Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Miasto Bath
AutorWiadomość

Miasto Bath

Położone w dolinie rzeki Avon miasto to jedna z perełek architektonicznych Somerset. Podczas kolonizacji Rzymianie wybudowali w Bath charakterystyczne dla ichniej kultury łaźnie oraz świątynie, które przetrwały próbę upływających lat i dzięki skrupulatnej pielęgnacji czarują urokiem do dziś. Czasy gregoriańskie, podczas których w miasteczku koronowano angielskiego króla, również zaopatrzyły uliczki miejscowości w zabytki. Dziś Bath stało się nieformalną perłą w koronie turystyki Somerset, dzięki mnogości pięknych widoków, spokojnej atmosferze i czystej rzece przecinającej je niemal równo w połowie.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasto Bath Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

przychodzę stąd

Był już zmęczony. Zimno plaży w Somerset przenikało go, gdy pojawił się na obrzeżach miasta Bath. Architektura nie pozostawiała nic do życzenia, ale to nie zmieniało faktu, że nie miał siły jej oglądać. Chciał już tylko pojawić się w wyznaczonym na mapie miejscu, zadbać o bezpieczeństwo świstoklika, a potem znaleźć się w domu i zająć pracą. Ta przecież go odprężała. Powolnym spacerem dostał się w końcu do starej rzymskiej łaźni, teraz niedziałającej. Nieznośne uczucie w żołądku wykręcało go na drugą stronę. Może mógł lepiej upewnić się na temat tamtego świstoklika? Czy na pewno wszystko było w porządku? Był już stary, chociaż umysł zdawał się działać prawidłowo. Przeszedł przez pochylone drzwi opuszczonego budynku i skierował swoje kroki na prawo. Te odbijały się w akustyce tego miejsca.  - Homenum Revelio - wypowiedział czar, ale ten nic nie wskazał. Był tam zupełnie sam. Kolejne kroki w bok, kolejne echo odbijane od ścian. - Festivo - czy to wynik zmęczenia, czy był po prostu tak zdeterminowany do działania. Czar napotkał na świstoklik, jednak nie wykazał obecności czarnej magii. Było tu czysto. Metalowa puszka, która leżała na jednej z ławek pod oknem, nie powinna być zainfekowana. Mimo wszystko, byli w środku promugolskiego miasta, chronionego przez Abbotta. To cokolwiek znaczyło. Jeszcze. Dotknął jej różdżką, a ta nie odpowiedziała niczym, co mogłoby wskazywać na czary. Beckett wolał jednak upewnić się kilkukrotnie, badając przedmiot pod różnymi katami, wieloma zależnościami i wysilając całą swoją głowę, aby tylko na pewno było bezpiecznie. Wyobrażanie o dzieciakach, które w ucieczce przed atakiem trafiają na jeszcze gorszą przyszłość. Tykające bomby, rozrywające się przedmioty, przenoszące w kompletnie losowe miejsca... To wszystko było szalenie niebezpieczne i przykre, dlatego też należało reagować. Świstoklik był bezpieczny. Numerolog usiadł obok niego na ławce, ramię zaplatając o oparcie. Głęboki wdech i wydech. Spokój ogarniał jego ciało, gdy adrenalina uciekała. Steviego czekała jeszcze piesza wędrówka poza miasto i deportacja w okolice Doliny. Robiło się popołudnie, ale musiał zdążyć przed wieczorem. A jutro... Jutro może odwiedzi rodzinny dom, o ile cokolwiek z niego zostało.

zt


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

przychodzę stąd

Gdy świstokliki wychodziły, a zaklęcia działały, to było to uczucie, które zwać można było przyjemnym. Zostawił więc Dolinę Godryka w tyle, przemieszczając się do miasta Bath, w którym zresztą już przecież był. Walizka trzymana w obolałej ręce nie była najprzyjemniejsza do transportu, ale to tam miał wszystkie potrzebne rzeczy. Dawał sobie radę, nie był wszak, aż tak obolały i stary. Walizkę położył na jednej z ławek w parku na obrzeżach Bath. Wokół zresztą nie widział żywego ducha, oprócz jakiegoś kota przebiegającego akurat po alejce, prosto na drzewo, o które zahaczył się pazurami i wdrapywał prosto do korony. Beckett obserwował go przez chwilę, uśmiechając się pod wąsem, po czym powrócił do pracy. Wyciągnął z walizki ułamany obcas od damskiego pantofla i położył go na przygotowanej do tego tacce. Fiolka księżycowego pyłu już otulała jego powierzchnie, bo zaraz miały spotkać ten przedmiot czary transmutacyjne, ostatecznie przemieniające go w świstoklik. Zamówienie od Samuela spłynęło niedawno, ale nie powinno zwlekać. W końcu mogło chodzić o ważne sprawy. Gdy obcas był już przygotowany, Stevie wyciągnął dostarczone mu czarne guziki, które położył na odpowiednich miejscach niedaleko głównego celu przyszłego zaklęcia. Przygotowany wzór na wiązania miał sprawić, że użycie tego świstoklika będzie możliwe, jedynie gdy osoba podróżująca będzie mieć przy sobie ten konkretny czarny guzik. Tak zresztą zażyczył sobie zleceniodawca i to też zamierzał uwzględnić w pracy Stevie. Numerologią zajmował się od lat, nie powinno to stanowić żadnego problemu, ale przecież zawsze coś mogło nie wyjść. Już nie raz go to spotkało i wolał nie ryzykować. Na wszelki wypadek wciąż miał przy sobie świstoklik, który zaledwie dwie godziny temu wykonał w Dolinie Godryka, a w dłoni trzymał walizkę, różdżką wskazując teraz na damski obcas. Był wystarczająco mały, aby zmieścił się w kieszeni płaszcza, a przecież o to chodziło w świstoklikach tego typu. Rozpoczął więc zaklinanie go, wiążąc wszystkie cząsteczki ze sobą. Obcowanie z numerologią było przecież przyjemnością. - Portus - wypowiedział w końcu.

ułamany obcas - świstoklik z księżycowego pyłu (typ I), zabezpieczony dla osób posiadających czarne guziki
ST: 40 (-26 transmutacja, -13 za pierścień z runą nieskończonej liczby) = 2 (bez krytycznej jedynki)
jeśli udane, zt


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 24
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasto Bath Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

przybywamy stąd

Nie odpowiedziała - błysnęły jedynie oczy, zmarszczyły się brwi, gdy przylegała do boku Castora i zamykała go w objęciu chudych rąk, niezdolna ocenić jak bolesną byłaby śmierć matki, ale gdyby przyszło jej tracić dziś ojca... Stevie nie był Mary Jo Beckett, nie porzucił jej, kochał całe życie, nawet jeśli nie zawsze potrafił to okazać - i jego nagłe zniknięcie rozdarłoby serce na pół. Przetoczyło krew przez klatkę piersiową, zalewając ją od środka gorącem żałobnej agonii. Trixie nie chciała, by przechodził przez to jej Sprout - ale nie mogła uczynić nic, by temu zapobiec. Nie była zdolna go przed tym ochronić. Demony osamotnienia na świecie posiadały zbyt długie, zbyt ostre szpony, z którymi uporać musiał się on sam: a ona mogła jedynie trwać u jego boku jako przyjaciółka, jako siostra, skora w każdej chwili zaoferować ramię, na którym mógłby wypłakać gorzką tęsknotę.
- To prawda - wyszeptała z bladym uśmiechem. Ich misja nie mogła czekać, choć tak bardzo chciała przerwać ją choćby na chwilę, by zaprosić Castora na kubek gorącej herbaty czy kakao do dowolnej kawiarenki, które mijali w miasteczku. Może później? Gdy woreczki pełne pluskiew zostaną już rozdane, a oni będą mogli odetchnąć spokojniej w swojej obecności, pełni zadowolenia z sumiennie wykonanego zadania. Bo ona nie zapomni. Nie pozwoli mu rozpaczać w samotności, chyba że tego akurat młody czarodziej będzie potrzebować...
W Yeovil rozdzielili się, skutecznie pozostawiając przygotowane przez numerologa urządzenia w odbiornikach radiowych odwiedzonych miejsc, a gdy ich ścieżki znów splotły się na wskazanym rynku, Trixie nie czuła zażenowania chwytając go za dłoń, tę samą, którą rzekomo uścisnął burmistrz.
- Nie wiedziałam, że mam do czynienia z takim celebrytą - rzuciła pogodnie i kiwnęła głową w swego rodzaju pochwale, gdy zdawał jej raport z przebiegu swojego dokonania. Doskonale. Póki co w jej wcale niebezstronnej ocenie spisywali się na medal i miała ogromną nadzieję, że w ten sposób oceni to także Stevie, zapoznawszy się ze szczegółami ich niemal aurorskiego działania. Chyba? Musieli mieć w sobie pewne zapędy! - Handel? Nie ma mowy. Nie umiałam trzymać zamkniętej jadaczki gdyby ktoś zaczął, no wiesz, mi ubliżać - parsknęła, wzruszywszy ramionami. - Ale ty? Ludzie cię lubią. Ale nie wiem, czy bardziej niż lubią cię rośliny - znów uśmiechnęła się łagodnie, nie tracąc czasu, nim teleportacja rzuciła ich na przedmieścia całkiem sporego miasta Bath, koronnej perły turystyki skumulowanej w Somerset, gdzie zjeżdżali także ludzie z pobliskich hrabstw: trafili zatem doskonale, chcąc szerzyć misję Zakonu Feniksa w umysłach jak największej liczby potencjalnie zainteresowanych czarodziejów, czarownic i mugoli.
Castor i Trixie przeszli kawałek razem, ale przekonana już jak sprawnie poszło im rozdzielenie się ostatnim razem, lekkim szarpnięciem za dłoń Sprouta dziewczyna zatrzymała go w pół kroku i potarła wolną ręką rumiane policzki, pogrążona w kontemplacji. Miejsc do odwiedzenia mieli naprawdę sporo - od czego zacząć?
- Dobrze, nie ma co. Ja pójdę na wschód, ty na zachód, spotkajmy się tutaj, kiedy oboje skończymy. Pasuje ci? - zaproponowała, tym razem odczekawszy na reakcję towarzysza, dopiero po czym ruszyła przed siebie, z uwagą spoglądając na mijane budynki i zapraszające do ich wnętrza szyldy. W pierwszej kolejności zdecydowała się odwiedzić łaźnie, pewna, że przez recepcję takiego miejsca przewijało się wielu mieszkańców, jak i zwabionych niecodzienną atrakcją odwiedzających. I miała rację! Recepcjonista o szlachetnej twarzy i niemalże rzeźbionym z marmuru nosie przystał na jej prośbę, dotrzymując jej towarzystwa i ucząc zarówno siebie, jak i kilkoro członków personelu, montowania pluskiew, docierania do wskazanej częstotliwości i wpisywania kodu będącego datą założenia Zakonu Feniksa. Wyjaśniła im także w jaki sposób pluskwę można było wymontować ze środka oraz czego przestrzegać się w sytuacji nalotu wroga, po czym podziękowała za zaufanie żywione względem podziemnej organizacji i zachęciła do słuchania od piętnastego lutego. Potem zahaczyła jeszcze o mały lokalny uniwersytet, czyniąc właściwie to samo... Choć miała tu więcej przepraw z dziekanem, który nie był pewien, czy audycje prowadzone przez sympatyków Zakonu będą odpowiednie dla młodzieży.
- Zapewniam, że tak! Oprócz tego będziemy grać dobrą muzykę. A dzieciom, nastolatkom i studentom przydadzą się informacje przygotowujące ich do życia, mogące zapewnić im bezpieczeństwo, im i ich bliskim. Planujemy tworzyć audycje naukowe, informacyjne, pożyteczne. Nikogo nie sprowadzimy na złą drogę. Nie tego chce Zakon Feniksa - i nie tego kiedykolwiek się dopuści - odpowiedziała z pewnością, na co mężczyzna w niemal kwadratowych okularach skinął wreszcie głową i pozwolił swojej sekretarce otworzyć radio w pokoju przeznaczonym dla niewielkiej kadry. Potem zaprosił ją także na stołówkę, gdzie znajdowało się kolejne urządzenie, a każdy pracownik placówki, którego mijali, zaczynał towarzyszyć im w nauce obsługi i przyswajaniu instrukcji przekazywanych przez Trixie. - Proszę pamiętać, żeby pod żadnym pozorem nie zdradzić kodu dostępu do Ptasiego Radia. Wszystko inne może dostać się w niepowołane ręce, ale tylko nie to - bez hasła wróg usłyszy jedynie szum - przestrzegła. Resztę byli w stanie zrobić już sami, toteż powierzyła pracownikom szkoły jeszcze trzy pluskwy, by potem udać się w dalszą drogę. Na tej samej zasadzie odwiedziła jeszcze fryzjera, bar, przyjaźnie wyglądającą, kameralną restaurację i kilka większych sklepów, rozdając pluskwy i ucząc ich obsługi zgodnie z notatką ojca gdzie tylko mogła. Nawet nie zauważyła jak z kilku minut zrobiła się ponad godzina... Ale Bath było duże, pełne życia nawet w srogiej zimie, wymagające; wracała do punktu spotkania z Castorem nieco już zmęczona, ale zadowolona i mimo wszystko wciąż pełna werwy.


and the lust for life
keeps us alive, 'cause we're the masters of our own fate, we're the captains of our own souls, there's no way for us to come away, 'cause boy we're gold, boy we're gold.
Trixie Beckett
Trixie Beckett
Zawód : krawcowa, gospodyni w Warsztacie
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
I'll ignite the sun just like the spring has come.
flames come alive.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t9401-trixie-beckett#285649 https://www.morsmordre.net/t9405-stevie#285909 https://www.morsmordre.net/t9408-ta-normalna-beckett#285922 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9407-skrytka-bankowa-nr-2175#285917 https://www.morsmordre.net/t9406-trixie-beckett#285911

Powrót do góry Go down

Nie lubił stawiać Trixie w obowiązku pracy emocjonalnej; była najpiękniejsza, najszczęśliwsza i najlepsza wtedy, gdy jej umysłu nie przesłaniała mgła zmartwień, gdy swymi uważnymi oczami taksowała otoczenie, chyba nieświadomie naśladując mimikę swego ojca. Niech Merlin dopomoże, niech zima przejdzie obok domu Beckettów bez zerknięcia w tamtym kierunku. Przeszli już wystarczająco dużo, tą milczącą dwójką o jasnych umysłach. I chyba dlatego, że czuł od nich to życiowe doświadczenie, którego mu brakowało, skłaniał się jakoś do zaufania im, powierzenia trosk, nawet tych najtrudniejszych, jak teraz. Trixie uśmiechnęła się nawet blado i ten jeden gest zrobił w jego sercu więcej niż tysiące ciepłych słów. Po prostu była. A to droższe było niż większość skarbów świata.
— Ucieszyli się bardzo, że wreszcie będzie czego słuchać — przejęcie w jego głosie prawie dorównywało temu, które przebijało się pomiędzy kolejnymi głoskami, gdy zastanawiał się na głos nad tym, jak właściwie działają pluskwy. Widać było, że pozytywny odbiór ich działań dodawał Sproutowi skrzydeł. Zresztą, gdy przyglądał się rumianym policzkom siostrojaciółki był niemalże pewien, że czuła się podobnie. — E tam, mogłabyś zawsze powiedzieć takiemu niemilcowi, że go nie stać na twoje dobra. Od razu zrobiłby się milszy. — uniósł głowę w górę, znów spojrzeniem zahaczając o chmury nad nimi. Nieco zszarzały, więc Castor zaczął się zastanawiać, jak długo uda im się uchronić przed opadami śniegu. Bo to, że spadnie, nie podlegało wątpliwości.
Na kolejne słowa młodej kobiety uśmiechnął się nieco zmieszany. Normalnie w takiej sytuacji wcisnąłby swe wejrzenie gdzieś w podłogę czy ziemię, obecnie warstwę błota pośniegowego i potargał sobie włosy z tyłu głowy. Czapka skutecznie uniemożliwiała drugą z czynności, więc pozwolił sobie jedynie na odwrócenie wzroku i dumny półuśmiech przebijający się nad szalikiem.
Bath znowu stanowiło odmianę od ostatniego miejsca, w jakim się znaleźli. To miasto od zawsze kojarzyło mu się z rzymskim podbojem, z łaźniami, o których wspominał niejednokrotnie każdemu, kto postanowił dać Somerset szansę i odwiedzić je w celach turystycznych. Ile tu możliwości! Ile okazji do zahaczenia o miejsca nietypowe, których próżno było szukać na przykład w Dolinie Godryka?
— Tak jest, panno Beckett — ukłonił się przed nią zamaszyście, nim zdążyła zniknąć sprzed jego spojrzenia. Jak to robiła, że poruszała się tak prędko i ginęła w ludzkim tłumie, tego nigdy nie pojmie. W każdym razie pozostawiony sam sobie — sobie i własnej intuicji — skierował się w stronę przeciwną do tej, którą podążyła przyjaciółka.
Jego pierwsze kroki skierowały się właśnie ku łaźniom. Przez jedną z głównych atrakcji miasta musiało przewijać się wielu ludzi — tak umagicznionych, jak i mugoli — toteż uznał, że było to najlepsze miejsce do rozpoczęcia działalności. Sprężystym krokiem przekroczył próg, po czym zaczepił tym razem niewiele młodszą od siebie recepcjonistkę, prosząc o możliwość spotkania z zarządcą tej instytucji. Dopiero u niego na dywaniku wytłumaczył, że przybywa do łaźni z ramienia Zakonu Feniksa, ale nie śmiąc zjawiać się w "gościnie" z pustymi rękami, oferuje specjalne udogodnienie do posiadanych w przybytku odbiorników radiowych. Starszy człowiek z bujną brodą i lśniącą na czubku głowy łysiną podrapał się chwilę w swe lewe ramię, nie do końca przekonany o konieczności ingerowania w mechanizmy. Jednakże Castor nie ustępował, choć dalsze przekonywania prowadził łagodnie, wspominając o najważniejszych elementach ich planu: częstotliwości 101,1 oraz haśle, które było niezbędne do prawidłowego odkodowania transmisji. Ostatecznie zarządca uznał, że nie będzie przekazywał swym pracownikom hasła, zachowując je wyłącznie do wiadomości własnej, by zwiększyć tym samym bezpieczeństwo w przypadku ewentualnego nalotu. Dopiero po tej deklaracji dźwignął się ze swojego fotela, nakazując Castorowi ruszyć za nim, w kolejnej eskapadzie w poszukiwaniu grających pudełek.
— Bo wie pan, tam grać będziemy audycje z prawdziwego zdarzenia. Nie tylko wojenne, choć te będą miały pewnie priorytet, zwłaszcza, jak gdzieś będzie gorąco. Ale i muzyka będzie przednia, goście z pewnością docenią — mówił, przechadzając się po długich, jasnych korytarzach, z radością obserwując rosnące rozpromienienie malujące się na twarzy starszego człowieka. Gdy dotarli do pierwszego z pokoi, Castor zaprezentował odpowiednie zamontowanie pluskwy, oraz to, jak można ją bezpiecznie wyciągnąć. W następnych miejscach montażem zajmował się albo sam zarządca, albo któryś z jego pracowników. Wszystkim szło to dość prosto, co tylko utwierdzało Castora w przekonaniu, że mechanizm był genialnie wręcz prosty. Trzeba było mieć naprawdę tęgi umysł, by coś tak skomplikowanego zamknąć w równie intuicyjnej formie.
— Zaczynamy trzydziestego pierwszego stycznia. Aha i bym zapomniał. Musi pan przypilnować pracowników, by nie ustawiali tej częstotliwości bez późniejszego wpisania kodu. Wtedy lecieć będzie audycja dezinformacyjna, ale myślę, że taki umysł jak pański od razu to rozpozna. I jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas, było mi naprawdę bardzo miło! — rzucił na odchodne, kłaniając się w pas panu zarządcy. Swe kroki skierował następnie w stronę zakładów meblarskich, których kontur dostrzegł, zanim jeszcze dotarł do łaźni. Znalazł tam kolejnych kilka odbiorników, absolutnie zachwycony faktem, że większość załogi produkującej meble była mugolami, nie zaś czarodziejami. Poza przekazaniem najważniejszych informacji dotyczących Ptasiego Radia:
— Ptasie Radio, któż by pomyślał! Urocza nazwa, kto na nią wpadł? — nie potrafił udzielić odpowiedzi na tylko jedno pytanie. Uśmiechnął się wtedy nieco głupio i rozłożył ręce, bo naprawdę nie wiedział. Jednakże gdy prezentował zasady obsługi odbiornika z ich małym prezentem, wokół niego zebrał się spory wianuszek gapiów, co przyjął ze wciąż rosnącą ulgą. Serce radowało się z takiego dobrego przyjęcia, a Castor gotów był zostać w środku, by zwiedzić fabrykę, ale czas naglił! Musiał wracać do Trixie!
— Uff, zdążyłem — wysapał, bo ostatnie kilkaset metrów po prostu przebiegł, balansując na granicy pewnych kroków i poślizgnięcia się. Widok zmęczonej, choć zadowolonej Trixie był niezwykle wręcz uroczy. Nie mógł więc powstrzymać się przed krótkich chichotem, przerywanym próbami nabrania większego oddechu celem unormowania pracy serca. — Jeszcze trochę przed nami, ale już bliżej końca, prawda? Zjemy sobie coś w Bridgewater i od razu będziesz mieć siły!

| Trixie i Castor z/t, robimy siup tutaj[bylobrzydkobedzieladnie]


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 12.10.21 23:55, w całości zmieniany 1 raz
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

noc z 19 na 20 stycznia

Nad Taunton objawił się Mroczny Znak, który sparaliżował strachem całe miasto. Informacje szybko dotarły do nas, a my ruszyliśmy, aby rozeznać się w sytuacji, szykując na ewentualną walkę. Gdy dotarliśmy na miejsce, na niebie rzeczywiście wisiał symbol śmierci. Musieliśmy się przegrupować, szybko ocenić straty i naprawić to, co jeszcze dało się naprawić. Dookoła panował chaos. Po zachodniej stronie miasta rozegrała się straszliwa walka. Obok tych, którzy polegli kręciły się zrozpaczone i osierocone dzieci. Ci, którzy zostali zranieni, cierpieli w samotności lub w krzyku. Pozostali mieszkańcy miasta zbierali się w jednym punkcie spanikowani. Chcieli uciekać, choć nie wiedzieli gdzie. Wieści równie szybko dotarły do Dorset, gdzie grupy mugoli i owładniętych strachem czarodziejów zaczęły panikować, że to oni będą następni, że są zagrożeni. Sprawa wydawała się być powiązana z makabrą mugoli w Gloucestershire, która miała miejsce ledwie kilka dni wcześniej. Tamtejsze obozowisko uchodźców zdawało się być następnym, najbardziej zagrożonym punktem. Za zbrodniarzami ruszyły grupy uzbrojonych czarodziejów, gotowe na wszystko. Pozostało liczyć, że uda im się złapać przestępców i przywrócić spokój na półwyspie kornwalijskim.

Kiedy tylko wieści o Mrocznym Znaku wiszącym nad Somerset dotarły do Kurnika, rozesłałem patronusy do członków Zakonu Feniksa. Wiedziałem, że odpowiedzą. Że bez względu na to, czym właśnie się zajmowali, dobro mieszkańców Półwyspu stawiali nad swoje własne. Nie mogliśmy pozwolić na to, by panika rozeszła się wśród ludzi niczym zaraza. By umacniany miesiącami spokój został zachwiany. Zabrawszy kilka niezbędnych eliksirów i pomniejszoną zaklęciem miotłę teleportowałem się do Taunton. Pierwszymi, których zastałem na miejscu byli Vincent, Gabriel i Herbert. Mimo późnej nocnej pory na ulicach trwało poruszenie. Chaos odbierał nadzieję, a symbol Voldemorta - symbol śmierci, która wkroczyła do miasta - unosił się nad zebranymi. To od niego należało zacząć. To on pogłębiał strach. To on rozsiewał niepokój. To on niósł ze sobą wartości, których nie zamierzałem respektować i które zasługiwały na potępienie. Uniosłem różdżkę wysoko nad siebie, w myślach przywołując finite incantatem - różdżka zawibrowała, jednak zgodnie z moją wolą zielony symbol rozmył się na niebie, przez chwile znacząc je jeszcze świetlistą łuną, by po chwili rozpłynąć się całkowicie.
Krótkie preludium do tego, co właśnie nas czekało.
- To, co wydarzyło się w Taunton zostanie zapamiętane. Zapamiętane przez naszych wrogów, że wkroczyli na tereny, na których ich terror nie zbierze obfitych plonów. Nie pozwolimy się zastraszyć. Nie pozwolimy, by zbrodniarze czuli się bezkarni. - Mój mocny głos wybrzmiał w kierunku ludzi, którzy kręcili się w pobliżu. Chciałem dać im nadzieję - a może nawet bardziej niż ją poczucie sprawiedliwości, może nawet zemsty? Musieli wiedzieć, że nie byli sami. Wszyscy byli gotowi do pomocy. - Zakon Feniksa jest po waszej stronie i każdy, kto poprosi o pomoc, otrzyma ją. Wpierw jednak ja proszę o pomoc was - ostry ton nie łagodniał; wśród czarodziejów musieli znajdować się i tacy, którzy kojarzyli moją twarz z listów gończych - liczyłem więc, że wzbudzi to ich zaufanie. - Ruszymy za zbrodniarzami, którzy dopuścili się napaści i wymierzymy im karę. Jeszcze teraz, zaraz. Każde informacje na temat sprawców będą na wagę złota. - Musieli być świadkowie - ci, którzy przeżyli, i ci, którzy obserwowali z daleka. Chciałem, aby mieszkańcy wiedzieli, że mogą na nas liczyć. - Pomoc wkrótce nadejdzie. - Dodałem z pewnością, w drodze byli już medycy.
- Dziękuję, że się stawiliście. Rozdzielmy się. - Kolejne słowa skierowałem już do swoich towarzyszy - Zacznijmy od miasta. Jeżeli ktoś z was znajdzie trop, wyślijcie sygnał przez periculum lub patronusem, jeżeli potraficie. Gabriel, byłeś wiedźmim stażnikiem, pójdziecie z Vincentem. - Zdecydowałem, wskazując jako jego towarzysza zaufanego członka Zakonu Feniksa, a pod swoim okiem pozostawiając Herberta, którego miałem okazję poznac kilka dni temu w Kurniku.
To miała być długa noc.

[bylobrzydkobedzieladnie]


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym


Ostatnio zmieniony przez Frederick Fox dnia 16.10.21 13:49, w całości zmieniany 1 raz
Frederick Fox
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Miasto Bath Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856

Powrót do góry Go down

Patronus wysłany przez Foxa zerwał go na równe nogi. Informacja o Mrocznym Znaku postawiła go do pionu a zimny pot oblał skronie. Nie miał nad czym się zastanawiać tylko porwał pierwsze z brzegu ubranie oraz naciągnął na nogi zimowe buty. Porywając różdżkę wybieg przed Farmę by jak najszybciej dostać się na miejsce ogólnego zamętu i chaosu. Kiedy był już blisko słyszał krzyki i panikę oraz błagania o pomoc. Jakaś kobieta chwyciła jego ramię z zapłakaną twarzą więc jedynie w odruchu objął ją by tym gestem zapewnić, że jest już bezpieczna. Ona zaś przyciskała do piersi małego pieska, który czarnymi oczkami jak paciorkami wpatrywał się w swoją panią widząc i czując jej strach. Piski świdrowały jego umysł, a na niebie widniał znak, ten sam którym gardził całym sobą. Symbol terroru oraz morderców, ludzi, którzy nienawidzą innych. Podszedł bliżej całego zgiełku, gdzie już byli Fox, Tonks i Rineheart, a ten pierwszy właśnie przemawiał. Ludzie zatrzymywali się i pokazywali sobie jak Mroczny Znak znika, niby nic, ale przekaz był jasny - nie byli sami. Zakon Feniksa tu był i nie zostawi ich samych. Zwrócił się do kobiety, która była cały czas obok niego.
-Masz gdzie wrócić?
-Tak. - Kiwnęła głową skupiając swoją uwagę na Greyu, a ten położył ramiona na jej barkach, potrzebował teraz jej spokoju.
-Czy widziałaś coś, co może nam pomóc w schwytaniu tych ludzi? Cokolwiek? - Intensywnie niebieskie oczy wpatrywały się w zapłakaną twarz kobiety, a ta pociągnęła nosem i pokręciła głową.
-Byłam z Nico na spacerze kiedy zobaczyłam znak na niebie.- Zaczęła mówić drżącym głosem, a piesek zaskomlał cicho i polizał dłoń kobiety. -Widziałam tylko jak przemykają między domami.
-Wracaj do siebie i odpocznij. - Polecił jej Herbert opuszczając dłonie.-Zakon Feniksa już tu jest i złapiemy tych drani. Obiecuję.
Gdyby mógł udusiłby ich gołymi rękoma, bez użycia czarów, bez żadnej magii, czystą furią i pięścią. Kobieta wyszeptała podziękowanie i szybkim krokiem się oddaliła.
-Jeden z nich był wysoki… w masce. - Herbert odwrócił się gwałtownie słysząc te słowa by spojrzeć w twarz człowieka po czterdziestce. Na głowie miał przekrzywiony kaszkiet, a w dłoni ściskał miotłę.
-Był tylko jeden w masce?
-Nie wiem, widziałem tylko jednego. Reszta miała kaptury na twarzach, nie widziałem ich. Ale ten w masce wyczarował ten znak. - Palec mężczyzny poszybował w górę ku niebu, gdzie jeszcze przed chwilą symbol nowego ładu i porządku był wyraźnie widoczny. Teraz pozostało po nim wspomnienie.
-Dziękuję, proszę wracać do domu. Resztą my się zajmiemy.
-Powodzenia.
Herbert skierował swoje kroki w stronę domów, które wskazała mu wcześniej kobieta, miał nadzieję, że osoby które tam mieszkają lub przebywały będą w stanie powiedzieć mu coś więcej.

|Ekwipunek: miotła, którą dotarł na miejsce, różdżka,  wywar ze szczuroszczeta (2 porcje)


Zły pomysł?Nie ma czegoś takiego jak zły pomysł, tylko złe wykonanie go




Ostatnio zmieniony przez Herbert Grey dnia 16.10.21 14:12, w całości zmieniany 1 raz
Herbert Grey
Herbert Grey
Zawód : Botanik, podróżnik, awanturnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Podróżowanie to nie jest coś, do czego się nadajesz. To coś, co robisz. Jak oddychanie
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9088-herbert-grey https://www.morsmordre.net/t9097-awanturnik https://www.morsmordre.net/t9098-ten-drugi-grey#274432 https://www.morsmordre.net/f179-dorset-bockhampton-greengrove-farm https://www.morsmordre.net/t10001-skrytka-bankowa-nr-2134#302368 https://www.morsmordre.net/t9106-herbert-grey#274578

Powrót do góry Go down

Nie spał. Od dłuższego czasu miał problemy ze snem. Albo nie spał w ogóle albo miał takie koszmary, że i tak się budził. Dlatego kiedy do jego pokoju, przez uchylone okno wleciał patronus, który po chwili zmienił się srebrzystego lisa, nie spał, siedział z książką w rękach. Kiedy usłyszał wiadomość, nawet się nie zastanawiał. Zerwał się z łóżka, po czym wskoczył w leżące na ziemi ubrania, na plecy narzucił skórzaną kurtkę z podszewką, po czym chwycił różdżkę i wyszedł z domu szybkim krokiem. Nie zwracał uwagi na chłód, na mróz szczypiący jego poliki i wdzierający się pod niedopiętą koszulę. Odszedł od domu na odpowiednią odległość, jednocześnie dopinając ubranie, a upewniwszy się, że jest wystarczająco daleko, wsiadł na swoją miotłę i ruszył do miasteczka Bath.
To co zastał na miejscu, przerastało jego oczekiwania. Chaos, trwoga, przerażenie i krzyki jakie do niego dotarły, kiedy pojawił się przed bramą prowadzącą do miasta, a przecież jeszcze nie wszedł do środka. Wyraźnie jednak widział Mroczny Znak migoczący złowieszczo na niebie kiedy kierował swe kroki w kierunku głównego rynku miasta. Ten przeklęty znak był świadectwem wszystkiego czym gardził i z czym walczył. Krew w nim wrzała kiedy przez głowę przechodziły mu myśli, że wróg miał czelność pojawić się w Somerset, na półwyspie, gdzie mieszkańcy byli chronieni przez sojusz i Zakon Faniksa.
Im głębiej wchodził do miasta, im bardziej zbliżał się do głównego rynku, tym coraz większe okropieństwa widział. Ludzie zalani łzami, bezradnie rozkładali ręce, z budynków unosił się dym po dogaszających powoli, ale nie wszędzie, pożarach.
W pewnym momencie jego uwagę przykuła mała dziewczyna, która siedziała skulona pod ścianą, z rękami oplątanymi w około kolan, a z rany na czole płynęła krew. Podszedł do niej i ukucnął przed nią.
- Już dobrze. Już jesteś bezpieczna. - powiedział cicho delikatnie odgarniając jej ubrudzone krwią włosy z czoła, by zobaczyć, czy rana jest bardzo poważna.
Nie znał się totalnie na magii leczniczej, teraz żałował, że nigdy się nad nią nie pochylił, jednak być może był w stanie jakkolwiek pomóc.
Dziewczynka drgnęła słysząc jego głos i cofnęła się szybko zanim zdążył zobaczyć radę.
- Hej, hej, spokojnie. Nic ci nie zrobię. Jestem tu żeby pomóc. - mówił spokojnym, łagodnym tonem, chociaż wewnątrz się w nim gotowało ze złości.
Mała spojrzała na niego swoimi brązowym oczętami i przez moment tak na niego patrzyła. Gabriel miał wrażenie jakby miała mu się zaraz wedrzeć do umysłu. W końcu jednak dziewczyna skinęła lekko głową i przysunęła się do niego na powrót bez słowa. Teraz na nowo miał możliwość przyjrzeć się jej ranie. Na szczęście nie była głęboka. Tonks sięgnął do kieszeni, gdzie zawsze miał jakąś chusteczkę. Tak też było i tym razem. Rozejrzał się, na szczęście zaraz obok stało wiadro wody. Zamoczył w nim chusteczkę, po czym delikatnie przetarł jej ranę, a potem otarł twarz.
- I już lepiej. Byłaś bardzo dzielna. - uśmiechnął się do niej łagodnie chcąc jej dodać otuchy.
- Tu był straszny pan...miał okropną maskę… - odezwała się cicho unosząc wątłą rączkę i wskazując w kierunku głównego rynku.
Gabs uniósł brew ku górze. No tak, ten znak mógł wyczarować jedynie Śmierciożerca. Można było się domyślić, że to była ich sprawka.
- Był tu ktoś jeszcze? - spytał spokojnie wykorzystując sytuację, że mała zaczęła mówić.
- Tak… kilku...widziałam pana Plafiusa...mieszka dwie ulice dalej, sprzedawał chleb w piekarni mojej mamie… - oczy dziewczynki nagle zrobiły się wielkie, a po chwili wybuchnęła płaczem – On zaatakował moją mamę...moją mamusię...ja nie wiem gdzie ona jest! - zanosiła się płaczem.
Gabriel zanim pomyślał przytulił dziewczynkę do siebie, wręcz ukrywając ją w swoim ramionach. Zazgrzytał zębami, coraz bardziej się w nim gotowało. Co ci ludzie zawinili, jakim zagrożeniem mogła być mała dziewczynka?
- Annabeth? Annabeth...dzięki Bogu, uratował pan moją córkę! - zza rogu wyszedł po chwili mężczyzna i widząc dziewczynkę w ramionach Gabriela od razu do nich podszedł.
- Tatusiu! - Annabeth od razu wyrwała się z objęcia Tonksa i wpadła w ramiona ojca.
- Proszę się zając jej raną na głowie i zabrać do domu. Po za tym nic jej nie jest. - odparł blondyn podnosząc się z ziemi.
- Dziękuję panu, dziękuję. - mugol spojrzał na niego z wdzięcznością przytulając do siebie córkę.
Gabs uśmiechnął się lekko, skinął głową i zaciskając dłonie w pięści ruszył na nowo na główny rynek. Starał się nad sobą zapanować, bo czuł, że jeszcze chwila i straci nad sobą panowanie. Był wściekły i zdecydowanie rządny zemsty w tym momencie. Kiedy dotarł na miejsce Mroczny Znak już zniknął z nieba, a widząc Fox’a, domyślił się, że to jego zasługa. Po chwili zauważył Herberta i Vincent’a.
- Plafius, to jeden z napastników. - powiedział kierując swoje słowa do zebranych – Popytam czy ktoś go jeszcze widział, pracował w pobliskiej piekarni. - dodał zerkając na Vincenta, może on też już zdążył zdobyć jakieś informacje.


Between life and death
you will find your true self, you will know what you are and what you never expected to be


Ostatnio zmieniony przez Gabriel Tonks dnia 29.10.21 15:50, w całości zmieniany 1 raz
Gabriel Tonks
Gabriel Tonks
Zawód : Szpieg
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony - no nie powiedziałbym.
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
 Ten co martwy chodzi wśród żywych
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9947-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t9987-pimpek#301926 https://www.morsmordre.net/t9990-zombie-zbiera-znajomych#301965 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t10857-skrytka-nr-2261#330979 https://www.morsmordre.net/t9988-gabriel-tonks#301946

Powrót do góry Go down

Ostatnie dni codziennej egzystencji, spędzał poza terytorium ulubionej Irlandii zasypanej ciężkimi warstwami świeżego śniegu. Wraz z puchatym, psim towarzyszem, przenieśli się do drewnianego domostwa, należącego do zaprzyjaźnionej, najbliższej rodziny. Kilka zleceń, które przyjął na swe zmęczone barki, miało odbyć się na miejskich oraz wiejskich terenach angielskiego hrabstwa Somerset. Aptekarze, wykwalifikowani alchemicy, zamawiali brakujące, roślinne składniki, które posiadał w domowej pracowni. Dostawy, choć skąpe, wystarczały na pokrycie potrzeb części wymagającej klienteli. Ciemna kotara styczniowej, lodowatej nocy, rozciągała swe rozgwieżdżone jarzmo pond głową zakrytą hebanowym kapturem. Teleportował się około kilometr od Wrzosowej Przystani, uważając na potencjalne niebezpieczeństwa. Szedł powolnie, nie spiesząc się, pokonując zapadniętą powłokę nieodsłoniętych ścieżek. Materiał grubego płaszcza, zbierał pojedyncze drobiny. Skórzana, opustoszała torba o magicznych właściwościach, zwisała z prawego ramienia skrywając kilka podstawowych eliksirów bojowych oraz leczniczych. Odkąd sytuacja w kraju stała się coraz bardziej niestabilna i dramatyczna, nauczył się być przygotowanym na wszystko. Walka z potencjalnym wrogiem mogła odbyć się w każdej chwili, na najmniej spodziewanym skrawku sojuszniczej ziemi. Oddychał ciężko przyciskając poły okrycia, gdyż srogi mróz atakował wszystkie, odsłonięte kończyny. Zamierzał poddać się pozostawionej pracy, sporządzić zaległe raporty oraz inwentarzowe zestawienia. Nie spodziewał się, iż złowroga nowina wywróci nadchodzący dzień do góry nogami. Srebrzysta mgła zmaterializowała się tuż przed nim, formując postać bliźniaczego patronusa. Zatrzymał się gwałtownie zerkając na niewielkiego lisa, mówiącego głosem znajomej persony. Przestraszył się słysząc wypadające informacje. Poprawił miotłę przyczepioną do tyłu pleców za pomocą paska. Bez większego zastanowienia teleportował się w wyznaczone miejsce, lądując na rozmokniętym bruku bocznej ulicy miasta. Różdżka pojawiła się w prawej dłoni gotowa do ataku. Instynktownie podniósł brodę, widząc jak ostatki migoczącej formy mrocznego znaku rozpływają się między szarawymi obłokami. Te parszywe kreatury dotarły, aż tutaj. W mieście panował chaos. Ludzie w obawie przed własnym losem, wybiegali na lodowatą powierzchnię, poszukując bliskich, ratując ostatki zniszczonego dobytku. Krzyk, kobiecy szloch, dźwięk płonących budowli uderzał w bębenki słuchowe determinując do działania. Choć żołądek przekręcał się w wyraźnym, przerażeniu, nie zatrzymywał się. Kilka znajomych rodzin zamieszkiwało zaatakowany teren; chciał zweryfikować ich bezpieczeństwo, zebrać podstawowe fakty dotyczące atakujących intruzów.
Biegnąc zakurzoną ulicą natrafił na grupkę dzieci, pochylających się nad nieruchomym ciałem. Potrząsali nim, krzyczeli niezidentyfikowane słowa ginące w napływie słonych kropli plączących zgrabiały język. Zbliżył się do zbiorowiska, przeciskając się przez niewielki tłum zatrwożonej młodzieży. Kobieta o rudych lokach leżała na asfaltowej zmarzlinie. Krew sączyła się z rozbitej głowy, twarz pokrywały świeże zadrapania. Mężczyzna uklęknął przed nią, podstawiając ucho w okolice ust. Dwa place przyłożył do tętnicy szyjnej, sprawdzając puls. Szlochające, przerażone persony, przyglądały się ów sytuacji w niemym oczekiwaniu. Pociągali nosem, gotowi na brutalną ostateczność: – Ta kobieta żyje. – odpowiedział twardym, bezwzględnym głosem, podnosząc się z kolan. – Niech jedna osoba znajdzie okolicznego medyka. Okryjcie ją płaszczem, nie pozwólcie, aby leżała na bruku, aby się wyziębiła. Działajcie szybko… – poinstruował nie mając więcej czasu. Młodzi mieszkańcy zareagowali błyskawicznie, a on skręcając w boczną odnogę, rzucił jeszcze w ich stronę: – Widzieliście coś, kto zaatakował te kobietę? – smutne oczy wwierciły się w jego sylwetkę, sprawdzając intencje i poziom zaufania. Jedna z dziewczynek odezwała się drżącym ledwo słyszalnym tonem, opuszczając głowę w dół: – To nasza mama… Oni, oni, mieli maski, nie wiem, nie widziałam… – rzuciła niewyraźnie zanosząc się mocniejszym płaczem. Ciemnowłosy skinął głową dziękując za wstępny wywiad. Odwrócił się na pięcie i pobiegł do dzielnicy miasta, pełnej niskich, kilkupiętrowych kamienic. Alchemik, do którego chciał dotrzeć jako pierwszy, stał przed wejściem obejmując ciało drżącymi ramionami. Wydawał się jedynie przerażony, zatrwożony całą sytuację. Jego rozbiegany wzrok przez cały czas wpatrywał się w niebo, wskazujący palec był skierowany ku górze. – Panie Carter, wszystko w porządku? – wyrzucił zdyszany, podbiegając do staruszka, kładąc dłonie na jego ramionach. Siwowłosy zerknął na niego z opóźnieniem, jego rozbiegane źrenice były rozszerzone, przerażenie wylewało się z każdej komórki: – Ten znak na niebie, to były diabły… – mamrotał opętanie, mieszając informacje oraz niedawne zdarzenia. – Proszę się skupić i powiedzieć mi co się stało. Jest pan bezpieczny, znak został zneutralizowany. Złapiemy tych, którzy wyrządzili wam krzywdę. – zapewnił. Gospodarz kontynuował, jakby nie reagował na słowa: – Byli też tu, wyciągali nas z domu, wyrzucali z własnego domu… Zabrali ich: Lucy Montgomery, starego Howella, Richarda Flume, nie wiem gdzie, nic nie widziałem, mieli maski. To było straszne… – słowa wylewały się z jego ust, sylwetka drżała coraz bardziej. Starcze dłonie zakleszczyły się na nadgarstkach zielarza, zdecydowanie zbyt mocno. Ten westchnął głośno i ściskając jego ramiona, postanowił zachować zimną krew: – Proszę iść do domu. Zabrać stąd żonę i porządnie zamknąć drzwi. Poczekać do rana. Wszystkim się zajmiemy, nic wam nie grozi. Rozumie pan? – mężczyzna nie odpowiedział. – Rozumie pan?! – pokiwał głową powolnie, niechętnie. Oniemiały odkleił się od Zakonnika, ruszając w stronę bloku. – Czy słyszał pan jakieś rozmowy, nazwiska, mówili dokąd zabrali te osoby? – staruszek skupujący roślinne składniki znów zatrzymał się na moment. Przygarbił się, zadrżał, lecz po chwili odpowiedział: – Mówili coś o głównym rynku. Wydawało mi się, że słyszałem nazwisko Blythe, albo Blade, nie jestem pewny… – wszelkie przesłanki były teraz na wagę złota. Rineheart upewnił się, że wykonał jego polecenia, po czym pobiegł w stronę rynku głównego, licząc na znalezienie wyraźnego tropu. Na miejscu napotkał wezwanych przedstawicieli organizacji. Podszedł do trzech mężczyzn, stając naprzeciwko Tonksa. Wysłuchując raportów w zmarszczonym skupieniu, dodał kilka zdań: – Większość z nich miała maski. Jeden z mężczyzn, mój klient powiedział mi, że wyciągali ludzi z mieszkań. Nazwiska, które podał: Montgomery, Flume, Howell, to rodziny mugloskie… Podobno mieli udać się tu, na rynek główny. – poinformował rozglądając się na wszelkie strony. – Usłyszał też jakieś nazwisko jednego z oprawców: Blade, albo Blythe. Był w szoku, nie wiem na ile to prawda... – zakomunikował, przyjmując instrukcje byłego szlachcica. – Mam kilka eliksirów w razie potrzeby. – dodał jeszcze, po czym odwrócił się w kierunku zachodnim. Od tej części miasta mieli zacząć dokładniejsze poszukiwania.

| Ekwipunek:
- Miotła
- Eliksir przeciwbólowy (1 porcja)
- Eliksir niezłomności (1 porcja, moc +14)
- Wywar ze szczuroszczeta (1 porcja)
- Eliksir znieczulający (1 porcja, stat. 20)


[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself


Ostatnio zmieniony przez Vincent Rineheart dnia 21.10.21 1:14, w całości zmieniany 2 razy
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

- Wiem, kim pan jest. Rząd pana poszukuje. - Kiedy mógł głos umilkł, a niebo ponownie zabarwiło się na granat, młody chłopak wystąpił przed innych; twarz miał naznaczoną plamami krwi, musiał brać udział w walce, a w jego oczach tlił się gniew. - Widziałem jak napastnicy uciekali przy pomocy świstoklika. Ale jeden nie zdążył. Mężczyzna. Był mocno ranny, zdołał jednak uciec w miasto. Próbowałem go gonić, ale go zgubiłem. Musiał się gdzieś ukryć. W tym stanie nie mógł się teleportować. - Głos mu drżał, stał jednak wyprostowany, spoglądając mi prosto w oczy i tym samym skrupulatnie maskując strach, który na pewno mu towarzyszył. - Chcę iść z wami. Potrafię walczyć. Miałem… miałem przystępować do kursu aurorskiego. - Dodał, zaciskając dłonie w pięści; widziałem jego złość i gorycz. Chciał działać - i takich ludzi potrzebowaliśmy.  
- Doceniam twoją odwagę, potrzebujemy jednak osób o pewnych umiejętnościach bojowych. Każdy błąd jednostki może kosztować całą grupę. Czy jesteś na to gotowy? Ponieść odpowiedzialność za swoje potknięcie, które może kosztować życie twoich współtowarzyszy? - Zwróciłem się bezpośrednio do chłopaka. Mógł być niewiele starszy od mojego syna. Nie wiedziałem, czy zrozumie, jednak ton mojego głosu nie był pouczający, a wyrozumiały, przepełniony siłą autorytetu. - Pewnie nie to chciałeś usłyszeć. Ale pomogłeś już, dając mi te informacje. I możesz pomóc tutaj. My musimy przeszukać miasto. A tutaj… tutaj w każdej chwili może ktoś wrócić. Jeśli tak się stanie, wystrzel iskry. - Pouczyłem go, a choć na jego młodym licu malowała się szczenięca buta, wojna wydawała się odcisnąć na nim piętno szybkiego kursu dojrzewania. - Jeśli chcesz walczyć, potrzebujesz szkolenia. - Dodałem po chwili. Nie chciałem, aby jego potencjał poszedł na marne. - Możesz zostać rekrutem. Wkrótce rozpocznie się pobór. Zgłoś się. - Rozkazałem łagodnie, a chłopak skinął głową. Wydawał się rozumieć.
- Proszę zrobić tak, jak pan mówił. Proszę sprawić, aby cierpieli. Aby zapłacili za to, co zrobili- Odezwał się, gniewnie marszcząc brwi. - Mogą wrócić? I chcecie nas zostawić?! - Zza jego pleców wystąpiła nagle wzburzona kobieta w średnim wieku.
- Jeśli wrócą, będziemy już przygotowani. Ale teraz musimy ruszać. Inaczej stracimy szansę na złapanie sprawców. - Odparłem jej stanowczo, bez zawahania. Wiedziałem, że ludzie byli zdani na mój autorytet, na moje słowo, moje zapewnienia. Reprezentowałem Zakon Feniksa - a tutaj, w Somerset, ci, którzy śledzili losy wojny wiedzieli, kim byłem. A jeśli nie wiedzieli - mieli okazję się dowiedzieć. Nie zamierzałem wdawać się w dalsze dyskusje, chciałem jednak w jakiś sposób złagodzić panujące nastroje. Niektórzy wydawali się oczekiwać znacznie więcej, niż byliśmy w stanie zapewnić.- Znam zaklęcie, które pomoże. Utrudni korzystanie z czarnej magii. - Uniosłem wysoko różdżkę, zakreślając w powietrzu półksiężyc i wymawiając inkantację - Protecta. - Powietrze wokół mnie przez chwilę zawirowało ciepłem. Wiedziałem, że czar był potężny. - To bardzo silna magia. Będzie was wspierać. - Dodałem na uspokojenie, choć tej nocy spokój był ostatnim słowem, które miało być na językach mieszkańców Taunton. Czasami jednak liczył się każdy gest.
Zanim jeszcze wysłuchałem informacji zebranych przez towarzyszy, przeszedłem przez pobojowisko, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu śladów, o których wspomniał chłopak. Znalazłem dwa tropy - strużki krwi wytyczające drogę ucieczki. Śnieg po raz pierwszy w tym roku wydawał się sprzymierzeńcem.
- Jeden z napastników zbiegł i ukrywa się w mieście. Jest ranny, znalezienie go nie powinno być problemem. Reszta uciekła przy użyciu świstoklika. Jeśli uda nam się znaleźć mężczyznę, przy odpowiedniej motywacji powinien wskazać nam miejsce, do którego prowadził świstoklik. - Wyjaśniłem pokrótce towarzyszom to, czego udało mi się dociec. - Ślady krwi prowadzą w dwóch kierunkach. Z Herbertem podążymy za tymi, które kierują się na północ. Nie traćmy czasu.


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Miasto Bath Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856

Powrót do góry Go down

Wbiegł pomiędzy uliczki miasteczka gdzie było spokojniej, ale ludzie nadal stali przed domami, rozmawiali głośno lub uspokajali się nawzajem. Grey podszedł do pierwszego większego zbiegowiska.
-Widzieliście napastników aby tędy uciekali? - Zapytał od razu, a ci w pierwszym odruchu chcieli uciekać, jednak po chwili wahania zdecydowali, że Grey nie stanowi dla nich zagrożenia.
-Uciekli, przez świstoklik. - Odezwała się jedna kobieta, a stojący obok mężczyzna przytaknął głową. -Wszyscy uciekli.
-Zaraza - Mruknął pod nosem Grey nim zdążył się ugryźć w język.
-Mówią, że piekarz był podejrzany… taki, któremu źle z oczu patrzy. Niby swój a jednak… - Zaczął mówić inny mężczyzna, lekko zgarbiony i z siwymi włosami wystającymi spod krzywo założonego kaszkietu.
-A daj spokój Jim, takie tam gadanie. - Zbeształ go wcześniej milczący mężczyzna.
-Nie takie tam gadanie, tylko popytaj ludzi w okolicy. Wielu mi przytaknie.
-Piekarz? - Podchwycił temat Grey nim mężczyźni całkowicie oddali się sprzeczce na ten temat. Teraz skupili swoją uwagę na Herbercie co wróżyło, że powiedzą coś więcej.
-Taaa, piekarz, ale nie wiem czy był z nimi i zwiał czy się gdzieś ukrywa.
-Idziecie, zostawicie tutaj nas? - Zapytała z trwogą kobieta patrząc wyczekująco na Greya, jakby oczekiwała, że zaraz przywoła całą armię do ochrony miasteczka.
-Idziemy dorwać tych ludzi. Wyciągnąć z nich jak najwięcej wiemy.
-Nic to nie da. Są silniejsi. - Prychnął mężczyzna w kaszkiecie.
-I przez to mniej rozważni. - Odbił piłeczkę Grey wiedząc, że nie może tego tak zostawić. -Ich siła, może stać się ich słabością. - Herbert wyciągnął różdżkę przed siebie i wycelował w przestrzeń. -Herbarius Nuntius - Poczuł jak wiązki magii kumulują się i wystrzeliwują zaklęciem silnym i bardzo mocnym. Drzewa w okolicy zaszumiał głośno i wyraźnie choć nie poruszał nimi żaden, nawet najmniejszy podmuch wiatru. -Nasłuchujcie roślin, one będą was ostrzegać przed niebezpieczeństwem. - Zwrócił się do ludzi tym samym dając im chociażby zalążek poczucia bezpieczeństwa, choć zapewne to było zdecydowanie za mało by mogli w spokoju zasnąć tej nocy. Jednak ten gest sprawił, że rozmówcy Greya patrzyli na niego mniej sceptycznie, zaś on sam udał się na plac główny gdzie przed chwilą zostawił Foxa.
Potwierdził, że też słyszał o świstoklikach oraz rzekomym piekarzu, który mógł mieć konszachty z wrogiem. Podążył za Frederickiem na północ zaraz po ścieżce wytyczonej w śniegu. Nie był najlepszym tropicielem, ale podróże po Amazonii dały mu jakieś doświadczenie w przedzieraniu się i podążaniu za wyznaczonym szlakiem czy po śladach, tak jak teraz. Liczył na to, że szczęście im będzie sprzyjać oraz dorwą drania.
-Patrz, widać, że zaczynało brakować mu sił… - Zwrócił się do Foxa i wskazując miejsca gdzie ślad stawał się głębszy oraz większy wskazując na to, że uciekinier stawiał coraz wolniejsze kroki i parę razy się zatoczył. Cały czas trzymał różdżkę w pogotowiu.


Zły pomysł?Nie ma czegoś takiego jak zły pomysł, tylko złe wykonanie go


Herbert Grey
Herbert Grey
Zawód : Botanik, podróżnik, awanturnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Podróżowanie to nie jest coś, do czego się nadajesz. To coś, co robisz. Jak oddychanie
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9088-herbert-grey https://www.morsmordre.net/t9097-awanturnik https://www.morsmordre.net/t9098-ten-drugi-grey#274432 https://www.morsmordre.net/f179-dorset-bockhampton-greengrove-farm https://www.morsmordre.net/t10001-skrytka-bankowa-nr-2134#302368 https://www.morsmordre.net/t9106-herbert-grey#274578

Powrót do góry Go down

Wysłuchał słów Vincenta i pokiwał głową.
- Tak, mi też mówili o maskach. Znaczy się to nie byli zwykli ziezimieszkowie, możliwe, że byli z nimi śmierciożercy. - skrzywił się na samą myśl.
Co prawda nie pamiętał aby miał do czynienia ze śmierciożercami, ale doskonale pamiętał swoje ostatnie spotkanie z niżej postawionymi sługusami Czarnego Pana. To był ten dzień kiedy „ponoć” wyzionął ducha. Ostatnimi czasy sam nie był pewny, czy na pewno miało to miejsce. Teraz jednak nie był czas na rozpatrywanie przeszłości i wątpienie w swoje jestestwo. Teraz należało działać, należało znaleźć tych przeklęty napastników i ukarać ich w sposób, który dotrze do obozu przeciwników z jasnym przekazem.
- W każdym razie wątpię abyśmy byli w stanie ich teraz dorwać. Z pewnością się ewakuowali już dawno. To nazwisko mi osobiście nic nie mówi, nie potrafię go z nikim powiązać. - dodał lekko kiwając głową, po czym uniósł brew ku górze, kiedy przyjaciel powiedział o ludziach wyciąganych siłą z domu.
Po co oni to robili? Na co ci biedni, niewinni ludzie byli im potrzebni? Doszły go już słuchy o tym co na początku roku wydarzyło się w Staffordshire i naprawdę miał nadzieję, że to już się nie powtórzy. Był przekonany, że nikt z osób należących do Zakonu czy też osoby, które aspirują aby do nich dołączyć, zrobią wszystko co w ich mocy by taka sytuacja już się nie powtórzyła.
Z zamyślenia wyrwał go głos chłopca, z którym Fox wdał się w rozmowę. Obserwował ich przez chwilę w milczeniu i jakoś mimowolnie uśmiechnął się sam do siebie. On też w tym wieku zdecydowanie przeceniał swoje umiejętności, ale był gotowy do działania. Frederick dobrze mu powiedział i wiedział, że jego słowa dotarły do młodzieńca, który z pewnością zgłosi się podczas nadchodzącego poboru. To dobrze, że modzi chcieli działać, że chcieli sprzeciwiać się niesprawiedliwości. Najpierw jednak ktoś musiał ich odpowiednie wyszkolić aby nie szli do walki bez przygotowania.
- Weźmiemy na siebie z Vincentem drugą ścieżkę krwi. Jak coś znajdziemy to was o tym odpowiednio poinformujemy. - powiedział biorąc głęboki oddech, po czym wraz z Rineheart ruszył w kierunku zachodnim. - Eliksiry dobra rzecz. - dodał zerkając na przyjaciela.
Gabriel był szkolony właśnie do takich przypadków. Może nie był tropicielem, ale potrafił śledzić ludzi, zwłaszcza kiedy pozostawiał za sobą tak oczywiste ślady.
- Nie specjalnie próbował się ukryć… czekaj...ktoś z nim był, spójrz! - wskazał na ślady na śniegu, gdzie wyraźnie było widać, że ranny kogoś za sobą ciągnął. - I raczej nie chciał z nim być. - dodał po chwili.
Śladami krwawej ścieżki szli dobre dziesięć minut, ale o dziwo wcale nie zbliżali się do granic miasta. Uciekinier błądził uliczkami, jakby się zgubił, krążył w amoku. W pewnym momencie Gabriel nagle się zatrzymał, a potem przyspieszył kroku by chwilę później znaleźć się przy leżącym wśród śniegu mężczyźnie. Nie wyglądał najlepiej, miał rozległe rany klatki piersiowej, które krwawiły obficie. Tonks wiedział, że nie będą mu w stanie pomóc.
- Uciekł...tam...na północ… - wychrypiał mężczyzna patrząc na nich.
W jego oczach nie było widać nadziei, wiedział, że umiera. Miał zamiar jednak jeszcze się przydać.
- Co tu się wydarzyło? - Gabs ukląkł przy mężczyźnie, przykładając dłonie do jego krwawiących ran, chociaż trochę chcąc zatamować krwawienie jednak to nic nie dawało.
Czerwona ciecz przelewała się powoli między jego palcami.
- To Plafius...piekarz...- mężczyzna zakaszlał – on mnie...bo ja pomagałem mugolom...chciał mnie gdzieś zabrać… - oczy rannego powoli się zamykały.
- Hej, nie zasypiaj. Nie wolno ci! Pomoc zaraz będzie! - blondyn starał się jakos podnieść go na duchu.
- Nie...już za późno. Plafius...on coś mówił o miejscu zbiórki...uciekł tam… na północ... - mężczyzna powtórzył swoje pierwsze słowa do nich wypowiedziane, po czym zamilkł.
Gabriel w milczeniu patrzył jak otwarte oczy mężczyzny stają się puste, a on wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Sam miał dłonie ubrudzone jego krwią, ale nie przejmował się tym w ogóle. Zazgrzytał zębami wściekły, po czym podniósł się z mokrej i zimnej ziemi. Spojrzeniem pełnym nienawiści i chęcią mordu spojrzał na Vincenta.


Between life and death
you will find your true self, you will know what you are and what you never expected to be
Gabriel Tonks
Gabriel Tonks
Zawód : Szpieg
Wiek : 32
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony - no nie powiedziałbym.
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej
 Ten co martwy chodzi wśród żywych
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9947-gabriel-tonks https://www.morsmordre.net/t9987-pimpek#301926 https://www.morsmordre.net/t9990-zombie-zbiera-znajomych#301965 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t10857-skrytka-nr-2261#330979 https://www.morsmordre.net/t9988-gabriel-tonks#301946

Powrót do góry Go down

Stojąc w statycznej pozycji, przechodził z nogi na nogę, aby wyprodukować choć odrobinę uciekającego ciepła. Kłujący mróz przedzierał się przez odsłonięte szczeliny wierzchnich materiałów, dopadając wrażliwe kończyny. Instynktownie poprawił gruby kołnierz czarnego płaszcza oraz frędzlowane końce szalika. Z przeciągłą uwagą spojrzał na blondyna, potwierdzającego okoliczne zeznania. Zakryte twarze bezwzględnych oprawców, były działaniem zamierzonym, dokładnie przemyślanym. Chronili swe podejrzane tożsamości, wzbudzali sztuczny, wykreowany postrach, przypominając monstrualne, nadludzkie istoty. Zmarszczył brwi w wyraźnym niezadowoleniu, gdy ramiona skrzyżowały się na klatce piersiowej: – Śmierciożercy w towarzystwie zorganizowanych szmalcowników. Nie były to spontaniczne działania. Rozegrali zaplanowaną akcję. Kolejną… – ostatnie słowo dodał po krótkiej przerwie, zdecydowanie ciszej. Westchnął zmartwiony rozglądając się po najbliższej okolicy. Zszokowani mieszkańcy, zbierali się w zaufane grupki. Spoglądali w hebanowe niebo z przygnębioną przestrogą, pomagali rannym, poszukiwali zaginionych, mając nadzieję, iż znajdą się w samym sercu okupowanego i zdegradowanego miasta. Pokiwał głowo przecząco, potwierdzając przesłanki na temat wypowiedzianego nazwiska. Nie potrafił dopasować, a nawet skojarzyć jakichkolwiek personaliów. Kilka liter zasłyszanych podczas makabrycznej sytuacji, mogło być jedynie zlepkiem fałszywych przesłanek: – Podobne nazwisko słyszałem jedynie za granicą. Osoba ta, raczej nie ma nic wspólnego z ów zamieszkami. Od angielskiej, wojennej zawieruchy, trzyma się z daleka… – powiedział zgodnie z prawdą, zerkając na swych towarzyszy. Nie posiadali zbyt wielu, konkretnych informacji. Zbrodniarze ulotnili się w najtrafniejszym momencie, unikając bezpośredniego kontaktu. Coraz śmielej pojawiali się na odsłoniętych terenach właściwego sojuszu. Wykorzystywali chwilę nieuwagi, podejmowali szybkie, destruktywne działania, nie przejmując się parzącymi zgliszczami konsekwencji. Uderzali w słabe oraz wrażliwe punkty danego miasteczka, konkretnej rodziny, finalnie samej rebelianckiej organizacji, przybywającej na sam koniec. Podczas gdy, Zakonnik rozmawiał z zdeterminowanym rekrutem, na moment podszedł do grupy przerażonych czarodziejów, mówiąc: – Nie musicie się już bać, mroczny znak został unicestwiony. Zakon jest w trakcie odsieczy. – zakomunikował wyraźnie przesuwając jasne tęczówki po wszystkich sylwetkach. – Fortuno. – szepnął wyraźnie, koncentrując się na zniwelowaniu obrażeń psychicznych, poprawieniu odwagi i hartu ducha przerażonych i poszkodowanych mieszkańców: - Jeśli znacie białą magię, możecie wesprzeć tym zaklęciem innych. Nie stójcie tu, idźcie do domów, robi się coraz zimniej. – usłyszał wątłe wersety przyciszonych podziękowań. Przyjął skromne gesty oraz skinienia głowy. Chciał zrobić cokolwiek. Wrócił do partnerów, wysłuchując wstępnego planu. Zanotował najważniejsze informacje i ruszył na zachód, śledząc powstałą ścieżkę świeżej krwi. Nie odrywał od niej wzroku, idąc jako drugi. Na pytania, reagował z opóźnieniem: – Ach tak. Nauczyłem się mieć je przy sobie. – wyjaśnił zaraz. Zatrzymał się na moment, gdy plamy czerwonej posoki, zmieniały kształt, były większe, bardziej rozmazane, nieregularne: – Wygląda na ślady walki. Jakby był ciągnięty po śniegu… – uzupełnił, zerkając na miejsce, które w tym samym momencie wskazywał Tonks. Błądzili między krętymi uliczkami, co jakiś czas gubiąc właściwy trop, skręcając w mylną stronę. Koniuszek różdżki, rozświetlał ciemne i niebezpieczne szczeliny. Stracił poczucie czasu; wzrok przyzwyczaił się do złudnej ciemności, jednakże nie przeoczyłby ciała leżącego w oddali. Ruszył za przyjacielem, klękając z drugiej strony. Rozległe rany klatki piersiowej wskazywały na ostateczność. Skrzywił się w przejmującym grymasie chcąc ukoić ból, przyłożyć rozwarte dłonie, zablokować wypływ życiodajnej cieczy. Zrobił to, wtórując zaniepokojonemu partnerowi: – Pamiętasz gdzie chciał cię zabrać, czy podał konkretną lokalizację? – zapytał nagle, pospiesznie, każda sekunda miała dziś znaczenie. Plafius, powtórzył w myślach - nazwisko, mocno wryło się w chłonną podświadomość. Mężczyzna zdołał wypowiedzieć jeszcze kilka urwanych wersów, po czym wyzioną ducha, odchodząc bez należytej pomocy. Ciemnowłosy oddychał płytko, niespokojnie, czując wzrastające emocje. Dłonie umazane krwią trzęsły się niekontrolowanie. Popatrzył na  małe krople spływające po śnieżnobiałej powłoce, płynące po nadgarstku, wnikające w ciemny materiał.  Był współwinny. Jasne tęczówki skrzyżowały się z tymi, należącymi do sojusznika; wściekłość mieszała się z przerażeniem, bezradnością oraz dziwną bezsilnością. Po krótkiej chwili dezorientacji,  na chwiejnych nogach, również podniósł się do góry. Nie przywykł do odprowadzania zmarłych. Ostatni raz spojrzał na leżące, zastygające ciało, po czym wytarł i przemył ręce roztapianą strukturą. Wrócił do nieboszczyka, nachylił się i odważnie przeczesał kieszenie spodni i porwanej marynarki: – Może ma przy sobie jakieś dokumenty, będzie można oddać je jego rodzinie. Wskazać miejsce odejścia. – wymamrotał z nadzieją, jednakże nie trafił na żadną przesłankę. Odetchną ciężko. Skinieniem głowy zakomunikował, iż powinni zawrócić. Po około trzydziestu minutach, dostrzegli znajome ślady. Już za chwilę mieli połączyć się z rozdzielonymi poszukiwaczami, odnaleźć tych, których trzeba było ukarać.

| Rzut na Fortuno



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049

Powrót do góry Go down

Końcem różdżki rozświetlałem błyszczący śnieg, który mieszał się z błotnistą breją wydeptną przez przechodniów. Poruszenie na ulicach było duże - niektórzy wychodzili z domów, by pomagać poszkodowanym, inni z ciekawości, a jeszcze inni - pomimo strachu. Wychwycenie śladów krwi nie było prostym zadaniem, jednak nauczony wieloletnim doświadczeniem aurorskim instynktownie wiedziałem jak należało szukać. Im dalej znajdowaliśmy się od centrum, tym ślad stawał się coraz wyraźniejszy, a i podłoże bardziej zdradliwe. Nawet jeśli trop był niewłaściwy, osoba, za którą podążaliśmy, potrzebowała pomocy.
- Spieszmy się. Potrzebujemy przytomnego sprawcy. Lub świadka. - Zaproponowałem w odpowiedzi na spostrzeżenie Greya. Miał rację. Ślady wyraźnie wskazywały na osłabienie - odciśnięte podeszwy były przeciągnięte, posuwiste, a krwiste plamy coraz mocniej odznaczały się szkarłatem na śnieżnej bieli. Wartki marsz ustąpił miejsca biegowi; poruszaliśmy się wzdłuż rzeki, czując, że jesteśmy blisko - aż w końcu ślad urwał się przy młynie. - Tonks mówił coś o piekarzu, tak? - Spojrzałem porozumiewawczo na Herberta, a następnie przeniosłem wzrok na drzwi prowadzące do wnętrza. Nawet w mroku dało się dostrzec szczelinę wskazującą na to, że nie były domknięte. - Homenum Revelio. - Wyinkantowałem, a zaklęcie natychmiast ujawniło jedną sylwetkę znajdującą się wewnątrz budynku. -  Ktoś jest na parterze. Siedzi na posadzce. Wchodzimy. To może być on. - Zrelacjonowałem towarzyszowi, po czym odważnie ruszyłem w kierunku wejścia. - Spróbujmy zmusić go do współpracy. Chcemy informacji. Dajmy mu do zrozumienia, że tylko w ten sposób ocali własną skórę. - Mój głos brzmiał konkretnie nakreślając plan działania. Dla mnie schemat był oczywisty - nie wiedziałem jednak, co zamierzał zrobić Herbert. Nie znałem zbyt dobrze jego umiejętności ani sposobu działania; był jednak sojusznikiem i postanowiłem obdarzyć go wotum zaufania. Kiedy pchnąłem drzwi, nie musiałem się rozglądać - dokładnie wiedziałem, gdzie znajdował się intruz, dlatego bez zawahania skierowałem w jego kierunku różdżkę, by nie dać się zaskoczyć. - Expelliarmus! - Zażądałem, a potężne zaklęcie pomknęło wprost na kulącego się czarodzieja; magiczna siła wyrwała mu różdżkę z dłoni, wywracając mężczyznę na plecy, a dźwięk uderzającego o kamienną posadzkę drewna potwierdzał, że wylądowała wystarczająco daleko, by uniemożliwić mu kontratak. Nie wiedziałem, czy był tym którego szukaliśmy - ale to była wojna, musiałem podjąć wszelkie środki ostrożności. Wróg był silny i nie należało go lekceważyć. - Ty jesteś Plafius? - Stanąłem nad mężczyzną wraz z Herbertem, mierząc w nieznajomego różdżką. Leżąc przed nami na wznak, pozbawiony jedynego oręża, musiał wiedzieć, że był zdany na naszą łaskę. Wydawał się być w średnim wieku; twarz znaczyły zmarszczki znacznie głębsze niż moje, a ciemne włosy oraz zarost były oprószone siwizną - choć równie dobrze mogła być to też mąka, której cienka warstwa zalegała na posadzce. Szybko dostrzegłem rozległą, poszarpaną ranę na udzie, z której nadal sączyła się krew. - Odpowiedz. - Ponagliłem go ostro, a w odpowiedzi mężczyzna jedynie zaśmiał się niczym szaleniec. Nie musiał mówić, bym poznał odpowiedź. Jego zachowanie wyraźnie wskazywało na to, że nie szukał pomocy. - To ty. - Wydałem chłodny werdykt. - Jesteś już skończony, Plafius. Chyba, że będziesz współpracować. - Przechyliłem głowę na bok, składając mu propozycję. Mężczyzna nadal nic nie odpowiedział, próbując wesprzeć się na łokciach do pozycji półsiedzącej - kiedy jednak tylko się poruszył, uniosłem nogę i z całej siły pchnąłem go na podłogę, przyciskając podeszwą buta jego klatkę piersiową, tuż poniżej linii gardła. Nasze pełne wzajemnej pogardy spojrzenia spotkały się, po czym nieznajomy splunął ze złością na mój but. Zignorowałem ten gest. - Jesteś na naszej łasce. Ta rana wygląda paskudnie. Wykrwawisz się, jeśli nikt ci nie pomoże. - Kontynuowałem chłodno, a mój ton nie zdradzał krztyny zawahania. Mężczyzna musiał wiedzieć, że nie żartuję. - Jesteście z Zakonu Feniksa, co?- Odezwał się w końcu prześmiewczo. - Gdzie byliście, kiedy wywlekaliśmy zdrajców krwi z ich domów? Czekaliśmy na was. Na gości honorowych. - Uśmiech nie spływał z jego twarzy - znałem jednak ten schemat zbyt dobrze, by dać się sprowokować. Grał. Próbował bawić się naszymi emocjami. To było jednak stanowczo za mało, bym stracił nad sobą panowanie. Przeniosłem spojrzenie na mojego towarzysza. Grey również trzymał różdżkę w pogotowiu - należało jak najszybciej wezwać Vincenta i Gabriela. - Expecto Patronum* - Uniosłem różdżkę ku górze, a srebrzysty lis posłusznie zmaterializował się na moje żądanie. W myślach wydałem mu polecenie - Znajdź ich. Rinehearta i Tonksa. Przekaż, że jesteśmy w młynie. Mamy podejrzanego. - a świetliste stworzenie umknęło przez ścianę, jeszcze przez chwilę pozostawiając nad nami błękitną poświatę.      

*obniżone st


Kundle, odmieńcy, śmieci, wariaci,
obywatele degeneraci,
ej, duszy podpalacze,
Róbmy dym
Frederick Fox
Frederick Fox
Zawód : Rebeliant
Wiek : 33 (36)
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
fire is catching
and if we burn
you burn with us
OPCM : 51
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag
Miasto Bath Giphy
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t3769-skrytka-bankowa-nr-605#69393 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856

Powrót do góry Go down

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Miasto Bath

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach