Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Mare Catherine Greengrass
AutorWiadomość

Mare Catherine Greengrass née Prewett

Data urodzenia: 5 czerwca 1931
Nazwisko matki: Selwyn
Miejsce zamieszkania: Derby, Grove Street 12
Czystość krwi: Czysta szlachetna
Status majątkowy: Bogaty
Zawód: Arystokratka, mecenas nauki
Wzrost: 160 cm
Waga: 50 kg
Kolor włosów: Rude
Kolor oczu: Zielone
Znaki szczególne: Tafla gęstych, płomiennorudych włosów sięgających do pasa; alabastrowa cera pozbawiona niedoskonałości; wysokie kości policzkowe; nieco wydatny podbródek.


Pamiętam, jak dziadek Bren brał mnie na kolano, a lewą ręką asekuracyjnie przytrzymywał stojącą na ciemnozielonej kanapie przy jego boku Procellę.
— Nasze nazwisko, Prewett... — mówił, a jego spojrzenie skrzyło z dumy, ogniki zapalczywości tańczyły w zielonych tęczówkach — Pochodzi od średnioangielskiego "prou". Odważny, dzielny... Końcówka —et stanowiła zdrobnienie. Idealne miano dla kogoś takiego jak wy.
Pomarszczony palec dotknął bliźniaczo podobnych, jasnych nosków. Bujne wąsy wygięły się w odpowiedzi na szeroki uśmiech.
— Małych, lecz odważnych.
Trójka spojrzeń, jak na komendę, spoczęła na ustawionym w honorowym miejscu Orderze Merlina.


Lacus, Fluvius, Procella, Mare, Roratio.
Chłopcy przychodzili samotnie.
Dziewczynki chodziły parami.
Procella zawsze biegła pierwsza. Tak, biegła, ja kroczyłam za nią, stawiałam kroki na tyle prędkie, o ile pozwalały mi zdobne sukienki. Zaraz za nami szła najczęściej guwernantka o długich włosach przyprószonych siwizną, stara pani Salley, innym razem nasza mama. Zawsze towarzyszyła nam para czujnych oczu, rodzice dokładali starań, by każda minuta naszego dnia została odpowiednio zaplanowana, by pod kaskadami długich, rudych włosów nie pojawiło się pojęcie nudy. Bo nudę można było zabijać, a dziecięca wyobraźnia za nic miała sobie jeszcze niewyraźne, niedookreślone granice własnego bezpieczeństwa. Troska przeplatana strachem okryła nas wszystkich, jak ciepły koc w jesienny wieczór.
Dlaczego tak było, dowiedziałam się dużo, dużo później.

Mama uwielbiała pleść nasze włosy. Moje chyba nieco tylko bardziej, bo nie wyrywałam się spod grzebienia i wstążek, w odróżnieniu od starszej siostry. Mogłyśmy tak spędzać całe niedzielne poranki, do czasu aż za zamkniętymi drzwiami nie usłyszałyśmy tupotu dwóch par stóp, Fluviusa i naszego ojca. Mama za każdym razem mówiła, że w jej snach wciąż biegną razem — jej dwaj słodcy chłopcy, Jezioro i Rzeka. Ręka jej wtedy drżała, wstążka nie została zapleciona równo; patrzyłam na siostrę, gdy obie wstrzymywałyśmy oddech. Burza naciskała, Morze łapało słone łzy kobiety, która przez całe życie była ogniem. Mżawka dopiero zaczynała gromadzić się pod jej sercem.
— Masz trzech braci — mówiła, gdy w jej ramionach pojawiło się zawiniątko z kolejną malutką istotką. Dużo się wtedy szeptało, bo dzieciątko nie znosiło hałasu i wybudzało się nawet od dźwięku odstawianej na spodek filiżanki.
— Lacusa, Fluviusa i Roratio. Mogę go zobaczyć?
Stawałam wtedy na palcach, choć mama obniżała trzymane zawiniątko do mojego poziomu. Był taki uroczy! Choć gdy dziś na niego patrzę, nie mogę się nadziwić, że z tamtego małego zawiniątka urósł ktoś tak dzielny i silny jak on.

Gdy widziałam, że wesołe usposobienie ojca skryte było za kolejną woalką smutku, robiłam wszystko, co mogłam, by poprawić mu humor. Wdrapywałam się na ojcowskie kolana, ręce zarzucałam na szyję, a blade policzki obsypywałam tysiącami pocałunków, za siebie i siostrę. Gdy poradził mi, bym skupiła się na nauce, nie pocieszaniu (wciąż nie wiem, czy to wina ojcowskiej wstrzemięźliwości, moich słabych umiejętności podnoszenia nastroju, czy z troski o edukację), przyjęłam radę do serca. Pani Salley musiała maczać w tym swe krótkie, ale zwinne palce, bowiem już następnego dnia, po kolejnej lekcji z historii magii posadziła mnie i siostrę na tej samej kanapie, na której wcześniej siedział skupiony Fluvius, a do rąk wręczyła nam igły, tamborki, tkaniny i nicie. Pierwszy raz pozostawiał wiele do życzenia — krzywe ściegi, konieczność cofnięcia kilku z nich, prosty obrazek przedstawiający rodową paproć nie prezentował się szczególnie dumnie. W dodatku ukłułam się kilkukrotnie w palec, ale to przez własną nieostrożność. Postanowiłam wtedy, że do czasu wyjazdu Fluviusa do szkoły wyszyję mu wreszcie perfekcyjną chustkę do nosa. Żeby o mnie nigdy nie zapomniał!

Do czasu, aż przyszło nam go pożegnać, wyszywaną chustkę miał już każdy mieszkaniec Weymouth. Uznawałam ją za drobne odszkodowanie za horror, który musieli przeżywać w pierwszych latach pobierania przeze mnie lekcji śpiewu. Ale ja tak bardzo pragnęłam się uczyć! Bo cóż to za lady, która nie potrafi zaśpiewać dziecku kołysanki tak pięknej, że małe oczka skryją się bezpiecznie za zasłoną powiek? Roratio zresztą kiedyś faktycznie zasnął, gdy śpiewałam mu kołysankę! Ale Procella mówiła wtedy, że zanudziłam biedaczka do tego stopnia, że nie miał innego wyjścia, jak tylko zasnąć... Może i bym jej uwierzyła, gdyby nie to, że dziadek Bren każdego dnia mówił, że śpiewam lepiej, niż dzień wcześniej. Och, przecież marzyłam o tym, byśmy mogły kiedyś śpiewać razem. Lecz gdy ja zjawiałam się w salonie muzycznym, ona uciekała gdzieś na dziedziniec, w ogrody... A czasem lepiej nie wiedzieć, co dzieje się w cieniu drzew, dla własnego spokoju.

Rosłam — rosłyśmy — prędko i zdrowo. W pewnym momencie uznałam nawet, że może warto byłoby zaryzykować i zgodzić się na jakiś pomysł kochanej Procelli. Nauczyła mnie wspinać się na drzewa, choć przypłaciłam to zdarciem ślicznej, nowej pończoszki i ubrudzeniem dołu sukienki. Ale mimo nerwowych upominań mamy i wewnętrznego lamentu nad własnym stanem, bardzo cieszyłam się z tej możliwości. Takie figle zbliżyły nas do siebie jeszcze bardziej. Procella chyba też zauważyła, że może mi w pełni zaufać — nie miałyśmy przecież nikogo bliższego w świecie, ale miałam wrażenie, że ciężko jest jej dopasować się do tego, jaką chcieli widzieć ją rodzice i pani Salley. Zawarłyśmy więc tajny pakt; ukrywałam jej wędrówki na sam skraj naszych włości, pomagałam w haftowaniu, pokazywałam jak zabrać się do pierwszych pobrzękiwań na harfie. Ona uczyła mnie latać na miotle, jak nie piszczeć na widok dużej żaby, czy wyjątkowo włochatego pająka oraz co zrobić, by rodzice jak najdłużej nie dowiedzieli się o kolejnym rozerwanym szwie w sukience, bo akurat zahaczyłyśmy się o gałąź.


Aż wreszcie, w nasze jedenaste urodziny, sowa przyniosła dwa listy informujące o przyjęciu Mare oraz Procelli Prewett w poczet uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Nie nadmieniłam jeszcze, że magia obudziła się we mnie całkiem wcześnie, bo jeszcze przed trzecimi urodzinami — nie pamiętam tego, więc muszę posiłkować się opowieścią mamy — gdy pewnego popołudnia zostawiła mnie mama na moment samą w saloniku muzycznym. Wyszła tylko po zapisy nutowe, których zapomniała, a gdy wróciła, wszystkie instrumenty w pokoju wygrywały moją ulubioną kołysankę. Słowa nie potrafią oddać pełni dumy, którą czułam, gdy mogłam wreszcie chwycić kuferek w lewą rękę, w prawej dzierżyłam nowo zakupioną różdżkę. Przed sobą miałam całkiem nowy świat, który tylko czekał na odkrycie, a za plecami — nieocenione wsparcie rodziny. Fluviusa i Procelli, ale też tej złoto—czerwonej, gdyż Tiara Przydziału nie wahała się nawet chwili. Gdy tylko spoczęła na mych skroniach, wykrzyknęła "Gryffindor"! Poczułam się wtedy niezwykle lekka; bałam się chyba, bardzo skrycie, że trafić mogę do domu zgoła innego i będę musiała radzić sobie sama. Lecz Gryfoni przyjęli mnie zaskakująco miło. Wszyscy przecież byliśmy do siebie podobni, prawda?

Wsparcie okazało się szczególnie ważne, gdy przez szkołę przetaczały się pierwsze, ostrożnie ściszone głosy. Gdy pierwszoroczniacy tacy jak ja zmykali pod nadzorem prefektów do dormitoriów, a na szkołę padł blady strach, gdy życie straciła jedna z uczennic. Rozmawiałyśmy o tym z Procellą dużo; ona mówiła, że nie do końca wierzy w winę chłopaka, na którego zrzucono odpowiedzialność za tę tragedię. Też chciałam nie wierzyć — bo po co miałby to robić? Ale na świecie było przecież dużo niesprawiedliwości. Dzieci, które nie powinny wpaść w ramiona śmierci, a jednak... Prosiłam wtedy siostrę, by uważała na siebie, by nie wymykała się z naszego dormitorium, bo wtedy przecież nie pomógłby nam nawet brat. Byłam wtedy dumna, że nie dałam ponieść się emocjom. Bo gdy tamten chłopak zniknął ze szkoły, sprawa ucichła, a szkoła powróciła do takiego rytmu, który nazywany był przez starszych uczniów "normalnym".

Było jednak spokojnie; mogłam więc spokojnie oddać się nauce oraz spędzać czas z przyjaciółmi, których raczyłam spontanicznymi rozmówkami po francusku (ten nawyk pozostał we mnie jeszcze długo po rozpoczęciu szkoły, a swe źródło miał w popołudniowych lekcjach ze starym guwernantem), ciepłym słowem i przepełnionym wesołością śmiechem. Starałam się nie zamykać wyłącznie na ludzi podobnych mnie — wiele w tym zasługi Procelli, bo to ona zawsze była odważniejsza i z początku to właśnie dzięki niej przełamywałam się do rozpoczęcia konwersacji sama z siebie. Powoli wpadłam w wir znajomości wszelakich. Nawiązywanie kontaktu przestało sprawiać mi problem dopiero w okolicach trzeciego roku nauki; od tamtego czasu poświęcałam czas na doskonalenie się w sztuce konwersacji oraz składnego, choć grzecznego przekazywania własnego zdania oraz przekonywania do własnych racji. Każdy, kto spędził lata swej nauki w domu lwa wiedział, jak trudne bywało czasami przekonanie Gryfonów do swych racji. Pojedyncze porażki nie złamały mego ducha, zamiast tego zmotywowały mnie do gorętszych starań i pozwoliły zebrać doświadczenie na przyszłość.

Przyszłość, na której kształt miał wpływ mój brat Fluvius. Choć właściwie nie on jeden, bo jeszcze nasz drogi pan ojciec. W pewnym momencie nie mieli innego tematu do rozmów przy obiedzie niż uzdrowicielstwo wszelkiego rodzaju i praca (przyszła lub obecna) w Św. Mungu. Nie rozumiałam oczywiście wszystkich zawiłości, którymi przerzucali się nad niedzielnym indykiem, ale samo ich słuchanie było tak niezwykle zajmujące, że w wakacje po czwartym roku nauki niemal cały czas spędzałam nad książkami z ojcowskiej biblioteki. A jeżeli nie z nimi, to w wyborowym towarzystwie starszego brata w prawie sielankowej scence rodzajowej. Wspinałam się bowiem na gałęzie rozległej lipy rosnącej w naszym ogrodzie wraz z jego podręcznikiem, Archibald (wreszcie zgodziłam się go tak nazywać!) zasiadał wtedy zaraz pod nią. Na rozgałęzieniu obok mnie stawiałam wiklinowy koszyk, w którym chowaliśmy przekąski, podręczniki do anatomii i szyszki. Zadawałam pytania, on odpowiadał. Za każdą złą odpowiedź jedna z szyszek zderzała się z rudą czupryną, a katem byłam nie do przejednania. Uczyłam się wtedy razem z nim, choć nie chciałam chadzać ścieżkami, które obrał dla siebie on i nasz tata. Nie dla mnie była toksykologia i urazy związane z magicznymi stworzeniami. Czasami milkłam na dłuższe momenty, mój wzrok odruchowo szukał biegającego w oddali Roratio. Archibald rzucał wtedy szyszką i we mnie, oczywiście w ramach żartu. Ale w mojej głowie rodził się przecież wielki plan o tym, by zostać uzdrowicielem ze specjalizacją pediatryczną.



Droga ta nie mogła być łatwa i nie była; w szkole najlepiej radziłam sobie co prawda z historii magii oraz obrony przed czarną magią, lecz najbardziej okrojenie czasu poczuły przedmioty, w których nie brylowałam oraz latanie na miotle. Musiałam jednak skupić się na tym, by na OWUTEMach zebrać jak najlepsze oceny z przedmiotów, które umożliwiłyby mi dostanie się na kurs uzdrowicielski. Całe szczęście, że mogłam raz jeszcze korzystać na doświadczeniu brata. Kilka trików, wiele nieprzespanych nocy, ale wszystko — całe szczęście! — skończyło się dobrze. Skończyłam szkołę, oznajmiłam rodzicom moje plany na przyszłość. Spodziewałam się po nich lepszej reakcji, akceptacji planów, gdyż od razu zaznaczyłam, że kurs uzdrowicielski był moim największym marzeniem, a jego kontynuacja byłaby zależna wyłącznie od woli przyszłego małżonka i ich własnej. Byli nieubłagani, ale również łagodni. Zamiast całkowicie odciąć mnie od pasji, która chcąc nie chcąc przejęła kilka lat mego życia, zaproponowali tymczasowo rozwój we własnym zakresie. Ojciec skorzystał również z własnych znajomości, pozwalając mi na spotkania z wieloma utalentowanymi uzdrowicielami. Zadawałam im chyba setki pytań; odpowiadali na nie cierpliwie, choć momentami bywały raczej naiwnymi marzeniami bogatej panienki, czasami zauważali słuszność mych przemyśleń. I to te właśnie chwile, w których mogłam poczuć wspólnotę myśli, wspólny cel przyświecający adeptom magimedycyny utwierdziły mnie w przekonaniu, że wciąż mogę mieć wpływ na rozwój tej dziedziny nauki. Nie taki, jak wcześniej sobie założyłam, ale "inny" w tym przypadku nie oznaczało "gorszy".

Wciąż oddawałam się śpiewowi i grze na harfie, tylko po tamborek sięgałam nieco rzadziej, chyba tylko wtedy, gdy miałam wysyłać Roratio kolejne prezenty do szkoły. Gdzieś wokół gnał świat, pojawiały się pierwsze napięcia; jestem pewna, że czuli je wszyscy, nawet w Weymouth, ale byłam przecież wtedy wciąż młodą panienką! Marzyłam więc o wielkiej miłości, takiej od pierwszego wejrzenia, o której piszą w książkach i która już zawitała w progi naszej rezydencji wraz ze słonecznym uśmiechem Lorraine. Nim się spostrzegłam, miałam 20 lat. Był rok 1951, zbliżał się Sabat, a ja trajkotałam Procelli nad uchem, że to na pewno będzie ten Sabat, po którym rodzice oznajmią nam, kim są nasi przyszli mężowie. Nie wiem, czy mówiłam to, bo naprawdę w to wierzyłam, czy może obawiałam się, że tak nie będzie i że z każdym mijającym rokiem zbliżamy się niebezpiecznie do wieku, w którym łatka starych panien będzie nam pasować coraz bardziej.
— To tyle zajmuje, bo tata chce być pewien, że trafimy na dobrych mężów, kochana!

Gdy go zobaczyłam, moje serce się zatrzymało. Nie był w niczym podobny do chłopców w moim wieku, którzy czasami zostawiali mi liściki ze składnie skreślonymi deklaracjami, innym razem z gorącymi wyznaniami. Był dojrzalszy, na pewno starszy. Dopiero później dowiedziałam się, że był ode mnie o dziesięć lat starszy, ale to nie miało żadnego znaczenia. Ścisnęłam dłoń siostry jakoś mocniej, spytałam się, co o nim sądzi. Ale nie pamiętam już, co mówiła, bo tylko szumiąca krew, szumiąca krew i bicie rozkołatanego, porwanego ponownie do biegu serca zostało w mej głowie. Nie był sam, był z nim jeszcze jakiś młodszy mężczyzna, uznałam, że musi to być jego brat, nie byłoby to przecież dziwne. Przez większość wieczoru starałam się nie zerkać w ich kierunku, lecz nie poszło mi to szczególnie dobrze. Bo podszedł wreszcie do mnie, skłonił się szeroko i zaprosił do tańca. Lord Elroy Greengrass. Gdy podarowałam mu taniec — pierwszy, drugi, trzeci — nie mogłam przestać myśleć o tym, jak cudownie byłoby, gdyby to właśnie on został moim mężem. Jak cudownie byłoby darować mu każdy taniec świata, utopić się w jego oczach, skryć za nim jak za tarczą, by był moją bezpieczną przystanią. W bogactwie i biedzie, w zdrowiu i chorobie.

Lecz taniec dobiegł końca, grajkowie przestali grać, a ja musiałam powrócić do szarej rzeczywistości. Spytałam się raz mamy, czy ojciec nie wspomniał jej może o planach na me zamążpójście. Uśmiechnęła się wtedy szeroko, po czym dotknęła czubka mego nosa, zupełnie tak samo, jak dziadek Bren przed laty. Kazała się nie martwić i zapewniła, że na najlepsze rzeczy należy czekać. Sam przypadek był według niej zbyt chwiejną podstawą pod budowę szlacheckiej rodziny. Wtedy odebrałam to jako odmowę, bałam się, że oznaczało to nici z następnego spotkania z lordem Greengrass. Ale mimo to, na kolejny Sabat szykowałam się przecież jeszcze mocniej. W rude włosy wplotłam sobie gałązki rodowej paproci, Procella pomogła mi wcisnąć się w najciaśniejszy z gorsetów, który miałyśmy do dyspozycji. Dwie godziny dobierałam makijaż do okazji, wznosząc gorące życzenia, by los oszczędził im wilgoci, bo wtedy przecież włosy się napuszą. A najbardziej bała się, że gdy wejdę na salę ponownie, zastanę go. Ze złotą obrączką kłującą w oczy i inną kobietą, którą trzymał pod ramię.

Gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam dreszcze. Ruszył on bowiem wprost do miejsca, które zajmowała moja rodzina. Przerażona spojrzałam na ojca, lecz on wydawał się zupełnie spokojny i nawet zadowolony, jakby dobrze wiedział, do czego zaraz dojdzie. Patrzyłam na niego tylko szeroko otwartymi, zielonymi oczami, gdy rozmawiał z moimi rodzicami, gdy oficjalnie prosił ich o moją rękę. Zgodzili się, a wtedy klęknął przede mną i zadał jedno pytanie:
— Lady Mare, czy uczynisz mi ten zaszczyt?
Oczywiście, lordzie Greengrass. Z największą przyjemnością. Ten i wiele więcej.
Ślub odbył się wczesnym latem. Miałam dwadzieścia jeden lat, byłam zakochana bez pamięci w człowieku, o którym nie wiedziałam prawie nic. Ale czy to stanowiło jakąkolwiek przeszkodę? Och, zupełnie nie!



Prawdziwą przeszkodą okazała się przeprowadzka do Derbyshire. Wiedziałam, że ród Greengrass zajmuje się między innymi rezerwatem trójnogów edalskich, lecz gdy człowiek jest młody i zakochany, nawet traumy rodzinne można przesunąć na boczny tor. Nie mogłam jednak ignorować obecności bestii, gdy były tak blisko, gdy to właśnie nimi zajmował się mój mąż i jego krewniacy. Zaszyłam się na Grove Street 12, odmawiając wyjścia na zewnątrz z obawy przed smoczym atakiem. Wiedziałam, że Elroy nie zrozumie. Dla niego smoki zawsze były niemal tak ważne jak członkowie własnej rodziny, lecz wiedząc, pamiętając co stało się z Lacusem, nie mogłam... Po prostu nie mogłam nie drżeć ze strachu na ich widok. Nie chciałam, by miał z nimi cokolwiek wspólnego. Przecież jemu też mogły zrobić krzywdę!

Nie wiedziałam, jak przekazać mu to klarownie; że to ze strachu mówię te wszytkie rzeczy, że strach powoduje, że stałam się markotna i chłodna. Przy jego mamie starałam się ze wszystkich sił. Nauczyłam się prędko Greensleeves, grać na harfie umiałam jeszcze przed ślubem, więc udało mi się odnaleźć z nią wspólny język. Okazała mi serce, została właściwie drugą mamą:
— Cierpliwości, dziecko — mawiała zawsze, gdy dostrzegała na mej twarzy przynajmniej cień zaniepokojenia. — Mój syn świata poza tobą nie widzi. Ale jest ogniem, musi się sparzyć, by dowiedzieć się, jak bardzo potrzebuje wody. Musisz mu tylko dać trochę czasu.
Och, dałabym mu cały czas we wszechświecie; wszystkie lata, które znalazły się na kartach podręczników traktujących o historii magii. Dobrze się złożyło, gdyż na tamten czas przypadł też ostatni rok kursu uzdrowicielskiego. Elroy nie oponował, pozwalał mi kroczyć własną ścieżką, lecz tego samego oczekiwał również ode mnie. Wystarczyło przecież tylko trochę dobrej woli i uwagi, by to dostrzec.

Dostrzegłam. Wzięłam sobie do serca rady teściowej oraz te płynące z Weymouth, do których odpowiedzi kreśliłam zdobnie na papeterii Greengrassów. Archibald sam był przecież mężem, więc mógł pomóc mi więcej niż Procella czy Roratio, a prosić o radę rodziców nie wypadało. Przed rozpoczęciem praktyki uzdrowicielskiej postaraliśmy się spędzać ze sobą więcej czasu. Zrzuciliśmy z siebie wszystkie ciężary, które leżały nam na sercach, przyrzekliśmy sobie, że nie będziemy już więcej uciekać w milczenie, że szczerość stawiać będziemy na pierwszym miejscu. A później, chyba miesiąc od tej rozmowy, usłyszałam radosny śmiech teściowej.
— Oj, wzięłaś sobie do serca moje rady, Mare — nie rozumiałam, co mogła mieć na myśli, skoro między mną i Elroyem układało się już od dłuższego czasu. Pytający wyraz twarzy zmusił ją do pociągnięcia myśli dalej. — Promieniejesz w sposób, który promienieją tylko kobiety przy nadziei, najdroższa.



Wiadomość o ciąży spadła na mnie niespodziewanie. Dopiero co udało mi się uzyskać zgodę Elroya na organizację cyklu obiadów ze szczególnie uzdolnionymi naukowcami związanymi z medycyną. Zdążyłam odbyć jedynie dwa takie spotkania, w trakcie których oczarowała mnie czwórka wyjątkowo dobrze zapowiadających się magimedyków — jedno dziewczę z Derbyshire i trójka młodych mężczyzn z Staffordshire. Za zgodą męża i nestora postanowiłam opłacić im koszty życia w Londynie na czas trwania ich kursu uzdrowicielskiego, pod warunkiem, że po jego zakończeniu powrócą na nasze ziemie i to tutaj będą służyć pomocą medyczną. Sama wciąż pragnęłam oddać się aktywnej pracy, lecz pamiętałam wcześniejszą opinię rodziców. Cieszyłam się jednak, że Greengrassowie co do zasady nie zabraniali mi wystawiania nosa poza rodzinną posiadłość. Dzięki temu mogłam (oczywiście w odpowiedniej asyście, najczęściej męża lub jego matki) poznać ziemie, o których dobrobyt obiecałam zabiegać. W okresie ciąży długie rękawy w kolorze soczystej trawy stały się moją wizytówką, a okoliczne dzieci pamiętały mnie jako Zieloną Lady.

Przyjście na świat Saoirse było szczególną okazją. Poród trwał niemal pół doby, lecz zakończył się szczęśliwie. Urodziłam oczywiście na Grove Street 12, lecz poza położną i innymi specjalistkami płci żeńskiej towarzyszyła mi przede wszystkim Procella i teściowa. Gdy Saoirse zapłakała, gdy uzdrowicielka powiedziała, że urodziła się zdrowa, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Możliwość przytulenia małego ciałka, złożenia pierwszego pocałunku na jej główce — i zauważenia, że urodziła się z rudymi włosami — była wszystkim, o czym marzyłam przez wiele lat. Nie martwiłam się, że nie urodziłam syna; wiedziałam bowiem, że oboje z Elroyem pragnęliśmy dużej rodziny. Przyjdzie czas również i na małego lorda.

W roli matki odnalazłam się bez problemu. Nie było chwili, w której nie myślałam o tej małej istotce. Martwiłam się o nią, jej dobro zawsze będzie leżało mi na sercu, jest bowiem najjaśniejszym światłem mego życia. Uspokajało mnie to, że Elroy również kochał naszą córkę. Choć wiedziałam, że w głębi duszy musiał być przynajmniej trochę mną rozczarowany. Który lord nie chciałby przywitać na świecie swego dziedzica? Prędko jednak okazało się, że świat miał dla nas przygotowane gorsze problemy od tego, jakiej płci dziecko zostanie powite.

Po ciąży powróciłam do aktywniejszej działalności naukowej. Swój czas spędzałam na korespondowaniu i autorytetami w dziedzinie magimedycyny, nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale również z praktykami francuskimi. Powróciłam do idei obiadów, w trakcie których rozprawialiśmy na tematy teoretyczne oraz praktyczne. Specjaliści przedstawiali mi pomysły, które chciliby wdrożyć i których finansowanie byłoby potrzebne. Nie podejmowałam decyzji samodzielnie, zawsze bowiem ostateczne zdanie miał mąż lub nestor rodu. Gdy oni nie wyrażali zgody na wsparcie pieniężne, oferowałam pomoc przez zawarte do tej pory znajomości. Przy doborze osób godnych objęcia mecenatem zwracałam uwagę przede wszystkim na to, czy cechują się oni odpowiednią wiedzą oraz jak ich umiejętności mogłyby zostać wykorzystane przez społeczność naszych hrabstw.

Rok 1955 nie zakończył się dobrze. Ale jakże by mógł, skoro cały przypominał pasmo nieszczęść, nieudolnie splatających ze sobą losy tylu niewinnych istnień. Noworoczny Sabat w rezydencji rodu Nott zdołał jedynie wyciągnąć na powierzchnię to, co skrywane było pod płaszczem niedopowiedzeń, ostrożnych posunięć na dyplomatycznej szachownicy. Bałam się; chyba po raz pierwszy w życiu prawdziwie się bałam, lecz i w tym strachu, dzięki kojącej obecności rodziny — tej z urodzenia, o sercach rozgrzanych płomieniem sprawiedliwości i równie płomiennych włosach, jak i tej nowej, której nazwisko chciałam uczynić swoim — odnalazłam też sprzeciw wobec niesprawiedliwości. Rzucone ziarno trafiło na żyzną glebę, lecz nie wiedziałam do końca, jak powinnam się z nim obejść. Byłam w końcu damą, przyzwyczajoną do tego, że wielką polityką zajmowali się ojcowie, bracia, wujowie i mąż. Miałam wreszcie małe dziecko, cały mój świat zamknięty w niewielkiej istotce. Czasy były coraz bardziej niepewne i nikt z nas nie mógł przewidzieć, w którą stronę podąży.

W bezpiecznych, jak mi się do tej pory wydawało, granicach Derbyshire oraz Staffordshire, życie toczyło się prawie tak, jak wcześniej. Oczywiście, kolejne objazdy, wznowione po okresie niezbędnym do powrotu do sił po porodzie, pozwalały na poznanie nastrojów mieszkańców. Przekazanie plotek o tym, co dzieje się w Londynie, jak prędko strach wsiąka w umysły. Przecież nie zdążyły jeszcze umilknąć echa ostatniej wojny, a już trzeba było szykować się na kolejną. Zastanawiałam się, trzymając własną córkę w ramionach, cóż mogłam im mówić? Tylko to, w co sama wierzyłam. Że będzie dobrze, że póki nasz ród istnieje, póty znajdą w nas oparcie. Nie mogłam jednak przewidzieć, że siły, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, będą aż tak potężne.
Majowe anomalie nie do końca obeszły się z naszą rodziną łagodnie. Ukojenie mogłam odnaleźć tylko w myśli, że Saoirse pozostawała nietknięta, lecz tragedia, która spotkała szwagierkę, pozostawiła wyrwę w sercu każdego mieszkańca Grove Street 12. Śmierć w płomieniach, nie tak długo po porodzie... Wiedziałam, że Isaiah potrzebował naszego wsparcia; nie mogłam zastąpić jego synowi matki, lecz robiłam i w dalszym ciągu robię wszystko, co w mej mocy, by jej brak na tak wczesnym i ważnym etapie życia był dla niego jak najmniej odczuwalny. Pokochałam tego małego jak własnego syna, lecz pamięć o Isoldzie oraz troska o wdowca po niej nie pozwala mi przekraczać pewnych granic.

Granice przekraczane były jednak co chwila. Świat, w którym wzrosłam, runął w gruzach, gdy zbrodnicza polityka marionetkowego Ministra próbowała dosięgnąć pokrytych wrzosami ziem naszego rodu. Zwlekanie i zaklinanie rzeczywistości nie wchodziło już w grę. Należało podjąć stosowne działania, wyrazić jawny sprzeciw nie tylko w słowie, ale i w działaniu. Archibald raz jeszcze stał się dla mnie wzorem — gdy sowa z Weymouth trafiła do Derby, wiedziałam już, że czas na zastanawianie się i wyczekiwanie minął. Nie liczyły się już bowiem wpływy i bogactwa; liczył się drugi człowiek, nieważne czy czarodziej, czy mugol. Liczyło się zapewnienie bezpiecznej przyszłości tak dla Saoirse, jak i każdego dziecka w Derby, Stafford, w całej Wielkiej Brytanii. Liczyła się jedność, bo tysiąc płomyków nadziei tworzyło siłę, której nie można było ignorować.
Wiedziałam, że nie mogę dłużej stać z boku i przypatrywać się biernie temu, gdy ktoś dla własnej rozrywki topi kraj w krwi. Byłam gotowa pójść w ślady brata sama, lecz na szczęście zarówno mąż, jak i jego brat również opowiedzieli się za ideałami Zakonu Feniksa.



Ab imo pectore — powtarzam sobie, gdy brakuje sił. Gdy niebo zaciąga się ciemnymi chmurami. Ab imo pectore, bo stamtąd pochodzi nadzieja, tam w najstraszniejszych chwilach odnajduję spokój i dodatkową moc.
Może potrzeba na to czasu, lecz trzepot skrzydeł motyla zdolny jest wywołać burzę.



Patronus: Od najmłodszych lat Mare zachwycała się historią Aenghusa i Caer. Biały łabędź dość prędko stał się dla niej symbolem miłości, która przetrwa wszystkie próby. Nie spodziewała się jednak, że właśnie taki kształt przybierze jej patronus. Była to jednak niespodzianka niezwykle miła, gdyż zwierzęta te kojarzą się przede wszystkim z gracją, pięknem oraz lojalnością — trzema cechami, do których dążenie i pielęgnowanie stało się w pewnym sensie drogą, którą lady Greengrass obrała na swe życie. Choć łabędzie znane są ze stałości w życiu uczuciowym, są w stanie przystosowywać się do nagłych zmian warunków bytowania.
Wyczarowując patronusa sięga do wielu wspomnień, w zależności od okazji. Rozpoczynając od pojawienia się na świecie młodszego brata, przez beztroskie zabawy z Procellą, do wspinania się na drzewo i celowania szyszkami w głowę Archibalda. Bardzo często myśli także o przyjętych oświadczynach i ślubie z Elroyem, a także o chwili, w której po raz pierwszy podano jej na ręce Saoirse.

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 8+2 różdżka
Uroki:70
Czarna magia:00
Uzdrawianie:15+3 różdżka
Transmutacja:00
Alchemia:00
Sprawność:7Brak
Zwinność:8Brak
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
angielskiII0
francuskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaII10
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
KokieteriaI2
PerswazjaII10
SpostrzegawczośćII10
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
Savoir-vivreII0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon Feniksa00
RozpoznawalnośćII-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
Malarstwo (wiedza)I0.5
Muzyka (harfa)I0.5
Muzyka (wiedza)II7
Rzeźba (wiedza)I0.5
Muzyka (śpiew)II7
HaftI0.5
KaligrafiaI0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
PływanieI0.5
Taniec balowyII7
JeździectwoI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 6.5
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mare Greengrass dnia 01.08.21 18:45, w całości zmieniany 5 razy
Mare Greengrass
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 26 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Greensleeves was my delight,
Greensleeves my heart of gold
Greensleeves was my heart of joy
And who but my lady Greensleeves
OPCM : 8
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341

Powrót do góry Go down

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Ciąża (styczeń '58).
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzała: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Mare Catherine Greengrass Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa

ELIKSIRY- Nazwa (X porcje, stat. x)

INGREDIENCJEposiadane: -

[02.05.21] Styczeń/marzec

BIEGŁOŚCI[30.12.21] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +2PB

HISTORIA ROZWOJU[01.08.21] Karta postaci, -50 PD
[15.12.21] Zdobyto osiągnięcie: Do wyboru do koloru; +30 PD
[29.12.21] Wykonywanie zawodu; + 15 PD
[30.12.21] Wsiąkiewka (styczeń-marzec): +90 PD
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Mare Catherine Greengrass Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Mare Catherine Greengrass

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach