Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Castor Sprout
AutorWiadomość
Castor Sprout [odnośnik]10.06.21 21:18


Castor Sprout

Karty Tarota
0
1

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 25.09.21 15:52, w całości zmieniany 1 raz
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Castor Sprout [odnośnik]10.06.21 21:24
Głupiec
Leśna chatka, Gloucestershire18 września 1957

isn't it scary to be ready to die
at such a young age?



Kurwa.
Obiecałeś kiedyś mamie, że nie będziesz przeklinać.
Kurwa. Kurwa. Kurwakurwakurwakurwa. Kurwa jak...
B O L I.

Boli. Boli, Castorze, boli, ale przede wszystkim jest ciepło. Dziwnie, pomyślałbyś znowu, gdybyś mógł skupić się na czymś innym, niż ciepły strumień sączący się powoli przez wełniany sweter, do którego prawego boku przyciskałeś swoją dłoń. Bałeś się sprawdzić. Czułeś, że będziesz tego żałował, jednak wzrok sam prześlizgnął się w dół, bez wyraźnego sygnału. Blade palce nie były już blade, tak samo beżowa wełna nie była beżowa. Ciężko było nawet mówić o swetrze, jeszcze ciężej o koszuli — strzępy ubrania zwisały bowiem z torsu, zebrane przez Ciebie w pierwszym, słusznym zresztą odruchu w średniej wielkości kulkę, która służyła ci teraz za opatrunek. Która i tak nie dawała rady, zupełnie jak ty.
Boli. Boli, Castorze, boli, ale to ciepło, które czujesz, jest tylko ułudą. Marnym cieniem dni spędzonych wśród wrzosowisk, pocałunków składanych przez promienie słoneczne na twych policzkach, parzących nos do tego stopnia, że musiałeś męczyć się ze schodzącą z jego grzbietu skórą. Jesteś mądrym czarodziejem, trzy lata spędzone w św. Mungu na kursie alchemicznym dały Ci też trochę wiedzy o ludzkim ciele; wiesz więc, że gdy przychodzi nagłe ciepło, musi nastać zimno.
Przyroda jest pod tym względem nieubłagana.
Przystanąłeś. Słaby oddech, coś rzęzi, rzęzi na pewno, ale nie wiesz gdzie. Masz coś na języku, coś niedobrego, coś chrzęści w zaciśniętych z całych sił zębach, bo nie chcesz krzyczeć, nie możesz, to strata energii, może ziemia w zębach, może wgryzłeś się w leśne runo w ostatnim zapobiegawczym przebłysku. Zatopiłeś chyba zęby w jakimś kawałku mchu, obrzydliwie śliskim, a do tego wszystkiego zaskakująco miękkim. Miało być coś twardego, byś nie przegryzł sobie języka, ale nie miałeś czasu wybrzydzać.
Podnosisz wreszcie głowę w górę. Obraz się chwieje, ale jesteś bezpieczny. Od tego, co tam oddzielają Cię zamknięte drzwi, sam je zamykałeś, gdy wychodziłeś, z tym koszykiem, co przez przypadek kopnąłeś go o ścianę, prawie przypłacając ten drobny błąd własnym upadkiem. Przed tobą kolejne. Lekko uchylone, na chwałę Merlina, bo wciąż nie jesteś pewien, jakim cudem w ogóle stoisz, lecz wiesz, że każdy wysiłek może okazać się tym ostatnim.
Idziesz więc. Stawiasz krok za krokiem, a świat pulsuje razem z Tobą. Pulsują opuszki palców, pulsuje lewy bark, pulsuje cały świat na prawo. Zabawne, bo zazwyczaj ciemna, trochę bura chatka zaczyna nabierać pięknych kolorów. Jesteś bliski uśmiechu, nawet otwierasz usta — oddech leśnym runem, oddech rdzawy, jak przy starych narzędziach — ale przypominasz sobie, że przecież to pierwsza z oznak wykrwawiania.
Mówisz sobie wciąż, że chciałbyś umrzeć. Ale czy masz na to odwagę?
W końcu świat wyślizguje się spod Twych stóp. Wyślizgujesz się i Ty, upadasz bowiem na twarde deski, wprost w kałużę z własnej krwi. Przekrzywione do tej pory okulary, dokładniej lewe piórko, wbija się w miękki policzek, już prawie coś wysyczałeś, chyba kolejną, elokwentną kurwę, ale wziąłeś zbyt duży wdech i teraz policzek schodzi na drugi plan, już nie boli, bo wszystko inne p a r z y. Parzą płuca, chyba złamane żebra, parzy ten nieszczęsny bark, parzy rana na boku, bo w szoku naruszyłeś konstrukcję ze strzępek własnych ubrań i niemal oderwałeś ją od głównej rany. Nie widzisz zbyt wiele — szkła pokryły się karminowym rozbryzgiem. Trzęsiesz więc energicznie głową, czujesz, że jeżeli prędko nie przestaniesz, to zwymiotujesz, ale udaje się. Stukot zrzuconych okularów jest impulsem do kolejnych działań.
Chcesz podnieść się z ziemi. Opierasz się nawet o lewy łokieć, lecz bark nie daje za wygraną. Kolejne chlupnięcie, może chrupnięcie, nie masz już głowy do nazywania wszystkich odczuć, uczuć, dźwięków, zapachów ani kolorów. Raz jeden możesz wykazać się wolą walki. Nie uciekać przed konsekwencjami swych głupich decyzji, nawet jeżeli ta jedna nie do końca należała do Ciebie. Raz jeden możesz wziąć sprawy w swoje ręce i udowodnić sobie, że przecież... Nikt nie ma nad Tobą takiej władzy, jaką masz Ty sam.
Chciałbyś przypomnieć sobie wszystkie ich twarze. Mamę, dla której w ogóle zjawiłeś się dziś w tym lesie, która zamartwiała się przecież o Ciebie każdego dnia, choć mówiłeś jej ciągle, żeby najpierw zadbała o siebie i swoje własne samopoczucie. Ciepło jej dłoni na Twych policzkach, gdy naślinionym palcem ścierała z nich brud po kolejnej z chłopięcych zabaw. Tatę, z jego jasnymi lokami, prawie identycznymi do Twoich. Z tym jednym, konkretnym lokiem na środku czoła, szerokim uśmiechem i bezdenną cierpliwością, której tak mu zazdrościłeś, bo świat coraz częściej wystawiał Cię na próbę. Łagodne wejrzenie siostry, kochanej Aurory, jej śmiech jak tysiąc dzwonków poruszanych podmuchem wiatru, gdy ganialiście się po ogródku, albo gdy stukała Cię w lekko zaróżowiony od mrozu nos w jedną z zim, którą spędzaliście razem w Hogwarcie. Halberta i Herberta, uśmiechniętych szeroko w ogrodniczych strojach, z kapeluszami, które wtedy wydawały Ci się być nieco za duże, a dowiedziałeś się dopiero później, że były idealne. Wujek Stevie w dumnej pozie pokazujący Ci nowy świstoklik, Trixie w ślicznej sukience, która wyszła spod jej ręki. Dzieciaki z Hogwartu; wszystkie psotniki, które ganiałeś z przypiętą dumnie do klapy szaty przypinką prefekta. Steffen i Rigel pochylonymi nad czymś, co mogło być równie dobrze podręcznikiem do run, jednym z harlekinów, czy jakąś gazetą, nie mogłeś powiedzieć z daleka, cóż to takiego było. Rodzeństwo Doe, o których myśl przyprawiała Cię niegdyś o dreszcze, podwójne, gdy wokół kręcił się też Marcellius. Isabella w szklarni, piękna jakby to artysta rzeźbił jej rysy twarzy, nieprzystająca do gmerania w ziemi. Nellie, słodka Nellie, ze swoją czerwoną wstążką i odpowiedziami tak cichymi, że musiałeś nachylać się do niej bliżej, by cokolwiek zrozumieć. Nora, która z uporem maniaka nazywała Cię "skowronkiem" i nigdy nie zdążyłeś spytać dlaczego. Pan dobrodziej Blythe, który klaskał z uśmiechem na ustach, gdy pora była pracować i wyrwać się z uścisków marzeń.
Wśród wszystkich uśmiechniętych twarzy była jeszcze jedna. Smutna. Sam ją zasmuciłeś ledwie kilka miesięcy wcześniej. Zadawałeś wtedy ciosy celnie, z premedytacją, bo wiedziałeś, co zaboli najbardziej. Co przyniesie zamierzony przez Ciebie skutek, zamknie mu usta na zawsze.
Nie chciałeś przecież odchodzić. Chciałeś zabrać go ze sobą, ale byliście zbyt dumni na kompromis. Tak przynajmniej myślałeś.
Zamknąłbyś oczy. Tak byłoby prościej postarać się wyobrazić go uśmiechniętego, bo obraz ten — trudno stwierdzić, który z was jest bardziej uparty — nie chce wrócić. Odmawia. Tak Ty wiesz, że gdybyś tylko zamknął oczy, straciłbyś wszystkie szanse. Odszedłbyś raz jeszcze, lecz nie tylko od niego, ale od nich wszystkich. Na zawsze.
Oddychasz. Coś znowu rzęzi. Zbierasz więc ślinę i plujesz — cholera — we własną krew. Łazienka jest już blisko. Zaciśnij zęby, Castorze, dla własnego dobra.
Byle tylko wprawić się w ruch. Na jednej, osłabionej ręce. Pomagałeś sobie przez jakiś czas kolanami, bo nogi, na całe szczęście miałeś chyba tylko poobijane. Trzy metry ciągnęły się w długie mile, czołem uderzyłeś w drzwi, by otworzyć je szerzej. Trochę zbyt gwałtownie, ale przyćmiło to inne, wciąż obecne bóle, przynajmniej na ułamki sekund. Czymże jest jeden guz przy rozszarpanym boku...
Doczołgałeś się. Chyba resztkami sił, bo czujesz, że ręce drżą Ci jeszcze bardziej, a kapiąca spomiędzy palców krew powoli przestaje robić wrażenie. Wciąż jest ciemno, ale to lepiej, lepiej, lepiej. Oszczędzasz sobie wrażeń, masz już ich i tak zdecydowanie za dużo.
Nie pamiętasz, kto do Twojej walizki wsunął kilka leczniczych eliksirów. Czy byłeś to Ty, jeszcze w resztce sił umysłowych, może tata, albo Aurora? Albo może wszyscy wsunęliście co innego? Wywar ze sproszkowanego srebra i dyptamu był chyba sprawką ojca, on jeden chyba martwił się o Ciebie tak mocno. Wiedział przecież, że idziesz akurat do Gloucestershire, na ziemię niekoniecznie łaskawą dla Sproutów. Był też doświadczonym człowiekiem, musiał wiedzieć, że lepiej nie wykorzystać mikstury, niż pluć sobie w brodę, że się jej nie zabrało.
Najpierw jednak starasz się odsunąć materiałową kulkę od rany. Dopiero wtedy zauważasz, że w całości pozostały jedynie lewe rękawy, cała reszta górnych części garderoby jest do wyrzucenia. Opierasz się plecami o ścianę, do siadu, bo tak będzie bezpieczniej, bo nie chcesz wstawać. Kulka zaczyna odchodzić, mozolnie, znowu parzy, piecze, pulsuje, jest niewygodnie, cholera, chyba znowu gorąco, bo czujesz, jak kropelki potu (pewnie wymieszane z krwią) kleją Ci włosy do czoła, gdy powietrze znów przeszywa syknięcie i...
— KurwaaaaAAAAAAAA!
Odrzucasz szmaty na bok, jakby to one były ogniem, którego chcesz się pozbyć. Drżące ręce ledwo sięgają po omacku po skórzaną torbę, którą umieściłeś na półce przy zlewie, ściągają ją, ta upada z hukiem, który mógłby obudzić martwego. Ale ty gorączkowo szukasz butli z wywarem, zakręconej porządnie, żeby nie wylała się przypadkiem. Lewą ręką przytrzymujesz butlę za szyję, chwytasz korek w zęby, tym razem pulsuje i szczęka, coś dudni w uszach, to krew, to krew, to krew.
To krew miesza się z wywarem i to krwawy potok ustaje powoli, na pewno nie tak szybko, jakbyś sobie tego życzył. Ale płynie wolniej, z sekundy na sekundę, albo może to Tobie się tylko tak wydaje, może to już te słynne omamy wzrokowe, może karmisz się tylko nadzieją, że jeszcze masz czas. Bo to czas upływał wraz z krwinkami; tak chcesz myśleć, odciąć się od tego, że przecież to część Ciebie tam umarła, to część Ciebie wnika teraz w spragnione drewno podłogowych paneli. Pustej butelki po wywarze nie rzucasz już. Odkładasz, prawie łagodnie na bok, lecz Twoje ręce nie są stworzone dziś do alchemicznej precyzji. Butelka toczy się więc, napotyka na opór ściany i dopiero wtedy się zatrzymuje.
Ty z kolei sięgasz znów do torby, tam czeka wywar ze szczuroszczeta, na pewno sprawka Aurory, bo w żadnym innym wypadku nie dałbyś go na sobie użyć, ten smród jest nie do zniesienia. A jednak komponuje się zaskakująco dobrze z obrzydliwością tego, co z Ciebie zostało. Odchylasz głowę w tył, tylko szczypanie i nic więcej. W głowie pojawia się wreszcie jedna z trzeźwych myśli, że przy tym, co działo się jeszcze nie tak dawno temu, szczypanie wywaru ze szczuroszczeta jest niemal tak przyjemne jak pocałunek prawdziwej miłości.
Jeszcze tylko eliksir wzmacniający. Ten zabrałeś już sam, tknięty chyba ojcowsko—sproutowym przeczuciem, że przezorny zawsze ubezpieczony. Nie pamiętasz już nawet, czy był mocno słodki. Wszystko bowiem od tego momentu zlało się w masę obrazów, emocji, uczuć, dźwięków, smaków i faktur.
I tylko jedna myśl, Castorze, pozostała ta sama.
To jeszcze nie mój czas.
Może koniec jest tylko początkiem nowego.
Może to dopiero początek drogi.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 11.06.22 22:53, w całości zmieniany 1 raz
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Castor Sprout [odnośnik]25.09.21 15:50
Mag
Londyn, Sklep Jubilerski A. Blythe11 luty 1957

well fed devils behave better than
famished saints


Uwielbiał ranki. Nawet te w połowie lutego, gdy wychodząc z ciemnego holu obłożonego boazerią, wciskał sobie na uszy wełnianą czapkę i chaotycznie owijał szyję szalikiem. Zawsze później przystawał na klatce schodowej kamienicy, w której wynajmował swoją klitkę, by rozplątać utworzony w ten sposób węzeł, bo prawie zawsze ułożenie szalika było nie do przyjęcia, nawet przez tych, którzy bardzo liberalnie podchodzili do kwestii ubioru i odpowiedniej prezencji. Castor Sprout od zawsze jednak był perfekcjonistą, a ogień jego ambicji podsycany był od niedawna przez człowieka, który nie bał się płomieni.
Twój ubiór jest także moją wizytówką, dlatego właśnie Castor poświęcał niesamowicie dużo — w porównaniu do nawyków wyrobionych przed zdobyciem pracy — czasu na dopracowanie naprawdę wszystkiego. Włosy szczotkował i układał, choć miodowe loki zazwyczaj i tak miały inne zdanie na temat fryzury, którą miały trzymać, w szczególności gdy dzień był zabiegany i wilgotne cząstki potu osiadały na jasnej skórze jego czoła. Białe koszule zawsze były świeżo uprane, z dodatkiem miętowego olejku, którego zapach gonił za nim przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Za pierwszą wypłatę kupił sobie nawet dopasowane, czarne spodnie i materiałową kamizelkę do kompletu, choć skrywał je zawsze pod materiałem płaszcza, gdy biec musiał przez ulice stolicy, aby dotrzeć w spokoju na Pokątną.
I było coś w tych porankach. Coś, co łapało rozproszoną uwagę Castora, skupiało ją w ten sam sposób, jak soczewka skupia świetlne promienie. Uwielbiał dziwną, gęstą atmosferę poranków, które powinny być leniwe, a były nimi tylko w zaspanych gestach, w śpiochach czających się w kącikach oczu mrówek zmierzających do pracy, bo ktoś musiał pracować, by kto inny mógł odpocząć. Tak samo uwielbiał dreszcz ekscytacji, który łapał go zawsze, gdy przekręcał klucz w drzwiach ozdobionych złotym napisem "Sklep Jubilerski Atticusa Blythe". Zawsze przychodził pierwszy, prawie dwie godziny przed oficjalnym otwarciem, ale nigdy nie narzekał. Do jego obowiązków należało przygotowanie sklepu na przybycie pierwszych klientów, posprzątanie wszystkiego, co tylko się dało i przystrojenie wnętrza na jak największy błysk. Szło mu chyba dobrze, pan Blythe zawsze uśmiechał się w sposób tylko sobie wiadomy, gdy widział go wspartego na kiju od miotły, czasami mówiącego tylko, że żaden jego pracownik, nigdy nie zamiatał podłóg tak sumiennie i z podobnym zaangażowaniem. Prawda była jednak taka, że Castor mógłby równie dobrze przychodzić do sklepu godzinę później i wykonywać pracę z podobnym efektem, gdyby nie jeden szczegół. Przyglądał się bowiem często poruszającym się za sklepową witryną ludziom, rozpoznając po jakimś czasie niektórych z regularnych przechodniów. Człowieka z czerwonym od zimna, długim nosem, który pocierał fioletową chusteczką, jakby wiecznie miał katar. Małą dziewczynkę z granatowym tornistrem, z którego wystawały najnowsze wydania gazet, jego ulubione bliźnięta w identycznych płaszczach w czerwoną kratę. Ciekaw był zawsze, dokąd pędzili lub skąd wracali, ale nigdy nie miał odwagi spytać.
Swe obserwacje przerywał zawsze, gdy złoty dzwonek trącony był otwierającymi się drzwiami.
— Dzień dobry panie Blythe — zaświergotał radośnie, choć dłonie zacisnęły się odruchowo na kiju od miotły. Mimo tego, że oboje byli czarodziejami pochodzącymi z rodzin o tradycjach czystokrwistych, zgadzali się co do jednego. Praca fizyczna uczyła szacunku do pieniądza. Odpowiednio rzucane zaklęcia oczywiście, były pożądane, lecz nie za to się rozliczali.
Spojrzenie Atticusa omiotło pomieszczenie — powoli, uważnie, prześlizgiwało się po każdym milimetrze. Na sam koniec spoczęło na postaci młodego mężczyzny opartego o miotłę, zastygając na nim na kilka chwil. Te chwile zawsze dłużyły się Castorowi w nieskończoność. Nie wiedział, cóż takiego czaiło się w myślach dobrodzieja. Kiedyś zdawało mu się, że potrafił go przejrzeć znacznie lepiej, po drgnięciach kącików ust zauważyć nadchodzące zmiany nastroju, ale nic z tych rzeczy. Odkąd próg sklepu przestąpiła para bogatych arystokratów, Castor wiedział, że powinien bardziej uważać. Nie brać wszystkiego za dobrą monetę, skoro patrzyli na świat zupełnie inaczej.
Sprout i Blythe. Cóż za połączenie.
— Spisałeś się, Castorze — napięte w oczekiwaniu ramiona blondyna opadły wreszcie, wraz z wystąpieniem na wargi szerokiego, przepełnionego ulgą uśmiechu. Ekspresyjność Sprouta zawsze była zarówno jego największą zaletą jak i potężną wadą. Wydawało się jednak, że pan Blythe lubił jego wyrazistość. Zaśmiał się bowiem pod nosem, kręcąc głową z wypisanym na twarzy niedowierzaniem. Zupełnie tak, jakby nie wierzył, że w progu jego sklepu znajdzie się ktoś tak naiwny. — Jestem aż tak przerażający, że tak się obawiasz? Powiedz mi szczerze, może odstraszam klientów? — uniesiona w górę brew i błysk w oku. Castor cofnął się o krok, miotłę chowając za plecy i chyba potwierdził rzucone w żarcie pytanie. A nie chciał. Przecież t e o r e t y c z n i e Atticus zawsze był dla niego dobry. Płacił mu na czas, nie krzyczał w pracy, czasami pozwalał asystować sobie przy coraz to nowych wyrobach.
— Nie, nie. Właściwie to dzięki panu to wszystko jeszcze stoi... — zduszony z przejęcia głos Sprouta musiał złapać za serce starszego z mężczyzn. Robi dokładnie to, co Hal i Herb, przemknęło Castorowi przez myśl, gdy znów zauważył pewną pobłażliwość gromadzącą się w rysach twarzy swojego szefa. Blythe pokręcił rozbawiony głową, przechodząc obok Castora wprost do pracowni, która znajdowała się na tyłach sklepu. Jeden gest ręką wystarczył, by Sprout ruszył za nim.
— Chodź. Dziś przed nami sporo do roboty, lady Avery zamówiła kolię. Kolię o tyle specyficzną, że aby ją stworzyć, potrzebne są cztery ręce — dłonie Atticusa powędrowały w górę, a skupiony wzrok Castora wbił się w nie nieco zbyt intensywnie. — A jak widzisz, mam wyłącznie dwie. Przydasz się do czegoś lepszego niż zamiatanie podłóg.
Dobrze, że słowa te padły w ciepłych objęciach pracowni, bowiem trudno było dokładnie określić, ile czasu czekał Castor na takie słowa. Był przecież mężczyzną cierpliwym, raczej nienachalnym. Lubił obserwować Atticusa w pracy, gdy tylko nie miał czegoś bardziej pilnego do roboty. Nie rozumiał jeszcze podstawowej istoty jubilerstwa, ale mimo wszystko sztuka ta wydawała się być interesująca, gdy w grę wchodziły minerały, kociołki, alchemia, którą przecież ukochał całym swym sercem. Nie raz miewał wątpliwości, czy dobrze robił, zarabiając na życie właśnie w sklepie jubilerskim miast korzystać z okazji i spróbować swych sił przy wytwarzaniu eliksirów.
Ale dziś? Dziś był dzień szczególny. W roziskrzonym od ciekawości spojrzeniu Castora jawiła się ciekawość, którą dokarmiał się we wszystkich chwilach, gdy niska pensja kursanta nie pozwalała mu na zapłacenie wszystkich rachunków i zabrania się z przyjaciółmi na obiad do restauracji o poważnych cenach.
— Póki co będziesz notował — plik kartek znalazł się w rękach Castora szybciej, niż chłopak zdążył zaprotestować. Cień niezadowolenia przemknął po jego licu, może nawet iskry rozczarowania pojawiły się przy linii dolnych rzęs, ale podobne porażki zwykł Sprout przełykać z godnością. Nie spodziewał się, że pan Blythe kiedykolwiek zdradzi mu się z sekretami własnej pracy, a jednak... Drobnymi krokami mogli przechodzić przez tę ścieżkę wspólnie. Ambicja pulsowała tylko tępym bólem, ale i do tego można było przywyknąć.
— Zobacz — patrzył więc Castor, tym swoim ciekawskim, antracytowym spojrzeniem. Wodził nim za dłońmi twórcy talizmanów i jubilera w jednym, gdy ten przesuwał po blacie roboczym pojemniki z metalami — bazami — wpół możliwymi do zidentyfikowania przez alchemika substancjami — odczynnikami — oraz kamieniami — sercami. Gdy sięgał po złotą wagę i szczypce z tego samego kruszcu. A w przerwach, w krótkich oddechach ściśniętego z wrażenia gardła notował. Notował prędko, chaotycznie, wagę przekazywanych z nagłej dobroci i troski informacje przedkładając ponad estetykę zapisu. Będzie jeszcze kilkukrotnie je przepisywał. Dopisywał informacje na marginesach, przekreślał nieprawidłowe zapisy, poprawiał interpunkcję. — Już rozumiesz? Podaj mi formę. Jest na tej szafce za tobą, na trzeciej półce od dołu.
Rozumiał. Nie. Chciał rozumieć. Chciał należeć do świata, którego rąbek właśnie został mu uchylony, do którego zapraszany był powoli, metodycznie, w sposób, w jaki mógł zapraszać wyłącznie człowiek, który sztukę tę rozumiał całym sobą. Ale uczeń był przecież niecierpliwy. Głodny we wszystkich znaczeniach tego słowa, na każdym poziomie własnego jestestwa, ciała, umysłu, duszy. Chciał przecież więcej, chłód metalowej formy, która spotkała się z rozgrzanymi dłońmi, przywołał go wreszcie do porządku, względnej czystości myśli. Forma nie była ciężka, co przyjął z ulgą, ale nutą zainteresowania. Na pierwszy rzut oka nie potrafił przecież powiedzieć, że odpowiedzialne za taki stan rzeczy było goblinie srebro.
Położył ją jednak na wskazanym przez mistrza miejscu. Spojrzenie Sprouta musiało być wyjątkowo ciężkie i ekspresywne, gdyż ciszę pokoju, przerywaną systematycznym bulgotaniem zawartości kociołka, zmąciło krótkie parsknięcie śmiechem. Niemalże ciepłe, pozbawione śladów drwin. I złapało ono Castora zupełnie nieprzygotowanego, z otwartymi ustami próbującymi odnaleźć jakiekolwiek logiczne wytłumaczenie, czy chociażby jedną głoskę przeprosin.
— Byłem kiedyś zupełnie taki jak ty.
— Był pan?
— To wszystko, co cię otacza... Jest zasługą potęgi magicznej. Czystej krwi czarodziejów, którzy nie boją się okiełznać dziedzictwa przekazanego im w krwistym karminie. Twórcy talizmanów pracują z metalami, a krew, jak zapewne wiesz już od św. Mungo, u swych podstaw również zawiera metal — żołądek Castora zacisnął się w pierwszej reakcji na stres. Udało mu się jednak zamknąć rozchylone lekko wargi, wiele wysiłku wsadzając w to, by nie zacisnął szczęki. Oczywiście, że chodzi o czystą krew, szepnął we własnych myślach, jakby obawiał się, że i tam, w odmętach własnego umysłu, nie będzie sam. Że nawet tam dosięgnie go uważne spojrzenie Atticusa Blythe, który postanowił kontynuować. — Masz potencjał, Castorze. Podaj mi tylko notatki.
Drżąca dłoń podała chyboczące się w uścisku szczupłych palców kartki.
Czy drżał ze strachu przed oceną własnej pracy?
Czy to obślizgła idea, która chroniła jego głowę przed nieokreślonym gniewem tego czy owego poczęła ciążyć na jego członkach?
A to tylko nadzieje, które i tak będzie musiał kiedyś zaprzepaścić, bo dwóch światów nie da połączyć się na stałe?
Wyrok tworzył się w ciszy.
— Popracuj nad runami. To najważniejszy element każdego talizmanu.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Castor Sprout
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach