyszał, że to nie była prawda, a wyłącznie okrutny, wyjątkowo nieśmieszny żart. Czy Barry miał dopiero dwadzieścia lat, kiedy zgubił drogę, którą powinien podążać, wybierając ścieżkę kontrastowo różniącą się od tej, jaką w jego wieku podjął Garrett?
Dlaczego świat działał w ten bezlitosny sposób, że nie kruszał powoli, a zawalał się nagle, w całości, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia?
Obserwował bez słowa jego pokorę, żal, niemoc. Fakt, że Barry nie potrafił wybaczyć sobie potwornych czynów, których się dopuścił, uznał za dobry znak; narkomania nie przydusiła jeszcze wyrzutów sumienia, tlących się powoli, acz skrupulatnie.
- Muszę wrócić do pracy, Barry - powiedział w końcu miękko, bo płynął czas, który powinien spędzić wśród dokumentów. Miał nadzieję, że nikt nie dostrzegł jego nieobecności w kwaterze. - Wiesz, gdzie mnie szukać. Cokolwiek by się nie działo, powiadom mnie, na wszystko znajdziemy rozwiązanie. W porządku? - spojrzał na niego, oczekując potwierdzenia - choćby w postaci ledwie zauważalnego skinięcia głową. Wypuścił ciężej powietrze. - Nie wracaj na Nokturn. Nie dotykaj więcej tego chłamu. Rozumiesz? Pomogę ci tylko wtedy, kiedy się od tego odetniesz. Raz na zawsze.
I tylko pod warunkiem, że drugi raz nie zawiedzie jego zaufania.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   06.07.16 16:56

Gdyby można tylko było cofnąć czas zmieniaczem czasu, zmienić życia bieg, wybrać inne drogi, inne decyzje podjąć cztery lata temu, może inaczej by się wszystko potoczyło. Może byłby szanowaną osobą, może nawet zmieniłby zdanie i poszedł na kurs aurorski, jak jego starszy brat. A może w innym departamencie robiłby coś pożytecznego. Z pewnością cokolwiek innego, co nie doprowadziłoby jego na skraj przepaści, w której się znajduje. On chciał dobrze, chciał pomóc rodzeństwu, sobie, lecz wciągający mrok tylko nakładał na niego maskę fałszu i kłamstw, które toczyły się przez te wszystkie lata.
Bać? No dobra, może mieć rację. Może powinien dawno zwalczyć ten lęk, zdjąć maskę, tak jak teraz to zrobił. Prawda zawsze boli, a szczególnie taka, która przez laty była pielęgnowana kłamstwem. Może uda się wyrwać chore plony z jego serca, z jego życia, zasadzić nowe rośliny, jasne, białe, które mają wskazywać nowo obraną przez niego ścieżkę. Sam nic nie mówił, czuł tylko szybkie bicie serca, natłok myśli, które porównywały się z charakterem wypowiedzi starszego brata. Chciał się zmienić, lecz sam nie da rady. Teraz to widzi. Wcześniej był zaślepiony egoizmem i zbyt mocną pewnością siebie, która go dosłownie zgubiła.
Zaraz jednak ugryzł się w zęby słysząc ton brata, z jaką on wypowiada dwa, z pozoru mało znaczące wyrazy. Nic nie odezwał, nie poprawił ani nie potwierdził tego słownie, lecz samo to, że nie podnosił głowy, mogło wszystko tłumaczyć bratu. Cztery lata bycia kimś innym, aktorem, może też i manekinem w cudzych rękach. Niech sobie to interpretuje, jak chce. Barry wolałby nie wyjawiać tego, lecz skoro już zaczął mówić prawdę, a przynajmniej tę większą prawdę, tą ponurą i druzgocącą, to czemu by miał tego nie powiedzieć. Przełknął tylko ślinę poruszając nieznacznie stopami chcąc zniwelować rosnącą niemoc i bezwładność, która zawładnęła jego ciałem.
Powstała cisza, podczas której Barry niechętnie, jak i nieśmiało podnosił powoli głowę na brata dziwiąc się w myślach, że nie poszły żadne wulgaryzmy, żadne fizyczne ataki z jego strony. Przecież się nie bronił, był gotów przyjąć na siebie każdy zasłużony cios w jego stronę. Zaraz brat jednak zaczął mówić. Na pierwsze jego pytanie Barry nieznacznie przytaknął głową, lecz potem pozostał milczący. Tylko wpatrywał się w brata przyjmując każde kolejne jego słowo, wyrywając sobie je nawet w mózgu. Poczuł nagle przenikające zimno po całym swym ciele, to chyba były dreszcze, które zwiastować miały zmianę frontu, zmianę drogi.
- No to idź jak musisz. W razie czego nocuję w Kotle. - powiedział spokojnie, lecz zaraz się jemu coś przypomniało. Coś nader istotnego. - I... dziękuję.- dopowiedział zerkając na brata, który zgodził się ostatecznie na pomoc. Ruszył początkowo z nim, gdyż nie wiedział, jak stąd się wydostać. Nie znał tych korytarzy, zaułków, pokoi. Sam do windy by nie trafił, definitywnie. Raz jeszcze przy maszynie się pożegnali, po czym rudzielec zjechał windą na dół i używając sieci fiuu, przeniósł się do Dziurawego Kotła, by udać się do swojego skromnego pokoju.

z.t oboje





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Artis Finnleigh
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3347-artis-macmillan#56642 http://www.morsmordre.net/t3359-balou http://www.morsmordre.net/t3360-yer-oot-yer-face-macmillan#57065 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3404-artis-macmillan
Auror
25
Zdrajca
Panna
I'm gonna trust you, babe
I'm gonna look in your eyes
And if you say, "Be alright"
I'll follow you into the light
15
8
0
0
2
0
0
9
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   30.07.16 18:32

17 stycznia

Dziewczyna, atletycznie zbudowana, choć z wystarczająco wyraźnie zarysowanymi kobiecymi kształtami, by nie uznać jej za niskiego mężczyznę, zaklęciem przywołała na środek sali manekina, który większość swojego żywota spędził wciśnięty w głęboki kąt. Mało który auror doceniał ten rodzaj ćwiczeń, ale żaden z nich nie był Macmillanem, który stracił większość mleczaków w czasie walk z rodzeństwem. Mimo, że Artis nie była w tym mistrzem, szermierka stanowiła coś w rodzaju jej hobby. Dziewczyna zgarnęła idealnie ułożone blond loki w luźny kucyk i poprawiła swoją bluzę w głębokim odcieniu błękitu. Nawet w czasie ćwiczeń musiała się prezentować, toteż jej strój był wykonany z najlepszej jakości materiałów i mimo swojego przeznaczenia, wciąż wyglądał znakomicie. Spodnie były ciemnoszare i na tyle luźne by umożliwić jej nawet zrobienie szpagatu, ale na tyle wąskie, by podkreślać kształty. Bosymi stopami stąpała lekko po podłodze obchodząc swoje stanowisko ćwiczeń, patrząc przed siebie z determinacją. Włożyła rękawiczki i sięgnęła po szablę.
Malowana twarz manekina patrzyła na nią wyzywająco, a w blond głowie kłębiło się milion myśli, wspomnień. Cały dzień segregowania papierów dał jej się we znaki. A szczególnie moment, gdy na jej biurku pojawił się stos raportów do przeredagowania. Gdyby wzrok mógł zabijać, jej przełożony już dawno leżałby sztywno w grobie. Avada też niestety nie wchodziła w grę. Mogła użyć trucizny, ale kolejny szef na pewno nie różniłby się wiele od Rogersa.
Pierwszy atak nie poszedł zbyt dobrze, omal nie dostała od manekina po głowie, gdy jej atak poruszył jego drewnianą ręką. Kolejne wypady można było już uznać za sukces, jej przeciwnikiem byli ci wszyscy ludzie, którym wydawało się, że jest zbyt delikatna by wyjść z biura na misję. Jej szata aurora wisiała wciąż nieużywana w jej szafce. Miała ją na sobie raz, gdy ją dostała. Wkładano ją na wyjścia, w biurze nikt nie oczekiwał, że będzie ją nosić. Ale musiała sobie przyznać, że nigdy nie przyszła do pracy w spódnicy, czy butach na obcasie. Chyba wciąż się łudziła.
Kolejne ataki sprawiały, że manekin obracał się wokół własnej osi, machał rękami, a w głowie Artis przewijał się cały tydzień niepowodzeń. Tak naprawdę wywiązała się z każdego zadania, ale dla niej każdy dzień, gdy nie traktowano jej poważnie, był dniem straconym. Ale ona nadal uśmiechała się grzecznie i kiwała głową, z jednej strony przeszkadzało jej to płaszczenie się przed kimś o niższej pozycji, było po prostu nienaturalne, ale z drugiej strony w życiu nie postawiła się w sytuacji, gdy przez własną głupotę mogłaby stracić pracę. Dodatkowo matka uzyskałaby dokładnie to, co chciała.
- Artis moja droga, mogłabyś zająć się tym dla mnie. Na pewno zdołasz to wcisnąć między swoje inne… obowiązki. A pocałuj w tyłek rogogona, Rogers. Oczywiście mogła powiedzieć to tylko w swoich myślach, których nikt nie kontrolował. Ani matka, ani pracodawca, ani nawet ona sama.
Jestem samodzielna… Atak na poziomie nerek. Potrafię zrobić… Natarła agresywnie na manekina. Cholerny patrol. Przestała się pilnować, ciało manekina, wciąż w ruchu, natarło na nią i musiała się zasłonić. Zresztą kiedyś je robiłam, kiedyś chodziłam na misje, na Merlina! Zatrzymała się by chwilę odsapnąć. Zdjęła z rąk rękawiczki, położyła szpadę i usiadła na podłodze. Wiedziała, że niedługo skończy się jej czas na sali treningowej. Udawało się jej zdobyć tą godzinę dziennie tylko dlatego, że była to najmniej popularna pora na rezerwacje i prawie nigdy ich nie było.
Zaczęła się rozciągać, w pewnym momencie oparła czoło o chłodną, wysłużoną podłogę i odsapnęła. Było to chyba jedyne miejsce, gdzie nie musiała się przejmować kim jest i gdzie jest. Pod warunkiem, że była sama. Przed oczami przewijały jej się nazwiska ludzi, których akta układała tego dnia. Niektórych z nich znała, lub chociaż kojarzyła. Starała się być w pełni bezstronna, ale nie potrafiła nie podejrzeć co było w niektórych z nich. Najbardziej prześladowało ją zabójstwo chłopca, charłaka, który był w wieku jej braci. Ojciec nie mógł znieść myśli, że jego dziecko miałoby być kimś takim, a ona nie mogła znieść myśli, że można w ogóle brać pod uwagę odrzucenie dziecka z takiego powodu. Z drugiej strony, gdyby była w ciąży z kimś spoza szlachty, czy sama nie rozważałaby opcji pozbycia się go? Pokręciła głową i wstała. Zabrała worek, wniosła go do składziku i poszła do szatni się przebrać. Nie mogła myśleć o czymś takim. Zresztą nie było o tym nawet mowy, nikt się nią nie interesował poza Prewettem, który nie miał wyboru, naciskany przez matkę. To też nie był dobry temat do rozważań, szczególnie, kiedy czekała na nią praca. Jakkolwiek źle się tu czuła, było to lepsze niż małżeństwo z przymusu.
Odświeżona, przebrana już w swój stały zestaw (sweterek i spodnie cygaretki), wróciła do swojego biurka. Stała tam kolejna góra zgłoszeń do przejrzenia. Opanowała jednak jęknięcie. Nigdy nie narzekała otwarcie, nie dawała nawet po sobie poznać, że słuchanie jej kolegów, których osiągnięcia i praca były dużo ciekawsze od tego, co ona kiedykolwiek robiła, to nie jest jej szczyt marzeń. Ludzie uważali, że się wywyższa i rzeczywiście to robiła. Nie wynikało to jednak tylko z jej pochodzenia, a też z jej niepewności siebie. Im chłodniej ich traktowała, tym rzadziej z nią rozmawiali i pytali, jakie były jej zadania. Nikt nie musiał wiedzieć, że tak naprawdę nigdy nie była na żadnej misji bez mentora.
Odłożyła kolejne zgłoszenie poprawione i zatwierdzone jej schludnym, zgrabnym pismem. Była to powolna, żmudna robota, ale ona rozgrywała w swojej głowie scenariusze walk, patrolów, misji, a nawet po prostu wspominała swój czas, gdy na kursie była jeszcze pełna entuzjazmu i naiwności. Minął ponad rok od śmierci Douglasa, a wciąż pamiętała jego nauki. Można powiedzieć, że byli czymś w rodzaju przyjaciół, wciąż zachowując relacje mentor – uczeń. Był jednak jedyną osobą, która uwierzyła, że nie jest wychuchaną panienką i która dostrzegła w niej potencjał. Tęskniła za staruszkiem, którego w ogóle nie obchodziła ani jej płeć, ani pochodzenie i  to on tak naprawdę nauczył ją kląć.
- …Smith, nokturn… – co jakiś czas jednostajne skrzypienie pióra zagłuszały jej mruknięcia. Wolała powtórzyć nazwisko na głos, zamiast pomylić się przy wpisywaniu.
- Wilson, kradzież, pokątna – kupka robiła się coraz mniejsza, ale ona już się wczuła i nawet nie zauważała upływu czasu. Kolejne nazwiska ledwo muskały jej umysł, myślami była znów na sali treningowej, gdzie manekin miał twarz szefa.
Prawie skończyła poprawiać raporty, czas jej pracy również nieubłaganie zbliżał się do końca, gdy przed jej biurkiem pojawił się Rogers we własnej osobie. Przed chwilą dźgała go szablą. Mało brakowało, a rzeczywiście okazałaby zaskoczenie, na szczęście miała nerwy ze stali i bez problemu wymusiła na swojej twarzy uprzejmy uśmiech. Była zła, że wybił ją z rytmu i przerwał wspominki. Zawsze pomagało jej to w pracy. Zresztą jaki miał w ogóle interes, by pojawiać się przy jej biurku tuż przed zakończeniem pracy? Może dowiedział się o jej treningach i uznał to za nadużycie? Zaczęła robić szybki rachunek sumienia, ale poza tym, nie robiła nic innego, czym mógłby się zainteresować szef.
- Panna Macmillan… - zastukał palcami w powierzchnię jej biurka, a ona o mały włos nie poprawiła go, że powinien mówić jej Lady. Nie, niekoniecznie. Tutaj nikogo nie obchodził jej tytuł  i choć maleńki skrawek jej dumy był urażony, nie było to ważne.
- Tak, to ja. - patrzyła na przełożonego badawczym wzrokiem nie mając pojęcia o co chodzi. Tym bardziej, że nie przyniósł jej nowej porcji raportów. Nadal uśmiechała się miło, ale w jej głowie odgrywał się scenariusz jak walczyła z manekinem udając, że to osoba, która stała przed nią, wyraźnie mając problem z wyrażeniem myśli – Jakiś problem, Panie Rogers? – spytała w końcu znudzona czekaniem na kontynuację zdania, które przecież zaczął.
- Nie, nie. Jak najbardziej jest wszystko w porządku – tym razem to on zaserwował jej uśmiech, a ona wciąż nie wiedziała co się dzieje. Minęły kolejne sekundy, wydawało się, że trwały wieki. Prawie zaczęła liczyć w myślach. Najwyraźniej jednak podjął jakąś decyzję, gdyż jego oczy nabrały bardziej przytomnego wyglądu – Postanowiłem wysłać Panią na patrol, z Panem Potterem. Proszę się do niego zgłosić po szczegóły.
Była gotowa na upomnienie, czy chociaż kolejną porcję bezsensownej pracy, albo nawet przeniesienie jej do archiwum, ale nie to! Jedynym znakiem radości, która ją ogarnęła, był nieco szerszy uśmiech. Zdecydowanie był też bardziej szczery. Kiwnęła głową niezdolna się nawet odezwać. W końcu, po roku grzebania w papierach, będzie mogła się wykazać. Jej ciągłe ćwiczenia też nie poszły na marne, choć wielu innych aurorów za jej plecami pewnie kpiło z tego, czy potrafi rzucić chociaż prostego expelliarmusa. Potrafiła wiele więcej, a jej ciało, choć szczupłe, składało się głównie z mięśni. Mimo, że nie zrobiła kariery w sporcie, to nadal go lubiła. Poświęcała więc każdą wolną chwilę na ćwiczenia, zaklęć również, ponieważ nadzieja, że pewnego dnia ktoś uzna,  że jest godna zaufania i wyśle ją na misję, cokolwiek. I ten dzień nadszedł. Mogła odkurzyć szaty i wyruszać nawet zaraz. Domyślała się jednak, że Potter nie byłby z tego aż tak zadowolony. Reszta dnia minęła jakby przykryta mgłą. Nie pamiętała nawet kiedy wszystkie zgłoszenia zostały oddane do rozdysponowania. Skończywszy pracę, opuściła swoje stanowisko nawet nie obrzuciwszy go spojrzeniem, choć zawsze kończyła dzień patrząc zrezygnowana na to, czego nie zdążyła dokończyć. Miała iść w teren, kogo obchodzą papiery?

z.t.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   27.08.16 14:25

| luty

- ...no a wtedy łup-cup, brzdęk, zleciał z tych schodów i rozwalił sobie łeb - zarechotał wysoki, postawny mężczyzna o włosach przyprószonych siwizną i zakolach tworzących się przy skroniach. Jego czarny płaszcz zlewał się z panującą na ulicy ciemnością; byłby niezauważalny, gdyby nie padające gdzieniegdzie wątłe światło mrugających latarni i ten basowy śmiech, który przecinał nocną ciszę.
Garrett uśmiechnął się półgębkiem. Po raz setny tego wieczoru upewnił się, że jego różdżka jest na miejscu, po czym poklepał się po kieszeni w poszukiwaniu papierośnicy.
Mimo wszystko lubił patrole. Zazwyczaj były to spokojne noce spędzone na bezcelowym kręceniu się po niekończących się meandrach uliczek, gdzie jedynym zagrożeniem okazywały się szajki młodocianych kryminalistów szykujących się do bójki. Nieważne, czy rzezimieszki byli mugolami, czy czarodziejami - nie trzeba było nawet atakować, z jakiegoś powodu ci zawsze rozpraszali się i czmychali w bok, gdy tylko dostrzegali kilkuosobową grupę zakapturzonych, spowitych w czerń aurorów.
Ale tej nocy nawet nikt nie planował wszczynania awantur na obrzeżach doków, nikt nie umawiał się na czarnomagiczny pojedynek pełen niewybaczalnych uroków, nie nakładał złowrogich klątw ani w żaden inny sposób nie tworzył zagrożenia; było daleko do świtu, niebo wciąż barwiło się na ciemny granat rozrzedzony czasem szarością kłębiących się chmur, zza których z trudnością przebijał się wątły blask księżyca. Wkrótce w powietrze wzbił się kłąb papierosowego dymu. Garrett zdjął kaptur, dopiero teraz mogąc w pełni poczuć, jak zimowy wiatr nieprzyjemnie kąsał chłodem.
- A opowiadałem ci już, co znowu wymyślił Fancourt? - ciągnął Howell, jak zawsze rwący się do wysnucia kolejnych opowieści, a Garrett nawet nie musiał udawać, że go słuchał. Zamiast tego wpatrywał się uparcie w przestrzeń, intensywnie nad czymś rozmyślając. - Po tym ostatnim rozszczepieniu stwierdził, że świetnym pomysłem byłoby...
- Wybacz, że przerywam - wtrącił się nagle, nie odrywając nawet na krótki moment spojrzenia od pobliskiego zakrętu. Bo to właśnie za nim przed paronastoma minutami zniknęła młoda aurorka - dziewczyna, na którą Garrett powinien mieć oko, a mimo wszystko pozwolił jej samej błąkać po ulicach, bo wierzył w jej rozsądek. Kto wie, może popełniał tym samym wielki błąd. - Ale pamiętasz może, ile czasu temu poszła Tesa? - spytał, wciąż nie patrząc na Howella, a wbijając wzrok w mroki spowijające sąsiednią uliczkę. Trochę ciężej wypuścił powietrze; odruchowo zerknął na własny nadgarstek, ale wszechobecna ciemność nie pozwalała na dostrzeżenie wskazówek układających się na cyferblacie zegarka.
Howell wzruszył ramionami, ale ten gest też zagubił się w mroku.
- A bo ja wiem, jakoś przed kwadransem? - rzucił obojętnie, najwidoczniej uznając Tesę za na tyle dużą dziewczynkę, że mogła poradzić sobie sama. - Uspokój się, Weasley, daj lepiej zapalić - mruknął po chwili, a Garrett machinalnie sięgnął do kieszeni po papierośnicę, choć myślami pozostawał daleko i wręcz rwał się do tego, by jednak sprawdzić przelotem, czy nie stało się nic niepokojącego.
Nie mógł odeprzeć wrażenia, że coś było nie tak.
Dość szybko okazało się, że rzeczywiście miał rację; przy starym, zapadającym się budynku na rogu błysnął jasny błękit, a już wkrótce ten niespodziewany blask przybrał kształt kuny - patronusa Tesy. Zwierzę zatańczyło w powietrzu i dokładnie w chwili, gdy obaj aurorzy wciągnęli zapobiegawczo różdżki, patronus przemówił głosem młodej kobiety, w którym pobrzmiewała wyraźna nuta ekscytacji.
- Coś się kroi! - palnęła radośnie kuna; mówili prawdę o aurorach, musieli być kompletnymi wariatami - kto inny z taką niecierpliwością pasjonowałby się niebezpiecznymi starciami z potężnymi, czarnomagicznymi mocami? - Przyjdźcie do tego hangaru, który mijaliśmy po drodze, ale ostrożnie. Siedzę na dachu.
Po tych słowach zwierzę zatańczyło w powietrzu raz jeszcze, po czym odskoczyło w bok i zniknęło. Na ulicy znów zapanowała ciemność i zapadła cisza mącona dźwiękami ciężkich oddechów.
- Oczywiście, że wlazła na dach - westchnął Howell z teatralnym dramatyzmem po krótkiej chwili milczenia; znów naciągnął na głowę kaptur, a Garrett zrobił to samo, po czym obaj zacisnęli mocniej palce na uchwytach różdżek i ruszyli w stronę najbliższego zakrętu, błądząc po omacku. Pod stopami skrzypiał im śnieg, którego biel odbijała delikatne światło, rozświetlając słabo najbliższą okolicę. Wkrótce jednak nie potrzebowali już doszukiwać się tropów i niewidocznych śladów - do celu prowadziły ich przecinające nocną ciszę odgłosy. Głośne uderzenie. Dzwoniący metal. Chrobotanie. Zdławiony jęk. Pomruki rozmów, których nie potrafili zrozumieć.
Garrett i Howell wymienili spojrzenia, nie musieli nawet otwierać ust.
Dalej szli już powoli, ostrożnie stawiali kroki. Nie zatrzymując się nawet na chwilę, Garrett pod nosem wymruczał kilka inkantacji, które mogły okazać się wkrótce potrzebne - Carpiene, Hexa Revelio, Liberta, Repello Mugoletum, Salvia Hexia, bo zawsze należało zabezpieczyć teren przed ewentualną interwencją. W tym czasie Howell wysunął się na przód, by wychylić się zza zdezelowanego filaru i objąć najbliższą okolicę badawczym spojrzeniem. Garrett spojrzał w górę i wśród nocnych mroków szybko dostrzegł znajomą, drobną posturę siedzącej na dachu Tesy... która uniosła palec do ust w uciszającym geście. Ufał jej, a przynajmniej starał się ufać, więc podszedł cicho do Howella i położył dłoń na jego ramieniu, by powstrzymać go od rozpoczęcia akcji.
W starym, na pół zburzonym hangarze znajdowała się grupa ludzi. Rozjaśniali ciemność światłem różdżek i niewielkich świec dryfujących w powietrzu. Mówili coś niewyraźnie, potem zabrzmiał jęk, trzask i świst towarzyszący rzuconemu niewerbalnie zaklęciu. Ktoś znowu jęknął, choć tym razem dźwięk był przygłuszony, znacznie cichszy. Garrett starał się oddychać jak najwolniej i pozostać w bezwzględnym bezruchu; ukryty za jedną z nieodległych ścian, kucał, próbując nasłuchiwać i licząc na to, że uda mu się rozróżnić pojedyncze słowa.
- ...poważniejszych niż myślisz - warknął jakiś basowy głos odrobinę głośniej niż wcześniej. Ktoś inny zaśmiał się chłodno, a w tym śmiechu rozbrzmiało szaleństwo. - Coli!
Howell spojrzał na Garretta z marsową miną, ale ten tylko w odpowiedzi pokręcił głową. Znów rozległ się żałosny krzyk; Weasley zaryzykował, by wychylić się lekko zza ściany i ustalić, co właściwie miało miejsce w tym przeklętym hangarze.
Szwendało się po nim parę męskich, rosłych sylwetek, a każdy z nich dzierżył w dłoni różdżkę; naliczył ich sześciu. Gromadzili się wkoło zgarbionej osoby na krześle - była do niego przywiązana, miała wetknięty do ust materiał, to właśnie z jej gardła wydobywał się nieludzki krzyk bólu.
Garrett jeszcze mocniej zacisnął palce na uchwycie różdżki.
- Wiesz, co spotyka takich zdrajców? - ciągnął ten sam basowy głos co wcześniej, teraz Garry widział, że należał on do barczystego, wielkiego mężczyzny ubranego w ciemne szaty. - Jesteś gównem, jak ten szlam, z którym się zadajesz. Ictusosio! - Zawtórował mu ponowny błagalny jęk, ale aurorzy wciąż nie ruszali się z miejsca. Garrett przysunął się bliżej krawędzi ściany, napinając mięśnie nóg, szykując się do skoku; pozostało mu tylko wyczekać odpowiedniego momentu. - Nie umrzesz szybko, będziesz ostrzeżeniem. Dla większego dobra. Cru...
- Drętwota! - Czerwony promień trzasnął zupełnie niespodziewanie z dachu, co było najmniej subtelnym posunięciem, jakie tylko mogłoby wpaść Garrettowi do głowy. Tylko okoliczności odwiodły go od zrezygnowanego westchnięcia; nie miał na nie czasu. Po tym, jak jeden z opryszków padł jak kłoda, mogli zapomnieć o jakichkolwiek planach.
Szlag by trafił konspirację.
Zanim Tesa zdążyła się zsunąć z dachu, Garrett posłał - nieco na oślep - dwa zaklęcia; jeden z Expelliarmusów strzelił w sufit hangaru, po czym rykoszetem trafił w piętrzące się stosy metalowych puszek, przewracając je z nieludzkim wręcz hałasem. Który zdawał się szczęśliwie rozproszyć przeciwnika. Drugie zaklęcie wyrzuciło w powietrze różdżkę jednego z obcych mężczyzn, którego niewerbalnym zaklęciem przygwoździł do podłogi Howell. Garrett znów skrzyżował z nim spojrzenie, ale wyłącznie na ulotną sekundę. Zerknął w stronę Tesy, która rozbrajała właśnie dwóch opryszków na raz, a potem podniósł się nieznacznie - na tyle, by szybkim susem przemieścić się i ukryć za kolejną ze ścian. Z przyzwyczajenia rzucił zaklęcie tarczy, gdy przebiegał przez niezasłonięty fragment przestrzeni hangaru i to właśnie owe przyzwyczajenie uratowało mu życie; napastnik, którego nie dostrzegł wcześniej, posłał w jego stronę silny, czarnomagiczny urok. Klątwa rozprysnęła się na niewidzialnej zasłonie stworzonej przez Protego.
Garrett wychylił się zza ściany, by ocenić sytuację; na ziemi leżało dwóch nieruchomych mężczyzn, kolejny próbował odczołgać się na bok, najwidoczniej został dotkliwie zraniony. W tym samym momencie coś przeraźliwie trzasnęło; Garrett uniósł głowę i spostrzegł, że ściana, za którą się skrywał, wcale nie była tak stabilna, jak mogło mu się zdawać. Popchnięta wielką magiczną mocą, zaczęła się z początku kruszyć, aż w końcu runęła. Weasley z przekleństwem na ustach odskoczył w bok. Usłyszał jeszcze zduszony okrzyk człowieka, któremu nie udało się uciec w czas i spadły na niego gruzy.
Znów uniósł wzrok. Zawalenie się jednej ze ścian działowych nie zatrzęsło całym budynkiem; nie miał jednak czasu na odetchnięcie z ulgą, bo usłyszał przeciągły, kobiecy jęk bólu. Natychmiast pognał spojrzeniem ku źródłu dźwięku. Tesa z grymasem na twarzy wbijała palce we własne, krwawiące intensywnie udo, ale zaraz oderwała od niego dłoń, krzywiąc się jeszcze mocniej. U jej stóp leżał spetryfikowany, dwukrotnie od niej większy mężczyzna. Odgłosy walki cichły, gdzieś odlegle było jeszcze słychać Howella rzucającego coraz brutalniejsze zaklęcia. Tesa wysłała Garrettowi spojrzenie przepełnione jednocześnie ulgą i przekorą, ale zaraz oczy dziewczyny rozszerzyły się i jednocześnie otworzyła w zaskoczeniu usta.
W tym samym momencie Garrett poczuł niewyobrażalny, paraliżujący ból na całej długości lewego ramienia. Być może pomogła oklumencja, a być może rozgrzewająca żyły adrenalina - odciął się od ran i cierpiętniczej cielesności, skupił się na zaklęciu, które posłał idealnie w kierunku przeciwnika i bezbłędnie wgniótł go w posadzkę.
Znów zapadła cisza, ale w głowie Garretta nawet milczenie zdawało się pulsować bolesnym echem. Stał w miejscu, choć powoli zaczynały uginać się pod nim kolana - sam nie wiedział, jaka siła chroniła go przed upadkiem. Instynktownie dotknął lewego ramienia, a potem syknął tak przeraźliwie, jak nigdy dotąd; musieli usłyszeć to pozostali, którzy już zaraz znaleźli się obok.
- Krwawisz - powiedziała zaskakująco łagodnie Tesa, odgarniając z twarzy posklejane potem, jasne kosmyki włosów, ale Garrett nieszczególnie jej słuchał, zapewne zbyt przejęty faktem, że ktoś zerwał mu z ramienia całą pieprzoną skórę.
Zanim trafił do Munga, dużo się krzywił i jeszcze więcej przeklinał.

Za zabawę z dokumentacją zabrał się dopiero dwa dni później, kiedy zabandażowana rana niemalże zdążyła się zagoić, choć wciąż zalecano mu ostrożność. Potrzebował ciszy, ale nie miał co się łudzić - ta nigdy nie panowała w biurze aurorów. Garrett zamoczył w kałamarzu końcówkę pióra, a potem tępo spoglądał na pustą kartkę papieru. Zrobił to jeszcze dwa razy, zanim wreszcie zaczął pisać.
Stary, opuszczony hangar, aktualnie zdewastowany. Grupa mężczyzn, których zdawało się nie łączyć nic ponad fakt, że wspólnie torturowali więźnia. I słowa o większym dobru. Pięciu oszołomionych, aktualnie znajdują się w przytulnej celi, szósty w ciężkim stanie w Mungu, cudem niezabity przez ścianę, która zawaliła się prosto na niego. Trzech aurorów bez większych szkód; po jednodniowej rekonwalescencji wrócili do wykonywania zawodu. I w końcu pochwycony - całkowicie skatowany starszy mężczyzna, Stephen Bagshot, piastujący wysokie stanowisko w Komitecie Łagodzenia Mugoli. Wciąż walczy o życie.
To nie mógł być przypadek, ale Garrett nie marnotrawił czasu na snucie kolejnych teorii spiskowych.
Znów mimowolnie powiódł dłonią to obandażowanego ramienia, musnął je palcami, potem nacisnął trochę mocniej, żeby sprawdzić, na jak wiele może sobie pozwolić, zanim sparaliżuje go ból. Wtedy z zadumy wyrwał go znajomy głos.
- Weasley - zagrzmiał Howell, a Garrett szybko odjął dłoń od rany, jakby ktoś przyłapał go na gorącym uczynku. Uniósł wzrok i mógł tylko patrzeć, jak starszy auror kroczy w jego kierunku. Mocno kulejąc na lewą, zranioną w ostatniej walce nogę. - Szef ponoć czeka na ten raport.
- Kończę - odparł niewylewnie, rzeczywiście stawiając ostatnie z liter. Sytuacja opanowana. Zniszczenia ukryte przed mugolami. Cała historia uciszona, pojawi się tylko w magicznych nagłówkach. Ominie te nieczarodziejskie.
- Wszyscy wiemy, co się święci - powiedział z niespodziewaną powagą Howell, przyjmując od Garretta plik dokumentów. Świdrował go spojrzeniem oczu tak ciemnych, że wśród tęczówek gubiła się źrenica. - I że to dopiero początek.
Garry skinął tylko głową, ale nie powiedział nic; nie wspomniał o tym, czego potrafił się domyślić, nie wypowiedział na głos imienia Grindelwalda, nie napomknął o działalności Zakonu. Nazwisko tyrana nie musiało jednak paść, żeby zawisnąć w powietrzu. Poplecznicy tylko jednej osoby zasłaniali się większym dobrem, wszyscy o tym wiedzieli.
Nagle rozległo się głośne przeklęcie, a potem łupnięcie. Obaj mężczyźni podążyli wzrokiem w kierunku źródła dźwięku, by zaraz spostrzec Tesę opierającą czoło o powierzchnię biurka. Szybko podniosła się z miejsca i, wbijając rozwścieczone spojrzenie w Garretta, z niemożliwą wręcz prędkością pojawiła się tuż przy jego boku. Trzymała w dłoni stos papierów, którymi zaraz trzasnęła o najbliższe biurko.
Dopiero teraz Garrett spostrzegł, że w oczach Tesy jawiła się nie tylko złość, ale też niezdrowa fascynacja.
- Zaginął kolejny pracownik Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof - palnęła jednocześnie z oburzeniem i radością, a Garrett nigdy wcześniej nawet nie pomyślał, że mieszanka tych uczuć jest możliwa. - To jakiś absurd. Coś czuję, że kolejne patrole nie będą spokojne.
- Myślałem, że cię to cieszy - burknął Howell z nutą niedowierzania, a Tesa skrzywiła się lekko, wyraźnie zmieszana.
- Cieszy czy nie cieszy, ważne jest to, że musimy powstrzymać to szaleństwo - odparła rezolutnie Tesa, z jakiegoś powodu nerwowo skubiąc palcami rękawy własnej szaty.
Garrett nawet na nich nie patrzył, skupiony na uzupełnianiu kolejnego raportu - niech do woli kłócą się przy jego biurku - ale i tak uśmiechnął się pod nosem. A uśmiech ten skrył za kubkiem kawy, który właśnie unosił do ust.
Bo tak, musieli to powstrzymać. I - paradoksalnie? - nie mógł się tego doczekać.

| zt




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Czara Ognia
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/u731contact http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153
n/d
0
n/d
n/d
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   11.09.16 15:53

Para nr III

W trakcie jednej z ostatnich misji w szkockiej wiosce znajdującej się nieopodal Hogsmeade Sophia natknęła się na nietypowy przedmiot - mały woreczek ze skóry wsiąkiewki. Zajmujący się tą sprawą aurorzy byli całkowicie pewni, że w środku znajduje się ważny przedmiot należący do ściganego czarnoksiężnika. Za jego pomocą chciano odnaleźć trop prowadzący do kryjówki kryminalisty. Problem w tym, że skóra wsiąkiewki skutecznie uniemożliwiała włożenie do środka palców przez kogoś, kto nie jest właścicielem sakiewki. Jednak jako że nie ma zaklęcia, którego nie da się złamać ani przedmiotu, którego nie da się oszukać, aurorzy nie zamierzali tak łatwo się poddać. Pewien starszy pracownik Departamentu Przestrzegania Prawa polecił skorzystanie z usług znakomitej łamaczki klątw - Lucindy Selwyn - twierdząc, że kiedyś już z nią współpracował i że z pewnością arystokratka znajdzie sposób na to, jak oszukać zaklęciem tajemniczy mieszek. Sophia została więc oddelegowana przez swoich partnerów z misji do zatroszczenia się o sprawę woreczka i próbę dostania się do jego zawartości.

Znajomy łamacz klątw opowiadał niedawno Lucindzie o przypadku uroku, który przenosił się na osobę po dotknięciu danego przedmiotu, a potem siał spustoszenie w organizmie, paraliżując kolejne członki i organy; ostatecznie doprowadzał do śmierci. Gdy osoba zarażona klątwą choćby musnęła palcem innego czarodzieja, jego też dotykał urok. Od śmiertelnej epidemii na skalę całego magicznego świata uratowała ich wyłącznie kwarantanna dla ofiar okrutnego uroku. Nikt nie znalazł jednak sposobu, aby go złamać. Przeklęty przedmiot cudem zniszczono, ale zarażeni nie zdołali tego przeżyć.

W dzień, w którym panie Carter i Selwyn umówiły się na spotkanie, Sophii przydarzył się wypadek w pracy. W trakcie porannej interwencji na Nokturnie ktoś trafił jej rękę bolesnym zaklęciem wywołującym kilkugodzinny paraliż. Sophia, nie chcąc spóźnić się na rozmowę z Lucindą, nie miała czasu na zatroszczenie się o pomoc magomedyka. Zamiast tego wróciła prosto do kwatery głównej aurorów, w której miała poczekać na przybycie łamaczki klątw, a potem pokazać jej woreczek i zapytać o radę.

Lucinda była za to pewna, że dzisiejsza konsultacja okaże się podobna do wszystkich innych - jakiś auror pokaże jej zaklęty przedmiot, ona zabierze go do swojej pracowni, złamie urok i zostanie za to wynagrodzona. By nie marnować czasu, została zaproszona prosto do kwatery głównej aurorów, żeby tam spotkać się z zaangażowanymi w sprawę przedstawicielami prawa. Od razu po wejściu do pomieszczenia dostrzegła Sophię, trzymany przez nią w dłoni mieszek i... nieruchomą, sparaliżowaną rękę. Kiedy przypomniała sobie słowa znajomego, dodanie dwóch do dwóch było tylko formalnością; co jeśli aurorka stała się ofiarą morderczej klątwy, a w przypadku jakiegokolwiek kontaktu cielesnego zarazi także Lucindę?

Datę spotkania możecie założyć sami. O skończonym wątku z rozwiązaną sytuacją możecie poinformować w doświadczeniu. Czara Ognia nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Wszystko jest w Waszych rękach.
Miłej zabawy!  




Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
20
15
0
5
5
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   12.09.16 0:36

| początek lutego

Ten poranek chyba nie należał do najbardziej udanych.
To miała być rutynowa akcja na Nokturnie, ot, sprawdzenie budynku, w którym mógł ukryć się poszukiwany od pewnego czasu czarodziej. Według zeznań świadka widziano tam mężczyznę odpowiadającego rysopisowi, ale, z drugiej strony, świadkowie z Nokturnu chyba nie należeli do najbardziej wiarygodnych źródeł informacji, bo chyba nikt z mieszkańców tej ulicy nie darzył sympatią aurorów. Tak czy inaczej, Sophia wraz ze swoim starszym i bardziej doświadczonym partnerem pojawiła się na miejscu, by sprawdzić nową poszlakę. Poszukiwanego nie znaleźli, za to wpadli na kilku innych szemranych typków, którzy zaczęli miotać w nich zaklęciami. Sophia niedostatecznie szybko osłoniła się tarczą przed jednym z uroków, który trafił ją w rękę. Najpierw zabolało, a zaraz później kończyna nieprzyjemnie zdrętwiała i zniknęło w niej czucie. Mogła nadal czarować, bo jej lewa ręka wciąż była sprawna, ale czarodziejom, doskonale znającym to miejsce, i tak udało się uciec przed zaledwie dwójką aurorów.
Nic więc dziwnego, że kiedy wróciła do ministerstwa, wciąż była podenerwowana. Chociaż jej partner sugerował, żeby od razu udała się do Munga, ale zdając sobie sprawę, że urok jest stosunkowo niegroźny i za kilka godzin jego skutki same ustąpią, najpierw chciała załatwić inną pilną sprawę, również związaną z tym samym poszukiwanym czarownikiem, którego próbowali złapać dziś na Nokturnie.
Kilka dni wstecz, prowadząc dochodzenie w Hogsmeade, Sophia znalazła upuszczony woreczek ze skóry wsiąkiewki, w którym mógł znajdować się przedmiot należący do poszukiwanego. Niestety, mimo spędzenia nad nim dobrych kilku godzin, Sophia nie była w stanie wydobyć z niego zawartości, którą z wsiąkiewek mógł wyciągnąć tylko ten, kto włożył przedmiot do woreczka. Biuro Aurorów poleciło jej jednak skontaktować się z łamaczką klątw, niejaką Lucindą Selwyn, a spotkanie miało przypaść właśnie dzisiaj; Sophii zależało na doprowadzeniu sprawy do końca, więc nie mogła przegapić wyznaczonej godziny.
Weszła więc do Kwatery Głównej i odnalazła swoje stanowisko, zdrową ręką wyciągając mieszek z szuflady biurka. Łamaczka klątw mogła się tutaj lada chwila pojawić, więc Sophia postanowiła po prostu na nią poczekać, ciekawa, czy uda się złamać zabezpieczenia woreczka i wydobyć schowany w nim przedmiot. Oby okazał się warty tego całego zachodu, bo równie dobrze mogły tam być nic nie warte śmieci. Mimo to należało sprawdzić każdą poszlakę, bo czasami nawet drobiazg potrafił zmienić bieg śledztwa, mimo krótkiego stażu pracy już się kiedyś o tym przekonała.
Położyła woreczek na biurku i bezwiednie bawiła się sparaliżowaną ręką, tą drugą próbując zginać i prostować swoje bezwładne palce. Czekała, aż w końcu zobaczyła pojawiającą się kobiecą postać.
- Lucinda Selwyn? - zadała pytanie może trochę zbyt szybko i bezpośrednio, wstając zza biurka.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Sophia Carter dnia 17.10.16 14:38, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   12.09.16 16:18

/ 2 lutego?

Plusem tego wszystkiego był fakt, że nie mogła narzekać na brak zajęć. Ktoś robił jej bardzo dobrą renomę bo kiedy tylko działo się coś do czego potrzebny był łamacz klątw to od razu była do tego przydzielana. Nie wiedziała kto, ale to nie było przecież ważne. Cieszyła się, że to czym się zajmuje jest doceniane w świecie czarodziejów. Tym bardziej, że była kobietą, a trzeba było z przykrością stwierdzić, że były one wielce niedoceniane. List od Ministerstwa przyszedł ostatniego dnia stycznia. Był on jednak bardzo niejednoznaczny i kobieta nie do końca wiedziała jakiego przedmiotu, a nawet jakiej sytuacji miała się tyczyć jej pomoc. Nie rozmyślając nad tym długo postanowiła umówić się na spotkanie z zajmującym się tą sprawą Aurorem. Mówią, że tonący brzytwy się chwyta. Jak na razie ta brzytwa nie raniła jej rąk, a wręcz przeciwnie… ratowała poranione myśli i serce. Przybyła do Ministerstwa godzinę przed czasem. Miała nadzieje na wypytanie o parę spraw, które już dłuższy czas ją zastanawiały. I choć chęci miała pierwszorzędne to jak to w takich miejscach bywało niczego konkretnego jej się załatwić nie udało. A przecież była konkretną kobietą i tylko konkrety miały dla niej jakikolwiek sens. O umówionej godzinie stawiła się w kwaterze głównej Aurorów. To miejsce w jakiś sposób zawsze kojarzyło jej się negatywnie. Nie wiedziała czemu. W końcu to Aurorzy dbali o bezpieczeństwo innych czarodziei. A jednak. Nie mogła się pozbyć tego uczucia. Kiedy tylko przekroczyła próg biura zobaczyła rudowłosą kobietę siedząc na jednym z foteli. Nikogo innego tutaj nie było więc szybko domyśliła się, że to z nią jest umówiona na spotkanie. Słysząc swoje personalia uśmiechnęła się i skinęła głową. Jej wzrok mimowolnie padł na przedmiot leżący przy stoliku. A raczej na wsiąkiewkę, a także na niewładną dłoń kobiety. Nie mogła nic poradzić na fakt iż przed oczami stanął jej obraz drogiego przyjaciela, który podzielił się z nią ostatnim zagrożeniem epidemią spowodowanym właśnie przez klątwę. Zagrożeniem, które tyczyło się właśnie paraliżu ciała. Uśmiech zszedł jej z ust tak szybko jak się na nich pojawił. - Wszystko w porządku? Co się stało Pani w rękę? - zapytała. W jej głosie można było usłyszeć zmartwienie, a także przestrach. Jeżeli to było to o czym myślała to nie mogła pozwolić sobie a jakikolwiek kontakt z kobietą. I powinna jak najszybciej poradzić się swojego przyjaciela co w takiej sytuacji należy zrobić.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
20
15
0
5
5
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   13.09.16 11:01

Sophia oczywiście nie wiedziała tego, co wiedziała łamaczka klątw. Do młodej aurorki nie dotarły niepokojące wieści o paraliżującej klątwie, nie spodziewała się więc, że widok jej porażonej zaklęciem ręki może wywołać jakąkolwiek reakcję. Aurorzy często bywali poranieni w dużo gorszy sposób. W tym zawodzie nie brakowało osób z bliznami czy innymi defektami, często będącymi pozostałością czarnomagicznych uroków. Nie wszystkie ich pozostałości dawało się skutecznie zwalczyć. Do tej pory Sophię szczęśliwie ominęły poważne rany, ale już kilka razy odczuła na sobie bolesne efekty różnych, czasem także czarnomagicznych zaklęć. Ale na łamaniu klątw znała się słabo, kiedyś czytała tylko trochę teorii, więc zdecydowanie lepiej było to pozostawić w rękach profesjonalistów. Po nieudanych próbach wydobycia zawartości wsiąkiewki zgodziła się z tym, że trzeba go oddać łamaczom klątw. Oby tylko Lucinda Selwyn rzeczywiście była tak dobra, jak słyszała. Miała nadzieję, że ich współpraca przebiegnie bez żadnych problemów.
Kobieta wyglądała dość młodo, nie mogła być dużo starsza od Sophii. Możliwe nawet, że panna Carter widziała ją kiedyś na korytarzach Hogwartu, dawno temu. Chyba że z kimś ją myliła? Tak czy inaczej, nazwisko Selwyn było jej znane, znajdowało się na liście szlacheckich rodów. Oby tylko ta konkretna jego przedstawicielka nie okazała się nadętą, wywyższającą paniusią.
Kobieta szybko zauważyła bezwładną rękę Sophii. Aurorka rzuciła jej szybkie spojrzenie, zauważając na jej twarzy strach. Odruchowo zmarszczyła brwi.
- To skutek trafienia urokiem podczas rutynowej interwencji aurorskiej. Ten zawód nie należy do najbardziej bezpiecznych – wyjaśniła szybko. – Nie miałam czasu zająć się tym jak należy, bo nie chciałam spóźnić się na nasze spotkanie – dodała, pozwalając sztywnej ręce opaść. Wciąż była sparaliżowana od ramienia po koniuszki palców. – Biuro Aurorów bardzo chce dowiedzieć się czegoś więcej o zawartości tego woreczka – ciągnęła dalej, nieświadoma, jak silny niepokój wywoływał w kobiecie stan jej ręki.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   13.09.16 21:44

Nie mogła nic poradzić na to, że od razu przypomniała sobie opowieść przyjaciela. Klątwy były bardzo niebezpieczne tylko ludzie je ignorowali myśląc, że skoro istnieją łamacze klątw to nie ma się czym przejmować. Zdejmą każdą klątwę, pozbędą się wszystkich efektów uboczny. Jednak to tak nie działało. Tak jak nie wszystkie skutki zaklęć można zniweczyć tak też nie każdą klątwę da się zdjąć. Ta była w pewien sposób niesamowita. Nikt wcześniej takiej nie widział. Nikt nie potrafił jej zatrzymać, a roznosiła się z prędkością światła. Przez jedno dotknięcie. Pewnie wypadła w tym momencie na niewychowaną. Nie przywitała się, nie zajęła się sprawą tylko od razu zapytała o sparaliżowaną rękę, która przecież nie musiała być efektem ani klątwy ani zaklęcia, a po prostu skutkiem nieszczęśliwego wypadku. Słysząc słowa kobiety uspokoiła się, ale tylko na chwile. Nie wiedziała przecież ile trwa całkowite sparaliżowanie części ciała. Musiała się upewnić, że właśnie tym było to spowodowane. - Jest Pani pewna, że Pani ręka była zdrowa po pierwszym dotknięciu tego przedmiotu? - zapytała przyglądając się wsiąkiewce. - Jest Pani pewna, że nie poczuła Pani niczego niezwykłego kiedy próbowała odpieczętować przedmiot? - nie chciała nikogo niepokoić swoimi przemyśleniami. W końcu mogła to być tylko jej wyobraźnia, albo czysta ostrożność. W jej zawodzie (pewnie tak samo jak w zawodzie aurora) ten kto nie uważa i nie jest ostrożny – ginie. Z klątwami trzeba było uważać. W końcu była to czarna magia. - Przepraszam, że tak atakuje Panią pytaniami. Po prostu paraliż ciała jest efektem działania pewnej klątwy. Chciałabym się upewnić, że nie z tą klątwą mamy do czynienia. - dodała chcąc przedstawić kobiecie sytuacje. Nie przyszła tutaj przecież bawić się odpowiedziami.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
20
15
0
5
5
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   14.09.16 0:11

Gdyby Sophia wiedziała więcej na ten temat, zapewne niepokoiłaby się mocniej. Może nawet pojawiłyby się jakieś obawy, że zawartość woreczka również mogła być szkodliwa, mimo że przecież Sophia nawet nie zobaczyła, co tam jest, nie mówiąc o dotknięciu tego przedmiotu. Chyba że miałby tak potężną moc, że działałby nawet przez woreczek, ale z tego co wiedziała, spora część klątw aktywowała się po bezpośrednim dotyku przez ciało.
- Znalazłam ten woreczek kilka dni temu, do tej pory nie działo się z nim ani z osobami, które go dotknęły, nic niepokojącego, przynajmniej nic takiego nie zauważyłam. Nikt z nas nie miał możliwości bezpośredniego dotknięcia jego zawartości, bo nie potrafiliśmy jej wydostać – powiedziała. Woreczek, prócz niej, dotykało paru jej współpracowników. W dniach po akcji w Hogsmeade widziała każdego z nich i wszystko było w porządku. Zawsze przedmiot mógł działać z opóźnieniem, ale... przecież sama widziała, jak promień zaklęcia trafia ją w ramię i zaraz potem jej ręka zaczęła sztywnieć. – Ten paraliż pojawił się dopiero dziś rano zaraz po trafieniu zaklęciem. Ręka zaczęła sztywnieć i jest taka do tej pory, ale nic więcej się z nią nie dzieje – wyjaśniła jeszcze, ale, słysząc o klątwie, wyprostowała się odruchowo i jeszcze uważniej spojrzała na kobietę. – Co to za klątwa? To byłby zaskakujący zbieg okoliczności. Czy to naprawdę może mieć coś wspólnego z przedmiotem, który może znajdować się w woreczku? – Sophia zainteresowała się tematem. Bo bardzo chciała wiedzieć, z czym mieli do czynienia, a spostrzeżenia Lucindy Selwyn mogły okazać się ważne, nawet jeśli pomyliła się w kwestii ręki Sophii. – Woreczek może być własnością poszukiwanego czarodzieja podejrzanego o czarnomagiczne praktyki, więc... Jest bardzo możliwe, że jeśli coś w nim jest, to może być w jakiś sposób przeklęte. Mam tylko nadzieję, że zaklęcia ciążące na woreczku wystarczająco nas zabezpieczyły, bo nie chciałabym sama zostać porażona jakimś gorszym paskudztwem.
Wzdrygnęła się, patrząc na woreczek z wyraźną niechęcią i podejrzliwością. Naprawdę coraz mniej podobała jej się ta sprawa, ale liczyła na jej pozytywne i nieszkodliwe rozwiązanie.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   15.09.16 20:14

Wysłuchała kobiety z dużym zainteresowaniem. Jej zawód czasem przypominał zawód uzdrowiciela. Każdy przeklęty przedmiot miał swoją własną klasyfikację. Nawet jeśli klątwa przypominała inne jej znane to jej skutki uboczne mogły być za każdym razem całkowicie inne. Wiedziała, że powinna być w tym bardziej dyskretna. Uzdrowiciel nie wpada do sali swojego pacjenta krzycząc, że został mu miesiąc życia. Jednak było to coś czego Lynn się nie spodziewała. Pokiwała głową i to wyjaśnienie wydawało jej się być bardzo prawdopodobne. - Mogłabym zobaczyć Pani dłonie? - zapytała chcąc zwyczajnie upewnić się, że był to tylko skutek zaklęcia, a nie bardzo silnej klątwy, której nikt nie był w stanie zdjąć ani skutków opanować. Kiedy kobieta wyciągnęła w jej stronę dłonie skupiła na nich swój wzrok. - I czuje się Pani dobrze tak? - zapytała upewniając się. Jednak sama przekonała się, że to nie może być skutek klątwy. Jeśli ten stan utrzymywał się od rana to nie był on związany z woreczkiem. - Proszę się nie martwić. To tylko moje przewrażliwienie zawodowe. W naszym świecie ważne jest by zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły. Myślę, że Pani mnie rozumie. - powiedziała sięgając po woreczek. Wyważyła go w dłoni, a potem zaczęła go obracać w dłoniach. Woreczek wyglądał całkowicie normalnie, ale dało się wyczuć, że nie była to zwykła wsiąkiewka, zwykłego czarodzieja. - Jakiś czas temu w świecie czarodziejów zdarzył się przypadek bardzo ciężkiej do zdjęcia klątwy. Właściwie… było to niemożliwe. A skutki zaczynały się właśnie o sparaliżowanej kończyny. Dlatego też ta myśl od razu pojawiła się mi w głowie. Proszę mi wybaczyć. - powiedziała i uśmiechnęła się. Po chwili znowu przeniosła wzrok na woreczek. - Tak… na pewno nie jest to normalna magia. Oczywiście postaram się zdjąć klątwę z woreczka i zbadać przedmiot znajdujący się w środku. Mam nadzieje, że uda mi się zrobić to jak najszybciej. Oczywiście proszę się nie martwić o klątwę. Zajmę się tym w swojej pracowni. - powiedziała znowu przenosząc wzrok na kobietę.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
20
15
0
5
5
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   16.09.16 15:26

Sophia była coraz bardziej zaintrygowana, ale i zaniepokojona tym wszystkim. Przez jej umysł przetaczało się mnóstwo myśli, zastanawiała się nad wszystkimi okolicznościami powiązanymi z woreczkiem oraz z dzisiejszym zajściem i próbowała wysnuć jakieś konkretne wnioski.
- Tak – zgodziła się, wyciągając obie ręce (tę sparaliżowaną musiała najpierw chwycić i unieść zdrową ręką) przed siebie, żeby kobieta mogła je obejrzeć. – Czuję się dobrze, poza tym, że nie mogę tą ręką ruszać, nie odczuwam żadnych innych dolegliwości. Ale mam zamiar zająć się tym zaraz po naszym spotkaniu – zapewniła. – I doskonale rozumiem. To dosyć niepokojący zbieg okoliczności i gdybym wiedziała, że tak panią zaniepokoi ta ręka, zajęłabym się nią już wcześniej. Byłam jednak tak zaaferowana tym spotkaniem i możliwością dowiedzenia się czegoś o zawartości woreczka, że odłożyłam to na później.
Nieco uspokojona, że nie została dotknięta żadnym przekleństwem tajemniczej zawartości woreczka, rozluźniła się i łypnęła na niego mniej ponurym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że ten przedmiot nie jest obciążony tą klątwą, o której pani mówi. Najlepiej, jakby nie był obciążony żadną, ale i tak na wszelki wypadek wolimy żeby zajął się tym ktoś o odpowiedniej wiedzy o takich przedmiotach. – Sophia miała nadzieję, że dzięki tej konsultacji już wkrótce dowiedzą się czegoś więcej i będą mogli ruszyć do przodu ze śledztwem. Woreczek mógł okazać się ślepą uliczką, ale zawsze istniała szansa, że będzie istotny. Nie mogła tego przegapić i zlekceważyć.
- W razie, gdyby pani coś odkryła odnośnie tego przedmiotu, proszę nas powiadomić. Chcielibyśmy dostać jego oraz woreczek z powrotem po zakończeniu wszystkich czynności związanych ze zdejmowaniem ewentualnych klątw – powiedziała. Miała jednak wrażenie, a przynajmniej odniosła je po tej krótkiej rozmowie, że ma do czynienia z osobą kompetentną, która miała spore szanse uporać się z tym zadaniem i dostarczyć aurorom odpowiedzi, których poszukiwali.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   17.09.16 20:50

Lucinda nie wierzyła w przypadki, a raczej w przekorność losu. Ten lubił bawić się ludźmi komplikując im życie. W końcu kobieta nie mogła wiedzieć, że Lynn aż tak przejmie się jej sparaliżowaną ręką. Wszystko było jednym wielkim nieporozumieniem, ale jednak tak wpasowującym się w sytuację, że Lucidndzie ciężko było w to po prostu uwierzyć. - Oczywiście rozumiem. Przepraszam za tak gwałtowną reakcję. Nie chciałam Pani przestraszyć. Jednak powinna Pani jak najszybciej skontaktować się z uzdrowicielem. Jak to mówią lepiej dmuchać na zimne. - powiedziała i posłała w stronę kobiety szeroki uśmiech. Wiedziała jak to jest bagatelizować własne zdrowie by zająć się zadaniem. Ona sama często też tak robiła podczas swoich wypraw. Nie patrzyła na to czy to co robi jest bezpieczne. Liczył się tylko efekt. Można było mówić, że była to głupota i całkowita irracjonalność, ale jej to nie przeszkadzało. Jeżeli osiągnęła to co zamierzała to dlaczego miałaby się tym przejmować? Otworzenie wsiąkiewki było tą prostą częścią zadania. Nie wiedziała jednak co zrobi kiedy przedmiot okaże się zainfekowany naprawdę potężną klątwą. Skoro należał do czarnoksiężnika. - W tym momencie nie jest w stanie powiedzieć jak długo zajmie mi badanie tego przedmiotu. Jeżeli jest to potężna klątwa to będę potrzebowała na to dni, a jeżeli nic niegroźnego to powinnam się z tym uporać najpóźniej do jutra. Proszę wyczekiwać mojej sowy. - powiedziała chowając przedmiot do kieszeni płaszcza. - Oczywiście wszystko przekażę jak tylko pozbędę się całkowicie czarnej magii. - cieszyła się, że znowu ma coś do zrobienia. Że nie spędzi kolejnego wieczoru na przemyśleniach, których w tym momencie nie potrzebowała. - W takim razie nie zajmuje Pani więcej czasu. Jak tylko czegoś się dowiem to wyślę Pani sowę. Niech Pani zadba o rękę. Naprawdę nigdy nic nie wiadomo. Miło było Panią poznać. Życzę miłego dnia. - powiedziała i wyszła z kwatery.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy


Ostatnio zmieniony przez Lucinda Selwyn dnia 21.09.16 21:40, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
...
20
15
0
5
5
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   21.09.16 21:35

Czasami tak się zdarzało. Sophii czasem też trudno było uwierzyć w różne zbiegi okoliczności. Jak na przykład ten, że rodzice wracając późnym wieczorem do domu napotkali na swojej drodze przemienionego wilkołaka. To dopiero był dziwny, niezrozumiały dla niej zbieg okoliczności. Bardzo niefortunny, do tego stopnia, że coś jej w nim nie pasowało.
- Oczywiście, zrobię to – zapewniła szybko. W końcu też już chciała mieć rękę w pełni zdatną do użytku, nie chciało jej się czekać, aż zaklęcie ustąpi samo, bo to mogło nastąpić dopiero za kolejnych kilka godzin. Ale pewnie gdyby to zrobiła od razu, to czekając na uzdrowiciela mogłaby przegapić godzinę spotkania z panną Selwyn, a tego nie chciała, bo naprawdę potrzebowali łamacza klątw. Mogłaby też poprosić kogoś innego, żeby ją zastąpił... Ale chciała załatwić to sama.
- Więc będę czekać. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie pomyślnie – powiedziała. Oby przedmiot nie był przeklęty, ale jednocześnie dostarczył aurorom potrzebnych informacji. Tak byłoby najlepiej dla wszystkich, no ale nie wiadomo, czy tak będzie. Możliwe, że nie. Że jeszcze muszą się sporo natrudzić, żeby znaleźć poszukiwanego czarodzieja. Może minąć wiele tygodni, zanim go znajdą. Nawet w świecie magii odnalezienie kogoś, zwłaszcza trudniącego się nielegalną działalnością, wcale nie było proste.
- Mi także miło. Może to nie ostatnia nasza współpraca? – Bo kto wie, może jeszcze kiedyś Sophia poprosi Lucindę o pomoc, jeśli znowu trafi na zaklęty przedmiot? Podziękowała jej za fatygę i zgodzenie się na pomoc aurorom, ciekawa, czego dowiedzą się dzięki niej za kilka dni.

| zt.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kwatera główna aurorów   21.09.16 21:52

Wychodząc z kwatery stwierdziła, że powinna skontaktować się tak na wszelki wypadek ze swoim przyjacielem. W końcu nie można było bagatelizować taki spraw, a Lynn była zwykle osobą podejrzliwą i lubiła być wszystkiego pewna. W tym momencie już całkowicie nie wierzyła, że kobieta mogła paść ofiarą tej klątwy, ale nawet czysta ciekawość nie pozwoliła jej to zignorować. Postanowiła do mieszkania przenieść się kominkiem. Teleportacja z możliwie przeklętym przedmiotem nie była dobrym pomysłem. W końcu takie przedmioty bardzo często żyły własnym życiem. Mogło się to skończyć przeniesieniem w miejsce znalezienia przedmiotu, a nawet do właściciela jeżeli była to potężna magia. A sieć Fiuu przecież jeszcze nigdy jej nie zawiodła. Cieszyła się, że ma co robić. Nie chciała spędzić kolejnego wieczoru na rozmyślaniu. Tak naprawdę robiła wszystko by to ograniczyć i pozbyć się wszystkich złych i dobrych myśli z głowy, ale to nie zawsze działało. Wchodząc do kominka sprawdziła jeszcze raz czy na pewno ma sakiewkę w kieszeni. - Na Pokątną! - krzyknęła. Dobrze, że się nie pomyliła jak Harry. Ufff.

z/t




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
 

Kwatera główna aurorów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Kwatera Główna Aurorów
» Kwatera główna aurorów
» Kwatera Amelii
» Gabinet Szefa Biura Aurorów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Ministerstwo Magii :: Poziom II: Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17