Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 St. James's Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: St. James's Park   10.03.12 22:16

First topic message reminder :

St. James's Park

Jest on najstarszym wchodzącym w skład królewskich parków w Londynie. Położony na wschód od Pałacu Buckingham, otoczony jest niezliczonymi drzewami i urzekającym morzem zieleni, które każdego dnia kusi dziesiątki londyńczyków do zatrzymania się w tym miejscu choćby na chwilę. Granice St. James's Park wyznaczają ulice The Mall na północy, Hourse Guards na wschodzie i Birdcage Walk na południu. W parku znajduje się małe jezioro o nazwie St. James's Park Lake, z dwiema wyspami, Duck Island oraz West Island. Most biegnący nad jeziorem pozwala zobaczyć wschodnią stronę Pałacu Buckingham otoczoną drzewami i fontannami oraz podobnie okoloną zachodnią fasadę siedziby Foreign Office. W parku nie sposób nie zwrócić uwagi na bezlik gatunków ptactwa wodnego, pięknego, barwnego, oczarowującego swym urokiem do utraty tchu. Wśród czarodziejów największym powodzeniem cieszy się nienanoszalna, obłożona anty-mugolskimi zaklęciami, dodatkowo skryta za rzędem gęstych krzewów niewielka alejka ze śnieżnobiałymi ławeczkami, uroczymi lampami i rabatami magicznych róż wydzielających słodkie, balsamiczne wonie.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: St. James's Park   15.04.17 0:24

Tkwili razem w przedziwnym więzieniu, utkanym z grubych nici przeszłości i tych cieńszych, teraźniejszości, które twardniały pod dotykiem czasu. Była to forteca otoczona zielonymi łąkami, na których miododajne kwiaty płożyły się na ziemi pod naporem ciężkich butów wojny, na której drobne sylwetki owadów ginęły pod ciężarem gnilnego oddechu niebezpieczeństwa. Ona mogła wchodzić i wychodzić z tej fortecy, ale on… on zamknął się w celi na swoje własne życzenie. Więc przychodziła do niego, siadała obok, by porozmawiać, by on mógł nasycić jej obecnością swoje zmysły, a potem odchodziła, pozostawiając po sobie tylko gasnący w eterze odgłos kroków. Nie chciała tego – nie chciała stawać się wyrzeźbioną z marmuru sylwetką, którą starożytni mogli czcić w panteonie swoich bóstw. Była zielarką z krwi i kości, istotą, w której żyłach krążyła czerwona, nie błękitna krew. Była p o s p o l i t a. Pospolita jak mlecz rosnący na trawie, pospolita jak marchewki siane na wiosnę, pospolita jak zioła pływające w herbacianym naparze. Jak poa trivialis.
Nie wiedziała, co Alan w niej widział. Co w niej kochał, co tak naprawdę zapragnął mieć tylko dla siebie. Ale teraz… zgodziła się na to, bo chciała mu zadośćuczynić. Zasługiwał.
Poza tym był doskonale świadomy ich sytuacji. Dostał klucz do fortecy, jego nadgarstki nie krępowały żadne sznurki, jego kostki nie były nigdy pętane przez żelazne kajdany, a jednak nie wyszedł, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wciąż tam siedział.
Chwila intymności, którą do siebie przygarnęli, minęła i oboje musieli żyć dalej tak, jak żyli dotychczas. Ale tym razem bliżej siebie. Podniosła znów na niego wzrok, w jej kącikach zaplątał się lekki uśmiech. Zagarnęła za ucho figlujące z wiatrem ciemne kosmyki włosów.
- Jest znośna – uśmiech nieco pewniej zatańczył na jej ustach. Emocje opadły, chaos ulegał harmonii i porządkowi. – Wciąż jestem w Hogwarcie, a to najważniejsze. Poza tym mam okazję bliżej poznawać stworzenia, które tam żyją. Testrale są cudowne, chociaż… chociaż nie są zbyt lubiane przez inne zwierzęta. Poznałam też samicę hipogryfa, pomogłam jej i jej młodemu. Pomogłam elfom w przenosinach ich domu. – spomiędzy jej warg wydobył się cichy śmiech. – Las mam tuż obok, wciąż mogę dbać o roślinę tak, jak robiłam to kiedyś.
Zerknęła na papierosa, którego wyjął z kieszeni. Chwilę później jej nozdrza mimowolnie rozchyliły się, gdy poczuła gryzący zapach dymu. Ojciec palił. Barty pali. Alan pali. Zapach tej trucizny chyba będzie towarzyszył jej do końca życia.
- Podróżowałeś? Przywiozłeś mi pocztówkę? – ciepły uśmiech nie spełzał z jej ust. Nie chciała wprowadzać do ich relacji grobowej atmosfery. Mieli budować, nie na powrót burzyć. – Odpocząłeś chociaż? Zawsze miałeś z tym problem.
Śmierć była dla nich tematem tabu. On nie chciał wspominać o śmierci matki, ona nie chciała pogłębiać tematu śmierci Rossy. Odepchnęli to od siebie, chociaż oba wspomnienia wciąż uparcie trzymały się ich ubrań, przypominając o sobie, gdy ich myśli pogalopowały zbyt daleko od rzeczywistości.
Wzięła głęboki wdech, zastanawiając się nad odpowiedzią. Ich kroki odbijały się na ziemi w nierytmicznym tańcu, a wokół nich rozchodziły się tylko odgłosy parku. Szumiące wiosenne pąki przypominały o nadziei. Odrodzeniu po kłującej w policzki zimie. Eileen podniosła brodę, by potoczyć wzrokiem po zieleniejących się gałęziach, potem jej wzrok znów opadł na twarz Alana. Tę poczciwą, łagodnie zarysowaną twarz, która towarzyszyła jej od początku Hogwartu. Mały łobuz przemienił się w dorosłego mężczyznę, który rozumiał, na czym polegało życie.
Plątanina hogwarckich korytarzy stała się kluczeniem między emocjami. Prawdziwy labirynt doznań.
- Mamy blizny, Alan – odparła, nie tracąc ciepła w głosie. Kąciki jej ust lekko tańczyły w uśmiechu. – Ale blizny zazwyczaj zakrywa się ubraniami, by nie było ich widać. Jeśli je dobrze zakryjemy… albo użyjemy odpowiedniej maści, to wszystko da się naprawić. Ale tylko wtedy, jeśli oboje będziemy tego chcieli. Jeśli ty chcesz, ja nie mogę nie chcieć tego samego.
Nie chciała pozostawiać tego miejsca obok siebie zupełnie pustego.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   30.04.17 0:45

Jakże piękne było to porównanie. Jakże obrazowe i trafne. Bo tak rzeczywiście było - Alan dostał klucz we własne dłonie i sam, całkowicie dobrowolnie, zamknął się w zimnej, samotnej celi. Tkwił w niej sam i nikomu nigdy nie pozwoliłby do niej wejść. Nikomu innemu niż właśnie Eileen. A ona, czując się poniekąd winna tego, że tak długo tkwił w tej fortecy, czasami spędzała z nim czas, dotrzymując mu towarzystwa, by nie oszalał z samotności. Choć przez długo nie była świadoma tego w jakiej sytuacji oboje się znajdowali; a gdy się dowiedziała - zawiodła go. Teraz jednak nie chciał o tym pamiętać, nie chciał wypominać jej tego czy pielęgnować żal. Wolał przekreślić to, podrzeć niczym łatwą do zniszczenia kartkę i spalić, by pozostał po tym jedynie popiół. Bo nawet, gdy go zawiodła on dalej tkwił w fortecy, nie ruszając się z miejsca. Choć może tak tylko mu się zdawało? Może on już dawno stał na progu? Może już dawno spoglądał na miękką, ogrzaną słońcem trawę, która rozpościerała się przed nim, lecz tak naprawdę bał się zrobić ten krok poza fortecę, nie pamiętając już jak to jest, gdy bose stopy dotykały trawy?
Może on po prostu nie pamiętał już jak to jest jej nie kochać?
Być może tak właśnie było. Może dzielił go tylko krok od opuszczenia fortecy, ale on bał się go wykonać nie pamiętając jak to jest w niej nie być?
Choć wiele razy myślał o tym, choć bardzo często się zastanawiał - teraz nie miał na to czasu i ochoty. Szedł razem z nią wolnym krokiem, mijając powoli zieleniącą się naturę. Słuchał jej, a wyobraźnia sama podsuwała mu obraz starej chatki gajowego, którą pamiętał z Hogwartu. Mimowolnie wyobrażał ją sobie, krzątającą się po niej z brudnymi od ziemi koniuszkami palców. I choć było to tylko wyobrażenie, wytwór jego umysłu - na jego ustach zatańczył uśmiech, gdy swego rodzaju ciepło rozeszło się po jego wnętrzu.
- Gdy tak mówisz to odnoszę wrażenie, że ta posada jest nawet ciekawsza od poprzedniej. Masz tam swego rodzaju wolność, jednocześnie też zajmujesz się tym, co kochasz oraz poznajesz rzeczy nowe, których do tej pory nie miałaś szansy poznać. - Uśmiechnął się do niej. Nigdy nie poznał wszystkich tajemnic skrywanych przez zakazany las, choć bardzo tego chciał. Wielokrotnie gajowy łapał jego i jego kolegów na gorącym uczynku. Ileż to razy odbywał karę właśnie za to, że próbował się tam dostać mimo zakazu. I nie tylko za to.
- Niestety tym razem nie pomyślałem o pocztówkach. Nie zrobiłem też zdjęć - mruknął w odpowiedzi, uśmiechając się lekko przepraszająco, choć dobrze zdawał sobie sprawę z faktu, że jej słowa były jedynie żartem, a lekkość w nich zawarta miała pomóc w utrzymaniu równie lekkiej atmosfery.
- Odpocząłem. - Skłamał. Cóż jednak zyskałby mówiąc jej prawdę i przyznając się do tego, że podróż ta była męcząca, rozczarowująca? Bo chciał zapomnieć, chciał wyzdrowieć z żalu i bólu, które trawiły jego ciało i umysł. Podróż jako zmiana otoczenia nic nie dała, nie dały nic również wszystkie wizyty w barze, z których wracał ledwo trzymając się na nogach, nie pomogła żadna butelka, do której zajrzał opróżniając do samego dna. Nic nie pomogło. Zły i zawiedziony czuł, że podróż męczy go jeszcze bardziej. Więc wrócił.
Gdy szli tak w milczeniu, on rozglądał się po miejscach, które mijali. Budząca się do życia przyroda, która wkrótce miała zacząć zachwycać ich pełnią swego piękna już teraz sprawiała, że złe myśli uciekały precz.
- Dobrze wiesz, że chcę, Eileen. I jeżeli Ty chcesz tego samego - będę szczęśliwy. Towarzyszysz mi prawie od połowy mojego życia i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. - Postaram się z Ciebie wyleczyć, postaram się zapomnieć. Dla siebie, dla Ciebie, dla nas. Aby było tak jak dawniej.
- Mogę się Ciebie o coś zapytać? - Po dłuższej ciszy, przerywanej jedynie odgłosem ich kroków, oddechów, a także odgłosów natury - odezwał się, przenosząc na nią wzrok. Do najbliższego kosza wyrzucił wypalonego papierosa. I gdy tylko uzyskał pozwolenie, w końcu ponownie przeciął ciszę: - Co myślisz o próbie, o tym wszystkim co ostatnio usłyszeliśmy? I... najważniejsze... czy będziesz brać w niej udział? - Dobrze wiedziała, jakiej odpowiedzi oczekiwał. Dobrze wiedziała, że zrobiłby wszystko, by nie brała udziału w próbie, by nie dołączała do Gwardii. Za to on doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że nijak nie mógł mieć wpływu na jej decyzję. Ani zabronić jej czegokolwiek.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: St. James's Park   09.05.17 19:28

Pomyślała, że mogli być dla siebie symptomami choroby – choroby, która miała przerzuty; która leczona była miękkimi słowami i spędzonymi w przyjaźni latami; której nawrót nastąpił pół roku temu, a która teraz wydawała się odpuszczać. Toczyła ich ciała w nieprzyjemnym korowodzie zdarzeń i żadne z nich tego korowodu nie mogło zatrzymać, chociaż próbowali. Wydawało jej się, że na tym już do końca musiała polegać ich znajomość – na odpuszczeniu, wyprowadzaniu kompromisów, zbieraniu odwagi przed pierwszym krokiem, spojrzeniem, które mogło znaczyć wiele, a tymczasem jego siła i uczucie zostały zredukowane do minimum. Całą swoją miłość przelała na Herewarda, Alanowi zostawiając same ochłapy… ale przecież na to się zgodził, prawda? Był świadom konsekwencji. Bo mogła kochać prawdziwe tylko jednego z nich, drugiemu oddając na dłonie substytut tego naznaczonego troską i łagodnością uczucia.
- Ciężko mi powiedzieć – odparła, zastanawiając się nad jego słowami. – Zażywam więcej ruchu, cały czas mam styczność z jakimiś nowymi stworzeniami, ale… z uczniami niestety mniej się widuję. Grindelwald zakazał odbywania szlabanów w Zakazanym Lesie. O ironio – zaśmiała się krótko pod nosem, wsuwając dłonie do kieszeni swojej sukienki, co z boku mogło wyglądać trochę po męsku, chociaż pozę Eileen utrzymywała wciąż kobiecą. Wyprostowane plecy, zamalowywanie niewidzialną kredką ciążących na barkach problemów. Uniosła na Alana wzrok, mrużąc jedno oko, bo słońce wdzierało się do źrenic niemalże siłą. – Szkoda. Porzuciłeś już swoją pasję fotografa? Kiedyś robiłeś świetne zdjęcia… chociaż część z nich wciąż mam ochotę spalić, a prochy zakopać głęboko pod ziemią. Alan Bennett, prowodyr sztuki zawstydzania.
Uśmiech pociągnął kąciki warg ku górze tak wysoko, że aż musiały im ulec oczy. Wiosenne powietrze, okoliczna zieleń, która już przebudziła się do życia i właściwie w ostatnich podrygach otrząsała swoje delikatne gałązki z ospałości, lekki krok na ścieżce – to wszystko sprzyjało prostszym rozwiązaniom, dobrym zakończeniom i ponownym początkom. Zimą ludzie woleli oddawać się w objęcia sentymentu, niepokojących przemyśleń i zmartwień, choć dookoła nich domowy krajobraz skłaniał raczej do kumulowania ciepła i rozdawania go innym. Akurat dzisiejsza pogoda była im bardzo na rękę.
- Oczywiście, że chcę – nie przestawała się uśmiechać ani na chwilę, gdy znów na niego spojrzała, z dłoni robiąc niewielki daszek, by osłonić oczy przed oślepiającym blaskiem słońca. Uniosła dłoń, by potrzeć jego ramię w geście pokrzepienia, przekazania pewności, którą w niej obudził. Zawsze był dla niej ważny. – W tej kwestii jesteśmy akurat jednomyślni.
Bała się, że po tym wyznaniu zamilkną. Na szczęście ciszę przerwał głos Alana. Kiwnęła głową.
I nie wiedziała, czy powinna tego żałować, czy jednak czuć coś na wzór ulgi, że poruszają tak ważne dla nich tematy akurat teraz, a nie za kilka tygodni, miesięcy albo lat. Potrzebowała chwili, by zebrać w sobie odpowiednie słowa, które służyłyby jako odpowiedź. Co ona sądziła o próbie?
- Chciałam do niej przystąpić – odparła w końcu, nieco ociągając się z pierwszymi wypowiedzianymi przez nią głoskami. – Właściwie nadal chcę i czuję, że jestem gotowa, ale... – wzięła głęboki wdech, jakby poruszona kwestia wydusiła z niej ostatki powietrza, jakie w sobie chowała. Może pójdzie inną drogą. Okrężną? – Powinnam nabrać doświadczenia w walce, bo jako nauczycielka zielarstwa takowego niestety nie nabyłam. Walka z diabelskimi sidłami w Beauxbatons to jednak zupełnie co innego. Poza tym… nie mogę zostawić Herewarda samego. Gdybym zdecydowała się na próbę tak, jak on, nie moglibyśmy… - znów się zawahała. Nie powinna mu tego mówić? – Nie moglibyśmy niczego razem zbudować.
Kiedyś powiedzenie mu tego było dla nią rzeczą absolutnie niemożliwą – bała się, wstydziła, chowała w sobie urazę, była świadoma, że to miłość platoniczna, bez pokrycia. A teraz, gdy już opadł popiół nieoczekiwanych zjawisk z początku kwietnia, puściły w niej pęta przeszłości i język nie wiązał się w supeł przy każdej próbie wspomnienia o Herewardzie. Bo okazało się, tak najprościej na świecie, że jej uczucie, choć o tym nie wiedziała (o ironio), było już od jakiegoś czasu odwzajemniane.
- A ty? Zdecydowałeś się na próbę? Jeśli… jeśli kogoś masz – nie powinna. – Nie idź na próbę. To wszystko zniszczy.
Określenie „zbudować” w odniesieniu do niej i Herewarda było nieco wyolbrzymione. Razem, w sytuacji, w jakiej oboje tkwili, w świadomości oddania ideom Zakonu i Gwardii, mogli co najwyżej budować zamki na piasku.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   15.05.17 23:44

- A więc tęsknisz za uczniami. - To nie było pytanie. Jedynie spojrzał na nią z lekkim uśmiechem wyginającym jego usta. Mogła być bliżej lasu, bliżej zwierząt, mogła dalej zajmować się roślinami, mogła odkrywać nowe rzeczy w nowym miejscu pracy, a jednak - tęskniła za uczniami. I choć Alan nigdy się nad tym nie zastanawiał teraz z jakiegoś powodu przyszło mu do głowy, że była już w takim wieku, że dawno powinna mieć swoje dzieci. Wiedział, że byłaby dobrą matką.
Początkowo, słysząc jej wspominanie o fotografii uśmiechnął się lekko, acz gorzko, starając się ukryć to nie patrząc prosto na nią, a wbijając wzrok przed siebie. Ostatecznie jej słowom zawtórował jego cichy, krótki śmiech. Przed oczami szybko mignęły mu wszystkie momenty, gdy robił jej zdjęcia znienacka. Lubił to robić, zwłaszcza, gdy byli młodzi.
- Dalej mam te zdjęcia i nie spalę ich, ani nie wyrzucę nigdy. - Musieliby mnie spalić razem z nimi - chciał dodać, lecz ugryzł się w język zdając sobie sprawę z tego jak bardzo było to teraz możliwe. W tych niepewnych, ciężkich czasach, gdy tracili bliskich i nawet nie wiedzieli czemu. Patrząc na to co ostatnio działo się w ich niewielkiej dość społeczności członków Zakonu Feniksa wiedział, że tak naprawdę ów tajemnicza, nieznana im, acz zabójcza siła mogła przyjść po nich każdego dnia. Każdego z kompanów mógł widzieć po raz ostatni; dopuszczał też myśl o tym, że ów siła może przyjść także po niego. Na pytanie o fotografię nie odpowiedział. Porzucił to.
Z ulgą i wręcz nostalgią przyjął jej słowa oraz ciepłe, lekkie poklepanie go po ramieniu. Kiwnął tylko głową, odpowiadając jej jedynie cichym ,,mhm". Był zbyt zmęczony, by wykrzesać z siebie więcej. A może jeszcze nie do końca docierało do niego, że oto postawili razem pierwszy krok, by wracać do normalności, do tego co było nim się pokłócili. Nie znaczyło to jednak, że się nie cieszył. Oczywistym było, iż fakt ten napełniał jego serce radością. Zdawało mu się wręcz, że cały świat się teraz cieszył, sprzyjał im i właśnie dlatego dał im tak piękny, ciepły poranek na ich pierwsze od miesięcy spotkanie z odrobiną prywatności.
Ale chmury znów miały nadejść.
Próba. Słowo to brzmiało niczym groźba, powodowało niepokój i pewien napływ negatywnych emocji. A przynajmniej u niego. Nie wiedział co tak naprawdę myślał o tym wszystkim. Bał się? Może był zły na Bathildę za to, że go nie dopuściła do próby? A może wcale nie chciał do niej przystąpić? I choć spodziewał się słów Eileen, nie mógł ukryć pewnego przerażenia i niezadowolenia, które napadło go, gdy to usłyszał. Chciała przystąpić do próby, tego mógł po niej oczekiwać. I choć chciał złapać ją za ramiona i patrząc prosto w oczy wykrzykiwać jej w twarz, że nie może, a następnie błagać, by tego nie robiła dobrze wiedział, że nie ma do tego żadnego prawa. Jedyne co mógł zrobić to odwrócić wzrok, dyskretnie zaciskając pięści na materiale własnego ubrania. Powstrzymał się. Choć chciał powiedzieć wiele, jedynie kiwnął głową wykrzesując z siebie tylko ciche ,,mhm". Zwłaszcza po tym, gdy usłyszał imię tego, kto sprawił, że Eileen nie mogła go pokochać.
- A więc Hereward - wykrztusił z siebie w końcu po dłuższej chwili milczenia, która zdawała się wręcz ciążyć na ich barkach. A na pewno na jego. - Nigdy wcześniej nie wspomniałaś jego imienia. - Nie wiedział nawet, iż "konkurencja" była tak blisko. A znał go, to oczywiste. Choć znał go słabo, posiadał o nim szczątkowe informacje. Wspominał jego twarz ze spotkań zakonu feniksa, wspominał ją także z momentu, gdy cała trójka znalazła się w Tower. I choć chciałby znaleźć na niego masę wad, wymienić je jej i przedstawić milion dowodów na to, że on byłby dla niej lepszy - nie potrafił. - To dobry człowiek. - Wydukał po kolejnej ciszy, kopiąc jakiś kamień, który znalazł się w zasięgu jego buta. Wyraźnie sposępniał, jednak gdy usłyszał jej kolejne słowa, gwałtownie zatrzymał się. Jego twarz stężała, gdy spojrzał na nią, ściągając brwi w grymasie.
- Nie rozumiem. - Wykrztusił nieco ostro, nie potrafiąc pohamować targających nim emocji. - Sami to rujnujecie, sami zakopujecie swoje szczęście głęboko w ziemi. Jeżeli Ci na nim zależy, a jemu zależy na Tobie to nie możecie, wręcz nie macie prawa na to, by to zaprzepaścić, Eileen. - To byłby cios wymierzony nie tylko w nich, ale też w niego. Bo choć kochał ją tyle lat, choć był przy niej niemalże zawsze - była ciągle poza jego zasięgiem właśnie przez jej miłość do Herewarda. Choćby dla tego, choćby właśnie dla niego, by przeprosić za to, że jego serce ciągle było zatrute jadem nieodwzajemnionej miłości, powinni uszanować fakt, że ich serca go nie doświadczały.
Kolejne słowa również nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jego twarz, powoli wracająca do normy, ponownie stężała w grymasie złości wymieszanej z bólem przez werbalny, cios. Choć niezamierzony. Nie powinna tego mówić zwłaszcza, że wiedziała, iż nikogo nie miał. Jak mógłby mieć, gdy jego serce wciąż należało do niej? Tym razem jednak pohamował się, starając się gasić palące się w nim emocje. Jego głos nie był już taki ostry.
- Chcę do niej przystąpić. - Zwłaszcza jeżeli Ty to zrobisz. I choć jego głos nadal był ostry, zdecydowany, on sam był pełen goryczy na samą myśl o tym, co usłyszał przychodząc do Kwatery Zakonu. - Nie mam nikogo. Nie mam nic do stracenia. Tym bardziej powinienem więc do niej przystąpić. Ale również muszę podszkolić się w walce. - Miał tylko ją, lecz nie chciał mówić tego na głos, obarczając ją w ten sposób odpowiedzialnością. Ruszył więc z miejsca, kierując kroki tam, gdzie szli jeszcze przed paroma chwilami, nim się zatrzymał.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: St. James's Park   27.05.17 14:56

Każda roślina potrzebowała czasu, by zaaklimatyzować się do nowych warunków, w jakich żyła - potrzebowała gleby, by wpleść między jej ciemne grudy swoje korzenie. Nikt nie powiedział, że będzie to proste, że nowa sytuacja zleje się z ich skórą już w chwili, gdy doświadczą jej pierwszych oznak. Nikt nie oczekiwał po nich, że nie będą czuli się wobec siebie nieswojo i niepewnie, nie mogli tego oczekiwać nawet po sobie nawzajem. Ten swoisty, budowany na ich myślach dystans miał całkiem inny charakter, stanowił podwaliny mostu, po którym bezpiecznie oboje będą mogli przejść suchą stopą. Gdyby teraz go nie zbudowali, wpadliby do rzeki, po raz kolejny tracąc ze sobą tę drogocenną nić porozumienia. Musieli znaleźć tylko czas – lek na wszystkie rany; tworzył blizny, o których warto było pamiętać, by nie popełniać po raz kolejny tych samych błędów. Potrzebowali tego.
Czasu, nowej ziemi i rześkiej wody.
By znów zapuścić korzenie w tym znajomym, ukochanym gruncie.
Zerknęła na niego po raz kolejny, jakby jej zmysły nie mogły zapamiętać jego rysów akurat z tej chwili. Łączyła ze sobą dźwięki – ich kroki, dzieci śmiejące się w oddali, delikatny szelest ubrań przeplatający się z szemrzącym pomiędzy liśćmi wiatrem. Kwiecień przygotowywał się na przybycie maja… więc może to był najlepszy czas na dobre, nowe zmiany.
Albo tylko niektóre z nich.
- Nie chciałam o nim mówić w ten sposób nawet przed samą sobą, Alan – odparła, skacząc z czubka jednego buta na drugi. Hereward od zawsze był tematem tabu. Nawet Rossa o nim nie wiedziała, chociaż jej nos detektywa zawsze wyczuwał, jak bardzo Eileen była zauroczona. Helawes z legendy o królu Arthurze byłaby z niej dumna. Miłość ukrywana nawet przed samą sobą przez tyle lat.
I rujnowana. Jak trafnie to nazwał. Jak trafnie…
- To nie jest już kwestia nas – podkreśliła ostatnie wypowiedziane przez siebie słowo. – Oboje dołączyliśmy do Zakonu Feniksa, żeby coś zrobić, a nie, żeby dobrze ułożyć sobie życie, zbudować dom, posadzić drzewo i mieć gromadkę dzieci. Oboje jesteśmy świadomi, jaką decyzję podjęliśmy. Nie opuszczę go, chociaż podjął się próby. Będę tylko… trwała obok. Dopóki nie nadejdą spokojniejsze czasy.
O dziwo, nie przeszkadzało jej to. Mogła być tylko dodatkiem do jego postaci, konwalią wetkniętą za ucho, niewielką broszką przypiętą do ubrania, pachnącą piwoniami świeczką stojącą na stole. Dopóki miała go w zasięgu wzroku, czuła się pewnie. Grunt wymykał się spod jej stóp, gdy Barty znikał na dłuższy czas. Alan odkrył jej ostatnią tajemnicę. Teraz mógł powiedzieć, że znał ją na wylot, do cna.
Zatrzymała się, obracając przodem do niego. Pobiegła wzrokiem po jego sylwetce, nienachalnie, badawczo, chcąc odkryć kawałek jego ciała, jego rysów, którego do tej pory nie znała. Zapamiętać go całego, bo jeśli zaraz się rozstaną, porwie ją ferwor codzienności i znowu jej myśli zajmą inne sprawy. Podniosła ramiona i objęła go nimi za szyję, gładząc jedną dłonią jego plecy.
- Cokolwiek postanowisz, będziesz miał we mnie opokę – szepnęła do niego, bo póki byli tak blisko siebie, nie potrzebowali mówić głośniej. Gdy puszczała go, ucałowała jego policzek, krótko, ale wymownie, po przyjacielsku, jak siostra żegnająca się z bratem, którego kochała, od kiedy tylko pamięta. – Od tej pory siedzimy w tym już razem.
Uśmiechnęła się lekko. Gdzieś w oddali zaszczekał pies.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   02.06.17 2:09

Poniekąd rozumiał.
Ile czasu on sam próbował ukryć uczucie, którym ją darzył nie tyle przed światem, a przed sobą samym. Ile czasu zajęło zorientowanie się, że to co do niej czuł nie było podsycane jedynie przyjaźnią, lecz czymś więcej. Potrzebował do tego masy czasu, a także podpowiedzi od losu. A potem ukrywał to przed światem i przed nią samą. Trwało to tyle lat, że sam był zdziwiony swoją wytrzymałością i samozaparciem. Ale w końcu pękł. A huk z jakim się to stało sprawił, że ich relacje na długo się pogorszyły.
Hereward był dobrym człowiekiem. A przynajmniej takie miał o nim zdanie, choć znał go bardzo słabo. Wierzył jednak, że jeden z pierwszych członków zakonu, a ponadto osoba, która pomogła mu uciec z Tower przed kilkoma miesiącami, nie mógł być zły. Ponadto jednak ufał jej oraz jej osądowi. Nie wierzył, że byłaby w stanie zakochać się w złym człowieku, gdy sama miała tak czyste i dobre serce. I choć fakt ten napawał go goryczą, która potrzebowała czasu, by stopniowo się wyciszać, odczuwał również ulgę wiedząc komu oddała swoje serce.
- Tak, masz rację. - Ostatecznie przytaknął. Dobrze wiedział, iż to co mówiła miało sens, a nawet więcej sensu niż jego własne słowa. Słowa podsycone zazdrością i goryczą. I choć chciał uciszyć ten głosik w swojej głowie, ciągle słyszał jego ciche zawodzenie wykrzykujące z goryczą ,,dlaczego on, nie ja?". To właśnie ono sprawiało, że jeszcze trudniej było mu zrozumieć i pogodzić się z faktem, że mimo iż nawzajem darzyli się uczuciem, nie planowali być razem. A przynajmniej nie teraz. Byli lepszymi zakonnikami od niego. W tym momencie zadał sobie pytanie - czy miał prawo być jednym z nich, gdy jego pragnienia i potrzeby były tak materialne i egoistyczne? Oni patrzyli ponad to wszystko, wyglądając zza ciemnego horyzontu okazji do ratowania ludzi, ratowania świata. Czy był zły skoro wyszło na jaw, iż dla niego była to sprawa drugorzędna ponad pragnieniami własnego serca? Odkrył jej tajemnicę, niemalże znał ją na wylot. Ale czy ona mogła powiedzieć to samo o nim?
Uśmiechnął się lekko i blado, gdy poczuł jak obejmuje go za szyję. Było w tym coś nostalgicznego, choć również bolesnego. Czy zdawała sobie z tego sprawę? W pierwszej chwili poczuł ukłucie, które jednak bladło wraz z upływem każdej sekundy. Czy to był znak? Czy rzeczywiście każda sekunda miała sprawić, że będzie mu łatwiej? Miał taką nadzieję.
- Owszem. - Odparł dość pogodnie, gdy nostalgia zwyciężyła nad wszystkim innym. - Siedzimy w tym oboje już od jakiegoś czasu, lecz oboje w równym tempie zakopujemy się w to coraz głębiej. - I z tą samą nostalgią ucałował ją w czubek głowy, by w końcu odsunąć się od niej. Podążyli razem przed siebie, rozmawiając i uzupełniając swoją obecnością tych kilka chwil, które jeszcze mieli spędzić razem. Bo żadne z nich nie było pewne jak szybko będą mieli możliwość spotkać się ponownie.

zt x 2





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: St. James's Park   30.07.17 21:01

| 16.04 ?

To nie tak, że potrzebowała spokoju. Miała go - w teorii - wystarczająco, by odpocząć po wrażeniach, które w ostatnim czasie, falowo atakowały jej życie. I nie chodziło tylko o prywatną sferę. Nie była ignorantką, by nie dostrzec, jak bardzo rzeczywistość się zmieniała, zmianami, których nie potrafiła nazwać dobrymi. Niepokój narastał, gdy słyszała o postanowieniach, które zalewały społeczeństwo czarodziejów. I mimo radosnych obwieszczeń w proroku o rosnącym zadowoleniu, Inara miała wręcz odwrotne przekonanie. Ciężko było jej zgodzić się z decyzjami, podobno składanymi dla ich dobra. Gdziekolwiek sie obróciła, dostrzegała nieprzyjemne konsekwencje, które mieszały się z nieprzyjemnym głosem plotek. I z ponurą chmurą myśli nad głową, wędrowała magiczna alejką, siadając w końcu na jednej, bielącej się jasno ławeczce.
Oparła plecy wygodniej i z torby wyciągnęła nieduży szkicownik. Nie malowała zawodowo, ale rysowanie dawało jej możliwość zebrania skłębionych myśli, zbierając wszystko w całość. Skupiała się na kolejnych kreskach, nawet nie zastanawiając się nad poprawianiem, Wystarczała dostarczona przypadkowo twarz, męskie oblicze, które przyciągnęło natchnienie jak magnes. Kiedyś nie potrafiła zapanować nad artystycznymi napadami i potrafiła usiąść na ziemi, by w przypływie weny nakreślić nietuzinkowy portret. Dziś nabrała wprawy, a ledwie postawiła kilka ostatnich kreśleń, odłożyła szkicownik obok.
Na czarną spódnicę upadł jej jasny, kwiatowy płatek i alchemiczka musiała poświecić chwilę, przyglądając się jego barwie. Bez. Uniosła głowę wyżej, niemal zadzierając brodę, by dostrzec nad sobą smukłe gałązki kwitnącego jeszcze bzu. Uśmiech wtargnął na wargi, umalowane czerwienią. W kilka momentów, ciemna, tocząca się chmura - odpłynęła. Wiedziała, ze powróci, ale moment wystarczył, by oddech wyrównał się i mogła skupić się na otaczającym ją pięknie. Musiała chwytać chwile, których wydawało się gdzieś w przestrzeni brakować, jak niewypowiedziana przepowiednia czarnowidza.
Inara wielokrotnie była określana mianem naiwnej, ale już nie próbowała walczyć z przyklejaną jej etykietą. Przymknęła powieki, czując jak przy policzkach tańczą porwane kosmki, czarnych, wciąż rozpuszczonych włosów. Nie trwała długo w zawieszeniu. Otworzyła oczy, czując padający na sobie cień wysokiej sylwetki. Ciemne źrenice skrzyżowały się z jasnym błękitem męskiego spojrzenia, równie przenikliwego co jej własne. Znała ten badawczy wzrok, rozpoznawała przystojne oblicze i wpatrzone weń oczy. A mimo to, po prostu przyglądała się twarzy Appolinare, jakby chciała odmalować dawny, wspomnieniowy obraz osoby, którą dawno temu znała. Brakowało jej tylko głosu.
Pachniał Francją.
- Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? - kiedy ostatnio słyszała własny, francuski akcent, którym wypowiadała utarty w szkole wiersz?





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: St. James's Park   15.08.17 0:22

Trwanie, samo w swoim jestestwie posiada coś urokliwego, czyż nie? Łatwo ją dostrzec, jeśli tylko odpowiednio się na niej skupić. To doprawdy dobrodziejstwo ludzkiej jednostki, że potrafimy dostrzegać momenty. Nawet nie tyle dostrzegać, co nawet cieszyć się nimi. Ewolucja była dla nas łaskawa – obdarowała nas hojnie w przymioty, których poskąpiła wszystkim innym organizmom żyjącym na tej planecie. Tylko człowiek – teoretycznie tak nieskomplikowany w swojej prostocie, a jednocześnie tak złożony, że trudny do jednoznacznego zweryfikowania – potrafił zachwycać się rzeczami, obok którego każdy inny gatunek przechodził obojętnie. Ale jednocześnie też, tylko człowiek wykształcił w sobie zdolność do okrucieństwa, która nie była powodowana zwykłą naturą ewolucji, chęci przetrwania, tylko człowiek odnalazł w okrucieństwie sztukę, tylko on wykorzystywał je jako remedium, swoistego rodzaju panaceum na różnego rodzaju dolegliwości: zbyt małą pewność siebie, niedowartościowanie, władzę. Ale też, w jakiś pokrętny sposób potrafił dostrzec też w cierpieniu ulgę, możliwość reinkarnacji, zbudowania siebie na nowo.
Tak, człowiek zdecydowanie był jedną z najciekawszych i najbardziej skomplikowanych kreacji, jaka zrodziła się na tym świecie. I właśnie kontemplacja nad ludzka jednostką kompletnie zajmowała moje myśli, gdy przemierzałem kolejne uliczki St. James’s Parku w ten całkiem przyjemny dzień, czasem przymykałem powieki na kilka sekund dłużej, delektując się uczuciem, jakie rozpościerało się na mojje twarzy pod dotykiem słońca – tęskniłem za wiosną. Nie tą nieśmiało zaglądającą po zimie, tą w pełnej swej okazałości, gdy gałęzie drzew zazieleniały się, niczym kobieta rozkwitająca z nieśmiałego pąka w piękny, cieszący oko kwiat.
I jeden napotkałem, zajmował ławkę, do której zbliżałem się sukcesywnie z każdym momentem. Wyglądała pięknie, gdy przymykała lekko powieki wystawiając twarz w kierunku słońca, niczym leśna nimfa, albo przepiękna syrena, jednak zawsze odróżniało ją coś od tych stworzeń – w oczach mieszkały małe chochliki, czyniąc ją jedynie bardziej ludzką. Nie, nie była tobą, nikt nie był, ale jej urok był niezaprzeczalny, a charakteru mogłaby pozazdrościć niejedna lady.
Zbliżyłem się nieśpiesznie przystając z boku, rzucając cień na jej twarz, zakłócając rozmowę ze słońcem. Nie przejmowałem się tym jednak, chciałem by zwróciła uwagę na mnie. Niebieskie spojrzenie w końcu spotkało się z moim przez chwilę patrzeliśmy na siebie w milczeniu.
Jej pierwsze słowa w moim kierunku sprawiły, że kącik ust samoistnie drgnął ku górze. Przekrzywiłem lekko głowę z zaciekawieniem wsłuchując się w ojczysty język, łapiąc się na tym, że znów przymykam oczy na dłużej. Ledwie przyjechałem, a już tęskniłem z jego brzmieniem. W Anglii łatwo było zagrzebać zgłoski pośród sylab i liter. Dobrze pamiętałem lekcję udzieloną mi przez dziadka, ale do dzisiaj miałem na ten temat własne zdanie.
- Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne. - odpowiedziałem jej kolejną częścią wersu w rodzinnym języku, nie pozwalając by dłużej czekała. Uśmiech błądził po wargach. Schyliłem się lekko by dobyć jej dłoni i złożyć na niej pocałunek. – Inaro. – powiedziałem już po angielsku. – To prawdziwa przyjemność – móc przypadkiem na ciebie wpaść. – wypowiedziałem całkowicie szczerze, puszczając dłoń i przysiadając na ławce obok niej. – Mniemam, że sporo się zmieniło, od naszego ostatniego spotkania. – sięgnąłem po dłoń obleczoną w pierścionek przez chwilę lustrując ją spojrzeniem, następnie przesuwając ją do jej twarzy. Kiedy ostatnio przyszło nam się spotkać – czy może raczej pożegnać – Inaro, ja krwawiłem z otwartą raną w sercu, ty posiadałaś swoje jeszcze całe. Czy nadal takie było?




I won't compromise. I won't live a life on my knees.
You think I am

nothing.

Powrót do góry Go down
 

St. James's Park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

 Similar topics

-
» St. James's Park
» Podpułkownik James Rhodes / War Machine
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» James "Bucky" Barnes

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17