Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Opera Dagoneta
AutorWiadomość
Opera Dagoneta [odnośnik]23.07.21 11:45

Opera Dagoneta

★★★
Wiekowa opera zachwyca gości obszernym repertuarem oraz finezją, z jaką wykonano salę główną. Na scenę z ciemnego drewna opada złota kurtyna, z sufitu malowanego freskami zwieszają się kryształowe żyrandole. Tym, co wyróżnia operę Dagoneta od innych, jest to, że wszyscy odwiedzający zobowiązani są do noszenia masek, przygotowanych przez pracowników indywidualnie dla każdego widza posiadającego pozłacany bilet. Po każdym spektaklu goście zapraszani są do sali bankietowej na ucztę i podwieczorek, nadal w atmosferze anonimowości. Lokal należy do ekskluzywnych, wstęp mają jedynie czarodzieje krwi czystej.

Wstęp tylko dla czarodziejów czystej krwi.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:30, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Opera Dagoneta Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Opera Dagoneta [odnośnik]27.01.22 13:06
29.03.

Czarna, nie nosząca grama ornamentu szata otulała ciało Septimusa. Dzisiejszej nocy jedynym jego ozdobnikiem była maska, bardzo skromna maska, której konstrukcja nie miała odwodzić uwagi muzyków od gestów dyrygenta. Vanity przemieszczał się za kulisami z uniesionym, złotym dziobem ptaka. Cała jego orkiestra, ta której nie zdołał poznać tak dobrze ze względu na gościnny charakter swojej obecności, miała tożsame do niego maski, jakby razem byli tutaj stadem złotodziobych kruków. Orkiestra złożona całkowicie z czystokrwistych mężczyzn była czymś nietypowym – w świecie tym różnorodnym wielu zdolnych artystów wywodziło się z rodzin o krwi zanieczyszczonej mugolskim wpływem – jednak nie jemu było to oceniać. Polityka opery była mu znana, a on sam miał w życiu ten przywilej, pozwalający mu nazywać się czystym synem Shropshire. Ojciec Vanity przetarł mu ślady, a sam Septimus, wracając z Berlina do Anglii, mógł liczyć na miejsce i tutaj. Raz na jakiś czas, oczywiście.
Posłanie miłego uśmiechu w kierunku znajomej scenarzystki, kilka szczerych pochwał puszczonych ku dzisiejszej śpiewaczce po czterdziestce i obserwacja jej łagodnego rumieńca, wymiana spojrzeń z jej mężem, grającym na dzisiejszym koncercie jedną z kluczowych, barytonowych ról. Udawał, że nie widział zazdrości, którą mógł przypadkiem oberwać w twarz – w końcu pomimo swojego wieku, Septimus wydawał się wręcz chorobliwie zadbany, po prostu naturalnie wyględny i starzejący się niczym wino. Czyli dobrze.
Dyrygent przystanął dopiero przy grupie młodych wiolonczelistów. Jeden z nich był synem jego starego znajomego z lat dziecięcych – pochwalił fryzurę Septimusa i wspomniał o tym, że ojcu po czterdziestce włosy wypadać zaczęły garściami. Vanity wręcz mimo woli powędrował dłonią ku włosom ułożonym na pomadę, po czym zaśmiał się szczerze. Zęby też jeszcze miał wszystkie, czym wyraźnie chciał pochwalić się przed ulubionymi członkami swojego lokalnego zespołu. Poprawienie kołnierzyków każdemu z trzech młodzieńców i przeczesanie palcami fryzury jednego z nich było ostatnim, co zrobił, nim odszedł dalej – pożegnał ich tylko stwierdzeniem, że każdy z nich musi wyglądać jak milion galeonów, ale trochę gorzej niż on – nie chciał w końcu, żeby jakichś trzech młodzików ukradło mu całą sławę swoją młodością i błogosławił kogokolwiek, kto wymyślił noszenie tu masek. Podobno zbyt wiele kobiet zawieszałoby na nich wzrok, gdyby było inaczej.
Nim światła na sali zgasły, a oni wszyscy zlokalizowali się w odpowiednim miejscu pod sceną, Vanity wymienił jeszcze kilka słów z inspicjentem, zadającym mu pytania co do pewności przebiegu koncertu. Septimus kiwał tylko głową, kiedy zaczynał nasuwać na twarz pozłacaną maskę. Umiał się skupić, nawet pomimo tego, jak nerwowymi mogły wydawać się jego ruchy na przestrzeni artystycznego zaplecza. Po chwili nie było ku temu wątpliwości – kiedy otrzymali sygnał do zajęcia miejsc, przyszedł czas na ostateczne dostrojenie instrumentów. Każdy ze smyczków przeciągnął po jednakowej strunie w jednakowym czasie – jeżeli cokolwiek pozostawało niespójne, momentalnie było dostrajane. Gładkimi ruchami dłoni Septimus nakazywał odpowiednim partiom orkiestry ustalić wspólne brzmienie, teraz jeszcze w lekkim półmroku, poza programem występu. Niektórzy spóźnialscy dopiero zajmowali miejsca na widowni, lożach, a większość z nich nie przejmowała się typowymi, poprzedzającymi koncert dźwiękami.
Zasadniczo – był tu dziś, żeby zapewnić podkład pod śpiew operowy, jednak poproszono go również o to, by zaprezentował kilka swoich, wybranych utworów – zarówno z repertuaru własnego, jak i cudzego. Septimus nie miał w zwyczaju ogrywania klasyków w miejscach takich jak to – pomimo przywiązania do czystości krwi w lokalu, nie sądził, by każdy na comiesięcznej czy cotygodniowej wycieczce do opery miał ochotę wysłuchiwać tych samych, przedwiecznych utworów – dziś zdecydował się więc na pojedynczy utwór ojca, dwa utwory skomponowane razem ze Stefanem w Berlinie i jeden swój, własny, pachnący nowością, świeżością i jak mniemał – przełomowy. W jakiś sposób. Chórzystki ustawiły się za orkiestrą jako ostatnie, objawiając się dopiero w momencie, gdy Septimus już obrócił się przodem ku widowni i z najwyżej wystosowaną manierą – ukłonił się przed wszystkimi, obwieszczając początek koncertu.
Jedna z nowszych kompozycji spod jego dłoni wypełzła dopiero kilka tygodni temu – była wypadkową wszystkich tych zdarzeń i słów, które przyszło mu przyswoić w ostatnich miesiącach, kiedy myślał, że zakopał wenę już na dobre. Znalazł inspirację, chociaż odszukał ją tam, gdzie nigdy się jej nie spodziewał.
Blady śnieg pokrywający łąki Shropshire, krew plamiąca ziemię jego rodzinnego hrabstwa, czułe słowa siostry, pełne podziwu słowa Corneliusa, pełne pożądania słowa Amelii. Smak śmierci i oddech życia, czarna magia szczerząca do niego zęby i oferująca natchnienie, nawet pomimo dostarczania wspomnienia juchy sączącej się z nosa. Septimus chwytał za wyciągniętą dłoń inspiracji, nawet jeżeli ta mogła uchodzić za nieobyczajną, groźną, bolesną.
Wbrew czerpaniu z nieszczęścia, kompozycja którą stworzył przywodziła na myśl spokój, miarowość, odganiała na bok wszelkie zmartwienia – z początku. Septimus mógłby przysiąc, że słuchając jej na próbach, nie mógł wyprzeć z głowy wspomnienia powoli opadających śnieżynek, które same w sobie pozostawały kruche i słabe. Odkładając się jednak na zaspach, coraz bardziej wzmacniały ich konstrukcje, tak samo jak mocniejsze wydawały się dźwięki z każdą kolejną chwilą trwania utworu. Partie smyczkowe, mieszające się z partiami mieszanych instrumentów perkusyjnych ustają, a dopiero po chwili ciszy, powracają z ostrym łupnięciem, gdy ostry gest dyrygenta przyczynia się do teatralnego wręcz ruchu szaty na jego ramionach. Oczami wyobraźni widzi zaklęcia. Zaklęcia przecinające powietrze od prawej, do lewej, tak jak od prawej do lewej niesie się dźwięk szarpanych strun wiolonczeli i kontrabasów. Coraz gęstszy las dźwięków wyrasta przed umysłem uważnego, wrażliwego słuchacza, który wymienia ciche szepty na widowni. Szepty giną w rozgardiaszu mieszających się odgłosów. Lewa strona smyczków wciąż odgrywa swoje jednolite partie, gdy po prawej, niczym choroba czy paskudna rana, rozchodzą się odgłosy uderzeń w pudła rezonansowe kontrabasów. Skrzypce przybierają najsmutniejszą z barw, a po chwili, od prawej, do lewej, każdy z nich, instrumentów wcześniej wiodących w orkiestrze, zamienia swoje brzmienie na wręcz dzięciole stukanie. Spośród uderzeń tych wydobywają się dźwięki puzonów i trąbek, przywodzących na myśl słońce wstające nad ośnieżonymi wciąż łąkami Shropshire. Światło to pada na plamy krwi, które ciągną się za sylwetą mężczyzny – mężczyzny którego kroki odmierzane były uderzeniami w kocioł. Ciężki, miarowy krok rannego czarodzieja, zaciskającego dłonie na ramieniu, w miejscu, w którym płaszcz przesiąkł już krwią. Przeciągłe odgłosy smyczkowe sugerują, że idąc przez zaspy, ten ciągnie za sobą jedną nogę, jakby nie w pełni sprawną. Malowany muzyką obraz odmienił się przy wejściu do gry waltorni i tub, które chociaż wspierane przez puzony, pchały do umysłu artysty wizję ciężkiego budynku rysującego się na horyzoncie. Zamek, którego widok wzbudza płacz skrzypiec – wędrowca widocznie nie spodziewał się tego widoku. Nie cieszył się nim, odczuwał lęk, który przelany na pięciolinię pod postacią drżących nut, wypełniał przestrzeń sali operowej. Krew kapie na śnieg coraz szybciej, a kroki są coraz bardziej mozolne. Wszystkie te doznania przenikają się ze sobą, tworząc harmider – artystyczny harmider, przypominający przekrzykiwanie się sygnałów i symboli w głowie wędrowca, cichły jednak powoli tak, jakby tracił on chęć oglądania dalszej drogi. Jakby nie było dla niego już nadziei.
Po chwili po stali znowu rozchodzą się jedynie uderzenia w pudła rezonansowe, pizzicato na skrzypcach i dźwięk śpiewu chóralnego imitującego ciężki oddech. Śpiewaczki, które dotychczas były tylko tłem, urywają jednolity dźwięk w jednym momencie, szarpane struny wydobywają z siebie jedynie trzy pojedyncze dźwięki, a wszystko wieńczy pojedyncze pociągnięcie smyczkiem po najniższej strunie wiolonczeli. Ta historia nie ma dobrego zakończenia.
Mimo wszystko po sali koncertowej rozchodzą się brawa. Septimus kłania się, nurza w nich, jednak świadomy jest tego, że w niewielu umysłach wizja którą utwór ten za sobą niesie pozostanie jednaka. Uśmiech posyłany spod złotego dziobu pełen jest wdzięczności i uprzejmości, chociaż widoczny tylko z dwóch pierwszych rzędów. Owacja nie trwa długo, większość nie przyszła tu dla niego, a chociaż z pewnością nie żałują wysłuchania nowego utworu – na scenę wchodziły teraz prawdziwe gwiazdy. Śpiewacy, śpiewaczki – gwiazdy tutejszej sceny. Vanity odwrócił się więc na powrót ku swojej orkiestrze i gładkimi ruchami dłoni wydał im kolejne polecenia. Koncert w końcu dopiero się zaczynał…

około 1300 słów
zt


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Opera Dagoneta
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach