Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5
AutorWiadomość
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Salon   06.08.15 9:53

First topic message reminder :


Ze smakiem urządzony pokój dzienny służący głównie do wypoczynku i przyjmowania gości. Mieszkanie umiejscowione jest na ostatnim piętrze kamienicy dzięki czemu z okien rozciąga się zjawiskowy widok na miasto.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Allison Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t653-allison-avery http://www.morsmordre.net/t814-poczta-allison http://www.morsmordre.net/t815-allie http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1885-allison-avery#25620
Alchemik u Borgina&Burkesa, badacz
25
Szlachetna
Zaręczona
imagine that the world is made out of love. now imagine that it isn’t.
0
2
16
6
0
2
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   01.03.16 22:46

Obróćmy kota ogonem. Nie wylądowałeś w jednej z mungowskich sal, wyglądasz na całego i zdrowego – choć może to zasługa Selwyna, który przywrócił ci wszystkie zęby i odratował żebra; notuję sobie w głowie, by mu podziękować za to drobne donosicielstwo i niezastąpioną pomoc. Dobrze, że masz cienia, gdy wykazuję się karygodną absencją przy twoim boku, jednak spokojnie, zamierzam to zmienić. Pomimo że nie widzieliśmy się tak długi okres, wciąż nie spędzamy ze sobą wystarczającą ilość czasu. Wyczuwam twoje spięcie, szczególnie, gdy odsuwasz się ode mnie i w końcu mogę przyjrzeć się twojej twarzy. Tak podobnej do mnie, wyrażającej niepewność i strapienie, lecz bez żadnego siniaka czy rozcięcia. Nie mogę się powstrzymać, by nie dotknąć twojego policzka, jakby się upewniając, że wszystko dobrze i nie jest to żadna iluzja. Nic się nie stało - puśćmy to w niepamięć i nie powtarzajmy więcej.
- Napijesz się czegoś? – nie czekam na odpowiedź, widać, że potrzebujesz takiej formy ukojenia o wiele bardziej niżeli maści na zaleczone już, zewnętrzne rany. Nawet gdybym nie miała oczu, wszystko między nami zdaje się napięte niczym instrument podczas nastrajania, wydając nie do końca czyste dźwięki: niekomfortowe i tak bardzo do nas niepodobne. Odwracam się i zmierzam w kierunku barku, dając ci choć na chwilę odpocząć od przenikliwego spojrzenia, którym cię świdruję, wrażliwa na najmniejszy, podejrzany ruch mięśni twarzy. - Mogłeś powiedzieć, że chcesz z nim porozmawiać, mogliśmy zaprosić go do Znicza – mówię, wciąż stojąc tyłem, udając, że w skupieniu wybieram odpowiedni trunek. Tak naprawdę jestem niepewna twojej reakcji na moje podejście, w którym bez większych problemów akceptuję Alexandra, nic sobie nie robiąc z pokazywania się w jego towarzystwie w miejscu publicznym, miejscu najgorętszych plotek, które następnego dnia wylądują na stronach Czarownicy. Nie należy to wcale do najłatwiejszych czynności, bo serce wciąż się buntuje w nieprzyjemnych skurczach, jednak są on coraz to lżejsze i kto wie, może kiedyś do nich przywyknę? A ty wraz ze mną. Potrzebuję do tego twojego wsparcia; z czasem mamiące słowa Selwyna wyblakną w mojej pamięci, a ja po raz kolejny przeklnę jedną z ważniejszych, życiowych decyzji. Jednak teraz nie chce uciekać, próbuję wierzyć, że naprawdę nie jest taki zły, że jest jedną z kolejnych ofiar Samaela, a te wszystkie obietnice nie mają na celu uśpienie mojej czujności przed małżeńską rzezią. - Zajęłam sypialnie na górze, tę po prawej – informuję cię swobodnie, starając się zmienić temat. Gdzieś wewnątrz siebie obawiam się twojej reakcji, nie chce byś nią otworzył mi zbyt wcześniej oczy. - Nie masz nic przeciwko, prawda? – odwracam się z powrotem do ciebie, by podać ci kryształową szklankę z lodem i większą odrobiną Ognistej. Przyjmij ją, to doskonale oczyszcza rany i zamracza myśli.




I sit alone in this winter clarity which clouds my mind
alone in the wind and the rain you left me
it's getting dark darling, too dark to see

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Salon   16.03.16 21:49

Mugole zwykli mówić, że dobrymi chęciami jest wybrukowana droga do piekła. Cóż, zgodnie z takim myśleniem Søren powinien mieć już przygotowaną idealnie prostą drogę do tego miejsca. Ilekroć próbował coś zmienić, z naprawdę szlachetnie czystymi intencjami to zazwyczaj kończył najzwyczajniej źle. Tak jak teraz, kiedy chciał niejako naprawić swój błąd z festiwalu to oczywiście wszystko musiało się pochrzanić. Biednemu piasek w oczy, inne mugolskie powiedzonko, które naprawdę do niego pasowało.
- Poproszę - mruknął więc tylko w odpowiedzi na jej pytanie. Rzeczywiście perspektywa alkoholu jako środka dezynfekującego rany wewnętrzne była naprawdę kusząca. Czy jednak nie czyniło to go w pewnej mierze alkoholikiem? Nigdy tak naprawdę nie rozważał swojego upodobania w oprocentowanych trunkach. Zaczął po nie sięgać, gdy nikt nie mógł mu towarzyszyć, gdy sytuacja stawała się przytłaczająca, dusząca, niszcząca. Nie pił codziennie i nie zapijał się na umór, ale chyba nie trzeba tego robić, aby mieć z nim problem, prawda? W pewnym sensie przypominał w tym swoją matkę, którą widywał rzadko, ale jeśli już to zawsze z kieliszkiem czerwonego wina. Odstręczała go jednak myśl o takim podobieństwie, więc odrzucał ją daleko poza granice świadomości.
- Jestem dużym chłopcem i pewne rzeczy powinienem robić sam - rzuca kwaśno. Naprawdę ją kocha, ale chociaż są tak podobni i związani to stanowią dwie różne części. Nie zawsze może i wkrótce coraz mniej będzie mógł na niej polegać. Poza tym nie może wymagać od niej, aby wyręczała go w naprawianiu jego błędów. Musiał to robić sam. Zresztą robił to, gdy wyjechała, a on został sam ze sobą w Londynie. Nie zamierzał jej jednak wygarniać, że nauczył się samodzielności, to byłby cios poniżej pasa, a w końcu jej ból to jego ból. Nie był masochistą.
Kiedy informuje mnie, że wybrała już pokój nie mógł powstrzymać uśmiechu. Cała ona, podjęła decyzję i nie ma już od niej odwrotu. Zresztą cieszył się, że wreszcie będzie miał ją przy sobie, a z dala od całej tej chorej rodziny. Trochę spokoju przed ślubem dobrze jej zrobi.
- Nic a nic, cieszę się - mówi z kącikami ust lekko uniesionymi ku górze. Niezwykle rzadki widok, ale na pewno szczery. Kiedy odbiera od niej szklankę muska lekko jej palce swoimi. Niech wie, że nie jest zły. Nie umie być na nią zły. Nie zdążył jednak napić się Ognistej, gdy po pomieszczaniu roztacza się dziwny dźwięk. Szczek? - Słyszałaś to?




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Allison Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t653-allison-avery http://www.morsmordre.net/t814-poczta-allison http://www.morsmordre.net/t815-allie http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1885-allison-avery#25620
Alchemik u Borgina&Burkesa, badacz
25
Szlachetna
Zaręczona
imagine that the world is made out of love. now imagine that it isn’t.
0
2
16
6
0
2
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   31.03.16 20:33

Jestem szczęśliwa. Tak zwyczajnie, że Sorenowi nic nie jest, że u niego zamieszkam, że widmo ślubu jest jeszcze tak dalekie. Powinnam być szczęśliwa. Jednak za warstwą radości coś narasta, coś co odbiera mi możliwość czerpania pełnymi garściami z życia jakie mi zaplanowano, z jakim się pogodziłam. Strach trwa i odbiera mi wszystko, co we mnie najlepsze. Odwykłam od tego, od takich prostych, szczerych uczuć, stąd alkohol, który zagłusza wszelką emocjonalność wrzucającą mnie w wir niepewności; zabija uśmiech zastąpiony przez grymas wywołany palącym gardłem. Te stałe zmartwienia o najciemniejszej barwie, wciąż obciążają mój umysł. I nigdy nie odpuszczą. Z trwogą patrzę w nadchodzące dni, obawiam się o Sorena, teraz jeszcze w pobliżu znajduje się Alexander. Zamykam oczy, łapię kilka głębszych oddechów, godząc się z myślą, że to nigdy nie ustanie. Gdy odwracam się z drinkówką dla Sorena, nie widać już gnębiących mnie zmartwień – na ustach widnieje lekki uśmiech, jakbym nieprzerwanie cieszyła się z tego wspólnego momentu.
- Oczywiście, masz racje. Czasami wy, faceci, musicie załatwić coś między sobą i po swojemu – zmieniam ton, choć nie ma w tym wyrzutu, brzmi to jak próba otoczenia się niewidzialnym murem. - Cieszę się, że jesteś cały – dodaję, gdy odbiera ode mnie szklankę, lekko muskając moją dłoń.
Nie myli się, rzeczywiście słychać dziwne dźwięki, ni to smętne skomlenie, ni to niecierpliwa próba dostania się do salonu. Wzruszam ramionami, puszczając perskie oczko Sorenowi. - Pomyślałam, że przyda nam się towarzysz niedoli – wymijam brata i otwieram drzwi do kolejnego pokoju, z którego wylatuje szczenię, ciemne, nadaktywne i nad wyraz duże jak na swój wiek. Robi kilka kółek wokół moich nóg, by później skupić się na okrążaniu kanapy, ponownym doskakiwaniu do moich kostek, z radosnym poszczekiwaniem. I jak tu się nie uśmiechnąć i nie skupić na tym małym stworzeniu? - Nie będzie przeszkadzał, hodowca twierdzi, że ma w sobie odrobinę magicznej krwi, więc jest mądrzejszy, choć to chyba bajki dla klientów – odwracam się do bliźniaka, z nadzieją, że nie zobaczę na jego twarzy zniechęcenia. Będzie dobrze, a zwierzę nam się przyda… prawda? - Na Merlina! Quentin, niee! Zły pies! – wyrywa mi się, gdy szczenie podnosi nogę, by oznaczyć ulubioną kanapę Sorena. Szybko wyciągam różdżkę, rzucam zaklęcie na zwierzę, by pośpiesznie wyrzucić go przed drzwi wejściowe. Jeszcze tego brakowało, by skrzaty domowe musiały zająć się komplikacjami powstałymi z mojej pochopnej decyzji.
Stojąc na schodkach prowadzących do wejścia, wdycham coraz to chłodniejsze wrześniowe powietrze, o działaniu oczyszczającym duszę. Jeszcze nie jestem świadoma, że przyjemne chwile wkrótce doczekają się swojego końca, a ja po raz kolejny opuszczę kraj, zostawiając za sobą brata, narzeczonego, utraconą miłość, na Merlina, nawet niedawno zakupionego psa i własne szlachectwo.

| zt Pwease




I sit alone in this winter clarity which clouds my mind
alone in the wind and the rain you left me
it's getting dark darling, too dark to see

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   03.10.16 11:59

| 6 marca, tuż po wyjściu ze szpitala.

Skurczył się. Wraz z fizycznym ubytkiem sflaczała również pewność siebie, zmniejszona do niebezpiecznego minimum. Jeszcze nie bał się, że stawiając krok w przód boleśnie legnie na ziemi, lecz frustracja osiągała swe wyżyny, choć Avery zdawał się wyjątkowo spokojny. Nieco zmieniony, bo na jego twarzy nie gościł ten wystudiowany arystokratyczny chłód - odkrył, iż obojętność także mogą podszywać emocje. On owijał się w kokon strachu, trzęsąc się jak dziecko przed zapadnięciem zmroku, który przyniesie ze sobą najgorsze koszmary. Realistyczne; nie tylko w barwnej formie mary, przewiercającej go, gdy miotał się po łożu wstrząsany dreszczami, ale i kiedy myślał jeszcze całkiem logicznie.
Nierzeczywistość przemykała chyłkiem zza grubej zasłony, a on niczym szaleniec z zaburzeniami obsesyjnymi, wszędzie zaczął odnajdywać jej ślady. Strzępki materiałów, okruchy, drobne odciski na chirurgicznie czystej podłodze, zadrapania na meblach. Utożsamiał z niesfornym zwierzątkiem, robiącym bałagan w wielkim, starym domu... ingerującym w każdy, nawet najmniejszy detal leniwej egzystencji. Dziwne, lecz na sobie nie odnajdywał znamion destrukcji. Tkanka się zrosła, organizm stał się silniejszy, nie odczuwał żadnych skutków tragicznego wieczoru w bolących mięśniach, a i nie przypominał mu o tym rwący ból w nodze. Nie istniały widoczne ślady postępującego cierpienia, palącego mu trzewia piekielnym ogniem, nie przypominał ofiary paskudnej przemocy. Był sobą. Wysoki, barczysty, pochmurny, ale jakby starszy. Przygnieciony ciężarem odpowiedzialności, która spadła na niego zbyt szybko, by mógł zapobiec uderzeniu i zniwelować straty. Dopełnił formalności z cichą zgodą na każdy ich etap: mozolne wypełnianie dokumentów, pracowniczą niekompetencję, choć dawny Avery nie zniósłby ani czekania, ani gnuśności, natychmiastowo przywołując stażystów do porządku. Nie zrobił tego. Nie zrobił niczego, starając się umknąć przed zapętlonymi myślami, wyciszyć, nabrać głębokiego oddechu, niezbędnego przed spotkaniem z Julienne. Znowu umierał. Nabrał przeświadczenia, że zdarzyło się już wszystko i że kiedy ją zobaczy i szepnie do uszka dziewczynki pożegnanie, nic nie zdoła go zatrzymać. Obietnice przestały być wiążące, a wiotka jasnowłosa istotka stanowiła ostatni punkt podparcia. Nie mogła rozumieć, jak wiele zależało właśnie od niej, a Avery nie potrafił jej tego powiedzieć.
Muskał jedynie ustami jej pachnące włoski, desperacko tuląc do siebie drobniutką figurkę dziewczynki, tak niesamowicie przypominającej jej matkę. Żyła, oddychała, była przy nim, wyciągała przed siebie chude rączki, aby z tęsknotą potarmosić go za brodę. Granatowe oczy Samaela rozbłysły, po policzku spłynęła wilgotna stróżka, scałowana natychmiast przez Jill, patrzącą na niego w milczeniu poważnym, dziecięcym wzrokiem. Wziął ją na ręce, choć była na to już zbyt duża i ponad złotą główką zerknął na swego brata, który z dystansu obserwował wzruszające połączenie rodziny.
-Dziękuję - powiedział Avery, robiąc krok na przód - ku pojednaniu rodzeństwa? Chciał zdobyć się na więcej, na wyjaśnienie, na większą wdzięczność, ale w tej chwili walczył z samym sobą, aby nie poddać się niedorzecznej fali emocji, aby nie wybuchnąć czułością niedopuszczalną, aby właśnie teraz nie sprowadzić dla Julienne gwiazdki z nieba. Zasługiwała na szczęście, a on był potworem, ponieważ nie umiał nawet zadbać o jej bezpieczeństwo.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Salon   03.10.16 17:40

Nie wiedział, co nim kierowało. Przecież nie był Samaelowi czegokolwiek winny. Mógł bezdusznie odmówić jego prośbie, nie musiał wykazać się tym śmiesznym miłosierdziem. Czy starszy brat kiedykolwiek mu je okazał? Na pewno zapamiętałby coś tak niezwykłego. Tylko nigdy to nie nastąpiło. Søren otrzymał od niego zupełnie inne rzeczy, które mógłby mu teraz z nawiązką zwrócić. Wiedział przecież, że ten nie zwróciłby się do niego w innej sytuacji niż kryzysowej. Był zapewne brzytwą, której chwytał się w ostateczności, w dodatku prosił. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się nawet przeczytać tego słowa wychodzącego od niego. Tym bardziej wprawiło to Avery'ego w szczere zdumienie, ale nie zobowiązywało. Obaj doskonale wiedzieli, że odmowa nie będzie czymś niezwykłym.
Przecież nienawidził swojego brata.
Dzieciństwo, w którym to próbował stać się jego kopią wydaje się być niezwykle odległym rozmazanym wspomnieniem. Jak gdyby nie pochodziło z tego życia. Ale przecież rana na jego sercu nie jątrzyła się od zawsze. Było to proces rozwleczony w czasie, stopniowo i bezustannie tnący żywą tkankę. Można by pomyśleć, że do momentu powstania krwawej miazgi, ale to nie prawda. Samael był dla niego źródłem nieustającej troski, jednak to nie on zadał mu te wszystkie najgorsze ciosy. Nie był przecież dla niego najważniejszą osobą. Mógł go ranić, ale to wciąż nie było apogeum. Za tą palącą nienawiścią stała chłodna, pozbawiona braterskiej miłości obojętność, która nie była dostatecznym paliwem, aby podtrzymać płomień w pierwotnej wielkości. Był on zresztą niewielkim problem w porównaniu do wszystkiego innego z czym przyszło mu się borykać. Od momentu incydentu w rodowej rezydencji sylwetka brata blakła w jego pamięci jako żywa osoba, pozostając jedynie senną marą, demonem, który spędzał mu sen z powiek, ale mniej groźnym niż ci, których kochał. To właśnie oni przyczynili się do ostatecznej zagłady.
To dlatego przyjął pod swój dach swoją bratanicę. Była z nich wszystkich najczystszą istotą. Nieskażoną trudem życia, ludzkim złem i nie życzył jej tego. Nie była Samaelem, nie miał najmniejszego zamiaru karać jej za jego winy. Był popsuty do szpiku kości, ale ona była tą krystaliczną łzą sumienia, opłakującą niemo obu braci Averych, chociaż z zupełnie innych powodów. Inna pobudka była nieco bardziej egoistyczna. Zajęcie się małą Julienne było doskonałą sposobnością do zajęcia dzikich myśli. Nie mógł przy niej sięgnąć po butelkę zapomnienia, ale nie musiał tego robić, bo zapewniała mu ona solidną dawkę zapomnienia. Jego umysł szczęśliwie zapomniał o tym wszystkim, co tak bardzo go krzywdziło i skupiał się na bratanicy. Pozwalała mu od czasu do czasu unieść ku górze kąciki ust, które chyba bardzo dawno temu zapomniały jak to się robi. Ale teraz będzie musiał pożegnać się z tą chwilą wytchnienia. Siedział w milczeniu na kanapie, głaszcząc po łbie wiernie siedzącego obok psa, gdy przed jego oczyma rozgrywała się istna rodzina idylla. Kiedy Samael przerwał milczenie brwi Sørena uniosły się ku górze w zdziwieniu. Co to był za koncert cudów? Nie ruszył się z kanapy, więcej nawet, umościł się wygodniej, opierając lewą kostkę na prawym kolenie.
- Nie zrobiłem tego dla ciebie - podkreślił to, co napisał wcześniej w swoim liście tonem absolutnie pozbawionym emocji. Nie były mu już potrzebne.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   03.10.16 19:32

Pwease Nigdy nie widział w nim rywala. Nawet na początku, kiedy leżał w kołysce, a matczyna miłość powinna przenieść się na słodkiego noworodka, Samael nie martwił się o swoją pozycję. Młodszy brat był jedynie przykrym balastem, którego obecność należało cierpliwie znosić. Tolerować tak samo, jak dziecięcy płacz, niszczenie ulubionych chłopięcych zabawek, kradzione minuty spędzane z rodziną, gdy Laidan to maleńkiego Sorena trzymała na rękach. Upływające lata nie zmieniły niczego: on nadal pozostawał obcym, przybłędą, pałętającą się pod nogami, nieudacznikiem, zakałą, niechcianym i niekochanym przez nikogo, prócz swej bliźniaczej siostry oraz żałosnego ojca. Wyrządził mu niezliczone przykrości. Mógł wymieniać po kolei każdy grzech wieku dziecięcego, każdy młodzieńczy wybryk; przypominać sobie, jak go drażnił i nieraz doprowadzał do płaczu. Młodszy Avery szybko jednak zmężniał, swym uporem rozjuszając Samaela jeszcze bardziej. Nie dążył wprawdzie do całkowitej destrukcji brata, ale nie potrafił reagować nań cieplej, niż mroźną obojętnością, gdy po latach mijali się na korytarzach rodzinnej rezydencji lub siedzieli naprzeciw siebie podczas świąt. Trwało to na tyle długo, by mogli zapomnieć i zacząć budować swą relację od nowa, ale pojawiały się kolejne kości niezgody, rzucane między nich, o jakie walczyli zaciekle, bo każdy przecież był Averym i żaden nie chciał schodzić z pola bitwy na tarczy.
Samael przyzwyczajał się do myśli o zazdrości, wypłukiwał też nienawiść, metodycznie czyszcząc wspomnienia młodszego brata, który zbyt wiele słyszał, zbyt wiele widział i zbyt wiele wiedział. Nie stanowił zagrożenia, nie chciał umierać, ale... wadził. Jak niewygodny mebel, do którego ma się zbyt wiele sentymentu, aby wyrzucić go na śmietnik. Avery mógł miotać w niego zaklęciami, obserwować jak się dusi, okładać go pięściami i czuć krew brata zalewającą mu dłonie, lecz nie życzył mu śmierci. Wielkoduszne z jego strony, zwłaszcza wtedy, gdy okazało się, że podjął właściwą decyzję, a Soren udowodnił swoją przydatność.
Tak pomyślałby jeszcze niedawno, ale wartości uległy losowemu przetasowaniu i Samael mógłby nawet całować dłonie brata, dziękując mu za oddaną przysługę. Julie teraz była wszystkim, utrzymując go przy życiu i napełniając drobinami otuchy - a lekceważony Soren zapewnił jego dziewczynce opiekę, kiedy nagle go zabrakło. Ten gest oznaczał więcej, niż ich pojedynki, niż krew plamiąca koszule i choć Avery zdawał sobie sprawę, że dla brata nadal jest nikim, dla niego jednak coś się zmieniło.
-To nieistotne - odparł, kręcąc głową i tuląc do siebie drobne ciałko córki. Jasne włosy łaskotały go w szyję, kiedy wtulała się w jej zagłębienie i całowała lekko, miękkimi usteczkami. Tęsknił za bezkompromisową czułością i nie zważał na to, że nie powinien obdarzać jej pieszczotami, zachowując powściągliwość surowego ojca - pytała...? - urwał, marszcząc lekko brwi, bo Julie nie była głupia. Westchnął i nieproszony usiadł obok Sorena, pozwalając, by Jill wcisnęła się między swego wuja a jego pupila, choć najchętniej nie wypuszczałby jej z objęć ani na chwilę. Mogli jednak porozmawiać, wykorzystując dekoncentrację dziewczynki - jest najważniejsza - rzucił, łamiącym się głosem, patrząc, jak rozbawiona mierzy swoje małe dłonie z psimi łapami - muszę prosić cię o coś jeszcze - dodał, zmuszając się, żeby spojrzeć Sorenowi w ocz






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Salon   06.10.16 0:58

Ciężko byłoby mu wyobrazić sobie wszelkie motywy, które kierowały jego starszym bratem przez całe życie. Oprócz skrajnie różnego wyglądu kontrastowali również poprzez zupełnie odmienne charaktery. Niektóre ich cechy mogły wynikać z kwestii wychowania i bagażu doświadczeń, ale większość pochodziła z nich samych. Młody Avery nigdy nie czuł parcia na szkło ani potrzeby władzy, nikt nawet nie próbował mu tego jakoś wpajać, nie licząc oczywistych wartości rodowych, z którymi mimowolnie potrafił się często identyfikować. Nie zmieniało to faktu, że zawsze wolał stąpać w cieniu. Nie wybrał gry w Quidditcha dla poklasku, ale dla własnej satysfakcji, dla marzenia, dla siebie po prostu. Była to jego część, być może szlifowana przez wychowanie w blasku Samaela, a może po prostu wynikająca z natury osoby lubującej się w zwyczajnym spokoju. Posiadał w sobie dziwny pęd za pewną stabilizacją, spokojem, szczęściem. Mogło to uchodzić za coś przecież tak normalnego, ale w przypadku Sørena wydawało się być walką z wiatrakami. Przecież dobre zakończenie wydawało się być kompletnie mu niepisane.
Był jednak cholernie uparty. To prawdopodobnie jedna z bardzo rzadkich cech, którą mógł odnaleźć także w swoim starszym bracie. Obaj tak samo silnie i nieustępliwie dążyli do pewnych rzeczy czy realizacji spraw dla nich znaczących oraz zgodnych z wewnętrznym dekalogiem. Dlatego, gdy starszy wydawał się sięgać po wszystko, co wielkie i wspaniałe to młodszy ścigał nieustannie drobne, proste rzeczy, jakich życie nieustannie go pozbawiało. Dla odmiany poczucie straty trwało przy nim niczym najwierniejsza przyjaciółka, poklepując go po plecach i przypominających tych wszystkich, którzy od niego odeszli albo zostali mu brutalnie odebrani.
A teraz siedział obok Samaela. Co za przewrotność losu. Dotychczas na sam widok brata żołądek zaciskał mu się w pięść wypychając zawartość do góry. Być może wciąż nim gardził, ale nienawiść wypaliła się zostawiając tylko czarne pogorzelisko. Czy miało być podwaliną pod żyzną glebę nowej relacji? Avery nie był ani trochę optymistą, a nawet jego realistyczna strona nie rozważała takiej opcji. Spłonęło pomiędzy nimi wiele mostów, prawdopodobnie za dużo, aby móc coś odbudować. Zresztą, czy któryś z nich chciałby tego? Søren zbyt zajęty nurzaniem się w obojętności, którą znieczulał się naprzemiennie z alkoholem, nie był zainteresowany naprawą relacji z bratem będącym jednym z głównych czynników zniszczenia konstrukcji jego życia. Mimo to nie mógł pozbyć się dziwnego wrażenia, że coś się zmieniło. To proszenie w liście, a teraz podziękowanie było czymś zupełnie niespodziewanym. Kiedy w grę zaczynała wchodzić mała Julienne jego starszy braciszek zaczynał ukazywać inną twarz. Maskę? Tego nie wiedział, ale to tylko wzbudziło jego czujność. Nie oderwał jednak wzroku od bratanicy, gdy zawisło między nimi to pytanie.
- Tak. Miałeś niespodziewaną zagraniczną konferencję po tym jak zostałeś ordynatorem - poinformował go użytej na potrzeby małej wersji wydarzeń. Nie był wielkim, kreatywnym umysłem, a że wieści szybko się rozchodzą to półprawda zdecydowanie był najlepszym wyjściem. Kolejne słowa sprawiły, że blondyn mimowolnie obrócił głowę, nie tyle zaszokowany co zaintrygowany tą całą sytuacją. Coś na pewno musiało się wydarzyć. Albo działo się już od świąt Bożego Narodzenia, a on wciąż nie wiedział co. Teraz miał okazję się tego dowiedzieć. - Zamieniam się w słuch - rzucił, nie kryjąc w swoim głosie ironii, ale gdy przyglądał się twarzy Samaela to przez spojrzenie przebiegały mu błyski zaintrygowania.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   06.10.16 14:39

Odkrywał przerażającą prawdę, z kategorii tych, które nigdy nie powinny wyjść na światło dzienne. Skłonności kazirodcze trzech pokoleń, słabość do tej samej płci, nic nie mogło równać się ze świadomością, że został sam. Przekonał się, że wcale nie radzi sobie z życiem, że ciężary go przygniatają, że łańcuchy pętają mu kończyny, a on nie może się poruszać. Nie może wykonać strategicznego kroku w tył, nie może przeć na przód, tkwiąc biernie pośrodku i czekając. Bezczynność paraliżowała Avery'ego strachem i niemocą, czuł jak przesiąka kleistą substancją, znaczącą go jako kalekę. Nie myślał już o sobie inaczej - a przed oczami stawał mu obraz krwawiącego Colina - i wiedział, że zawiódł. Również siebie.
Soren powinien czuć satysfakcję; upodlił się przed nim, przychodząc doń z podkulonym ogonem i skamląc o pomoc. Szyderstwa, drwiny, kotłującą się nienawiść, przelana krew, pragnienie uczynienie z jego życia piekła. Miały być cuda, jak w Kanie Galilejskiej - zamiast wody w wino, przemianie ulegało jednak sielankowe szczęście. Wyłącznie upadek zmusił Samaela do skonfrontowania się z bratem; wstyd przepalał go od środka, powodując bolesne skurcze całego ciała. Niemo protestującego przeciw pojednawczym gestom, sprzeciwiającemu się choćby kolejnemu słowu, jakie mogłoby poprowadzić ich do porozumienia. Zastanawiał się, o czym myśli. Nie istniała żadna przeszkoda, aby wdarł się w podatny, miałki umysł, przesiał go, zebrał informacje i dokładnie wyczyścił. Miał go przed sobą na tacy - nie całkiem bezbronnego, lecz pozbawionego czujności, niemalże gotowego, aby przyjąć obce wpływy w swoich myślach. Napraszał się o to, kusił, prowokował, tym swoim jasnym spojrzeniem, tym wygięciem ust w lekkim grymasie (a ona krzywiła się identycznie), tą nonszalancką pozą. Samael musiał wariować, bo nagle na twarz Sorena, kalką nakładały mu się rysy Laidan; ostrzejsze, twardsze, tworzące męski profil jego młodszego brata. Który niespodziewanie stawał mu się bratem w prawdziwym tego słowa znaczeniu: gdy sumienie przypominało o wyrządzonych krzywdach, Avery nie odczuwał już irracjonalnej dumy, przekonując się już dogłębnie o swoim kalectwie. Było już za późno, by budować fundamenty pod braterską przyjaźń, ale czy wciąż mógł wznieść z popiołów szacunek? Posłużyć się śmieszną wymówką o rodzinnej solidarności? O honorze nazwiska, o respekcie dla przodków? Kogóż obchodzili nieżywi nestorzy, umarli przed wiekami i już dawno stanowiący pożywkę dla robaków?
Liczyli się tylko oni, istniejący tu i teraz - i wymieniający dziwne, badawcze spojrzenia, wzrokiem poszukując nieprawidłowości, szukając oznak tego, że coś się zepsuło, pękło, potłukło. Szklany kosz idylli rzeczywiście rozpadł się na miliony kawałków, ale każdy wbił się głęboko w tkankę, utkwił w skórze - możliwy do wyciągnięcia?
-Jeśli coś się stanie - rzekł cicho, bacząc, by żadne słowo nie dotarło do Julienne, beztrosko bawiącej się z psem - daj jej tyle miłości, ile tylko zdołasz. Ona bardzo tego potrzebuje - poprosił, zwracając się ku córce, obserwując jak piszczy z radości, a lekko skręcone włosy rozsypują się w nieładzie po jej pleckach. Nie musiał tłumaczyć, dlaczego o to błaga; Soren był dość bystry, by zauważyć w jego prośbie niepokojące sygnały niepewności, której przecież nigdy nie okazywał. Nie musiał tłumaczyć, dlaczego jego wybrał na opiekuna swej córeczki, nie musiał tłumaczyć, jak bardzo ją kocha. Zapukał do drzwi własnego brata jak żebrak po prośbie, a mimo wszystko starczyło mu determinacji i wstydu by wręcz ż ą d a ć od niego tej przysługi.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Salon   08.10.16 0:05

Ironią losu było jak bardzo stali się do siebie teraz podobni, chociaż żaden z nich nie miał tego najmniejszej świadomości. Nie można jednak mieć wątpliwości, że z jakichś nikomu nieznanych przyczyn los postawił ich w mniej więcej takim samym punkcie. Trafili do niego nachodząc z zupełnie różnych stron, niosąc odmienny, chociaż równie przytłaczający, bagaż życiowych doświadczeń. Obaj zostali sami, co za ironia losu. Samael wiecznie żyjący wśród niegasnącej atencji innych i Søren, który przecież przez tak długi czas pragnął właśnie tej samotności. Tymczasem młody Avery został opuszczony, a jednocześnie tak spętany, że nie mógł się ruszyć. Od początku nowego, tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku stał się bezwolną marionetką. Lalką, która została pozbawiona samodzielności, a z drugiej strony niepozbawiona duszy, która cały czas bezsilnie pulsowała bólem. Czy mogło być coś gorszego?
Być może świadomość, że jego brat czuje to samo przyniosłaby mu ponurą satysfakcję. Tylko na pewno byłoby to jedynie krótkotrwałe uczucie, jednorazowa dawka ciepła, taka sama jak łyk ognistej. Chwila radości wypełniająca trzewia, odciągająca myśli od wszystkiego innego, ale właśnie - tylko chwila. Nie był mściwy, nie czerpał przyjemności z upadków i potknięcie innych, więc i ten wyjątek nie potrwałby dostatecznie długo. Nie sądził, aby czyniło go to głupim czy słabym. Wręcz przeciwnie, poczytywał sobie za siłę, fakt, że nie musi zaglądać do życia innych ludzi, aby poczuć jakieś ukontentowanie. Zresztą jego własne życie zapewniało mu na tyle dużo rozrywki, aby nie musiał przejmować się innymi. Chociaż czasem nie miałby nic przeciwko temu, żeby na jeden dzień stać się takim jak Samael. Wyrachowanym, bezdusznym, zimnym i bez serca. Próbował tego, ale poległ i teraz przyszło mu płacić za tę porażkę.
Nie miał teraz jednak żadnej świadomości tego, co dzieje się w umyśle jego brata. Nie był legilimentą, a nawet gdyby to nie próbowałby wdzierać się w jego głowę. Pozostawały mu jedynie te subtelne, nieświadome wskazówki, które zaledwie wskazywały zmianę, jakiej mógł się jedynie domyślać. Nie miał jednak żadnego pomysłu ani też specjalnego interesu, aby próbować rozgryźć tę nową sytuację. Dobrze mu było w tej skorupie słodkiej obojętności, w której ukrył się przed światem, doskonale udając, że nic i nikt go nie obchodzi. Co z tego, że czuł coś zupełnie innego, gdy spoglądał na targającą za uszy niezwykle cierpliwego psa małą Julienne. Niemyślenie było mu o wiele bardziej na rękę, chciał trzymać się fazy zaprzeczenia tak długo jak tylko będzie mógł.
- Zawsze się nią zajmę. Ale tylko dla niej. - Cicho potwierdza to, co mówił wcześniej. Brat nie zasłużył i prawdopodobnie nigdy nie zasłuży, aby Søren zrobił coś wyłącznie dla niego. Mógł mu jednak obiecać, że w razie potrzeby zajmie się tą kruczą istotką. Być może nieco z własnych, egoistycznych pobudek, ale z drugiej strony nie chciał dać jej skalać złem tego świata. Chciał mieć świadomość, że chociaż kogoś na tym świecie zdołał uchronić.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   08.10.16 15:08

Dopadało go paskudne wzruszenie, wyciskające z zaszklonych oczu wielkie krople, umierające w połowie swego żywota. Nie pozwolił im toczyć się po policzkach, zniknąć w gąszczu niestrzyżonej brody, spaść na ciemną koszulę, podkreślającą bladą, niezdrową cerę. I tak wyglądał jak uosobienie nieszczęścia, dziwnie sponiewierany oraz bierny, bez charakterystycznego zacięcia, bez iskry, prostującej jego sylwetkę i nadającej mu specyficznej, szlacheckiej godności. Krok utracił sprężystość, głos stał się schrypniętym pomrukiem, oczy przekazywały do mózgu zakłamany obraz, pozbawiony prawdziwego kolorytu. Soren, hałasujący radośnie pies, wygodne fotele; wszystko było rozmyte, wszystko za wyjątkiem Julienne, wywołującej w Averym skrajne rozczulenie.
Jedyne dziecko, córeczka, ukochana dziewczynka, personifikacja niegodnej miłości. Przypominała Lai, lecz nie sprawiało mu to bólu - wręcz przeciwnie, gdy w tej drobnej istotce odnajdywał kolejne pokłady szczerej dobroci. Była dzieckiem, niewinnym, słodkim i nawet, gdy manifestowała swe zachcianki nieznośnym zachowaniem czy krzykami, Samael wpadał w szczery zachwyt nad jej postępami. Zauważał jej delikatność, wrażliwość, przejęcie pałające na bladych policzkach, gdy rączką wskazywała mu na zranionego kociaka, niemo prosząc, by ukoił jego cierpienie. Nie potrafił odmawiać i nie zastanawiał się również, jak to możliwe, że jest tak od niego inna. Teraz, gdy klęczała na podłodze, tuląc się i tarmosząc z pupilem Sorena, Avery nie mógł nie zagryźć warg, nie mógł nie odwrócić wzroku, nie mógł nie zasłonić sobie uroczego obrazka. Julie czyniła go miękkim, zapewne nieświadomie i niezamierzenie, ale jednak... I mimo tego zależało mu na niej najbardziej na świecie, bo doskonale wiedział, że bez niego nie przetrwa. Ostatnią deską ratunku był Soren, dziwnie obojętny, choć Samael myślał, że wyrzuci go za drzwi, nim zdąży rzec choćby słowo. Powinien składać Salazarowi dzięki, że i on pokochał Julienne i że decyduje się dla niej zapomnieć o przykrościach, jakie doznał z jego ręki.
-Jestem ci coś winien - powiedział szybko, jakby bał się, że nagle zmieni zdanie i pozwoli na stracenie chwilowego sojuszu. Przypominającego raczej pakt o nieagresji, ale przecież pewne tabu zostało przełamane, a oni naprawdę rozmawiali. Może ograniczało się to do krótkich, pojedynczych zdań, może oboje się do nich zmuszali, lecz komunikacja została nawiązana. Pierwszy raz od kilku miesięcy, bo przecież nawet na pogrzebie ojca nie zamienili ze sobą słowa. Avery zawahał się lekko, wpatrując się w młodzieńczą twarz brata. Powinien mu powiedzieć? Czy przepaść między nimi mogłaby jeszcze się pogłębić?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Salon   15.10.16 1:05

Wszystko miało zacząć się w końcu budzić do życia. Wstać z tego zimowego uśpienia, letargu, w którym przyjemnie wegetowało przez dłuższy czas. A on miał wrażenie, że zaczynała się jesień. Liście z drzewa jego życia opadały we wspaniałym, ale brutalnym tańcu. Jeden po drugim, nie pozostawiając mu żadnych złudzeń, powykręcane gałęzie stopniowo stawały się nagie. I nic nie mógł z tym zrobić. Pozostawało mu jedynie bierne przyglądanie się całej tej sytuacji. Jedynym wyjściem wydawało się zaakceptowanie tego stanu rzeczy, a to chyba było w tym wszystko najgorsze. Brak jakiegokolwiek wyjścia, dotarcie do ślepej uliczki i uświadomienie sobie, że jakikolwiek bunt nie przyniesie żadnego pożytku. Nie przebije głową tego muru obojętnie jak bardzo będzie próbował. Mógłby co najwyżej rozbić własną głowę.
I zastanawiał się czasem nad tym. Spektakularny koniec wydawał się pewną alternatywą. Długoterminowym rozwiązaniem sytuacji, która rozwiązań wydawała się nie posiadać. Przecież chociaż jeden cholerny raz w życiu mógł zachować się jak egoista i zignorować wszystko. Zima nie pytała się nikogo o zdanie, kiedy przychodziła czy odchodziła, a więc dlaczego on miał za każdym razem pytać o pozwolenie? Definitywne zakończenie, banalne użycie czarnej magii przeciwko samemu sobie nie mogło odbić mu się czkawką. Ludzie nie będą mogli wytykać mu błędnej decyzji, co najwyżej złorzeczyć nad jego grobem. O ile ktokolwiek stanąłby nad nim. Miał dziwne wrażenie, że świat raczej odetchnąłby z ulgą. A mimo to nie potrafił. Głupie, idealistyczne podejście, śmieszne poczucie obowiązku wciąż go tu trzymało. A może to było coś zupełnie innego? Może to nie potrzeba chronienia Allison, która zostawiła go przecież nie bacząc na jego uczucia? Może to ta głupia nadzieja? Nie, że wszystko się ułoży. Nawet Avery nie był na tyle głupi, aby wierzyć w wielkie, szczęśliwe zakończenia. Myślał tylko o jednym. Tylko o nim.
Jego echo było obecne nawet tutaj, w towarzystwie Samaela. Właśnie ono sprawiało, że Søren siedział w tym dziwnym zamyśleniu. To miejsce najsilniej było przesiąknięte wspomnieniami. Bezwiednie przeciągnął palcami po gładkiej skórze kanapy. Nie mógł uwierzyć, że to co działo się na tej kanapie miało miejsce tak dawno temu. Jak gdyby minęły wieki, a nie zaledwie pół roku. Wtedy na pewno nie byłby w stanie siedzieć spokojnie obok swojego starszego brata. Naprawdę wiele zdołało się przez ten czas zmienić. Ale nie wszystko.
- Nie jesteś mi nic winien - odpowiada niemal natychmiast, a przez jego dotychczas spokojny ton w końcu zaczynają przebijać jakieś emocje. Twardość i pewność Nie chciał nic od niego, nie czuł potrzeby handlu wymiennego za opiekę nad Julienne ani jakiejś nagrody dla najlepszego wujka. Otrzymał od Samaela już zdecydowanie zbyt wiele. Może potrafił prowadzić z nim normalną rozmowę, ale nie oznaczało to, że nagle obdarzył go szczerym zaufaniem. - Myślę, że Julienne już chce wracać do domu. Tutaj nie miała najlepszych warunków. - Zwinnym ruchem podnosi się z sofy, a pies automatycznie unosi za nim łeb. Søren stoi jednak w miejscu, spoglądając znacząco na brata. Chyba czas zakończyć tę dziwnie nienaturalną sytuację.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Salon   19.10.16 11:54

Mieli już za sobą podobne chwile szczerości. Nie powinni ukrywać przed sobą tajemnic; Soren został spętany sekretami, więc pewnie skamieniał już doszczętnie na skandaliczne rewelacje. Siedząc obok brata, Avery czuł się dziwnie nieswojo i nie miało to wiele wspólnego z tym, że niezbyt dokładnie go widział, że kolory drgające na twarzy Sorena zmieniały go w monstrum, a jego zmuszały do stawienia czoła swym czynom z przeszłości. Czy żałował?
Raczej nie, bowiem przyznanie się do błędu kosztowało zbyt wiele. Zginanie kolan za szybko weszło mu w nawyk, więc tym razem trzymał się pozycji pionowej, choć pokracznie skrzywionej, karykaturalnej i groteskowej. Dziwaczna hybryda emocji buzująca w ciele dyktowała mu rozwiązania, ale Samael uparcie trwał przy swoich wyborach, wykluczających się z tak żałosnymi podpowiedziami. Byłby hipokrytą, licząc na litość Sorena, zresztą nienawidził tego specyficznego rodzaju współczucia, uderzającego w godność i hańbiącego bardziej, aniżeli... Bał się wypowiedzieć tego na głos, starał się nie myśleć, lecz coraz częściej nawiedzały go nieprzyjemne wizje. Kręcił się w kole, łamał się, a mimo tego, wciąż zaplątany w tej lepkiej sieci, z powykręcanymi kończynami, starał odciąć od siebie świadomość. Uciekając po omacku, jak dziecko, woląc oślepnąć, niż spojrzeć wprost na jeden ze swych największych lęków.
I nie były to zwierzenia, bowiem gdy słowa zostały wyrwane, Avery zupełnie stracił do nich poważanie. Wiedzieli wszyscy, mając jego obraz jako perfidnego zwyrodnialca. Szkoda, że nie znali całej tej historii, szkoda, że Tom nie podał więcej szczegółów. Może powinien spytać? Dlaczego pominął zamordowanie żony, upozorowanie jej śmierci, dzieciobójstwo, rodową legendę o bliskości krwi? Wyrwane z kontekstu zdania mierziły, ale to już się dokonało, a Samaelowi przyszło mierzyć się wyłącznie ze skutkami.
Ogrom odpowiedzialności nie większy, niż za ciążę Laidan. Było nawet podobnie, lecz wówczas nie spał i nie jadł, zaaferowany stanem swojej kobiety. Na jego barkach spoczywał ciężar dwóch istnień. Teraz... był pewny, że w wypadku najgorszym, Julienne nie pozostanie bez opieki. Jasnowłosa dziewczynka, jakby czując, że się w nią wpatruje, podniosła główkę, uśmiechając się szeroko. Rytmicznie kiwała rączką, wskazując na psa i na siebie, po czym z powrotem zajęła się zabawą. Oczy Avery'ego znowu się zaszkliły; mógłby oszczędzić sobie wstydu, ale nie potrafiłby zrobić tego ze względu na Julie. A ona także miała ucierpieć.
I choć Soren się zapierał, odmawiał i niemalże wyrzucał go ze swego domu, Samael potrzebował jeszcze jednego momentu, na zaczerpnięcie oddechu. Chciał wypluć z siebie wszystko, krótkimi frazami, wywołać kolejną burzę, odrobinę chaosu w nieuporządkowanym życiu. Soren nigdy nie był mu bliski; najwyższy czas, by dowiedział się, dlaczego.
-Szczerość? - rzucił w przestrzeń, uśmiechając się ironicznie, jakby znowu był sobą. Usiadł bokiem, wygodnie zakładając nogę na nogę, spokojnie wpatrując się w beznamiętnego Sorena. Nie przeszkadzało mu, że ten jest od niego wyższy, bezpieczniej czuł się wsparty na ciężkim meblu, aniżeli pozostawiony samotnie, zdany wyłącznie na swoje siły.
-Reagan nie był naszym ojcem. Był twoim ojcem. Ona nigdy go nie chciała - rzekł cicho, acz obojętnie. Ot, kolejny rodowy sekret z dawna pogrzebany, nagle wychodził na jaw, przy zupełnej bierności jednego z głównych intrygantów. Dług wyrównany - czyżby wyjaśnił właśnie zagadkę, dlaczego Laidan, matka, nie kochała swego syna? - i... - zawahał się na moment, również wstając i chwytając za rękę Julie - byłem z Fawley'em. Teraz wiesz wszystko - wyszeptał, dbając, by dziewczynka niczego nie usłyszała. Pożegnaj się ze stryjkiem, dodał do małej, po czym wziął ją na ręce i oddalił się w kierunku kominka, w którym zaraz miały rozbłysnąć zielone płomienie. Był naprawdę stęskniony.

|zt dla Avery'ego






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17