Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 St. James's Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: St. James's Park   10.03.12 22:16

First topic message reminder :

St. James's Park

Jest on najstarszym wchodzącym w skład królewskich parków w Londynie. Położony na wschód od Pałacu Buckingham, otoczony jest niezliczonymi drzewami i urzekającym morzem zieleni, które każdego dnia kusi dziesiątki londyńczyków do zatrzymania się w tym miejscu choćby na chwilę. Granice St. James's Park wyznaczają ulice The Mall na północy, Hourse Guards na wschodzie i Birdcage Walk na południu. W parku znajduje się małe jezioro o nazwie St. James's Park Lake, z dwiema wyspami, Duck Island oraz West Island. Most biegnący nad jeziorem pozwala zobaczyć wschodnią stronę Pałacu Buckingham otoczoną drzewami i fontannami oraz podobnie okoloną zachodnią fasadę siedziby Foreign Office. W parku nie sposób nie zwrócić uwagi na bezlik gatunków ptactwa wodnego, pięknego, barwnego, oczarowującego swym urokiem do utraty tchu. Wśród czarodziejów największym powodzeniem cieszy się nienanoszalna, obłożona anty-mugolskimi zaklęciami, dodatkowo skryta za rzędem gęstych krzewów niewielka alejka ze śnieżnobiałymi ławeczkami, uroczymi lampami i rabatami magicznych róż wydzielających słodkie, balsamiczne wonie.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Corentin Rosier
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3113-corentin-rosier http://www.morsmordre.net/t3132-prymulka http://www.morsmordre.net/t3119-godfather-nazwa-robocza http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t3255-corentin-rosier
legislator w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
51
Szlachetna
Żonaty
I spent my whole life trying not to be careless. Women and children can afford to be careless, but not men.
2
17
0
0
1
5
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   07.08.16 14:09

Ile kroków był w stanie jeszcze znieść? Był niezwykle świadom tego, że opuszczając rezydencje, nie będzie w stanie oddalić się na wystarczającą mu odległość bez przerw na przydrożnych ławkach, a teraz uciekał od śpiewaczki w takim zapamiętaniu, iż nawet wcześniej nie spostrzegł z jakim trudem przemierzał teraz ścieżki parku. Wysiłek znalazł odbicie na jego twarzy, gdy zmarszczył czoło, skoncentrowany głównie na tym aby poruszać nogami w sprężystym, rytmicznym chodzie, chociaż Harriett przecież mogła wyczuć, że wcale nie jest to dla niego tak proste jakby wydawało się z zewnątrz. Monety wróciły do kieszeni wraz z cichym westchnieniem właściciela. To wyjście było dla niego zdecydowanie łatwiejszym niż szalony przemarsz przy tak tragicznym akompaniamencie. Cudem było to, że w ogóle udawało im się rozmawiać. Darował sobie próbę ciągnięcia pokazowej rozmowy, skoro tak czy owak, „szyszymora” nie była nią specjalnie przejęta. Ponadto, nie był wcale pewien na jak długo wystarczy mu siły na tak ambitny odwrót taktyczny. Ściągnął brwi, kiedy dotarły do niego słowa lady Lovegood, ale zamiast od razu na nie odpowiedzieć, wypatrzył przed nimi wybawienie.
- Jak tutaj pięknie. Zróbmy sobie chwilę przerwy. - zarządził głośniej, aby śledząca ich samica sępa miała pewne pojęcie o ich poczynaniach i nie wpadła na nich, gdy się zatrzymają. Rozluźnił palce oraz ramię, wypuszczając Harriett z objęć, aby móc zasiąść na ławce. Ciężko i z wyraźną ulgą. Jego skóra była niezwykle blada, co można było zrzucać na miesiące zamknięcia, ale było w jej barwie coś zdecydowanie niezdrowego, odpowiedniego dla chwilowego osłabienia. Nie wiedział co ma sądzić o zmartwieniu okazywanym przez jasnowłosą. Sądził raczej, że to takie samo zmartwienie, jakie on okazywałby, gdyby okazało się, że jeden z kuzynów Cygnusa cierpi na groszopryszczkę, ale to pewnie dlatego, iż nie do końca jeszcze potrafił na nowo uwierzyć w dobroć ludzką. Zgorzknienie, jakie spłynęło na niego po zachorowaniu wciąż odciskało na nim swoje piętno.
- Nie do końca. - zdradził jej, spoglądając w jej urodziwą twarz i szukając w niej oznak właśnie tego zatroskania, jakie odnalazł w krzywiźnie jej ściągniętych brwi. Uśmiechnął się do niej lekko, chociaż z wysiłkiem, odnajdując w tym drogę na przeproszenie jej za to, że przysporzył jej swym stanem zmartwień.
- Potrzebowałem odetchnąć świeżym powietrzem. Wciąż nad sobą pracuję. - powiedział, opierając się wygodniej o tylną część ławki i odczuwając w związku z tym pewną ulgę w zmęczeniu. Nie chciał też, aby osoba, która tak właściwie go nie zna, musiała w ten sposób przejmować się jego stanem zdrowia tylko przez wzgląd na Tristana, ale z drugiej strony ta myśl rozgrzewała jego serce. Rad był, iż jego syn jest otoczony ludźmi, którym na nim zależy, a wśród których może szukać pocieszenia, gdyby coś jednak poszło nie tak.
- Nie musisz się martwić, lady Lovegood. - zauważył, bo przecież ich relacje nigdy nie były specjalnie zażyłe. Chciałby wiedzieć w jaki sposób jego stan zdrowia wpływał na Tristana z perspektywy Harriett, gdy nie mógł ruszyć się z łoża, ale nie byłby na tyle nierozsądnym, aby o to zapytać, chociaż miał o tym pewne pojęcie. Był po prostu zaintrygowany na jakim etapie teraz jest ich znajomość. To chyba nic dziwnego, że ojca interesują takie rzeczy, skoro niegdyś byli ze sobą tak blisko, a teraz Tristan jest już zaręczony? Chciałby też móc delektować się ciszą i szumem wiatru, jaki potrząsał bezlistnymi gałęziami drzew, ale kiedy wreszcie zamilknie śpiewaczka? A może już milkła, tylko on skupił się za bardzo na słabości w nogach i nadciągającej fali duszności? Wcale nie wyglądał zdrowo, ale jak zwykle starał się robić dobrą minę do złej gry.




who dares not grasp the thorn
should never crave the rose
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: St. James's Park   12.08.16 21:18

Przy całym tym narastającym w jej wnętrzu buncie przeciwko wyrażaniu aprobaty dla dręczenia pokutnymi dźwiękami przypadkowych przechodniów, Lovegood nawet przez myśl nie przeszło, że garścią złotych monet lord Rosier może pragnąć kupić sobie spokój, a próba zmieniania świata na lepszy nie znajduje się w kręgu jego najsilniejszych pragnień. Zmiana w jego postawie z początku pozostała niezauważona, chociaż półwila zwykła się uważać za osobę raczej spostrzegawczą. Czyżby więc chęć uratowania mężczyzny przed natrętną śpiewaczką tak bardzo przysłoniła jej umiejętność zdrowej oceny sytuacji, że niekończącym się marszem wpędziłaby szlachcica do grobu? Jeśli tak, można by rzec, że Corentin trafił z deszczu pod rynnę.
- Oczywiście - przytaknęła z miejsca, dopiero teraz uświadamiając sobie swoje zaślepienie. - To dobry pomysł - cień skruchy odmalował się na jej twarzy, gdy zasiadali na pobliskiej ławce, a jej w pełni unaoczniło się zmęczenie towarzysza.  Ostatnim, czego chciała, to wywołanie wrażenia, że się narzuca, dlatego też nie przyglądała się Rosierowi zbyt długo ani zbyt badawczo - zwróciła spojrzenie w kierunku znajdującej się naprzeciwko nich fontanny, której woda szumiała miarowo, jakby drwiąc sobie ze wszechobecnej zimy.
- Żałuję, że moje słowa nie mają żadnej mocy sprawczej, ale mam szczerą nadzieję, że dzisiejszy dzień okaże się być pierwszym krokiem na drodze do odzyskania sił witalnych - dodała, dłońmi odzianymi w skórzane rękawiczki wygładzając nieistniejące fałdy futra, które otulało jej wątłą sylwetkę. W gruncie rzeczy nie chodziło o to, że troska o Tristana nakazywała jej szukania powodów jego zmartwienia u źródła, w tym wypadku materializującego się pod postacią niedomagającego ojca - wiedziała, jak zżyty był z rodziną, a bezsilność w walce z chorobą kradnącą niepostrzeżenie bliską sercu osobę znała jak mało kto. W jej przypadku sprawy przybrały niekorzystny obrót, młodsza siostra Harriett została jej odebrana, zostawiając po sobie dziwne poczucie odrętwienia i pustki; nie chciała, by ktokolwiek inny musiał stykać się z podobnym scenariuszem, a sama myśl, że kolejny cios mógłby spaść na Rosierów, którzy wciąż nie przeboleli tragicznej straty Marianne, była nie do zniesienia.
- Proszę, wystarczy Harriett - odezwała się miękkim tonem, ściszając nieco głos. Minęło tyle lat, a jej nigdy nie udało przedrzeć się na drugą stronę muru oddzielającego ją od Corentina i chociaż już od dawna, odkąd karty zostały rozdane w inny sposób, a jasnym stało się to, że jej przyszłość nigdy nie będzie powiązana z rodem róż, nie odczuwała już palącej konieczności uzyskania aprobaty ze strony lorda Rosier, nieprzysługujący jej tytuł kłuł ją gdzieś pomiędzy żebrami, jeszcze bardziej niż mroźne powietrze wdzierające się do płuc z każdym kolejnym oddechem.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Corentin Rosier
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3113-corentin-rosier http://www.morsmordre.net/t3132-prymulka http://www.morsmordre.net/t3119-godfather-nazwa-robocza http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t3255-corentin-rosier
legislator w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
51
Szlachetna
Żonaty
I spent my whole life trying not to be careless. Women and children can afford to be careless, but not men.
2
17
0
0
1
5
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   19.08.16 19:53

Trafienie z deszczu pod rynnę nie było takie złe, gdy Twoją towarzyszką okazywała się być Harriett Lovegood. Lord Rosier zdecydowanie doceniał fakt, że nie starała się śpiewać, a wręcz wyrażała zainteresowanie jego stanem zdrowia. Uświadomiwszy sobie, że je nadwyręża, potrafiła przywołać na swoją twarz skruchę, tak nieczęsto przezeń widywaną na twarzach szlachciców. Mierząc wszystkich własną miarą, czasami potrafimy zapomnieć, że błąkają się po tym świecie także niespaczeni rzeczywistością, dobrzy ludzie. To poczucie spokoju, jakie ogarnęło go w towarzystwie jasnowłosej wdowy, sprawiło, że nie tylko rozluźnił się z jakąś niespodziewaną łatwością, ale także spuścił nieco ze swojego Rosierowego tonu, odszukując w sobie tego sympatyczniejszego, może w późniejszej fazie rozmowy, nawet odrobinę czarującego Corentina z czasów sprzed choroby, jaki potrafił zabrnąć w rozmowie dalej niż do etapu powitania. Jej towarzystwo cieszyło nie tylko jego oko, ale także i umysł. On, w przeciwieństwie do towarzyszącej mu lady, nie widział większego problemu we wpatrywaniu się w swą towarzyszkę. Od tak dawna nie widział żadnej „nowej”, a zarazem tak pięknej twarzy, nie należącej do członka jego rodziny lub medyka, zajmującego się jego zmaltretowanym chorobą ciałem i to spotkanie miało być dla niego czymś więcej aniżeli jedynie przypadkiem, od jakiego należałoby jak najszybciej uciec.
- Dziękuję, Harriett. - odpowiedział prosto na jej zaskakująco miłe słowa, wpatrując się teraz w to samo miejsce co ona, podczas gdy jego wargi wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu. Jej troska poprawiała mu nastrój. Lodowata woda przelewająca się wartko w fontannie koiła jego czymś mgliście zaniepokojone myśli, a chociaż nie potrafił zidentyfikować źródła tego poruszenia, z jego dłoni szybko odpłynęła krew, pozostawiając je lodowato zimnymi. Zaczął je leniwie pocierać, jednocześnie wracając myślami do swojej towarzyszki. Zaczął już nieco spokojniej oddychać, co nie było aż tak trudne tutaj, na świeżym powietrzu, więc czuł się w obowiązku do podtrzymania rozmowy. Teoretycznie powinno mu to przychodzić z łatwością, nawet jeśli nie znał Harriett zbyt dobrze, ale czy nie zdążył czasem wyjść już z wprawy?
- Jak się miewa Charlie? - spróbował, przypominając sobie, że lady Lovegood doczekała się syna, o którym tak na dobrą sprawę niewiele wiedział. Jego narodziny były jednak wystarczająco istotne, aby wieść o nich dotarła nawet do Rosiera seniora. To mogło być zbyt osobiste pytanie, więc zerknął na jasnowłosą, chcąc zbadać jej reakcję. Coś w jego spojrzeniu wyrażało troskę, ale i ostrożność. Może nawet martwił się odrobinę o jej dziecko? To byłoby nawet do niego podobne, wszak rodzina była dla niego niezwykle ważna, nawet, jeśli tak na dobrą sprawę nie była jego. Wciąż pamiętał, że swego czasu zastanawiał się czy to nie jego wnuki będzie bawiła ta dziewczyna.




who dares not grasp the thorn
should never crave the rose
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: St. James's Park   02.09.16 20:16

wybacz zwłokę, nie zauważyłam odpisu ;___;

Nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek zacznie sobie cenić spokój - ona, wielbicielka znajdowania się w centrum uwagi, bycia otoczoną medialnym szumem i zgiełkiem zainteresowanych nią mas, zadowolona niczym kot ze śmietanki z każdej gazetowej okładki, z której spoglądała wprost na nią jej własna, rozjaśniona czarującym uśmiechem twarz, tylko czasem narzekająca na śledzące każdy jej ruch blaski fleszy, gdy zmęczona po całym dniu prób i wieczornym występie pragnęła tylko zanurzyć się w morzu prywatności razem z człowiekiem, z którym miała budować wspólną przyszłość, a jej głowę wciąż musiały wypełniać myśli o ukontentowaniu opinii publicznej. Jej system ważności znacząco się przewartościował, by ostatecznie, lata później, doprowadzić ją do momentu, w którym tkwiła bez śladów zniecierpliwienia na parkowej ławce, cieszyła się ciszą i doceniała prawie że opustoszałą scenerię naokoło. Zimowe spacery miały w sobie niezaprzeczalny urok, gdy zaledwie grupa najwytrwalszych maruderów nie obawiała się wychynąć na mróz tak po prostu, dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. Wrażenie, że swoją osobą osacza lorda Rosiera, który był po prostu zbyt uprzejmy i zbyt dobrze wychowany, by dać jej to odczuć w sposób zupełnie jawny wciąż jej nie opuszczało. Rzadko jej się to zdarzało, zachowywać się w czyimś towarzystwie w tak opanowany, a jednocześnie tak niepewny sposób. Czy wina leżała po stronie historii ich znajomości - znajomości, która praktycznie nie istniała i która kazała Harriett stąpać ostrożnie, niczym po tafli jeziora skutej cienkim lodem?
Na słowa Corentina uśmiechnęła się ciepło, ponownie zawieszając na nim spojrzenie, jakby nagle postanowiła zmienić taktykę i nonszalancko wbić nóż w sam środek lodu i z żywym zainteresowaniem obserwować czy ten nie zarwie się pod jej ciężarem. Może o to właśnie chodziło, może to było kluczem, uświadomienie sobie, że nie ma już przecież absolutnie nic do stracenia, że jeśli i tym razem nie zjedna sobie lorda Rosiera, co kilkakrotnie lata temu było powodem jej zmartwień, rozejdą się po prostu, każde w swoją stronę i nie będą musieli dłużej się tym zamartwiać. Wszak oprócz garści wspomnień z poprzedniego życia, gdy głowę młodziutkiej Lovegood wypełniały nad wyraz śmiałe i może wręcz naiwne plany odnośnie dołączenia do rodu róż, oprócz jednej osoby, która zawsze była i będzie bliska im obojgu, nie mieli niczego wspólnego, żadnych punktów zapalnych, o które musieliby się troszczyć. Odpłynęła na parę chwil w świat rozmyślań, z którego wyrwało ją dopiero pytanie szlachcica.
- Całe szczęście, miewa się wyjątkowo dobrze - odpowiedziała, rozbudzając się z marazmu i płynąc z prądem rozmowy rodzicielskiej. Wyjątkowo dobrze, jak na półsierotę tęskniącą za ojcem, ale to już zachowała dla siebie, by nie rujnować zbędnym narzekaniem lekkiej atmosfery pogawędki. - Ostatnimi czasy zmienił dziedzinę swoich zainteresowań i porzucił quidditch na rzecz smoków. Zdaje się, że mieszkanie w Kent w końcu odcisnęło na nim swoje piętno - zaśmiała się cicho, chociaż gdy aktualnym tematem były owiane tajemnicą, umawiane za jej plecami wycieczki do rezerwatów, do śmiechu wcale jej nie było. - Ostatnio nawet byliśmy w rezerwacie, Tristan był tak uprzejmy i poświęcił nam trochę swojego czasu. Miło było przypomnieć sobie jak niesamowite jest to miejsce - dodała po zaczerpnięciu kolejnej porcji mroźnego powietrza w płuca, uznając dziedzictwo Rosierów za bezpieczną przystań. Nawet, jeśli nie wypadało jej już tam cumować.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Corentin Rosier
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3113-corentin-rosier http://www.morsmordre.net/t3132-prymulka http://www.morsmordre.net/t3119-godfather-nazwa-robocza http://www.morsmordre.net/f116-dover-dwor-rosierow http://www.morsmordre.net/t3255-corentin-rosier
legislator w Międzynarodowym Urzędzie Prawa Czarodziejów
51
Szlachetna
Żonaty
I spent my whole life trying not to be careless. Women and children can afford to be careless, but not men.
2
17
0
0
1
5
0
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   11.09.16 20:54

Policzki nieco różowiły się już pod wpływem chłodu, a wraz z lekkim szczypaniem na twarzy, zaczynała nadchodzić również sztywność kończyn. Corentin wyraźnie dziś czuł upływ czasu. Podczas, gdy Harriett zmuszona była wywrócić do góry nogami swoją listę priorytetów, dla niego nic się nie zmieniało. Dopiero, gdy choroba zmusiła go do pozostawania w łożu całymi dniami, musiał zrozumieć, że to czas na zwolnienie tempa. Przygotowywał się do akceptacji tego stanu rzeczy jeszcze przez długi czas i nawet teraz nie był w stanie pogodzić się ze swoją beznadziejną sytuacją. Nie zastanawiał się już tak często nad swoimi relacjami z innymi ludźmi, a po prostu był. Istniał i trwał tak z dnia na dzień, oczekując wreszcie na jakąś poprawę, a gdy już ona nastąpiła, rzucił się na nią łapczywie, zupełnie nie popierając tej decyzji chwilą pomyślunku. Czuł się źle i czekał niemalże aż zacznie robić mu się słabo. Odpowiedź pięknej damy docierała do niego jakby z opóźnieniem, zupełnie tak jakby była za sąsiednią ścianą, a on podsłuchiwałby przez dziurkę od klucza. Stłumione słowa i nieco zniekształcony przekaz. Skupił spojrzenie, ocierając dyskretnie rękawem stróżkę potu wpływającą mu za kołnierz.
- Wydaje mi się, że znam to aż za dobrze. - westchnął, wspominając przez chwilę jak zaczęła się przygoda Tristana ze smokami. Sądził, że fascynacja skrzydlatymi gadami nieco przejdzie mu wraz z upływem lat i ostatecznie nie będzie musiał każdego dnia obserwować jak Cedrina marszczy czoło nad losem ich pierworodnego. Tyle, że miesiące mijały, a przyszła głowa rodu Rosierów wciąż mogła wrócić z ogromną oparzeliną na ramieniu. Najgorsze było jednak co innego. Nawet, gdyby Tristanowi coś się stało, on nie potrafiłby zjawić się na miejscu wystarczająco szybko. Jego syn nie był już dzieckiem, ale to wcale nie oznaczało, że Corentin nie zawracał sobie głowy jego losem, ba, było wprost przeciwnie. Duże dzieci to duże kłopoty, prawda? A niedołężność potrafiła niekiedy spędzać sen z powiek, zwłaszcza gdy nachodziły go podobne rozmyślania.
- Cieszę się, że znalazł dla was chwilę, naprawdę. Chciałbym mieć również nadzieję, że następnym razem i ja będę mógł wam towarzyszyć. Ostatnimi czasy nie bywam w rezerwacie zbyt często.
Zauważył, a powodów nie trzeba było nikomu wyjaśniać. Zresztą, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, wystarczyłoby na niego popatrzeć. Lata świetności już dawno miał za sobą.




who dares not grasp the thorn
should never crave the rose
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: St. James's Park   13.09.16 14:09

Mroźne, grudniowe popołudnie domagało się satysfakcji. jakkolwiek urokliwe nie byłoby ulokowanie się na dłużej w zimowej scenerii parkowej i zachłanne chłonięcie bodźców, zbyt długie tkwienie w bezruchu nie było możliwe. Chociaż Harriett na przemian zginała i rozprostowywała palce, rozcierając odziane w rękawiczki dłonie  i próbując je rozgrzać, ignorowanie stopniowego kostnienia przychodziło jej z coraz większym trudem. A jednak wciąż, pomimo niesprzyjającej temperatury i wyczuwalnej niezręczności, zaliczyłaby to spotkanie do kategorii przyjemnych.
Zaśmiała się dźwięcznie, chociaż cicho, słysząc słowa Corentina i momentalnie łącząc je z twarzą wyraźnie malującą się w jej pamięci. Zawsze zastanawiało ją to, jakim dzieckiem był Tristan. Czy był po prostu młodszą wersją charyzmatycznego dziesięciolatka, którego poznała w murach Beauxbatons, czy wcześniej przejawiał zupełnie inne cechy? Znała przeróżne historie z okresu jego dzieciństwa, lecz wszystkie padały z jego ust, a nie postronnego obserwatora. Była ciekawa - jaką minę zrobił, gdy pierwszy raz spadł z konia? Jak zareagował, gdy ścigająca się z nim na dziecięcych miotełkach Druella w końcu go prześcignęła? Który wiersz prawdziwie podbił jego serce, rozpoczynając nieustającą miłość do poezji? Harriett nigdy nie dane było dojść do etapu zabawnych, rodzinnych anegdotek i znaleźć ukojenie swojej ciekawości u źródła, w obecnych okolicznościach nękanie lorda Rosiera o opowiastki również zdawało się być nieodpowiednie. Może innym razem?
- Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda nam się urzeczywistnić tę wizję - oznajmiła szczerze, chociaż na czynniki warunkujące podobną eskapadę żadne z nich nie mogło mieć wpływu. Minęło parę długich chwil, nim odsunęła brzeg rękawiczki, by zerknąć na zegarek na nadgarstku i z zaskoczeniem stwierdzić, że była już spóźniona na umówione spotkanie. Zmarszczyła jasne brwi w wyrazie konsternacji, po czym spojrzała na szlachcica przepraszająco. - Proszę wybaczyć, ale zdaje się, że na mnie już najwyższa pora - powiedziała, podnosząc się z ławki i zacieśniając poły futra, by ściślej zakrywało jej szyję. - Miło było pana spotkać, sir, oby następne nasze spotkanie odbywało się w przyjemniejszej atmosferze - pożegnała mężczyznę, zachowując dla siebie wszelkiego rodzaju życzenia powrotu do zdrowia i propozycje towarzyszenia mu w drodze powrotnej. Chociaż stan arystokraty napawał ją niepokojem, ostatnim, czego pragnęła, było urażenie jego dumy. Gdyby jednak wiara Harriett była w stanie czynić cuda, Corentin Rosier doznałby właśnie momentalnego ozdrowienia.

| zt x 2




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   04.10.16 0:36

/ 3 marca

Nigdy nie była typem osoby przejmującej się aż nadto. A już na pewno nie przejmowała się własną osobą i rzeczami, które jej się przydarzały. Gdzieś w ślepej wierze utwierdzała się, że ludzi spotykają gorsze problemy, a ona nie powinna narzekać. Dlaczego by miała? W końcu w jej życiu tyle rzeczy po prostu się układało. Teraz zastanawiała się kto postanowił zmieścić wszystkie możliwe złe scenariusze w jedną porę roku. Nie spodziewała się tak szybkiej zmiany postrzegania nie tyle samej siebie co problemów. Bo przecież nie da się uparcie tkwić w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze jeżeli tylko wystarczająco mocno skupimy się na kontaktach z innymi. Marzec był miesiącem dla niej przełomowym. Zwieńczenie wszystkich miesięcy kuriozalnych zmian. Nie znała jednak odpowiedniego sposobu podejścia do tego Dzień wcześniej odwiedziła ją w mieszkaniu matka namawiając na wyjście z domu. „Nie wiem co ci się dziecko przytrafiło, ale musisz… naprawdę musisz wyjść z tego domu. Ludzie myślą, że umarłaś, albo co gorsza zwariowałaś!” powiedziała dama Essex spoglądając na swoją najmłodszą córkę z zadumą. Lynn nigdy nie zrozumie do końca jej hierarchii wartości. Nie umarła, ani nie zwariowała, ale naprawdę potrzebowała tego by na chwile świat o niej zapomniał. „Spotkaj się z przyjaciółmi, Lucindo. Alastair wrócił do Anglii. Chyba nie straciliście kontaktu co, Lilijko?”. To drugie zdanie utknęło jej w głowie i na chwile jej ulżyło. Tylko na małą, bo to przecież było niemożliwe. Wysłałby sowę. „Nie wiem” odpowiedziała jej matka na pytanie czy wszystko z nim w porządku. Tego samego dnia, kiedy lady Selwyn starsza odpuściła córce załamując ręce Lynn wysłała Sennetta do przyjaciela z prośbą o spotkanie. Jeżeli to była prawda to miała zamiar bardzo dokładnie przypomnieć mu naukę pisania i zapieczętowania listów. To wszystko dlatego, że potrzebowała jakiejś przyjaznej duszy chociaż w te przyjazne już nie wierzyła. Wszyscy byli siebie warci. I musiała wierzyć, że tak dobrze znany jej człowiek też. Bo inaczej po prostu by zwariowała. Albo umarła jeżeli patrzymy na hierarchię jej matki. Przed spotkaniem postarała się wyrzucić wszystkie złe myli i towarzyszący jej od końca lutego strach. Nawet próbowała się pozbyć tej niesamowicie bladej cery co było trudne zważając, że jej choroba dawała o sobie znać w co raz to bardziej brutalny sposób. Teleportując się na spotkanie z przyjacielem zastanowiła się kiedy ostatnio się widzieli. Tak naprawdę widzieli. Nie tylko w listach i czystym wyobrażeniu. Z jednej strony była zła, bo znalezienie ujścia po tym wszystkim było konieczne to z drugiej wiedziała, że nie jest na niego zła. Ale spokojnie… nie miała zamiaru mu tak szybko tego uświadomić. Widząc z daleka znajomą sylwetkę przypomniały jej się słowa listu. „Będę czekał”. Wiedziała, że tak będzie. Wiedziała, że skoro tak powiedział to tak właśnie zrobi, ale jednak gdzieś w niej pojawiła się przykra myśl, że wszystko co dobre w jej życiu po prostu ma zniknąć. Nawet on. Zbliżając się do mężczyzny przybrała kamienny wraz twarzy. Stając naprzeciwko niego nic nie powiedziała.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   09.10.16 22:15

Kto wie, może miałem szczęście, opuszczając Anglię akurat w ten felerny rok? Rok, który jak się zdawało wszystkim przysparzał samych kłopotów. W mojej głowie wciąż mam obrazy z rodzinnej kolacji, z niedawnego spaceru, treść wszystkich tych listów, wszystkich tych ludzi, które traktowały właściwie o tym samym - o tym, że wiele się zmieniło i że niekoniecznie wcale na lepsze. Podczas kiedy Lucinda siedziała zamknięta w domu, kiedy Wynonna się zaręczyła, ja siedziałem w cieniu, oglądając kwitnące wiśnie.
Można by powiedzieć, że uciekałem, uciekłem jak najdalej od zgubnych kaprysów Tyche, która, jak już wielokrotnie to okazywała, wcale nie sprzyjała szlachetnie urodzonym. Gdzieś w głębi serca wiedziałem jednak, że i mnie nie ominą jej zgubne wyroki - widziałem to w osobliwym zachowaniu ojca, w przepraszającym spojrzeniu matki. Starałem się wciąż zapominać o problemach, ale nie znaczyło to wcale, że one nigdy nie istniały. Nakaz ojca, dotyczący pozostania w Anglii, który tak mną wstrząsnął, został jednak szybko złamany, przez ukochanych kuzynów Burke, którzy postawili lorda Archibalda przed faktem dokonanym, oznajmiając mu, że zabierają mnie ze sobą do Rosji. I chociaż podróż ta oznaczała jedynie więcej kłopotów, taka była już moja natura - uciekałem, nie chcąc stawić czoła przyszłości. Przechadzając się alejkami St. James’s Park moje myśli zajmowało właściwie wszystko - wszystko, prócz spotkania, które mnie czekało. A przecież to jego właśnie nie powinienem się bać - lecz czy napewno? Czy Lynn rzeczywiście była taka zła? Czy coś się stało? Co się stało? Dlatego choć to ja napisałem w liście, że będę czekał, to ona znalazła mnie pierwsza. Kiedy obróciłem się i zobaczyłem jej twarz, wiedziałem, że coś się zmieniło. Była blada, jakby pozbawiona wszystkich kolorów - tak jak już kilka dni temu, poczułem jak mój żołądek wywraca się do góry nogami na myśl o tym wszystkim, co zdarzyło się podczas mojej nieobecności. Czy słodka woń wiśni była tego warta?
Nie wiedziałem. Spoglądam na nią, w bolesnej chwili milczenia, jakby zastanawiając się co powiedzieć. Po chwili wszystkie swoje wątpliwości chowam gdzieś głęboko w sobie, przykrywając je szarmanckim uśmiechem.
- Lucinda - mówię, nie przestając się szczerzyć - Słyszałem, że umarłaś. Albo co gorsza zwariowałaś.
Unoszę brwi, bo ostatnie zdanie powinno być żartem i tak właśnie brzmiało na głos. W moich myślach nie wyglądało jednak tak dobrze. W każdej plotce jest przecież ziarno prawdy, bo kłamstwa wyglądają najlepiej opakowane w prawdę. Widzę przecież, że nie umarłaś, Lynn, co w takim razie się stało?


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   10.10.16 0:47

Złe rzeczy dopadają ich nie tylko w Anglii. Kiedy to wszystko się zaczęło była daleko od domu na jednej ze swoich wypraw. Nie myślała, że powrót do Londynu tylko to spotęguje. Odbierze jej wszystko by później na chwile zwrócić z nadzieją, a następnie znowu brutalnie odebrać. Na takie rzeczy nie można się przygotować i nie jest to też coś co możesz po prostu zrozumieć. Wręcz przeciwnie. Ona bardzo chciałaby to wszystko zrozumieć. Mógłby jej to ktoś rozrysować, wysłać sową wraz z opisem. Pewnie nawet i to by nie pomogło. Może to i dobrze, że go nie było. Może dobrze, że nie musiał patrzeć na te wszystkie zmiany. Przeżywać je. Może to i dobrze, że gdzieś tam żył sobie własnym życiem, a teraz nagromadziło się tego aż tyle, że przecież przeżycie wszystkiego jest po prostu niemożliwe. Zazdrościła mu tego. Ucieczki od tej całej społeczności. Też tak robiła. Pamiętała czasy kiedy robili to razem. Po prostu. O ile łatwiej się wtedy żyło? O ile prostsze to wszystko było? Teraz wpatrując się w niego szukała czegoś co świadczyłoby o upływie czasu. Jednak nie znalazła w nim nic nowego. Może prócz chwilowego zmartwienia wymalowanego na twarz. Tak dobrze go znała, że rozmawiając tylko listownie potrafiła go sobie wyobrazić tuż obok. Tak już było, prawda? Kiedy znało się kogoś całe życie? Bo niektórzy ludzie zapisywali się w naszej pamięci tak po prostu. Przez ten cały spędzony razem czas. Cieszyła się, że wrócił chociaż nadal była w szoku. Może dlatego, że przez ostatni czas mijali się całkowicie. Pewnie też przez to, że nic jej nie powiedział o tym, że ma zamiar wrócić. Stara Lynn poczekałaby aż sam odnajdzie drogę do jej domu i łaskawie się zjawi. Później pewnie zamknęłaby mu drzwi przed nosem i wymyśliła najbardziej absurdalną karę na świecie. Teraz już nie mogła. Nadal była sobą, ale gdzieś pod tymi wszystkimi emocjami. Widząc malujący się na jego twarzy znajomy uśmiech miała ochotę wywrócić oczami. Nie zrobiła tego. Nie miała zamiaru tak łatwo mu odpuścić. Nie miała zamiaru od razu powiedzieć jak bardzo jej tego brakowało. Nie miała zamiaru zasypywać go gromadą pytań dotyczących jego podróży. Słysząc słowa jakie wczorajszego wieczoru powiedziała jej matka ma ochotę parsknąć. Trochę ze śmiechu trochę z irytacji. Czemu ją to nie dziwi? Przecież te słowa nie wzięły się znikąd. Jej matka pewnie poważnie przedyskutowała wcześniej temat upartego zamknięcia w mieszkaniu ze wszystkimi damami w okolicy. Kto tę kobietę wychowywał? W dzisiejszych czasach chyba już nikt nie wyznawał zasady czterech ścian. Miała ochotę się zaśmiać, bo dobrze wiedział, że ją to ruszy. To w końcu nie pierwszy raz kiedy jej matka próbuje doprowadzić ją do szewskiej pasji. - Więc co gorszego musiałoby się stać, żebym zasłużyła na sowę od Ciebie? - zapytała unosząc brew szczerze ciekawa. Minęła go i skinęła głową by się przeszli. - Skoro moja śmierć ani szaleństwo nie jest wystarczającym powodem. - dodała. Chciał wyciągać słowa matki to ma!




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   20.10.16 15:07

Wciąż zastanawiam się, czy może nie lepiej byłoby mierzyć się ze wszystkim we właściwym czasie, lecz przynajmniej pojedynczo. Bo wciąż mam świadomość, że chociaż biegnę szybko i uciekam, to problemy w końcu mnie dosięgną - atakując, na domiar złego wszystkie naraz. A może wręcz przeciwnie, w ogóle nie powinienem wracać do Anglii, udając, że wszystko jest w porządku? Prawdopodobnie nie byłoby to możliwe, bo chociaż na swój dom ciągle narzekam, zawsze do niego wracałem. I najpewniej zawsze wracać będę.
Z mojej twarzy nie znika nieszczery, firmowy uśmiech Nottów - idealny do polityki, lecz czy i do spotkań z przyjaciółmi? Nie daję po sobie poznać, że targają mną jakiekolwiek wątpliwości, trzymam się prosto, nie przerywam kiedy mówisz.
Więc co gorszego musiałoby się stać, żebym zasłużyła na sowę od Ciebie? Zasłużyła? Nie odpowiadam. Milczę i w milczeniu stawiam pierwszy krok do przodu, kiedy sygnalizujesz, że chcesz się przejść. Pewnie. Chodzenie najwyraźniej dobrze mówi na myślenie. Nie odzywam się także, kiedy kończysz mówić, może dlatego, że wcale nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może dlatego, że tak naprawdę chciałem, żeby zostawiono mnie chociaż na chwilę samego, żebym mógł zamknąć się u siebie w domu i gniewnie wpatrywać się w obraz lady Marion, oczekując odpowiedzi. Odpowiedzi na wszystko, których jej stary portret nie mógł mi udzielić. Byłem również w pełni świadomy, że nawet w domu nikt nie zostawiłby mnie samego - mieszkałem w końcu wśród kuzynów, których na dodatek nie rzadko odwiedzali goście. Poproszony o rozmowę, nie mogłem przecież odmówić, nie pod pretekstem siedzenia w pokoju i patrzenia w sufit. Tak samo jak nie mogłem odmówić rodzinnego obiadu, który wcale nie był taki do końca rodzinny i którego w gruncie rzeczy wolałbym uniknąć. Spotkania z innym Quentinem, z inną Wynonną, z inną Rowan - z czarodziejami tak mi bliskim, a jednocześnie dalekimi. Spotkania z Tobą.
Wzdycham ciężko i patrzę przed siebie, krocząc parkową ścieżką. Czuję na skórze wilgoć angielskiego powietrza, nos wypełnia mi ciężki zapach mokrych traw i liści. Niebo jest dokładnie takie, jakim lubią je moi kuzyni - szaro-buro-Burkowe. I choć na myśl o tym uśmiecham się jeszcze szerzej, chwilę później znowu wracam do teraźniejszości - do stojącego przede mną pytania. Nerwowo przeczesuję jasne loki palcami, tak jakby miało mi to w jakiś sposób pomóc.
- Wróciłem do Anglii ledwo dwa dni temu - zaczynam, głosem lorda Alastaira, poważnego dyplomaty, głosem nie zdradzającym żadnych emocji - I, cóż…
Nie kończę zdania, chociaż wiem, że nie powinienem. I cóż co? Chciałem mieć trochę spokoju? Nie byłem gotowy żeby wystawić nos zza własnych drzwi, ale wyciągnięto mnie zza nich całego?
- Nie było mnie tutaj przez prawie rok i mam wrażenie, że wszystko się… Zmieniło - wypowiadam to jedno słowo, jakby było wyjaśnieniem wszystkich tych skomplikowanych procesów jakie zachodzą w moim życiu, wiem jednak, że nie jest to takie proste - Chyba po prostu potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko to uporządkować i zaakceptować.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   23.10.16 13:09

W jakim stopniu tak naprawdę jesteśmy odpowiedzialni za własne życie? W jakim stopniu w ogóle możemy o sobie decydować bez presji środowiska, bez presji rodziny? Czemu choć nasze wcale naszym nie jest? Rozumieją to jak nikt inny i chyba jak nikogo innego właśnie ich to boli. Dobrze wiedziała jak to jest chcieć ukryć się przed całym światem. Przecież właśnie to robiła od kilku dni. Nie chciała, żeby ktoś ją znalazł, nie chciała, żeby ktoś z nią rozmawiał. Niczego nie chciała. A jednak myśl na to spokojnie zbudziło w niej tęsknotę. Do czegoś pewnego. Do czegoś stałego chociaż przez większość czasu całkowicie niedostępnego. Do czasów tak prostych, że aż niemożliwych. Nie złościła się na niego. Prawdopodobnie tylko szukała kogoś na kogo mogłaby przelać te wszystkie emocje. Bo przecież często tak było… nie pamiętała by ktoś dzielniej znosił jej zachwiania. Ciesz jaka się między nimi pojawiła na początku była bardzo wymowna. Choć większość jej spojrzeń padało na budzącą się do życia krasę zieleni to nie mogła się powstrzymać o spoglądania kątem oka na niego. Słysząc początek jego słów kiwa głową. Nie była pewna czy to co słyszy to tylko gra czy prawda powiedziana pod uśmiechem. I choć była prawie pewna, że to drugie to nic nie odpowiedziała. Chciała, żeby to on jej powiedział jak naprawdę to wygląda. Drgnęła słysząc jego następne słowa i zatrzymała się spoglądając na niego spod przymrużonych oczu. - Czemu mam wrażenie, że Twój powrót nie był spowodowany ogromną tęsknotą za brytyjską ziemią? - zapytała przyglądając mu się z wielkim znakiem zapytania rysującym się na twarzy. Czuła jakby widziała samą siebie jeszcze kilka miesięcy temu. Sama nie potrafiła zrozumieć tych wszystkich zmian jakie ją spotkały po powrocie. Jakie zaczęły się już przed jej powrotem. I choć w żaden sposób nie chciała go zmuszać do mówienia jej tego co leży pod tą powłoką prawdziwego Notta to jednak czuła, że nie ma w tym nic przyjemnego. Odetchnęła. - Konfrontacja z czekającą tu rzeczywistością nie jest wcale taka przyjemna, prawda? - zapytała unosząc brew całkowicie go w tym rozumiejąc. - Chociaż konfrontacja z moją matką mającą większą wiedzę o moim przyjacielu niż ja sama uwierz całkowicie zbija z tropu. - dodała i naprawdę w jej wyobrażeniu widziała go z szerokim uśmiechem na ustach. Takim prawdziwym. Ciągle zafascynowanym tymi wszystkimi rzeczami jakie przyszło mu zobaczyć podczas swoich podróży. Ciągle niepewnym względem przebywania w Anglii. Już planującym kolejną wyprawę. Rzeczywistość okazała się inna. Teraz widziała, że szlacheckie urodzenie dopada w każdym miejscu. Ją dopadło i jak widać po niej samej zbyt brutalnie. Zbyt brutalnie na to małe ciało dźwigające zbyt dużo na swoich barkach. - Dlaczego zaakceptować? - zapytała w końcu szukając jego spojrzenia. - Ale bez tego… odpowiedź bez tego. - dodała wskazując dłonią ciągle utkwiony na jego twarzy szlachecki uśmieszek. Nie była tą na, którą mógł on zadziałać. Była tą, która potrafiła go przejrzeć.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   03.11.16 22:32

W rozstaniach najpiękniejsze są powroty - czy jednak mój powrót na brytyjską ziemię był w istocie tak piękny? Nie wiedziałem. Powoli zaczynam odnosić wrażenie, że właściwe jedyne co wiem, to to, że nic nie wiem. Moje metody w pewnym sensie różniły się od tych Lucindy, ja bowiem przeważnie nie zamykałem się w domu, odgradzając się od problemów, wolałem wszakże od nich uciekać. Czy do Francji, czy do Rosji, czy do Japonii, całe moje życie w gruncie rzeczy składa się z ucieczek i jedyne pytanie jakie mogę sobie zadać brzmi: dokąd następnym razem? Jak najdalej, rzecz jasna, ale czy da się jeszcze dalej? I czemu odnoszę wrażenie, że każdy krok który powinien mnie od domu oddalać tylko mnie do niego przybliża?
- Gdyż w istocie nie był - odpowiadam po chwili. - Nie żebym nie wyczekiwał go z utęsknieniem, jednak miałem nadzieję na pozostanie w Japonii... Nieco dłużej.
Dokąd zmierzałem? Czy nie powinienem właśnie cieszyć się z przeżytych przygód i planować nowych? Czy nie powinienem cieszyć się, jak przykładny szlachcic, z mojego rosnącego wpływu na Ministerstwo? To jednak nie byłem ja. Może mój kuzyn, Nicholas, może Sam. Nie jest wcale taka przyjemna - gdyby była jedynie nieprzyjemna, z pewnością skakałbym z radości. Myśl o zbliżającym się aranżowanym małżeństwie, o dodatkowym balaście w postaci drugiej osoby, z którą spędzać będę większość swojego czasu, po prostu mnie przytłaczała. W szczególności, że nie wiedziałem nawet kim jest ta osoba - w głębi duszy miałem jednak nadzieję, że trafię na kogoś o chociaż w miarę podobnych upodobaniach. Paskudny uśmiech na twarzy ojca spędzał mi jednak sen z powiek, żyłem więc w ciągłej niepewności.
Bez tego czegoś. Odpowiedz bez tego. Czy potrafiłem jeszcze szczerze się uśmiechać? Z pewnością nie dziś. Wyraz mojej twarzy stał się teraz całkowicie obojętny, a swoje oczy utkwiłem w budzącej się do życia florze parku.
- Tego wszystkiego jest po prostu... Zbyt wiele. To zbyt skomplikowane, żebym przeszedł nad tym do porządku dziennego. Wynonna wychodzi za mąż za jakiegoś przypadkowego lorda, mój kuzyn się żeni, jeden z bliższych mi przyjaciół zmienił się nie do poznania. Ominęła mnie bardzo duża część życia wielu bliskich mi osób - słowa te wypowiadam na jednym oddechu, po czym wzdycham głęboko - Z pewnością także Twoja. Nic nie jest już takie same. Wiem, długo mnie nie było, ale prawdopodobnie gdzieś w głębi serca miałem nadzieję, że ktoś rzucił na Anglię Horatio i czas stanął w miejscu. Nie mówiąc już o moim ojcu i o tym, że jego zdaniem powinienem jak najszybciej się ustatkować.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   04.11.16 20:05

Czy nie czuła się tak samo jeszcze kilka miesięcy temu? Czy nie patrzyła na dobrze znanych jej ludzi jak na obcych, innych, całkowicie zmienionych? Wiedziała jak łatwo jest wejść w ten świat pozorów mając nadzieje, że wszystko jest dokładnie takie same jak przed sekundą. Bo przecież tylko tyle nas tutaj nie było. Bardzo bolało ją zderzenie się z rzeczywistością. Fakt, że musi radzić sobie nie tylko z tym co nowe, ale także tym co stare. Przecież ucieczka była też jej rzeczą. Znaną do szpiku kości. Ukochaną i często wyczekiwaną. Więc dlaczego nie uciekła tym razem? Dlaczego nie postawiła na znany grunt tylko została zamknięta w czterech ścianach mając nadzieje, że to wszystko albo jeszcze się nie wydarzyło, albo nigdy się nie wydarzy? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Utkwiła w nim wzrok widząc, że on też wrócił odmieniony. To dlatego, że dużo ich przez ten czas podzieliło. Łatwiej im się żyło, kiedy nie mieli nic do stracenia. Było o wiele łatwiej, kiedy jedyne co mieli to kierunek, w którym mogliby się udać. Potrafiła zrozumieć to osłupienie, żal, smutek i przygnębienie, które bez trudu teraz mogła zobaczyć w jego oczach. Potrafiła zrozumieć gniew i gorycz sytuacji. Potrafiła, bo przecież w niej samej to ciągle siedziało. Jak to jest przyjacielu, że nadal jesteśmy tacy sami? Chciała być zła. Chciała być zła, bo to naturalne. Złoszczenie się na niego. To też w bardzo dużej mierze pokazywało, że nie można bez konsekwencji odciąć się od kogoś. W większej pokazywało, że po prostu zależy. Teraz nie potrafiła. Wiedziała, że oboje znajdują się w trudnych miejscach, a złość działa jak zapalnik. Do udawania kogoś kim się nie jest. Wsłuchała się w jego słowa ignorując wzmiankę o samej sobie. Taka już była. Pomimo tego, że przytrafiło jej się przez ostatnie miesiące więcej zła niż mogłaby sobie wyobrazić to jednak taka już była. Zawsze przekładała dobro bliskich nad swoje i zawsze tak już miało być. Pokiwała głową. - To wszystko ciągle tak wygląda i będzie wyglądać. Kiedy jesteśmy daleko to tych zmian nie ma, Alek. Dopóki nie wrócimy do tych miejsc ciałem, a nie tylko pamięcią to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie Ty jeden dałeś się temu oszukać. - nie chodziło o to by poprawić mu humor. Mogłaby powiedzieć cokolwiek, powiedzieć to co chciałby usłyszeć, ale wtedy zwątpiłaby w siebie. Szczerość zawsze była między nimi podstawą. Taka prawdziwa szczerość. Bez ogródek, bez patrzenia na szlacheckie pochodzenie. Słysząc ostatnie słowa odnalazła jego wzrok, a kącik jej ust uniósł się w delikatnym uśmiechu. Chociaż nie był imponujący, chociaż nie był to jej szeroki, przepełniony radością to był bardzo szczery. - Naprawdę się tym przejmujesz? - zapytała. - Od lat nas tym straszą. Od lat grożą, że tym razem to już na pewno, że kolejny wyjazd tylko przypieczętuje to co nieuniknione, a jednak jeszcze nikt nas nie ściga. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? - w jego oczach widziała prawdziwe zmartwienie. Może to przez te wszystkie zaręczyny i wesela. Może blondynka ma tylko taką nadzieje. Zimny podmuch wiatru mrozi jej skórę. A miała przyjść już wiosna.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alastair Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3799-alastair-nott http://www.morsmordre.net/t3820-iuventas http://www.morsmordre.net/t3819-the-sky-is-the-limit http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t3821-alastair-nott
Urzędnik Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
26
Szlachetna
Zaręczony
Hell is empty and all the devils are here
5
17
0
0
5
1
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   21.11.16 13:48

Nie denerwuję się słysząc te słowa - jedynie nieznacznie przewracam oczyma. Na mojej twarzy maluje się względny spokój, jednak wiem, że nic nie byłoby w stanie poprawić mojego humoru. Nie ma takich słów, nawet kłamstw, które przyniosłyby mi całkowity spokój - pewnych rzeczy nie dało się już zmienić. Być może po raz pierwszy w życiu zaczynam żałować, że wyjechałem do tej przeklętej Japonii, że zostawiłem Lucindę samą ze swoimi problemami, bo przecież widzę wyraźnie, że coś w sobie tłamsi. Zresztą nie tylko ona - porzuciłem w końcu tak wiele bliskich mi osób, na tak długo i nie wynikło z tego nic dobrego. I choć wiem, że to nie moja wina, że Wynonna wychodzi za mąż z obowiązku, że Quentin się tym zadręcza, a i jego to w końcu czeka, że plotki o Samaelu z którym nie zamieniłem choć słowa od dawna, rozchodzą się z prędkością przekraczającą światło - a przecież było ich więcej. Więcej czarodziejów, którzy przez ten rok stali się zupełnie kimś innym, choć wydawało mi się, że tak dobrze ich znam. Kiedy ostatni raz rozmawiałem z Elizabeth, kiedy odwiedziłem Ullę?
- Wiem, Lucy, ale doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, że zarówno Ty, jak i ja prawdopodobnie zbyt długo uciekaliśmy od problemów. I wszystkie one wrócą teraz ze zdwojoną siłą, taka jest najwyraźniej kolej rzeczy - mówię, marszcząc brwi, jakbym sam nie wierzył w te słowa, chociaż to ja je wypowiedziałem i wiedziałem, że w końcu się spełnią.
Naprawdę się tym przejmujesz? Nigdy niczym się nie przejmowałem, w każdym razie prawie niczym. Nie wierzyłem w opowieści o poganianiu mnie do małżeństwa, o tym, że nie powinienem całkowicie poświęcać się pracy - a jednak wizja tego, że nadejdzie moment, który tak odwlekałem, moment w którym wypełnią się te słowa, przerażała mnie niezmiernie. Niektórzy twierdzili, że ojciec nie ma nade mną takiej władzy, że ja nie mam do niego takiego szacunku - z pewnością szanowałem jednak Adelaidę Nott, z pewnością darzyłem ją rodzinną miłością, ale i niemal panicznie bałem się jej wszechobecnych zielonych oczu. Z pewnością nie chciałem łamać serca matce, która choć nie okazywała mi zazwyczaj ciepłych uczuć, sama żyła w ciągłej żałobie po straconej miłości. Ten moment nadchodzi.
- Znasz mnie. Wiesz, że gdyby sprawa była poważna nie przejmowałbym się tym - rzucam, starannie unikając wzroku przyjaciółki - Na brodę Merlina, Lynn! Myślisz, że dlaczego wróciłem do Anglii? Z tęsknoty za ułożonym życiem, za tysiącem ludzi obserwujących każdy mój krok, za sztucznym uśmiechaniem się w pracy i wymyślnymi kłamstwami na przyjęciach? Oczywiście, tęskniłem za rodziną, za przyjaciółmi, za Tobą! Ale wiedziałem, że w dniu w którym tu wrócę ojciec nie da już mi wyboru - on nawet nie chciał na to czekać. Rozmawiałem z nim przedwczoraj, znalazł mi już odpowiednią kandydatkę na żonę, pozostało mu jedynie kilka formalności i ostateczna rozmowa z rodzicami tej biednej dziewczyny.
Lata w polityce nauczyły mnie powstrzymywać swój gniew, więc mówię nadal neutralnym tonem, nie krzyczę, chociaż we wnętrzu cały się gotuję - jedynie nieco podnoszę głos, choć mam ochotę wrzeszczeć. Nie ma w tym żadnej winy Lucindy, winny jestem tylko ja i to, że urodziłem się szlachcicem, to, że nigdy nie łączyła mnie szczególna więź z rodzicami.
- Wybacz mi, Lucinda, ale ja po prostu nie mogę znieść tego, że ktoś bezpowrotnie już związał mnie z kobietą, której imienia nawet nie znam - ściszam głos, jakby cały mój gniew prysnął w kilka sekund.
Najwyraźniej miała to nieszczęście być pierwszą osobą z którą mogłem szczerze o tym porozmawiać.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   22.11.16 11:03

Czy jest na tym świecie jeszcze coś stałego? Ludzie mówią, że zmiany są dobre. Świadczą o rozwoju, ruszeniu się z miejsca. Tylko czy wszystkie? Co z tymi, które nas zbyt przytłaczają? Co z tymi, których nie potrafimy zrozumieć, albo z tymi, których po prostu nie chcemy? Zbyt wiele rzeczy zmieniło się w ostatnim czasie. Zbyt wielu ludzi te zmiany odczuło. Wiedziała, że w końcu przyjdzie ten dzień, w którym wszystko po prostu się skończy. Nie chciałaby jednak na to patrzeć. Daleko od tego zamieszania nie musiałaby konfrontować się z tymi zmianami tak otwarcie. Mogła wyobrazić ich sobie daleko od tego miejsca, stolicy, ludzi. Mogła nawet ich tam przenieść. Jeden ruch ręką i cały świat na wyciągnięcie ręki. Mogła, ale przecież Alek miał racje. Nie mogli dłużej uciekać, chować się za odległościami, prawdziwym życiem. Dobrze wiedzieli, że prędzej czy później to ich spotka. Ciężki kamień małżeństwa spadnie na nich i choć na to była przygotowana to słuchając słów przyjaciela czuła jakby ktoś właśnie wymierzył jej siarczysty policzek. Przez chwile nie wiedziała co powiedzieć. Zawsze ją to bolało. Fakt, że zawarcie małżeństwa brzmiało jak wydanie wyroku. Nie powinno tak być. Miłość, uczucia… to powinno przeważać w związkach, a nie wola rodu. Jednak nie była głupia, naiwność też zostawiła gdzieś po drodze. W ich życiu tak to nie działało. Wszystko uciekało. Jej podróże, jej zdrowie, jej miłość, jej przyjaciel… czemu miała wrażenie, że wraz z tym małżeństwem straci ich przyjaźń? Pokręciła głową chcąc wyrzucić te myśli z głowy. Tutaj nie chodziło o nią. Odruchowo sięgnęła po jego dłoń, ale zaraz ją cofnęła. Skinęła głową. Dobrze wiedziała, że tym razem nie są to puste słowa. Przecież już nie raz mu tłumaczyła, że ojciec bawi się tylko z nim przypominając o obowiązku jaki musi wykonać. Jednak teraz wiele się zmieniło. Nie byli już dziećmi. Dostali w swoim życiu o wiele więcej wolności niż inni. Znani im ludzie już dawno przypieczętowali swoje losy zazdroszcząc im wolności jaka została im dana. - Nie mów tak, Alek… - zaczęła odszukując jego spojrzenie. - Nie mów tak jakby Twoje życie całkiem się skończyło. Nie mów tak jakby przez związanie się z Tobą życie tej dziewczyny dobiegało końca. Znam Cię. Nawet jeśli teraz tego nie widzisz to ja wiem, że będziesz dobrym mężem, głową rodziny. Mamy po dwadzieścia sześć lat, Alek. To prędzej czy później musiało nastąpić. To kolejna rola, którą przyjdzie nam odegrać, ale przecież wiesz, że zrobimy to na swój sposób. Przecież nagle nie zmienisz tego kim jesteś. Jestem wściekła, bo wiem, że to nie tak powinno wyglądać. Przecież powinieneś móc sam zdecydować kogo chcesz mieć przy sobie, ale to tak nie działa. Nie w naszym świecie. - powiedziała chcąc jak najmocniej przekazać mu wszystko o czym teraz myśli. Plątaninę strachu, złości i smutku. Bo tak wiele ją to kosztowało. By to wszystko powiedzieć. W końcu ostatnimi czasy zbyt mocno o tym myślała. O tym, że nie ma w życiu szans na nic lepszego. - Może ta kobieta jest inna. Może się nie dogadacie, a może dogadacie się od razu. Może będziecie tworzyć zgrany duet, a może będziesz błagał Merlina o więcej cierpliwości. Nie wiesz tego. Ja wiem za to, że dopóki nie będzie mieć rogu na środku czoła i dodatkowej ręki to sobie poradzisz. Nie jako Nott, nie jako syn swojego ojca, ale jako Ty. Bo całkiem dobra z Ciebie partia. - powiedziała unosząc kącik ust w uśmiechu. Wiedziała, że to nie jest pora na żarty, ale nie mogła pozwolić by myślał o tym wszystkim jak o końcu. To tylko koniec kolejnej ery. Ona przez te kilka miesięcy zakończyła niemalże wszystkie swoje.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
 

St. James's Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» St. James's Park
» Podpułkownik James Rhodes / War Machine
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» James "Bucky" Barnes

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17