Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Magiczny lew, Plymouth
AutorWiadomość

Magiczny lew

Nieopodal skalistych brzegów, blisko portu znajduje się niewielki park. Kryje się tam wykuty w kamiennej ścianie magiczny lew. Dostojny, dumny drapieżnik to dzieło lokalnego artysty, dość świeża rzeźba, która szybko stała się charakterystycznym punktem na mapie Plymouth. Dzieło powstało z inicjatywy tutejszych miłośników zwierząt, a nawiązuje do historii do zbiegłym z Parku Dartmoor lwa, który kilka lat temu przyprawił okolicznych mieszkańców o niemałe palpitacje serca. Stworzenie udało się pochwycić i bezpiecznie przewieźć do ogrodu zoologicznego, ale do dziś opowieść ta chętnie przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Niewiele osób wie, że sprytny artysta podczas pracy ze skałą odkrył przejście prowadzące do tajemniczego przedsionka. Wewnątrz, pośród wilgotnych ścian, znajduje się małe jeziorko, w którym żyją skrzydlate morskie koniki. By odsłonić niesamowitą drogę wewnątrz jaskini polodowcowej, należy przesunąć dłonią po długości lwiego ogona i rzucić kością k3. Powiadają jednak, że posąg przepuści dalej tylko tego, kto ma szlachetne zamiary i nie krzywdzi zwierząt. Ciepła woda z wodnego oczka w pełni wynagradza tę dobroć.

k1 - słyszysz dziwaczny chrzęst przy prawym brzegu, w skale pojawia się przejście do polodowcowej jaskini z ciepłym oczkiem wodnym. Ty i Twój towarzysz wejść do środka.
k2 - spłoszył się! Lew wskakuje w kamienną ścianę i tyle go było widać! Kto wie, może następnym razem pójdzie lepiej?
k3 - chyba nie masz dobrej ręki do zwierząt. Kiedy próbowałeś zbliżyć rękę do jego ogona magiczna rzeźba pacnęła cię kamienną łapą. Opuchlizna pojawi się kwadrans później.


Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Magiczny lew, Plymouth Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

początek stycznia

Beztroską ręką odpisał na słowa wykrzyczane mu przez zacietrzewiony papier; choć te, nasączone atramentem może rozdrażnienia, a może już wściekłości, zapamiętał niemal co do jednego, z lekka zaniepokojony kryjącą się w nich groźbą. I o ile rózgi potraktował niemal jak czuły podarunek, humorystyczny akcent, to już to jedno zdanie nie chciało mu dać spokoju.
Pograjmy tak, jak lubisz.
Sęk w tym, że ani epizody ciszy, ani interwały w ich relacji nie były nigdy czymś, co czynił z premedytacją; każde zniknięcie wynikało z zewnętrznej - czasem też wewnętrznej - potrzeby, było powiązane z działaniami, których się podjął. To nie kaprys odciął go od niej latem, gdy przyszło mu zaszyć się w londyńskich cieniach i działać jak najskuteczniej, niezauważenie; to nie przez zaniedbanie, lecz troskę, nie odzywał się do niej w grudniu, tuż po walce, która skończyła się długim okresem rekonwalescencji - wolał, by była na niego wściekła za brak kontaktu niż żeby zebrała okruchy prawdy pośród wszystkich kłamstw, którymi próbowałby odwrócić jej uwagę. Zorientowałaby się w końcu, że coś mu się stało - a od tego tylko krok do zmartwienia, do ciężaru realnych obaw, które musiałaby dźwigać na swoich ramionach.
Jakby nie miała już wystarczająco - tych swoich.
Sprawdzaj w porcie, sprawdzaj! Nie przeocz żadnego śladu.
Dostał się tam początkiem stycznia; niepewność wkradła się w jego kroki, gdy mijał kolejne znane sobie miejsca, które nigdy jeszcze nie były mu tak obce; nie przeoczył żadnego śladu - ich po prostu nie było. Ani jednego. Ani czerwonych ust uśmiechających się pobłażliwie do któregoś z klientów, w stanie rozkładu zalegającego na ladzie w Parszywym; ani ciekawskiego oka wyłaniającego się zza rogu starych magazynów; ani nawet zapachu jej tanich perfum w mieszkaniu, które ku jego zaskoczeniu stało się już niejako własnością kogoś innego. Przywłaszczone, zawłaszczone - czy podarowane? Tego wciąż nie wiedział, nie oddał jednak kluczy, które miał przy sobie na wszelki wypadek - nie zrobi tego, zanim nie dowie się czegoś więcej; tego, jak w ogóle ma rozumieć tę całą sytuację.
Ja znikam, a ty mnie szukasz.
Szukał, choć bez żadnej wskazówki czuł się tak, jakby mógł po prostu po omacku przesuwać opuszkiem palca po mapie, a potem sprawdzać przypadkowe miejsca, które wskazał sobie sam. Nie wiedział od czego zacząć; i choć próbował skontaktować się z nią przez lusterko, tym razem to jego tafla pozostała mętna, milcząca.
W końcu jednak zasłyszana gdzieś wiadomość wywołała odpowiednie skojarzenie; dotarł do źródła, zweryfikował je - i otrzymał potwierdzenie, zawężające jednocześnie przeczesywany obszar do okolic Plymouth. W którym też pojawił się - po raz pierwszy w swoim życiu; zastanawiając się, co takiego skłoniło ją do znalezienia schronienia właśnie w tym rejonie.
Jednocześnie poczuł coś na kształt ulgi, gdy uświadomił sobie, że finisz zapowiedzianej gry skończył się właśnie na ziemiach Sojuszu, z dala od londyńskich zamieszek; mogła być tu względnie bezpieczna, a przynajmniej wierzył w to mocno.
Dobiła do portu - innego niż ten, który ich wychował, lecz nie potrafił nie uśmiechnąć się z lekka, kiedy snuł się po nim wczoraj, tuż przed wysłaniem do niej listu; nie wyobrażał sobie, by mogła zamieszkać gdzieś, gdzie nie budziłby ją skrzek mew i fale rozbijające się o dalby.
Tuż nieopodal portu znajdował się park, w którym wykuty na kamiennej skale lew prężył się złowrogo, gotów do obrony swego legowiska; punkt ten zdał mu się na tyle charakterystyczny, że to właśnie o nim wspomniał enigmatycznie; tu też pojawił się z samego rana, kierując swe kroki ku dostojnie rozłożonemu stworzeniu, które leniwie uniosło jedną powiekę, obserwując poczynania zakłócającego spokój tego miejsca obcego.
- Homenum Revelio - kreśląc różdżką wyraźny łuk zaczął od upewnienia się, że jest tu sam, że nic go nie zaskoczy.

| poza standardowym ekwipunkiem, mam ze sobą 5g herbaty miętowej i dwa skrawki papieru do zrobienia bletek

energia magiczna: 50-2=48



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

The member 'Keat Burroughs' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 36
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Magiczny lew, Plymouth Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

przychodzę stąd, przepraszam, ja tylko na chwilę i zaraz uciekam

Kolejne miejsce w okolicach Plymouth odwiedził z pomocą teleportacji i zwykłego spaceru. Był zresztą już zmęczony, nie miał takiej samej energii co kiedyś, kiedy bez problemu mógł podróżować nawet i po całej Anglii, zwracając uwagę jedynie na porę dnia. Dzisiaj ani nie był już na tyle silny, ani tym bardziej nie miał tyle odwagi, aby zapuszczać się w najbardziej niebezpieczne zakątki kraju, patrząc na to, jak wiele ataków na osoby jego pochodzenia zostało przeprowadzanych w ostatnich miesiącach. Słyszał o tym co stalo się na Staffordshire i serce piekło, krajało się w pół. Dolina wydawała się być o wiele bezpieczniejsza, niż reszta Anglii, ale przecież ziemie lordów Greengrass także pozostawały w sojuszu utworzonym przez Prewetta. Stevie nie do końca znał się na polityce, zresztą od tego były tęższe głowy. Coś jednak w środku mówiło, że niedługo wszędzie może przestać być bezpiecznie. Wielokrotnie zastanawiał się nad przeprowadzką do Oazy, ale zamierzał posłuchać w tym wypadku słów Kierana i zwyczajnie jeszcze poczekać. Z daleka obserwował rzeźbę lwa, majestatyczną, choć pokrytą warstwą białego puchu. Wyglądał jak pod pierzyną. Stevie z walizki wyciągnął długą czarną spinkę do włosów, którą następnie przygotował pod kątem obliczeń numerologicznych oraz lokacji. Wcale nie uważał, że im mniejszy świstoklik tym lepiej. Trzeba było mocno się go trzymać w trakcie podróży, a małe przedmioty potrafiły wyślizgnąć się spomiędzy spoconych z nerwów palców. Postawił więc na coś co łatwo było wpleść w element stroju, ale pozostawało bezpieczne. Księżycowy pył jakiego zamierzał do niego użyć był teraz umieszczony w odpowiednim miejscu, czekając na transmutacyjne czary, jakich Stevie Beckett użyje dla utwierdzenia wiązań i przełożenia numerologicznego wzoru na tworzony przez siebie przedmiot. Wykonał więc odpowiedni ruch nadgarstkiem, brwi nieco marszcząc w oczekiwaniu, aż będzie wystarczając odkupiony, aby w końcu wypowiedzieć zaklęcie. - Portus - padło z jego ust, gdy oczy miał nieco przymknięte, pragnąć by przepłynęła przez niego moc wystarczająco silna, aby utworzyć świstoklik, taki który nikogo nie zawiedzie. Wdech i wydech i pozostało jedynie czekać na efekt.

jeśli udane, zt
świstoklik z księżycowego pyłu, typ I - czarna spinka do włosów
st 40 (-26 transmutacja, -13 talizman) = 2 (byle nie k1)


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 97
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Magiczny lew, Plymouth Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Choć diamentowa peleryna pozostała w domu, na tym czarnym, starym płaszczu i tak osiadło dość sporo tego elfiego pyłu. Trudno było się go pozbyć. Był wszędzie. Wyczesywała go z psiej sierści i wycierała spod własnej brody. Jeszcze trochę i niuchacze zaczną nim kichać. Będzie musiała chyba napisać do Demlezy i podpytać, jak sprawić, by tyle tego błysku nie fruwało w powietrzu. Nie pasowało to do ich chaty. Kompletnie. Tak jak i ten okrągły, duży galeon, który wyjęła właśnie z kieszeni. Gdzieś w parku, o świcie, nieopodal lwiej skały. Miasteczko było wciąż jej dość mało znane, ale to miejsce zdołała już wcześniej zwiedzić. Wyjrzała zza drzewa. Co za złamas. Wypuściła z kieszeni wszystkie cztery niuchacze, a potem z całej siły cisnęła galeonem prosto w jego krzywą mordę. – No, idźcie – zwróciła się do maluchów, a sama pozostała jeszcze w ukryciu. Skubaniec i tak pewnie już wiedział, że siedzi za paroma ogołoconymi od dawna już z liści drzewami. Schudła i teraz jeszcze łatwiej przychodziło jej skrycie się. A jednak zamierzała to zrobić spektakularnie. Niech się użera, niech męczy. Niech go wytarmoszą, niech go wydrapią.
Pierwsza wystrzeliła biała kulka. W tym śniegu była praktycznie niewidoczna. Jedyna kobieta w stadzie, a wyglądało na to, że potrafi wykiwać wszystkich trzech samców. I nawet Uriena już sobie oswajała. Mała cwaniara, ale czy mogło być inaczej, jeśli mieszkały razem? W tym męskim tajfunie musiały przecież jasno zaznaczać swoją obecność. Drugi polazł Knut. Właściwie to poleciał. Osiadłe na ścieżce drobiny śniegu również wzbiły się w powietrze w miejscu, w którym odbił się od ziemi. Złotko pobiegło zaraz za nim, jakieś takie spokojniejsze. No i na koniec mały Bimber, który wciąż nie nadążał za resztą. Jasnoszare futerko też dość dobrze maskowało się w jasnym podłożu. To były sekundy. Ledwie jedno mrugnięcie, jedno srogie spojrzenie spod długich rzęs. Opustoszały zakątek nagle ożył. Nadchodziło kudłate tornado, bezlitosne, prędkie, zwabione błyskiem lawirującym w mętnym, zimowym słońcu, które chyba miało problem z przebudzeniem się i ledwo co wyglądało w stronę magicznego lwa. W stronę brata i siostry.
Chciał to zrobić dyskretnie? Chciał po cichu? Chciał kryć się po kątach i chuchać na złowrogie cienie? Nie po to wylazła z Londynu. Zresztą nigdy nie lubiła chodzić na palcach i siedzieć jak ta mysz pod miotłą. Dlatego też zaraz za podnieconą zgrają małych poszukiwaczy złota wylazła spomiędzy tych drzew i z dumnym spojrzeniem wyszła naprzeciw. Odprowadzał ją kwik, echo kreciej ekscytacji. Przelotnie ledwo przyjrzała się majestatycznej rzeźbie. Królewskie stworzenie odpoczywało, zaklęte, tajemnicze, nieśmiertelne. Fajnie, że żył. Naprawdę fajnie. W dodatku wszystko było na miejscu. Dwie nogi, dwie ręce, oczy, uszy, nos. Nawet nie wyglądał marnie, cholera. Nawet jakoś tak… postawniej. Oczywiście, że jej się to podobało i nawet odetchnęła w duchu, ale przecież w tych okolicznościach nie należało głośno tym mówić. Ominęło go tak wiele, zbyt wiele. I ją także, ale wątpiła, by chciał się pochwalić swoim tułaczym życiem. Czekała na te bajki, słodkie opowieści o sekretnych sprawunkach i przyjaciołach z drugiego końca kraju. A co z siostrami? Co z tymi przyjaciółmi tam? Tam z domu, z którego najwyraźniej zrezygnowali już obydwoje. Powiadali, że w tak beznadziejnych czasach należało upewniać się co do tożsamości każdego ze swoich bliskich. Tylko jego nie dało się podrobić. Zresztą poznałaby defekt w pierwszych minutach rozmowy. Jeśli ktoś chciał przed nią udawać, że jest Keatem, to musiałby się bardzo postarać. Musiałby nim być. Innej drogi nie było.
Stanęła wreszcie. W odstępie dwóch, trzech metrów. Przechyliła lekko głowę, a przydługawy szal zsunął się nieco w dół i zamoczył w śniegu. Popatrzyła na niuchacze dopadające go z każdej strony. Węszące, poszukujące, pragnące. Kochające. Za jego plecami lew chyba poruszył pyskiem. A może tylko tak jej się zdawało? Wciąż żyła w dużym stresie. Wciąż walczyła o normalność, ale tak właściwie to wiedziała, że ta prędko nie nadejdzie.

ekwipunek z wsiąkiewki, bez peleryny, ale za to cztery niuchacze.
Philippa Moss
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss

Powrót do góry Go down

Nie myliła się; moneta była niemal niezauważalna, tak jak wtapiający się w śnieżny dywan niuchacz, który mknął na przedzie; zaraz za nim, nie odstając zanadto, biegła trójca już doskonale mu znana. Te bestie trudno było przeoczyć.
- Co do kur - wy; jakby w spowolnieniu złota moneta obróciła się w powietrzu, pozwalając mu wreszcie się zobaczyć. Niewiele to wyjaśniało.
Wtem dostrzegł i , przybierającą marsową pozę. Przyszła. Dotarła. Była tu. Na ten moment jedynie w tle, jako bierna obserwatorka zainicjonowanego przedstawienia. To dla niej siać zniszczenie mieli posłańcy wściekłości - czwórka niuchaczy, tym razem nie jej drobna pięść, wygrażająca się w karykaturze siły; nie nasączona fetorem nocnego Parszywego ścierka, która wprawiona w ruch różdżką przecinała powietrze, byle tylko zacząć okładać go mokrymi uderzeniami. Mocno, lecz nie na tyle, żeby naprawdę zabolało.
Galeon upadł gdzieś nieopodal czubka lewego buta, złoto zanurzyło się w błotnistym śniegu; niuchacze zwolniły, jakby zaskoczone. Zaczęły krążyć wokół niego, próbując dokopać się do zguby. Tylko jeden wpadł na to, że z góry może mieć lepszy widok.
- Zawsze to jakaś odmiana - rzucił pozornie lekkim tonem, zginając się w pół, by ułatwić wspinaczkę po swoich plecach białemu niuchaczowi, którego widział dziś po raz pierwszy - ostatnim razem, kiedy ktoś rzucał we mnie pieniędzmi, sięgnął po knuta - nie ktoś. Rain. Kolejny odcisk na sumieniu - złamanego - bo na nic więcej nie zasługiwał.
Przykucnął - ostrożnie, bacząc na to, by śnieżnobiały niuchacz bez trudu przemknął na jego lewe ramię, znajdując stabilniejsze miejsce do obserwacji i zawziętych poszukiwań.
- Ma twój temperament - dopiero teraz, gdy mógł przez dłuższą chwilę poobserwować stworzenie, jasne dlań stało się, że to samica. Jedyna dziewczyna w całej gromadzie.
Płynnym ruchem wyłowił galeona ze śniegu, zawczasu chowając go w rękawie peleryny; na tyle zwinnie, że żadne ze stworzeń nie dostrzegło midasowego blasku, choć oczy zmrużyły się, jakby mimo wszystko wietrzyć zaczęły podstęp.
Wbrew jej woli skrócił dzielący ich dystans, przemierzając ostatnie kilka metrów, które odgradzały ich od siebie. Galeon znalazł się na powrót w jej kieszeni, przestając być wymarzonym łupem - a niuchacz zgrabnie przeskoczył na szalik Phillie, przez chwilę wczepiając się mocno w materiał, by zaraz potem, przeciążywszy go, opaść wraz ze zsuwającym się ubraniem na miękki śnieg.
Odgarnął z futerka zimny puch, a potem palce zacisnął na szaliku, który chwilę później owinął wokół jej szyi - niedbale, na pozór tylko tak, jak umoszczony był przed chwilą.
- Jesteś cała w... - urwał, zatrzymując na dłużej spojrzenie na feerii barw, które pyłem pokryły nie tylko mętną czerń płaszcza, lecz także bladą skórę siostry.
Wyglądała, jakby ktoś zdarł z niej syrenią łuskę, jakby wynurzył siłą z portowych wód. I tylko te refleksy wspomnień zostały na swoim miejscu, nienaruszone. I tylko te drobinki kolorów barwiły szarość, która przytłaczała zewsząd. I tylko jego dotyk zgarnął jedno z mieniących się ziarenek, pozwalając, by zgubiło się gdzieś w krzywiznach dłoni.
Była tu.
Naprawdę tu była.
Nie wiedział, ile śladów przeoczył po drodze, ile znaków minął w mgle niezrozumienia, ile słów skreślonych na papierze gniewu nigdy do niego nie dotarło.
Powrócili do punktu wyjścia. Ale tym razem coś się zmieniło, było tak, jakby balansując na granicy w końcu ją przekroczył.
Przygryziony policzek. Od wewnątrz. I to niezręczne, duszne milczenie. Choć zimny wiatr smagał ich po twarzach.
Powinien przeprosić? Ile warte były jego przeprosiny, jeśli za każdym razem kończyli w tej samej konfiguracji (zranienia i wyrzutów sumienia)?
- Ty naprawdę... - jeśli można w tym samym momencie odczuwać jak rozkrusza się lawiną ulga, jednocześnie mając wrażenie, że ten naruszony porządek, bądź nieporządek, wszechświata to coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca, to właśnie to się w nim w tym momencie ze sobą ścierało; była bezpieczna, z daleka od tamtego wszystkiego. Wystarczyła jednak zmiana perspektywy - a nagle przede wszystkim była daleko, i choć w istocie bezpieczna, to przecież nie powinna nigdy zostać zmuszona do tego, żeby opuścić port - zamierzasz jeszcze wrócić... - do domu?
Gdzie teraz jest twój dom, Phillie?

k3 na niuchacze



from underneath the rubble,
sing the rebel song
Keat Burroughs
Keat Burroughs
Zawód : rebeliant
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
some days, I feel everything at once, other - nothing at all. I don't know what's worse: drowning beneath the waves or dying from the thirst.
OPCM : 25
UROKI : 16
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 23
Genetyka : Czarodziej
I will survive, somehow I always do
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7770-keaton-burroughs https://www.morsmordre.net/t7784-sterta-nieprzeczytanych-listow#217101 https://www.morsmordre.net/t7786-casting-shadows#217131 https://www.morsmordre.net/f128-oaza-chata-nr-69 https://www.morsmordre.net/t7785-skrytka-bankowa-nr-1866#217105 https://www.morsmordre.net/t7787-keaton-burroughs#217189

Powrót do góry Go down

Magiczny lew, Plymouth

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach