Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
— the world was on fire. | Londyn '46
AutorWiadomość
— the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]10.06.21 2:48
— początek wiosny '46 r.
___Rześkie powietrze wdarło się w płuca.
___Zza horyzontu wychylała rozjarzona tarcza słońca.
___Mimo to wiosna była zroszona wyrzutami sumienia.
___Niepokój falował niespokojnie pod taflą spłoszonego, zielonkawego spojrzenia obserwującego uważnie każde załamanie na tafli jeziora, któremu przypatrywała się długie oraz spowite ciężkim milczeniem minuty, układając pośród myśli własne słowa, jakie zamierzała wypowiedzieć wraz z tymi, co powinny pozostać przemilczane. Niewiele czasu pozostało przed zmierzeniem się z tym, czego tak bardzo się obawiała — ze świadomością, iż popełniła błąd, że pomyliła się we własnych uczuciach, że dokonała niewłaściwych obliczeń, że jest zmuszona przyznać się do porażki. Sekundy oddzielały od chwili, w której serce zdradliwie przyspieszy taktu, burząc harmonię wygrywanej melodii; jednostajnego rytmu rozleniwionych uderzeń.
___Jedno. Drugie. Trzecie.
___Jedno. Drugie. Trze…
___Drgnęła delikatnie i przygryzła boleśnie wargę, powstrzymując napięte ciało przed ucieczką, której iluzoryczna sylwetka majaczyła przed oczami, mamiąc zmysły wraz ze zdrowym rozsądkiem, jednak uparcie tkwiła w miejscu, nie pozwalając stopom drgnąć o krok. Pomiędzy rozbieganymi myślami zatańczyły obrazy przeszłości i obrysowała ostre kontury wyraźnych wspomnień opuszką palca, sięgając ku nim przez pryzmat minionych miesięcy, nurkując pod powierzchnią własnej, dziecięcej wręcz naiwności przeplatanej czerwonymi nićmi wstydu, którego widmo wdarło się niepostrzeżenie na alabastrowe policzki. Rumieniec częściowo zakryty złotem włosów szarpanych przez wiatr, zniknął równie szybko, co się pojawił, pozostawiając niewygodne pytania pod sklepieniem czaszki.
___Czego oczekiwała? — c z e g o k o l w i e k ?
___Odpowiedź nie przychodziła, bo i Constantia nie była pewna, czy ją zna.
___Powróciła nieśmiało wprost do ulotnych sekund, rozmywających się niczym smugi dymu na wietrze i zadrżała wbrew sobie, podświadomie wiodąc ku własnym wargom, na których wciąż czuła efemeryczne ciepło wraz ze smakiem gwałtownego pocałunku, jakim naznaczyła jego usta. Ostatniego człowieka, którego chciałaby utracić.
___Właśnie tamtego wieczoru, kiedy wszechświat sprzymierzył się przeciwko niej i wymierzył siarczysty policzek, zsyłając brutalną prawdę wypowiedzianą atramentem czarnym niczym krucze pióra, bowiem tylko takiego ojciec używał, przynajmniej w stosunku do niej. Oszczędny we własnych słowach skurwiel, któremu list posłużył za przekazanie okrutnego wyroku, jaki boleśnie ciążył drobnym ramionom. Tamta noc pozostawała szaleńczo żywa we wspomnieniach i niczym wypalone na skórze znamię zapiekła właśnie teraz, kiedy sięgnęła ku przeszłości przez ocean czasu oraz impulsów pchających ku wszystkim, porywczym decyzjom, gdzie niektóre okazały się zwycięstwem, pozostałe gorzką do przełknięcia klęską. Skłamałaby jednak mówiąc, iż czegokolwiek żałuje.
___To za Jego sprawą, za namową przyjaciela odważyła się zerwać kajdany strachu, jakie nałożono niezwykle wcześnie kilkuletniej dziewczynce wraz ze sztywnym i ciasnym, krępującym większość ruchów gorsetem utartych konwenansów, którymi nakazywano podążać, czemu — ku niezadowoleniu ojca — uparcie się sprzeciwiała, im starsza była. Możliwe, że pozwoliłaby zabrać siebie na długą przechadzkę kwiecistym ornamentom myśli, gdyby boleśnie znajoma sylwetka nie zamajaczyła na horyzoncie.
___Wciąż pamiętała detale, jakie należały tylko do niego.
___Zatrzymała pamięcią spojrzenie emanujące kojącą wręcz łagodnością, bezdenne zwierciadła wypełnione po brzegi intensywną, niekiedy peszącą głębią przemieszaną paletą niezwykłych błękitów nieboskłonu a ciemnoniebieskich odcieni morskiej toni zakradających się do jego oczu, czasem odbijających jaskrawe refleksy samego słońca, czasem chłonących księżycowe, martwe światło zagłuszającego blask każdej gwiazdy. Nosiła we wspomnieniach spokój wybrzmiewający wraz ze słowami, jakie wypowiadał zawsze tak, jakby cierpliwie ważył każde przed wypuszczeniem w eter. Cofnęła się o krok wprost do momentu, w którym każdej myśli towarzyszył gest podświadomego sięgnięcia palcami do włosów ogarniętych nieładem, kompletną dysharmonią tak irracjonalnie sprzeczną z symfonią ułożonych myśli.
___Obserwowała każdy krok, jaki stawiał, przybliżając ich do siebie oraz do tego, co minęło, a wciąż się tliło. Tkwiło pomiędzy nierozwiązane, trochę jak spopielone uczucie, którego nigdy przecież nie było; które było niczym więcej, jak nadinterpretacją.
___Wreszcie stanął naprzeciw i wiedziała, że nie ma ratunku.
___Powietrze gwałtownie zgęstniało, zacieśniając rzeczywistość do dzielącego ich dystansu otulającego dwa ciała, pozornie znajome, zarazem jakby obce, mimo to subtelny uśmiech delikatnie wygiął kąciki jej ust ku górze, a struny głosowe drgnęły wraz z ochrypłym głosem.
___— Jayden.
___Tylko tyle.
___Jego imię skomponowane jej głosem drżącym i niepewnym w otaczającym milczeniu nowego dnia.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]10.06.21 8:20
Pan McCormack nie odpuszczał. Chciał, żeby wszystko było zrobione w czasie, który był zbyt krótki na jego wymagania - termin podany przez starszego radcę w Wieży Astrologów mijał się kompletnie z zasadnością celu. A chodziło w nim przede wszystkim o dokładność. Jak więc można było przeprowadzić obliczenia, obserwacje tak prędko, nie ujmując z ich jakości? Jayden nie zamierzał robić powierzonego mu zadania po łebkach, nie dając z siebie wszystkiego. Wiedział zatem, że aby to zrobić, musiał zabrać swoją pracę dalej - poza mury miejsca, w którym przyszło mu odbywać staż. Nie było to pierwszy raz zresztą, gdy starsi pracownicy zarzucali stażystę rzeczami, jakie nie tylko przekraczały jego wiedzę, kompetencję, lecz również zwyczajnie ludzkie możliwości. Vane jednak był pojętnym uczniem i ponad wszystko ukochał sobie swoją astronomię - robił więc wszystko z miłością i pasją, nie raz i nie dwa dokształcając się na własną rękę, by sprostać oczekiwaniom. Nie było to nic niecodzinnego - brak chęci doświadczonych uczonych dzielenia się z młodymi czarodziejami swą wiedzą. Taki był świat naukowców wyższych sfer, z którym od pokoleń potomkowie Diarmuida Ua Duibhne walczyli. Byli jego oddzielną częścią, dla której liczył się nie prestiż, a przede wszystkim prawda - obojętnie jaką twarz i kolor miała przybrać. Niekiedy wygrywali, kiedy indziej przegrywali z władzą, pieniądzmi i fałszerstwem. Nie poddawali się jednak i nic dziwnego, że jedyny syn Ethana miał we krwi tę samą zapalczywość oraz rozmiłowanie w inteligencji. Z doniosłym przekonaniem wierzył naiwnie, iż nie było rzeczy nie do pokonania. Gór nie do przeniesienia. Prawdy nie do wyjawienia. I nawet tam, na stażu przygnieciony obowiązkami owej wiary nie utracił. Chociaż jedna rzecz odbijała się z niejakim żalem w jego umyśle co jakiś czas, a tyczyła się ona faktu, że nie był w stanie pracować w obserwatorium Heweliusza, które leżało na jego rodzinnych, irlandzkich ziemiach. Mimo że bardzo mu zależało, nie miał na to wpływu. Obserwatorium nie przyjmowało stażystów, a wykształconych już w całości pracowników dlatego niestety każdy, kto planował dostać się do tego wspaniałego ośrodka, wpierw musiał odbębnić wymagane godziny gdzie indziej. W okolicy Londynu Wieża Astrologów była najlepszą, najbardziej zbliżoną do zakresu zainteresowań Vane'a jednostką, chociaż cały aż buntował się wewnętrznie, gdy próbowano połączyć jego ukochaną astronomię z astrologią. Od dziecka był zadeklarowanym przeciwnikiem jakichkolwiek technik jasnowidzenia, wróżbiarstwa, najbardziej zaś mieszania w to wszystko nieba. To nie było to samo, a jakiekolwiek omyłki traktował niezwykle oschle i twardo. Jedno wszak było nauką, podczas gdy drugie zwykłym zabobonem. Dosłownym wróżeniem z fusów do herbaty, które układały się tak, jak nakierowała je grawitacja oraz poruszanie płynu w filiżance. Teoria chaosu w szklance wody - nic więcej. Czemu ktoś wolałby domysły, aniżeli naukowe wyjaśnienie istoty cieczy? Jej gęstości, jej przepływu, ciśnienia atmosferycznego, przyciągania ziemskiego?
Connie na pewno by się z nim zgodziła. W końcu często rozmawiali o stanie nauki, jej możliwościach oraz absurdach, za którymi stali ludzie nieprzyznający się do błędu. Niestety wystarczył moment, żeby ich rozmowy się urwały. I to tak naprawdę bez potrzeby. Już od dłuższego czasu prosił ją o spotkanie, ale ciągle mu odmawiała. Wiedział dlaczego, ale równocześnie... Równocześnie nie wiedział dlaczego. Nie tak naprawdę. Nic się przecież nie stało i nie powinna była się wstydzić. Przynajmniej w jego mniemaniu to była pomyłka i nic więcej. Dlaczego miałby być na nią zły albo dlaczego ona tak uparcie twierdziła, że to wszystko było jej winą? Jej i tylko jej? Dla niego to była niczyja wina. Po prostu zwykłe nieporozumienie, które nie powinno w żadnym wypadku odciskać piętna na ich znajomości. Przynajmniej on patrzył na to wszystko właśnie w ten sposób nieświadomy wszystkiego, co działo się w umyśle młodej czarownicy. Ucieszył się więc, gdy napisała. Wybrała poranek, a on nie odmówił. Co prawda pracował w nocy, jak na astronoma przystało, ale nie czuł się zmęczony. Wręcz przeciwnie - przez jego żyły przepływało podekscytowanie na samą myśl o spotkaniu z dawnoniewidzianą koleżanką. Jayden lubił podtrzymywanie relacji i ciepło bijące od przyjaciół - od Evey, od Roselyn, Cyrusa, Elrica. Constantii. Brakowało mu jej, nawet jeśli ich rozłąka trwała jedynie kilkanaście tygodni - dla niego było to wiecznością. Zjawił się więc w umówionym miejscu z rękami wypchanymi mapami oraz innymi notatkami, które miał wykorzystać przy dokończeniu zadania powierzonego mu przez McCormacka. Uśmiechnął się od razu do niej, gdy ją zobaczył, lecz na werbalne powitanie przyszedł czas trochę później. - Connie - rzucił ciepło, przekładając sobie bibeloty pod jedno ramię i przeczesując palcami zmierzwione w nieładzie włosy. W których swoją drogą znajdowały się skrawki papieru pozostawione tam od nocnej, chaotycznej pracy. - Mam nadzieję, że nie czekasz długo? - zagadnął, starając się jakoś opanować ten nieład, który miał w dłoniach. Nietrudno było jednak o opuszczenie czegoś, dlatego gdy jeden z rulonów upadł na ziemię i poturlał się pod ławkę, czarodziej westchnął. Nie z frustracji - nie lubił po prostu, gdy coś dla niego istotnego mogło ulec większemu lub mniejszemu zniszczeniu. Zaraz też spróbował odłożyć w miarę spokojnie resztę swoich rzeczy, aby ratować poszkodowany rulon.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]10.06.21 15:07
___Wydeptywał szlaki pośród gwiazdozbiorów zawieszonych ponad głowami i wiedziała o tym od dnia, w którym nieśmiało poprosiła o pomoc. Widziała, jak myślami wielokrotnie kroczył gdzieś ponad śmiertelnym padołem, upatrując niezwykłego piękna na sklepieniu świata — na granatowych atłasach nieboskłonu, którego płaszczyzny usiano migotliwymi opiłkami gorejącymi gwieździstym blaskiem, rozrzuconymi pozornie niedbale, jednak w rzeczywistości z rozmysłem, konstruując nieskończone labirynty niebieskich ciał. Niekiedy zastanawiała się, czy zdarzało mu się szeptać ich imiona w milczeniu chłodnych nocy spędzanych w Wieży Astrologów, czy konstelacje odpowiadały słowami, jakie tylko Jayden potrafiłby zrozumieć, czy ta niematerialna wstęga porozumienia spajająca naukowca z firmamentem przypominała iluzoryczną nić między artystą z muzą nadającą sens jego istnieniu.
___We wspomnieniach osiadłych na skrawkach powiek zatrzymała wiele rozmów, które prowadzili długimi godzinami, nauka była ich nieodzowną częścią, bowiem obydwoje emanowali niezdrowym głodem wiedzy, jaki popychał do ksiąg, dyskusji, szukania odpowiedzi czy planów snucia własnej przyszłości. Obserwowali teraz przez pryzmat, jak spełniały się bezgłośne obietnice zapisane pośród osamotnionych myśli, składane własnym ambicjom jeszcze wewnątrz szkolnych murów i kącik jej ust drgnął nieznacznie, przywołując przed oczami mgliste pejzaże nieodległej przeszłości.
___Była szczęśliwa we własnym smutku.
___Paradoksalnie powinna się cieszyć, ponieważ znajdowali się w miejscu, skąd każde mogło ruszyć dalej — tam, dokąd zawsze zmierzali. On jako ambitny astronom spragniony tajemnic wszechświata, ona jako fascynatka magicznych stworzeń zamieszkujących każdy ze światów, ten magiczny, co i mugolski. Obserwując rozciągnięty do nieskończoności dystans, jaki drastycznie ukracał kolejnym krokiem, zanurkowała pod powierzchnią szkolnej codzienności, gdzie powracała coraz rzadziej.
___Większość wspomnień okraszona była śmiechem ukochanej przyjaciółki bądź jego opowieściami, jednak mroczne, cieniste sylwetki demonów okrutnie spoglądających w tamtych czasach na młodych czarodziejów wciąż napawały strachem. Niby minął rok od momentu, w którym zakończyła pewną epokę, dopisała ostatnią kropkę w wielowątkowym rozdziale, jednocześnie jej serce drżało niespokojnie, jakby cząstka milczącej dziewczynki obserwującej świat zagadkowym spojrzeniem pozostała na zawsze w Hogwarcie. Może tak i było. Może fragment Conastantii został uwięziony tam, dokąd ona nie zamierzała się cofać. Nie teraz.
___Ta chwila zamykała w ciasnym uścisku wyrzutów sumienia oraz niedokończonych wątków, niedopisanych zdań wiszących niczym gilotyna nad ich głowami, które spoglądały ku sobie.
___Prawo Murphy’ego było proste.
___Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie źle na pewno.
___Nieprzerwany krąg życia złożony z dwóch składników — decyzji oraz ich konsekwencji, których dopiero się uczyła, smakując ich ciężaru, goryczy czy nieprzewidywalności. Nigdy nie wiedziała, czego powinna się spodziewać; nie wiedziała tego również w tych sekundach, jakie dzieliły jej słowa od jego odpowiedzi.
___Obydwoje byli odmiennymi wszechświatami pojmującymi wszystko we własny sposób. Ona buzowała nieznośnie od nadmiaru najróżniejszych uczuć, których nie potrafiła ani rozumieć, ani tym bardziej definiować. On wydawał się absolutnie niewzruszony, przyjmujący wszystko ze spokojem oraz niedostrzegający błahości, jaka innym nie pozwalała spać.
___— Jedynie kilka chwil — odparła cicho, odpowiadając mu subtelnością własnego uśmiechu. — Praca w rezerwacie przyzwyczaiła mnie do poranków. — Spojrzenie delikatnie zaskrzyło, kiedy dziewczyna pomyślała o własnej pracy, której zawdzięczała nie tylko powstanie pierwszych naukowych artykułów, ale również obcowanie ze zwierzętami, jakie wcześniej obserwowała jedynie w książkach.
___Niepokój, chociaż wciąż falował pod opuszkami jej palców, wyraźnie zelżał na widok przyjaciela będącego po prostu sobą. Wiecznie przytłoczony przyrządami astronomicznymi oraz najróżniejszymi mapami, których prawdopodobnie posiadał więcej niż ubrań, przystrojony pozostałością papieru we włosach opanowanych niemającym początku ani końca nieładem; tym większym, kiedy przeczesał ciemne pasma dłonią. Parsknęła cichym śmiechem, zdobywając się na nieznaczną swobodę i chociaż serce wciąż boleśnie obijało się o żebra, wygrywając przyspieszony takt, skróciła resztki dzielącej ich odległości, by pozbyć się skrawków pergaminu majaczących na jego głowie.
___— Nic się nie zmieniłeś, Jayden. Ani trochę… — stwierdziła jeszcze, kiedy bałagan goszczący mu w dłoniach, doprowadził do skromnej katastrofy. Obserwowała rulon toczący się pod ławkę oraz nierówną walkę chłopaka ze swoim nadbagażem, który sprawiał coraz więcej problemu i wyraźnie rozbawiona postanowiła pomóc, samej schylając się po wspomniany zwój. — … I to chyba nie jest komplement — dodała jeszcze wesoło, oddając mu zgubę.
___Cień uśmiechu błąkał się na twarzy, na którą zakradły się i pierwsze promienie wschodzącego słońca.
___— Nad czym teraz pracujesz? — pytanie wiedzione ciekawością samo wyswobodziło się ustom. Było niemalże podświadome, jakby zapomniała o wszystkim, co się wydarzyło oraz o celu ich spotkania, na które zgodziła się dopiero po długich tygodniach.
___Nieznaczna nerwowość zawirowała pod taflą zielonkawego spojrzenia, jakie posłała przyjacielowi i poczuła delikatnie grunt osuwający się spod własnych stóp, dlatego przestąpiła z nogi na nogę, szukając właściwych słów, którymi mogłaby zacząć. Chciała powiedzieć wszystko teraz; zamknąć nieporozumienie pod definicją ludzkiego błędu, by nigdy później nie musieć do tego wracać i wreszcie wzięła głęboki oddech, nabierając więcej odwagi niżeli myślała.
___— Jayden, słuchaj, bo widzisz… J-ja, no to, co się wydarzyło… — zająknęła się już na samym początku, a serce zdawało się podejść do samego gardła, w którym zaległa wielka gula. — P-po prostu… Na Merlina, dlaczego to takie głupie.
___Uniosła spojrzenie znad własnych dłoni, by napotkać znajomą łagodność jego wzroku i westchnęła cicho.
___— Chciałam cię przeprosić. Za wszystko.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]10.06.21 20:08
Od zawsze wiedział, że różnił się od reszty swoich rówieśników. I nie chodziło wcale o magię czy rodzinne tradycje - to była charakterystyka wielu rodzin, które go otaczały. W owej różnicy chodziło o coś zupełnie innego. Chodziło o to, że podczas gdy jego znajomi wyrośli już z tej fascynacji wszystkim wokół, w Jaydenie ta niesamowita siła wcale się nie zmniejszała. Wzrastała z każdym kolejnym rokiem, a nieubłagana chęć poszerzania wiedzy była widoczna nawet dla tych, którzy nie znali go najlepiej. Stał się żywym ucieleśnieniem prawdy o tym, że poszukiwacz odpowiedzi nie miał jej znaleźć, lecz natrafiać na kolejne ślady prowadzące dalej - im więcej wiedział, tym wiedział równocześnie coraz mniej. Ale nie oznaczało to, iż jego głód był nasycany. Wręcz przeciwnie - szedł dalej, nie zatrzymując się, bo przecież nie to przyświecało żądnym poznania wilkom Vane'ów. Niczym dumne zwierzęta z rodzinnego herbu parł naprzód, nie przejmując się spojrzeniami innych. Był w końcu pewny swego z uwagi na to, że nie był sam. Ar scáth a chéile a mhaireann na daoine, jak głosiła ich rodzinna dewiza znana Irlandczykom od trzeciego wieku. Prawda miała i musiała zwyciężyć, a on miał ją jedynie tłumaczyć tym, którzy nie potrafili jej odczytać w bezkresnych przestworzach kosmosu. Nic więc dziwnego, że spędzał tam tak dużo czasu - rozmyślając, obserwując, będąc w oderwaniu od świata na ziemi. Nie spodziewał się, aby ktokolwiek i cokolwiek miało go ściągnąć ku ludzkości, ale za ponad dekadę miał się przekonać, iż ktoś taki się miał znaleźć. I zawładnąć postacią astronoma w pełni. Na ten moment młody czarodziej wkraczający dopiero w dorosły świat nie miał bladego pojęcia o tym, co miało go czekać w przyszłości. Młodość miała wszak swoje własne prawa, a idące za nią naiwność oraz niewinność nierzadko przyjemnie otulały swoich płaszczem to, co nie zostało jeszcze skrzywdzone. Jayden nie był. Nie był dotknięty złem rzeczywistości, bo pozostawał tam, gdzie niewielu miało dostęp - w innym wymiarze złożonym z map, globusów, obliczeń i świetlnych lat. Oddalony od wszystkiego i wszystkich dopiero po latach miał zrozumieć, jak wielkim niebezpieczeństwem było owo oderwanie, lecz na ten moment, na te chwile nie posiadał takowej wiedzy. Był jedynie dzieckiem. Chłopcem, który pragnął poznawać tajniki astronomicznej sztuki, nie obawiając się sięgnąć po pióro i tworzyć drobne artykuły początkującego badacza. Nie były niczym przełomowym ani wielkim, ale nie miało to znaczenia - były wyrazem prawdy. Jego prawdy i właśnie dlatego cieszył się z każdego drobnego przełamania bariery.  
Ona go rozumiała. Szli podobnymi śladami, oddając się nauce i pasji, jaka w nich trwała. Powiedział jej nawet kiedyś, że byłaby wspaniałym Vanem - swoim zaangażowaniem i skrupulatnością wpasowywała się wszak w wartości wyznawane przez jego rodzinę. Nigdy nie postrzegał też i nie dostrzegał sygnałów, które być może dla innych były oczywiste. Otoczony jednak kobiecym towarzystwem - mając Evey i Roselyn - przywyczajony był do ich bliskości. Do muśnięcia dłoni, do bijącego ciepła od ich opartego na jego ramieniu ciała, do bytności nawet do późnych godzin wieczornych. Do delikatnych pocałunków, którymi obdarzał ich ciemne włosy w momencie braterskiego rozczulenia, bo mimo że nie był spokrewniony ani z jedną, ani z drugą czarownicą właśnie tak je traktował - niczym siostry. Niczym te, których nigdy nie miał. Później pojawiła się młodsza Maeve będąca jego oczkiem w głowie, przesiadująca z nim całe godziny w pokoju wspólnym. Constantia Sallow była właśnie jedną z nich - przyjaciółką drogą jego sercu, relacją, która nie wydawała się w żaden sposób odmienna. Zależało mu na niej, lecz żyjący z dala od ziemskich zmartwień Jayden był również nieświadomy problemów ziemskich nastolatków. I chociaż wydawało się, że było to poza nim podobnie jak emocje, wcale tak nie było. Porozumiewał się dzięki nim i być może dlatego też wszystko to sprowadziło ich ku sytuacji, w jakiej znajdowali się aktualnie? A jaka to była naprawdę sytuacja, nie wiedział.
- No, widzisz. Mnie też, chociaż ze swojej właśnie wracam - odparł, śmiejąc się lekko i dostrzegając figlarną iskrę pojawiającą się w oczach blondynki na samo wspomnienie rezerwatu. Nie pracowała tam długo, lecz nietrudno było dostrzec fascynację emanującą od drobnej sylwetki. Zupełnie jakby rozświetlała otoczenie samą swoją obecnością. Chyba też właśnie w tym momencie Jayden poczuł, że naprawdę mu jej brakowało - tej pasji, którą współdzielili do własnych dziedzin nauki. Do bycia lepszymi wersjami siebie. Gdy sięgnęła swoimi długimi palcami do jego włosów, nachylił się delikatnie, aby ułatwić jej pracę i dość dobrze zostać uderzonym zapachem damskich perfum. W Hogwarcie nie było to dozwolone z tego, co słyszał od koleżanek, lecz i tak wiele z nich łamało tę zasadę i wcale się im nie dziwił - większość z nich pachniała naprawdę cudownie, a co mogło być lepszego od uczenia się przy akompaniamencie firmamentu pięknych zapachów? - Dziękuję. - Krótkie słowo, które nie było doprecyzowane - bo za co dziękował? Jej słowa? Jej pomoc z fryzurą czy z rulonem? Może za wszystko? A może i za nic, a jedynie za chwilę obecną? - Obrysy Wrót Tannhäusera - powiedział, biorąc do ręki przekazany przez nią rulon. Wyglądał na bardzo dumnego i podekscytowanego. - Znajdują się całe tysiące lat świetlnych od nas, a prowadzą do innej części kosmosu. To tylko teoria, a wiesz, że mnie nie trzeba namawiać, żeby próbować popracować nad teorią - wyjaśnił i tym razem to w jego oczach błysnęła ekscytacja, która na kolejny moment zabrała go z miejsca spotkania i przeniosła we wspomniane miejsce z dala od ziemskiego globu.
Jayden, słuchaj.
- Dobrze - odparł, chociaż jego oczy wciąż jeszcze podziwiały rozrysowane schematy kosmicznych wrót prowadzących do innej przestrzeni i innej rzeczywistości. Chciałam cię przeprosić. Za wszystko. Dopiero wówczas coś go trąciło. Zmarszczył brwi i skonsternowany spojrzał na dziewczynę, nie bardzo rozumiejąc, o co chodziło. Prawda była też taka, że przed chwilą trochę się wyłączył i nie miał pojęcia czy we wcześniejszych słowach padło wyjaśnienie tych tajemniczych przeprosin. No, chyba że przepraszała go o to samo, co w listach, a w takim wypadku... - Nie wygłupiaj się. Nie masz za co przepraszać - spoważniał od razu, odkładając trzymane aktualnie przedmioty i skupiając się już w całości na towarzyszce. Górując nad nią wzrostem, mógł wyglądać jak ktoś, kto dawał jej reprymendę, lecz nic z tych rzeczy. Nie chciał, aby czuła się winna. - To po prostu... Emocje. Każdy je ma. Naprawdę. - Czy dobrze jej to tłumaczył, skoro mówiła o tym po raz piętnasty? Nie potrzebował jej przeprosin. Ba! Nie chciał ich nawet, bo nie stało się nic strasznego. Gdy spojrzała na niego, nie miał w sobie nic ze złości, zawodu czy irytacji. Był to po prostu on... Tylko on. Uśmiechnął się do niej na pocieszenie i delikatnie sięgnął po jedną z dłoni, na które wcześniej patrzyła. - Chodź tu - mruknął, po czym przyciągnął ją do lekko siebie, by koniec końców zamknąć w silnym uścisku. Może nigdy wcześniej im się to nie zdarzyło, ale dla niego ta bliskość była naturalna, szczególnie w momencie, w którym jego przyjaciółka mogła tego potrzebować. Chociaż na chwilę. Chociaż przez chwilę. - Nie musisz mnie przepraszać, Connie. Za nic - wymruczał jej cicho we włosy, zanim oparł policzek na czubku damskiej głowy.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]13.06.21 10:18
___Per aspera ad astra.
___Łacińska sentencja wykwitła pośród myśli, oddając literalnie sens istnienia młodego astronoma, którego spojrzenie pozostawało zawsze utkwione ponad głowami; tak, jakby podążał śladem każdej gwiazdy, byle nie przegapić prawdziwego fenomenu gorejącego gwałtownie niczym eksplodująca światłem supernowa wypluwająca materię i nie dziwiła się temu ani trochę, wręcz przeciwnie — rozumiała tę pasję niedającą się objąć wzrokiem czy zdefiniować jakimikolwiek słowami. Potrafiła sobie wyobrazić ekscytację rozrastającą się gdzieś w okolicach serca na samą myśl, iż każdy kolejny dzień będzie zaczynał właśnie od miejsca, w którym znaleźć się powinien od zawsze, bo chociaż sama bardzo niedawno odważyła się sprzeciwić własnemu ojcu i podążyć w pogoni za marzeniami, nie oddałaby ostatnich miesięcy nikomu ani za nic. Obydwoje wkroczyli na wielobarwną ścieżkę zmierzającą ku dorosłości, która wówczas jeszcze dość odległa, majacząca niepewnie ponad horyzontem, oddalona wiele lat od tego momentu, jednocześnie dziwnie pociągająca, bowiem skrywająca skrajnie nierzeczywiste obrazy.
___Dzisiaj — t e r a z — wszystko pozostawało przyjemnie nietknięte bólem, jaki przychodził długo później, dlatego trwali we własnej niewinności, sponiewierani jedynie najdelikatniejszymi błahostkami zalewającymi wciąż młodzieńczy świat. Gdzieś w pamięci zachybotały dawno zasłyszane słowa, które wypowiedział w tonie czysto braterskim, pozwalając im osiąść głęboko pod powierzchnią stonowanego, zielonkawego spojrzenia obserwującym uważnie toczoną dookoła rzeczywistość.
___Byłaby wspaniałym Vanem.
___Pamiętała i pamiętać miała brzmienie tego zdania, niekiedy układała bezgłośnym językiem skołowanych myśli, jednak nigdy później prosta sekwencja nie nabrała wielorakiego znaczenia; wszystko wydawało się zatarte, jej decyzja ukazała prawdziwą definicję istoty rzeczy, jaka wisiała niestabilnie w powietrzu, by wreszcie opadła z niemałym łoskotem. Constantia za to przyjęła tę prawdę, bowiem nic więcej nie pozostało, mimo ż pierwotnie uciekła w popłochu przerażona konsekwencjami wraz z niebotycznie wysoką falą wstydu, która nieustannie kryła się blisko gwałtownych uderzeń serca. Stojąc blisko przyjaciela i mając go dosłownie na wyciągnięcie ręki poczuła, jak wszystkie obrazy przelatują przed oczami, splatając się gwałtownie w ciasny warkocz wspomnień, wśród których większość sentymentów powinna była pozostać. Wiedziała wcześniej, dostrzegała teraz, jaką naturalną obojętnością potraktował wszystko, co wydarzyło się podczas jej ostatniego roku nauki i dotarło do niej błyskawicznie, iż Jayden Vane tylko jedno szczerze kocha, nawet nie nazywając tego miłością.
___Wszechświat spoglądający na nich z oddali.
___Byli podobnie wypełnieni pasją oraz zrozumieniem względem tego oddania, dlatego dziewczęca tęsknota okalająca jej ciało, myśli, a także lekko ochrypły głos przybrała subtelniejszego konturu. Lekko zatarła granice, przemianowując się w klarowne wstęgi przyjaźni splatające to, co było minione z tym, co trwało teraźniejsze.
___— Obrysy Wrót Tannhäusera? — powtórzyła za nim, usilnie starając się wymówić ostatnie słowo na tyle poprawnie, na ile było to możliwe. Nim zdążyła poprosić o krótkie wyjaśnienie, otrzymała je błyskawicznie, bo chociaż astronomia ciekawiła dziewczynę, o tyle dalekosiężne badania astronomów były dla niej dość obcym zjawiskiem. Skinęła nieznacznie głową na koniec, wyrażając własne uznanie. — Mogę jedynie życzyć ci powodzenia w odkrywaniu innych części kosmosu.
___Preludium rozmowy pozwoliło nieznacznie uspokoić siebie przed skonstruowaniem zająknięć, które popłynęły w przestrzeń i napotkały pełen niezachwianego stoicyzmu mur w postaci Jaydena. Poniekąd ucieszyła ją jego reakcja, nierozpamiętywanie ani przez chwilę tego, nad czym ona spędziła ostatnie tygodnie zawzięcie unikając spotkania oraz spojrzenia mu prosto w oczy. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Ukrócił wszystko do jednego słowa, do emocji, które miał każdy, a których ona nie rozumiała na tyle, na ile chciałaby rozumieć. Wówczas oszczędziłaby sobie pierwszych rozczarowań oraz niewłaściwych reakcji jak ta, która zaprowadziła do wielomiesięcznego milczenia w rezerwacie jednorożców, gdzie los zesłał niewyobrażalne pokłady czasu najróżniejszych przemyśleń.
___Nie zdążyła właściwie zareagować, kiedy sięgnął jej dłoni, by następnie przyciągnąć do siebie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zamykając w silnym, bezpiecznym uścisku własnych ramion, w których utonęła bezwiednie, zaciągając się kojącą wonią jego perfum unoszących się dookoła; absorbując przyjemne ciepło przyjacielskich objęć; jednocześnie gubiąc się oraz odnajdując w łagodności tchniętej między słowa wymruczane wprost we włosy, skąd dotarły do uszu na granicy słyszalności i pozwoliła sobie trwać w tej efemerycznej sekundzie. Wiedziała, że za chwilę będzie po wszystkim, że każde zagięcie zostanie wreszcie naprostowane, a przyjacielska nić rozciągająca się na przestrzeni ostatnich, szkolnych lat najróżniejszych perypetii pozostanie tak samo silna oraz nierozerwalna, jak to było do tej pory. Swoisty powrót do przeszłości, do swobodnego wyrażania myśli, do dzielenia się pojedynczymi sukcesami, do rozciągania wielorakich planów na płaszczyznach znanych światów, do listownych dyskusji ilekroć będą po przeciwnych stronach małego, brytyjskiego kontynentu; wszak Connie zdążyła obrysować palcem każde hrabstwo szczycące się magicznymi stworzeniami i zdawała sobie sprawę, że ledwo upłynie kilka dnia, a będzie gdzieś dalej niż dzień wcześniej. Zapragnęła nagle opowiedzieć mu o każdej istocie, których ryciny obserwowała tysiące razy w książkach, a teraz widziała wszystko własnymi oczami i czasem wciąż nie potrafiła uwierzyć, że minął niecały rok od podjęcia jedynej słusznej decyzji.
___— Niech będzie, skończę z przepraszaniem — odparła cicho, pozwalając lekkiemu uśmiechowi wygiąć kąciki ust ku górze. Sama dziewczyna odsunęła się nieznacznie, byle mogła spojrzeć przyjacielowi w oczy i zrobić to, czego nie zamierzała czynić listem. To słowo wymagało spotkania twarzą w twarz. — Chcę za to podziękować. Za to, że zainspirowałeś mnie to gonienia za marzeniami. — Nigdy nie zdołałaby wyrazić, jaką wdzięczność odczuwała.
___Wartość niepoliczalna.
___Radość zamknięta w szczerze uniesionych kącikach warg oraz skrzących się w oczach ognikach musiała być wystarczającą odpowiedzią na wszystko i za wszystko.
___— Nie wyobrażasz sobie, jak niesamowicie było w Wicklow Mountains! — wykrzyknęła ułamki sekund później, nie kryjąc dłużej szczęścia ze spotkania oraz obcowania z jednorożcami. — Jeszcze nigdy nie czułam czegoś takiego, takiej magii, nienaturalnie czystej i niczym nie skażonej. Poza tym jednorożce są takie pełne gracji i łagodności. I wiesz, co jest najcudowniejsze? — pytała czysto retorycznie. — Prawdopodobnie będę niedługo zajmować się testralami, one zawsze mnie fascynowały. Nie mogę się doczekać najbliższych tygodni, no i tego co będzie później. Wszystkie moje plany, marzenia naprawdę mają szansę się urzeczywistnić.
___Mówiła niczym natchniona, wreszcie zaczynając przy tym gestykulować, zupełnie wypierając poprzednie, minione już niepokoje, ponieważ chciała podzielić się wszystkim. Tym skrawkiem własnego raju, który odnalazła — i w którym siebie odnalazła.
___— Kto wie, może pewnego dnia będę nawet badała smoki — powiedziała ze śmiechem towarzyszącym słowom. — A ty będziesz wówczas… — pozwoliła sobie przedłużyć pauzę. — Wielkim, szanowanym astronomem. Wpatrzonym w gwiazdy tak, jak zawsze.
___Wówczas żadne nie mogło wiedzieć, jak prawdziwe są te słowa i jakąś groźbę skrywają w sobie; jakim śmiercionośnym cieniem zostaną nakryte.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]13.06.21 21:57
Dla Jaydena wiele spraw, które dotykały osób z jego otoczenia, pozostawały nieuchwytne dla niego samego. Były poza sferą domysłów czy zwykłych pragnień, dlatego nigdy nie doznał miłosnego zawodu lub nie zaznał odtrącenia. Nie kłócił się ani nie krzyczał. Nie przechodził kryzysu egzystencjalnego ani nie budził się w nocy, myśląc o zbliżającym się balu. Niektórzy po takich - często traumatycznych w umysłach młodych czarodziejów i czarownic - doświadczeniach mogli mu zazdrościć. Mówić, że nic nie stracił, lecz inni pokręciliby jedynie głową, twierdząc, że ominęło go tak wiele. Jak Roselyn, która zdawała się rozkwitać w towarzystwie Anthonyego i chociaż wybranek przyjaciółki zdawał się nie być zbyt wylewną osobą, Wright to nie przeszkadzało. Dobrze czuła się w jego towarzystwie, a w Hogwarcie zdawali się być zgranym duetem. Jay nigdy nie wątpił w uczucia, jakimi czarownica obdarowywała chłopaka, jednak nie zazdrościł jej tego. Nie w kontekście niechęci wobec Skamandera - ten okazywał wszak dziewczynie wiele wsparcia po śmierci jej matki i młody astronom nie mógł mieć zastrzeżeń. Chodziło o to, że Vane cieszył się jej szczęściem, jednak nie odczuwał potrzeby posiadania tego samego. Rose z pobłażaniem pewnie spojrzałaby na przyjaciela i powiedziała, że ominęły go właśnie te dobre rzeczy, które już nie miały wrócić. Każdy miał swoją drogę, jak to mówił jego papa, a mama dodawała, że wszystko ma swój czas. A nieświadomy niczego takiego Jayden po prostu egzystował, płynąc przez świat i rzeczywistość, chcąc jedynie cieszyć się każdą chwilą oraz spędzać możliwie jak najwięcej czasu na poszerzaniu wiedzy z astronomii i numerologii. Postrzegał świat nie tylko w zarysach równań oraz naukowego bełkotu - chciał patrzeć na niego holistycznie. Dlatego też coś tam próbował czytać z transmutacji, ale w aktualnym zalaniu materiałem nie był w stanie rozciągnąć doby oraz wcisnąć gdzieś również i tej dziedziny. Nie przejmował się jednak na zapas - w końcu wszystko miało swój czas.
Tak samo jak spotkanie z Connie, którego wypatrywał, odkąd widzieli się po raz ostatni. Lub odkąd po prostu uciekła przed nim w panice, a on się zastanawiał, co zrobił nie tak. W końcu nic nie zapowiadało kryzysu, gdy przyszło im się zobaczyć. Byli niedaleko starego mostu, który odkryli kiedyś spacerując w lesie należącym do okręgu London Borough of Waltham Forest i chociaż Sallow wydawała się czymś mocno poruszona, pierwsza część spotkania szła całkiem dobrze. Rozmawiali, milczeli, aż w pewnym momencie... Stało się. Poczuł jej ciepło blisko siebie, tak samo jak dłonie oplatające kark zmuszające go do nachylenia się w jej stronę i wcale nie protestował, sądząc, iż chciała się przytulić, podeprzeć się, powiedzieć mu coś na ucho. Cokolwiek, bo przecież... No, ufał jej. Jakiekolwiek podejście zamierzała, przecież nie miała go w żaden sposób skrzywdzić. Nie sądził jednak, że miało to prowadzić do pocałunku, który normalnie trafiał w czoło albo w policzek. Przyjemne, ale i nieznane dotąd dotknięcie skonsternowało go i dziwnie zaszumiało w umyśle. To nie tak, że niczego nie poczuł, bo nie był wypraną z emocji ścianą. Nie. Po prostu... Po prostu nie był w stanie jej tego oddać i widząc twarz dziewczyny w tamtym momencie, naprawdę chciał móc. Żeby nie musieć rozpamiętywać masy reakcji, które odczytał w ułamku sekundy z mimiki Constantii. Żeby nie widzieć jej złamanej, smutnej, zawstydzonej i niesamowicie wystraszonej. Ale tego, czego od niego chciała, nie mógł jej dać. I nie zamierzał jej też oszukiwać w żaden sposób. Zanim jednak doszło do jakiejkolwiek konfrontacji, znajomy trzask teleportacji rozległ się między drzewami, a Jayden został sam z rozwianymi włosami i nie mając pojęcia, co właśnie się wydarzyło. Z czasem zrozumiał jedno - że tęsknił.
Mogę jedynie życzyć ci powodzenia w odkrywaniu innych części kosmosu.
- Dziękuję - odparł ze szczerym uśmiechem po raz kolejny zresztą podczas tego spotkania, bo przecież wierzył w to, że cokolwiek miało się wydarzyć, zamierzał wciąż szukać. I odnaleźć jakąś odpowiedź. Jak chociażby w danym momencie, gdy słowa ukróciły się i zostały jedynie gesty. Nie opierała się, nie odpychała. Pozwoliła, żeby w jakiś sposób zajął się tym, czego nie można było wypowiedzieć - zresztą nie trzeba było. Nie potrzebował od niej żadnego tłumaczenia, ale chciał, aby wiedziała, że bez względu na wszystko dalej mu na niej zależało i nie miał jej nic za złe. Słowa w listach, słowa, które teraz do niej kierował, nie były zafałszowane. Spokojne bicie serca przebijało się przez materiał lekkiego garnituru i powoli koiło to, co mogło. A przynajmniej miał nadzieję, iż właśnie tak się dzieje. Jego samego uspakajała sama jej obecność, gdy znajomy zapach wkradał się aż do płuc, przemykając cicho, acz skutecznie do męskiej podświadomości. Oznaczała bezpieczeństwo i spokój. Znajome miejsce. Znajomego kogoś. Kogoś bardzo ważnego i wartościowego. Kogoś, kto wyszukał jego spojrzenia i pozwolił sobie na podziękowania. - Nie żartuj - odparł, oddając grymas uśmiechu. - Nikt nie musiał cię namawiać.
Nikt nie musiał jej też namawiać, by zaczęła mówić o tym, co się działo. A Jayden absolutnie nie był kimś, kto zamierzał jej przerywać. Wręcz przeciwnie - nie pozwalając na to, by uśmiech schodził mu z ust, z iskrami bliźniaczymi do tych jej, obserwował i słuchał wszystkiego. Nie upuszczając ani jednej sylaby, ani jednej litery. Zrobił jej też miejsce, robiąc krok w tył i zajmując się zbieraniem swoich przedmiotów, by na nowo zwoje i rulony znalazły się w jego ramionach. Nie można było im odmówić jednak zapału - oboje wyglądali na podekscytowanych i chociaż Vane przez większą część milczał, słuchając swojej towarzyszki, nie był bierny. Wskazał na nią jednym ze swoich rulonów, mogąc się w końcu odezwać. - Zdobędziesz wszystko, czego pragniesz, Tantie. Zobaczysz. - Tantie. Nie nazywał jej tak często, lecz mogła dobrze wiedzieć, że było w tym więcej czegoś troskliwego i czułego. Zwracał się tak do niej w momentach, gdy chciał, aby przykuła wagę do tego, co mówił. I chociaż sam Jayden robił to całkowicie nieświadomie, werbalna komunikacja była aż nadto dosłowna, gdy złączona jeszcze z symboliką. Gdy wspomniała o nim, końcem zwiniętej mapy delikatnie puknął ją w głowę. - Yhym. I co jeszcze? - spytał, zbywając śmiechem jej słowa, bo na ten moment Jayden nie miał żadnych planów prócz tych, które ustalili z Elriciem - dalekich, wspólnych podróży. Lovegood w pogodni za magicznymi stworzeniami, Vane jako łowca meteorytów. We dwójkę niepokonani i niepowstrzymani. - Ale gwiazd się nie wyprę. To na pewno - dodał, gdy ruszyli przed siebie, nie mając żadnego planu na ciąg dalszy spotkania. A przynajmniej tak było, dopóki dopóty coś nie tknęło młodego czarodzieja. - Może masz ochotę na śniadanie? Znam restaurację, gdzie serwują pyszną jajecznicę. Nie wiem, co tam dodają, ale... - Rozmarzył się zaraz. - Nie myśl, że puszczę cię do pracy z pustym żołądkiem. To niedaleko, a przy okazji... - urwał na chwilę, patrząc kątem oka na przyjaciółkę z nieodgadnionym uśmiechem. - Opowiesz mi o tym artykule, który planujesz. - Bo to, że Sallow nad czymś pracowała było bardziej niż pewne. I Jayden nie zamierzał czekać na publikację, by dowiedzieć się, co to było!


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]17.06.21 14:43
___Niekiedy mu zazdrościła.
___Przyłapywała się na tej myśli kilkukrotnie, obserwując w milczeniu, jak pozostaje odgrodzony od świata w pełni tego nieświadomy; trochę tak, jakby należał do oddzielnej rzeczywistości, gdzie wszystko wydawało się tysiąckrotnie prostsze od skomplikowanej, burzliwej codzienności znanej młodym czarownicom oraz czarodziejom, w których ciałach buzowały hormony, emocje czy uczucia niedające się zdefiniować, bo sama Constantia nie potrafiła odnajdywać słów dla nazwania tego, co czuła. Na samym początku spychała każdą pojedynczą myśl głęboko we własne milczenie, zakopywała pod powierzchnią słodkich, niegroźnych pozorów i naiwnie wierzyła, że niepokoje znikną, rozpłyną się we mgle niczym smugi dymu. Pozostaną w sferze nigdy niewypowiedzianych treści zalegających na dnie spętanej niezrozumieniem duszy, która odnajdzie sposób na uporanie się ze wszystkim we właściwym czasie; może pragnęła nawet zasmakować w mechanizmie wyparcia.
___Czy wówczas byłoby prościej?
___Łatwiej?
___Pytania, na które miała nie poznać odpowiedzi, liche gdybanie zakradające się między korytarze pierwotnej dorosłości, jaka spotkała ich wraz z chwilą, w której opuścili szkolne mury. Podążała za nim tylko przez pierwsze sekundy, gwałtownie zrywając iluzoryczną nić splatającą przeszłość z teraźniejszością, próbując odeprzeć każdy atak, spoglądając na adresowane do niej listy ze strachem, wstydem i niepewnością. Nieustannie wypierała się brakiem czasu, angażowała we własne marzenia zapalczywie, pozwalając prowadzonym badaniom oraz magicznym stworzeniom wypełniać każdą wolną przestrzeń pod sklepieniem czaszki, dopóki nie pozostała najdrobniejsza szpara, w której mogłoby zachować się echo młodzieńczego głosu, migotliwe widmo jego spojrzenia czy cokolwiek, co było tak bardzo jego.
___Wspomnienie ich ostatniego spotkania zaszumiało w głowie — pamiętała wszystko. Drżenie dłoni. Rumiane wykwity policzków. Przyspieszenie oddechu. Prostolinijną konwersację przeplataną cichym rozbawieniem. Wreszcie pocałunek, po którym runęły fundamenty budujące pewność siebie wraz z wyśnionym gestem, którym miał odpowiedzieć; nie zrobił tego. Wyraz jego twarzy był odpowiedzią na niewygodne pytania piętrzące się w głowie dziewczyny długimi miesiącami i nie pozwoliła mu na jakąkolwiek reakcję, na wyjaśnienie, na próbę zaprezentowania własnej linii obrony. Pod zielonkawą taflą, wtenczas dziwnie zmatowiałą, skrzyły gniewnie bursztynowe plamki, bowiem złość wymierzona przez Constantię w samą siebie była namacalna, gorąca, żywa. Intensywna jak nigdy wcześniej, ponieważ nie znosiła się mylić, jak nie cierpiała  popełniać głupich błędów, do których odważyła się bezceremonialnie dopisać właśnie ten. Niewłaściwa interpretacja przyjaźni zakończona gwałtownym cofnięciem o krok i teleportacją. Dla zamazania wstydu, dla zostawienia jej we własnym bólu.
___Nie winiła Jaydena nigdy.
___Nie mogłaby tego zrobić, ponieważ uczucia nie podlegały kontroli — skoro nie czuł tego przed miesiącami, nie czułby i później. I chociaż panika przysłoniła tamtej nocy rozsądek, zmuszając czarownicę do impulsywnej ucieczki, upływający czas pozwolił ugasić namiętne pożary nierealnych marzeń. Zrozumiała, że musiała zawrócić, ponieważ nie było już dokąd uciekać ani gdzie się skryć.
___Jayden był bezpieczeństwem.
___Przebijające przez ubranie spowolniałe bicia drugiego serca przedzierało się przez skołatane myśli, przynosząc jedynie spokój rozlewający się łagodnie w jej wnętrzu, dlatego trwała w uścisku, dopóki niewypowiedziane słowa nie umilkły na zawsze. Zwracając dziewczynie swoistą wolność, naprostowując poskręcane wątpliwości, które rozwiały się wkrótce potem.
___— No jasne, że to wszystko moja zasługa — prychnęła rozbawiona, wywracając przy tym oczami. — Wcale nie byłam przerażoną dziewczynką podporządkowaną rodzinie. — Zalążek prawdy odbijał się w oczach. Obydwoje spędzili w pokoju wspólnym wielogodzinne dyskusje, gdzie poruszali tematy różnic między własnymi rodzinami i chociaż Vane nie chciał tego przyznać, miał bezpośredni wpływ na decyzję, jaką podjęła będąc jeszcze siedemnastolatką. Stłamszoną konserwatyzmem wżerającym się boleśnie w żyły niczym trucizna.
___Uśmiechnęła się subtelnie na dźwięk słowa, którego sięgnął i poniekąd zdążyła zapomnieć brzmienie tego słowa, bowiem tylko Jayden zwracał się do niej w ten sposób, akcentując ich bratersko-siostrzane przywiązanie do siebie emanujące najprawdziwszą magią. Zanim jednak odpowiedziała, poczuła lekkie stuknięcie rulonu o czubek głowy, po którym posłała mu wpół rozbawione, wpół śmiertelnie poważne spojrzenie, jakie widział tysiące razy wcześniej. Wierzyła we wszystkie wypowiedziane, czy bardziej wyrzucone naprędce treści, przesiadując tymczasowo w sferze najwznioślejszych marzeń, których śladem podążali — każde we własnym tempie, cierpliwie wydeptując nowe szlaki tam, gdzie wcześniej nikt inny nie zwykł chadzać — i chociaż przyjaciel mógł nie brać tego zbyt poważnie, Connie była pewna, że czekają ich rzeczy wielkie.
___Kiedyś. Gdzieś.
___Daleko w przyszłości, a może kilka oddechów szybciej; pierwsze podróże nauczyły ją jednego, że najlepsze przychodzi zupełnie niespodziewanie, kiedy człowiek absolutnie tego nie oczekuje, a potrzebuje (bądź zasługuje). Czasem może jedno z drugim. Kąciki ust drgnęły ku górze, kiedy zaproponował kontynuowanie ich rozmowy, czy bardziej niedającego się zatrzymać monologu młodej pasjonatki, jednocześnie oferując zapełnienie żołądka powoli upominającego się o śniadanie, więc bez zastanowienia skinęła głową.
___— Nie zamierzam gardzić jedzeniem, a już szczególnie takim, które rekomendujesz. Zdążyłam odrobinę zatęsknić za londyńskimi specjałami. — Chociaż rezerwat był miejscem cudownym, gdzie spełniała się bez cienia wątpliwości, potrzebowała odrobiny czasu na odzwyczajenie się od wszystkich wygód, co nie stanowiło żadnego problemu. Wiedziała od samego początku, iż podróżniczy żywot wymaga poświęceń, jednak kosztowanie każdej przygody było tego warte. Wszystko to przybliżało do osiągnięcia majaczącego na wzniesieniu, na które zamierzała się wdrapać. Później na kolejne i następne, dopóki starczy jej sił.
___Uniosła jednak brew ku górze, udając pierwotne zaskoczenie na dźwięk słów, jakie dotarły ułamek sekundy później. — Artykuł, który planuję? Niech pomyślę… — pauza wybrzmiała pomiędzy nimi, a figlarność zatańczyła na krańcu języka i w kącikach oczu. — To bardzo, ale to bardzo poufne informacje, Jayden, więc nie jestem pewna, czy mogę się nimi podzielić. Jeszcze wpadną w niepowołane ręce i co wtedy? Zastanówmy się, czy cokolwiek mogę ci powiedzieć. No, chyba że za odpowiednią kwotę — raz jeszcze przerwała, obdarzając przyjaciela rozbawionym spojrzeniem. — Powiedz mi, ile jesteś gotów zapłacić za tę tajemną wiedzę? — Chyba nie myślał, że wyjawi mu wszystko tak łatwo. Musiała przynajmniej trochę się podroczyć.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]19.06.21 13:00
Jayden nie uważał się za człowieka, któremu należało czegokolwiek zazdrościć. W przyszłości wszystko miało się zmienić. Nie miała mu zazdrościć. A on nie miał mieć dla niej ciepłego słowa oraz spojrzenia pełnego wyrozumiałości. Ale przyszłość była nieodgadniona. Niemożliwa do odczytania. Pozbawiona barw, które przypisywało się jasnowidzom. Wróżki, astrologowie, wieszcze... Tak wielu z nich było w ich społeczeństwie, siejąc nieprawdę. Nikt nie rozumiał, iż astrologia wzięła się stąd, że ludzie po prostu nie rozumieli nauki. I nie chodziło o ludzi wyjątkowo niezaznajomionych z wieloma teoriami istniejącymi w nauce. Wystarczyło się obejrzeć, by zauważyć, że ludzie po prostu nie rozumieli procesu nauki. Wpierw było odkrycie, a później zrozumienie go i to tam ruszała wyobraźnia. Bez niej nie byłoby niczego. Odkrywanie nie było mechanicznym procesem zaznajomienia się. Nie było to też całkowicie logiczne brnięcie wąską ścieżką reguł i praw. Twarda wiara w naukę nie sprawdzała się, bo była błędna. To pułapka bez wyjścia. Jayden zawsze uważał, że na oczywiście - można było wytłumaczyć wiele zjawisk dzięki faktom, lecz co z pozostałymi? Podejście niezwykle przyziemne było ograniczające, bo pozostawiało mało - albo wcale - miejsca dla spostrzeżeń sztuki, filozofii, psychologii, literatury, mitologii, marzeń sennych, muzyki, emocji lub duchowości. Istniały miliony rzeczy, których naukowcy nie potrafili wyjaśnić, ale nie odrzucali ich, twierdząc, że były nieistotne. Badania nad ludzką historią i zmianą przyniosły im fantastyczny wgląd w to, dlaczego w ogóle mieli coś takiego jak sztuka, marzenia i mitologię. Bez dociekań ludzkich nie byłoby ognia - wciąż czekaliby, aż piorun uderzy w drzewo. Obserwując ruchy i życie społeczne, Vane zastanawiał się często, gdzie się podziała wyobraźnia. Chęć, łaknienie eksploracji. Świat bez wyobraźni, by się zakończył. Bez wyobraźni wszystko, co mogli zrobić to jedynie klasyfikować świat, w którym przyszło im istnieć. Przypisywać nazwy i liczby, statystyki i kategorie. I chociaż był to ważny element procesu naukowego, to nie była to nauka sama w sobie. Bez wyobraźni nauka była tylko słownikiem - nie było w tym życia, nie było tajemnicy, nie było sensu dążenia dalej, skoro wszystko zostało już odkryte. Dlatego właśnie potrzebowali jej, bo żeby coś osiągnąć musieli wyjść poza ustalone ramy. Odrzucić to, co obecne i znane. Stworzyć tezę, porównać swoje domysły z realnością. Być może nawet wywrócić świat do góry nogami, ale kto z przełomowych odkrywców nie postawił swojej wyobraźni przeciwko wszystkim? Być może jakieś współczesnej tezie brakowało komplementarności i należało ją rozwinąć? Nauka była pełna cudów, niespodzianek i skoków wyobraźni. Gdyby była czymś innym, nie mieliby nawet magii. Kto by miał tak silną wolę, żeby ją ujarzmić i sformułować zaklęcia? Kto wynalazłby eliksiry poprzez wymieszanie odpowiednich składników? Kto wystrugałby miotłę i latał pod niebem? Nie byliby w stanie wykarmić się, zaspokoić potrzeb populacji lub prognozować, do czego prowadzą podejmowane przez nich decyzje… I zobaczyć, czy te decyzje są właściwe, i co zrobić, by je polepszyć. Bez wyobraźni, także po upływie wszystkich wieków, niczego by się nie nauczyli. Nauka to wyobraźnia.
Nauką było również to, czego doświadczył, będąc z Connie. I nie tylko podczas ich ostatniego spotkania, bo już wcześniej dostrzegał, że wszystkie jego obawy co do rozwoju nauki i edukacji współdzieliła również ona sama. Lub przynajmniej część. Mogli wymieniać się informacjami, rozmawiać całe godziny o tym, co się działo. O tym jak system nie działał i co mogliby zrobić, aby go polepszyć. Dlaczego miałby z tego rezygnować? Dlaczego miałby się tego wyrzekać? I dlaczego miałby ją ograniczać? - Potrzebowałaś wsparcia. To wszystko - odpowiedział krótko, wierząc we własne słowa. Nie on sprawił, że Sallow stała się silna. To ona sama wytworzyła w sobie, odnalazła w sobie tak wiele elementów tworzących właśnie ją samą. Walczącą o siebie i stojącą na własnych nogach. On nie trzymał jej na powierzchni - pokazał, powiedział, jak wyglądałoby wolność, a to, co się stało później, w pełni zależało od niej samej. Nigdy jednak nie chciał, aby musiała uciekać z domu. Przeciwstawiać się własnej rodzinie, ale czy życie nie polegało na ciężkich wyborach? Okrutnych? To wszystko było skomplikowane, bo przecież nigdy nie musiał wychowywać się w domu, gdzie chciano go ograniczać. Szybko te myśli się rozwiały, gdy młoda czarownica poruszyła kolejny temat i ciągnąc go dalej. - Przykro mi, ale nie mam nic, co mógłby ci zaoferować - odparł, starając się jakoś rozłożyć ręce w geście kapitulacji. - Moich zwojów pełnych wiedzy nie oddam nigdy - dodał, prostując fakt, że miał przy sobie tak wiele materiałów, lecz żadne z nich nie mogły zostać przekazane dalej. Musiał zdać się na litość swojej towarzyszki, bo prócz śniadania nie miał naprawdę niczego, czego mogłaby od niego chcieć w zamian za wiadomości o artykule.
W drodze na miejsce wymieniali się jeszcze większą ilością licytacji, bo Jayden nie chciał ustąpić i obejść się smakiem w związku z pracą przyjaciółki, lecz w pewnym momencie gwałtownie się zatrzymał. - Nie uwierzysz! - wypalił, przypominając sobie o czymś, co miało miejsce od czasu ich ostatniego spotkania. A co przecież zaimponowałoby Connie od razu i co mogliby wspólnie celebrować. - Zacząłem współpracę z centaurami z Zakazanego Lasu. Znaczy... Dopiero jestem na początku zapoznawania się z nimi, ale wysłano mnie do nich i chociaż początkowo nie pozwoliły mi przebywać wśród nich, za niedługo będę mieć spotkanie ze starszyzną, która oceni, czy jestem godny zaufania. Wyobrażasz to sobie? Będę musiał przygotować najlepszy garnitur, żeby się tam jakoś zaprezentować, bo nigdy się tak nie stresowałem. Ani nie cieszyłem. - Nawet nie zauważył, że wolną ręką - już w chwili zatrzymania - sięgnął ku dłoni Connie, a teraz zacisnął ją nieco mocniej, nie będąc w stanie ukryć ekscytacji samą tą wizją. A kilka rulonów poleciało na ziemię. Ponownie...


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]27.06.21 20:35
___Była głodna nauki, dlatego zawzięcie kroczyła przez wszystkie ciernie czy wątpliwości zastępujące jej drogę, nawet pomimo strachu ściskającego niejednokrotnie za gardziel, Constantia uparcie szła dalej — nie potrafiła bądź nie chciała się poddawać. Może jedno i drugie, a może nie widziała innego wyjścia, jakiegokolwiek rozwiązania majaczącego gdzieś na horyzoncie; chociaż nieustannie pogardzała własną rodziną czy drwiną okalała wszystkie opowieści o suchym, ojcowskim konserwatyzmie, to mężczyzna jednego zdołał ją nauczyć. Wpoił zawziętość, cholerną nieugiętość Sallowów, którą przejawiała bezkarnie każdego kolejnego dnia.
___Mogła się wypierać, ale prawda zawsze skrzyłaby na krańcu świata.
___Wraz ze wszystkim, co Connie ofiarowała własnym sercem oraz duszą, tego dnia zarazem zagubioną, co odnalezioną gdzieś na skrawku świtającego słońca, którego złocista tarcza wyłaniała się coraz śmielej ponad horyzont. Zdążyła odrobinę zapomnieć o smaku londyńskiej codzienności, która ugościła krótko po skończeniu nauki; właśnie tutaj udała się w pierwszej kolejności, chociaż podświadomie dostrzegała niepewny, migotliwy szlak prowadzący przed siebie. Paradoksalnie zatęskniła za przygodą, kiedy poczuła otulający szczelnie płaszcz bezpieczeństwa, coś agresywnie wyrywało serce ku niepewnościom, zimnym dniom, nieprzespanym nocom, zasiniałym śladom na alabastrze skóry, skaleczeniom powstałym po długich marszach bądź przy spotkaniu magicznych stworzeń — ambiwalencja tchnięta w oddechy.
___Obserwowała przyjaciela, pozwalając myślom klekotać w labiryncie tajemnych pomieszczeń, gdzie ważyła każde słowo przed wypowiedzeniem i delikatnie się uśmiechnęła. Owszem, potrzebowała wsparcia drugiego człowieka, kogoś kto popchnie przed szereg, dmuchnie wiatrem w nieśmiało rozpostarte żagle; tym kimś okazał się być Vane, którego miała na wyciągnięcie ręki.
___Gdzieś w dalekiej przyszłości Constantia miała sobie uzmysłowić, iż wewnętrzna siła oraz niedająca się stłamsić duma ze swoich osiągnieć były wypracowane własnym charakterem, że należała tylko do niej i nikogo innego. Wiosną, która zastała przyjaciół w opustoszałej scenerii budzącego się do życia świata, wciąż tkwiła we własnych marzeniach, dziecięcych pragnieniach falujących przy każdym podmuchu wiatru niezapowiadającego katastrof, jakie dopiero przed nimi.
___Roześmiała się wesoło na widok jego bezradności, spiesząc z wyjaśnieniami.
___— No dobrze, uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że niedługo będę badała stworzenia zamieszkujące Kornwalię, a jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, później na krótko wyjadę na północne wybrzeże Francji, bo podobno tam też można je spotkać. Wiesz, chodzi o porównanie zachowania, warunków bytowania i takich tam — powiedziała nieco ciszej niż zamierzała, dodając delikatnie zaczepności własnym słowom. Jayden mógł się domyślić, jakie magiczne stworzenia będą kolejnym celem jej podróży, bowiem wiedział doskonale o głębokiej fascynacji, którą obdarzyła jeszcze za szkolnych czasów testrale; niezwykle tajemnicze, jednocześnie bardzo niedocenione przez magiczne środowisko, dlatego Connie odważyła się poświęcić najbliższe tygodnie, może nawet miesiące ich obserwacji oraz poznaniu natury. Mogła uśmiechnąć się smutno na myśl, że śmierć matki pozwalała na dostrzeżenie tych enigmatycznych, skrzydlatych koni.
___Wszystko rozproszone zostało jednak gwałtownie przy słowach chłopaka i kąciki ust drgnęły ku górze, a spojrzenie nabrało zdrowej intensywności. — Centaury?! — niemalże wykrzyknęła. — To wspaniale! Czytałam o nich niejednokrotnie w różnych książkach, powstało też kilka artykułów, ale stanąć przed nimi twarzą w twarz, to musi być niesamowite. To podobno jedne z najmądrzejszych istot, jakie można spotkań, chociaż one nie przepadają za towarzystwem — ekscytacja przyjaciela udzieliła się dziewczynie, która z prędkością światła wyrzucała wszystkie słowa. — Jak to jest? I jakie one są? A spotkania ze starszyzną szczerze ci zazdroszczę! — urwała na moment, wywracając zabawnie oczami. — Dla ciebie garnitur to ubranie codzienne, więc na pewno dobrze się zaprezentujesz.
___Jej śmiech poniósł się echem i podświadomie uścisnęła mocniej jego palce, którymi oplatał dziewczęcą dłoń, ciesząc się jego szczęściem, a roześmiała się jeszcze głośniej na widok rulonów upadających bezgłośnie na ziemię.
___— O ile będziesz mniej roztargniony — powiedziała wesoło, schylając się po upuszczone przez chłopaka zwoje. Machnięciem dłonią pokazała mu, że poradzi sobie sama z sytuacją i kilka sekund później wyprostowała się, kręcąc delikatnie głową na boki. — Chodźmy, opowiemy sobie nawzajem wszystko przy kubku ciepłej herbaty. To w tamtą stronę, tak? — Wskazała podbródkiem jedną ze ścieżek, konstruując kolejne pytanie. — Jak to się w ogóle stało, że trafiłeś do Zakazanego Lasu? — jej ciekawość wybrzmiała w słowach.

| :pwease:



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: — the world was on fire. | Londyn '46 [odnośnik]28.06.21 19:03
Słuchał jej uważnie, gdy koniec końców skapitulowała i pozwoliła nacieszyć odsłoniętym faktem. Jayden nie pozwolił sobie na roztargnienie, chcąc wyłapać każdą zgłoskę, która finalnie tworzyła opis projektu, nad którym pracowała dziewczyna. Nie dziwił się, że chciała podróżować - sam miał własne plany z Elriciem na dalekie wyjazdy, poznawania obcych kultur i ziem, a później praca w laboratorium razem z Cyrusem. Przy okazji pisałby nieustanne listy do Evey, w których opowiadałby jej wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Howell na pewno kazała mu tego nie robić, tylko patrzeć, czy go nie okradają, ale przecież finalnie oboje dobrze by wiedzieli, że nie byłaby na niego zła. Roselyn być może powitałaby przyjaciela z dzieckiem w ramionach i mężem u boku. Rodzice pogratulowaliby mu kolejnych sukcesów i radośnie żyli dalej. Jak mógłby być nieszczęśliwi, mając tych wszystkich wspaniałych ludzi dokoła? Co mogło pójść nie tak, skoro mieli siebie? Dużą rodzinę, która nie musiała być spokrewniona, aby współgrać. Byli młodzi, chętni do działania i odważni - nie obawiali się zmieniać świat, bo chcieli, aby był taki, jakim go sobie wyobrażali. Wiecznie wspaniały, nigdy nieustający. Jako ludzie znający wartość nauki mieli przed sobą świetlaną przyszłość. Mogli zmienić tak wiele i jeszcze więcej. Będąc wolnymi i pełnymi zaangażowania, czasu oraz energii. Skinął głową, wiedząc, o czym mówiła. W końcu nie przestawała się zamykać o testralach od miesięcy. Potrafiła mu opowiadać o nich tak często, jak on jej o astronomii. Jedyne co go niepokoiło to to, że testrale widziała jedynie osoba, która była świadkiem śmierci drugiego człowieka. Nigdy nie zapytał. Nie był nietaktowny i szanował jej granice, dlatego milczał. Nie chciał też wiedzieć, skoro sama nie wyjawiła mu prawdy. Każdy miał prawo do intymności. W końcu jednak temat się zmienił i uwaga zeszła na centaury, rozpraszając troskliwe myśli młodego astronoma. Nie przerywał przyjaciółce w lawinie pytań, cierpliwie czekając, aż skończyła.
Jak to się w ogóle stało, że trafiłeś do Zakazanego Lasu?
Wzruszył ramionami, jakby okazując dziwny traf i szczęście. A może przeznaczenie? - Wydaje mi się, że Wieża Astrologów chce wykorzystać wiedzę centaurów. Sęk w tym, że nikt nie chce mieć z nimi do czynienia. Wysłanie mnie było niejako wiadome - zaczął swoją odpowiedź od końcowego pytania Sallow. Zastanowił się na moment, ale machnął ręką. - Są niesamowite. Swoją prezencją, swoim wyglądem, swoją mądrością - po prostu porażają i chcesz jedynie więcej. Nie potrafię wyjaśnić, bo to jest naprawdę... - urwał, jedynie gestami próbując jakoś opisać to, co czuł. Wskazał też wolną już dłonią, kierunek, w którym zmierzali. Niewątpliwie czekała ich ciekawa rozmowa. - Wszystko zaczęło się tak...

|koniec


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
— the world was on fire. | Londyn '46
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach