Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

[SEN] Like father, like son
AutorWiadomość
[SEN] Like father, like son [odnośnik]23.06.21 16:41
31 grudnia

Śnieg sypał nad Sallow Manor.
Cornelius Sallow spojrzał spod bramy na rodzinny dom i westchnął głęboko. Dworek był tak samo ponury i majestatyczny, jak zapamiętał, ale drobne detale burzyły to perfekcyjne wrażenie. Brama rdzewiała, dachówki potrzebowały wymiany, elewacja nieco się łuszczyła. Śnieg miłosiernie pokrył trawnik, ale Cornelius dałby sobie rękę uciąć, że ogrodnika dawno tu nie było. I że jest to temat, którego przenigdy nie powinien poruszać z ojcem. Propozycje pomocy pozostawały w końcu bez odpowiedzi.
Z ust uleciała para, która natychmiast zmieniła się w lód.
Lodowate było też zaproszenie na sylwestrową kolację - oszczędne w słowach i zupełnie niespodziewane. Mieli w końcu spędzić Święta osobno, jak zawsze. Od pogrzebu Solasa nigdy nie spotkali się już w rodzinnym gronie.
Poprawił futrzany kołnierz czarnego płaszcza, nerwowo przygładził jego poły, obciągnął rękawy. Ubranie musiało wyglądać nieskazitelnie, podobnie jak on sam. Tak go wychowano. Powstrzymał odruch przeczesania palcami włosów - nieco zbyt długich jak na obyczaje sprzed kilku(dziesięciu) lat, a obecnej mody nie dało się rodzicom wytłumaczyć.
Rodzicom. Zadrżał mimowolnie (to na pewno z zimna), zastanawiając się, czy matka w ogóle wyjdzie z sypialni, czy też do reszty pogrążyła się w szaleństwie żałoby.
Zbyt dawno go tu nie było.
Zamrugał, odpędzając spod powiek obraz innej sylwestrowej kolacji, smutne deja vu.
Dwadzieścia lat temu też witał tutaj Nowy Rok.
Dom wyglądał wtedy wspaniale, matka promieniała elegancją, Solas z błyskiem w oku opowiadał o pracy w Gringottcie. Ojciec... ojciec był taki, jak zawsze, ale wtedy mroził wzrokiem starszego syna. Łamacz klątw, Sallowowi nie wypadało robić takiej "kariery". Cornelius cierpliwie czekał na pogadankę o tym, że powinien szybciej awansować w Ministerstwie i był bezbrzeżnie wdzięczny bratu, że dzięki jego skandalicznym wyborom życiowym nie jest w centrum uwagi. Niecierpliwie zerkał na wielki stojący zegar w salonie, choć jasnym było, że nie dotrze do Londynu przed północą. Nie dotarł nawet przed porankiem - matka nalegała, by został na noc, a on nie umiał jej odmawiać. Layli też nie umiał wtedy odmawiać, ale musiał. Złamał obietnicę, że wróci aby spędzić z nią choć część noworocznej nocy. Gdy wrócił do mugolskiej części Londynu, przed południem w Nowy Rok (śnieg padał tak samo mocno jak dzisiaj, pamiętał...), spodziewał się awantury. Nie spodziewał się za to syna. Marcelius urodził się jeszcze bardziej niespodziewanie niż zaistniał - przed północą w Sylwestra, gdy Cornelius był zajęty jedzeniem ośmiorniczek i piciem szampana z rodzicami.
Wdech. Wydech. Dlaczego w ogóle o tym myślał?! Nie powinien. Layla nie żyła, Marcelius... żył swoim życiem, a on miał wystarczająco dużo problemów. Przełknął nerwowo ślinę, pchnął furtkę i powolnym krokiem ruszył w stronę drzwi wejściowych. Skórzane buty skrzypiały w śniegu, a utrzymanie pleców w idealnym pionie kosztowało go trochę wysiłku. Przy ojcu zawsze odruchowo się garbił - błędne koło, bo zawsze był krytykowany, gdy nie trzymał ramion prosto.
Ścisnął mocniej Toujours Pur, trzymane w lewej dłoni. To chyba odpowiedni prezent. O alkohol było trudno w dzisiejszych, wojennych czasach, a on zdobył ten elitarny, godny samej arystokracji.
Uniósł prawą rękę i zastukał do drzwi mosiężną kołatką. Spodziewał się, że otworzy mu stary lokaj - nikt nie poinformował go o śmierci wiernego służącego.
Dlatego, gdy drzwi wreszcie się otworzyły, Cornelius z trudem ukrył zaskoczenie na widok nieznajomej służącej. Nie była nawet dobrze ubrana, ale była dość młoda.
Zacisnął mocno usta, taksując dziewczynę wzrokiem.
Pomyślał o matce i poczuł nieokreślone ukłucie złości.
-Dobry wieczór. - warknął na jej powitanie, a potem pozwolił odebrać od siebie płaszcz i poprowadzić się do jadalni. Wziął głęboki wdech.
-Dobry wieczór, ojcze.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
[SEN] Like father, like son Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: [SEN] Like father, like son [odnośnik]13.08.21 18:57
Śnieg sypał nad Sallow Manor jak dawniej, a mimo to czas nie zatrzymał się wcale. Zakradał się pod dachówki, szczerbiąc je, wiekowe tapety pyszniące się dumnie do bladości zmusił, ciężkie kotary o wypłowiałość przyprawił w swym okrucieństwie. Marmurowe popiersia przodków sennym wzrokiem wodziły po równie sennych korytarzach; cichych, w bezruchu na lata osiadłych, gdzie w milczeniu sylwetki przemierzające je cieniami bardziej się zdawały, niż istnieniami z krwi i kości zrodzonymi. Nawet teraz dźwięki nie wznosiły się wyżej niźli drżący szept oraz skrzypienie sztućców po zastawie, która wciąż pamiętała swe lepsze dni, a mimo to nadal zachwycała misternością zdobień. I tylko stalowoszare oczy pana tego domostwa pozostawały takie same; zimne, nieruchome, skrywające w sobie zbyt wiele chłodnej kalkulacji, pomimo ciężaru lat spoczywających na szerokich ramionach. Jak u jakiegoś gada, mówiono w ukryciu, nie ośmielając się równie bezczelnych osądów kierować bezpośrednio w stronę uprzejmie zainteresowanego. Tak, jak nikt z zebranych nie odnalazł w sobie wystarczająco odwagi, by nieco wyższym ze zdenerwowania głosem, chociażby wspomnieć o niedopuszczalnych mankamentach znaczących rodzinną posiadłość. O zardzewiałej bramie, czy ogrodzie, w który dzikość się wprosiła niegrzecznie, bo drobin kurzu wciąż nie można było odnaleźć, ni smug na przestronnych oknach, ani łaskawości w sylwetce mężczyzny samą swoją obecnością uciszającej potencjalne nieprzystojące ich pozycji komentarze. Godność oraz duma, dokładnie to reprezentował sobą Tiberius Alexius Sallow i nikt nie mógł zaburzyć tego wizerunku, choćby i przeklęte Sallow Manor gruzem sypało się u ich stóp. Dlatego zjawili się tutaj nie jako sępy gotowe żerować na słabości starczego ciała, a posłuszne psy chwalące znamienitą historię rodu, oddający szacunek tradycji i samej głowie ich zaszczytnej familii. A chociaż atmosfera wydawała się iście grobowa, niemająca w sobie nic z sylwestrowej beztroski, tak powaga weń drzemiąca wydawała się niemal przesycona nabożną czcią. Świat wreszcie zmieniał się, przyjmując w siebie słuszne wartości, które wyznawali od dawien dawna, otwierał przed nimi coraz to nowsze możliwości, mogące zapewnić świetlaną przyszłość i czekano tylko na gest, nieme pozwolenie na rozchylenie ust, wydanie swej nieśmiałej propozycji - lecz ten nigdy nie nastąpił. Jakby czekał, a oni czekali wraz z nim. Może dlatego uderzenie mosiężnej kołatki rozbrzmiało równie głośno, co bicie miedzianego dzwonu, a drobna blondynka bez słowa pomknęła ku drzwiom wejściowym. Wszystko zamarło, dłonie w połowie ruchu zatrzymane, szeptana wymiana uwag. Spojrzenia siedzących członków rodziny przeszywały sylwetkę Corneliusa z siłą rzuconego perfekcyjnie lamino, oceniająco, czasem niepewnie od strony niewiast. Nikt nie powitał go, nie wydał z siebie ni jednego wyrazu, dopóty sztućce trzymane przez sędziwego czarodzieja nieznośnie powoli nie znalazły się na płaszczyźnie talerza, a szczupłe, usiane liczną siatką zmarszczek ręce nie splotły się ze sobą.
- Chłopcze. - nie synu, ani nawet nie Corneliusie. Chłopcze. Wypowiedziane beznamiętnym, spokojnym tonem, jakby trwała właśnie nic nieznacząca rozmowa o pogodzie, zamiast powitanie długo niewidzianego dziecka - Spóźniłeś się. - stwierdzenie faktu, nie ma rozczarowania. To było wręcz spodziewane. Kolejny zawód - Musieliśmy zacząć bez ciebie. - bo nie jesteś wart czekania, przystawki już rozdano, jaśniały twarze z lekka rozmazane. Ale Sallow wciąż mógł dopatrzyć się w nich rysy wujów oraz ciotek, kuzynów i kuzynek płocho uciekających przed nim wzrokiem - Usiądź. - polecenie, krótkie. Miejsce po lewicy pana ojca zajmowała jego szanowna małżonka, po prawicy ziała pustka podobnie jak na krześle obok. Drobny test sprawdzający, jak wysoko w rodzinie się znajdował. Dopiero gdy usiadł, rozległy się powitania.
- Och, powinniśmy poczekać na Solasa - odzywa się miękki, czuły ton kobiety, której rozbiegane oczy nie mogły opaść na nikogo dłużej. Otulona w czerń oraz bladość, przyprószona wiekiem wciąż mogła uchodzić za przynajmniej przystojną czarownicę, piękno nie lubowało się w starości.
- Claire, dziecko - zwraca się do drobnej blondynki spokojnie, bez łagodności, bez łaskawości. Jest jak gad, szeptano, równie zimny, równie nieczuły - Madame Sallow napiłaby się swojej herbaty - kolejne polecenie. Dziewczyna musi być do tego przyzwyczajona, bo dyga szybko i opuszcza pomieszczenie. Za nią niesie się tylko szczebiotliwy głosik pani domu, wypominającej, że przecież jest za wcześnie, a może nawet za późno na herbatkę - Nie ma większego pokazu gracji, niż ty moja droga z filiżanką w dłoni. Zrób nam tę przyjemność - znużenie jakie rozbrzmiewa, zagłusza dziewczęcy niemal chichot pani Sallow, wyraźnie ucieszonej i co najważniejsze, uspokojonej wypowiedzianym komplementem.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
[SEN] Like father, like son 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: [SEN] Like father, like son [odnośnik]21.09.21 4:41
Przesuwał zaalarmowanym wzrokiem po łuszczących się tapetach, nadżartych przez mole kotarach i nadkruszonych popiersiach. Każdy krok po wyblakłym dywanie wzbijał w powietrze chmurkę kurzu, a w Corneliusie potęgował poczucie bezsilności.
Ojciec nigdy nie przyjmie pieniędzy, które pewnie pogardliwie nazwałby jałmużną - tak jakby oferował je mu ktoś obcy, a nie przyszły dziedzic Sallow Manor. Solas nie żyje, a ja odziedziczę ruiny. A oni - spłonęliby tutaj, nawet gdyby Shropshire oblegli mugole z pochodniami. On jest zbyt dumny, a ona zbyt szalona by kiedykolwiek opuścić to miejsce. Rodzina rozsypała się w proch, a obsesyjne przywiązanie rodziców do tego miejsca trwało.
Czy to nadal był jego dom...?
Nie, już nie. Nawet nie był tu mile widziany.
Z wysiłkiem wyprostował plecy i spróbował przełknąć ślinę, gdy spiorunowały go spojrzenia zgromadzonych gości. Zazwyczaj nie zapominał języka w ustach, ale teraz zaschło mu w gardle.
-Ojcze. - ochryple odpowiedział na chłodne powitanie i mimowolnie pochylił lekko głowę, jakby się mu kłaniał. Natychmiast zaklął w myślach. Miał przecież trzymać podbródek wysoko.
Najchętniej zacisnąłby palce na różdżce i spróbował pokrzepić się cudzymi emocjami, pasożytować na uczuciach członków rodziny, pokrzepić się wiedzą o skrywanych namiętnościach. Wiedział jednak, że jego zdolności blakły przy tych ojca, o skłębionych uczuciach matki wolał nie wiedzieć (choć się ich domyślał), a cała reszta była jedynie pionkami na szachownicy ich rodzinnego dramatu.
Spóźnił się? Zmarszczył lekko brwi, przekonany, że przybył punktualnie. Zawsze był punktualny, zawsze był pedantyczny, zawsze uporządkowany. Tiberius Alexius Sallow wpoił mu chociaż to. Również to, że niegrzecznie być gdzieś za wcześnie - dlatego Cornelius stał prawie kwadrans pod bramą, czekając aż zegar wybije właściwą godzinę. Czyżby wystawał na mrozie na próżno? A może już nawet rodzinne zegary były tak stare, że się zepsuły?
Nagle dopadła go okrutna wątpliwość, że może jednak faktycznie się spóźnił...
...Nie wychodź jeszcze, posiedź ze mną. Jest Nowy Rok. Nie wychodź z łóżka, zrób mi jeszcze tak...
Nie wychodź jeszcze, posiedź z nami. Twój syn kończy dziś roczek.
Zaczekaj, on znowu rozbił talerz, sklej to magią, zrób cokolwiek... zostawiasz nas, jak zwykle...

Nie, Layla przecież nie żyła, wspomnienia kilku spędzonych z nią Sylwestrów zlały się w jedno, ale już minęły. To nie dzisiaj.
...Daj spokój, ojciec nic nam nie zrobi jak raz się spóźnimy, dokończmy bałwana...
...Dobrze się czujesz, bracie? Chcesz o tym porozmawiać? Ostatnio ciągle cię nie ma...
...Przepraszam za spóźnienie, poznajcie Jade...

Nie, Solas też nie mógł go już rozproszyć ani odciągnąć od obowiązków.
...Mam nadzieję, że Twoi rodzice mnie polubią, czy na pewno założyć tą kolię...?
...Czekaj, zerknę w lustro, rozmazałeś mi makijaż... ha, ha!

Nie, w domu ani w powozie nie czekała już na niego Deirdre.
Nikt na niego nie czekał.
Nie wiedział, dlaczego miałby się spóźnić.
-Przepraszam, ojcze. Matko. - ją też powinien przeprosić, to jej ulubiona uroczystość, nawet jeśli była już zbyt chora by ją przygotować. Nie wiedział, za co przeprasza, naprawdę był punktualnie, ale tak było prościej. Rodzicom należy się szacunek.
Odsunął sobie krzesło i miał wrażenie, że zgrzyt drewna sunącego po podłodze jest jedynym dźwiękiem, który przeszył ciemne pomieszczenie.
Potem jego imię przeszywa samo serce. Cornelius przymknął lekko oczy, a potem wkłada całą swoją perswazję w kolejne wypowiedziane kłamstwo. Piękne kłamstwo, równie piękne jak jej uśmiech gdy jeszcze była zdrowa.
-Solas i jego żona są w Paryżu, matko. Ich pierworodny obchodzi dziś urodziny, a chciał zostać w Beauxbatons na ferie zimowe. - uśmiechnął się łagodnie. W świecie, w którym chciała trwać jego matka, Solas nadal żył, a Jade - której imienia lepiej było nie wymawiać - trwała u jego boku jako wzorowa żona. Mieli dwójkę dzieci, tak jak powinni. Cornelius jeszcze nie nadał im imion, a Tiberius jakoś się do tego nie palił. Wiedział za to, że fikcyjny pierworodny powinien dzielić urodziny z Marceliusem. Twoim jedynym wnukiem, matko.
W każdym kłamstwie powinna być szczypta prawdy.
Pani Sallow na chwilę zawiesza na Corneliusie nieco mniej nerwowe spojrzenie, ale naprawdę uspokaja ją dopiero mąż.
Ojciec zawsze robił wszystko lepiej.
Cornelius odprowadził drobną Claire niechętnym spojrzeniem, a potem niepewnie zerknął na ojca.
-Co się stało z panią Umbridge? - zapytał, bo to właśnie ją - a nie Claire - spodziewał się tutaj dziś ujrzeć. Stara czarodziejka służyła w domu odkąd pamiętał, niemalże wychowawszy jego i Solasa.
Nie zwolniliby jej, nie mówiąc mu o tym? Jeśli tak, powinien zadbać o jej godziwą odprawę i utrzymanie - przecież była w domu od zawsze.
Gorsza alternatywa, że mogłoby jej już po prostu nie być, nawet nie przyszła mu do głowy - choć powinna, bowiem od śmierci Solasa i tego nieszczęsnego procesu rodzice już o niczym mu nie mówili.
Wziął kolejny, głęboki wdech, pożałowawszy, że z powodu służącej wybił się z rytmu. Chciał przecież porozmawiać o czymś innym, przynajmniej dopóki nie opuściła go odwaga.
-Londyn jest teraz naprawdę bezpieczny, dzięki staraniom Ministra, moim staraniom. Moglibyście rozważyć... - nie, źle. Rzadko kiedy czuł się niepewny własnych słów. Propozycje, które składał, zawsze brzmiały idealnie i właściwie. Nie dzisiaj. -Mój dom w Chelsea jest duży. - odchrząknął nerwowo, wodząc spojrzeniem od matki do ojca. W końcu zmusił się do odwagi i zatrzymał wzrok na źrenicach Tiberiusa.
Powinniście się do mnie przeprowadzić, dopóki nie minie wojna.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
[SEN] Like father, like son Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
[SEN] Like father, like son
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach