Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Miasteczko Buxton
AutorWiadomość
Miasteczko Buxton [odnośnik]29.06.21 11:52
First topic message reminder :

Miasteczko Buxton

Buxton jest malowniczym, niewielkim miastem położonym blisko pięćdziesiąt kilometrów od Derby. Przed wojną jego ludność wahała się w granicach kilkunastu tysięcy mieszkańców, jednakże wyniszczone głodem i biedą znacznie straciło na populacji. To miasto kontrastów, gdzie zdewastowane, dotknięte zębem czasu budowle stykają się z bogatą florą, teraz dziko porastającą w zaniedbanych parkach i lesach na obrzeżach. Miasto wydało na świat wielu mugolskich celebrytów i zasłynęło z Buxton Opera House, rozchwytywanego ośrodka kultury w centrum Anglii. Pomimo znaczącego opustoszenia widowni, opera gra dalej.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]23.01.22 19:30
Jeśli było coś, co Thomas lubił jeszcze bardziej od jedzenia to na pewno było to puszczanie wódz fantazji z przyjacielem. W końcu że Steffenem jeszcze w Hogwarcie nie tylko wspólnie czytali harlekiny, co później wymyślali kolejne historie. A zupa z trupa i plotki? A magazyn, a piosenki i inne rymowanki? Czasem mogło się zdawać, że ktoś musiał powiedzieć im stop, kiedy zaczynali się przekrzykiwać - ale czy to by w ogóle było skuteczne?
- Wojny smoków! Trochę na to liczę... Myślisz, że protego byłoby skuteczne na ogień, żeby można było się temu przyglądać..? A może powinienem się poduczyć białej magii .. - rzucił z zastanowieniem, a po tym zetknął na brata. Wspominał mu w styczniu, o czym myślał....o ćwiczeniu magii. W końcu wyraźnie było to skuteczniejsze momentami od zwykłego użycia pięści.
Zerknął na brata z wesołym uśmiechem, żeby skontrolować jak i on się z tym wszystkim czuje. Cóż, nigdy nie posądzał w końcu Jamesa o bycie lekkoduchem, a słysząc słowa o zdjęciach, wzruszył jedynie ramionami.
- Ma nas na żywo, po co mu zdjęcia? - zapytał wesoło, kiwając zaraz głową. Kolejna zwrotka? Mógł o czymś pomyśleć...
Zetknął na brata, któremu nie wyszło zaklęcie. Zaraz wyciągnął do niego rękę, mierzwiąc mu włosy - bo skoro ich przyjaciel zajął się już poprawianiem inkantacji po Jimmym...
- Ślepy jesteś Cattermole, po prostu nie widzisz jakim mój brat jest ekspertem w tym zaklęciu - odpowiedział z uśmiechem, a po tym już ruszając do miasteczka, dostrajając harmonijkę do gry i do rytmu ich słów. Nawet jeśli to nie był taki pokaźny instrument jak skrzypce czy harfa, był doskonały do takich zadań. Zabawianie dzieciaków i ludzi.
I rzeczywiście mieli szczęście, kiedy zbliżali się do miasteczka. Było widać sporą ilość mieszkańców na ulicach - i dzieciaki. A jeśli było coś, co dzieciaki uwielbiały to brzydkie słowa w piosenkach! W końcu kto ich nie lubił, szczególnie, kiedy denerwowały innych dorosłych? No i dorośli również czegoś potrzebowali, jeśli mieli zdobyć serca wszystkich ludzi - i jeśli chcieli, żeby się to poniosło dalej w świat.
- To co myślicie o tym na koniec?
Konus Malfoy małego miał siura,
lecz myślał zawsze, że jest największy.
Konus Malfoy poszedł się zmierzyć
i rzucił tantrum, bo Harold był większy.
Siedzi i płacze nasz Konus niewielki,
i myśli że przez to stanie się większy.

Zawtórował jeszcze do Steffa i Jamesa z uśmiechem, po tym znów przygrywając na harmonijce. Może powinni się rozdzielić dla lepszego efektu? Pozagadywać dzieciaki i innych mieszkańców...
Chociaż z drugiej strony nie chciałby zostawiać Jamesa samego w tym momencie. Miał wrażenie, że brat będzie go potrzebował obok - a może chciał wierzyć, że ten go potrzebował obok? Przecież nie byli już dziećmi...
- Jimmy chcesz zagadać przy handlarzach? Oni mogą ponieść plotki dalej. A później dzieciaki jakieś?



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]27.01.22 0:28
O co rywalizowali? O pochwycenie najlepszego smoka w okolicy? Robili im jakieś cholerne konkursy?
— Steffen, piłeś coś? Bitwa smoków? — zadumał się, spoglądając wpierw na Steffena, a później na brata. — Widzieliście kiedykolwiek smoka? Prawdziwego, nie takiego na Pokątnej. — Zdawali się nie wiedzieć o czym mówią. — Mówią, że smoki to najmądrzejsze istoty na tej ziemi, wątpię, by miały słuchać bandy idiotów — jednych i drugich, co do za kretyńskie insynuacje? — Szczury nie są ognioodporne, co nie — napomknął, niby od niechcenia, unosząc brwi wysoko. Wsunął dłonie do kieszeni kurtki, rozglądając się wokół. Wzdłuż kręgosłupa przemknął mu dreszcz. Był w Londynie podczas Bezksiężycowej Nocy. Widział, co działo się na ulicach, widział, co robili ludziom — i nienawidził ich za to, ale do niedawna wciąż wierzył, że mógł stać z boku; niezaangażowany przetrwa, odwracając wzrok będzie udawał, że nic się nie wydarzyło. A jednak z każdym mijającym miesiącem udawanie było coraz trudniejsze. Wiedział, że Tower przelało falę goryczy. Udowodniło mu, że nikt nie był bezpieczny. Złapali ich jak szczury, potraktowali jak zbrodniarzy. Ich, młodocianych kieszonkowców. Torturowali, upokarzali. Stali się z jakiegoś powodu obiektem zainteresowania paskudnego legilimenty. Kiedyś chciał być wyjątkowy, mieć w sobie coś, co mieli ludzie, którym skrycie zazdrościł. Ale nie o taką wyjątkowość mu chodziło.
Tłumaczył sobie, że to było słuszne. Konieczne, ale strach wciąż zaglądał mu prosto w oczy. Kiedy patrzył na Thomasa, zastanawiał się, czy to wszystko dla niego było wciąż zabawą. DLa niego by było, wcześniej, gdyby nie wiedział. Gdyby Marcel mu nie powiedział. Prześladowało go poczucie nieuchronnie ścigającego przeznaczenia. Wyłączył się na moment, by w końcu zerknąć na Seffena. Kiedy mu odpowiedział przewrócił oczami i prychnął. Dobrze wiedział, że nie o to mu chodziło. Nie chcieli się tam znaleźć przypadkiem, nie chcieli być rozpoznani, figurować na dowodach, które ktoś kiedy mógł wykorzystać, rozpoznać ich.
— Jesteśmy cywilami, pamiętasz, Steffen? — spytał, patrząc na niego poważnie, upewniając się, że rozumie. Rozumiał? Dlaczego jego słowa brzmiały, jakby to był jakiś większy plan? Zmrużył oczy, zawieszając na nim wzrok na dłużej. Nigdy nie widział się w roli żołnierza. Gardził służbami. Ale czy ci wszyscy, którzy dziś walczyli nimi byli? Armią? Czy po prostu bandą ludzi, która próbowała powstrzymać ciemność zalewającą ich świat? Zerknął na brata, wzruszając ramionami. — Pewnie chce wysłać je do Wilhelminy z podpisem, uczciwy człowiek szuka pracy u dobrej gospodyni. — Kąciki ust mu drgnęły, ale zaraz potem spoważniał, spuszczając wzrok na ziemię. Coś ukłuło go w mostku. Pokiwał głową, po czym uniósł wzrok, zerkając na pobliskie budynki. Zaklęcie się nie powiodło, ale nie miał o tym pojęcia. DOpiero Steffen oświecił go, że popełnił jakiś błąd. Zerknął na ruch jego różdżki, jak rzucał zaklęcie — w taki sposób, by nie zdradzić się, że nie miał pojęcia, co zrobić. A gdy było już po wszystkim, uniósł brwi i odchrząknął.
— Ręka mi drży. To po Tower — mruknął usprawiedliwiająco, na poczekaniu wymyślając historię. — Pieprz się — Pchnął brata, szybko wyciągając rękę w bok, chcąc zepchnąć go tak, by stracił równowagę. Wal się, kretynie. Posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i zacisnął usta. Nienawidził się tak czuć. Jak ostatnia ofiara losu. Skinął mu głową, Steffena klepnął lekko w ramię i odszedł w bok, uważnie rozglądając się wokół. Dwóch cygańskich mężczyzn mogło wzbudzić czujność wśród mieszkańców, lepiej żeby się rozdzielili. Przygwizdując melodię, z rękami włożonymi do kieszeni ruszył przed siebie, kierując się do straganów. Po drodze wpadła na niego jakaś dziewczynka goniąca się z braćmi. Wystawił ręce, by ją złapać, straciła równowagę i runęła w jego nogi.
— Wszystko w porządku? — spytał, kucając, ale widząc, jej strach w oczach uśmiechnął się ciepło. — Pokazać ci sztuczkę? — spytał, spoglądając jej w oczy, licząc na okazanie krzty zaufania. Sięgnął do kieszeni, by wyjąć knuta z niej, a później w palcach, na knykciach przewracać monetę. Szło mu niezgrabnie, co zalało go falą gorąca. Dawno tego nie robił. Od Tower nie zagrał na skrzypcach ani razu, bał się — tego, co stanie się kiedy spróbuje. Rozczarowania. W takich sytuacjach jak ta widział, że nie bez powodu. Palce nie współpracowały jak kiedyś, zgrabnie, zwinnie. Tamta uzdrowicielka wspomniała, że to musiał ćwiczyć. Nie ćwiczył. Ale teraz wszystko zależało od tego. Zmusił się do tego, by spróbować jeszcze raz, moneta obracała się na knykciach coraz szybciej, aż w końcu spróbował ją obrócić — kiedyś dziecinnie prosta sztuczka, dziś sprawiała trudność. Udało się, wyglądało na to, że niczego nie zauważyła. Jej oczy błysnęły, kiedy zaczęła szukać krążka. Sięgnął dłonią za jej ucho i wyciągnął ją. — Ty farciaro — mruknął radośnie, wyciągając go przed nią. — Konus Cronus je czekoladę, codziennie pije lemoniadę, głód nas zabija, wichura gna, lecz Uzurpator w dupie nas ma— mruknął, wkładając monetę dziewczynce do ręki. Dzieci uczyły się podczas zabawy. Pamiętał o tym. Wstał i ruszył dalej, nim któraś z matek zdążyła poczuć się zaniepokojona. Przystanął w przy straganach, między ludźmi, przybierając zadumaną minę, poszukując jakiegoś towaru. Nim się jednak odezwał przysłuchiwał się rozmowom, wymianom zdań. Chciał złapać temat, wyczuć nastrój panujący między mężczyznami — starszymi, bardziej doświadczonymi. Młodzi byli odbierani za głupców, musiał być ostrożny i sprytny.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]28.01.22 22:10
-Można by wypić eliksir lodowego płaszcza! - wypalił, ale zaraz umilkł, bo nie był pewien, skąd wziąć taki eliksir. Czy Castor znał się na alchemii na tyle, by go uwarzyć? Tomek nie powinien wiedzieć, że Sprout pomoże im we wszystkim nie tylko z uwagi na przyjaźń, a po Sylwestrze (z urywek migawek tamtej bójki, oraz listów) Steffowi było głupio mówić o alchemiku z Jamesem.
-Ech, nieważne. A szczury są zwinne. - wydął lekko policzki, pogrzebawszy swoje marzenia o oglądaniu bitwy smoków. Dom mówił rozsądnie, Steff nie znał się na smokach.
-W rezerwacie Greengrassów są smoki, ale nie, nie widziałem ich. - dodał jeszcze, żeby mieć ostatnie słowo i na dłużej zawiesił spojrzenie na Jamesie. Czy za wojenne zasługi mogliby kiedyś zostać wpuszczeni do rezerwatu, na krótką wycieczkę? Już po wojnie? Pewnie nie, nie wiadomo nawet, czy dożyją jakiegokolwiek pokoju, ale można pomarzyć!
-Pamiętam. - odpowiedział Jamesowi ciszej i łagodniej niż przed chwilą, a potem odchrząknął prędko i odwrócił wzrok. Nie powinni być zbyt wymowni, nie przy Thomasie. Dobrze, że James się martwił, że był... odpowiedzialny. Steff pisał już dwukrotnie do Proroka, do dzisiaj nikt nie wiedział, że to on obnażył przed światem plugawe sekrety Morgany Selwyn. Aparat wziął na wszelki wypadek, gdyby natknęli się na zniszczone domy lub inne dowody okrucieństw Ministerstwa, nie po to, by fotografować ludzi. Wiedział, że wrogowie głoszą, że niby dbają o bezpieczeństwo lojalnych władzy czarodziejów - tych, których rodzice nie byli mugolami. Dzięki odrobinę sfałszowanym papierom podawał się zresztą za kogoś takiego, uczyniwszy ze swojej mamy czarownicę półkrwi. Ani przez chwilę nie wierzył w tą propagandę, w tą udawaną troskę o część społeczeństwa. Mając bujną wyobraźnię i skłonności do dramatyzmu, wierzył (nie bezpodstawnie), że kiedyś zwolennicy Czarnego Pana zwrócą się przeciwko każdemu, kto odstaje od nich choć trochę, że zrujnują ten kraj dla kaprysu. Opowiadając w porcie o kąpielach w krwi dziewic zastanawiał się, czym różnią się mugolaczki od mugolek, a czarownice półkrwi od mugolaczek. Pewnie niczym, pewnie żadna dziewczyna nie była już bezpieczna.
Pogrążony w zapalczywych myślach, zbył żarty przyjaciół lekkim i trochę smutnym uśmiechem. Nie będzie im przecież mówił, że wziął aparat, gdyby znaleźli zbiorową mogiłę albo zastali spalone budynki w miejscu miasteczka. Nie chciał psuć nastroju - zwłaszcza, że wena im sprzyjała!
-Poszedłeś z tym do uzdrowiciela? - zmarszczył lekko brwi, ze szczerą troską, słysząc, że James nadal cierpi z powodu komplikacji po Tower. To chyba nie zepsuje nastroju, prawda? Chciał tylko pomóc... ale James mocno odepchnął Tomka i Steffkowi zrobiło się jakoś źle. To bracia, to po prostu braterska rzecz - wytłumaczył sobie, bo choć Willric nie był równie troskliwym bratem i rzadko go popychał, to często brutalnie się naigrywał, a słowa bolały równie mocno. Pomimo złośliwości, wynikały z braterskiej miłości, na pewno!
-To nie za wulgarne dla dzieci? Ostatnią zwrotkę to może pod karczmą. - zaproponował, choć usta same wyginały mu się do uśmiechu, gdy usłyszał przyśpiewkę Thomasa.
James miał lepsze podejście do dzieci niż Steff - wychował się w końcu w taborze, a nie wśród książek o runach. Cattermole przystanął za nim, obserwując sztuczkę z monetą. Nigdy by tego nie powtórzył, ale dziewczynka wydawała się zachwycona. Do głowy przyszło mu coś lepszego - kątem oka podchwycił grupę chłopców, obserwującą z zaciekawieniem Jamesa i małą. Ruszył w ich stronę.
-Chcecie zobaczyć sztuczkę? - skierował różdżkę na niewielki kamyk.
—Konus Cronus usiadł na stołku,
Konus Cronus nie może wstać,
Wierzy głupio, że ludzi w garści ma
Ale i kraj i rebelia na niego sra.
Mówi, że sprzyjają mu przodków duchy
ale naprawdę to karaluchy!
- zaintonował, na poczekaniu dorabiając do piosenki dwa wersy. -Ericus! - zakończył, chcąc zmienić kamień w karalucha. -Dalej, rozdepczmy go! - zachęcił, bo chłopcy lubili chyba takie brutalne, obrzydliwe, ale ekscytujące wyzwania!



intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]28.01.22 22:10
The member 'Steffen Cattermole' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 89
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]09.02.22 13:59
- Widziałem je, właśnie tam u nich. W sumie to jednego... - stwierdził spokojnie, wzruszając ramionami. Co prawda nie kłamał w tym momencie - ale też chyba nigdy do końca nie chwalił się ani Steffenowi, ani Jamesowi co robił, kiedy nie był obecny w ich życiach przez lekko ponad dwa lata. Ten temat jakoś nigdy nie wyszedł - może za dużo było streszczania?
Zresztą, wiele tematów nie wyciągał sam z siebie. Nie potrafił, nie uznawał ich za istotnych do rozmowy. Jak tego, że bał się znów chodzić w te regiony - tego, że znów może napotkać te trupy, ale jakie mógł mieć szczęście do tego, aby co rusz spotykać aurorów, którzy wiedzieli jak mieliby się zachować? Jak miałby zareagować, gdyby napotkał taki widok przy Steffenie i Jamesie? Odesłać Jamesa, kazać mu wracać do Sheili? Teleportować się po jakąś pomoc, po kogoś..? A może jeszcze co innego.
Wiedział, że nawet tak głupie plotki i przyśpiewki jak dzisiaj mogły skończyć się dla nich tragicznie - mimo to uśmiechał się jak idiota, tak jak zawsze. Wydawał się nawet nie zwrócić uwagi na popchnięcie ze strony brata.
- No już, już młody - rzucił wesoło, łapiąc równowagę, chociaż wiedział, że coś było wciąż nie tak z nim - między nimi. A może jedynie mu się zdawało? Może był ostatnio przewrażliwiony po tym wszystkim co miało miejsce? Za dużo przeżyć, uczuć...
Ruszył do dzieciaków za przyjacielem i bratem, choć nie miał zamiaru na razie samemu śpiewać. Miał wrażenie, że jak raz miał tutaj inne zadanie do spełnienia, i właśnie dlatego już po chwili wyciągnął harmonijkę, przygrywając melodię pod słowa Jamesa, a później i Steffena, na tyle prostą, aby dzieciakom mogła utknąć łatwiej w głowach wraz ze słowami.
Zakręcił się wokół dzieciaków z szerokim uśmiechem, nieco podskakując w miejscu, a niektóre wydawały się być nim zainteresowane - no tak, w końcu muzyka dla wszystkich była interesująca, choć nie zawsze w tej oczekiwanej formie. To jego rodzeństwo potrafiło grać na skomplikowanych instrumentach, to Eve potrafiła przyciągać wzrok tańcem czy śpiewem, ale on - nie radził sobie zbyt dobrze z żadną z tych rzeczy, nie tak do końca. Może teraz, gdyby poprosił Jamesa, nauczyłby się grać na czymś więcej? A może skończyłoby się to tak jak za dzieciaka?
Może powinien po prostu zostać przy harmonijce? Zostać przy tym co znał na tyle dobrze, z czym czuł się na tyle odpowiednio...
Chociaż nie czekał w miejscu przy dzieciakach, bo w końcu łatwiej było się rozdzielić - mogli skupić się na większej ilości osób na raz. Ruszył zaraz między ludzi, wciąż przygrywając melodię na harmonijce, a ludzie wydawali się tak do końca go nie zauważać. Może kilka uśmiechów poleciało w jego stronę, kilka spojrzeń, ale jakby ludzie nie do końca go zapamiętywali czy utrzymywali dłużej na nim spojrzenie.
Przystanął przy jednym ze straganów, przy którym dosłyszał jak jedna ze starszych kobiet narzeka na kolejny wzrost cen.
- Minister coś z tym powinien zrobić - rzucił luźno w tłum, tuż za nią, udając że samemu przygląda się wysypanym w skrzyni ziemniakom. Nie wyglądały zbyt pięknie, nie było ich również zbyt wiele - a przede wszystkim, cena wyraźnie była kilkukrotnie droższa niż kiedykolwiek przed wojną.
- Wszystkim jest gorzej, a on siedzi i się obżera, a innym daje jakieś ochłapy. Piszą jak to pięknie w Londynie, bo rząd to wszystko ukrywa i kłamie... Tylko tak mówią, w Londynie jest jeszcze gorzej! Miasto widmo niemalże, sami biedni i głodni, nie ma pracy ani pieniędzy, nie ma jedzenia... A on to tutaj chce na nas sprowadzić - dodał zaraz, przenosząc wzrok na jedną z cebul. Opowiadał z niesmakiem, ze złością w tonie głosu. Skrzywił się lekko, odwracając wzrok od skrzynki na kobietę, która wydała się być wyraźnie po jego stronie.
- Żaden nie myśli z nich o zwykłych ludziach, rację ma pan w pełni!
- Biznesy w Londynie podobno też chcieli psuć, jakoś tak w grudniu, próbując rozdawać jedzenie ze zgniłego i popsutego mięsa. Nie dość, że jak rozdawali to była łapanka czarodziejów to po wszystkim się ludzie pochorowali!
- Ale jaka to konkurencja! Co ty w ogóle opowiadasz? To bzdury! Na co im biznesy psuć? - zaraz wtrącił się sceptyczny właściciel straganu, przyjmujący jedną ręką zapłatę za kilka większych ziemniaków.
- A no widzi pan! - zaraz poruszył Thomas bardziej żywy, jakby był znawcą tematu. - Próbują wszystko zagarnąć, żeby nad wszystkim panować, a takie małe biznesy to im nie na rękę. Zna pan na pewno tutaj ludzi z dziada i pradziada, nie mylę się? A to tacy ludzie wiedzą dużo, to niebezpieczne. Za dużo pan wie, za dużo pan może powiedzieć, a do tego zabrać taki stragan to sama korzyść dla nich, bo pieniądze do nich zaczną lecieć... Pewnie zaczną sami prowadzić, wyślą kogoś i cały profit nie do pana kieszeni poleci, a do ich na dalszą tę wojnę. Ja panu mówię, oni nie mają pieniędzy i to widać - kontynuował, kiwając głową, wdając się w dyskusję. Mówił pewnie, jakby dzielił się najświętszą prawdą.
Zaraz za plecami rozmawiających przebiegł jakiś dzieciak.
- Konus Cronus je czekoladę, codziennie pije lemoniadę, głód nas zabija... - dało się słyszeć jak się przecisnął między dwoma kobietami, a zaraz za nim inny chłopiec.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]23.02.22 1:54
Spojrzał jeszcze na Steffena podejrzliwie. Nie powiedział mu. Nie powiedział Thomasowi o tym, że zamienia się w szczura. Zamierzał — musiał przecież — bratu o tym powiedzieć w końcu, ale nie tu, nie przy Steffenie. Chociaż nie trudno będzie się domyślić skąd wie, wolał zachować chociaż odrobinę przezorności. Może nie będzie go podejrzewał jednak?
— W Kentcie podobno też i co? — spytał jeszcze, wciąż uparcie przyglądając się Steffenowi. — Widziałem smoczoognika — pochwalił się nagle, unosząc brwi. Nie był pewien, na czym miał polegać ten festiwal przechwałek (smoki nieszczególnie leżały w kręgu jego zainteresowań, choć jak każdy umarłby, żeby je zobaczyć), postanowił wygrać tę konkurencję jeszcze zanim się rozstaną. Wzruszył ramieniem niewinnie. — Na żywo i z bliska — dodał po chwili powoli, jakby to miało mieć jakieś znaczenie, przeważyć szale na jego stronę. Nie był nawet świadom, że właśnie w takich chwilach, mimo wieku, mimo wszystkich doświadczeń i tego, co zaszło wciąż podświadomie próbował bratu zaimponować. Nie miał przed nim zbyt wielu tajemnic. Nie licząc tego, co zaszło w Tower, prędzej czy później wszystkie fakty z jego życia wypływały na powierzchnię. gdyby tylko spytał, gdyby chciał wiedzieć, powiedziałby mu. O tym, co przysiągł Marcelowi, co planował zrobić. W jego słowach nie było bowiem krzty fałszu, choć wciąż masa niepewności. Od miesiąca niczego nie był tak pewien, jak tego braterstwa krwi. I wiedział, że ta potrzeba nie wynikała z rosnącego poczucia winy, tego, co uczynił w Tower najlepszemu przyjacielowi. Potrzebował tej sytuacji, okazji — okoliczności, by mu powiedzieć, że mimo wszystkiego, co myślał, był dla niego jak rodzina. Dla nich wszystkich. Blizna na lewej dłoni zdążyła się już zagoić; wciąż jednak rzucała się swoim kolorem w oczy. Tak długo póki nikogo to nie obchodziło, nie mówił. Nigdy o takich rzeczach przecież nie mówił.
Pytanie o uzdrowiciela, wywołało w nim spadek nastroju. Niepotrzebnie wybrał właśnie tę wymówkę.
— Nie, to minie — burknął cicho, próbując skończyć ten temat. Od tamtego dnia na jarmarku nie grał nawet na skrzypcach. Myśl o tym go paraliżowała. Nie ciągnęło go do tego, nie próbował wrócić do tego, co wypełniało jego życie i napawało go wszystkim, co dobre. Stracił to. Myślał, że bezpowrotnie.
— Im szybciej poznają prawdę tym lepiej — odpowiedział przyjacielowi, rzucając krótkie spojrzenie na Steffena. — Dzieci łapią takie rzeczy najłatwiej. Jakimś dziwnym trafem najlepiej zapadają im w pamięć. — Powtarzały to, czego nie wolno im było mówić. Przekleństwa, słowa, których nie wolno było powtarzać, opowiadały o rzeczach, których miały nigdy nie widzieć. Znali to przecież, w taborze było mnóstwo dzieci. Kiedyś. teraz były martwe.
Sztuczka z monetą, która kiedyś była dla niego dziecinnie prostą zabawa dziś wymagała od niego wysiłku, ale zawziął się, postanowił zrobić wszystko, by się udała. I udała. Drobnostka niezwiązana nawet z magią zadziałała. Obejrzał się przez ramię na Steffena, który zajął się dziećmi, śpiewając następną zwrotkę piosenki. Przystanął przy straganach i podrapał się po nosie, w końcu splatając ręce przed sobą. Ściągnął brwi. Zdawał sobie sprawę, że nieprzychylna mina dodawała mu powagi, uśmiech jej odbierał, podobnie jak lat. Poważnie słuchał wymiany zdań między ludźmi, kiedy doszło między nimi do podniesienia głosów. A szło o cenę.
— Hej, hej! Panowie! Nie ma powodu do awantury — próbował ich uspokoić, wyciągając ręce na boki, zgrabnie wsuwając się między nich, był od nic w końcu mniejszy i szczuplejszy. Nim jednak którykolwiek z nich zdążył zareagować na niego naturalnym warknięciem odezwał się znów. — Wiem, że dla pana to ciężka sytuacja. Bochenek chleba, kawałek sera z dnia na dzień są coraz więcej warte, choć przecież mamy to tu, pod nosem. Sami produkujemy ten ser, wypiekamy chleb, powinny być dostępne za psie pieniądze, a zaraz będą kosztować tyle co te całe ostrygi w drogich restauracjach. Ma pan rodzinę pewnie, to zrozumiałe. Też mam. Wiem, co pan czuje. Kiedy każdego dnia liczy pan knuty, zastanawiając się, czy starczy by wyżywić wszystkich. A później na jak długo to starczy. A w końcu czy jeśli sytuacja stanie się dramatyczna będzie trzeba... po prostu to ukraść, by przeżyć. To jest... trudne, wiem. Ale ten człowiek też ma rodzinę pewnie. Pracowników, którzy musieli tu to dostarczyć, wyładować. Musiał to od kogoś kupić za większą kwotę niż tydzień temu. Też nie jest mu łatwo. I ledwie wiąże koniec z końcem — spojrzał na sprzedawcę z głębokim zrozumieniem wymalowanym na oczach. — I pewni niewiele zarabia, albo już dopłaca do tego z własnych oszczędności, mając nadzieję, że za chwilę wszystko wróci do normy. — Kiedy ujrzał na jego twarzy spokój i wstyd, pokiwał głową, powracając wzrokim do zrezygnowanego klienta. Złość uleciała z nich obu, to był odpowiedni moment. — Nie jesteśmy temu winni. Ani pan, ani pan. To ta wojna. To chciwość bogatych, którzy chcą się wciąż wzbogacać kosztem biednych. To pazerność ludzi, którzy chcą mieć coraz więcej władzy, choć wydaje się, że mają już wszystko. — Zerknął to na jednego to na drugiego, szukając podatnego gruntu. Wiedział, że w takich chwilach i takich rozmowach łatwo było dotknąć wrażliwą strunę, nie chciał przegiąć. — Wycyckali nas do cna. I wciąż im mało. Ministerstwo nic z tym nie zrobi, zrobią ze wszystkich biedotę. Potem rzucą im ochłapy w geście jałmużny i będą oczekiwać wdzięczności. Bo takimi ludźmi się łatwiej rządzi. Ale nie jesteśmy psami — mruknął, odsuwając się spomiędzy nich, licząc, że uda mu się podnieść rozmowę między nimi, a jedynie usłyszał pierwsze słowa zrezygnowania odetchnął z ulgą. Tak, dobrze. Odpowiedni nastrój był ważny. — Mówią, że Londyn ma się świetnie, ale byłem tam. Wygląda koszmarnie.— Wiedział., że ich zainteresuje, nie patrzył jednak na nich. Musiał wyglądać przekonywująco. — W grudniu przygotowali fetę. Podawali najbiedniejszym zupę. Niby złośliwi mówili o niej, że to zupa z trupa. Podawali ją w końcu na placu, gdzie dokonywali egzekucji. Nie wierzyłem. Ale, na brodę Merlina, widziałem to na własne oczy. Naprawdę chcieli nas nakarmić ludźmi. Te oczy, zęby w zupie... — Przytknął palce do ust, ale tylko na moment, jakby go zemdliło. Wśród dwóch gołych facetów nie mógł wyjść na leszcza, potrzebował tylko odrobinę dramaturgii. — Koszmar.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]25.02.22 4:08
-Podobno w Gringottcie mają smoka. - bąknął, bo teraz czuł się głupio z tym, że każdy coś widział, tylko nie on. Smok był zresztą w Gringottcie na pewno, o mało ich nie zeżarł podczas włamania, Steffen nie mógłby jednak zaliczyć tego doświadczenia do kategorii oglądania smoków, wolałby wyrzucić całe wspomnienie z pamięci (w pierwszej chwili nawet o nim nie pomyślał, było sekretem i nie nadawało się do koleżeńskich przekomarzanek) i na spokojnie obejrzeć te bestie w jakimś rezerwacie, jako gość, a nie intruz. -Jakim cudem wpuścili cię do rezerwatu Greengrassów? - uniósł brew, spoglądając na Tomka, czy to kolejne jego kłamstwo? Jego by nie wpuścili, a w środku nocy sprawdzał dla lorda Isaiaha listy pod kątem klątw, spędził w Staffordshire dwa bite dni nakładając zabezpieczenia, mimo tych znajomości do rezerwatu udało mu się dostać tylko raz, przed wojną, i to do części gospodarczej, bez smoków - lord Nott Blake potrzebował przetłumaczenia jakichś run. Gdyby Tomek faktycznie oglądał tam smoki, Steffkowi zrobiłoby się trochę przykro. -A gdzie widziałeś smoczognika? - zainteresował się żywo, opowieść Jima brzmiała bardziej prawdopodobnie i skutecznie odwróciła jego uwagę od problemów zdrowotnych przyjaciela.
-Serio? Moja mama mówiła, że nie wolno mówić o różnych rzeczach przy dzieciach... - zdziwił się, ale potem pomyślał o tym, że do dwudziestego pierwszego roku życia nie pocałował nawet żadnej dziewczyny. I o tym, że Jim już od Hogwartu miał Eve, śliczną, długonogą, wesołą i utalentowaną. -Nieważne, pewnie masz rację. Jesteśmy na wojnie, nie mogę być pruderyjny. - uniósł odważnie podbródek, bo choć strasznie się wstydził śpiewać przy dzieciach o takich sprawach, to w kwestiach miłosnych (i muzycznych) uznawał autorytet braci Doe. W porównaniu z długą posuchą u Steffena i nieustanną u Marcela, ich życie było o wiele bardziej ekscytujące!

Wkrótce rozbiegli się po straganach. Stojąc w grupie dzieciaków, słyszał gdzieś za plecami harmonijkę Tomka, kątem oka widział w tłumie Jamesa. Będą skuteczniej działać i wzbudzać mniej podejrzeń, gdy się rozdzielą, ale wolał mieć na przyjaciół oko. Nie powie im tego na głos (wszyscy byli zbyt dumni), ale czuł się za nich odpowiedzialny. Tak jak wtedy, gdy rozpowiadał z Tomkiem plotki w Londynie - to Doe swobodniej poruszał się po biedniejszych dzielnicach, ale Steff myślał wtedy o Rugatio, o Kameleonach, o ryzyku. Teraz stawka wzrosła. James był w Zakonie, a Cattermole obiecał, że ze wszystkim mu pomoże, wszystkiego nauczy. Może i zareagował inaczej niż Marcel, z entuzjazmem, że przyjaciel będzie walczył u jego boku, ale to nie znaczy, że się nie martwił. Pamiętał swoją pierwszą akcję, z Bertiem. Czarnoksięskie zaklęcie złamało mu wtedy nogę, a gdyby nie Bott, mogłoby skończyć się tragiczniej.
Obejrzał się przez ramię, rozglądając po targu, ale okolica wydawała się bezpieczna. Greengrassowie i aurorzy pracowali ponoć nad wzmożeniem kontroli nad tymi ziemiami, nigdzie nie powinni trafić na otwarty patrol Ministerstwa, co najwyżej na szpicli. Niech słuchają - pomyślał mściwie, obiecując sobie, że będą ostrożni gdy opuszczą już tłum. Tutaj, wśród ludzi, nic im nie groziło - ale jeśli ktoś ich podsłucha i zapragnie się zemścić za te plotki, to gdy będzie miał okazję złapać ich samych. Szybko obmyśliwszy w głowie plan dalszego działania, skupił się na dzieciach.
Jeden z chłopców pisnął cicho na widok kamienia przemienionego w karalucha, ale szybko został wyśmiany przez kolegów. Podekscytowani czarem, szybko podchwycili zabawę i zaczęli deptać karalucha, nie zwracając już uwagi na Steffena. Zanucił jeszcze pod nosem Konus Cronus usiadł na stołkuuu, aby melodia wryła się dzieciakom w pamięć, a potem ruszył dalej, w stronę dorosłych. Wypatrzył starszą kobietę, wyglądała na plotkarę, jak jego mama. W przeciwieństwie do innych, nie handlowała jedzeniem, a haftowanymi serwetami, pewnie szytymi ręcznie.
-Jakie śliczne! Mojej narzeczonej by się spodobały... - zachwycił się, uśmiechając się przyjaźnie. Pozował na młodego, uprzejmego chłopca, takiego, jaki mógłby się jej skojarzyć z wnukami i wzbudzić sympatię. Skłamał, miał żonę, nie narzeczoną, ale potrzebował tej historii. Kobiecina pokiwała z uśmiechem głową i zaczęła dopytywać ile są już razem oraz reklamować swoje wyroby, bla, bla. -A czy... jeśli chciałbym zamówić więcej? Na wesele? - dopytał Steffen, by potargować się chwilę o cenę. Nie potrzebował tych obrusów, nie na wesele, ale kupi potem chociaż jeden, by zrobić kramarce przyjemność. A żonie naprawdę się spodoba.
-Będzie tu pani jeszcze później? Wróciłbym się do domu, po pieniądze. - kwota, która padła, nie była mała, to dlatego Steffen potrzebował tej całej historii. -Dzięki temu wrócę tego samego dnia. Pomyśleć, że parę miesięcy temu musiałbym się fatygować aż do banku. - roześmiał się, jakby opowiadał anegdotkę. Spoważniał dopiero po chwili, dodając (bo to po to aby naturalnie przedstawić ten temat potrzebował całego wstępu): -Kiedyś myślałem, że Bank Gringotta to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi, ale zabrałem stamtąd wszystko gdy wybuchła wojna. Chcę zacząć nowe życie z narzeczoną, wie pani. A słyszałem że Minister Malfoy rekwiruje pieniądze obywateli, galeon po galeonie. Na razie jest ich dużo, liczy, że nikt nie zauważy, ale buduje tyle swoich pomników i wydaje tyle pieniędzy, że sięgnął po nasze. Mój kolega pracuje w banku, podobno widział, jak ze skrytek obywateli znika złoto! - szeptał konspiracyjnie, tak jakby dzielił się z nią dużym sekretem. Korzystając z doświadczenia w banku - i budując kłamstwo na autentycznych sprawach komorniczych, w których uczestniczył ze Zlatą (mniej malowniczych niż obraz wykradania pieniędzy bezpośrednio ze skrytek) - chciał zasiać ziarno nieufności do ekonomii rządu, opowiedzieć o nieudolności Ministra. -Widać, że pani jest obrotna, pewnie pani zadbała o swoje oszczędności. - dodał. -A że Minister trwoni pieniądze, to nic dziwnego. Moja narzeczona pokazała mi wiersze jego córki, w "Czarownicy". - podchwycił wzrok kobiety, teraz już żywo zainteresowanej, i ona czytała ten głośny numer. -Myśli pani, że czegokolwiek odmówiłby tej gówniarze? Pewnie je ciasteczka i ananasy i pisze te wiersze, za nasze pieniądze. - prychnął. -Wezmę ten obrus. - wręczył kobiecie zapłatę i rozejrzał się, ciekaw, jak idzie Jimowi i Tomkowi.

daję kobiecie 5 PM, odpisane ze skrytki






intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]04.03.22 17:14
- Ty głupi jesteś Steff, gdyby tam mieli smoka to by już spalił Londyn - rzucił, marszcząc brwi na słowa przyjaciela. Smok w Gringocie? Czym by go karmili? Jak pilnowali, jak... no tak zajmowali ogólnie takim stworzeniem? Chociaż na moment się zawahał.
- A może karmią go trupami z egzekucji, no wiecie... Jednak trochę tych ludzi mordują w Tower - dodał ciszej, a na pytanie Steffena o to jak dostał się do rezerwatu jedynie się uśmiechnął od ucha do ucha, chcąc mu dać do zrozumienia, że pozostanie to jego słodką tajemnicą. Może Cattermole już nauczył się, że uśmiech sugerował zaangażowanie mniej niż bardziej legalnych środków obejmujących chociażby kłamanie ze strony Thomasa, a może jeszcze tego nie przyswoił przez wszystkie lata znajomości - ale na pewno Doe nie chciał się w tej chwili dzielić tym, jak udało mu się wejść do Peak District. - O, one są mniejsze, nie? Je można hodować tak w domu? Są też takie straszne jak zwykłe smoki? - dopytał zaraz Jamesa, chcąc skupić się na jego smoczoogniku i odciąć możliwość Steffenowi na drążenie tematu odnośnie rezerwatu Greengrassów.

- Głód! Głód jak nic! Wszystko drogie, na straganach, ale i dalej, wszystko ciężej dostać. Jedzenia nie ma, ta zima to jest koszmar, wszystkiego jakby mniej. Może on wody truje, że nawet ryb mniej i jakieś takie mniej świeże? - podchwycił Thomas, wciąż nie wychodząc z roli zmartwionego młodego obywatela. Pokręcił głową z niezadowoleniem, wydął usta i westchnął.
- Chłopak ma rację, też byłem u kuzyna na wybrzeżu, jeszcze przed zimami, a połowy takie, że szkoda gadać! Ryb zawsze miał i na ususzenie, i na świeżo, i sprzedawał i do smażalni, a teraz to nic nie złapał prawie! Coś jest nie tak z tymi rybami, z tymi wodami... - wtrącił się jeden mężczyzna, na co zaraz inna kobieta podjęła.
- I ryby i zwierzęta! Moja siostra po ślubie przeprowadziła się do Preston i pisała mi w listach, żebym też uważała, bo w zimę to i zwierzęta szaleją! Podobno w Lancashire jakieś wielkie i rozzłoszczone dziki atakowały wioski i miasteczka, i do domu potrafiły wleźć takie to bydła były! A niebezpieczne! - kontynuowała z niemałym przerażeniem inna kobieta, a Thomas powoli zaczął się wycofywać, pozwalając rozmowom iść własnym tokiem. Najważniejsze, że podsycił dyskusję, nie musiał już dalej brać w niej udziału.
Zaczął się za to rozglądać po placu czy przypadkiem Steffen lub James nie potrzebowali również jego pomocy. Nie był pewny czy zgubił ich w tłumie przez zaklęcie, ale dość prędko doszedł do wniosku, że gdyby coś było nie tak, to na pewno by ich usłyszał. A przynajmniej zamieszanie idące za problemami.
Wyciągnął znów harmonijkę, wracając do wygrywania na niej melodii i kierując swoje kroki dalej w tłum, między straganami, nasłuchując i przysłuchując się ludziom i temu, o czym rozmawiali. Chciał się znów wtrącić, przekonać nieco bardziej do swojej racji - i podrzucić myśl o tym, że wszystko co złe było sprawką mężczyzny mianującym się ministrem magii.
Zaraz namierzając jednak jeden ze swoich celów, zamyśloną i wybiedzoną kobietę z praktycznie pustym koszem wiklinowym na zakupy, spróbował jej podłożyć nogę.
- Oh, oh! Proszę uważać! - zawołał, zaraz bohatersko pomagając jej ustać. - Nic pani się nie stało? Oh, proszę proszę, chyba pani się nieco gorzej czuje... Proszę, może powinna pani usiąść na moment? Toż to koszmar, że ludzie chorzy w takich czasach! I mróz, i głód... Wszystko z panią w porządku? Proszę, proszę pozwolić tutaj... - zaraz rzucił przyjaźnie, otaczając kobietę opieką, a ta wręcz zaniemówiła, nie będąc nawet pewną co miało miejsce przed chwilą, a tym bardziej nie wiedząc jak odmówić tak przyjaznej propozycji pomocy. Powoli i niepewnie ruszyła za Thomasem na bok straganów, po prośbie skierowanej do jednego ze sprzedawców, zasiadając na pobliskiej skrzyni.
Thomas zaraz spróbował przypomnieć sobie wszystkie momenty, w których miał do czynienia z jakimkolwiek uzdrowicielem w życiu. Co robił, jak sprawdzał, co mówił...
Z przyjaznym i pewnym uśmiechem, zaraz nieco przykucnął, jakby przyglądał się twarzy kobiety.
- Och, wszystko z panią w porządku? Czy to zawroty panią dopadły? Proszę mi wybaczyć, nie wygląda pani najlepiej... Ehh, nawet leków brakuje! A ludzie głodni i chorzy...
- Nie, nie proszę pana... To znaczy... - zawahała się, wyraźnie chcąc zaprzeczyć, że czuła się gorzej, zaraz jednak się powstrzymując.
- I leków, i środków na leki! Panie, wszystkiego brakuje - rzuciła sprzedawczyni ze straganu obok, pakując w zawiniątko kawałek mięsa, zaraz przyjmując za niego zapłatę. - I paszy, i jedzenia. A dobra zupa na kościach to i zdrowie lepsze! Ale z czego innego zupę robić jak i zwierzaki nie mają na czym podtyć? Nic dziwnego, że paniulka chorowita, taka blada i koścista - zaraz kontynuowała kobieta, a Thomas powstrzymał swój uśmiech, ciesząc się, że trafił na kolejny podatny grunt.
- Mięsa dużo w Londynie, ale to podobno wszystko... no wie pani... - rzucił, zaraz oddalając się od zdezorientowanej panny i ruszając w stronę straganu, nachylając się do obcej kobiety, a głos zniżając w konspiracyjnym szepcie. - To skazańcy, wrogowie rządu podobno. Tak mówią w mieście - rzucił, a kobieta zaraz zmierzyła go wzrokiem.
- Miastowy ay... - stwierdziła, oceniając Thomasa surowym wzrokiem przez moment. - Moja pasierbica, ona to tam za takim miastowym poszła kiedy... I mieszka tam w tym Londynie, mówiła mi o tym co było... Ile w tym prawdy? Te mordy i rzezie, i egzekucje? - zapytała zaraz, a klient obok spojrzał na ich dwójkę nieco zaniepokojony podobną tematyką.
- Jakie mordy pani Evergreen!? Toź to pisali w gazecie, że to nie oni...
- Oj ty Johnny, bo ty taki zawsze jesteś, że zawierzasz w te szmatławce! Gdzie gazeta się podziała, gdzie redaktorzy, co to prawdę mówili, co? - żachnęła się zaraz kobieta, a później znów skierowała spojrzenie w kierunku Thomasa. Poprawiła okulary na nosie. - Mów no miastowy chłopaczku.
- Oh, oczywiście proszę pani! - zaraz się poprawił najstarszy Doe, uśmiechając niewinnie. - Ja bym powiedział... że to wszystko prawda, co mówią ludzie. Że i zatrute zupy podają, że i z trupów mięso robią... Wszystko prawda! I te egzekucje... to wszystko było, wszystko miało miejsce. Szukają winnych, zabierają do Tower i torturują jak się ktoś nie spodoba... - dodał, a im dalej mówił tym bardziej uśmiech schodził mu z ust, a na jego twarzy pojawiało się przejęcie.
- Każdego jak wroga traktują - dodał, a kobieta pokiwała zadowolona głową, jakby ktoś właśnie potwierdził jej wszystkie domniemania i przypuszczenia.
Część klientów wokół za to spoglądała z niemałym przestrachem, a część dość szybko się ulotniła, kiedy tylko wyszedł temat egzekucji w Londynie.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]08.03.22 11:39
Jednym uchem jeszcze słuchał opowieści o smokach, w tym smoku w banku Gringotta. Zmarszczył brwi — instynktownie pomyślał od razu, że obrabowanie banku strzeżonego przez smoka jest zwyczajnie niemożliwe lub mało prawdopodobne. Nie powiedział tego jednak głośno, Steffen z pewnością wciąż nie zdawał sobie sprawy, że kradli. Czasem dlatego, że musieli, czasem dla zabawy. Jak wtedy, na jarmarku.
— Neala mi pokazała. Pracuję u nich od paru dni. — Nie patrzył na nich, nie było z czego się tłumaczyć. Brwi ściągnęły się ku sobie. — Skąd wiesz, że są mniejsze?— Zainteresował się, spoglądając na brata uważnie. — Oberwało mi się przez ciebie, jest na ciebie wściekła i nie waż się, kurwa, do niej nawet zbliżać. Mało brakowało, a spaliłaby mnie żywcem razem z całą tą stodołą— burknął. — Co ci w ogóle wpadło do głowy, żeby ją zapraszać na randkę?! Stary, dopiero co się oświadczyłeś! — Posłał mu przeciągłe spojrzenie pełne niezrozumienia.— Nie rób z niej idiotki, to miła dziewczyna. I nie myśl sobie, nie zamierzam cię wcale bronić — ostrzegł go z irytacją w głosie. Samo wspomnienie tamtego dnia wzbudziło w nim rozdrażnienie. Nie było kiedy się z nim rozmówić na ten temat, wracał późno, a od kiedy spotkał się z Eve starał się właśnie z nią spędzać każdą wolną chwilę. Był jej to winien.
Sytuacja przy straganach była napięta. Nie był w stanie dotrzeć do rozjuszonych gości, przemówić im całkiem do rozsądku — to, czego się nauczył obcując z ludźmi nie sprawdzało się w sytuacjach takiego stresu i złości, ale tak naprawdę nie próbował zgasić ich gniewu. Chciał przekierować ich nienawiść w inną stronę, chociaż odrobinę przyczynić się do tego, by dziś lub jutro sfrustrowani i rozgoryczeni spojrzeli we właściwy sposób na władzę w Londynie. Na tych tłustych ludzi o wielkich dupskach, którzy zajmowali najwyższe stołki w rządowej administracji. Pojedzonych, znudzonych wszystkim wrogów zwykłych ludzi. Nic nie jednoczyło ludzi bardziej niż wspólny wróg. Nic nie jednoczyło biedaków silniej niż bogactwo elity. Spojrzał na nich. Był cyganem, w porównaniu z nimi wciąż chłopcem z marginesu. Ale zamiast udawać, że było inaczej łatwiej było wykorzystać to dla podparcia swoich historii.
— Byłem głodny. Mam rodzinę na utrzymaniu, trzy młodsze siostry, najmłodsza ma osiem lat. Miałem nadzieję, że zdobędę tam dla nich trochę jedzenia, ale to, co tam widziałem... — Mężczyźni łypali na niego wzrokiem, ale spojrzał szybko na kobietę, która stała z wiklinowym koszykiem tuż obok, szukając u niej wsparcia. Jego oczy zalśniły od łez, ale zamrugał kilkukrotnie i odgonił je, próbując zachować twarz — a raczej wyglądać tak, jakby chciał ją zachować. Musiał być wiarygodny. — Te pięknie ubrane lady, przystrojone w perły, złoto ciążące na odzianych w jakieś... jednawne rękawiczki dłonie podawały nam zupę, która... musiała być, nie ma innego wytłumaczenia, musiała być zrobiona z ludzi. Cuchnęła, była nie do spożycia, ale wśród tych ludzi większość nie grymasiła. Tych, którzy zauważyli to, co w niej pływało i próbowali ostrzec innych zaczęła łapać policja. Zabrali ich do Tower. Znaczy, próbowali, bo na miejscu pojawił się... ten, ehm... Zakon? Zakon Feniksa? Tak mówili ludzie — Spojrzał na mężczyzn, wspominając o wrogiej rządowi organizacji. Nie wiedział, czy powinien to mówić, ale obiecał pomóc Marcelowi. Jak inaczej mógł to zrobić, jak nie zmusić ludzi, by wierzyli w niego. W to, że jeśli przyjdzie im tu, do Buxton kiedyś pomóc, uwierzą mu we wszystko. — Gazety o tym oczywiście nie piszą, bo zamieszanie jakie tam powstało chyba pomogło tym, no, rebeliantom. Ponoć uratowali tych ludzi, dali im gdzieś daleko od stolicy nowy dom. Tak ostatnio słyszałem w Richmond. — Obejrzał się za siebie z niepokojem, siąknął nosem. Czuł lekkie zdenerwowanie tym, co mówił i robił. W końcu i tu mogli znajdować się zwolennicy Malfoya. Może nawet któryś z mężczyzn kiedyś był. Musiał uważać na słowa, nie zamierzał dać się złapać. Szpiedzy z pewnością byli wszędzie. Spojrzał jeszcze na kobietę wzrokiem kogoś, kto powiedział kilka słów za dużo i wycofał się, ale nim odszedł złapała go za rękę. Zerknął na mężczyzn, który znów zaczęli się przegadywać, choć mniej napastliwie niż wcześniej.— Muszę iść — powtórzył do niej, patrząc w jej stare, zmęczone oczy. Widział w nich dobro, ale i strach. Spytała o Zakon. Spiął się nieco. Obejrzał za siebie, wzrokiem poszukując podświadomie Steffena, ale nie odnalazł go. Zerknął na nią. — Jeśli będzie pani potrzebować pomocy, zjawią się tu też. Jestem pewien. Ponoć mogą pomóc ludziom, którzy tej pomocy poszukują. Nie wiem czy to prawda, ale musi pani w to wierzyć — zerknął na jej rękę, którą wciąż zaciskała na jego przedramieniu. — Ludzie mówią, że cały czas wydostają z Londynu uciekinierów, którym grozi śmierć. Jeśli to prawda, a myślę, że tak, tu tutaj też pomogą.
Miała dwie córki i trójkę wnucząt, jej sąsiedzi popierali władzę, a ona była mugolaczką. Ukrywała to. Mówiła prawdę? Kłamała? Nieważne, zwiastowała kłopoty. Musiał już iść, zrobił krok w tył, ale wciąż jej palce zaciskały się na jego kurtce. Przełknął ślinę, napotykając znów jej proszące spojrzenie. Nie wiedział, co miał jej powiedzieć, nie mógł niczego obiecać. A jeśli to była pułapka?
— Ja nic nie wiem, nie mogę nic zrobić. Postaram się posłać to dalej — dukał, ciągnąć rękę w swoją stronę. Czuł, że parę innych osób im się przysłuchuje, chociaż nikt szczególnie się nie przyglądał. Zaczynał się denerwować. Ktoś zareaguje na to, był pewien. To była kwestia czasu. — Gdzie pani mieszka? — spytał w końcu, przełykając ślinę. Spytał szeptem, robiąc krok w jej stronę. — Lightwood Road 34 przez 2 — powtórzył po niej cicho, nie odrywając od niej wzroku. W końcu puściła jego rękę, kiwnął głową. Zaklął w duchu; nie był pewien, co to właściwie było. Nie był kimś kto wzbudzał w ludziach zaufanie. Zwykle ich od siebie odrzucał. Branie takich kobiet na litość to jedyna jego szansa, ale dziś - to było coś innego. Realny strach? Przebłysk nadziei? Czy to co powiedział to sprawiło? Czy była tak zdesperowana, potrzebująca? Czy próbowała go podpuścić? Odszedł od niej szybko, wciskając dłonie w kieszenie spodni, przechodząc na drugą stronę targu. Dostrzegł Steffena, ale nie zwrócił się do niego w oczywisty sposób. Stał przez chwilę, patrząc na towary. Później mu powie, jak będą odchodzić.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]08.03.22 23:56
Oddalił się od rozemocjonowanej staruszki, słysząc jeszcze jak tamta zaczyna szczebiotać z sąsiadką ze straganu - pieniądze, bank, co jeśli okradną, ananasy dla młodzieży - uśmiechnął się pod nosem, słysząc urywane słowa. Nie potrafił kokietować i wzbudzać w babciach rozczulenia, troskliwych spojrzeń, które rzucały czasem Thomasowi i Jamesowi. Umiał za to wejść w rolę uprzejmego młodego człowieka i doskonale kłamać, zwłaszcza, że budował swoje opowieści na własnym rzeczywistym doświadczeniu wyimaginowanego kolegi z banku. Nie wiedział, czy jego słowa wyrządzą Ministrowi realną szkodę, ale kojarzył, że im więcej ludzi zacznie gromadzić pieniądze u siebie, tym bardziej mogą zachwiać i tak niestabilnym już rynkiem. Przede wszystkim zależało mu jednak - szczerze - na bezpieczeństwie oszczędności tej staruszki i na zasianiu w sercach mieszkańców Derbyshire braku zaufania do instytucji podlegających Ministrowi. Bank, choć w teorii neutralny, rekwirował już majątki czarodziejów (przeważnie o mogolskich korzeniach), którzy w panice sprzedawali swoje mieszkania w stolicy. Niby dla dobra ekonomii, ale przecież dla Ministra. Steff stracił zaufanie do własnego miejsca pracy i spróbował podburzyć je tutaj, wśród mieszkańców Derbyshire. Niech plotka idzie dalej. Bank i tak płacił mu stałą pensję, trochę strat nie godziło bezpośrednio w niego samego, a poza tym pałał do goblinów coraz mniejszą lojalnością. Trudno być lojalnym, gdy byle wpadka może owocować listem gończym, a takowy - drastyczną zmianą prospektów zatrudnienia.
Słyszał dźwięk harmonijki - jedynym, który mógł tutaj grać, był Tomek. Doskonale. Nie tracąc go z uszu wiedział, że wszystko w porządku. Zerknął przelotnie w stronę młodszego Doe, tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Zauważył, że niektórzy ludzie go szukają, ale inni zaczynają odchodzić w reakcji na coś, co powiedział. To go zaalarmowało - nie powinni wzbudzać zbyt wiele uwagi, chyba czas się zwijać. Spróbował złapać z Tomkiem kontakt wzrokowy, a potem wymownie wskazał podbródkiem boczną uliczkę między domami, za straganami. Tam na nich poczeka, z dala od oczu innych. Zaklęcie zapewniło im względną anonimowość, ale i tak lepiej, by nie widziano ich razem - gdy pracowali samodzielnie, ich opowieści nabierały większej wiarygodności, mnożyły się.
Dostrzegł Jamesa - chyba później od młodszego Doe. Czekał, przy straganach. To akurat było proste, Jim patrzył już na niego w podobny sposób od lat. Gdy czekał na ściągi, na relację z dokuczania Connorowi, na pytania z zeszłorocznego egzaminu. Steff ruszył w jego stronę, ale wzrok miał utkwiony gdzieś w straganach, tak jakby nie znał Jamesa. Trącił go barkiem, przechodząc. Coś, czego wolałby nie robić jako nieznajomy (Jim nie reagował dobrze na takie rzeczy...), ale w podobny sposób wsuwał mu do kieszeni ściągi lub szeptał w które skrzydło zamku odciągnie panią Norris. -O przepraszam. - mruknął i dodał ciszej. -Za pięć minut, na lewo, między domami. - ruszył w tamtą stronę, a potem poczekał w zaułku na przyjaciół. Przybył tu jako pierwszy, chcąc upewnić się, że nikogo tu nie ma - i podświadomie chcąc znaleźć się w centrum jakichkolwiek kłopotów (oraz pozycji do obserwacji, czy ktoś śledzi braci Doe) zanim dotrą tu przyjaciele. James był w tym nowy, Tomek nawet nie wiedział, dla kogo i co tu robi. Steff czuł się za nich odpowiedzialny, choć to uczucie było nowe, obce - kiedyś nie potrafił się przecież pojedynkować, po prostu zaczął, z konieczności. Najpierw u jego boku był Bertie, potem Alex, teraz już ich nie było - za to on z niedowierzaniem i pewnym oszołomieniem wszedł w rolę starszego stażem Zakonnika przy Jimie i nieświadomym Tomku. I choć zawsze robił z nimi psikusy jak równy z równym, to tym razem miał świadomość, że musi - i chce - czuwać nad ich bezpieczeństwem.
Na szczęście, było czysto.
-I jak? - zagaił, gdy dołączyli do niego koledzy, jeden po drugim. -Chyba nie wzbudziliśmy nadmiernych podejrzeń, zresztą większość mieszkańców z którymi rozmawiałem, już jest nastawiona do Ministerstwa z antypatią. - ktoś wciąż mógł na nich donieść lub się bać, ale po pierwsze nikt nie zapamięta ich twarzy, po drugie zaraz ich tu nie będzie, a po trzecie byli w Derbyshire, nie w Londynie. -Nauczyłem dzieci zabawy w deptanie Ministra. - pochwalił się, choć z perspektywy to rozmowa z plotkarską staruszką miała szansę zaprocentować bardziej. Powaga powagą, ale przy przyjaciołach mógł się trochę powygłupiać. -Chodźmy, teleportujemy się tam dalej. U was coś ciekawego? - zagaił, aż wreszcie nie mógł pohamować ciekawości zżerającej go od dawna. Zarzucił pewien temat tylko dlatego, że mieli pracę do wykonania i nie mieli czasu na plotki godzinę temu, ale teraz... -Tomek, porąbało cię? Zapraszać Nealę na randkę?! To dziecko, a jej brat urwałby ci głowę. - zmarszczył lekko brwi, wyraźnie oburzony. Lubił Tomka, ale po pierwsze umówił mu całkowicie sensowną randkę z której nic nie wyszło, a po drugie to przecież tak, jakby zaprosił na randkę siostrzenicę Harolda Longbottoma! Sir Brendan plasował się w hierarchii osób godnych podziwu tuż za prawowitym Ministrem. -Jeszcze raz gratuluję pracy, Jim! W porządku płacą? - zatroskał się bez śladu ironii, Weasleyowie byli biedniejsi od innych rodów, o czym dowiedział się stosunkowo niedawno, gdy zaczął na poważniej interesować się polityką i historią magii. Przespał w Hogwarcie zajęcia o majątkach rodów i kwestia ekonomii Devon trochę nim wstrząsnęła, nigdy nie podejrzewał, że lord Brendan był biedniejszy od lorda Ollivandera. Może był bogatszy duchem? Od konserwatywnych szlachciców na pewno! Mówił zniżonym głosem, nie wspominając nazwisk i wyprowadzając kolegów z miasteczka. Gdzieś w zaułku pisnął szczur, a Steffen spojrzał na niego z sympatią, żałując, że nie ma w kieszeni ani okruszka chleba. Może jeszcze tu wróci. Jako szczur, bo inaczej będzie musiał kupić te obrusy.


intellectual, journalist
little spy

Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]10.03.22 14:07
- Nie wiem, dlatego pytam czy są mniejsze. Skoro je ktoś ma tak wiesz, w domu to muszą być chyba mniejsze od smoków? - odpowiedział, zaraz marszcząc brwi, słysząc i widząc jak brat na niego naskakuje. Niczego w końcu nie zrobił, chciał naprawić to co popsuł wcześniej w kwestii Neali, a że wyszło jak wyszło...
- Dziewczynka na ciebie nakrzyczała? Oh nie, no co ci opowiedziała takiego? Chętnie posłucham - rzucił, a później wywrócił oczami. Randkę? Naprawdę... Może powinien wtedy sprecyzować, że nie jest nią zainteresowany w ten sposób. Była ładna, ale jak już James sam zauważył, próbował się oświadczyć nie tak dawno... - Pierdolisz i ty, i ona. Jak zauważyłeś, chciałem się oświadczyć Kerry. Naprawdę uważasz, że chciałbym zrobić coś i Neali? - rzucił z wyrzutem, nie mając zamiaru się tłumaczyć. Może i wszystko wyszło... nie tak. Ale na pewno nie musiał się tłumaczyć z tego co miało miejsce, a już na pewno nie przed własnym bratem! Na litość Merlina, James powinien być po jego stronie!
Chociaż może to kwestia... tego że wtedy poszedł za Eve? Że znów się wtrącił? To o to przecież się pokłócili, powiedziała mu wtedy. Czy jego młodszy brat naprawdę myślał, że on i Eve mogliby ukrywać przed nim coś takiego? Że coś podobnego w ogóle mogłoby mieć miejsce między nimi? To o to był na niego wciąż zły..? Szukał pretekstów, żeby się do niego doczepić? Wytknąć mu coś?

Rozmowy i plotki sprawdzały się świetnie. Tak jak wymyślanie bajek, ciągnięcie ludzi za języki - uwielbiał to robić, bo wiedział że ludzie potrzebowali czegoś innego niż prawdy. Budziło to w nich emocje, chcieli dyskutować i plotkować, i wyobrażać sobie rzeczy w o wiele ciekawszych kolorach niż te były w rzeczywistości. Plotki, pogłoski, wymyślanie bajek i historii było czymś, co sprawiało mu przyjemność - i było dla niego łatwe. Wciskanie ludziom informacji, których nie byli w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć przy jednoczesnym znajdywaniu tego, w co oni chcieli wierzyć. Ludzie w porcie chcieli wierzyć w to, że szlachta karmiła ich zupą z trupa, że byli okrutni i nie troszczyli się o nich - bo w końcu gdyby było inaczej, oddaliby im wszystko, prawda?
- To po to te wszystkie egzekucje. Przeciwników rządu... Nikt im by się nie sprzeciwiał, gdyby nie chcieli mordować niewinnych, to ci powiem Stone, dokładnie to co ci zawsze powtarzam i ty też powinieneś swoim dzieciakom powtarzać. Wiesz co się stało w Stoke-on-Trent, było blisko! Nie mów mi, że nie widzisz tych ludzi, którzy uciekli tutaj do nas... -ciągnęła kobieta, kręcąc głową. Thomas jedynie spoglądał to na nią ostrożnie, to na mężczyznę, kiwając głową. Ludzie wiedzieli, informacje podróżowały szybko, szczególnie te wywołujące emocje.
Pamiętał te widoki, już jakiś miesiąc temu. Te wioski, te ciała...
- Ci poszukiwani im pomagają, z listów za których są nagrody - rzucił, chociaż wcale nie musiał. Ani Michael, ani Samuel wtedy... Oni nie byli straszni, nie tak straszni jak myśl o strażnikach w Tower czy innej celi. Było w nich coś, co powodowało u niego, że wolał może nieco czujniej obserwować swoje ruchy, nie chciał ich denerwować, ale nie był to stres, który go paraliżował w pełni. Nawet kiedy Tonks wtedy wdarł się do ich domu, później podczas treningu... Naprawdę nie wydawało mu się, aby to byli źli ludzie. Ich obecność nie powodowała, że bał się o swoje życie, że się obawiał, że niezależnie od tego jak się zachowa to oni wyrządzą mu krzywdę. - Tym, którzy tam uciekają... I tym, którzy nie dali rady.
- Widzisz Stone? Nie możesz wierzyć wszystkiemu co ci piszą w tych gazetach!
- No nie wiem... Lepiej wierzyć jakiemuś chłopaczkowi, który... - kiedy dwójka skupiła się na rozmowie, Thomas powoli wycofał się, słysząc jeszcze jak chcieli zapytać o pytanie, jak znów zaczęli dyskutować. Ale wiedział, że i ludzie wokół, ci którzy stali przy straganach nawet jeśli nie włączyli się do rozmowy, słyszeli to o czym rozmawiali. Tyle wystarczyło, to że będą słuchali i może coś zapamiętają.
Odszukał Steffena i Jamesa, dołączając do nich z rękami utkwionymi w kieszeniach kurtki. Wydawało mu się, że wszystko było w porządku. Szeroko się uśmiechnął, zaraz kręcąc lekko głową.
- Nie, nie, nic szczególnego. Tak jak mówisz, ludzie raczej nie lubią tutaj ministerstwa. A ty? Zrobiłeś jakieś zdjęcia ciekawe? - dopytał luźno, ale kiedy Steffen poruszył znów temat Neali, spiorunował go wzrokiem wyraźnie niezadowolony.
- Nie zaprosiłem jej na randkę, wypchaj się Steffen - odburknął, zaraz przenosząc wzrok na Jamesa. - Nawet się nie odzywaj na ten temat. Nie mam zamiaru tego słuchać - ostrzegł brata, kierując się po prostu dalej. Skoro wykonali tutaj zadanie, powinni już wracać do domu, prawda? Nie mieli wiele więcej do roboty tutaj.



Am I hurting? Am I sad? Should I stay, or should I go? Will there ever be a place for the broken in the light?
If I make another move there'll be no more turning back; If I find a way to change, if I step into the light...
then it all will fade away
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]12.03.22 21:26
Rozglądał się po straganach, nie potrafiąc wyrzucić z pamięci ani wzroku ani uścisku tamtej kobiety. Kobiety, która była napastliwa — nie doświadczył w swoim życiu podobnej sytuacji. Zawsze to on uznawany był za takiego. Zawsze to on był obwiniany za zawracanie ludziom głowy. Dlatego też starał się nie być zbyt nachalny względem kupców i handlarzy, czujnie i zachowawczo podchodząc do tematu. Nie chciał by ktokolwiek zauważył, że się starał. Musiał sprawiać wrażenie kogoś kto coś wie, ale mówi to bez głębszych intencji, ale ta kobieta... Wyglądała jakby naprawdę potrzebowała pomocy, a odważyła się to przyznać dopiero, gdy od niechcenia wspomniał o Zakonie. Myślał o tym też wtedy, gdy przysłuchiwał się rozmowom na straganach. Zdawało się, że ich taktyka działała, ludzie zaczęli rozmawiać między sobą, podnosić ważne kwestie —n najważniejsze by to wszystko poszło dalej. Niech rozmawiają z rodzinami, a rodziny ze znajomymi. Niech dyskutują, niech podnoszą temat, rozpowszechniają informacje. Złość skierowana w stronę rządu, nadzieja w stronę ludzi takich jak Marcelius czy Steffen chyba mogła im pomóc. Nie do końca w to wierzył, był raczej przekonany o tym, że faszeruje ich kolejnymi bzdurami, które mają pomóc mu osiągnąć cel. Oni wszyscy pieprzyli to samo, po jednej i po drugiej stronie, ale co do jednego musiał się zgodzić — ktoś musiał zakończyć krwawe rządy Malfoya i tych wszystkich barbarzyńców, którzy rozpętali piekło.
Gdy tylko Steffen szturchnął go barkiem, zadarł brodę i z nieprzychylną miną spojrzał na niego, jakby chciał obrzucić go błotem. Nie powiedział jednak nic, łapiąc w mig jego przesłanie i wiadomość. Pokręcił się jeszcze chwilę między ludźmi, bardziej przyglądając się jedzeniu przy straganie obok niż obrusom — nawet do nich nie podchodził. Tylko mistrz intrygi od siedmiu boleści wpadłby na pomysł, by wśród samych kobiet zachwycać się jakimś tak skrawkiem materiału, wybrał więc to, co oczywiste — żarcie. Mężczyźni zawsze woleli żarcie od wszystkiego innego. Ewentualnie piwo. Ruszył w umówione miejsce później, docierając już do Steffena i Thomasa z mocno wciśniętymi dłońmi w kieszenie. Obejrzał się za siebie, by upewnić, że nikt ich nie obserwuje i nie zacznie łączyć faktów.
— Właściwie to... — zaczął, ale nie był pewien, jak podjąć temat przy bracie, ale nim postanowił machnąć na to ręką i się odezwać powrócił temat Neali.
— Nie jest dzieckiem, jest panną, Steffen — skrzywił się na samą myśl i posłał kumplowi przeciągłe, pełne niezrozumienia spojrzenie. — Ma biust? Talię? Chyba ma to chyba nie jest dzieckiem — wymamrotał przewracając oczami. Zerknął na Thomasa, czując jak robi mu się gorąco. Nie ze wstydu. Ze złości. Zacisnął szczękę — nienawidził, kiedy Thomas to robił. Kiedy sprowadzał go do poziomu niewiele wartego frajera, dupy a nie faceta. Popchnął go więc rękami. — Zamknij się! I wiesz co? Pieprz się, nic ci nie powiem — dodał naburmuszony i pokręcił głowa. — Och, brawo. Oświadczyłeś się jak pieprzony desperat i dała ci kosza, wow. Tonący brzytwy się chwyta — zadrwił, posyłając bratu krótkie spojrzenie. Nie wierzył w to, Thomas nie był taki, ale nie szkodziło powiedzieć to głośno. — I Neala też ci dała kosza. Drugi raz. Sięgasz dna, Tom — dodał zdegustowany i ruszył , klepiąc Steffena w ramię, by też nie zwlekał. Potarł nos palcem, zamierzając wrócić do tematu. — Steff, tam przy jednym straganie zaczepiła mnie kobieta. Starsza. Powiedziała, że jest w trudnej sytuacji, pytała o Zakon. Czy to prawda, że pomaga ludziom, że zabiera ich w bezpieczne miejsce. Powiedziała, że Zakon musi zjawić się w Derby, ma dwie córki i trójkę wnucząt, ich mężowie zostali zabici w Londynie, wyniosły się do niej po Bezksiężycowej Nocy. A jej sąsiedzi raczej popierają władzę, ona jest mugolaczką. Nie ma się gdzie podziać. Boi się, że się dowiedzą i zabiją je wszystkie. Nie wiem, Steff, nie wyglądała jakby kłamała. Raczej jakby naprawdę miała nadzieję — wyjaśnił mu, wcale nie próbując być ciszej z powodu Thomasa. Było mu wszystko jedno czy i jak się dowie. Może najwyższa pora. — Podała mi też swój adres. Lightwood Road 34 przez 2. — Zamilkł na chwilę, idąc przed siebie. — Sprawdzicie to? — spytał jeszcze po chwili, kiedy się zatrzymali, by deportować się do Doliny. Spojrzał na Steffena, sam nie do końca pewien, co o tym myśleć, a później zerknął na brata i przewrócił oczami.
Wszyscy deportowali się do domu.

| rzucam na popchnięcie Thomasa i ztx3


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Miasteczko Buxton [odnośnik]12.03.22 21:26
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 61
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Miasteczko Buxton - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Miasteczko Buxton
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach