Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 część pierwsza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next
AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: część pierwsza   04.08.15 19:42

First topic message reminder :

korytarz, salon, kuchnia


azyl Benjamina znajduje się na poddaszu jednej z kamienic śmiertelnego nokturnu, niewyróżniającej się z szarej ściany innych lokali o niskim standardzie mieszkalnym. spiralna klatka schodowa, trzeszczące stopnie, poobtłukiwane mury, wiecznie zepsute światło - typowy wstęp do meliny najwyższego (piąte piętro!) sortu, odgrodzonej od świata zewnętrznego wyjątkowo trwałymi drzwiami. bez żadnej tabliczki, za to z mnóstwem dziwnych zadrapań i dziur, jakby ktoś wielokrotnie po pijaku próbował dostać się do zamka, rysując kluczami po drewnie.
po przekroczeniu progu wcale nie jest sympatyczniej. mikroskopijny przedpokój zawalony jest jakimiś papierzyskami i pustymi butelkami. pod ścianą stoi wieszak z całą kolekcją ochronnych rękawic, poprzetykanych pomiętymi częściami garderoby. na szczęście po zrobieniu kolejnych dwóch kroków można uciec spod lawiny rzeczy, przechodząc do bardzo minimalistycznie urządzonego salonu. z ścian odpada tapeta (kiedyś krwistoczerwona ze złotym wzorem), dębowy parkiet przykryty jest zakurzonym dywanem a w pomieszczeniu znajduje się tylko wytarta kanapa, duży stół z czterema różnorodnymi stylistycznie krzesłami i kominek. na jego gzymsie poustawiano wszystkie pamiątki Bena, związane z karierą w Jastrzębiach; złote puchary, nagrody, odznaczenia, złote mikroskopijne miotełki i autentyczne tłuczki. w kącie salonu znajduj się aneks kuchenny - typowo kawalerski, bez zbędnych sprzętów. lodówka, kuchenka, jedna szafka, zlewozmywak. żadnej patery z owocami czy ozdóbek. tuż obok drewnianego kuchennego blatu wisi klubowy kalendarz Jastrzębi z 1950 roku.
pomieszczenie oświetla jedna chybocząca się u sufitu żarówka oraz staroświecka lampa, stojąca tuż obok poplamionej kanapy. okno, znajdujące się tuż za nią, wychodzi na ciemną ścianę sąsiedniej kamienicy. najczęściej jednak niezbyt czysta szyba zasłonięta jest intensywnie oranżową zasłoną w niebieskie ciapki, doskonale współgrającą z poszarzałą, odłażącą ze ścian tapetą.
[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Benjamin Wright dnia 02.12.16 11:35, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   12.01.17 18:52

Na dość poważny i sarkastyczny - jak na nieopierzoną nastolatkę - tekst Charlotte Benjamin tylko krótko się roześmiał, co bardziej przypominało prychnięcie połączone z gruźliczym kaszlem, niż faktyczny chichot. Nie wyzłośliwiał się, naprawdę uznawał to za śmieszne. Co jak co, ale w wymyślonych przyjaciołach, umykających jego pamięci, także miał smutne doświadczenie. Powstrzymał się jednak od kolejnego zwerbalizowania podobieństw, które łączyły go z Charlotte. Wiedziała przecież, po ilu wspólnych płaszczyznach się poruszają, ile doświadczeń dzielą, ile dni przeżyli w podobnym stanie zawieszenia. Wydawała mu się bardzo stara, oznaczona już ciężkim życiem, którego nie życzył żadnej dziewczynce. Ciepłe wzruszenie zadrżało gdzieś w jego żołądku - a może to zapowiedź krwawych torsji? nigdy nie był dobry w rozpoznawaniu dobrych emocji - i zmarszczył brwi, chcąc w ten fizyczny sposób powstrzymać napływające do głowy obrazy. Jakby chwila ludzkich odczuć otworzyła bramy koszmarowi, swądowi ciał, włosów...Ponownie drgnął, już nawet nie zauważając tego niezdrowego drżenia wymizerowanego ciała.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo - odparł; wiedział o tym, wiedział, że dopiero zaczynał, a odbudowanie utraconego zaufania było znacznie trudniejsze niż jego zdobycie po raz pierwszy, ale nawet w tym stanie rozdygotania wiedział, że zrobi wszystko, by odpokutować za popełnione grzechy. I choćby bolało bardziej, od tego przeklętego alkoholu, czyszczącego powierzchowne rany - och, jakże był naiwny - to się nie cofnie, nie stchórzy, nie zawiedzie.
Podtrzymanie tego stanu ducha kosztowało go sporo uwagi, zapewne dlatego słuchał Charlotte trochę pobieżnie, ale obiecał sobie, że przy następnym spotkaniu, gdy już stanie pewnie na nogach, będzie najlepszym słuchaczem pod słońcem. - Mamy uczucia. Ale takie...upośledzone - potwierdził chaotycznie i zaskakująco prawdziwie, po czym w końcu dźwignął się z podłogi. Górował znacznie nad drobną dziewczynką i ta różnica ponownie go rozczuliła. Nie mógł się powstrzymać i uniósł nieco lepiącą się od alkoholu i krwi rękę, by lodowatą dłonią poczochrać rude włosy Lotte w przyjacielskim, niemalże braterskim geście. - Może znajdziesz coś w tej dolnej szafce - powiedział, wracając myślami do jej głodu. - I...pamiętaj, że to też twój dom - dodał wspaniałomyślnie, rozglądając się po zabiedzonym, brudnym, wychłodzonym salonie, obecnie przypominającą dom mniej więcej w takim stopniu, w jakim najeżony puszek pigmejski przypominał rozjuszonego garboroga. - Przez jakiś czas może mnie tu nie być, ale...gdzieś tam są klucze. Wolę, żebyś była tutaj niż u tego Pana Dobrego - machnął ręką w kierunku gzymsu nad kominkiem, gdzie półleżały powywracane trofea z Qudditcha: w którymś z poszarzałych pucharów powinien znajdować się zapasowy komplet magicznych kluczy do drzwi. - No i zawsze możesz iść spać ze mną - rzucił ciszej, absolutnie platonicznie, czując irracjonalny strach przed położeniem się do łóżka - albo czegoś, co niegdyś wyglądało jak łóżko a obecnie przypominało barłóg żula-borsuka - i stawieniu czoła kolejnym koszmarom. Bez kogoś, kto mógłby go z nich obudzić. Charlotte była ciepła, była drobna, była przypomnieniem, że słabszych należało chronić. Że był komuś potrzebny. Że komuś na nim zależało. Wzruszył jednak pokracznie ramionami, jakby wstydził się tej dość chłopięcej propozycji.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   12.01.17 20:25

Wzruszyła ramionami. Widziała już wiele prób samodzielnego odwyku, za to nie widziała ani jednego udanego. Steve, czy ojciec jak ich mocniej po wódce sponiewierało nie raz postanawiali, że to koniec, ale wystarczyła byle bzdura, żeby wracali do nałogu. Z resztą w tej okolicy nie trudno widzieć podobne przypadki. Tydzień w trzeźwości nie oznacza, że ósmego dnia uzależniony - od czegokolwiek - się nie podda.
Trudno było Lotcie uwierzyć, że Ben tak po prostu przestanie. Nie chciała go widzieć, kiedy zacznie się robić nerwowy, pewnie też agresywny, choć szczerze wątpiła by ta agresja (a już na pewno jej fizyczna część) miała skumulować się na niej. Raczej na innym mężczyźnie, pewnie kimś złapanym w pubie, kto akurat będzie miał pecha. Bała się, że właduje się w kłopoty, wpadnie w dołek i będzie chciał zapomnieć, czy tam oderwać się.
A jeśli Ben miałby się jednak okazać silniejszy od wielu innych osób z podobnym problemem? Chciała w to wierzyć. Chciała go motywować, jeśli tylko będzie w stanie. Może pilnować? Choć Ben nie jest dzieckiem i z jej ewentualnego zakazu pewnie nic by sobie nie zrobił.
- Chyba jestem facetem. - uśmiechnęła się słabo, bo w swoim młodocianym związku to ona wypadła na nie w pełni rozwiniętą emocjonalnie. Przynajmniej we własnych oczach. Ale o tym na pewno nie zamierzała mu teraz truć.
Ben potrzebował snu, nie głupich problemów sercowych małych dziewczynek.
Podniosła się powoli, ale kiedy znów usłyszała słowa Bena, popatrzyła na niego trochę niepewnie. Nie umiała reagować na podobne rzeczy, czy tak po prostu okazywać wdzięczności, choć na prawdę poczuła się... jakoś tak dobrze. Może i to mieszkanie nie prezentowało się wybitnie, ale w tej chwili wydawało jej się idealne. Szczególnie, że Benem nie kierowała litość, tego akurat była pewna.
Skinęła w końcu tylko głową.
- Mam nadzieję, że to przemyślałeś. - uśmiechnęła się w końcu nieznacznie. Bo tutaj czuła się lepiej, niż na Pokątnej, choć ani mieszkanie, ani okolica nie wyglądały za dobrze. Nie zamierzała jednak tego teraz mówić, bo chyba ilość czułych słówek na jedną rozmowę się jej wyczerpała, poza tym z jakiejś przyczyny tu przecież przyszła i zamierzała zostać. Choć trochę.
- Gdzie zamierzasz zniknąć? - spytała za to w chwilę po tym, jak została poczochrana. Patrzyła na tego olbrzyma, zdmuchując jedynie nadmiar kosmyków ze swojej twarzy i wyczekując odpowiedzi. Co on w takim stanie kombinuje? - Poza tym, że zaczniesz od lekarza oczywiście.
Jeśli Ben jeszcze nie wie, że Lotta potrafi być natrętna, pewnie dość szybko się przekona, bo nie zamierzała mu darować tych obleśnych ran.
Propozycja wspólnego spania za to lekko ją rozczuliła. Pluszowym misiem to ja jeszcze nie byłam. - przeszło jej przez myśl, choć znów się nie odezwała. Mimo to skinęła mu głową na właściwe pomieszczenie i po prostu sama polazła do jego rozklekotanego łóżka. Choć jego stan jakoś wcale jej nie przerażał. Trudno z resztą, żeby dziwiło ją to mieszkanie, skoro sama do niedawna żyła w nie lepszym.




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   13.01.17 14:06

Uśmiechnął się lekko na nowoczesne stwierdzenie Charlotte, z którym właściwie mógł się spokojnie zgodzić. Kilkunastoletnie dziewczynki zazwyczaj nieco go denerwowały, więc rudzielec wyłamywał się dokładnie z tego schematu, przypisywanego szalonym panienkom, doznającym jakichś poważnych urazów mózgu w tym okresie metamorfozy z pulchnego berbecia w przepięknego motylka. Rudego. O chudych nóżkach i rdzawych skrzydłach. Zaprawionego w boju o przeżycie jeszcze jednego dnia. Lubił ją taką, dlatego też pozwalał jej przejmować kontrolę nad tą wspaniałą nieruchomością. Oczywiście miał też w tym swój interes, podczas nieobecności Charlotte mogła doglądać przybytku i dawać jasne sygnały - zapalone światło, stukot stóp o podłogę, palący się kominek - że mieszkanie jest zajęte i nie należy tutaj się pojawiać. Obecność mogła także odstraszyć szczury i inne niezbyt przyjemne stworzonka, a jeśli przy okazji Lotta będzie mogła spokojnie odpocząć od tego nadpobudliwego anioła stróża, to tym lepiej. Nie życzył jej źle, wręcz przeciwnie, ale w tym stanie nie był zbyt dobrym partnerem do rozmowy. Jego problemy sięgały znacznie dalej, głębiej, wrastały czarnymi korzeniami w przepaloną duszę, jednocześnie karząc i dając nadzieję. Musiał poradzić sobie z tym sam, fizyczne rany lecząc jednak u kogoś, komu mógł zaufać. I kto wzbudzał w nim opiekuńcze uczucia, które były gwarancją, że w przypływie odstawiennego szału nie odwali czegoś jeszcze gorszego. Myślał o tym zaskakująco racjonalnie, a w jego głowie coraz wyraźniej kształtował się obraz białowłosej kobiety, ściskającej jego ciepłą dłoń, gdy kroczyli podziemnym labiryntem, starając się stawić czoła nieznanej sile.
- Będę u przyjaciela - odparł zgodnie z prawdą, ponownie wypływając na powierzchnię chwiejnych planów i nieciekawych myśli, gdy przekraczali próg sypialni. Zamknął okno, starając się nie zerkać w dół, na brudny już śnieg, spoczywający pięć pięter niżej na lśniącym od deszczu bruku. Chciał tylko zasnąć, uspokoić drżenie, odseparować się od palącej chęci wybiegnięcia na zewnątrz i działania. Głód na razie popychał go do akcji, ale wyczuwał, że to tylko kwestia czasu, nim zacznie zwijać się w kłębek i błagać o łaskę zapomnienia. Musiał odciąć się od Nokturnu, lecz na razie...na razie musiał zebrać chociaż tę odrobinę sił. - I najlepszej uzdrowicielki zarazem - dodał już ledwo słyszalnie, obracając się na pięcie, by finalnie opaść w skołtunionej i wątpliwie świeżej pościeli. Zakrył twarz dłońmi i odetchnął ciężko. W powietrzu ciągle unosił się swąd spalenizny. Wolał nie pytać, czy Charly też go czuje. - Obudź mnie, gdybym krzyczał - wymamrotał beznamiętnie spomiędzy palców, zerkając na brudny sufit, poznaczony zaciekami i owinięty koronkami pajęczyn. Znajdując się w łóżku z szesnastolatką powinien myśleć o czymś zupełnie innym, ale jego głowę opanowywały wyłącznie koszmarne obrazy.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   13.01.17 21:56

Trochę ją uspokoiło, że Ben zamierzał pójść do kogoś kto potrafi leczyć. Nie spodziewała się, że ruszy zaraz do Munga. Nie był z resztą w aż tak złym stanie, więc pewnie jakaś zaufana osoba mu pomoże. Nie ciągnęła więc swoich wywodów i weszła mu do łóżka, przyciągając przy tym niezbyt świeży koc i układając się po części na piersi Bena. Ułożyła na nim ręce i policzek oparła na swoich dłoniach, przymykając oczy, choć wcale nie była senna. Nie umiała dbać o swoich bliskich. Nie potrafiła. Była zbyt słaba, żeby bronić ich przed jakimkolwiek złym, nie miała wprawy w czułych gestach, zazwyczaj zwyczajnie nie wiedziała, co zrobić. Pozostawało jej tylko siedzenie obok i nadzieja na to, że to jej towarzystwo też się jakoś liczy.
- Szkoda, że nie umiem opowiadać bajek. - mruknęła. Mało bajek w ogóle znała, większość usłyszała niedawno w wykonaniu Becketta jednak nie zamierzała próbować ich powtarzać. Zwyczajnie się do tego nie nadawała. Nie miała z resztą pojęcia, jakim sposobem mogłaby nakierować myśli Bena na milsze tory.
- Ludzie twierdzą, że koty wyciągają z ludzi złą energię. Może przyda ci się jeden? - mruknęła chyba troszkę bardziej do siebie, niż do niego, dość cicho, nie chcąc przeszkadzać mu w spaniu. I nie odzywała się więcej po protu leżąc po części na tej dużej poduszce, a po części na niewygodnym łóżku. Ostatecznie nawet jej udało się przysnąć.

zt x 2




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   16.01.17 23:10

| kiedykolwiek Ben wraca z nieobecności w swym mieszkanku

Kiedy Ben zbliżył się do drzwi własnego mieszkania, mógł usłyszeć zza nich nie tylko kroki nastoletniej dziewczyny, ale także niezbyt głośne szczekanie. Kiedy wszedł do środka zastał wnętrze niby to samo, a jednak jakby inne - jakby wysprzątane, żadnych śmieci walających się po podłogach, swoją drogą umytych podłogach, żadnych dziwnych plam, jeśli jakiekolwiek były na ścianach, są już niewidoczne, lub tak blade jak tylko domyć się je dało.
Wszystkie przedmioty leżą na swoim miejscu. I niech sobie nie myśli! Lotta postanowiła zadbać o miejsce w którym będzie pomieszkiwać. Nawet, jeśli nie wprowadziła się na bardzo długo, nawet jeśli zaraz znowu się gdzieś wyniesie to ile tu była, nie chciała żyć w syfie, który źle jej się kojarzył. Pewnie po części niecny plan Bena się spełnił.
Ale! Dodatkowa zmiana to wisząca na przybitym do framugi drzwi gwoździu smycz i błękitna obroża.
Kolejna zmiana: tuptanie czterech łap bardzo szybko zbliżyło się do drzwi, a bardzo kudłaty, czarny psiak, obecnie najpewniej bardzo młody, a już dość dużych rozmiarów zaszczekał na niego radośnie, merdając swoim długim, sierściatym ogonem i przebierając swoimi młodzieńczo pokracznymi łapkami jakby nie mógł się doczekać, aż duży człowiek zwróci na niego uwagę.
- Ma na imię Ananas! I nie waż się mówić, że to jakiśtam kundel. Po prostu nie ograniczał się do jednej rasy i ma ich wiele. - poinformował go głos dziewczyny, która niedługo także stanęła w progu, żeby uważnie przyjrzeć się Benowi: temu w jakim stanie wrócił, czy jego rany się goją, czy jednak je rozdziabał, generalnie czy jest lepiej czy gorzej. - I jest twój, więc musisz się nim opiekować.
Poinformowała go jeszcze. Do Bena nie pasował jej pies z hodowli, kundelek ze schroniska to był zdecydowanie lepszy plan!




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   31.01.17 14:22

Benjamin od dłuższego czasu zbierał się w sobie, by w końcu skierować swe kroki w zakamarki Śmiertelnego Nokturnu. Odkładał ten niezbyt nęcący spacer od kilku długich dni, przekonując się, że mieszkanie na pewno doskonale radzi sobie samo i że właściwie nie ma potrzeby, by doglądać pozostawionego za sobą dobytku. Cóż miał tam do ogarnięcia? Żadnych wymagających doniczkowych kwiatków, usychających z tęsknoty za porządnym Aquamenti. Żadnych rybek w akwarium, oczekujących ponownej dostawy suszonych przysmaków. Żadnych drogich artefaktów albo złotych przedmiotów, które mogłyby paść ofiarą zdesperowanego złodzieja, sądzącego, że w zapuszczonej kamienicy odnajdzie swój łup życia. Zatęchła kawalerka nie kojarzyła się już Benjaminowi z wolnością a wręcz przeciwnie, z więzieniem. Z czterema ścianami smutku, żalu i wściekłości. Z przepoconym, wilgotnym od łez prześcieradłem, przez które przewinęło się zdecydowanie zbyt wiele przypadkowych osób. Z roztrzaskanym lustrem, połamanymi krzesłami i dziurą w ścianie, stanowiącymi namacalne ślady postępującej autodestrukcji. Z odurzająco słodkim zapachem pleśni, wnikającym w ubrania i włosy, otaczającym go nieznośną chmurą zepsucia. Nie, nie chciał do tego wracać: stanięcie oko w oko z przeszłością, uprzedmiotowioną w kilkunastu metrach kwadratowych burdelu, bolało. Nie miał jednak wyjścia, głównie z powodu chęci pozamykania pewnych spraw, wypróbowania nowej odwagi, dowiedzenia się, co u Charlotte...jak i z bardzo prowizorycznego braku odpowiednich ubrań. Po awansie nie przystało już pojawiać się w Peak District w czerwonej, kobiecej koszuli z falbanką na piersi, odpowiednio dopasowanej do rozmiarów Benjamina zaklęciem powiększającym. Nie, żeby nie wyglądał w niej bardzo gustownie, ale...wolał jednak nie przyciągać krzywych spojrzeń. Nie, kiedy zdobywał coraz większą odpowiedzialność i wracał na prostą.
Pojawiał się więc przed drzwiami swojego koszmaru dość zniechęcony, ale spokojny, od progu wiedząc, że coś jest nie tak. Lotta nie była sama, lecz na szczęście nie towarzyszył jej tabun zaćpanych znajomych a...stworzenie. W pierwszej chwili pomyślał, że biegnąca w jego stronę futrzasta kulka to zmutowany sierściowo szczur, który wytarzał się w czarnych kudłach, przyklejających się do ciała. Zanim zdążył posłać ku niemu zaklęcie unieszkodliwiające, stwór radośnie zaszczekał, pozwalając mistrzowi opieki nad magicznymi stworzeniami zaklasyfikować czworonoga jako...psa.
Szczeniak o długiej, czarnej sierści, zasłaniającej nieco brązowe ślepia. Merdał wesoło ogonem, szczekał piskliwie jak chłoptaś w pierwszej turze mutacji i zdawał się tak niepasujący do obskurnego (acz uporządkowanego, zauważył to od razu) wnętrza, że Ben zatrzymał się w pół kroku, zerkając to na zwierzaka, to na wyraźnie uradowaną Lottę.
- Charly - zaczął, zdezorientowany i poruszony zarazem. - Cieszę się, że zadomowiłaś się tu na tyle, by otworzyć schronisko - rzucił żartobliwie, na razie nie robiąc żadnych dalszych gestów. Chciał przytulić dziewczynę, ale rany na ramionach nie zagoiły się do końca, ciągle sprawiając ból. Chciał dowiedzieć się, jak radziła sobie pod jego nieobecność, ale na razie dziwne rozczulenie ściskało go za gardło. Przykucnął przed psiakiem, kładąc dużą dłoń na jego karku. - Wyrośnie na małe bydle - przewidział z mimowolnym zachwytem.

przepraszamzazamułkęodpisową :c




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   03.02.17 1:35

W każdym razie nie był naćpany, ani świeżo po otrzeźwieniu. Może na prawdę dłużej nic nie brał? Jakoś nie mogła długo odpychać od siebie podobnych myśli. Ben był jedną z jej najbliższych osób, jak mogłaby się nie martwić? Nie chciała, żeby stawał się taki, jak jej rodzina, żeby powoli się staczał. Nałóg ze wszystkimi robi to samo, tego była pewna. Ben miał zdecydowanie twardszy kręgosłup, ale to wiele nie zmieniało. Przynajmniej w oczach rudej: alkohol, czy narkotyki to uzależnienie, coraz większe zobojętnienie, coraz większe uczucie skierowane butelce, czy strzykawce i coraz większa apatia w stosunku do ludzi. Coraz mniej godności, coraz bardziej żałosne zachowania. Nie było wyjątków. Trudno jej też było uwierzyć w możliwość wyjścia z nałogu, ale bardzo liczyła, że mu się uda. Więc nawet uśmiechnęła się lekko widząc go we w miarę dobrym stanie. Tym bardziej, że widocznie spodobał mu się prezent.
- Chyba lubisz przybłędy, więc nie powinieneś się czepiać. - zauważyła, wzruszając przy tym lekko ramionami. - Ja nie będę tu na stałe, a chyba potrzebujesz pluszaka. - stwierdziła jeszcze. Chciałaby tu zostać. Ale przecież Ben ma swoje życie. Nie koniecznie potrzebuje bachorka szwendającego mu się podomu non stop. Na pewno powiedziałby inaczej, jednak zaczynała już czuć się nie na miejscu. Jakby nie powinna tu być, jakby się narzucała, choć doskonale wiedziała co by jej Ben powiedział na podobne obawy, pewnie niebawem stąd zniknie. Ale zostawi tu kogoś, kto będzie pilnował tego olbrzyma. - Poza tym ktoś musi się tobą opiekować. Ananas da sobie radę. Prawda, że jest świetny? Trochę przypomina mi ciebie.
Stwierdziła. Taka przybłęda. Jeszcze wyrośnie na bardzo dużego, pewnie ludzie będą się go bać, ale przecież widać, że to ciepła klucha. Potrzebuje bliskości, to wszystko. Pewnie będzie wierny i kochany. Może będą niezłymi kompanami. Lotta chyba trochę na to liczyła widząc, jak Ben bierze piskającego psiaka na ręce.
Przez chwilę myślała o kupieniu mu rasowego psa. Nie było jej stać na jakieś szczególne hodowle, ale gdyby zamówiła do sklepu ze trzy, jednego mogłaby dość tanio wykupić, ale... podobno przybłędy kochają całym sercem? Poza tym rasowy pies byłby tu chyba bardziej nie na miejscu od damy w garsonce i na szpileczkach.




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   03.02.17 16:28

Cieszył się, że zastał Charlotte w mieszkaniu. Sam mógłby mieć problemy ze stawieniem czoła przeszłości, ale Moore nie dość, że uporządkowała zagraconą przestrzeń, wyrzucając wszelkie relikty paskudnej przeszłości - zniknęły butelki, saszetki, igły i cały ćpuński osprzęt, żywcem wyciągnięty z mugolskich zaułków - to jeszcze wprowadziła do kawalerki aurę dziewczęcości. Może i z parapetów nie zwieszały się różowe kwiatuszki a obdrapana tapeta nie zmieniła koloru na fioletowy, ale do salonu dało się wejść bez potrącania różnych śmieci a dywanu nie pokrywała warstwa zapleśniałych okruchów. Szafkom daleko było to sterylności a ogólnie nieruchomość przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy, lecz w porównaniu z tym, co działo się tam przed ponad miesiącem, kawalerka mogła konkurować wystrojem z jakimś szlacheckim salonikiem. A ruda dziewczynka - z arystokratycznym potomstwem, którym przecież była.
Wright dalej kucał, gładząc psiaka po gęstej, nieco skołtunionej sierści, starając się odgarnąć z brązowych oczu największe kołtuny. Dobrze patrzyło mu z tych szczenięcych ślepi; zwierzakowi udało mu się liznąć głaszczącą rękę kilka razy i Ben uśmiechnął się jeszcze szerzej. Lżej. - W czym mnie przypomina? - spytał, mrużąc nieco oczy. Pozbył się krzaczastej brody i nieco przyciął po bokach huragan czarnych loków, więc nie mogło chodzić o skołtunioną sierść. Pachniał też (już) znacznie lepiej od zapewne wyciągniętego z rynsztoka stworzenia. A o radosnej ruchliwości mógł zapomnieć. Tak, kiedyś mógł przypominać szalenie energicznego psiaka, szczekliwego, gotowego do rozróby i szaleństw, ale teraz...
Pokręcił głową i z westchnieniem podniósł się do pionu, unosząc ze sobą...Ananasa? Nie, to imię zdecydowanie nie pasowało do tego kłębka szczęśliwego futra. - To Kudłacz - poinformował Charlotte, porzucając manierę nazywania wszelkich zwierząt w swym życiu smokami. Dojrzał? A może po prostu, dzięki Margaux, poszerzył nieco swój słownikowy repertuar. - A czy ja będę w stanie się zaopiekować nim? - podzielił się na głos nagłą wątpliwością. Branie odpowiedzialności za czworonoga wydało mu się jednocześnie przerażające i dające nadzieję. Młodziutka Lotta posiadła instynktowną mądrość: mając kogoś, kim miał się zaopiekować, będzie ostrożniejszy. Uważniejszy. Mniej skupiony na sobie. Psiak zamachał nieporadnie nóżkami w powietrzu i wydał z siebie zachwycone szczeknięcie; widocznie nie miał lęku wysokości.
- Jak sobie tutaj radziłaś? Bez większych problemów? - zagadnął, podchodząc do dziewczyny, by wolną ręką musnąć jej ramię w braterskim klepnięciu. Powoli rozejrzał się dookoła, dokładniej, nie pobieżnie, jakby obawiając się, że z któregoś wymiecionego kąta wychyli się do niego przeszłość, złośliwie szczerząc zęby i wygryzając mu dziurę w zagojonych ranach. Nic takiego się nie stało i Wright odetchnął z ulgą. - Dlaczego miałabyś nie być tu na stałe? Wracasz do tego Duncana? - zmarszczył krzaczaste brwi, odkładając Kudłacza na podłogę a gdy tylko łapki dotknęły podłogi, zwierzak pognał w dzikim galopie dookoła pokoju.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   05.02.17 23:13

- Będzie olbrzymem z wielkim serduchem. - stwierdziła, bo była tego pewna i bardzo jej to do Bena pasowało. Wiele oób mogłoby się bać Wrighta, ale przy bliższym poznaniu człowiek odkrywał, że to kochany wielkolud. - Napierw chciałam ci zamówić chiuauę tylko po to, żeby patrzeć jak ją wyprowadzasz, ale doszłam do wniosku, że schronikowy mieszaniec to jednak lepszy kompan od hałaśliwego szczura. - Uśmiechnęła się łagodnie. Do teraz wiele by dała, żeby zobaczyć jak Benjamin Wright przechadza się ulicami Nokturnu spychając na boki wszystkie zapijaczone męty i trzymając w dłoni smycz u końcu której znajduje się szczuropodobny piesek o wielkich oczach. Ale... no, z tym szczurkiem pewnie olbrzym nie złapałby podobnego kontaktu. Tak jej się przynajmniej wydawało. Ananas od razu został przygarnięty. I widocznie przechrzczony.
- Musisz się nim zaopiekować. On cię potrzebuje. - powiedziała mu pewnym tonem patrząc na tę nieporadną istotę. Jeśli Ben się stoczy, pewnie zrobi psiakowi krzywdę, więc może obecność tego malucha pomoże mu się jakoś trzymać? Miała taką nadzieję. Kiedy czujemy się komuś potrzebni, jest nam z reguły lepiej, bardziej o siebie dbamy, prawda?
Patrzyła, jak stworzonko porusza swoimi jeszcze małymi nóżkami, które z czasem pewnie nieźle się rozrosną i szczeka piskliwym głosikiem szczenięcia. Może jej ponury przyjaciel będzie miał dzięki tej istotce trochę więcej uśmiechu?
- Chyba nieźle. - stwierdziła, odwracając wzrok. Posprzątała ile mogła. Lęk i poczucie słabości i bezużyteczności jakie miała w sobie od jakiegoś czasu ciągle rosło i rosło. Pożegnała się (na zawsze?) z Tytusem. Bała się o swoją pracę po rewizji jaką jej zrobiono. Czasem zapuszczała się myślami w rejony od których do tej pory uciekała, choć nie chciała się przed sobą do tego przyznawać, wydawało jej się to żałosne. Czekała na wiosnę z naiwną nadzieją, że pierwsze promienie wiosennego słońca spalą wszystkie koszmary jakich się tej zimy namnożyło - A jak ta twoja znajoma? Lepiej ci? - spytała - Jak ręce?
Nie miała pojęcia, że poza tym co już widziała są tam dodatkowe blizny, już tym co widziała poprzednio się trochę martwiła, choć nie sądziła żeby temu wielkoludowi mogło coś takiego zaszkodzić. Ben zawsze wydawał jej się silny, zbyt silny żeby mogły go rozłożyć podobne bzdury - i oby się któregoś razu bardzo nie zdziwiła!
Jego pytanie za to widocznie zbiło ją z tropu. Sądziła, że Ben po prostu przemilczy temat, bo przecież powinna się wynieść, bo to nie jej dom, nie powinna mu siedzieć na głowie, prawda? Nie chciała mówić tego, jak to wszystko widziała.
- Kudłacz to przybłęda, ale chociaż urocza. Ileż można trzymać pod dachem dzieciaka. - wzruszyła ramionami. - Nie mówię, że dzisiaj. Po prostu nie będę ci przecież bezterminowo siedzieć na głowie. - dodała, bo i nie zamierzała wychodzić dzisiaj. Nie jutro, nie pojutrze. Zanim zacznie być problemem, nadmiernie zajmować prywatną przestrzeń właściciela tego mieszkanka. - Ben, ty masz jakąś rodzinę?
Spytała po chwili, bo w sumie niewiele o nim wiedziała, nigdy o tym nie wspominał. Nie była pewna, czy to nie jest jedno z tych pytań, jakich nie powinno się zadawać, ale najwyżej Wright ją zbędzie, prawda? Ruszyła zaraz do kuchni, żeby zrobić jakąś herbatę. Czuła się tu tak... swobodnie.




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   08.02.17 13:50

Nie do końca wiedział, jak wygląda rasa psa, którą Charlotte opisała jako hałaśliwego szczura, ale już to widowiskowe porównanie pozwalało mu odetchnąć z ulgą. Zdecydowanie wolał zwierzęta wielkiego kalibru. Smoki, testrale, garborogi, wielkie pająki. I wielkie psy, bowiem miał nadzieję, że Kudłacz naprawdę wyrośnie na sporych rozmiarów bydlę - o równie wielkim sercu. Porównanie Lotte nieco go wzruszyło, ale nie skupiał się na nim zbyt długo, woląc koncentrować wzrok na szalejącym po salonie psiaku, obwąchującym wszelkie kąty. Kudłaty ogon, będący tak naprawdę jednym wielkim kołtunem, machał wesoło, wzbudzając tabuny kurzu spod kanapy.
- Mam nadzieję, że lubi kąpiele - podsumował temat psa z śmiertelną powagą. Skoro on sam przekonał się - lub raczej został przekonany, mniej lub bardziej wyrafinowanymi środkami przymusu - do regularnego korzystania z prysznica, to i dla Kudłacza była nadzieja. Chętnie od razu wsadziłby go do wanny, ale wolał nie zapuszczać się do przestronnej łazienki. To tam najczęściej umilał sobie życie mugolskimi sprzętami do ćpania i to na chłodnych płytkach budził się najczęściej, marząc o śmierci lub ponownej dawce ulgi. Omijał drzwi prowadzące do tego pomieszczenia nawet wzrokiem, omiatając nim salon w ostrożnym poszukiwaniu rzeczy, które mogą być niezbędne podczas kolejnych dni - och, nie okłamuj się, masz na myśli t y g o d n i e - spędzonych u Margaux i Justine. Trochę znudziły mu się już różowe skarpetki i koszulki w paski, które nawet po potraktowaniu zaklęciem powiększającym, przy podniesieniu rąk do góry odsłaniały trochę umięśnionego brzucha.
- Dlaczego chyba nieźle? - zmarszczył brwi w wyrazie lekkiego zaniepokojenia, obrzucając Charlotte pytającym spojrzeniem. Nigdy nie drążył niechcianych tematów, dając dziewczęciu wolność w decydowaniu o tym, o czym może - i chce - mu powiedzieć, ale nie odpuszczał też tak łatwo. - Opowiadaj, mała - zaproponował, podchodząc do drzwi prowadzących do sypialni. Tu sytuacja wyglądała znacznie gorzej, lecz z ulgą zauważył, że nie wyczuwa w powietrzu zapachu Percivala. Już nie. Stanął w progu, z niepokojem oddychając dusznym powietrzem, lecz żaden druzgoczący zapach nie dotarł do jego nozdrzy.
- Ręce świetnie, ja też świetnie - no, powiedzmy, nie licząc zniszczonej psychiki, wyłamanego barku, rozciętych żył, złamanego serca i utraconego zaufania - U znajomej...a właściwie u znajomych zostanę jeszcze trochę, więc mieszkanie zostawiam w twoich rękach - rzucił przez ramię w stronę salonu: kawalerka była niewielka, nie musiał krzyczeć, by Lotte go usłyszała. - Przestań więc bełkotać o przeszkadzaniu. To raczej ja wykorzystuję twoją dobroć, dzięki której nie muszę martwić się o te cztery kąty - sprostował zgodnie z prawdą, otwierając trzeszczące drzwi szafy. Westchnął na widok bałaganu, po czym wyszarpał spod sterty ciuchów marynarski worek, pamiętający lata wędrówek po mugolskim świecie, i zaczął do niego pakować ubrania. Ostatnie pytanie Lotty zatrzymało go jednak w pół gestu. Zamyślił się, najpierw smutno, potem trochę weselej, uśmiechając się odrobinę. Miał matkę, która zapewne całkiem straciła już zdrowy rozsądek, popadając w szlacheckie szaleństwo. Miał ojca, zapracowanego, schorowanego, spokojnego, nieświadomego tego, co działo się w czarodziejskim świecie i co mogło mu zagrozić. Ale poza rodzicami - ile miesięcy ich nie widział? - miał przecież bliskich nie dzielących z nim krwi ani genów. Margaux, Justine, Fredericka, Leonarda, Ulyssesa, Eileen, Garretta, Glaucusa i wielu, wielu innych; wszystkich, których kochał i których pragnął ochronić. I choć ostatnie tygodnie nie były dla nich łatwe, to wiedział, że ma prawdziwy dom, ba, że ma wiele domów, wiele mieszkań, wielu przyjaciół, wielu braci i wiele sióstr. Było to krzepiące doświadczenie - bliscy nie przerażali go a dawali siłę. Nie martwił się o nich na zapas, w innym wypadku zapewne zwariowałby ze strachu, nie mogąc podjąć żadnych sensownych działań.
- Mam - odparł po długiej chwili milczenia. - I chętnie cię zapoznam z moimi siostrami. Może przedstawię cię jako moją dziewczynę? - dodał, pozwalając sobie nawet na niewybredny żarcik. Widocznie wracał - a raczej doczołgiwał się - do dawnej formy.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   08.02.17 18:19

- Jeśli nie to będzie musiał polubić. - stwierdziła, siadając po prostu na podłodze i patrząc na biegającego wesoło psiaka. Kłębek radości, który potrafił cieszyć się z każdej bzdury. Z tego, że przebiegł przez cały pokój, z tego, że spadł na niego listek. Teraz podbiegł do niej, złapał za koniec jej starej spódnicy i zaczął ciągnąć, z tego też mając widocznie niesamowitą radochę sądząc po tym, jak bardzo merdał przy tym ogonem. Lotta złapała za fragment w połowie i przyciągnęła psinkę materiałem, nie bardzo się martwiąc: póki jest taki malutki, wiele jej nie popsuje, przynajmniej nie za szybko.
Wywróciła psinę i zaczęła drapać ją po brzuszku.
- Myślisz, że mogę mieć problemy? - nie było sensu marudzić i opowiadać, działo się i wiele i mało, i dobrze i źle, ale całkowicie nic nie rozumiała z tego, co się dzieje w tym świecie i to był chyba jeden z powodów jej zmartwienia. Czując się niepewnie była bardziej nerwowa. Może Ben ją uspokoi? - Wiesz, czepiają się mugoli i mugolaków. - wzruszyła ramionami, ale dalej zajmowała się psinką. Wzięła ją na ręce i odgarnęła sierść z oczu słodkiego malucha. - Mam na myśli większe problemy, niż to, że się komuś nie spodobam. - zaznaczyła jeszcze, bo i takie problemy to mógł mieć każdy czy magiczny, czy niemagiczny, takie mogła mieć od zawsze, bo tu mieszkała, takie miewał Ben, choć z jego rozmiarami pewnie człowiek dwa razy pomyślał, zanim uznał, że mu się Wright nie podoba. - Była jakaś dziwna inspekcja w sklepie. Nic złego się nie stało, ale komu w ogóle wpadło do głowy, że pani Pickle coś czarnomagicznego przemyca? - wyjaśniła jeszcze, o cojej chodzi i wywróciła oczami. Nic się nie stało, w sklepie niczego nie było, nie myślała więc o tym wiele, ale chyba to był główny powód jej ostatnich rozmyślań. - Chcę tylko usłyszeć, że wyolbrzymiam, wiem, że to głupie.
Dodała, patrząc na niego. Przecież to ona, mała istota w wielkim świecie, ludzie z reguły w ogóle nie zwracają na nią uwagi: i dobrze, że tego nie robią. Czemu miałaby się bać? Kłopoty na pewno mają urzędnicy wyższych szczebli, a nie dziewczynki sprzedające ludziom psiaki i kociaki.
Spojrzała za Benem, kiedy wspomniał o tym, że jeszcze trochę go nie będzie i skinęła głową, choć przecież nie mógł tego widzieć. Psiak deptał właśnie materiał spódnicy pomiędzy jej nogami, ale zaraz przebiegł do salonu w którym duży człowiek zbierał swoje rzeczy z szafy i teraz to końcówkę jego nogawki zaczął gryźć swoimi małymi ząbkami.
- Myślisz, że przyjmą Kudłacza, czy ma tu na ciebie czekać?
Zostawiła więc temat terminowości swojego bycia tutaj, nie było sensu wymyślać problemów które może się kiedyś pojawią, nie ma potrzeby dyskutować o tym co będzie i za ile czasu. Po prostu: zobaczą.
Na propozycję przedstawienia jej bliskim Bena jako jego dziewczynę, uśmiechnęła się kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem. Dobrze, że Ben wrócił do siebie. Ona zdecydowanie potrzebowała kogoś mniej ponurego od siebie. Choć pewnie teraz nie trudno żeby wydawał jej się wesoły. Jakoś tak nie mogła wyrzucić z pamięci tego w jakim stanie zastała go tu ostatnim razem.
Zalała w końcu herbatę i objęła kubek w obie dłonie.
- Pijesz herbatę? - spytała jeszcze, zanim ruszyła znów do salonu. - Jeśli chcesz żeby twoi bliscy stracili wiarę w ciebie to można. Może być śmiesznie.
Miała wrażenie, że przy Benie wygląda jeszcze bardziej na dzieciaka. Była ciekawa tych sióstr, kim są, jakie są. Wyglądało na to, że potrafiły zdziałać cuda z psychiką Benjamina.




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   09.02.17 13:10

Skupiał całą swoją uwagę na próbach odnalezienia w stercie niezbyt świeżych ubrań okazów czystych i pozbawionych dziur, co wcale nie było takie proste. Podniósł do góry najbardziej elegancką, ciemnogranatowa koszulę - śmierdziała zgnilizną. Przez chwilę miętosił ją w dłoniach, zastanawiając się nad jej losem, ale w końcu zdecydował się zabrać ją ze sobą. Wcisnął ją do worka, ponownie przerywając przekopywanie szafy, by przetrawić pytanie Charlotte.
Westchnął cicho. Tak jak się spodziewał, antymugolska, nienawistna polityka zataczała wokół niego coraz ciaśniejsze kręgi. Martwił się rychłym przesłuchaniem Justine i Margaux, ale niepokój nie dotyczył tylko jednostek mu znanych i bliskich. Nadchodziły ciężkie, ciemne czasy, a czarne chmury kąsały spokój ducha z każdej z możliwych stron, widocznie sięgając kłami także po niewinną Lottę. Wright cieszył się, że znajdują się w innych pomieszczeniach, bowiem nie potrafiłby ukryć wyrazu zafrasowania na poobijanej twarzy.
- Obawiam się, że nie wyolbrzymiasz problemu, Charly - odparł ostrożnie, z rozwagą. Okłamywanie dziewczyny byłoby oznaką tchórzostwa: powinna wiedzieć, co dzieje się dookoła, by bardziej na siebie uważać i podejmować sensowne decyzje, które nie doprowadzą ją do Tower. Albo w gorsze miejsce. Ze złością zaczął upychać kolejne koszule, wyobrażając sobie, że guziki to oczy Grindelwalda a porozrywane nitki: tajemnicza trzecia siła, mogąca okazać się gorszym paskudztwem od reżimu Gellerta. - Podejrzewam, że będzie coraz gorzej, zwłaszcza dla tych, którzy nie mogą poszczycić się głupim rodowodem francuskich piesków - burknął, odkrywając w sobie przysypane piaskiem bólu pokłady złości wobec nowej polityki i jej aroganckich przedstawicieli. - Dlatego powinnaś na siebie uważać. I nie ściągać na siebie kłopotów. I tak, mówię to ja, osoba działająca na problemy jak magnes, więc weź to sobie do serca - kontynuował niemalże ojcowskim tonem, groźnym i opiekuńczym zarazem, chociaż klęcząc przy szafie, wśród niezbyt aromatycznych szat, wyglądał jak pierwszy lepszy lump a nie jak głowa patchworkowej rodziny.
- Na razie na Nokturnie może być najbezpieczniej, ci nawiedzeni wariaci z ministerstwa boją się tutaj zaglądać, ale to kwestia czasu, kiedy i tutaj zrobi się...nieprzyjemnie - kontynuował tyradę, przyglądając się Kudłaczowi, wbiegającymi do sypialni w dzikim pędzie. Podobne rozważania o bezpieczeństwie Nokturnu mogłyby brzmieć groteskowo, ale dla ich dwójki, przywykłej już do atmosfery labiryntu przeklętych uliczek, Śmiertelny był względnie oswojonym złem. Wiadomo było, kogo unikać, gdzie się nie zapuszczać i kim postraszyć, gdy dojdzie do niechcianej konfrontacji. Jednak wśród tej znajomej zgnilizny pojawiały się nowe wpływy, o których na razie tylko szeptano w najmroczniejszych kuluarach. To nie było miejsce dla niego, a już na pewno: nie dla młodej dziewczyny. - Pomieszkasz tu jakiś czas, meldując mi się regularnie sowami, a potem zastanowimy się, co dalej - podjął heroiczną decyzję, przez chwilę zastanawiając się, czy nie zaciągnąć na St. James także i Charlotte, ale czuł, że i tak przesadnie dysponuje metrażem dziewcząt. Ale jeśli wszystko ułoży się tak, jak zaplanował, kto wie, może niedługo będzie w stanie stworzyć własny dom. Z zadumy wyrwało go szarpnięcie zębów Kudłacza, który przestał bawić się spódnicą Lotty.
- Zabieram go ze sobą - postanowił, rzucając psiakowi jakieś poszarpane spodnie, które mogły zostać doszczętnie zniszczone. Oby nie siał podobnej destrukcji wśród kwiatków Margaux.
- Tylko herbatę - odparł, wzdychając i podnosząc się z kolan. Tęsknił za ognistą, ale postanowił oczyścić się całkowicie. Przynajmniej dopóki nie stanie pewnie na nogach i nie zaleczy do końca ran, pieczołowicie ukrytych pod bandażami i materiałem koszuli. Pociągnął za sobą worek, wracając do salonu i prawie potykając się o Kudłacza, mocującego się z rozerwanymi nogawkami spodni. Westchnął ponownie, rozdzierająco - temat utraty wiary ciągle niezmiernie go bolał, dlatego poważnie zastanowi się zanim faktycznie wykona ten niesamowicie wyrafinowany żarcik. - Nie stać mnie na pierścionek dla ciebie, więc pewnie zorientują się, że udajemy - powiedział, podchodząc do stojącej w kuchni Charlotte, by ponownie poczochrać jej długie, rude włosy. - Dziękuję - mruknął nagle, ponownie. Miał za co. Opiekę nad mieszkaniem, spokój, jaki tu wprowadzała, cudowny prezent w postaci szalonego czworonoga. Niedługo się jej odwdzięczy, nie wiedział dokładnie jak, ale wpadnie na to. Z pewnością.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Charlotte Moore
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t3142-charlotte-moore-budowa http://www.morsmordre.net/t3147-poe#51864 http://www.morsmordre.net/t3146-char#51861 http://www.morsmordre.net/f287-smiertelny-nokturn-13-12 http://www.morsmordre.net/t3187-charlotte-moore#53052
Pracownica sklepu ze zwierzętami
16
Szlachetna
Panna
Altruiści i idioci umierają młodo.
0
0
0
0
0
0
7
0
Charłak

PisanieTemat: Re: część pierwsza   09.02.17 17:13

Nie to chciała usłyszeć, ale nie mogła mieć żalu do Bena. Raczej nadal wydawało jej się to dość nieprawdopodobne. Nie, żeby do tej pory świat ją kochał, ale raczej dla większości osób mogłaby po prostu nie istnieć. Póki osoby, których się bała były daleko, a tak było już od jakiegoś czasu, było dobrze, spokojnie. Nie była ważna. Nie miała ambicji bycia. Nie będzie wielkim politykiem, który któregoś razu zacznie krzyczeć "równość dla charłaków!", wymyślać postulaty i inne bzdury, brała życie takim jakie było, dorzucając w nie zabawę kiedy się dało. Więc czemu nagle miałaby zacząć mieć znaczenie dla całej tej polityki, której i tak nie rozumiała? Wiedziała, że nie chodzi o nią-nią, a jakąś grupę, jednak nadal trudno było jej to wszystko tak wprost pojąć. Z resztą chyba nie jest rolą młodych ludzi rozumienie wszystkiego na świecie.
Nie dopytywała mocniej, bo jej zainteresowanie polityką wbrew pozorom nie wzrosło. Nie sądziła, żeby Ben miał odpowiedzieć na jej wszystkie pytania, obchodziło ją z resztą tylko tyle: jakie może to mieć konsekwencje dla niej.
Zrobiło jej się jednak miło, bo widziała, że Ben się o nią martwi. Uśmiechnęła się łagodnie. Bo było to po prostu całkiem miłe. Nie było sensu się nad tym roztkliwiać. Ale chętnie wyśle mu od czasu do czasu sowę. Choćby z krótkim "nadal żyję jakby co".
- Lubię być na Nokturnie. - powiedziała na informację, że tu może być najbezpieczniej. To, co powiedziała mogło brzmieć głupio, równie głupio jak fakt, że jest tu bezpiecznie. Ale czuła się tu na miejscu. Nie było bogatych panienek patrzących na nią z litością, wiedziała gdzie się schować w razie czego, albo gdzie iść, kogo unikać i co gdzie zrobić. - Jest mały i ma swoje dość jasne zasady. Nie gubię się w nim. Wszystko poza nim jest jakby dziesięć razy bardziej nieprzewidywalne i pokomplikowane. - wyjaśniła jeszcze, choć Ben pewnie złapał co miała na myśli. Nokturn wydawał się po prostu łatwiejszy, jak już się do niego przywykło.
Nie wątpiła, że kiedy i tutaj zaczną wchodzić nowe zasady, nokturnowe towarzystwo będzie się dzielnie broniło. W końcu mało która łajza to szlachcic, a te łajzy lubią to miejsce.
Zatrzymała się, żeby zalać jeszcze jeden kubek i z nimi wyszła. Spojrzała na psiaka szarpiącego się z materiałem i zapełniający się wór mniej zniszczonej części garderoby Wrighta.
- Starasz się dbać o wizerunek, hm? - rzuciła, patrząc na wór. - Możesz powiedzieć, że mój ojciec kazał ci się wynosić i nici z zaręczyn, bo ja tylko po błogosławieństwie je przyjmę.
Puściła mu oczko rozbawiona tą wielką abstrakcją i dała się poczochrać. - Spoko. Oby się tobą opiekował. - powiedziała uznając, że chodzi o psa i ciesząc się tym bardziej, że prezent został doceniony. Zaraz z resztą czeka go pierwszy spacer z Benem, Lotta była pewna, że we dwóch podbiją nawet najbardziej zlorowaciałe serca na całym Nokturnie. Podeszła do drzwi po obróżkę, żeby założyć ją małemu sierściuchowi.




One day
the Grave-Digger had been approached by the stranger, who asked the way to town. He seemed strangely familiar, although they had never met.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
30
10
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   10.02.17 17:13

Przewidywał, że właśnie taka odpowiedź padnie z ust Charlotte. Pomimo różnicy wieku i doświadczeń, w pewnych kwestiach doskonale się rozumieli. Do niedawna także Benjamin uważał Nokturn za swój dom, za jedyne miejsce, gdzie mógł być w pełni sobą. Może i często nadstawiał karku, ryzykując życiem i zdrowiem podczas pijackich potyczek, ale ciągłe niebezpieczeństwo wydawało się rozsądną ceną za uzyskanie wolności absolutnej. Wolności, która okazała się być dla niego przekleństwem, doprowadzającym go na skraj wyczerpania.
Przebywając w kawalerce czuł słodko-gorzką nostalgię; niechęć do przeszłości, połączoną jednak z pewną zapomnianą tęsknotą. Spakować się i zniknąć bez słowa, zostawić za sobą wszystko, uciec: czyż nie tego pragnął przez lata? Odciąć się od ciężaru, pozostać nieosiągalnym, zrzec się korzeni, frunąć przed siebie tam, gdzie czekała przygoda i przyjemności. Naiwne, chłopięce mrzonki; zerkał na nie może nie ze wstrętem, ale z niedowierzaniem, zastanawiając się, dlaczego tak długo zamykał oczy na swój stan. Rozumiał swój ból, akceptował go, wyciągał z niego wnioski, prowadzące go w końcu ku dojrzałym decyzjom.
Opuszczenie Nokturnu z pewnością do takiej należało. Gdzieś w głębi duszy została już nieodwołalnie podjęta, lecz pozornie jeszcze się łudził, jeszcze zostawiał na gzymsie kominka zakurzone trofea Jastrzębi, jeszcze nie sprzedawał wątpliwego majątku jednookiemu właścicielowi mieszkań obok. Kawalerka na Śmiertelnym przestała jednak być domem i gdy rozglądał się po niej teraz, jego twarz pozbawiona była uśmiechu. Westchnął rozdzierająco, kiwając potakująco głową. Tak, świat poza plątaniną nokturnowych uliczek należał do skomplikowanych, lecz to tam właśnie zdrowiał, potrafiąc koncentrować swą energię na chronieniu dobra i bliskich mu ideałów. Chciał, by i Charlotte odnalazła tam swoje miejsce.
- Będziemy w kontakcie, mała - powiedział, gdy Lotta przywołała szalejącego psiaka, mocno wzbraniającego się przed nałożeniem na szyję obroży. W końcu udało się poniekąd zniewolić, lecz Benjamin nie zamierzał prowadzić się z nim na smyczy jak jakiś arystokrata. Wziął od razu szczeniaka na ręce i ignorując język, liżący go po twarzy, uśmiechnął się do Charly. Zarzucił na drugie, lewe ramię worek z ciuchami, i skierował się w stronę drzwi, nie oglądając się za siebie.

ztx2




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: część pierwsza   23.02.17 3:38

Zarzucił ramię przez szyję Benjamina, wspomagając się na jego ramieniu i z jego pomocą wstał na chwiejne nogi; wciąż ledwo na nich stał, a przy gwałtownej zmianie pozycji przed oczyma zatańczyły mu czarne mroczki. Ale wsparcie było silne: uwiesił się na nim, nie do końca wiedząc i nie do końca rozumiejąc, co się działo, wreszcie zostawiając za sobą tę paskudną, krwistą kałużę. Był w niej brudny, brudził nią Benjamina, ale to dawno temu przestało mieć znaczenie, teraz - trzeba było skoncentrować siły na dostaniu się do domu Wrighta. Umysł powoli zamykał się w sobie, adrenalina ulatywała z jego ciała, a przytomność słabła, kiedy uzmysłowił sobie, że już naprawdę było po wszystkim - gwardzista zaradnie wyczarował nosze, które wezmą wciąż nieprzytomnego napastnika z nimi. Nikt nie udzielił mu pomocy, nie miał już szans na ucieczkę, nie przy zdrowym Benjaminie. Im dalsze było zagrożenie, tym większy i jego spokój i tym mniej wysiłku wkładał w trzymanie się przytomności umysłu. Starał się nie być zbyt wielkim ciężarem, nawet jeśli mógł niewiele - choć pokładał się na Benjaminie całym ciężarem, drobił kroki samodzielnie. Zaklęcia gwardzisty nie działały tak, jak powinny, nie czuł żadnego przypływu sił i był zdecydowanie zbyt mało przytomny, by skojarzyć mieszkanie Benjamina z najstraszniejszą z ulic Londynu. Jako auror zdecydowanie nie był mile widzianym gościem na Nokturnie. Wydał z siebie mało zrozumiały pomruk, który w jego zamyśle miał być aprobatą na pomysł taszczenia za sobą napastnika.
Droga nie była długa, ale trudna z pewnością. Wciąż czuł ból, który przeszywał całe jego ciało na wskroś jak niewidzialna igła, wciąż czuł słabość, a po drodze raz za razem wypluwał krew; nie słabł jednak bardziej - Benjamin skutecznie zasklepił rozległą ranę na jego piersi, a chłód powiewów wiatru smagających jego ciało obnażone przez rozdartą szatę pomagało mu pozostać przytomnym. Nie mówił nic, nie marnując sił na pogawędki i skupiając się na tym, by rzeczywiście doczołgać się do kanciapy druha. Nawet nie zastanawiał się nad tym, czy mówił prawdę, czy chciał go jedynie uspokoić, zapewniając, że nie będą iść daleko - nie miało to po prawdzie żadnego znaczenia. Mieszkanie Benjamina brzmiało jak jedyne rozsądne rozwiązanie. Tylko raz, nim ruszyli, obejrzał się na lewitujące nosze - z lekką nieufnością.
Kamienica nie wydawała się z zewnątrz wyróżniać niczym szczególnym, ale oddech zatrzymał się w jego klatce piersiowej, kiedy tylko dostrzegł wysokie, spiralne schody. Niemym spojrzeniem usiłował się dowiedzieć - upewnić - że Benjamin mieszka nisko, niestety spotkał go srogi zawód: cóż, rozpoczynając tę mozolną wspinaczkę, miał chociaż nadzieję, że ich trzeci towarzysz przynajmniej kilka razy spadnie z zaczarowanych noszy i zaryję łbem o kant schodów. Po pokonaniu trzeciego piętra - zwątpił, potrzebując przerwy - w końcu dotarli na piąte, a Brendan osunął się na ziemię, odpocząć, nim gospodarz pokonał zabezpieczenia drzwi swojego mieszkania. Ze stłumionym jęknięciem i pomocą Bena znalazł się w środku i mocno wspierając się o ściany, nie czekając na zaproszenie - ani na protest, jego ubranie wciąż ociekało krwią - przewalił się na kanapę w głównym pomieszczeniu, potrzebował chwili - musiał odpocząć.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
 

część pierwsza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 9 z 12Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12  Next

 Similar topics

-
» Siostrzana miłość - czyli która pierwsza rzuciła jedzeniem
» Pierwsza planeta
» Pierwsza Lekcja Latania

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Śmiertelny Nokturn 20/6-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17