Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Most Westminster

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Most Westminster   10.03.12 22:14

First topic message reminder :

Most Westminster

Ten najsłynniejszy angielski most ulokowany tuż obok Pałacu Westminsterskiego łączy ze sobą kluczowe londyńskie dzielnice: Lambeth i Westminster. Tak jak większość mostów przewieszonych nad rzeką Tamizą, tak i ten służy zarówno do przemieszczania się nim pieszo, jak i obsługuje ruch samochodowy, stąd w każdej chwili panuje na nim gwar i tłok. Najstarszy w Londynie, posiadający ponad stuletnią historię pamięta kadencje kilku mugolskich premierów Anglii, a także i Ministrów Magii, wielokrotnie zresztą próbujących zatuszować przed niemagiczną społecznością wojenne zniszczenia tudzież skutki mniej lub bardziej zmyślnych zaklęć. Zbudowany ze stalowej konstrukcji z siedmioma łukami pomalowany został na zielono, tak jak pomalowane są siedzenia w Izbie Gmin, która umiejscowiona jest w samym Pałacu Westminster. Nie brak tu jednak również odwołania do Ministerstwa Magii - na niektórych z łuków umiejscowiono fioletowe pasy, tym razem nawiązujące do kolorów szat członków Wizengamotu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Mathilda Wroński
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1619-mathilda-wronski http://www.morsmordre.net/t2026-sowa#30026 http://www.morsmordre.net/t1622-this-is-for-matilda#16765 http://www.morsmordre.net/t1698-mathilda-wronski#18244
malarka
25
Półkrwi
Wdowa
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć
0
14
0
0
5
0
0
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Most Westminster   26.03.16 16:40

Gwiazdą wieczoru byłam, mogłam być, lecz straciłam to. Bezpowrotnie. Bo już nie mogę nigdy więcej tam wrócić, prawda Alo? Alo, nie bądź na mnie zły, wybacz mi, proszę. Już nie mam nic, co mogłabym ci dać, nie mam nic, co mogłoby zadośćuczynić moim błędom.
Gwiazdą wieczoru, której nie upilnowałeś, a teraz umrze twoja nadzieja na bycie największym mecenasem, czy astystentem mecenaski.
I to nie tylko moja wina, powinieneś o tym wiedzieć, dlatego zdobywam się na ciche:
- Może trzeba było pilnować mnie lepiej - za które pewnie dostanę w twarz i nikt na ulicy nawet tego nie zobaczy, by mnie ratować spod twej ciężkiej dłoni.
Nie wiem też, czy chcę być ratowana. Bo i co pozostanie mi bez tego, bez tej dłoni zaciśniętej na mym gardle. Będę mieszkać w spokoju, w spokoju pić kawę, a moje obrazy posłużą mi za opał do kominka, bo nikt już nie będzie chciał ich bez ciebie oglądać. Jesteś więc mi niezbędny, a ja jestem potrzebna tobie. Dajmy już spokój tym kłótniom, ustalmy coś, umówmy sie, bądźmy poważni i dorośle rozwiążmy tę sprawę.
Albo duś mnie gdzieś w ciemnościach uliczek przy moście i rozkazuj mi, niech twoje usta zetkną się z moim uchem, kiedy w złości powiesz mi co zrobisz za moją niesubordynację.
Niebezpieczny wzrok nagle skupia się na twarzy pana Diggory.
- A może chciałbyś żebym namalowała ciebie?
Stanąłbyś w panteonie gwiazd, pomiędzy lordami, którzy zasiadali na krzesełkach w pracowniach. Byłbyś tak ważny, ważniejszy nawet od samej Lady Avery. Masz na to ochotę, chciałbyś?




If there is a past, i have
forgotten it
Powrót do góry Go down
Aloysius Diggory
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1722-aloysius-diggory http://www.morsmordre.net/t1922-nora#26996 http://www.morsmordre.net/t1790-alojzy#21870 http://www.morsmordre.net/f204-manor-road-19
Asystent pani Avery
29
Półkrwi
Kawaler
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
3
5
5
1
6
0
0
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   31.03.16 14:26

Czuję jak wzrasta we mnie złość. Patrzę się na nią, prycham lekceważąco. Nie wytrzymuję. Unoszę dłoń, która po chwili ląduje na policzku Wroński, a ona jedyne co może czuć to siarczysty ból. Nic więcej. Nie wiem co mną kieruje, ale nie mogę tego słuchać. Nawaliła, spieprzyła nie tylko swoją sprawę, ale i moją. A teraz śmie obarczać winą mnie? Patrzę na nią z lekkim uśmiechem. Czuję jak wraz z tym uderzeniem odpływa cała złość. Moje mięśnie się rozluźniły. W miejscu, w którym zostawiłem siarczysty ślad, teraz kładę dłoń w delikatnym geście. Nie rozumiem swojego zachowania. Jestem pewien, że i ona nie rozumie.
-Trzeba było się bardziej pilnować panienko Wroński. Ja znajdę pracę, a ty? Jeżeli tylko twoja zła opinia pójdzie w świat.-cedzę każde słowo, aby ich sens dotarł do uszu drobnej brunetki. Aby zrozumiała, że nawet jeżeli stracę pracę, dosyć szybko mógłbym ją znaleźć u innego mecenasa. Moje nazwisko jednak było rozpoznawalne w świecie sztuki. Dużo widziałem i miałem obeznanie w zawodzie. Moje zdanie się liczyło w pewnym stopniu, a jej? Było niczym. Znowu zaczynałaby od zera. Śmieję się pod nosem. Kiedy wreszcie zrozumie, że nie interesuje mnie sława w takim sensie. Nie chciałem być znany ze zdjęć i portretów. Marzyła mi się prawdziwa władza. Taka namacalna. I mam ją. Teraz, czuję, że mam władze nad nią. Zatańczy jak jej zagram.
-Przyjdź do mnie, droga Mathildo.-mruczę z delikatnym uśmiechem. Powinna wiedzieć co mam na myśli.


Powrót do góry Go down
Mathilda Wroński
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1619-mathilda-wronski http://www.morsmordre.net/t2026-sowa#30026 http://www.morsmordre.net/t1622-this-is-for-matilda#16765 http://www.morsmordre.net/t1698-mathilda-wronski#18244
malarka
25
Półkrwi
Wdowa
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć
0
14
0
0
5
0
0
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Most Westminster   04.04.16 21:03

Policzek poniżenia spada na mą twarz. Nikt nie widział go, nikt się nie odwrócił, pęd ulicy stabilnie niezmienny, płynie. Stoję z opuszczonymi dłońmi, a czerwień rumieńca jest reakcją na twoją karę. Czy zasłużyłam sobie swoją pewnością siebie, czy tym, że mówię prawdę? Jestem artystką, sądziłeś że będę stała posłusznie, kiedy wiemy oboje, że to nie tylko moja wina?
Zamykam usta, nie chcę już chwalić ci się kim jestem za granicą. Gdybyś dowiedział sie, że nie brakuje mi na chleb i za pieniądze amerykańskie mogłabym kupić sobie jedno piętro w hotelu najdroższym i mieszkać w nim przez kolejne kilka lat - czy nie olałbyś wtedy mojej sprawy. Naiwnie sądzę, że nie masz do cna złego serca i pragniesz pomagać artystom. Co więcej niż wiara w to mi została?
Jego prośba jest nieodwołalnie do odrzucenia. Nie ma mowy, nie mogę, nie teraz kiedy moje usta zakosztowały wreszcie ust Samuelowych. Przecież chcę, by to on był ostatnim, który mnie będzie kiedykolwiek całował, zaś Aloizy... Widzę szaleńczość jego spojrzenia, pod nim się uginam, spogladam na dłonie. Układam sobie w głowie przemowę, którą mogłabym mu wytłumaczyć... ale te słowa się nie pojawiają. Zamiast nich zgadzam się: - Dobrze, kiedy tylko zechcesz
I już umieram powoli, bo uświadamiam sobie, że nic się nie zmieniło. Nie ma dotknięcia magicznej różdżki, nikt nie wyzwolił mnie spod władzy mężczyzn. Spod władzy Aloizego.




If there is a past, i have
forgotten it
Powrót do góry Go down
Cedric Parkinson
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2875-cedric-parkinson#46390 http://www.morsmordre.net/t2894-listy-do-c#46571 http://www.morsmordre.net/t2893-ced#46568
alchemik
28
Szlachetna
Wdowiec
w piekle jesteśmy
tylko przejazdem
0
3
10
5
0
1
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   11.05.16 13:00

Dni mijały, aura zmieniała się nie do poznania. Szum wzburzonych od wiatru drzew, trzaskający na szybach mróz, a zaraz za nim paleta słonecznych barw. Wychodząc z ciemnej posiadłości można było stracić wzrok wychodząc na zewnątrz, gdzie biel śniegu odbijała światło do atmosfery. Było chłodno, zaraz potem mroźnie i tak na zmianę. Cedric opatulał się płaszczem w kolorze kawy z mlekiem pamiętającym jeszcze uśmiech jego żony. Niby powiew przeszłości wydawał się być świeżym, namacalnym, a przecież tak wiele czasu minęło. Wyglądał zupełnie nie jak Parkinson, u których ubrania były jednorazowe, a zaraz potem przerabiane na niezdatny do niczego odpad. Ta kurtka była czymś więcej niż zwykłą kurtką; przesiąknięta wspomnieniami, wspólnymi chwilami, stanowiła coś w rodzaju amuletu chroniącego noszącego przed niebezpieczeństwami czyhającymi w wielkim świecie. Może nadszedł kres fali śmierci nawiedzających jego rodzinę? Och, jakim to było słodkim, naiwnym snem, gdyby tylko to mogło stać się rzeczywistością! Cedric zbeształ się w myślach za podobne odruchy, które mogłyby jedynie rozbudzić niepożądany płomień nadziei. Miejsce nadziei było na cmentarzu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym spoczywała jego małżonka. Nigdzie indziej. Słabości należało odłożyć na bok, najlepiej rzucić w przepaść niebytu i skupić się na teraźniejszości oraz przyszłości. Na czymś, co jest istotne, na wyciągnięcie ręki, co można dotknąć i zbadać - gonitwa za ulotnym wiatrem była bezcelowa, po prostu głupia.
Zmierzał do Munga, chcąc przeczytać kolejny raz te same woluminy: może coś przeoczył? Nie chciał się przyznać do tego, że ta idiotyczna nadzieja wciąż gdzieś krąży mu w żyłach, acz było to niezaprzeczalną prawdą. Zdrowy rozsądek zagłuszał odgłos kroków na wydeptanym śniegu, ćwierkanie ptaków, przyspieszony oddech. Most wyrósł niespodziewanie pośród kłębowiska myśli. Parkinson zatrzymał się gdzieś w jego połowie; ludzie mijali się, a on zorientował się, że nigdy nie patrzył na Tamizę o tej porze roku. Zabiegany, poświęcający każdą chwilę synowi oraz spełnianiu zachcianek nieugiętego ojca, nie zwracał uwagi na tak banalne rzeczy. Proste, acz genialne w swej prostocie rzeczy. Oparł łokcie na murku wpatrując się w taflę wody; przyrzekł sobie, że to tylko na chwilę, maksymalnie dwie.




A poison tree
I was angry with my friend; I told my wrath, my wrath did end. I was angry with my foe: I told it not, my wrath did grow.
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Most Westminster   11.05.16 22:22

| No np. 13 grudnia?

Echo przeszłości nie nawiedzało już Katyi. Nie wracała we wspomnieniach do tamtego dnia, w którym dowiedziała się o siostrze, bo... Chciała zapomnieć. Potrzebowała tego, by ruszyć dalej, jakby niesiona nadzieją, że cokolwiek się zmieni. Przez lata jednak królowało to samo. Smutek, żal, marazm, a przede wszystkim dystans względem starych wydarzeń, które raczej przypominały te z kiepskiego romansidła niż z realnego życia. Tęsknota wypierała z umysłu świadomość śmierci, która nadeszła zbyt wcześnie, ale i brak wiedzy - dlaczego?
Mała Ollivander dorosła. Stała się kobietą, która nad wyraz przypominała swoją starszą o cztery  lata siostrę. Była jednak mniej ukierunkowana na szlacheckie pochodzenie i obowiązki, które miała pełnić w odpowiednim dla niej czasie. Nie szukała możliwości zamążpójścia, choć przecież gdy najstarsza z Ollivanderów wychodziła za mąż za lorda Parkinsona, doszukiwała się w swojej egzystencji chęci odnalezienia człowieka, który przypominałby w minamalnej części Cedrica. Dla nastolatki, którą niegdyś była Katya stał się ideałem, wzorem cnót wszelakich, bo widziała, że kocha jej siostrę i darzy ją szacunkiem. Może w pewnym momencie nawet zazdrościła Madison, że dostała taki dar? Nie, to nie była egoistyczna pobudka, a szczenięce zauroczenie, które wyplewiła z siebie dopiero w momencie, w którym pojawił się Morpheus. Potrzebowała tego chłopaka i jego uczucia, ale wszystko uległo diametralniej zmianie, bo przecież był ledwie mugolakiem. Nikim znaczącym w wyższych sferach, a mała lady zostałaby pozbawiona wszelkich praw, gdyby związek stał się oficjalny. Szantażem została zmuszona do tego, by się wycofać i wtedy rozpoczął się scenariusz, który pokazywał, że życie jest zbyt kruche, delikatne. Zmarła ukochana siostra i mężczyzna, dla którego biło jej dziewczęce serce. Smutek, żal i gniew zdawał się być na tyle potężny, że nawet nad tym nie panowała. Poszukiwała ukojenia i swobody, ale te nie nadchodziły. Topiła własny ból w wylewaniu łez do poduszek, które jak zawsze porozrzucane były po całym łóżku. Co jeśli to właśnie wtedy podjęła decyzję o odizolowaniu się od świata, Cedrica i przyjaciół? Musiała zniknąć i tego pragnęła. Dlatego zdecydowała się na kursy aurorskie, by przestać myśleć o stracie i cierpieniu, które rozrywało ją w pół i nie pozwalało logicznie myśleć. Przesiąknięta rozpaczą przypominała marną imitację siebie i to właśnie teraz, po pięciu latach od tragicznych wydarzeń - przeszłość już nigdy nie miała zawitać w jej życiu.
Szła wolnym krokiem, gdy raz po raz rozglądała się po ludziach. Była przemęczona, bo praca wykańczała ją jak nic innego. Może nawet bardziej niż świadomość sytuacji, które miały dopiero nadejść. Wychodziła w końcu za mąż. Za człowieka, od którego oczekiwała dostać choć pierwiastek tego, co miała Madison. Złapała się też na tym, że odszukiwała jego spojrzenia w tłumie, ale zamiast tęczówek należących do pana Mulcibera, dostrzegła znajomą sylwetkę, której widok sprawił, że zadrżała i spięła momentalnie.
Nie spodziewała się tutaj odszukać tego konkretnego mężczyzny, bo ich drogi się rozeszły dawno temu. Miała do niego zbyt wiele pretensji, że nie okazywał odpowiedniego stosunku do straty, której doświadczył i nagle obraz ideału stał się taki sam jak wszystkie pozostałe. Chciała być w błędzie. Wierzyła, że tak jest, ale nie mogła mieć takowej pewności. Nigdy.
-Cedric... - szepnęła cicho, gdy w końcu znalazła się blisko, a serce uderzyło dwukrotnie szybciej. Nie oczekiwała, że zareaguje. Bardziej liczyła się z tym, że dopuści się pełnej ignoracji, ale to już nie miało żadnego znaczenia, a przynajmniej tak chciała sobie wmawiać lady Ollivander, która wlepiała wzrok w mężczyznę zapomnianego, ale na widok, którego emocje zalały jej serce. Przełknęła głośniej ślinę i zrobiła kolejny krok w przód. Wyrachowana poza i zacięta mina miały być tylko maską dystansu, a także obojętności, ale znał ją przecież i musiał wiedzieć, że tylko skrywa własne demony, które w jednym ułamku sekundy skumulowały się w niej bez ostrzeżenia. -Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy - rzuciła nagle i zacisnęła dłonie na barierce, by tylko nie upaść. Wrzało w jej wątłym ciele, a oddech zdawał się byćź zbyt trudny i ciężki, żeby w ogóle próbować podejmować się ów czynności.
I wystarczył lekki powiew wiatru, by spadła.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time


Ostatnio zmieniony przez Katya Ollivander dnia 02.06.16 18:10, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Cedric Parkinson
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2875-cedric-parkinson#46390 http://www.morsmordre.net/t2894-listy-do-c#46571 http://www.morsmordre.net/t2893-ced#46568
alchemik
28
Szlachetna
Wdowiec
w piekle jesteśmy
tylko przejazdem
0
3
10
5
0
1
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   11.05.16 23:10

Echo przeszłości powracało do Cedrica niczym bumerang, nieznośnie zahaczając o żebra i raniąc je dotkliwie. Nie pragnął współczucia, łaski - to było dobre dla mięczaków, słabych jednostek niegodnych życia. Balansował na granicy powinności oraz odczuć, które chcąc nie chcąc (albo na pewno nie chcąc) pojawiały się pomimo braku zaproszenia. Nie pragnął wcale rozgrzebywania ran, snucia intrygujących wspominek czy wyrzucania z siebie zabawnych anegdotek na temat swojego dawnego życia. Ten rozdział był zamknięty raz na zawsze, na cztery spusty i osiem zamków, zupełnie do niczego niepotrzebny. Spinał się w sobie, brał w garść trzymając gardę, byleby tylko nikomu nie przeszło przez myśl widmo Parkinsona-słabeusza. Interesowała go opinia innych ludzi, nie mogło być inaczej - byli przecież swoistym zwierciadłem, które odzwierciedlało jego obraz. Prosty lub krzywy, acz zawsze obraz. Dążył do ideału, bycia najznamienitszym dziełem jakie tylko mogło powstać kiedyś, teraz i zawsze. Co prowadziło do tego, że chciał również skupić się na tym co jest i być może zamiast na tym, co było. Nie potrzebował do szczęścia dawnych znajomych, a rodzina zmarłej żony była ostatnim, czego pragnął w swoim obecnym życiu. Odciął się od Ollivanderów grubą kreską nie chcąc stawać na grząskim gruncie. Część z nich obwiniała go o śmierć Madison, część nim gardziła sądząc, że wcale nie przejął się jej brakiem, a ostatnia część traktowała go jak powietrze. W duchu marzył o tym, żeby do tej ostatniej grupy należała Katya, tak mocno przypominająca mu matkę ich chorego, stęsknionego syna. Minęło już długich, bolesnych pięć lat, a pomimo tego czas wyglądał na zatrzymany. Stał, nie ruszał się, emocje wcale nie opadały, żal wciąż ściskał gardło, ból rozpalał klatkę piersiową, nerwy pulsowały w rytm agonii pragnąc zakończyć to wszystko jednym ruchem dłoni.
Niestety, życie nigdy nie jest tak proste jakbyśmy tego chcieli. Zwykła podróż, w jednej setnej sentymentalna, zamieniła się w drzazgę tkwiącą w oku. Zapowiadał się przecież dzień jak co dzień, rozmyty pośród znanych woluminów oraz zapachu medykamentów. Krótki przystanek miał służyć nabraniu oddechu, lecz nic z tego. Tafla wody była spokojna przez liczne lody oraz kry, a wokół mężczyzny wytworzyła się bańka bezpieczeństwa niedopuszczająca do wewnątrz żadnego dźwięku. Ucichł trel ptaków, skrzypienie nadeptywanego przez ludzi śniegu; został jedynie Cedric i jego skołtunione myśli nie do rozczesania ani teraz, ani nigdy. Nawet się nie spodziewał, że piękna bańka mydlana pęknie tak drastycznie.
Nie zauważył jej, to oczywiste, przecież stał tyłem. Kobiecy głos wymawiający jego imię był raniący; gwałtownie przebił się przez wytworzoną osłonę drażniąc ośrodek słuchowy. Na twarzy Parkinsona pojawił się niezadowolony grymas, głowa obróciła się w kierunku tak bardzo znanej mu sylwetki. Przez chwilę jego serce zamarło, powoli umierając z szoku. Zaraz jednak energicznie przyspieszyło tańcząc w nieokreślonym, zawrotnym tempie swój szaleńczy taniec. Wpatrywał się tępo w Ollivander analizując sytuację, w której się znalazł. Dlaczego podeszła, czy nie łatwiej byłoby odejść niezauważoną?
- Katya. - Stwierdził oczywisty fakt. Jego głos był mocny, zdecydowany, acz zachrypnięty. Spiął się prostując swoje ciało, w desperacji zerkając co jakiś czas na statyczny widok Tamizy. Też miałem taką nadzieję - Ja również jestem zaskoczony tym spotkaniem - powiedział, jakże taktownie. Nie mieli żadnych wspólnych tematów poza tym jednym, którego za nic nie chciał poruszać: o czym mieli rozmawiać? O pogodzie? Pracy? Wędrówce kry wraz z nurtem rzeki? - Co słychać? - Pada wreszcie najbanalniejsze pytanie świata, ostatnia deska ratunku, brzytwa, którą chwycił - a zarazem ostatni gwóźdź do trumny moralnej, towarzyskiej oraz reputacyjnej. Nikt by teraz nie uwierzył w jego dobre wychowanie oraz urok Parkinsonów, nikt.




A poison tree
I was angry with my friend; I told my wrath, my wrath did end. I was angry with my foe: I told it not, my wrath did grow.
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Most Westminster   12.05.16 20:13

Nie miała pojęcia o tym, co działo się z Cedriciem przez te wszystkie lata. W pierwszych miesiącach chciała się odezwać, napisać sowę, zapytać jak się czuje, ale po kilku tygodniach ta chęć minęła. Nastała głucha cisza, która wypełniała jej umysł i sprawiała, że traciła świadomość samej siebie. Pogubiła się i nie potrafiła oddychać tak jak kiedyś, ale to tylko dlatego, że została zamknięta w okowach scenariusza, którego nie napisała samodzielnie. Co miała zrobić ze świadomością zbliżającego się ślubu? Albo jak winna się zachowywać w stosunku do mężczyzny, z którym przyjdzie jej dzielić życie? To dość podłe, całkiem okrutne, bo chciała przełamać konwenanse, zasady i przekroczyć granice, ale w świecie, w którym przyszło jej żyć uznawano, że jest niegodna szlacheckiego pochodzenia. To jednak nie było najważniejsze, bo zdanie arystokratycznych pionków miała w głębokim poważaniu. Pragnęła, by najbliżsi się nie odwrócili. I niegdyś, kiedy z podziwem patrzyła na Cedrica, który opiekował się Madison wiedziała, że znajdzie u niego radę, ale to było dawno. Dokładnie wtedy, gdy była drobna, smukła i w niczym nie przypominała siostry, a dzisiaj różnił ich jedynie kolor oczu, co dla człowieka, którym był lord Parkinson mogło być niezwykle zgubne.
Przez te pięć lat zdążyła ukształtować w sobie pewne zachowania, które były dalekie od norm i wszelkiego przyjętego kodeksu praw, zakazów i nakazów. Płynęła z prądem, a praca aurora pozwalała jedynie odciąć się na moment, by choć przez chwilę poczuć się wolnym i odosobnionym od świata rzeczywistego. Tonęła w dokumentach, papierach, a sprawę swojej siostry odepchnęła na bardzo daleki plan. Nie była w stanie czytać, że Madi nie żyje, bo to był nad wyraz potężny cios, który stał się gwoździem do trumny i pokazywał, że lepsze byłoby samobójstwo, niż egzystencja wśród ludzi z wyższych sfer, do których nie należała.
Sabaty? Przyjęcia? Nie pojawiała się na nich, bo czuła się tam jak klacz wystawowa, którą można sobie wziąć, podotykać, a gdyby nie spełniała warunków, to oddać i wyrzucić. Absurdalne, prawda? Starsza Ollivander zawsze błyszczała, a Katya przypominała spłoszoną łanię, która znalazła się wśród lwów salonowych i czekała na pożarcie. Minęło prawie osiem lat od ostatniego balu, na którym była i to jeszcze w towarzystwie swego brata, który wyjątkowo nadstawił ramię, a Madison i Cedric? Zdawali się być wyjątkowo szczęśliwi.
I zazdrościła im tego, jak niczego innego.
Patrzyła w tym momencie na mężczyznę, który nie zmienił się niemal nic. Jego oczy były nieco bardziej puste, może smutne?, ale z pewnością sprawiły, że przeniosła się na moment do przeszłości, która zalała ją falą gorąca. Nie chciała tego i planowała uciec jak najszybciej z pola widzenia lorda, ale coś ją zatrzymało w miejscu. Głośno bijące serce, a może zapadająca się klatka piersiowa w zbyt szybkich oddechach? Spuściła nieznacznie wzrok, bo poliki zaczęły ją piec od nagłego wstydu, który w nią wstąpił, a działo się tak zawsze, gdy odczuwała nadmierne skrępowanie. Nie wiedziała co ma powiedzieć, jak się odezwać i czy w ogóle to zrobić, bo nagle czar prysł, a widmo dawnych wspomnień uderzyło w młodą dziewczynę z impetem. Cofnęła się nawet w tył, by nie czuł się nieswojo, a zaraz potem odwróciła czarne tęczóki w stronę wody, która zdawała się być taka spokojna. Całkowite przeciwieństwo względem niej samej.
-Nie chciałam wybijać lorda z głębokiej zadumy - powiedziała, siląc się przy tym na uprzejmy ton. Głos jej się jednak załamał, a dłonie mimowolnie zacisnęły w pięści, bo doskonale liczyła się z tym, że nie powinna się odzywać. Może nawet był odpowiedni moment, by odejść? -Jeszcze pięć minut temu mogłabym odpowiedzieć na to pytanie, ale teraz... Nie jestem pewna - odpowiedziała bez przekonania, bo w ułamku sekundy obrazy, które zarejestrowała lata temu stanęły jej w głowie i przypominały o sprawach, które umarły. -Powinnam chyba iść... - dodała jeszcze, a nogi się pod nią ugięły, kiedy spróbowała się ruszyć. Czuła się okropnie, bo walczyła z demonami długo, ale nagle zalały ją i nie zamierzały puścić. Wiedziała, że rozpadnie się znów na tysiące cząstek, ale póki Cedric znajdował się przy niej, nie była w stanie pozwolić sobie na upust emocji.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Cedric Parkinson
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2875-cedric-parkinson#46390 http://www.morsmordre.net/t2894-listy-do-c#46571 http://www.morsmordre.net/t2893-ced#46568
alchemik
28
Szlachetna
Wdowiec
w piekle jesteśmy
tylko przejazdem
0
3
10
5
0
1
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   14.05.16 18:15

Nie tęskniłem za Ollivanderami wcale. Nie byli mi potrzebni do szczęścia. Pragnąłem tylko jej, mojej żony. Połączyło nas przecież coś wyjątkowego, czego daremnie było szukać pośród arystokratycznych małżeństw. Nierzadko nawet tych niższych stanem, przecież to wciąż ojciec miał więcej do powiedzenia od dziecka. Nie było w tym nic dziwnego, akceptowałem taki stan rzeczy… tak, trąciło hipokryzją. Gdy tylko staruszek wyraził chęci wyswatania mnie z córką swojego przyjaciela, zaprotestowałem. Czyniąc miłość silniejszą ponad wszystko. Przypłaciłem to brakiem zaufania, szykanami, ale z perspektywy czasu wiem, że to było najsłuszniejszą decyzją jaką kiedykolwiek mogłem podjąć. Przez te kilka lat spędzonych z Madison zaznałem szczęścia, o jakim niektórzy tylko marzyli kładąc się spać po kolejnym, bezsensownie przeżytym dniu. Miałem wszystko: kochającą rodzinę, bogactwo, pasję, szacunek. Teraz to wszystko zostało mi tak brutalnie odebrane. No, dobrze, nie wszystko - wciąż miałem wiele, przede wszystkim syna, acz pomimo tego ciężko jest mi nie myśleć o stracie w ogóle. Pozostawać optymistą. Nieistotne, że te rozpierające mnie emocje pozostają gdzieś głęboko w środku; inni nawet nie przypuszczają, że wciąż rozpamiętuję niektóre sprawy. Katya byłaby tego doskonałym przykładem. Nie spodziewałem się po niej niczego innego, dała się zwieść jak wszyscy inni. O to właśnie chodziło. O grę pozorów, tuszowanie spraw, w tym byliśmy najlepsi. Nie zamierzałem nigdy wypadać z tej życiowej roli, pasowała ona do świata, w którym się obracałem. Do pięknych sukien, wymuskanych garniturów, co rusz innych masek zakładanych na pozornie przyjemne twarze. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tak po prostu skonstruowany jest ten świat. Muszę przyjąć jego reguły gry lub pozostać na niecenzurowanym. Po cichu wyśmiewanym, nietraktowanym poważnie ani przez chwilę. Słabość była największym wrogiem ludzkości, a ja tak przecież lubiłem tych wrogów deptać.
Przez te kilka długich, wyczerpujących lat uważałem, że to właśnie ta stojąca tu teraz obok mnie osoba jest takim wrogiem. Wystarczyła tylko jej obecność, by wszystko paliło, bolało, było tak nieznośnie prawdziwe. Przez wzgląd na wspólną przeszłość wolałem ją po prostu omijać, ignorować tak, jak ignoruje się niewygodne sprawy. Lecz proszę, oto jest sprawiedliwość na tym świecie - dopadła mnie tutaj, kiedy na moment przystanąłem, zupełnie bezbronny. Nie spodziewając się żadnego ataku. Ironia losu, smutna warto dodać. Tak czy inaczej stało się, z lękami należy się mierzyć, nawet, jeśli to nic przyjemnego. Dlatego też stałem wciąż zwrócony w stronę rzeki jak gdyby to wszystko mnie nie dotyczyło. Ot, przyjemny spacer w ciągu dnia, jeden przystanek podczas drogi, nic strasznego czy nieprawdopodobnego.
Kątem oka dostrzegłem wycofanie, czyżby dotarło do niej to, co robiła? Absurdalność tej chwili? Wątpiłem w to szczerze, lecz nie obróciłem się ani na moment. Serce wciąż łomotało nieznośnie nic nie robiąc sobie z tego, że usiłuję to wszystko zignorować.
- Ależ nie byłem w głębokiej zadumie. Nie przeszkadzasz mi lady Ollivander, jeżeli o to chodziło - odpowiedziałem. Prawdopodobnie zbyt kurtuazyjnie, zbyt wyniośle, w ogóle zbyt, aczkolwiek nie chciałem się teraz nad tym zastanawiać. Zamierzałem ponownie pochylić się nad murem dzielącym most od wody, ale niepokoiło mnie zachowanie tej kobiety. Poruszyłem się niespokojnie, kierując się właśnie do niej. Zupełnie, jakby zaraz miała omdleć, a ja bym nie chciał, by upadła w ten zimny śnieg. - Wszystko w porządku? - spytałem stojąc już naprzeciwko. Gotowy do łapania, wzywania pomocy? Na nic nie byłem dzisiaj gotowy.




A poison tree
I was angry with my friend; I told my wrath, my wrath did end. I was angry with my foe: I told it not, my wrath did grow.
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Most Westminster   15.05.16 23:13

Przez pięć długich lat, Katya zdążyła nabrać dystansu, zaakceptować pewne sytuacje, a przede wszystkim... Wycofać się ze społeczności szlacheckiej, która była dla niej nużąca w każdy możliwy sposób. Niegdyś uwielbiała przyglądać się kobietom w pięknych, strojnych sukniach, które nosiły perfekcyjnie ułożone fryzury i sprawiały wrażenie najlepszych partii. Co zabawniejsze, dawniej - jako cichutka, rzadko kiedy się odzywająca dziewczyna, też chciała taka być. Dopiero po odejściu Morpheusa i śmierci Madison stała się osobą, która unika kontaktu, woli spędzać długie godziny siedząc przy toaletce albo najzwyczajniej w świecie czytając kolejne poematy. Zapadała się w sobie i to sprawiło, że nie miała czasu na myślenie o Cedricu, który przecież nie był niczemu winny, ale gdyby wiedziała, że chciałby przez nią postrzegany jako człowiek odpowiedzialny za śmierć żony, to... Mogła mu to dać.
Nie spodziewała się jednak, że przeżywał śmierć ukochanej, bo jak to tak? Zniknął, zapadł się pod ziemię, a może to Katya nie dopuszczała do siebie mężczyzny, który niegdyś potrafił z nią rozmawiać? Wiele rzeczy uległo diametralnej zmianie, a jak się okazało - była tchórzem, choć te słowa wypowiadał czarodziej, do którego nie żywiła już krzty szacunku. Nie zasługiwał na to, ale wiele rozważań pozostawało w młodziutkim sercu aurorki, która zobojętniało na otaczający ją świat. Tak było wygodnie, bo emocje stanowiły swoistego rodzaju przeszkodę, choć znała dwoje ludzi, którzy sprawiali, że traciła zdrowe zmysły i dawała się ponieść temu, co huczało w jej wnętrzu bez opamiętania.
Kim zatem mogła być w tej chwili - jeszcze - lady Ollivander? Dziewczyną pogubioną, bo to nietypowe, nagłe i nieoczekiwane spotkanie sprawiło, że wszelkie wspomnienia powróciły z impetem i sprawiły, że straciła grunt pod nogami. Nabierała raz po raz powietrza w płuca, by mieć pewność, że nie wyzionie ducha, ale to nie było najgorsze. Świadomość, że wpadli na siebie, a raczej to ona podeszła do niego i rozpoczęła dyskusję, była nad wyraz przykra. Nie tłumaczyła się w żaden sposób, gdyż nie widziała w tym sensu. Może niesiona ciekawością zdecydowała się na ten krok?
Gdzie tak naprawdę Katya popełniła błąd? Pewnie w dniu, w którym zdecydowała się wrócić do Londynu, gdzie fałsz i obłuda to jedyne aspekty, jakimi mogli się poszczyć szlachetnie urodzeni, bo poglądy większości z nich... Pozostawiały wiele do życzenia, tak samo jak zachowanie. Katya zdążyła jednak przywyknąć do opinii publicznej i tego co wygadywali o niej za plecami. Otaczała się bardzo wąskim gronem bliskich osób, ale co sam lord Parkinson słyszał? Sprawiał wrażenie osoby, która nie ma o niczym pojęcia, ale... Tak było dobrze. Dla nich obojga.
-Doprawdy? - spytała z niedowierzaniem, a kpinę dało się usłyszeć z kilometra. Doskonale liczyła się z tym, że ujrzenie jej nie jest mu na rękę, bo podobieństwo między nią, a Madison było nad wyraz uderzające. Gdyby tylko zmienić kolor oczu, to byłyby nie do rozróżnienia. -Przepraszam, nie chciałam - zreflektowała się nagle i uniosła tęczówki na linię oczu lorda, by skrzyżować z nim spojrzenie. Widziała jego niechęć, czuła ją nad wyraz dobrze. -To tylko zmęczenie... Wyszłam nawet wcześniej z biura żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, ale jak widać - niezbadane są wyroki Merlina - wzruszyła lekko ramionami i posłała Cedricowi krótki uśmiech. -Nie widziałam cię przez pięć lat. Co się z tobą działo? - przełamała granicę jako pierwsza.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Cedric Parkinson
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2875-cedric-parkinson#46390 http://www.morsmordre.net/t2894-listy-do-c#46571 http://www.morsmordre.net/t2893-ced#46568
alchemik
28
Szlachetna
Wdowiec
w piekle jesteśmy
tylko przejazdem
0
3
10
5
0
1
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   24.05.16 16:18

To były długie, niekończące się lata. Z każdym jednym dniem bez Madison, Cedric się dusił. Zamykany w klaustrofobicznym pudle samotności szukał wyjścia. Znajdywał je przy synu, tej szaleńczej gonitwie w pogoni za jego zdrowiem. Zatracił się w tym zupełnie, nie pamiętając już o świecie na zewnątrz bańki, którą sam stworzył. Udawanie miał we krwi – nie przejmował się niczym. Idealnie obojętna twarz przypominała wyrzeźbioną w marmurze, granicie lub innym kruszcu. Tak było prościej. Nie musieć się tłumaczyć całemu światu ze swoich boleści. Spraw wykraczające poza rozumowanie większości; nie musiał odsłaniać miękkiego wnętrza, uwypuklać słabości, które w mig zostałyby wykorzystane przez hieny cmentarne. Tych niestety nie brakowało, zwłaszcza w arystokratycznym światku i Katya powinna o tym wiedzieć. Gdyby nie to, że jej nieme oskarżenia były mu na rękę, kazałby jej uderzyć głową w ścianę i zastanowić się nad sobą. Nad nim, nad nimi. Spytałby jak to sobie wyobrażała, że teraz będą tworzyć idealną rodzinę, bez względu na wszystko i wszystkich? Że będzie patrzył na nią i szukał w niej swojej zmarłej żony? Nonsens poganiał nonsens. Nawet już nie próbował zrozumieć jej toku myślenia. Podobnież kobiety miały swoją własną logikę, trudną do rozgryzienia. Nie miał sił na rozbijanie twardego orzecha u innych ludzi. Był zmęczony sobą, chorobą syna, samotnością oraz narastającym konfliktem z siostrą. Nie potrzebował kolejnych trudów na swoich barkach. I tak dziw brał, że nie chodził zgarbiony, z twarzą przy ziemi. Widocznie rodowa duma słusznie go prostowała dzięki czemu do końca mógł zachować swój zarozumiały wyraz twarzy, zadarty ku górze nos, arogancję i wszelakie inne przymioty towarzyszące Parkinsonom (i nie tylko) po dzień dzisiejszy. Nie obnażał się, nie rozliczał z przeszłością, żył teraźniejszością i przyszłością, rozdeptując Ollivanderów na drodze swojej egzystencji. Już dawno by oszalał, gdyby tylko łaknął z nimi nieustannego kontaktu szukając czegoś, czego nigdy by nie znalazł. Madison już z nimi nie ma, nigdy nie będzie, a on nie zwykł ganiać wiatru w polu. Odgrodził się uznając to za najlepsze wyjście. Szkoda, że nikt poza własną rodziną tego nie rozumiał.
To wszystko sprawiło, że był tym, kim był. Człowiekiem stojącym nad Tamizą, kłamiącym, że osoba Katyi mu nie przeszkadzała. Uwierała niczym najboleśniejsza z drzazg; jego myśli krążyły tylko wokół tego jak się jej pozbyć. Wyrwać czym prędzej, bez względu na koszta. Na moment zmrużył nawet oczy gotowy do ataku, do podjęcia urodzonej w bólach decyzji, lecz… na nic było to wszystko. Kierując się kolejną, rozdzierającą myślą, nie potrafiłby jej skrzywdzić - nie fizycznie - skoro miała w sobie ten pierwiastek, w którym kiedyś się kochał. W innym ciele, w innej duszy, a wciąż namacalny, ofiarowany komu innemu. Odetchnął głęboko, zacisnął dłonie na barierce, aż pobielały mu palce. Musiał udawać – był dobrze wychowany, był obłudny, kłamliwy i sztucznie przyjemny, dla wszystkich. Prócz wrogów. Czy Ollivander była jego wrogiem? Nie, pomimo wszystko nie.
- Przecież nie mógłbym kłamać - stwierdził zwalniając uścisk. I nakierunkowując się na kobietę, która jakiś czas temu należała do jego rodziny. To było dawno i nieprawda. Zdziwiłby się, gdyby tylko wiedział o fakcie, że nawet szlachcianką niedługo nie będzie. Zachodziłby w głowę: jak można tak nisko upaść? Jak to się stało, dlaczego? Wtedy wreszcie zrozumiałby, że może po prostu dobrych Ollivanderów spotyka się jak jeden na milion. Tym bardziej bolesna wydałaby się strata żony, o ile byłoby to w ogóle możliwe. Ile bólu znieść może jeden człowiek? - Nie szkodzi, każdemu się może zdarzyć. - Dopilnował, ażeby formalności stało się zadość. Wciąż stał niespokojnie nie chcąc, aby ktokolwiek mu tutaj mdlał. Owszem, poradziłby sobie z tego typu przeciwnością losu, rozchodziło się raczej o chęci do altruizmu. Nie posiadał ich. Nie mógł, Rycerze z ojcem na czele sukcesywnie robili mu pranie z mózgu bezlitośnie wykorzystując jego przeszłość oraz chorobę syna. Tego jednak nie wiedział. - Stąd wniosek, że powinnaś częściej odpoczywać - rzucił niezobowiązująco. Ni to zachęcająco, ni to odpychająco. Zupełnie neutralnie, jak wszystko, co podczas tego spotkania mówił.
Co się ze mną działo? Nie mogła zadać gorszego pytania. Działo się wszystko i nic zarazem, rozrywający ból oraz pragnienie życia jednocześnie. Sinusoida. Nie powinien jej był jednak o tym mówić, ani teraz, ani nigdy.
- Znasz to życie. Spełniamy zachcianki naszych rodów, na nic innego nie pozostaje czasu - uznał wymijająco. Starał się na nią nie patrzeć nie chcąc poczuć napływającej fali szczerości, która mogłaby zaistnieć między nimi. Tak, wciąż je porównywał pomimo bezsensowności takich działań. - Spełniam się alchemicznie, nadzoruję winnice, nic nowego czy odkrywczego. Jak tam twoje aurorskie powołanie? Znalazłaś to, czego szukałaś? - Kolejna zmiana tematu. Zrzucenie odpowiedzialności na barki drugiej osoby. Udawane zainteresowanie. Zapobieganie drążenia niechcianych tematów, względnie unikanie niezręcznej ciszy. Mówienie czegokolwiek, byleby się okręcić wokół sedna i wylądować gdzieś na obrzeżach.




A poison tree
I was angry with my friend; I told my wrath, my wrath did end. I was angry with my foe: I told it not, my wrath did grow.
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Most Westminster   26.05.16 17:35

Nie zastanawiała się nad tym, co mógł czuć Cedric. Właściwie, nie obchodziło jej to ani trochę, bo była młoda, ledwie skończyła szkołę, a cały świat wywrócił się do góry nogami. Dlaczego winna myśleć o człowieku, który zdawał się tak szybko poradzić sobie ze stratą? Bywała egoistką, a fakt, że w tamtym okresie nie radziła sobie ze śmiercią Madison był na to doskonałym dowodem. Potem stało się coś jeszcze gorszego, o nie spodziewała się odejścia Morpheusa, którego przecież potrzebowała. Pchnięta emocjami zawędrowała do pokoju dwadzieścia jeden, by tam dopuścić się czegoś... Nieoczekiwanego. Wymazywała to jednak z pamięci, bo zbliżała się teraz do trudnego etapu, gdzie miała rozpocząć nowe życie, które były dla niej istnym wybawieniem i nie pragnęła niczego bardziej jak świadomości, że mogłaby się stać dla kogoś istotna. Tak, po prostu.
Nie spodziewała się zatem, że może dla Cedrica stoczyć się do poziomu rynsztokowego szczura, na którego będzie patrzył z obrzydzeniem. Nie szukała argumentów, by wybrnąć z tak patowej sytuacji, a także sposobu, by zmienić jego podejście. Przeszłość była oddzielona od obecnego podejścia Katyi grubą kreską, której nie dało się wymazać za pomocą magicznej gumki. Dystansowała się i sprawiała wrażenie nieobecnej, bo łatwiej przychodziło ubieranie maski obojętności, a Ollivander przez pryzmat ostatnich sytuacji, nie potrzebowała grupy wsparcia. Wierzyła jednak, że z każdym jest w stanie żyć w dobrych relacjach, a przynajmniej przeciętnych. Jak widać - pomyliła się i musiała zaakceptować przeciwności losu.
Czuła rosnące napięcie, a także buzującą w żyłach irytację, którą starała się zatrzymać. Serce uderzało szybciej, a sztuczny uśmiech nie był w stanie wypłynąć na karminowe wargi. Oszukiwaliby się nawzajem, a przecież aurorka grała w otwarte karty. Nie szukała aprobaty, ani tym bardziej jakiegokolwiek uznania. Sądziła, że wiele spraw rozwiąże się samych, a spotkanie z Cedriciem miało do nich należeć. Dostrzegła w jego postawie coś nietypowego, dlatego musiała się wycofać. Zrobić kilka krokó w tył i zamknąć ten rozdział raz na zawsze. Nabrała jednak powietrza w płuca, gdy odezwał się po raz pierwszy, a następnie skrzywiła się nieznacznie.
-Każdy może kłamać, lordzie - upomniała go, jakby to była rzeczywistość. Wierzyła, że to prawda, a przekonała się o tym dotkliwie kilka tygodni temu, gdy jej ciało nosiło znamiona po starciu z panem Mulciberem. Nie wracała jednak do tego, bo musiała zapomnieć. Wymazać to zaklęciem, by nie patrzeć na przyszłego męża przez pryzmat brutalności i agresji, na którą było go stać, a do której się przyznał. Oddychała coraz ciężej, aż w końcu zastygła w bezruchu, gdy wydał diagnozę i uśmiechnęła się kącikowo. To było niezwykle urocze, ale nie odpowiedziała nic. Starała się jednak powstrzymać drwinę, która coraz częściej płynęła z niej nazbyt naturalnie.
-Zachcianki naszych rodów? - zastanowiła się przez moment i przygryzła policzek od środka. Miał rację i to niezaprzeczalną. Malaki ukartował wszystko wraz ze starym Rosierem i skazał dwie osoby na siebie, a jedną być może na śmierć. Tych myśli młoda dziewczyna nie dopuszczała do siebie, toteż zignorowała wyobrażenie paktu dwóch mężczyzn. -Winnice... Niezwykłe. Ja zaś odnalazłam to, a przynajmniej tak sądzę - powiedziała poważnie, a zaraz potem posłała Cedricowi przeciągłe spojrzenie i cofnęła się jeszcze o krok. -Powinnam już iść, lordzie - rzuciła pospiesznie i wiedziała, że nie będzie jej zatrzymywał, toteż mogła odejść nie mając żadnych wyrzutów sumienia. Przystanęła jednak jeszcze na moment, wszak nie była pozbawiona manier, toteż poczekała na słowa Parkinsona, bo nie zamierzała po raz kolejny uchodzić za nazbyt niereformowalną szlachciankę łamiące konwenanse. Ona ich przecież nie dewastowała, a jedynie nie zgadzała się z niektórymi zasadami, które zniszczyłyby doszczętnie charakter.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Cedric Parkinson
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2875-cedric-parkinson#46390 http://www.morsmordre.net/t2894-listy-do-c#46571 http://www.morsmordre.net/t2893-ced#46568
alchemik
28
Szlachetna
Wdowiec
w piekle jesteśmy
tylko przejazdem
0
3
10
5
0
1
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   30.05.16 15:53

Nie zastanawiał się co czuła Katya. Dla niego świat się zawalił, nie mógł wtedy brać dodatkowej odpowiedzialności na swoje barki. Miał syna, o którego musiał dbać za wszelką cenę. Musiał zastąpić mu matkę, być jego ojcem. Nieistotnym zdawał się być powszechny fakt braku zainteresowania swoimi latoroślami przez ich arystokratycznych rodziców. Cedric wydawał się być w zgoła innej sytuacji - ożenił się z miłości, dziecko było tego owocem i w żadnym wypadku nie traktował tego jako przymus. Obowiązek. Smutną rzeczywistość, przypominającą z każdym oddechem o braku wolności, której wszyscy tak potrzebowali do życia. Parkinson potrafił się przystosowywać do zaistniałych warunków, tylko śmierć najbliższych potrafiła wyprowadzić go z równowagi, zaboleć tak, ażeby na adaptację nie wystarczyło już sił. Niósł brzemię nie tylko utraconej ukochanej, utraconej matki dla swego dziecka, ale również utraconej siostry - najlepszej przyjaciółki oraz powierniczki wszystkich sekretów. Osłabiony, narażony na ataki nie był w stanie zaprzątać sobie myśli osobą Ollivander. Nigdy nie zadał sobie pytania o to, jak się czuje czy jak sobie radzi w życiu. Nigdy nie był uznawanym za przesadnie wrażliwego, empatycznego człowieka; mógł być lojalnym, oddanym człowiekiem względem wybranych, acz wszędzie znajdowała się pewna hierarchia wyznaczająca określone standardy. Nie inaczej sprawa miała się jego sumienia. Siostra zmarłej żony znajdowała się nisko na liście spraw do załatwienia, z czasem przesuwając się nawet na sam jej dół. Odgrodzona czarną, grubą kreską pełną żalu i boleści. Stanowiła czerwony wykrzyknik intensywnie zabiegający o niechcianą atencję, powrotem do spraw minionych. Z czasem przestał go zauważać skupiając się na samym początku wyimaginowanej listy. O ile łatwiej było nienawidzić niż okazywać troskę… kolejną. A nigdy nic z tego nie miał. Żadnych wymiernych korzyści. Ludzie wokół opuszczali go tym prędzej, im więcej względów im okazywał. Paradoksalnie największe gnidy trzymały się najmocniej, jak karakany żerujące na odpadach cudzego nieszczęścia. Nie, Katya nie zrobiła mu nic złego, wystarczyło, że była – tak mocno żywa, tak bardzo odległa, tak mocno bliska jednocześnie. Nie potrafił się pogodzić ze swoim życiem. Z przeszłością, z Ollivanderami. Udawał, że problemu nie ma, dopóki ten nie odnalazł go sam. Stał przed nim, fizyczny, namacalny. Mówił. Wyglądał jak personifikacja minionej historii.
Naprawdę starał się zachować spokój. Pomimo fatalnego wręcz startu zachowywać się odpowiednio, jak na kogoś o takim statusie społecznym przystało. Nie przyglądał się swemu katowi nader intensywnie, rzucał jej krótkie, sporadyczne spojrzenia. Ignorował wiejący, mroźny wiatr, odgłosy wokół wciąż dla niego nie istniały. Głównym dźwiękiem zaprzątającym mu umysł było bicie własnego serca. Był poniekąd zły na kobietę, na sytuację zrodzoną między nimi. Kiedyś było prościej. Łatwiej utrzymywali sympatię względem siebie, Madison była cudownym spoiwem łączącym tę dwójkę. I chociaż między nimi był młody Parkinson, to już nie było to samo. Katya miała swoje sprawy, w których się zatracała, a jej życiowym priorytetem nie było doglądanie swego siostrzeńca. Więź między nimi nie mogła być tak silna, ażeby znów połączyć ich w pewnego rodzaju trio. Cedric nie miał o to do nikogo pretensji. Musiał grać takimi kartami, jakie dostał; obrał pewną strategię wedle której miał zamiar grać. Widocznie wychodziło mu to rewelacyjnie. Widział odrzucenie Ollivander, jej niechęć, zagubienie. Posiadał przecież oczy oraz umysł zdolny do analizy. Zdawał sobie sprawę z beznadziejności tego spotkania, i, jak na złość, nie zamierzał niczego ułatwiać. Stał nie mniej niepewnie niż ona nie mogąc odnaleźć się w tym wszystkim. Czy powinien być gotów do łapania byłej szwagierki czy też do łaskawego zezwolenia na jej odejście.
To była przedziwna sytuacja.
Oczywiście, że mógł. Sam robił to nałogowo. Niezmiennie, od wielu lat. Niekiedy gubił się w swoich zeznaniach, poczuciu prawdy lub kłamstwa. Setkach wersji jednego zdarzenia. Pokusił się jedynie o oszczędne pokiwanie głową, a także uśmiech półgębkiem, który prędko zniknął. Nie znalazł żadnych słów na jej upomnienie. On, Parkinson, kulał w tej niecodziennej rozmowie zupełnie nie przypominając siebie samego. To jedynie pogłębiało jego narastające obawy. Znów, kolejne zdania opuszczające jej usta, następne słowa niepozwalające na zaczepienie się w nich na dłużej. Nie znalazł żadnych tematów wspólnych, mianownika łączącego go z Katyą, jednocześnie odcinając ich od Madison. Teraz to ona niczego nie ułatwiała skazując Ceda na kolejne podsumowanie raptem skinieniem głowy. Odczuł nawet niejaką ulgę kiedy uznała, że powinna już iść. Nie wychodziło jej to dobrze z racji ciągłych powrotów - czyżby nie mogła się z nim rozstać? - które były trudne do odczytania.
- Rozumiem, na pewno zostało jeszcze dużo spraw do załatwienia. Miłego dnia, lady Ollivander - odezwał się wreszcie. Nawet skłonił się w pół wyćwiczonym ruchem. Po wyprostowaniu się sięgnął do kieszeni płaszcza wydobywając stamtąd złotą papierośnicę. Przytykając sobie fajkę do ust zdał sobie sprawę ze swojej niewiedzy: czy Katya paliła? Wiedział o niej tak niewiele jednocześnie nie mogąc zaliczyć jej do osób godnych jedynie rozdeptania przez parkinsonowy obcas. Ot, straszny impas.




A poison tree
I was angry with my friend; I told my wrath, my wrath did end. I was angry with my foe: I told it not, my wrath did grow.
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Most Westminster   02.06.16 18:08

Katya nie czuła nic wbrew pozorom. Zobojętniała na to wszystko, co ją otaczało. Trzymała swoistego rodzaju dystans, a jedynie tęczówki zdradzały, że coś było nie tak. Głęboka czerń sprawiała jednak, że każdy mógł tonąć w nich bez reszty i dzięki temu izolowała się od emocji, do których nie powinna mieć dostępu. W jej życiu pojawiali się też ludzie, którzy bez trudu przedzierali się przez ogromną barierę jaką postawiła każdemu, by zaraz potem dopuścić się na niej najgorszych dewastacji. I tak też było z Cedriciem, który w ułamku sekundy sprawił, że złamała się pod naporem przeszłości, a przecież stroniła od niej i uciekała, tak długo jak było to możliwe. Widocznie demony musiały ją dopaść i rozprawić się z wątłą duszą, która uwięziona w ciele młodego dziewczęcia nie przypominała już przesiąkniętej radością i wolnością nastolatki. Nie liczyła się w końcu z jutrem, a brak myślenia o tym, co przyniesie przyszłość stała się tylko dodatkiem. Teraz wszystko przypominało jej o Ramseyu, Samuelu, a także najbliższych przyajciołach. Sęk w tym, że cała tonęła w iluzorycznym świecie przeszłości, którego nuta goryczy doprowadzała ją na skraj rozpadu.
Parkinson o tym nie wiedział, wszak poznali się, gdy była młodziutka, a ich drogi rozeszły w chwili, w której skończyła ledwie osiemnaście lat i przypominała niedoświadczoną, niezbyt pewną szlachciankę szuakjącą swojego miejsca. Madison stała się więc mentorką, która podawała dłoń za każdym razem, kiedy Katya tego potrzebowała i prowadziła ją przez świat, który był tak daleki - niezrozumiały, a zarazem przesiąknięty czymś, czego lady Ollivander nie pojmowała. Fałsz i obłuda wylewały się strumieniami wśród ludzi, którzy eskalowali swą pozycję i dbali o dobre imię, a dawna krukonka poszukiwała odpowiedzi na zbyt wiele zadanych pytań, na które do dziś nie uzyskała słowa wyjaśnienia. Dlatego przestała pytać, bo jej głos był zbyt słaby, by wydostać się ze spierzchniętego gardła i dotrzeć tam, gdzie powinien. Chciała płakać i nauczyć się kochać, a dostała ból po stracie, którego nie wypełniło nic. Dzisiaj doświadczyła tego po raz kolejny, toteż spojrzała jedynie na Cedrica i uśmiechnęła się nikle, gdy w końcu zdała sobie sprawę, że naprawdę powinna zniknąć.
-Miłego popołudnia, lordzie Parkinson - szepnęła bardziej do siebie niż do niego, a po chwili odwróciła się na pięcie i wróciła do swoich zajęć.
Jak gdyby nigdy nic.
Jak gdyby nigdy się nie spotkali.

/zt x2




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Czara Ognia
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/u731contact http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153
n/d
0
n/d
n/d
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   09.07.16 9:57

Para nr 6

Na ulicach podczas zimowych popołudni można często było słyszeć przekleństwa - niedoświadczeni kierowcy powodowali za dużo wypadków oraz korków, a śnieg nie pomagał im w przemierzaniu kolejnych kilometrów. Na szczęście zarówno Tristan jak i Charlotte byli tylko świadkami okropnej kłótni dwóch kierowców, którzy zderzyli się na środku mostu. Wszechobecność mugoli zabraniała tej dwójce swobodę teleportacji, więc musieli pokonać ten dystans na swoich własnych nogach. Zaskakujące było to, ile ludzi nagle zebrało się wokół wypadku. Tristan chciał przecisnąć się przez tłum i swobodnie przedostać się do miejsca, w którym mógłby skorzystać z kominka. Nagle ktoś pociągnął go mocno za szyję, zrzucając z niej drogi i jakże ciepły szal. Zakapturzona postać zaczęła biec przez środek jezdni, korzystając ze wstrzymanego ruchu przez wypadek. Tristan miał ją na oku, lecz czy postanowi ją gonić? Złodziej przerażony miną lorda Rosiera, opuścił szal pod nogi Charlotte, która nieświadoma tego, co się przed chwilą wydarzyło, chwyciła materiał w dłonie. Dopiero co wchodziła na most i nie zauważyła nawet paskudnego wypadku. Miała ten sam płaszcz na sobie, lecz nie założyła kaptura na głowę. Czy Tristan uzna ją za złodziejkę?

Datę spotkania możecie założyć sami. O skończonym wątku z rozwiązaną sytuacją możecie poinformować w doświadczeniu. Czara Ognia nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Wszystko jest w Waszych rękach.
Miłej zabawy!  


[bylobrzydkobedzieladnie]


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
36
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   17.07.16 13:23

wybierz datę Pwease

Zderzenie się metalowych smoków zagrzmiało jak burza, a wykrzykiwane przez kierowców przekleństwa tylko utwierdzały go w przekonaniu, jak prymitywni bywali mugole. Nie rozumiał, co się wydarzyło, nie do końca wiedział, czym był samochód, czym różnił się zniszczony od niezniszczonego, ani nawet jaki był problem w zderzeniu się dwóch takich... rzeczy, ze sobą. Ktoś ucierpiał? Nie wyglądało - z czystej ciekawości, w żadnym razie z troski, obrzucił tych dwoje pogardliwym spojrzeniem. Mugoli przybywało, zupełnie jakby minione wydarzenie warte było tłumu gapiów - a on chciał tylko przejść na drugą stronę tego cholernego mostu i za najbliższym rogiem skorzystać z teleportacji i udać się do domu. Przy takim tłumie - nie mógł, nawet on uważał kodeks tajności za świętość, choć wśród mugoli i tak wyróżniał się niebagatelnie, mając na sobie strój z minionej epoki. Mugolska moda nigdy go nie interesowała i nigdy się nią nie przejmował.
Wtem, poczuł jak ktoś ściąga z jego szyi miękki materiał fularu, nawet nie zdążył dostrzec kto - ręka w kieszeni zacisnęła się odruchowo na drewienku różdżki, najdroższej jego przyjaciółki w podobnych chwilach. Czoło przecięła gruba zmarszczka, usta wygięły się w wąską kreskę, a oczy przyćmiło srogie spojrzenie. Obrócił się przez ramię za bezczelnym złodziejem, dostrzegłszy rudą dziewczynkę. Nie chcesz mnie denerwować, mała. Objąwszy spojrzenie tłum mugoli, pewnym krokiem skierował się w jej stronę z zamiarem uchwycenia dziewczyny za kołnierz i odprowadzenia jej na bok.
- Podnieś to - warknął wcześniej, cicho, na tyle cicho, żeby tylko ona słyszała jego słowa, nie miał zamiaru robić niepotrzebnej awantury wśród tak gęstej masy szlamu. Nie patrzył na nią, patrzył na brzeg, arogancja była aż zbyt dobrze widoczna na jego twarzy. Kiedyś, lata temu, za okradnięcie lorda w najlepszym wypadku groziło odcięcie ręki, dzisiaj ideały sięgnęły już bruku. - Nie próbuj żadnych sztuczek, złapię cię - przestrzegł dziewczynę, wciąż patrząc przed siebie, nie na nią, zastanawiając się, czy powinien raczej rozejrzeć się za czarodziejską policją, czy dać tej małej nauczkę samodzielnie - taką, którą popamięta.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Most Westminster

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Błędny Rycerz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17