Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Most Westminster

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Most Westminster   10.03.12 22:14

First topic message reminder :

Most Westminster

Ten najsłynniejszy angielski most ulokowany tuż obok Pałacu Westminsterskiego łączy ze sobą kluczowe londyńskie dzielnice: Lambeth i Westminster. Tak jak większość mostów przewieszonych nad rzeką Tamizą, tak i ten służy zarówno do przemieszczania się nim pieszo, jak i obsługuje ruch samochodowy, stąd w każdej chwili panuje na nim gwar i tłok. Najstarszy w Londynie, posiadający ponad stuletnią historię pamięta kadencje kilku mugolskich premierów Anglii, a także i Ministrów Magii, wielokrotnie zresztą próbujących zatuszować przed niemagiczną społecznością wojenne zniszczenia tudzież skutki mniej lub bardziej zmyślnych zaklęć. Zbudowany ze stalowej konstrukcji z siedmioma łukami pomalowany został na zielono, tak jak pomalowane są siedzenia w Izbie Gmin, która umiejscowiona jest w samym Pałacu Westminster. Nie brak tu jednak również odwołania do Ministerstwa Magii - na niektórych z łuków umiejscowiono fioletowe pasy, tym razem nawiązujące do kolorów szat członków Wizengamotu.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Beteween the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow
5
5
0
0
0
30
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   22.07.17 17:48

Odnalezienie się w sytuacji skrajnie nowej nie nastręczało Magnusowi trudności; towarzystwo kobiety pięknej, acz skromnej (przy czym listę cnót odpowiednich dla jego partnerki ciągnęła się niemalże w nieskończoność) było dla arystokratów chlebem powszednim, zaś komplikacje pojawiały się dopiero w momencie zabalsamowania jej w bandażach społecznych podziałów. Nie dzielił z Yvette wspólnej krwi, ani nawet nie spajała ich historia, w pewnym punkcie spornym łącząca każdy ze szlacheckich brytyjskich rodów, co usprawiedliwiałoby ekscentryczną formę zainteresowania okazywanego pannie Blythe. Odbiegającego mocno od aprobowanych przez socjetę kontaktów wyłącznie z uprzejmości, specyficznego chłodu rozlewanego w rzeczowo rozdawanych grzecznościach, a nawet akceptowalnej (rozumianej i uzasadnionej!) słabości zakutych w małżeńskie dyby mężczyzn do wdzięcznych, uroczych dzierlatek. Rowle kategorycznie odcinał się od tych banalnych zdrad - nie potrafił oddzielić ciała od kości, ani fizyczności od duszy. Sacrum i profanum, górnolotnie odbierał dla siebie wszystko, pożądając czegoś więcej od prostej przyjemności zalewającej gorącą skórę lepkimi kroplami męskiego triumfu, przeklętej dominacji, podkreślającej jasno jak nigdy przepaść między kochankami. Nie grał w przedmioty i podmioty, intensyfikując więź z Yvette, w przyjemny sposób rozciągniętej na przezroczystym polu przyzwoitości. Turlali się po jej krawędziach, zataczając ostre koła, ale finalnie utrzymywali ten spokojny balans, nieśmiało wyrażanej ciekawości. Magnus nie krył upodobania, z jakim wodził wzrokiem po jej nagich ramionach jarzącym się zielenią spojrzeniem - czy tyle wystarczyło, by poczuła, jak ją dotyka? - i nie bał się zdradzić zadowolenia, że to przy nim stąpa lekko, niemalże baletowym krokiem . Ograniczenie przestrzeni do skrawka podłoża muśniętego materiałem sukni i kawałka nieba, dokąd sięgała niewysoką, smukłą sylwetką miało mile połechtać jej ego, umocnić w przekonaniu, że aktualnie istnieje tylko ona, a Rowle'a uchronić przed wylewem krwi do mózgu z nadmiernej zazdrości. Gwałtowna reakcja na samym środku ruchliwego mostu prawdopodobnie znalazłaby swój finał na uroczystym pogrzebie jakiegoś biednego chłopca, a wolał oszczędzić pannie Blythe tej traumy i widoku poszarpanych zwłok. Podejrzewał, że nikt jej do tego nie przyzwyczajał i nawet, jeśli miał być pierwszy, dzierżący wybór, dokonałby tej prezentacji w nieco odmienny sposób, w mniej ekstremalnych warunkach. Pijany artystycznymi wrażeniami jeszcze nie ochłonął, więc w mocnych dłoniach drzemała siła większa niż zazwyczaj, ot, ukryta pięta achillesowa silnego, bezkompromisowego samca, podatność na wzruszenia utkane z dobranych słów, mimiki człowieczych masek oraz zgięcia ciał w fantastycznych pozach.
-Jestem bardziej porywczy od Otella - podzielił się z Yvette oczywistością, o której jeszcze nie mogła wiedzieć, ale był lojalny i ostrzegał ją, by nie pozostawała bezbronna wobec nieoczywistego niebezpieczeństwa. Zadumany kroczył tuż przy barierce, odciągając kobietę od zionącej w dole czerni Tamizy, profilaktycznie stając na tej drodze, gdyby nagle uznała, że jej jedynym ratunkiem przed nim jest udanie się w dół.
-Zaprojektuj dla mnie kawałek świata - zażądał nagle, nadzwyczaj ostro, jak jeszcze nie zdołał się do niej zwrócić, pokazując nie tyle prawdziwą twarz, ile obnażając się z surowym, twardym obyciem, spójnym z błąkającym się na obliczu zawadiackim uśmiechem - opowiedz mi o nim, umieść mnie w nim, zabaw się ze mną. Tak, jak tego chcesz - sprowokował ją, wyjmując zza pazuchy szaty srebrną papierośnicę. Palący nałóg irytował, a Magnus nie mógł się zdecydować, czy mu się poddać, czy może zignorować racjonalny głos rozsądku i wziąć to, na co miał tak ogromną ochotę.


Powrót do góry Go down
Yvette Blythe
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4582-yvette-sapphire-blythe http://www.morsmordre.net/t4613-jeszcze-pusta-klatka#99470 http://www.morsmordre.net/t4627-panna-blythe http://www.morsmordre.net/f290-blythburgh-suffolk-ivy-alley-28 http://www.morsmordre.net/t4718-yvette-sapphire-blythe#101045
alchemiczka, baletnica
25
Czysta
Panna
Beauty is terror.
Whatever we call beautiful,
we quiver before it.
5
5
15
5
0
3
26
2
Półwila

PisanieTemat: Re: Most Westminster   23.07.17 20:13

Skromność nie była co prawda cechą wiodącą u Yvette, ale miewała jej przebłyski - głównie w sytuacjach, gdy chciała wykorzystać jej dobroczynny wpływ na pewne aspekty relacji. Działała wtedy mimowolnie, w tle, być może prowadzona odpowiednimi genami, pozostawiając kobiecie naturalność i nie budząc zbędnych podejrzeń. Równie lekko przychodziło jej burzenie tej cechy i nie musiała się tu ocierać o skrajną próżność - wystarczająco sugestywne było przekonanie o własnych możliwościach i świadomość odniesionych sukcesów - rzekoma gorsza strona, mężczyźni bowiem, szczególnie szlachetnej krwi, przejawiali tendencję do skłaniania się ku damom pokornym i posłusznym, jakby takie oznaczały pewne powodzenie, gwarancję dobrej przyszłości. Ona, niestety, taka nie była. Mimo rozeznania w solidnej garści zasad i obowiązków, kryło się w niej sporo wolności, ziarna zasiane przez matkę wzrastały bujnie. Lgnęła do podobnych ludzi. Silnych, nieprzebierających w środkach, dążących do celu, walczących o własny sukces. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale konsekwentnie nie łapała na gorącym uczynku - nie sięgała jego tęczówek swoimi. Nie burzyła owej ciekawości pochmurnym zabarwieniem zieleni, ani brwiami ściągniętymi w karcącym wyrazie. Prowokowała, udając nieświadomość, ale stopniowo, w drobnych gestach, odkrywała ową prowokację, tworząc z niej coś jawnego, osnutego tylko cienkim woalem oczywistych granic. Mogli gubić się w ich zacieraniu, balans bowiem traktowali niespodziewanymi krokami, burzącymi jego ogólny porządek. Co najdziwniejsze, oboje nad chaosem panowali.
I faktycznie - istniała tylko ona. Nie chciała, by w danej chwili był ktoś jeszcze, ale świadomość nie decydowała się na podanie wytchnienia na złotej tacy - paliła wiedza, że zazwyczaj palec Magnusa otula zimna obręcz, ciążący symbol przynależności. Miała w tym temacie wiele wątpliwości, główna malowała się jako najlepsza i zarazem najgorsza. Była emocjonalnie rozbuchana, traciła chęć na niewinne romanse i nie zamierzała przepuszczać okazji, które same pchały się jej do rąk. Lecz nie, nie chciała stanowić dodatku, pragnęła być perłą w koronie, jedyną w swoim rodzaju. Co jakiś czas obiecywała sobie, że będzie uważna i owej obietnicy zamierzała dochować. Czuła potrzebę kontroli nad sytuacją, nawet jeśli obecny bieg wydarzeń fascynował ją o wiele bardziej niż knucie misternych planów i snucie wyobrażeń.
Artystyczne odczucia nauczyła się odbierać zgoła inaczej, wewnętrznie, z powściągliwą cząstką widocznych reakcji - w tańcu musiała nie tylko panować nad emocjami, ale kreować zaaranżowane, dzielnie trzymać uśmiech i przybierać odpowiednie maski. Uwielbiała jednak konwersacje, w których powoli zaznaczał się jej stosunek do danego dzieła, niezależnie od jego charakteru. W tym wypadku niewinna wzmianka rozwijała się szybko, na złamanie karku gnając w ramiona odrębności, stając się osobnym elementem. Teraz Otello stawał za kulisami, ustępował miejsca innym światom i temperamentom. Yvette postawiła pewny krok, by stanąć na scenie, w scenerii zwyczajnej, znanej londyńczykom i odwiedzającym, lecz muśniętej ciepłym światłem. Za jej plecami wyrastał Big Ben, nie stanowiący dla nich żadnego znaczenia - mieli przecież o wiele ciekawsze obiekty zainteresowań. Kontrastowo spokojny uśmiech obudził w spojrzeniu kobiety kilka iskierek, jeszcze nieokreślonych - zanotowała w pamięci słowa o porywczości, jeszcze nie do końca wiedząc, jak je interpretować, ale odpowiedź przyszła momentalnie, układając się w żądaniu. Milczała chwilę, postępując w kierunku krawędzi mostu, ale nie spoglądała w toń, nie interesowała się otoczeniem. Niespiesznie sięgnęła tylko do mocnej dłoni, z gracją wyplątując z niej papierośnicę, świadoma przewagi - gdyby tylko chciał, mógłby uniemożliwić jej manewr, nie używając nawet znacznej siły. Przewróciła przedmiot raz, drugi, pozwalając odbitemu światłu zatańczyć na swej skórze, zanim wyjęła jednego papierosa. Nie odpaliła go, ale podniosła wzrok. Sprawiała wrażenie opanowanej, tylko to spojrzenie, złotawe w zalewających promieniach umykającego za horyzont słońca, kryło w sobie więcej emocji. Pełne prowokacji.
- Nawet jeśli burzę światy, Magnusie? - zapytała krótko, niby niewinnie unosząc dłoń z papierośnicą, w pytającym geście, malującym się także kącikach ust, zacienionych znacznie mniej niewinnie. - W świecie, który ci tworzę, poruszasz się po omacku. Wędrujesz w ciemności, pokonujesz wąskie stopnie w akompaniamencie tykającego wyraźnie zegara. Nie wiesz, czy krążysz po zgliszczach, czy wspinasz się na szczyt. W tym świecie wybierasz wszystko, albo nic - bezdźwięcznie, subtelnie poruszyła palcami, pozwalając papierośnicy przekroczyć kamienną granicę. W lewej dłoni uchował się tylko jeden papieros, samotny rozbitek. Srebro miało okazję błysnąć jeszcze kilka razy, obracając się w locie, zanim z pluskiem zagłębiło się w ciemnej toni.




you're a chemical that burns, there's nothing but this
it's the purest element, but it's so volatile
feel it on me, love; see it on me, love

strangeness and charm

Powrót do góry Go down
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Beteween the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow
5
5
0
0
0
30
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   01.08.17 9:34

Wino rozlewane na kieliszki było nudne, mdłe i niesmaczne. Bąbelki opadały, słodycz trunku wnikała w zimne ścianki wysokich naczyń na smukłej nóżce, a on popijał je wyłącznie z przyzwyczajenia. Palce zamknięte na chłodnym szkle, mechaniczny ruch dłoni, zetknięcie się warg z ostrą krawędzią, cierpki smak przepłukujący usta, pozostawiający po sobie niedosyt za mocniejszą alkoholową nutą, wynoszącą znużoną percepcję na wyżyny poznawczej sztuki. Odganiał bodźce pełne prądu, jak natrętną muchę, niestrudzenie latającą nad jego uchem, w pełni oddany Yvette, poruszony niekonwencjonalnym spacerem, zachłyśnięty trafiającą w klatkę piersiową porcją uśmiechów, wydobytych z taką lekkością, nieprzystającą do marmurowego szkieletu Magnusa. Kruszącego się pod naporem jej sztuczek; pociągała go bez dwóch zdań, a powodów nie musiał szukać daleko. Geny wili, anielska aparycja stanowiły całkiem miły dodatek do szczującego mężczyznę charakterku, subtelnie odsłanianego przez pannę Blythe. Już za pierwszym razem darowała mu przebłysk swej nietuzinkowości, wahający się z dramatycznym obejściem się dobrym smakiem. Smukła łydka wyłaniającą się zza wieczorowej sukni, blask księżyca w ciemnej toni zdobionej fontanny, zmysłowa intymność opustoszałego zakątku w ogrodzie kreśliła własną relację tej wyjątkowo pogodnej nocy. Której przecież rozstali się w wyjątkowo dobrych humorach, mimo że oboje coś stracili. Magnus - pelerynę, jaką okrył smukłe plecy kamiennej postaci kochanki, uwięzionej na wieki przy fontannie, zbierającej łzy nieszczęśliwej miłości, zaś Yvette - wolność, bo Rowle zapragnął ją jej odebrać, dokonując rozbioru czystych, panieńskich myśli. Lubił wizualizować sobie ten stan, w którym jakaś jego część była nieskrępowana w ciele i gwałtem domagała się uwagi od kogoś względnie obcego. Choćby i cząstki, poświęcenia odrobiny czasu na mgłę wspomnienia, na ponowne uchwyceni jednej chwili z pędzącego kalejdoskopu, przewijającego się kolorami przeszłości. Był ciekaw, czy irytuje, czy intryguje, czy zachwyca, czy mierzi - drugą opcję brał pod uwagę wyłącznie przez analizę, która mogłaby się nie udać bez rozważenia wszystkich przypadków - czy gości się na dłużej, czy umyka, ulotny jak niebieska iskra schwytana w kryształowy potrzask, gasnąca bez powiewu świeżej swobody. Znalazł swoją Yvette. Wydawało mu się, że trafił z tym w sedno; musiała być sobą, bez kompromisów, bez nawet wyjątkowo długiego łańcuszka, oplatającego zgrabną szyję. Inaczej - zgasłaby, a Magnus miałby na sumieniu (poczuwałby się?) prawdziwe piękno, ot, jego słownikową definicję, jednak znacznie bogatszą o cechy tak jasno błyszczące tylko w pannie Blythe. Niedostępność mężczyzny nie nadawała przechadzce rangi zbrodni, mimo że niewątpliwie popełniał lekki występek, karany nie w drodze krwi, a społecznego napiętnowania. Metal skuwający palec zobowiązywał, tak samo jak sygnatura, którą z namaszczeniem podpisywał swoje listy, ale Yvette zasługiwała na więcej, niż pierwsza lepsza szlachcianka, której powinien okazywać względy tylko z tytułu urodzenia. Chwiejny dysonans przekonań nie psuł w ogóle wyobrażenia Magnusa o ścisłej hierarchii, najwłaściwszej dla świata i czarodziejów, potrafiących racjonalnie ocenić swoje położenie. On był na samym szczycie, a u jego boku - żadne zaskoczenie - panienka Blythe, której z pewną satysfakcją pozwalał poczuć smak władzy. Nie dał jej rządu dusz, oddał tylko jedną, na magiczne popołudnie całkiem oderwaną od przyrzeczeń, obowiązków i nakazów. Walczył ze sobą i był dzielny. Jej ręka pozostała w stawie, bark nie wypadł, gdy niespodziewanie wplątała swoje palce w jego dłoń, igrając okrutnie z niechęcią Rowle'a do inicjowania dotyku, a przy tym - sprawiając, że czuł się wręcz rozkosznie, wchłaniając fakturę gładkiej skóry, ślizgającej się po jego ciele. Żyły szczupłych ramion nabrzmiały, a on utracił swój skarb; srebro migotało prawie jak jej oczy, które jednak wydobywały z siebie blask bardziej naturalny, jaki skłonny był podziwiać codziennie. Tytoniowy skręt nie pasował do drobnych, długich palców, ale Magnus potrafił dopasować go do idealnie skrojonych ust, wyginających się ku niemu w zaproszeniu do wspólnej zabawy.
-Nie istnieją w nim półśrodki. Przyjmujesz pełną odpowiedzialność za swoje wybory. Nigdy nie żałujesz - snuł tę samą bajkę, wychylając się zza bariery mostu, jakby badał wzrokiem otchłań, w jaką pragnął się rzucić. Nie było tam syren, jedna stała tuż obok, mamiąc go pieśnią - to jest mój świat, Yvette. Czuję się jak w domu - odparł lekko, niesamowicie rozluźniony i po prostu szczęśliwy. Usłużnie odpalił ostatniego papierosa krańcem swej różdżki, obojętnie oczekując plusku, niemal niesłyszalnego na moście pełnym westchnień.


Powrót do góry Go down
Yvette Blythe
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4582-yvette-sapphire-blythe http://www.morsmordre.net/t4613-jeszcze-pusta-klatka#99470 http://www.morsmordre.net/t4627-panna-blythe http://www.morsmordre.net/f290-blythburgh-suffolk-ivy-alley-28 http://www.morsmordre.net/t4718-yvette-sapphire-blythe#101045
alchemiczka, baletnica
25
Czysta
Panna
Beauty is terror.
Whatever we call beautiful,
we quiver before it.
5
5
15
5
0
3
26
2
Półwila

PisanieTemat: Re: Most Westminster   02.08.17 18:04

Dom Salazara Slytherina nauczył ją sprytu, pozwolił rozwinąć skrzydła, wybudził kilka cech, teraz bardzo istotnych w jej charakterze. Podejrzliwa i podstępna, potrzebowała wyraźnych dowodów, nie potrafiła wierzyć w słowa - ile doświadczonych kłamców nosił ten świat? Ilu z nich mijało ich właśnie w jednym ze strategicznych punktów Londynu? Potrzebowała w swoim życiu istotnego elementu - władzy i pewności, że ktoś niepostrzeżenie nie zawinie pętli wokół smukłej szyi, nie wytrąci stołka spod wyćwiczonych tańcem klasycznym stóp. Nie była zwolenniczką skrupulatnego planowania i spokojnych analiz, poddawała się emocjom i stosunkowo łatwo dawała się sprowokować - miała wiele wad, lecz czym były w porównaniu do anielskiej urody?
Szanowała ją i była świadoma, że stanowi ogromną przewagę, niekiedy zapominała się i brała swój urok za pewnik, za czynnik prowadzący do zwycięstwa, za asa w rękawie. Wychowana w konkretnych poglądach oraz uzasadnieniach - przejęła je, razem z ojcem marząc o przyszłości w dworkach, na jakie nie mogli sobie pozwolić. W otoczeniu typowym dla najwyższej z klas, nie słyszałaby, że jedynym, co ma do zaoferowania, jest ładna buźka i hiponotyzujące spojrzenie. Dorastając gdzieś pomiędzy, bo tylko w iluzji arystokratycznych zasad, miała okazję przekonać się o okrucieństwach tego świata. Drogę torowała sobie sama. Teraz cierpliwie drążyła ścieżkę w skale, podchodząc coraz bliżej Magnusa. Nie wiedziała praktycznie nic - była chociażby przekonana, że w przeszłości hogwarcka Tiara Przydziału umieściła go w Slytherinie. Z subtelnie skrywaną ciekawością pozwalała wprowadzać się w świat gierek lorda Rowle, nie pozostając dłużną. Nie sięgała jeszcze do oszustw, ale szukała ukrytych kart, czuła potrzebę poznania reakcji mężczyzny na różne bodźce. Zachęcał ją sam do eksperymentów, aż świerzbiły ją palce, mimo czającego się wciąż poczucia, że z tej znajomości nie wyniknie nic dobrego. Trafiał w odpowiednie struny, choć robił to na ślepo. Przez to kiełkowała w niej chciwość. Łechtał ego swoją obecnością, ale wciąż - nie miała pojęcia, ile z jego słów nosi w sobie prawdę, na ile widział w niej chwilowy obiekt zainteresowania. Dociekała motywów. Deirdre mogłaby wyłożyć je bardzo prosto, z niezłomną pewnością - chce tylko jednego.
Nie mogła mu tego dać. Z oczywistych względów nie rozpatrywała krótkiej - jeszcze - znajomości w kategoriach fizycznych. Przyjaciółki zaś nie było obok, nie miała pojęcia o spotkaniach i przedziwnym napięciu, którego panna Blythe doświadczała bardzo rzadko. Rozsądek kłócił się z błękitną iskrą. Powinna pogrzebać ją, pozwolić jej na utonięcie, jak srebrnej papierośnicy. Niby przypadkiem, lecz z pełną premedytacją - jeszcze nie teraz. Dla Magnusa podobne wyjścia mogły stanowić niezobowiązującą rozrywkę. Dla niej były idealnym pretekstem do ogromnych wątpliwości. Starała się być czujna. Zmrużyła oczy, przyglądając mu się w zastanowieniu, jakby nie do końca rozumiała. Sprzeczności zawsze były ciekawsze od prostych schematów, w których wszystko działało, jak należy.
- Jesteś pewien? - zapytała, z lekką kpiną w głosie, szykując się do zesłania gradu pytań. Dyskretnie zasłoniła papierosa, by żaden parszywy mugol nie zauważył tego skandalicznego przejawu magii. Zaciągnęła się powoli, skupiając wzrok na odległych zabudowaniach, nim skrzyżowali zielone spojrzenia. Jej było wiosenne, jasne. Jego - jesienne, przytłumione. Niczym dwie równonoce. - Sprawdźmy to - zaproponowała, pewnie i twardo, jakby rzucała krótkie wyzwanie. - Jak łatwo zawierzasz słowom, Magnusie? - moim słowom, słowom swoich bliskich, swojej żony? - Jak mnie widzisz? - z anielską urodą i nikotynowym dymem pomiędzy nami, jak kurtyna oddzielającym natury - Kim jestem, jeśli nie półśrodkiem? - wszystkim, czy niczym? - W twoim świecie nie mam żadnego znaczenia - stwierdziła, bez smutku i melancholii, stwierdzając fakt z delikatnym chłodem. Czy Tamiza była zimniejsza? - Więc dlaczego znajdujesz dla mnie miejsce? - nie rozumiała. Nie - nie chciała, by ktoś igrał z nią tak, jak zazwyczaj igrała z innymi.




you're a chemical that burns, there's nothing but this
it's the purest element, but it's so volatile
feel it on me, love; see it on me, love

strangeness and charm

Powrót do góry Go down
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Beteween the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow
5
5
0
0
0
30
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   02.08.17 20:09

Cierpliwość - nią akurat nie grzeszył, mając za uszami dużo gorsze sprawki, od nadmiernej ekscytacji wyczekiwaną przyszłością. Upodobał sobie czasowe określenie już; natychmiast codziennie plamiło jego usta kropelkami śliny, a Magnus nie musiał wyłamywać sobie palców ze zdenerwowania, czy owe oczekiwania zostaną spełnione. Żyły wraz z krwią transportowały do mózgu płynną władzę, która później buchała z każdej komórki męskiego ciała, wydzielana wraz z charakterystycznym zapachem pana Cheshire, co wykorzystywał skrzętnie, pławiąc się w posłuchu, jaki wywoływał, zachwycie, który wzbudzał oraz pełnym ukontentowania zadowoleniu, że dostaje to, czego chce, bez zbędnych pytań i natrętnych dociekań. Rwał się do przodu, energicznie, nie patrząc za siebie; Ikarowe loty jednak nie sięgały przykrego końca, istotnie zatrzymując się przy samym Słońcu, osiągalnym dla Rowle'a, choć niedostępnym dla innych, zatrzymując się w formie infantylnego, niemożliwego marzenia zwykłego człowieczka. Ciekawość piekła tak samo, jak ostre promienie, przepalające skórę w najwrażliwszych miejscach, wywołując stłumioną (mocno zaciskał zęby) reakcję na ten ból. Niewiedza kuła, drażniąc jak włosiennica na nagim ciele, Magnus zaś nie miał w sobie za knut pokory obnażonego, wyświechtanego przewinami pokutnika, by skazywać się na takie katusze. Przed sobą widział cały świat: na horyzoncie rozpościerała się mglista panorama Londynu, strategicznego punktu (Olimpu?), kolebki magicznej potęgi, mijający go korowód szarych ludzi o identycznych twarzach był procesem, żywo przerysowanym z kartek Kafki, tworząc idealną kalkę wizji smutnego Czecha, a tuż obok trzymał błyszczący klejnocik, skryty dokładnie, skrupulatnie chroniony przed największą falą. Drobiazg pełen pożądania, uosabiający wszystko, co było mu drogie. Zaklinał w Yvette każdą swoją miłość i każdą nienawiść, utkaną w osobowych tkaninach opływających szczupłą sylwetkę, przyozdobioną wymiarową sztuką, finezją fizyczności, wschodzącą jutrzenką naturalnej aury, przez którą serce głucho dudniło mu w piersi. Bawił się doskonale, lecz czy napinanie nerwów jak postronki (jej, nie jego?) godziło w obraz mężczyzny, jaki malował przed niej niezgrabnymi pociągnięciami pędzla? Prężniej czuł się w mowie, w mowie ciała, także w zwerbalizowanej części komunikacji, w jakiej dominował, o ile nie chciał strugać głupiego.
-Jestem - przytaknął; niski głos zabrzmiał gardłowo, nieco chrapliwie, jakby prowokacja kosztowała Rowle'a przymus natychmiastowego zaczerpnięcia powietrza. O słodkim smaku cytrusów, gryzących się lekko z ciężkim tytoniowym dymem, narastającym między nimi gęstą chmurą, mimowolnie wytworzonym wskaźnikiem moralnej rozpusty. Nie żałował srebra, tonącego w brudnej wodzie rzeki, nie żałował obscenicznego gestu, jakim zapalał papierosa - bogactwa, jak i mugoli miał za nic. Odwrotnie, niż Yvette, mącącej w jasnych poglądach Magnusa i szarpiącej za delikatne struny jego męskiego ego, podatnego na tak subtelny dotyk, jak jego ukochana - wiolonczela.
-Pracuję słowem, Yvette, bawię się nim. Wiem, że potrafi wznosić i niszczyć, że puchnie manifestem i przesadą. Niezmiennie - czaruje, a może nawet i na śmierć - odparł, nasiąkając nimi, tymi s ł o w a m i, jak szata nasiąkała wodą, ciążąc potem na ramionach i ściągając pod głębię toni. Magnus zgrabnie nurkował, pomijając omszałe belki z zatopionych okrętów błędnych rozumowań, dzieląc się z panną Blythe swoją mądrością. Niefrasobliwie, pewny bezpieczeństwa: liczył na zrozumienie przesłania, ale nie wierzył, że spotka się on ze strachem. Może z zaniepokojeniem, ale nie z lękiem. Obserwował ją długo na scenie, siedząc w pierwszym rzędzie, lornetką niestrudzenie szukając na twarzy objawów bólu - za każdym razem tracił tylko czas, a Yvette wygrywała stalą i niezłomnością. Miała mocny kręgosłup, na jaki powoli spychał kolejne ciężary, podziwiając zahartowanie, grację z jaką się przed nim przechadzała.
-Yvette Blythe - wyraźnie wyartykułował nazwisko, z pewną czułością pozwalając sobie musnąć nią miękkie zgłoski, przy akompaniamencie ciepłego spojrzenia, obmywającego całą postać w zwiewnej, skromnej sukience - czynisz się wyjątkową - zmuszasz mnie do wyznań, do deklaracji, do określeń, których nie lubię. Łamię się dla ciebie, bo mam słabość do prowokacji, podobasz mi się taka, kiedy pozwalasz sobie na więcej. Musisz czuć alarmujący sygnał, że brniesz za daleko, za głęboko, za mocno angażując się we mnie - i dobrze. Mimo tego nie uciekasz, a ja mogę cieszyć się z twego towarzystwa, nareszcie szczerze, bez tych pękatych kieliszków - w moim świecie, to ja decyduję - sprostował, podejmując wyzwanie oziębłości. Mógł tytułować ją królową śniegu, ale sam był królem, więc stał ponad nią. Odjął papierosa od jej warg; choćby próbowała umknąć, tym razem bez szans, po czym przytknął go do swych ust, czując prócz przenikającego tytoniu także słodycz szminki, namiastkę pocałunku.


Powrót do góry Go down
Yvette Blythe
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4582-yvette-sapphire-blythe http://www.morsmordre.net/t4613-jeszcze-pusta-klatka#99470 http://www.morsmordre.net/t4627-panna-blythe http://www.morsmordre.net/f290-blythburgh-suffolk-ivy-alley-28 http://www.morsmordre.net/t4718-yvette-sapphire-blythe#101045
alchemiczka, baletnica
25
Czysta
Panna
Beauty is terror.
Whatever we call beautiful,
we quiver before it.
5
5
15
5
0
3
26
2
Półwila

PisanieTemat: Re: Most Westminster   08.08.17 11:12

Cierpliwość zawsze stanowiła dla Yvette trudny temat - czasem przychodziła jej łatwo, jeśli była w stanie snuć plany i rodzinnym sposobem wprowadzać je w życie powoli, mszcząc się przy tym na nieprzychylnych i krzywdzących ją ludziach, z satysfakcją i wiedzą, że warto było czekać na ten konkretny moment. Innym razem potrzebowała natychmiastowego spełnienia zachcianki, niezależnie od ceny, jaką przyszłoby za to zapłacić. Teraz - przebywając w towarzystwie szlachetnego lorda, konfrontowała napływy obydwu odczuć na zmianę. Najwyraźniej prowadził grę podobną do niej, owocującą czystym magnetyzmem, ona zaś nie mogła odmówić sobie przyjemności, choć taka myśl wyraźnie majaczyła na horyzoncie. Bywały krótkie momenty, że zmysły stawały na baczność, pod komendą drobnych, niekoniecznie istotnych, szczegółów. Tak, jak teraz, gdy przejął papierosa, odbierając z jej szczupłych dłoni część swoich aktualnych pragnień. Obydwoje byli gwałtowni i porywczy - może na różne sposoby, lecz z pewnością dało im się przypisać te cechy - a mimo tego prowadzili spokojną pogawędkę. Na jej powierzchni unosiło się opanowanie i pewna powściągliwość, ale Yvette sądziła, że nie tylko ona zdaje sobie sprawę, co znajduje się pod marną pokrywą. Lecz najwyraźniej tylko jej rozsądek był na tyle zdrowy, by wiedzieć, że lepiej pozostawić ją na swoim miejscu i nie podburzać wzajemnej fascynacji - zanim będzie za późno. Nie chciała być skrzywdzona, a niestety wszystko sprowadzało się do tak prostej historii. Może był znudzony żoną, szukał piękna i oderwania myśli, lecz Yvette nie była naiwna. Przyjmowała słowa słane przez Magnusa ze spokojem, lecz trzymała je w pamięci i wiele czasu musiałoby minąć, by była w stanie faktycznie w nie wierzyć. Były przyjemne, lecz chwilowe. Tym razem nie pragnęła zaszczepiać myśli o sobie, wracającej szczególnie nocną porą, prześlizgującą się pod wszystkimi innymi. Wolała działać na swoją korzyść. Czuła, jak mimowolnie postawa obronna wdziera się w wypowiadane słowa, jak próbuje zdystansować się po chwili bliskości, bliskiej wyznaniom - dlaczego miała tworzyć dla niego świat, jeśli nie po to, by móc w nim figurować jako królowa? Wiedziała, że życie nie polega tylko na przyjemnościach. Czasem lepiej było z nich zrezygnować, by nie wywołać lawiny. Nie była tak wygadana, jak Rowle - bardziej charakterystyczne były dla niej wypowiedzi odnoszące się do wyobraźni i wrażliwości, i choć czuła się w rozmowach pewnie, nietrudno było wytrącić jej spod stóp grunt, szczególnie wtedy, gdy zmagała się z poważnymi wątpliwościami. Tym razem ujawniły się w subtelnym uśmiechu - nie odczuła lęku. Jedynie nie potrafiła poradzić sobie z własnymi myślami.
- Słowa potrafią zacierać granice sprawniej niż spojrzenia - uznała tylko, swoje wciąż utrzymując na poziomie pewnego, mocnego. Lecz to spojrzenia korygują słowa, czyny zmywają kłamstwa, a dowody budzą zaufanie. Chwila dystansu, by za moment prowokacja wróciła na swe poprzednie miejsce, choć pod nieco inną postacią. Pozwoliła sobie na odebranie pragnienia z dłoni, odczuwając je w zamian w krótkim, przypadkowym muśnięciu ust kciukiem.
- Może dlatego, że ktoś pozwala ci decydować - uznała, przenikliwie szukając w spojrzeniu zwątpienia we własne moce, choć nie spodziewała się, by mogła złamać go słowem. Nie chodziło tylko o dominację. Nie potrzebowała nad nim władzy absolutnej, świadoma, że wiązałoby się to z okropną nudą. Ważniejsza była sama prowokacja i badanie zachowań. Nie bała się ani kłamstw, ani szczerości - o ile nie była bolesną krytyką.
- Nie mogę czynić się wyjątkową w nie swoim świecie. To nie ja nadaję sobie miano wyjątkowej - stwierdziła, z zaskakującą pokorą, lecz tak właśnie sądziła. To on wprowadzał ją wyżej we własnym świecie, żonglując podziałami, jak gdyby nie znaczyły prawie nic. Rowle, powtarzała sobie w myślach, Rowle to nie przelewki, to krew trzymana w obiegu ściśle i restrykcyjnie, krew której nie lubią psuć. Znajomość z Daphne, choć przyjemna, sprawiła, że panna Blythe znała ich zasady aż zbyt dobrze. Czas i zmiany w polityce małżeństw były tylko picem na wodę.
- Jestem wyjątkowym elementem twojego świata, czy wyjątkowym celem, który sobie obierasz? - zapytała wprost, bez bólu i smutku - było za wcześnie, by żywiła do niego wielkie uczucia i czuła rozczarowanie.




you're a chemical that burns, there's nothing but this
it's the purest element, but it's so volatile
feel it on me, love; see it on me, love

strangeness and charm

Powrót do góry Go down
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Beteween the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow
5
5
0
0
0
30
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   08.08.17 19:09

Pismo Magnusa nie nosiło w sobie śladów zawahań, płynnie poruszając się po pergaminie i głosząc orędzie, przeznaczone tylko dla uszu Yvette, związanej z nim już nieodwołalnie tajemnicą schadzek. Już nieprzypadkowych: nie mogła wyprzeć się podskórnego pragnienia powtórzenia zagadkowej nocy z obcym mężczyzną, głośno węszącym jej czystość. Czego innego mógł chcieć? Znał stokroć prostych dróg, by otoczyć się pięknymi przedmiotami, milion ścieżek zdobycia istot równie uroczych; wcale nie dybał na cnotę panny Blythe, chociaż rodzące się (w bólach?) dwuznaczności sugerowały napędzające go męskie priorytety. Była to prawda ledwie w części ułamkowej, gdyż zdążył wznieść sylwetkę Yvette na piedestał, gdzie dołączyła do nielicznego grona zachwycających go dam. Zachwycających inaczej, niż perfekcją osiągniętą w sztuce uwodzenia, a charakterem tak ociosanym, że pierwsze wrażenie nie mogło być mylne. Nieustannie brylował wśród ludzi, znał ich, znał więc także i Yvette, bawiącą się razem z nim do melodii namiętnego tanga, psutego nieumiejętnymi krokami Rowle'a i zbyt wielką delikatnością Blythe, nadającą się wyłącznie do baletu. Prowadzili się za ręce wręcz po omacku, wyrywając sobie nawzajem prymat przywództwa, forsując swoje wizje, plany, przekonania, ocierając się o granice i sprawdzając, jak wiele mogą znieść i ile ustąpić w walce o... słowo, określające narastające między nimi napięcie? Wisiało w powietrzu, niby przezroczysta ściana, wyczuwalna przy mocniej zaakcentowanych gestach, spotykających się z przedziwną barierą. Zawsze brał dokładnie to, czego chciał, ale Yvette nastręczyła mu wątpliwości oraz pobudziła opory. Nie do końca moralne: w grę wchodził znacznie bardziej zaawansowane mechanizmy filozoficzne, podkręcone niepowszechnym upodobaniem Rowle'a do niewiast niepodległych.
-A co takiego - urwał, podchodząc jeszcze bliżej pordzewiałej barierki mostu, skąd mógł czuć jej zapach oraz woń Tamizy, uderzającą w nozdrza gwałtowną rzeką. Ciemne fale obmywały brzegi, w dole po obu stronach ulicy poruszali się ludzie, a oni - uwzględniał Yvette w swych obliczeniach - mieli w sobie dość mocy, by zrównać z ziemią Londyn, wypłukać obie jego strony z brudnego szlamu, a potem skazać świat na kolejne plagi, gorsze od egipskich, będących ledwie dziecinną igraszką - potrafią spojrzenia? - spytał zaciekawiony, uderzając ją w twarz rękawicą; wyjątkowy policzek, jakim traktował te szczególne kobiety. Zaciągnął się papierosem, nonszalancko ukrywając się w tytoniowej chmurze, pod nietypową osłoną łakomie pożerając wzrokiem zmieniające się oblicze Yvette. Intrygowała go każda mimiczna zmarszczka, drgnięcie jaśniutkich brwi, mimowolne poruszenie ust, którymi czarowała go elokwencją, cenioną przez niego na równi (wyżej?) od oralnych umiejętności.
-Nie oddam dobrowolnie mocy decyzyjnej - odparł, kręcąc przecząco głową, a papieros przyklejony do dolnej wargi kołysał się w rytm cedzonych zgłosek. Chłoszczące uderzenia wiatru, tytoń przepalający płuca, ciężar różdżki w kieszeni i znowu mógł mieć szesnaście lat, nie mierzyć czynów nad zamiary i być młodym gniewnym, który prócz siebie dostrzegał tylko swój cień. Megalomania w ekstremalnym wydaniu nie uwzględniała nikogo ponad, ale nie gardził towarzystwem Yvette, nie klasyfikującej się w ramach dodatku, a konieczności. Nie chciał przeżywać tej chwili bez niej, nie kiedy w myślach przeprowadzał rewolucję, odsuwającą w niepamięć dyktaturę jakobinów, szerzący się terror, Napoleona, a nawet de Sade, najlepszy produkt drugiej połowy osiemnastego wieku we Francji.
-Istniejesz w moim świecie. Tyle wystarczy, byś była wyjątkowa - wyjaśnił, uśmiechając się przekornie i tocząc niewypalonego jeszcze papierosa między szczupłymi palcami, raz po raz dotykając rozżarzoną końcówką skóry na swej dłoni. Ot, krótkie przypomnienie realności.
-Nie jestem jednostrzałowcem - zgasił papierosa brutalnie, rozgniatając go na chłodnym metalu barierki i rzucając na ziemię, by dokonał żywota zgnieciony obcasem wypolerowanego buta. Dopiero dopełniwszy tego rytuału spojrzał na Yvette przytomnie, ostro, wręcz karcąco: chciała szczerości, więc sprzedawał ją w najbrutalniejszej postaci - cenię sobie dłuższe życie - kontynuował ciszej, bo przelotny romans był jak podwójne samobójstwo - jesteś wyjątkiem - od tej diarchii, gdzie nie wadząc sobie sprawiedliwie rządziły te, które zdołały zawładnąć jego sercem - ufaj mi, bo j a jestem beznadziejnym kłamcą - rzucił, śmiejąc się ochryple, w przypływie tej wesołej śmiałości, przesuwając palcami po jej gładkiej dłoni, bliźniaczo zaciśniętej na metalowej poręczy. Obrączka błysnęła, rażąc oczy złotym promieniem - odległym wspomnieniem, nie dotyczącym ich, nie będącym ich wspólną pamięcią.


Powrót do góry Go down
Yvette Blythe
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4582-yvette-sapphire-blythe http://www.morsmordre.net/t4613-jeszcze-pusta-klatka#99470 http://www.morsmordre.net/t4627-panna-blythe http://www.morsmordre.net/f290-blythburgh-suffolk-ivy-alley-28 http://www.morsmordre.net/t4718-yvette-sapphire-blythe#101045
alchemiczka, baletnica
25
Czysta
Panna
Beauty is terror.
Whatever we call beautiful,
we quiver before it.
5
5
15
5
0
3
26
2
Półwila

PisanieTemat: Re: Most Westminster   09.08.17 21:53

Jej listy były wizytówką, zarówno estetycznie, jak i merytorycznie - dbała o czystość wypowiedzi na równi z czystością pergaminu, po którym skrobała piórem; o ile skrobała jakkolwiek oddawało subtelne pismo, nieco pochylone, pełne, ozdobne i staranne - kaligrafii wszak uczyła się od wczesnych lat, powoli dostrzegając różnicę między gryzmołami a sztuką. Pogląd na piękno ewoluował stopniowo na wielu polach, nie tylko na ścisłym terytorium odczuć i doznań. Nie wiedziała, czy ma ochotę wnikać, jakie wiązał z nią - owa tajemnicza, eteryczna noc, jawiąca się we wspomnieniach senną smugą, jakby otaczała ich wtedy przedziwna mgła, z pewnością nie pozostawiła między nimi obojętności, lecz powstrzymała się i nie oczarowała go, uniknęła przewagi, jaką mogłaby osiągnąć z pełną premedytacją - a mimo tego ozdabiali teraz most Westminster swoimi smukłymi sylwetkami, dyskutując o światach, wspólnych lub oddzielnych. Tu właśnie granice się zacierały. Co łączył ten reprezentacyjny most? Dwie strony miasta, wypełnionego szlamem, czy ich światy, prawie sobie bliskie? Czym mogli czynić zwykłą budowlę, jakie znaczenia jej nadać? Jak bardzo różne okazałyby się interpretacje? Nie szukała odpowiedzi, pozwalając pytaniom odpłynąć z nurtem rzeki. Teraz liczyło się tu. Próbowała nie wracać do błękitnych ogników, odbitych w falującej tafli wody, zamkniętej w kamiennym kręgu. Próbowała omijać środek tego kręgu, nie dać się zwabić migotliwym światłem, reagującym na obecność, budzącą je do życia. Zrywały się wtedy z nicości, na baczność stając u ich boku - tak, jak oni mieli stawać przed Czarnym Panem, materializując się z czarnej mgły - lecz ona była jeszcze daleko w tyle, bez wiedzy, doświadczenia i co najważniejsze, jeszcze bez świadomości, gdzie trafi w najbliższych dniach. Ta nierówność kroków dodawała im, paradoksalnie, finezji. Niezgrabność naprzeciw gracji - czyż nie było to zmierzanie od jednego punktu, do drugiego? Po drodze zaś kryło się ich znacznie więcej. Bawili się w wyłapywanie niuansów. Nie pozwalała wydzierać sobie z rąk wolności. Być może dlatego nie nosiła jeszcze szlachetnego nazwiska, które wiązałoby ją do mężczyzny ciasno, solidnie.
Odczekała chwilę, dumnie znosząc mentalny policzek, nie stykając go z żadną reakcją - nie wzruszył jej wcale tak bardzo. Jej ciało znosiło gorsze bóle. Odczekała, aż chmura dymu odejdzie w zapomnienie, odsłaniając znów rozmówcę. Jej oblicze nie zmieniło się zbyt znacznie. Spojrzenie miała cierpliwe, spokojniejsze, podobnie do subtelnego uśmiechu. - Wiele - odpowiedziała zwięźle, pogodnie, z niezłomną pewnością. Przekonasz się. Zaśmiała się cicho, dźwięcznie, niewinnie.
- Wiem - potwierdziła spokojnie, znów ulegając swojej huśtawce nastrojów, tym razem unosząc się na niej wysoko; tam, gdzie grawitacja wyrywała wątpliwości, na ułamek sekundy pozostawiając stan ducha zrelaksowanym. Wiedziała - bo byli w tej kwestii podobni. Ona również nie zamierzała skończyć na smyczy, pod butem, pod władzą. Słuchała, ale było w niej więcej milczenia i dystansu, nie chciała dzielić się rozbudowanymi odpowiedziami; czym zasłużyła sobie na wyjątkowość? Wodziła wzrokiem za papierosem, maltretowanym dobrą chwilę. Popiół, jak wiele innych rzeczy tego wieczoru, pomknął ku Tamizie. Uniosła spojrzenie, gdy wyczuła, jak drugie przenika przez nią. Nie obawiała się go. Nie poczuwała się do pokory. Nie wierzyła. Spotkała zbyt wielu lordów, by móc przyjąć słowa bez wątpliwości. Lecz nie widziała obrączki - nie chciała jej dostrzegać. Uśmiechnęła się - poniekąd pobłażliwie. Przyjęła dotyk, z początku nie poruszając dłonią.
- Spojrzenia - zaczęła, subtelnie obracając dłoń, by palcami móc podrażnić wnętrze jego własnej. Drugą, wolną, uniosła, nie bacząc na niewielką torebkę, która wylądowała u jej stóp. Wspięła się lekko na palce, zbliżając się i nie szczędząc spojrzenia. Nieznacznie, prawie niewyczuwalnie, musnęła opuszkami wierzch kości policzkowej mężczyzny, by zaraz przesunąć je na czubek ucha. - czarują - była blisko - być może zbyt blisko, ściągając na siebie zbyt wiele następstw tego krótkiego gestu, otoczonego pozorami niewinności w teorii, zaś w praktyce - władzy. Nie zetknęła ust w pocałunku, trzymając tak spojrzenie lorda, jak odległość.
I wtedy spłynęła lekko, schylając się zwiewnie po torebkę, wykonując krótki piruet i rzucając ostatnie spojrzenie, nie zatrzymując się, by sprawdzić, w jakim stanie pozostawiała go na moście. - Żegnaj, Magnusie.

| rzut na urok; +4
| zt




you're a chemical that burns, there's nothing but this
it's the purest element, but it's so volatile
feel it on me, love; see it on me, love

strangeness and charm

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Most Westminster   09.08.17 21:53

The member 'Yvette Blythe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 64


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Most Westminster   26.08.17 22:00

| 04.05

Czasami trudno było uwierzyć, że prawie rok jej pracy tak szybko minął i tak dużo się wydarzyło. Kwiecień, a zwłaszcza jego koniec także obfitował w dramatyczne wydarzenia; jedna z jej rutynowych akcji zamieniła się w prawdziwy koszmar, kiedy siedząc w gospodzie pod Londynem została uprowadzona przez drzewiastopodobne stwory i zabrana do opuszczonego domostwa pełnego cieni, a zaledwie dwa dni później dowiedziała się, że jej brat został dotkliwie poparzony w wyniku akcji na Nokturnie i ledwie wyszedł z tego cało. Na domiar złego te wszystkie anomalie, które rozlały się po całym kraju po tajemniczej i dziwacznej nocy z przełomu kwietnia i maja. Sama także została poszkodowana w skutek ich działania, ale wciąż nie rozumiała, co było ich przyczyną.
Ale nie tylko anomalie stanowiły duży problem. Także w ministerstwie zapanował spory chaos, gdy coś dziwnego zaczęło dziać się ze stukniętą minister snującą coraz bardziej szalone pomysły, ale koniec końców na najwyższym stanowisku nastąpiły zmiany, a odrażający plan wyburzenia połowy Londynu nie doszedł do skutku.
Sophia mogła wrócić do pracy, chociaż nie można było powiedzieć, żeby jej zaufanie do ministerstwa wzrosło. Była pełna nadziei, że wszystkie złe reformy zostaną odwrócone i sytuacja się uspokoi, ale do tego była daleka droga, zwłaszcza przy zamieszaniu z anomaliami. Póki co była więc ostrożna i nieufna; ta instytucja w ostatnich miesiącach nie wydawała się godna zaufania, nie po tym, co zrobiono z mugolakami i co chciano zrobić z mugolskimi budowlami w Londynie. Ale swoje obowiązki wypełniała – była przecież aurorem. Mimo obłudy ministerstwa i panującego w nim chaosu mogła nadal robić coś dobrego, przyłożyć swoją rękę do tego, by zagrożenie związane z czarną magią zaczęło się zmniejszać. W pojedynkę nie mogła zrobić wiele, ale wiedziała, że oprócz niej było wiele innych dobrych dusz, które nie były obojętne na to, co się dzieje.
Po opuszczeniu Munga bardzo szybko wróciła do pracy. Dzień po wypisie już stawiła się w Biurze gotowa do wypełniania obowiązków. Nieco zmęczona, ale pełna determinacji i potrzeby działania. Nie mogła wylegiwać się w domu, gdy działy się takie rzeczy i tyle obowiązków czekało.
- Carter?
Czyjś głos wyrwał ją z zadumy i zobaczyła przed sobą Johna Simmonsa, jednego ze starszych aurorów, z którymi czasem pracowała, wytrwale szkoląc się w swoim fachu i czerpiąc z ich doświadczeń. Simmons był aurorem od lat i wiele widział, więc minie dużo czasu, zanim Sophia dorówna mu doświadczeniem, ale to nie znaczyło, że się nie starała.
Od razu na niego spojrzała, zastanawiając się, do czego jej potrzebował. I miała nadzieję, że nie była to tylko papierkowa robota; po kilku dniach leżenia plackiem w Mungu pragnęła wyrwać się w teren i zrobić coś faktycznie użytecznego zamiast roznoszenia teczek czy poszukiwania informacji w aktach, a tym zajmowała się przez cały ranek – poszukiwaniem informacji w archiwum Biura Aurorów.
- Mamy zadanie – usłyszała, a przed nią na biurku wylądowała teczka, jedna z tych, które przeglądała kilka godzin temu. Była to teczka sprawy jednego z czarodziejów poszukiwanych przez Biuro Aurorów; był regularnie widywany na Nokturnie i poszukiwany za powiązania z czarnomagicznymi praktykami. Nie był nikim znaczącym, ale mógł posiadać istotne informacje na temat innych jemu podobnych opryszków z półświatka i Biuro interesowało się nim. – Nasz informator donosi, że niedawno widziano go w okolicach jednego z miejsc w Londynie opanowanych przez anomalie. Za chwilę udamy się tam, by spróbować go odnaleźć i ująć. Jesteś na to gotowa, Carter?
Spojrzenie aurora zlustrowało jej bladą twarz i cienie pod oczami.
- Oczywiście! – zapewniła, wstając zza biurka. Może nie wyglądała najlepiej, ale zamierzała dać z siebie wszystko, skoro Simmons wybrał właśnie ją do sprawdzenia poszlaki dotyczącej poszukiwanego. To on prowadził tę sprawę i od paru tygodni próbował schwytać czarodzieja, o którym dowiedziano się przy okazji innego ze śledztw zakrawającego o czarnomagiczne interesy, ale skoro wybrał do pomocy Sophię, nie zamierzała się wykręcać. Udanie się na jakąkolwiek akcję było czymś, na co skrycie liczyła przez cały dzień. – Co on tam robi? Czy informator zaobserwował coś konkretnego? – zapytała natychmiast, by dowiedzieć się więcej. Szli przez Biuro, by udać się do miejsca, skąd mogli się bezpiecznie przenieść.
- Zapewne poszukuje anomalii – odrzekł Simmons, ponaglając ją do szybszego chodu. – Niewykluczone, że jeśli jest prawdą to wszystko, co o nim wiemy, to może spróbować dostać się w naruszone miejsce, by dowiedzieć się czegoś więcej o tej szkodliwej magii i o tym, czy może ją wykorzystać do swoich odrażających praktyk. Musimy go znaleźć, zanim wejdzie w strzeżony obszar i zbliży się do którejkolwiek anomalii. Tych niestety nie brakuje.
Sophia skinęła głową. Anomalie były potężne i prawdopodobnie miały czarnomagiczne źródło. I mimo że nowo powołany Oddział Kontroli Magicznej miał ich pilnować, to znajdą się tacy, którzy będą próbowali uszczknąć coś z tego mroku dla siebie. Tak czy inaczej należało odnaleźć poszukiwanego, a jeśli zostanie schwytany w okolicy jakiejś anomalii, tym lepiej dla nich – będą mieli kolejny dowód na jego podejrzane zamiłowania i nielegalną działalność.
Niedługo później przenieśli się do Londynu, lądując nieopodal mostu Westminster. Choć zbliżał się zmierzch, Sophia szybko rozpoznała dzielnicę Westminster; z tego co wiedziała, na jej terenie działało kilka anomalii stanowiących zagrożenie dla ludzi pojawiających się w ich zasięgu. I choć aurorzy nie zajmowali się nimi, bo został do tego wyznaczony odpowiedni oddział, anomalie ze względu na czarnomagiczne podłoże nie mogły pozostać dla nich zupełnie obojętne. Zwłaszcza, jeśli interesowali się nimi czarodzieje będący poszukiwani przez Biuro.
- Był widziany w tych okolicach. Informator mówił, że kierował się w stronę Piccadilly Circus. Wypatruj go – rzucił Simmons.
Sophia pamiętała rysopis sprawcy, był załączony do akt. Podejrzewała zresztą, że na tle mugoli będzie się wyróżniać; niewielu czarodziejów potrafiło się doskonale maskować w niemagicznym otoczeniu i wielu zwracało na siebie mimowolną uwagę. A skoro ze względu na ostatnie wydarzenia nawet mugole wydawali się bardziej wystraszeni i mniej chętnie opuszczali domy, Sophia miała nadzieję, że poszukiwany jeszcze mniej przyłoży się do upodobnienia do jednego z nich. Ponadto według opisu miał jedną bardzo charakterystyczną cechę – jedno oko brązowe, drugie szare.
Bystrym spojrzeniem przeczesywała ulicę, wypatrując wszelkich nieprawidłowości. Szczególnie uważnie lustrowała ludzi zmierzających w kierunku miejsca z anomalią; tych z każdą minutą było coraz mniej, większość mugoli skręcała w inne uliczki, zupełnie jakby wiedzieli, że na placu nie jest bezpiecznie i lepiej go unikać.
Ale czy gdziekolwiek było? Teraz czarodzieje nie mogli w pełni ufać nawet własnym różdżkom, które lubiły buntować się podczas rzucania prostych zaklęć i zmieniały je, lub niekiedy zadawały obrażenia czarodziejowi próbującemu użyć swojego magicznego narzędzia. Przez anomalie nawet coś tak naturalnego dla świata magii zostało skalane i stało się nie w pełni godne zaufania. I także świat mugoli został nimi dotknięty, co narażało ich ukryty magiczny świat na ujawnienie.
Drugi auror obok robił to samo. Oboje uważnie obserwowali, jednocześnie utrzymując daleko posuniętą ostrożność i starając zachowywać się naturalnie, zupełnie jakby byli zwykłymi przechodniami na wieczornym spacerze po Londynie. Mieli w tym wprawę; w końcu nie pierwszy raz wykonywali obowiązki na terenie miasta i musieli umieć się zachować.
- Chodźmy tędy. To skrót wiodący w stronę placu; mam wrażenie, że nasz podejrzany także mógł go użyć, jeśli tam zmierza. Tamtędy najszybciej i najdyskretniej dostanie się na miejsce – usłyszała. Simmons zapewne dużo lepiej znał metody działania podejrzanego, skoro tropił go od dłuższego czasu. I oboje mieli nadzieję, że tym razem uda się go przyskrzynić; w poprzednich przypadkach zawsze udawało mu się wywinąć i znikał zanim aurorzy pojawili się w miejscu, w którym ponoć go widziano.
Skinęła głową i ruszyła za swoim towarzyszem, odruchowo przesuwając dłonią po miejscu, w którym miała ukrytą różdżkę. Ruszyli mniejszą, mniej uczęszczaną uliczką.
- Czy nie jest na to za sprytny, by pójść drogą, w której moglibyśmy się go spodziewać? – zapytała półszeptem, jednak starszy auror nie odpowiedział.
Pozostawało jej wciąż rozglądać się czujnie i wypatrywać ludzi odróżniających się na tle mugoli, których zresztą nie było tu zbyt wielu. Londyn wydawał się bardziej ponury i pusty, a Sophia naprawdę współczuła tym wszystkim ludziom. Nawet jeśli uniknęli tego, co planowało dla nich ministerstwo, spotkały ich inne tragedie.
- Jesteśmy już blisko. Teraz musimy bardzo uważać – szepnął nagle auror, wsuwając dłoń do kieszeni, w której trzymał różdżkę. I wtedy nagle Sophia dostrzegła przed sobą gwałtowniejszy ruch i sylwetkę w długim płaszczu przecinającą alejkę. Mugole raczej nie nosili się w ten sposób, co wzmogło jej czujność. Nieznajomy miał też kapelusz i częściowo zakrytą twarz, ale przez moment, przecinając uliczkę, obejrzał się w ich stronę – a potem nagle przyspieszył kroku. Zanim się odwrócił, Sophia mogła dostrzec jego oczy; mimo dzielących ich kilkunastu metrów była na tyle spostrzegawcza, by zauważyć niezwykły kolor jego tęczówek – jedną brązową, jedną szarą.
- To on – szepnęła. Było mało prawdopodobne, by trafili na innego osobnika z dwukolorowymi oczami, zwłaszcza że otrzymali informację, że w tej okolicy miał się kręcić ich podejrzany posiadający tą charakterystyczną cechę. Ale niewykluczone, że i on podejrzewał, że ktoś mógł donieść aurorom, skoro tak nerwowo zareagował w momencie, kiedy tylko jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniami dwójki czarodziejów. Dobrych w maskowaniu się, ale mimo wszystko i tak różniących się od mugoli. Zresztą nawet nie starali się specjalnie ukryć, chcieli spłoszyć podejrzanego i zmusić go, by w popłochu popełnił jakiś błąd. Ale równie dobrze mógł po prostu uznać ich za zwykłych czarodziejów; tacy też mogli stanowić zagrożenie, że doniosą ministerstwu widząc go próbującego się dostać do anomalii. Była to nawet bardziej prawdopodobne wyjaśnienie jego spłoszenia się na widok ich dwójki.
Czarodziej rzucił się w jedną z bocznych uliczek. Nie wiadomo, czy zaniechał próby dotarcia do placu, czy po prostu próbował zgubić ogon. Tak czy inaczej zachował się głupio jak na kogoś, kto do tej pory unikał schwytania. Może rzeczywiście miał po prostu wręcz absurdalne szczęście?
Jej towarzysz strzelił w uciekiniera zaklęciem. Skoro mugole doświadczali tylu dziwnych zjawisk nie musieli kryć się tak mocno jak zawsze, ale i tak uważali, by nikt nie widział niczego podejrzanego. Szczęśliwie dla nich mugoli tu nie było, więc mogli działać bez obawy że trafią kogoś niewinnego. Chociaż dzieląca ich odległość nie była znaczna, uciekinier uchylił się, a czar uderzył w mur. Na domiar złego z nosa Simmonsa zaczęła sączyć się strużka krwi; być może użycie zaklęcia naraziło go na atak anomalii. Mniej groźnej od tej, która znajdowała się na pobliskim placu, ale niestety oznaczającej, że oni sami nie byli bezpieczni podczas próby rzucania zaklęć.
Drętwota wystrzelona przez Sophię też minimalnie chybiła, ale aurorka szczęśliwie uniknęła anomaliowych powikłań. Oboje nie zwalniali biegu, tym bardziej, że zdawali sobie sprawę, że musieli działać szybko, i że nie powinni sami pojawiać się w obrębie placu zapewne obserwowanego przez ministerialne służby.
Czarodziej także strzelił przez ramię zaklęciem – i również z nim coś zaczęło się dziać. Zachwiał się i podparł ściany, ale mimo to biegł dalej. Bez względu na to, za kogo ich uważał, miał nieczyste sumienie lub był zdesperowany. A może i jedno i drugie. Póki go gonili, nie mógł się deportować, a drogi ucieczki były dość ograniczone. W którymś momencie przed nimi jak spod ziemi wyrósł mur, zwiastujący ślepą uliczkę. Podejrzany także go zauważył, zwolnił na moment i wtedy Sophia trafiła go celnym Petryficusem, który sprawił, że jego ciało natychmiast zesztywniało i runął na ziemię sztywny jak marmurowa płyta. Pościg dobiegł końca.
Simmons podszedł do niego i przewrócił go na plecy. Jak się okazało, w kieszeniach płaszcza miał dziwną, podejrzanie wyglądającą księgę oraz kilka innych mniej lub bardziej dziwacznych przedmiotów, które musieli zabezpieczyć i zabrać na wypadek, gdyby ciążyły na nich klątwy lub zawierałyby inne podejrzane substancje. Tak czy inaczej złapali go i udaremnili mu węszenie wokół anomalii.
- Dobrze się spisałaś, Carter – pochwalił ją Simmons, gdy przetransportowali czarodzieja do ministerstwa. Tam miał zostać odpetryfikowany i przesłuchany zarówno w związku ze swoimi dzisiejszymi zamiarami, jak i innymi sytuacjami, w związku z którymi podejrzewano jego udział. Będzie można ustalić, czym się zajmował, być może odnaleźć też jego potencjalnych wspólników, oraz wymierzyć mu odpowiednie konsekwencje. Zdecydowanie nie był to najgroźniejszy typ, z jakim się zetknęła, był raczej płotką, ale należało się odpowiednio zająć każdą szumowiną zagłębiającą się w podejrzane czarnomagiczne interesy. Kto wie, może powie im coś interesującego i doprowadzi ich do kogoś bardziej znaczącego?

| zt.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
 

Most Westminster

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

 Similar topics

-
» Błędny Rycerz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17