Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Stacja kolejowa
AutorWiadomość
Stacja kolejowa [odnośnik]23.07.21 11:51
First topic message reminder :

Stacja kolejowa

Stacja kolejowa w Harpenden na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym od pozostałych. Mieści się w niej poczekalnia, kasy biletowe oraz zatęchły bar, w którym można kupić marnej jakości lunch. Stacja posiada dwa oficjalne tory kolejowe oraz jeden dodatkowy, magiczny, który wymaga stuknięcia różdżką w ścianę na lewo od czarno-białego plakatu blondwłosej aktorki i wypowiedzenia hasła "Zielony kamień". W ten sposób otwiera się przejście na tor trzeci, na którym można wsiąść do dowolnego pociągu, bez biletu i bagażu, mając na uwadze, że nigdy nie jest się całkowicie pewnym, w jakim miejscu się wysiądzie.

Rzut kością k6 na wejście do pociągu byle jakiego
1. podróż
2. podróż
3. podróż
4. podróż
5. podróż
6. podróż


Lokacja zawiera kości.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 11:28
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 55
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 17:08
Kiedy przystanąłeś w korytarzyku pomiędzy wagonami, nic nie wskazywało na to, by ktoś podążał twoim śladem – przesuwane drzwi pozostały zamknięte, nie słyszałeś też za nimi szurania ani tupotu kroków, domyślałeś się jednak, że dłuższa nieobecność wzbudzi podejrzenia. Przykucnąwszy tuż nad podłogą mocniej odczuwałeś jej drżenie, metalowy pokład trząsł się przy każdym obrocie sunących po torach kół – ale kiedy wyciągnąłeś dłoń, twoje palce natrafiły wyłącznie na twardy opór chłodnej stali. Czymkolwiek były odciski stóp, daleko im było do namacalności; zdawały się utkane ze światła, mimo że nigdzie nie widziałeś jego źródła – a po chwili rozmyły się, znikając w szparze pod drzwiami. Zadane przez ciebie pytanie zginęło w huku pociągu, nie doczekałeś się odpowiedzi; wsłuchując się w otaczającą cię przestrzeń, słyszałeś jedynie stukot i szum, a także ciche uderzanie zmrożonych kropel o dach. Nic nie wskazywało na to, by ktoś oprócz ciebie znajdował się w korytarzu; nic – poza mocniej bijącym sercem i dziwnym przeczuciem, które trudno było ci od siebie odepchnąć; nierealnym wrażeniem, że wcale nie byłeś sam – i nie chodziło tu bynajmniej o mężczyzn siedzących w przedziale tuż za tobą.
Toaleta, do której się wsunąłeś, okazała się maleńka – wciśnięty pomiędzy muszlę sedesową a przytwierdzoną do ściany umywalkę, ledwie miałeś miejsce żeby się obrócić. Szyba prostokątnego okienka przesunęła się w dół, po drodze dwukrotnie się zacinając – a kiedy odsunąłeś ją zupełnie, niemal od razu uderzyło w ciebie lodowate, nocne powietrze, wypełnione mieszaniną śniegu, lodu i deszczu. Pociąg hałasował, zagłuszając szum morza, choć widziałeś połyskujące niedaleko fale; nie wiedziałeś, jak daleko było do najbliższej stacji, mogłeś być jednak pewny, że póki co nie zwalnialiście.
Muszla okazała się stabilna, pozwalając ci na wychylenie się za okno; wzrokiem nie sięgałeś daleko, nad Anglią zapadły już niemal zupełne ciemności, ale nie dostrzegałeś choćby mglistego zarysu gór – co oznaczało, że w najbliższym czasie pociąg raczej nie miał wjechać do tunelu. Bardziej problematyczne mogło okazać się samo przedostanie się tą drogą do kolejnego wagonu; okienko było bardzo wąskie – gdybyś był choć odrobinę większej postury, z pewnością byś się przez nie nie przecisnął – i mniej więcej w połowie poczułeś mocne ciągnięcie w okolicy pasa: jeden z guzików kurtki musiał o coś zahaczyć, może ramę okna, może uchwyt – a ponieważ twoje ciało szczelnie wypełniło przestrzeń otworu, nie byłeś w stanie wsunąć ręki, żeby go odczepić. Szarpnięcie spowodowało, że nici puściły, a guzik odbił się od bocznej ściany pociągu i upadł na tory, niknąc pod kołami.
To był tylko początek problemów.
Wysunąwszy się przez okno, zdołałeś dłonią odnaleźć metalową rurkę biegnącą wzdłuż dachu pociągu, po obu stronach – był to jednak jedyny punkt, na którym byłeś w stanie zacisnąć palce. Stal była śliska i lodowata, dłonie – choć wprawione latami treningów – ślizgały się wzdłuż jej powierzchni. Dzięki sile i zwinności mogłeś podciągnąć się na sam dach, który okazał się nie mniej niebezpieczny: metalowa konstrukcja była gładka, pozbawiona miejsc, za które można by się załapać, nie licząc rozlokowanych co kilka metrów okien – oraz oddalonej od nich metalowej poręczy. Położywszy się na płasko, pod sobą miałeś warstwę cienkiego lodu, od którego odbijały się drobinki siekącego deszczu i śniegu, wiatr targał twoimi włosami, zimno uderzało w policzki, uszy wypełnił huk. Śliski dach nie dawał oparcia stopom, nawet dobre buty traciły na nim przyczepność. Przed sobą – jakieś cztery, pięć metrów dalej – w czarnej przestrzeni pociągu majaczył oświetlony żółtawym blaskiem prostokąt, który musiał być oknem – żeby jednak do niego dotrzeć, czekała cię karkołomna przeprawa. Złote ślady zniknęły, nigdzie nie widziałeś żadnego drogowskazu – a chociaż żyły wciąż wypełniała ta sama pewność, która pozwoliła ci na imponujący manewr wytrychami, to wiedziałeś, że tym razem stawka była większa – a najmniejszy błąd mógł kosztować się zsunięcie się z dachu i upadek – prosto pod koła pędzącego pociągu.
Dalej, na horyzoncie, za pociągiem i za delikatnym blaskiem płynącym z okna, gromadziły się chmury, od czasu do czasu rozjaśniane grzmotem błyskawicy – na tyle jednak odległym, że jego dźwięk do ciebie nie docierał.

Marcelius, jeśli podejmiesz próbę dotarcia do okna, oprócz rzutów k100 (na zwinność, sprawność, zaklęcie lub biegłość, w zależności od tego, jaki sposób wybierzesz) wykonujesz również rzut kością k10
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 18:17
Nic: ślady były nierealne, dokładnie takie, jakie sprawiały wrażenie, istniały tu naprawdę, czy to tylko rojenia, zmyślone bzdury, które wiodły go ku nieznanemu, czy to tylko kolejny test, nie, w jakiś sposób, choć nie rozumiał w jaki, wierzył, że ślady były wiadomością wysyłaną przez tamtą śliczną dziewczynę; fakt, że wciąż je widział, że nie zniknęły, że jednak objawiły się po zamówieniu tamtej herbaty, choć znak pozostał niewidoczny dla jego towarzyszy, pozwolił mu uwierzyć, że nie był tutaj sam, że choć cały ten obraz nie miał sensu, musiał ten sens odnaleźć. Potrzebowała pomocy, to bardziej niż pewne - dryblas chciał iść za nim do kibla, a ją traktował wyraźnie protekcjonalnie. Jeśli tamte dokumenty rzeczywiście należały do niej...
Ledwie się wychylił, poczuł mróz. Zamknął oczy, ścierając się z tym zimowym powietrzem, ale wiedział, że nie miał już wyjścia: co więcej, nie miał czasu na wahanie; każdy ułamek sekundy mógł być chwilą, w której jego kompani zaczną się zastanawiać, gdzie zniknął. Pobliskie morze pachniało, inaczej niż miasto, zbyt rzadko je opuszczał; musiał się tym zachłysnąć, zagryźć zęby i dać sobie radę. Wyciągnął dłonie w górę, odnajdując coś twardego, o co dało się chwycić, zziębnięte dłonie odczuwały mróz. Dlaczego nie wziął rękawiczek? Zacisnął zęby mocniej, podciągając się w górę; wciągnął brzuch, co tchu, czując, zaczynał klinować się w szczelinie i gwałtownie odwrócił głowę za zerwanym guzikiem, oddychając z ulgą, gdy upadł poza wagonem, nie w zamkniętej łazience. Gdyby te zbiry tam wlazły i nie znalazły jego, lecz guzik jego kurtki i otwarte okno, nie wyłgałby się z tego nawet przy pomocy najsilniejszego eliksiru kłamstwa.
O ile w ogóle będzie mu potrzebny - o ile w ogóle przeżyje ten zabójczy spacer. Pociąg gnał przed siebie z zawrotną prędkością, nieprzerwanie, wiatr hulał w uszach, ziąb doskwierał, wdzierał się pod ubranie, a on nie mógł już nawet dopiąć kurtki. Powierzchna była śliska, zmysł równowagi to za mało, żeby zdobyć nad nią pełną kontrolę przy takiej prędkości. Zawieszona wysoko nad ziemią lina nie mogła równać się do tego: asekurowali go przecież czarodzieje, gotowi zaklęciem ocalić go w razie upadku, nigdy nie było tak zimno ani ślisko, nigdy nie dął straszliwy wiatr. Zdarzało mu się zimą pokonywać dachy budynków, ale one się przecież nie ruszały.
Napiął mięśnie szczęki, zbyt mocno, spozierając przed siebie, na pobłyskującą plamę światła. Musiał się tam dostać. Spojrzeć do środka. I nie mógł tracić przy tym czasu.
Nie patrz w dół, patrz przed siebie: skoncentruj się na celu, do którego musisz dotrzeć.
Nie zatrzymuj się, zawahanie sprawi, że utracisz równowagę.
To, co sprawdzało się na Arenie, musiało się też sprawdzić tutaj; kurczowo trzymał się stalowej barierki, prawą dłonią, lewą, otwartą, złożył na śliskiej konstrukcji. Przywarł piersią do dachu, nie próbując wstawać; im większy ciężar ciała przylegał do powierzchni, im mniejsze kroki będzie pokonywał, tym prościej powinno pójść. Po prostu nie patrz w dół... nie powstrzymał się, spojrzał, umykający zbyt krajobraz zmusił go do mocniejszego przełknięcia śliny. Nie myślał, nie mógł zostać w miejscu ani przez chwilę. Im dłużej będzie na zewnątrz, tym mocniej zmarznie. Został bliżej poręczy, ciemne okna były tymi, w których najpewniej nie było nikogo - i tymi, przez które nic nie zobaczy. Jeśli miał ułożyć plan, w pierwszej kolejności: musiał zobaczyć. Otarł dłonie o suchy fragment koszuli pod kurtką, najpierw jedną, potem prawą, chuchnął w obie, szukając ciepła, które poprawi bezpieczeństwo. Choćby nieznacznie.
Najpierw musiał przedostać się na sąsiedni wagon - kurwa, parsknął w myślach, gdy znalazł się przy dzielącej wagony wyrwie - po czym sięgnął wolną dłonią do barierki na wagonie czternastym, nie wypuszczając tej znad wagonu trzynastego; barierka się ślizgała, ale nie miał wyjścia, nie miał przy sobie nic odpowiedniego, by nabrać przyczepności. Materiał kaszkietu mógł przeszkodzić więcej niż pomóc. Usiłował przełożyć wpierw lewą nogę, potem prawą i na końcu dłoń, oburącz trzymając się śliskiej barierki; nie wypuszczając jej z rąk, próbował przeczołgać się do okna, w którym płonęło światło: przesuwając się powoli, ale sukcesywnie, kolano za kolanem, łokieć za łokciem. Powoli. Ostrożnie. Odratowana niecałe dwa miesiące temu dłoń nie odzyskała jeszcze pełnej sprawności, ale ćwiczył ją jak mógł.
Z sercem bijącym tak mocno, że czuł je już przy krtani, z sercem padającym na jego twarz tak mocno, że blady był jak kreda, ze spojrzeniem szklistym z przerażenia, mrozu i wiatru, z adrenaliną wrzącą w żyłach jednym rytmem z przedziwną herbatą, której działania wciąż nie był świadom, i determinacją - bo kimkolwiek była ta dziewczyna, nie zasłużyła sobie na swój los. Bo ktokolwiek jeszcze tu był, znajdował się po jego stronie.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 18:17
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 6

--------------------------------

#2 'k10' : 7
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 21:46
Przemieszczanie się po dachu pędzącego pociągu przypominało prawdziwą walkę o przetrwanie; chociaż wyćwiczone ciało wykorzystywało najdrobniejsze nawet okazje do złapania równowagi, a wypracowany latami ciężkiej pracy refleks pozwalał na wystarczająco szybkie uchwycenie barierki, to zimowo-wiosenna pogoda w żadnym wypadku nie ułatwiała ci zadania. Żeby nie ześliznąć się z oblodzonej powierzchni musiałeś z całej siły przytrzymywać się poręczy, a mimo że mróz był niewielki – wahając się gdzieś na granicy zera stopni – to wilgoć i lodowaty wiatr sprawiły, że palce błyskawicznie ci zdrętwiały. Miałeś wrażenie, że przesuwałeś się niemożliwie wręcz powoli, walcząc o każdy centymetr; od spojrzenia w dół, na uciekające szybko tory, zakręciło ci się w głowie, ale ponowne skupienie wzroku na jasnej plamie światła pozwoliło na pokonanie uczucia wirowania. Wytarcie dłoni o koszulę pomogło na chwilę, barierka była mokra; czołgając się wzdłuż niej co najmniej dwa razy natrafiłeś na śliski fragment, po którym twoje palce zsunęły się tak, jakby oblano je olejem; bijące szybko serce zgubiło jedno uderzenie, ale byłeś w stanie zareagować w porę, odzyskując stabilność uchwytu, choć kolana niebezpiecznie zaszurały o dach pociągu.
Przejście z jednego wagonu na drugi również nie było proste, nie były połączone sztywno – więc oddzielająca je przestrzeń to zmniejszała się, to powiększała, utrudniając ci utrzymanie równowagi. Przenosząc drugą nogą ponad przepaścią na ułamek sekundy zawisnąłeś w powietrzu, lecz miałeś wystarczająco dużo siły, żeby się podciągnąć; znalazłeś się na dachu „czternastki”, prawdopodobnie już bezpowrotnie; nie miałeś pewności, czy byłbyś w stanie pokonać tę samą trasę po raz drugi, palce rąk miałeś już niemal zupełnie zesztywniałe, policzki poczerwieniały z zimna, wilgotne włosy przykleiły się do skroni; zimna kropla spłynęła ci za kołnierz posyłając dreszcz wzdłuż kręgosłupa, szedłeś jednak dalej – prostokątne okno widząc coraz wyraźniej. I kiedy już wydawało ci się, że wystarczy wyciągnąć rękę, żeby o nie zahaczyć, kilka rzeczy stało się jednocześnie.
Najpierw pociąg skręcił – niezbyt ostro, tory zakrzywiły się jedynie odrobinę, na tyle łagodnie, że nie dostrzegłeś tego z wyprzedzeniem – ale to wystarczyło, żeby siła odśrodkowa zmusiła cię do przeniesienia ciężaru ciała; przesunąłeś się kawałek po śliskim dachu, na moment tracąc podparcie dla nóg, a nim zdążyłbyś je odzyskać – wagon podskoczył na torach, dłoń szarpnęła za barierkę, a ta – prawdopodobnie przerdzewiała – oderwała się od reszty konstrukcji. Niecałkowicie, puściło zaledwie jedno przęsło, wciąż mogłeś się go złapać – gdyby gwałtowna zmiana pozycji nie wyrwała ci go spomiędzy palców.
O ułamek sekundy zbyt długo nie trzymałeś się zupełnie niczego.
Twoje ciało się przesunęło, pęd pociągu i wiatr popchnęły cię ku przeciwległemu końcowi dachu, zmuszając do obrócenia się w poprzek; zbyt szybko, dłonie ślizgały się po metalu, nie odnajdując na nim żadnego punktu zaczepienia, nabierałeś prędkości – wiedziałeś, że nawet gdybyś w tym momencie odnalazł drugą z barierek, to byłoby ci niezwykle trudno się zatrzymać. W oddali rozległ się kolejny rozbłysk błyskawicy, fala rozbiła się o morski brzeg, a przed twoimi oczami mignęła krawędź dachu, nogi zawisły w nicości – a potem nie widziałeś już nic.
W jednej chwili znikło wszystko.
Ucichł huk pociągu, umilkł wiatr; zimno wyparowało z powietrza, podobnie jak siekący śnieg i deszcz. Spadałeś – ale nie na umykające zbyt szybko tory, a gdzieś indziej, w pustce niepodobnej do niczego: ani do teleportacyjnej przestrzeni, ani do podróży świstoklikiem. Żadna z tych dwóch wersji nie miała zresztą sensu, nie trzymałeś w dłoni różdżki ani żadnego innego przedmiotu – nim jednak zdołałbyś się nad tym zastanowić, nicość wypluła cię z powrotem, a ty wylądowałeś na linie – naprężonej i rozciągniętej wysoko w powietrzu, gdzieś ponad niewidoczną ziemią, utrzymując na niej równowagę tylko dlatego, że doskonale wiedziałeś, jak powinieneś to zrobić.
Krótkie rozejrzenie się dookoła pozwoliło ci ustalić, że znajdowałeś się w namiocie – a im dłużej mu się przyglądałeś, tym większej nabierałeś pewności, że był to główny namiot na Arenie Carringtonów. Nie wyglądał jednak tak, jak wtedy, kiedy widziałeś go po raz ostatni; cokolwiek stało się tu pod twoją nieobecność, całą przestrzeń pod tobą zajmował ogień – tak gęsty i wysoki, że poza nim nie widziałeś niczego innego, miejsc dla publiczności, sceny, ludzi; gorące języki trawiły wszystko dookoła, wspinając się też już powoli po płóciennych, kolorowych ścianach namiotu, choć ta za tobą jeszcze pozostawała nienaruszona. Lina, na której stałeś, przytwierdzona była do drewnianego podestu znajdującego się jakieś dziesięć metrów za tobą, po którym można było przejść dalej – aż do przerwy w dwóch pionowych płachtach namiotu. Chociaż nie widziałeś, co było za nimi, podskórnie wiedziałeś że tylko tamtędy mogłeś wydostać się na zewnątrz – poza pożar, z dala od śmiertelnego niebezpieczeństwa. Przed sobą – również w odległości około dziesięciu metrów – widziałeś drugi podest, samotny, pozbawiony innej drogi ucieczki; wzbijający się w górę dym przysłaniał go niemal zupełnie, ale gdy na moment się przerzedził, zobaczyłeś na nim drobną sylwetkę – i jeden rzut oka pozwolił ci stwierdzić, że była to ta sama dziewczyna, którą spotkałeś już dwukrotnie, w Londynie – i przy wejściu do pociągu. Złoty warkocz przewieszony miała przez jedno ramię, srebrna spinka we włosach odbijała ogniste refleksy; spojrzenie jasnych oczu wbiła w płomienie, na jej twarzy malowało się przerażenie.
Wszystko wydawało ci się dziwnie nierealne – a jednocześnie zdecydowanie realnie czułeś gryzienie czarnego dymu, swąd palonego materiału i buchający od dołu gorąc; na nogach wciąż miałeś buty podbite skórą kelpii, a jeśli sięgnąłbyś do kieszeni, znalazłbyś tam świeżo wyrobione dokumenty z fałszywym nazwiskiem Sheili.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 22:57
Czołgając się tym dachem, w strugach deszczu, po oblodzonej powierzchni, z hukiem wiatru i błyskawic uderzających w pobliskie morskie fale, zaczął żałować, że po prostu nie wszedł przez tamte drzwi; istniała jakaś niewielka szansa, ze nie stała za nimi ochrona, ale teraz, teraz nie było i nie będzie już odwrotu. To jak spacer na linie, powtarzał sobie raz po razie, możesz iść już tylko do przodu. Każde zawahanie - wywoła upadek. Cudem pokonał odległość dzielącą oba wagony, podciągnięcie się przysporzyło mu nie lada trudności, a wszystko - dosłownie - wymykało mu się z rąk, ale wreszcie znalazł się na dachu wagonu czternastego. Wystarczyło już tylko dotrzeć do okna. Musiał wejść do środka, jeszcze moment i stąd zleci, zesztywniałe palce nie były w stanie go tutaj utrzymać; serce kołatało coraz mocniej, pobudzając panikę, a panika - zamieniała się w adrenalinę, skupiając myśli na tym, co tu i teraz. Myślał o Sheili, której dokumenty miał w kieszeni, myślał o dziewczynie ze złotym warkoczem, którą uwięziono w tym strasznym pociągu. Jeszcze tylko parę metrów, to przecież blisko. Było mu potwornie zimno, chłód wdzierał się pod jego ubranie, ale parł do przodu, nieprzerwanie, cal po calu, zbyt wolno.
- Nie - wydusił rozpaczliwie, kiedy pociąg podskoczył na torach, nogi ześlizgnęły ze swojej pozycji, a barierka... zaniemówił, otwierając szerzej i oczy i usta, gdy fragment podrdzewiałej barierki został mu w dłoni, odrzucił ją natychmiast, chcąc sięgnąć po stabilny fragment, ale było już za późno; znalazł się na dachu pośrodku niczego, bez niczego, co mogło być mu ratunkiem, wpił palce w dach, rozpaczliwie usiłując przedrzeć się w niego palcami, jak kot zdrapujący łapy o stalowe podłoże, gdy nie było już innej drogi ucieczki; ale nie miał ostrych pazurów, ale stal była mocna i silna, a powierzchnia śliska, nic nie mogło go już ocalić. Pęd popchnął go dalej, ledwie widział dokąd, rozpaczliwie szukał po drodze czegokolwiek, czego mógłby się chwycić, ale nie zdążył. Dłonie zacisnęły się na pustej przestrzeni, powietrzu, i nie było już nic. Zamknął oczy, gotowy na ból, który jednak nie nadszedł. Spadał, czuł to wyraźnie, ale spadał zbyt długo, czy wypchnęło go za krawędź przepaści, klifu? Nie, spadał w nicość, szare odmęty, w czarną otchłań, nie słyszał już burzy, odgłosów pędzącego pociągu, nie słyszał też wiatru.
Czy tak wygląda śmierć? Całe jego ciało drżało przerażeniem, lecz koniec był zaskakujący: jego stopy odnalazły się na naprężonej linie, dłonie instynktownie, lekko, rozpostarły się na boki, pomagając utrzymać równowagę ciała; nie potrzebował tego, ale tak było łatwiej, a teraz, teraz był zmarznięty, przemoczony, przerażony... i martwy? To nie była Arena Carringtonów, nie prawdziwa. Więc: czym była? Zaświatami? Czym był ten ogień, dlaczego trawił wszystko? Ostatnio strawił w ten sposób pióro w spince tamtej dziewczyny, czy to miało sens? Nie miało. Nic nie miało sensu. Nic z tego nie rozumiał. Był martwy, musiał być, trafił do piekieł, które chciały go pochłonąć. Ogień przerażał, pochłaniał wszystko, co stawało mu na drodze, płachty ukochanego namiotu; widział przejście, widział, że dało się opuścić to miejsce - czy mógł uciec przeznaczeniu? Nie rozumiał, nie szukał zrozumienia, szedł za sercem, a serce wskazywało drogę.
A serce odnalazło - ją?
Nie wierzył, ułamki chwili, które zatrzymały czas, kiedy przyglądał się jej twarzy, z tą samą spinką, odbijającą ten sam ogień, przerażona, przerażona bardziej jeszcze niż on, otoczona wspinającymi się zewsząd płomieniami. Była po drugiej stronie, znalazł się pośrodku: po jednej stronie mając ją, a po drugiej bezpieczną drogę ucieczki. Gryzący dym przerażał, niedługo wedrze się w płuca, gorąc był zbyt blisko, mógł ranić. Z każdą chwilą rozumiał coraz mniej, ale odkąd się tu znalazł, nie zawahał się ani przez chwilę.
Najtrudniejszy jest pierwszy krok.
Pozostał zwrócony tyłem do drogi wyjścia, ruszył przed siebie, do niej, do dziewczyny ze złotym warkoczem, nie dostrzegając wcale, jak złudną mogła wydać się w tym momencie marą. Ruszył ku niej, zmartwiony jej strachem, ufnie, odnajdując w sobie determinację, którą chciał - odbiciem na twarzy, błyskiem źrenic - podzielić się z nią, wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię stąd. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Wrócimy się do wyjścia razem.
Krok za krokiem, nie złożył ramion, szybkim ruchem pomknął w jej stronę.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]16.01.22 22:57
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 41
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]17.01.22 0:05
Nie wiedziałeś, co właściwie się stało – gdzie był pociąg, sekundę wcześniej pędzący przez ciemność marcowego wieczoru, gdzie podziała się szalejąca na horyzoncie, wczesnowiosenna burza, gdzie byli podejrzani mężczyźni, gdzie byłeś ty; wszystko, co czułeś, wydawało się prawdziwe, gorąc ognia, smród dymu, drżenie napiętej liny pod stopami – w niczym nieprzypominające jednak miarowego podskakiwania metalowych kół. Mogłeś uderzyć się w głowę, mogłeś być nieprzytomny – albo wisieć właśnie na granicy życia i śmierci, ale nie miałeś czasu, żeby o tym rozmyślać – bo wiedziałeś, że stanie w miejscu sprowadzi na ciebie nieuchronną zgubę. Mogłeś jedynie iść naprzód albo w tył, a podskórnie zdawałeś sobie sprawę, która z tych dróg miała być bezpieczniejszą – lecz obierając kierunek nie zawahałeś się ani przez chwilę.
Pognałeś do przodu – pewnie, z rękami rozłożonymi lekko na boki, balansując wprawnie na cienkiej linie; dziewczyna o jasnych włosach dostrzegła ruch, widziałeś, jak unosi wzrok, na moment wasze spojrzenia się spotkały. W jej oczach – błękitnych, wystraszonych – błysnęła nadzieja, usta rozchyliły się lekko, ale wtedy lina pod twoimi stopami znów zadrżała – a razem z nią zadrżał drewniany podest.
Wiedziałeś, że to nie była twoja wina – nie potknąłeś się, nie przeniosłeś zbyt gwałtownie ciężaru ciała, nie zachwiałeś się; poruszałeś się z wprawą akrobaty, tak szybko, jak tylko byłeś w stanie – pożar szalejący pod wami był jednak bezlitosny. Trawione ogniem drewno poddało się, powietrze przeszył głośny trzask; podest nie runął całkiem – ale przechylił się, na tyle gwałtownie i niespodziewanie, że rozproszona twoim pojawieniem się dziewczyna straciła równowagę. Widziałeś, jak zamachała ramionami, desperacko chwytając się powietrza – a później przechyliła się przez zabezpieczającą balustradę, włosy zafalowały, krzyknęła – i poleciała w dół, znikając w czarnych jak smoła płomieniach.
Nie miałeś pojęcia, co stało się z nią później, przechylenie się podestu, do którego przymocowana była lina, wyszarpnęło ci ją spod stóp; odkładając prawą, natrafiłeś na pustkę, i jedno uderzenie serca później znów spadałeś – w ostatniej chwili wykazując się refleksem i w nie do końca świadomym odruchu chwytając linę palcami. Zawisnąłeś wyłącznie na rękach, reszta ciała zakołysała się niebezpiecznie, pozbawionymi oparcia nogami mogłeś jedynie wierzgać; na kostkach poczułeś gorąc, ogień był tuż pod tobą, lada moment miał cię dosięgnąć. Jeśli spojrzałeś w bok – w stronę podestu – zauważyłeś, że wspinające się po nim płomienie zaczęły zajmować również linę, pomarańczowe płomyki zbliżały się do ciebie powoli, zdawałeś sobie jednak sprawę, że zanim do ciebie dotrą, sznur się przepali. Wyglądało na to, że nie miałeś już żadnej drogi ucieczki, że nieuchronnie miałeś runąć w dół – ale wtedy usłyszałeś krzyk, męski, znajomy.
Marceliusie! – Głos dobiegał gdzieś z góry, ale nie z żadnego z podestów; rozległ się tuż nad tobą, a jeśli podniosłeś wzrok, to pod płóciennym dachem namiotu zobaczyłeś swojego ojca. Cornelius Sallow siedział na miotle, unosząc się w powietrzu ponad płonącą liną i wyciągał w twoją stronę dłoń; mogłeś ją chwycić, wystarczyło, że puściłbyś linę – a później wdrapać się na miotłę i uciec.
Marcel! – kolejny krzyk przeciął powietrze, tym razem rozlegając się niżej – ale strzelający w górę ogień sprawiał, że niemożliwe było dostrzeżenie jego właściciela. Wiedziałeś jednak, do kogo należał, James musiał znajdować się gdzieś na dole; w jego głosie pobrzmiewała prośba, przestrach – prawdopodobnie nie mógł się wydostać, a może zauważył ciebie – wiszącego na linie. – Marceli! – Trzeci głos, tym razem dziewczęcy; łudząco podobny do krzyku spadającej z podestu jasnowłosej. Czy mogła przeżyć upadek? Nie byłeś pewien, ile dzieliło cię od ziemi, ale do dobiegających z jej poziomu okrzyków stopniowo dołączały kolejne, należące do twoich przyjaciół, którzy – być może – pojawili się w cyrku, żeby obejrzeć twój występ. Nie wiedziałeś, coraz trudniej było ci sobie przypomnieć, jak właściwie się tu znalazłeś.
Marceliusie, nie bądź nierozsądny. Zaraz spłoniesz razem z nimi – odezwał się czarodziej na miotle, twój ojciec. Wpatrywał się w ciebie wyczekująco, to była twoja ostatnia szansa na ratunek; nie wiedziałeś, czy z namiotu dało się uciec inaczej niż powietrzem, ani czy istniała jakakolwiek nadzieja na pomoc otoczonym przez pożar ludziom; na dole mogła cię czekać śmierć w męczarniach, skóra na kostkach i stopach zaczynała cię piec, a dym dusił coraz bardziej, wypełniając płuca. Oczy zaczęły ci łzawić, obraz się zamazywał – jedynie wyciągnięta w twoją stronę dłoń nadal wydawała się wyraźna.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]17.01.22 2:42
Ich spojrzenia zetknęły się po raz trzeci, a ze spotkania na spotkanie odnajdywał w tym spojrzeniu coś innego, serce biło mocniej, rwało się z piersi, dłoń odruchowo przechyliła się w przód, kosztem własnej równowagi ciągnąc ją ku niej, kiedy...
- Nie! - krzyknął, głośniej niż wcześniej, ale nic nie mógł zrobić; drewno runęło, runęła i ona, a lina zadrżała niespokojnie; stopa trafiła powietrze, przechylił się w bok, upadł, raptem w jeden wstrzymany w piersi oddech. Lina była jednak jego przyjaciółką, nie mogła go zdradzić, nie w ten sposób, wyuczony gest odnalazł ją pod palcami pomimo upadku, zawieszając ciało nad złowieszczo tańczącymi językami ognia. Jego myśli trwały tu i teraz, namacalna, zbyt realna rzeczywistość nie pozwalała potraktować tego jako nieprawdziwej mary. Miał tylko sekundy, krótkie chwile na reakcje, zamiast myśleć - działał, jak dyktowało mu serce. Rozpaczliwie chciał się przedostać do podestu, ręka za ręką, przecież potrafił, lecz dostrzegł wspinające się wzdłuż podestu płomienie. - Nie - powtórzył blado, czy nie było już, nic co mógł zrobić?
Ten krzyk - co? - jego ojciec? Podniósł ku niemu spojrzenie, usta drżały, szkliste oczy szukały jego oczu, pobielałe od uścisku knykcie traciły siły. Wyciągnął ku niemu dłoń, chciał mu pomóc? Był po jego stronie? Był przecież jego ojcem, musiał być... Zapatrzył się na niego w chwili, w której oderwał go rozpaczliwy krzyk Jamesa, był tu, był zobaczyć występ - a teraz miał zginąć. Słyszał krzyk dziewczyny, cierpieli, potrzebowali pomocy. Ratunku. Musiał im pomóc, ale jak? Co czekało na dole, czy tylko śmierć? Płomienie, popioły, ogień? Musiał znaleźć sposób, żeby ich stamtąd zabrać.
Nie bądź nierozsądny, uniósł spojrzenie znów na ojca, rozpaczliwie wpatrując się w jego oczy.
Czy mógłby?
Czy tamten dzień, w którym po raz pierwszy stanęli oko w oko: dzień, w którym przemocą wdarł się do jego umysłu - czy to było za mało? Było, wybaczył mu to. Widywał się z nim, choć wiedział, że nie mógł mu zaufać. Widywał się z nim, choć wcale mu nie ufał. Głupio i naiwnie, dał mu kolejną szansę, wmawiając sobie kolejne usprawiedliwienia tamtego czynu. Czy tamten dzień, w którym wtrącił za kraty nieznajomego, czy to było mało? Mało, dzień, dwa, wyjdzie na wolność, nic wielkiego się nie stało. Wolność zabiera się po kawałku, tak, że się nie dostrzega, kiedy oswaja się z jej utratą. Czy tamten dzień, w którym na wezwanie Jamesa odnalazł go kalekiego, kiedy nie wzruszył nawet powieką na jego widok, kiedy nie zrobił nic, żeby go ocalić, choć w Tower mogła go spotkać już tylko śmierć - czy to było za mało? Mało, mimo wszystko był jego ojcem, krew z krwi, ojcem, którego idealizował pół życia, by w drugiej połowie zdać sobie sprawę z tego, że wcale go nie potrzebował, a finalnie odezwać się do niego z prośbą o pomoc - po której został jego ponurym cieniem, pochłaniając w mroku wszystko, co go otaczało. Wtedy musiał zrozumieć, że był dla ojca nikim, ledwie śmieciem, niechcianym problemem przeszłości, pamiątką po błędzie młodości, niechcianym romansie. Czy po tym mógłby mu dać kolejną szansę - uwierzyć, że chciał czegoś innego? Nie wiedział, ale pamiętał więcej. Pamiętał, kiedy legilimował Jamesa w Parszywym Pasażerze, pamiętał, kiedy powtórzył to w Tower, torturując jego i tak ledwie żywego przyjaciela. Słowa Jamesa wracały do niego jak echo, kiedy wyznał mu, że jego ojciec szantażował go bezpieczeństwem jego rodziny. Thomasa, Eve. Sheili. Tego nie wybaczy mu nigdy. I tylko dlatego był na to gotów. Nienawidził go.
Szarpnął dłoń w jego stronę, ale nie pochwycił jego, no chodź tu, bydlaku, zbliż się. Rozhuśtał nogi w przód i w tył, chcąc nabrać pędu i w odpowiedniej chwili skoczyć - na miotłę, na której siedział jego stetryczały ojciec, chwycić dłońmi drągu, nigdy dłoni ojca, wślizgnąć się przed niego. Latał przecież znacznie lepiej od niego, czy przejęcie kontroli nad miotłą mogło być trudne? Był powolny, w jego oczach stary, zgrzybiały, nie miał mięśni, nie mógł z nim wygrać, a na pewno nie mógł z nim wygrać w powietrzu. Nie zamierzał uciekać, jego ojciec wydawał mu się w tej chwili jedynym ratunkiem nie tylko dla niego. I nic to, że miałby wlecieć na tym w płomienie: dla swoich przyjaciół zrobiłby wszystko. Rodzina była od dawna martwa.
- Pieprz się - Jeśli zapikuje wystarczająco mocno, mógłby się otrzeć o walący się podest, wypchnąć go, zostawić go tam i samemu polecieć niżej, tylko tak mógłby ich ocalić. Nie mogli umrzeć. Nie mógł ich tam zostawić. Musiał, musiał im pomóc. Musiał być przy nich. Musiał przynajmniej spróbować, nawet jeśli nie wiedział, jak jedna miotła mogłaby unieść tak wiele osób. Teraz - teraz musiał skupić się na skoku i na powietrznej szamotaninie z ojcem. Z człowiekiem, który nazywał się jego ojcem, choć nigdy nim nie był. I który miał dług wobec wszystkich ludzi tam, na dole. Nadszedł dzień zapłaty. Ani przez chwilę nie pomyślał o tym, że mógłby uciec, tak po prostu - i zostawić ich za sobą. Nie potrafiłby. Nie chciał.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]17.01.22 2:42
The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 35
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]17.01.22 17:50
Czas płynął nieubłagalnie, rzeczywistość kurczyła się wokół ciebie, zapadając się niczym płócienne ściany trawionego ogniem namiotu; wiedziałeś, że miałeś zaledwie sekundy na decyzję – że istniała tylko teraźniejszość, mimo że była to teraźniejszość dziwna, prawdziwa i nierealna jednocześnie – ale nawet wtedy nie odepchnąłeś od siebie przeszłości, wspomnienia przelatywały ci przed oczami, przesuwając się gdzieś w przestrzeni pomiędzy tobą, a wyciągniętą dłonią siedzącego na miotle czarodzieja. W jego tęczówkach błysnęło coś znajomego, zniecierpliwienie, poirytowanie – ale w twoich niemal w tym samym momencie zapłonęła nienawiść. Sięgnąłeś w górę, ręka przecięła jednak wyłącznie powietrze; palce drugiej, wciąż zaciśnięte na linie, zapłonęły żywym ogniem, teraz zmuszone do utrzymywania całego ciężaru twojego ciała – ale byłeś przyzwyczajony do wysiłku i idącego za nim bólu. Determinacja dodała ci sił, nogi popchnięte w przód i w tył zakołysały tobą gwałtownie, lina zatrzeszczała; miotła, którą chciałeś chwycić, znalazła się bliżej, obniżona przez próbującego dosięgnąć cię ojca – niedostrzegającego podstępu do chwili, w której twoja dłoń – najpierw jedna, a zaraz potem druga – zacisnęły się kurczowo na rączce miotły. Mężczyzna krzyknął – w zaskoczeniu, może w proteście – nie zdołał jednak zareagować wystarczająco szybko, nagłe przesunięcie środka ciężkości sprawiło, że trzonek przechylił się do przodu, w dół, ku tobie. Cornelius szarpnął nim w górę, bezskutecznie próbując naprostować lot, ale już zmierzaliście ku ziemi – gdzieś w międzyczasie tracąc kontrolę nad pikującą miotłą. Coś boleśnie otarło się o twój bark, wierzgająca noga natrafiła na opór w postaci ludzkiego ciała, próba wdrapania się na miotłę zakończyła się bezładną kotłowaniną kończyn i szat – a później otoczyły was płomienie.
Gorąc był wszędzie, dym wdzierał się do oczu i zasłaniał pole widzenia, dusił i gryzł, nie widziałeś nic – choć wszystko słyszałeś, nieludzki krzyk rozdarł powietrze, wypełniające się niemożliwym do zniesienia smrodem palonego ciała. Twoje ubranie zajęło się ogniem, przeczuwałeś też, że zaledwie ułamki sekund dzieliły cię od bolesnego zderzenia z ziemią, ale nim twoje kości zdążyłyby pogruchotać się o twarde podłoże, a skóra odejść od mięśni, przez otaczający cię huk przedarło się coś jeszcze: ptasi śpiew, melodyjny, donośny, niepodobny do niczego, co mogłeś słyszeć wcześniej – w jakiś sposób napełniający cię przekonaniem, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się uda; budzący tę samą pewność, której echa pozostawiła po sobie gorąca herbata. Szalejący wokół ciebie ogień wygiął się w dwa półkola, do złudzenia przypominające pierzaste skrzydła; twój ojciec zniknął – razem ze swoją miotłą, musiał ci się wyrwać, a może strawił ich pożar – ucichły też krzyki; ogień przestał cię parzyć, zwalniałeś, stopy miękko opadły na podłoże – a wszystko dookoła zalała jasność.
Kiedy odzyskałeś wzrok, wciąż znajdowałeś się w cyrkowym namiocie – ale po trawiących wszystko płomieniach nie pozostał nawet ślad. Granatowe płótna wyszywane w złote gwiazdki były nienaruszone, na zaczarowanym sklepieniu kłębiły się ciemne, burzowe chmury; pod nim – na rozwieszonych strategicznie trapezach i linach ćwiczyła dwójka akrobatów, nie byłeś jednak w stanie rozpoznać ich twarzy – wydawali się umykać, odwracać się tyłem za każdym razem, gdy próbowałeś zahaczyć o nich wzrokiem. Wszystko inne wydawało się być na swoim miejscu, choć jednocześnie czułeś, że było w tym obrazku coś niewłaściwego, jak źle odłożony kubek albo przestawiona ramka ze zdjęciem.
Jeśli się rozejrzałeś, zorientowałeś się, że nie byłeś na arenie sam – parę metrów od ciebie, tuż przy krawędzi sceny, stał wysoki, szczupły mężczyzna, tak niepasujący do otaczającej go scenerii, jak gdyby znalazł się w niej przypadkiem, wyrzucony przez źle działający świstoklik albo teleportacyjną czkawkę. Ubrany był w długą aż do ziemi fioletową szatę, wyszywaną złotą nicią, pomarszczone dłonie krzyżowały się za plecami; musiał być też stary – o czym świadczyły sięgające pasa, srebrno-białe włosy i niemal tak samo pokaźna broda. Na głowie nosił tiarę stanowiącą komplet z szatą, a kiedy się odwrócił – odrywając spojrzenie od podniebnego pokazu – zza odbijających światło okularów-połówek błysnęły jasnobłękitne oczy. Chociaż nigdy wcześniej nie było wam dane się spotkać, to przyglądając się jego twarzy, mogłeś rozpoznać go bez problemu: z podobizny wymalowanej na kartach Czekoladowych Żab, z portretów; ze starych fotografii w Proroku Codziennym, wspominającym czasami jego osobę. – Witaj, Marceliusie – odezwał się Albus Dumbledore, częściowo zwracając się w twoim kierunku – ale gestem zapraszając cię, żebyś do niego podszedł. Na jego ustach zatańczył uśmiech, było w nim jednak coś smutnego, zmartwionego; to samo zmartwienie czaiło się też w jego spojrzeniu. – A może powinienem powiedzieć: Marcelu? – zapytał, unosząc wyżej brwi. – Zastanawiałem się, czy to właśnie nam będzie dane się spotkać – dodał ciszej, jakby do siebie, choć jego słowa docierały do ciebie wyraźnie; poza nimi na arenie panowała niemal idealna wręcz cisza, nie było słychać akrobatów – ani niczego innego. – Obawiam się, że nie mamy wiele czasu – podjął po chwili – ale zanim zapytam cię o to, jak właściwie tu trafiłeś – jak twoja ręka? – zapytał – i dopiero wtedy, spoglądając na prawą dłoń, dostrzegłeś tkwiące pomiędzy palcami pióro: czerwono-złote, poprzetykane setką odcieni pomiędzy, wydawało się płonąć za każdym razem, gdy nieco zmieniało się padające na nie światło.
Namiot zadrżał – początkowo lekko, ledwie zauważalnie, tworzące go ściany się zatrzęsły, a do twoich uszu dobiegł cichy stukot przypominający sunięcie kół pociągu. Parę drobnych kropel zmrożonego deszczu oderwało się od zaczarowanego sklepienia i zatrzymało na twoich policzkach, poza tym nic się jednak nie zmieniło – a ćwiczący na trapezach akrobaci nie wyglądali, jakby cokolwiek ich zaniepokoiło. Dumbledore również nie zareagował w żaden sposób, jedynie unosząc wzrok ponownie ku pokazowi. – Niesamowite – mruknął cicho, odlegle.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]21.01.22 2:32
Jęknął, kiedy jego dłoń trafiła na powietrze, ale porażka mogła w tym momencie zbudzić w nim jedynie determinację, parę chwil później trzymał już miotłę ojca, kulawo, niezgrabnie, siłą zmieniając kierunek jego lotu. Pikowali w dół, przed siebie, chaotycznie, niewiele będąc w stanie dostrzec przez kłębiący się gryzący dym. Szarpał się z ojcem zawzięcie, walcząc o kontrolę nad miotłą, ale wtedy nie panował juz nad niczym: nad sobą, nad nim, nad miotłą, nad jej lotem, nad coraz wyżej wspinającymi się językami ognia, nad... nad krzykami przyjaciół. Nie tylko dym wyciskał do kącików oczu łzy, gdy ten przeraźliwy krzyk rozdarł powietrze; wzrokiem szukał jego źródła, to już koniec. Cała ta walka, szamotanina z ojcem, od zawsze była przecież bezcelowa. Mogła doprowadzić tylko do tego - do śmierci obojga.
- Nie - wymamrotał błagalnie, rozpaczliwie, bo zawiódł, jako przyjaciel, jako człowiek, jako członek Zakonu Feniksa, nie zdołał ocalić ni jednej osoby. Ten przeraźliwy smród sprawiał, że robiło mu się niedobrze. Nie znał swądu palonego ciała, ale podobnie co włosy cuchnęło futro tygrysa, który niezgrabnie przeskoczył płonącą obręcz. Przestał walczyć, trzymał się miotły i czekał: na kres, który lada moment miał nadejść. Nikt tutaj nie zasługiwał na taką śmierć. Nikt tutaj nie zasługiwał na to, by pochłonęły go piekielne ognie. Zamknął oczy, gdy znalazł się tuż przed gruntem, gdy zatopił się w płomieniach a śmierć tuliła go już do snu, to wtedy to usłyszał: cichą pieśń, otulającą go tarczą ciepłą i bezpieczną, jak jedwabna opończa, pieśń, której mógłby słuchać już bez końca. Pieśń, która dodawała odwagi i sprawiała, że serce znów odnajdywało sens, sens walki. Bo walka zawsze miała sens. Nawet wtedy, kiedy wydawało się, że wszystko było już stracone. Przeżył przecież tamtego dnia, w Tower of London.
Instynktownie i na oślep wyciągnął przed siebie dłonie, amortyzując upadek; odważnie otwierając oczy, gdy tylko poczuł miękkość gruntu. Uniósł spojrzenie na płomienie, które rozeszły się przed nim jak... one się nie rozeszły. One go otuliły, otuliły ognistymi skrzydłami feniksa. Zabrały go od ojca. Zabrały go z tamtego miejsca. I choć ogień winien budzić grozę, on nie bał się wcale. W tych skrzydłach był bezpieczny, bo to one dawały mu siłę. Oślepił go nagły błysk, i choć serce zabiło mocniej, była w nim tylko ufność: ufność wobec bytu, który go otaczał. Niewidzialnego anioła stróża.
Dźwięki z oddali ucichły, Marcel cofnął się parę kroków, zmrużone czy unosząc na sklepienie namiotu, gdzie jeszcze przed momentem gryzącego dymu było mniej. Teraz - nie było go już wcale, ani tam, ani nigdzie. Okręcił się nieśpiesznie, wolnym krokiem, wokół własnej osi, badając wzrokiem całe otoczenie. Po pożarze nie został żaden ślad. Jakby wcale go tutaj nie było. Nie było też ciał. Ani nie czuł swądu palonego mięsa. Czy się udało? Czy ocalił ich, w jakiś niezrozumiały dla siebie sposób? Nie był tutaj całkiem sam: na linie ktoś tańczył, kto? Postąpił krok w ich stronę, dlaczego ich nie rozpoznawał? To była jego Arena. Jego lina. Jego świat.
Pociąg, mroźny wiatr, śliski dach, gwałtowny poślizg. Czy umarł i miał zostać zapomnianym duchem tego miejsca? Akrobaci nie byli jedynym towarzystwem, na Arenie siedział też starzec. Marcel milczał, kiedy jasne tęczówki spoczęły na starczej twarzy drugiego czarodzieja. Też martwego, już przecież od lat.
Albus Dumbledore, założyciel Zakonu Feniksa.
Nie odpowiedział na jego powitanie. Marcel, nie Marcelius, nazywano go tym imieniem na Arenie, bo dobrze brzmiało, ale to była tylko rola. W życiu w ten sposób zwracał się do niego tylko jego ojciec. Nie od razu zareagował na jego zaproszenie, wpierw unosząc wzrok - raz jeszcze - na linę, na której znalazł się teraz ktoś inny. Potem znów na niego, po dłuższym zawahaniu przestępując w jego stronę dwa kroki. Bał się. Nie skrzydeł, nie ognia, nie Dumbledore'a. Bał się tego, co się działo i tego, czym miał się stać. Bał się tego, że śmierć była zbyt blisko.
- Właśnie nam? - powtórzył po nim, bez zrozumienia. - Nie rozumiem - przyznał, choć przecież było to widać jak na dłoni. Byli inni kandydaci? Pokręcił głową przecząco, próbując pozbyć się tych myśli. Ci inni akrobaci, tak? Mogli być na jego miejscu tak, jak teraz byli na jego? Obejrzał się jeszcze raz na linę, przestał ich słyszeć. Czy wciąż tam byli? Ściągnął brew, gdy powiedział, że nie mieli dużo czasu. To tylko postój, tak? Tam dalej - była dalsza droga. Czy każdy duch przechodził katorgę odpowiednią do jego przewin za życia? Miał ich przecież wiele.
Takich jak ta - stanął jak wryty, zbladł, patrząc na niego tępo. Strach sparaliżował go w jednej chwili. Nie poruszył się nawet o pół kroku. Nie drgnął palcem dłoni. Czy jego ręka - czy była zdrowa? Czy ten nierealny pociąg i to wszystko, co się w nim działo: czy to istniało naprawdę? Może jednak - może jednak umarł tamtego dnia? Ale ta pieśń, śpiew, który wciąż słyszał w głowie, to bez znaczenia. Szedł ku światłu. Lecz mimo to - poczuł się mały i żałosny. Słaby i stracony. Nie taki chciał być, nie przed kimś takim jak Albus Dumbledore. Nie słusznie upokorzony okaleczeniem. Widział to wszystko? Stąd, z zaświatów? Ależ wstyd. Stracił rękę, bo znalazł się tamtego dnia na rynku przypadkiem. Bo widział, jak James i Thomas kradną. Bo nie zrobił nic, żeby ich powstrzymać - próbował ich kryć. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Nie zachowałby się inaczej. Był złodziejem. I poniósł zasłużoną karę - palącą w sercu przeraźliwym wstydem. To chyba było jeszcze gorsze, niż gdyby stanął w tym stanie przed samym Haroldem Longbottomem. Subtelnie poruszył palcami, błagając los, by mógł to zrobić: fantomowe czucie nieistniającej dłoni towarzyszyło mu bardzo długo, ale prędzej czy późnej zawsze trafial na ścianę. Palce nigdy się nie zgięły. Inaczej niż teraz, między opuszkami wyczuł kształt, który pochwycił.
Pióro. Pióro feniksa. Obracał je w dłoni ostrożnie, wodząc wzrokiem za jaśniejszymi i ciemniejszymi refleksami. Było piękne. Bardzo piękne. Ściągnął brwi, im dłużej się mu przyglądał, tym bardziej czul... słyszał... koła pociągu? Niesamowite, powiedział? Zacisnął palce na piórze, mocniej, jak na orężu, które powieść go ku zwycięstwu. Jak na skarbie, którego nie mógł utracić. Tamta spinka, znak obok herbaty, zboczył z trasy. Przestał podążać za śladami. Nie zaufał znakom w pełni.
- Kto to jest? - zapytał, nie odpowiadając na pytanie o samopoczucie. Przeniósł wzrok znów w górę, podążając śladem spojrzenia Dumbledore'a. Czy naprawdę tak łatwo było go zastąpić? - Ja umarłem, prawda? - zapytał, głos mu zadrżał; zawsze był trochę jak kot, szybki, cichy i lekki. Taki uliczny, z rozdartym uchem. Mają siedem żyć. Pierwsze utracił we krwi własnej matki, rozpaczliwie broniąc się przed szmalcownikiem. Drugie, gdy po raz pierwszy zamknięto go w Tower of London, w zasadzie bez powodu. Za trzecim razem mieli powód, paraliżujący ból rozchodzący się z otwartej rany był czymś, na co nie był wcale gotów. Parszywy Pasażer tamtego dnia, kiedy zabrali i stracili Celine, Bojczuka i Hagrida. Czwarte życie. Piąte, gdy próbował pomóc Celine. Dostać się do lady Black, która otoczyła ją opieką. Gnał w szaleńczej ucieczce przed nimi przez całe miasto. Zgubił ich, ledwo co. I szóste, kiedy Frances nasłała na niego śmierciożercę. Zostało jeszcze jedno, ostatnie, ale to chyba nie była już szansa dla niego. - Co pan tu robi?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]22.01.22 14:39
Błękitne oczy osadzone w pomarszczonej twarzy spoglądały na ciebie z trudnym do uchwycenia spokojem, nie ponaglając cię w żaden sposób ani nie wyrażając zniecierpliwienia, gdy w twoich krokach pojawiło się zawahanie. Albus Dumbledore, oglądany z bliska, nie wydawał się ani trochę mniej prawdziwy, niż przed chwilą: jego ciało nie emanowało charakterystyczną dla duchów poświatą, nie było przejrzyste, nie unosiło się w powietrzu – mogłeś być niemal pewny, że jeśli tylko wyciągnąłbyś przed siebie rękę, opuszkami palców dotknąłbyś barwnego materiału czarodziejskiej szaty. – Och, tak – przytaknął, kiwając głową. – Domyślałem się, że któregoś dnia ktoś z was odnajdzie tę ścieżkę. Powiedz mi – poprosił, odwracając się do ciebie; jego twarz i ton głosu wyrażały szczere zainteresowanie, ciekawość – czy pamiętasz, jak się tu znalazłeś? – zapytał, nie precyzując jednak, gdzie dokładnie było tu; mógł mieć na myśli zarówno cyrkowy namiot, jak i pociąg, odzywający się w twojej głowie odległym echem.
Oczy czarodzieja złagodniały wyraźnie, gdy pytanie o rękę sprawiło, że zamarłeś – gdzieś za błękitem tęczówek błysnęło współczucie, zmartwienie, może coś jeszcze – ale nie skomentował w żaden sposób braku odpowiedzi; zaciskając palce na piórze czułeś na skórze ciepło, przyjemne, wszechobecne, wypełniające cię jakby od środka – zagłuszające nieco echo przepełnionych cierpieniem wspomnień, choć nieodbierające ci ich zupełnie. Kotłowanina myśli nie doprowadziła cię do żadnych wniosków, a wzrok przeniesiony w górę, na poruszających się pod zasnutym chmurami sklepieniem akrobatów, znów zdawał się płatać ci figle – zamazując krawędzie, nie pozwalając skupić się na jednym punkcie. – Nie mam pojęcia – przyznał Dumbledore, a na moment również unosząc spojrzenie. – Zdaje się, że to zależy wyłącznie od ciebie. Kogo chciałbyś tam zobaczyć? – zapytał, zerkając w twoim kierunku. Zapytany o to, czy umarłeś, uśmiechnął się smutno. – Nie, Marcelu – jeszcze nie – odparł spokojnie, po czym odwrócił się, robiąc dwa powolne kroki w przód, a później spoglądając na ciebie – prawdopodobnie oczekując, że ruszysz za nim. – Choć tu chyba również powinienem powiedzieć: to zależy. Widzisz? – upewnił się, wskazując ręką przed siebie; złota nić zamigotała lekko w wypełniającym arenę świetle, a jeśli podążyłeś wzrokiem za smukłymi, pomarszczonymi palcami, dostrzegłeś, że drżące kotary namiotu w jednym miejscu się rozchylały – poruszająca się, jakby szarpana wiatrem płachta raz po raz się odchylała, dzięki czemu wiedziałeś, że na zewnątrz panowała noc, od czasu do czasu przecinana jaskrawym blaskiem błyskawic. Musiała trwać burza, widziałeś strugi zacinającego deszczu, prawie czułeś też chłód wdzierającego się do środka wiatru; w porównaniu z jasnym wnętrzem namiotu, to, co znajdowało się poza nim, tchnęło niebezpieczeństwem, grozą. Czym jeszcze – nie wiedziałeś, znajdowałeś się zbyt daleko; żeby wyjrzeć poza arenę, musiałeś podejść bliżej. – Znalazłeś się w miejscu, w którym musisz podjąć decyzję: czy chcesz wrócić i walczyć, czy może pójść dalej – wyjaśnił spokojnie czarodziej. – Masz na nią chwilę, ale niezbyt długą: będziemy tu bezpieczni jeszcze przez moment – dodał, unosząc dłoń i wskazując dookoła – na wyszywane w gwiazdy ściany cyrku, na zwisające z sufitu trapezy, które – jakby na potwierdzenie jego słów – zadrżały nagle gwałtowniej, a huk pociągu nabrał na sile – teraz był coraz głośniejszy, dudniąc nie tylko w powietrzu, ale i w podłodze, zupełnie jakby trzęsła się ziemia pod twoimi stopami.
Na twoje kolejne pytanie Albus Dumbledore nie odpowiedział od razu, zamiast tego unosząc dłonie i przez chwilę poklepując się po przodzie szaty, jakby czegoś szukał. – Ach – mruknął w końcu, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej podłużną, owalną tubkę. – Masz ochotę na cytrynowego dropsa? – zapytał, spoglądając na ciebie pytająco, wyciągając rulonik w twoją stronę. Nie wyglądał, jakby żartował; długimi palcami odwinął powoli papierek, po czym wsunął sobie żółtego cukierka do ust. Zastanowił się przez moment, powoli chowając słodycze z powrotem do kieszeni. – Widzisz, Marcelu, kiedy powołałem do życia Zakon Feniksa, ostrzegłem jego pierwszych członków o trzeciej, kształtującej się w cieniu Grindelwalda sile – podjął, pozornie bez związku. – Podejrzewałem – już wtedy – że nadejdzie moment, w którym urośnie ona tak bardzo, że zaleje świat, jaki znamy – a otaczający ją mrok zgęstnieje na tyle, że trudno będzie odszukać w nim nadzieję, uniknąć zagubienia – a czasami nawet odróżnić, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. – Zrobił krótką pauzę. – Czy powiedziałbyś, że to już się stało? – zapytał, zatrzymując się; tym razem spojrzenie, które w tobie utkwił, było intensywne, przenikliwe; przekrzywił głowę, wyraźnie oczekując od ciebie odpowiedzi.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]23.01.22 3:54
Że któryś z was odnajdzie tę ścieżkę. Z żywych? - Jaką ścieżkę? - Im dłużej przed nim stał, tym mniej rozumiał, a jednak Albus Dumbledore wydawał się równie rzeczywisty, co jego ojciec parę chwil temu. Tu, przed nim, na wyciągnięcie ręki, ten, który przewidział, ten, który podłożył fundamenty pod całą tę walkę, ten, który sprawił, że uwierzyli: że to wszystko miało sens. Patrzył na niego w milczeniu, czy pamiętał, jak się tutaj znalazł? Co miał na myśli, dach tamtego śliskiego pociągu, moment śmierci? Czuł, że nie o to mu dzisiaj chodziło. Z pociągu mógł spaść każdy dureń dość głupi, żeby próbować się po nim ślizgać. Lecz jeśli nie o to - to o co? Gdzie był początek? W tamtym znaku herbaty wyrysowanym w menu pociągu, czy może we włosach pięknej dziewczyny ze złotym warkoczem, w których zapłonęło pióro feniksa? Jeszcze wcześniej? Tamtego dnia, przed budką z frytkami, kiedy spotkał ją po raz pierwszy? Tamtego poranka, kiedy Sheila opowiedziała mu o swoim strachu, o tym, że zarejestrowała dokumenty pod prawdziwymi danymi, wtedy, zanim Aidan... Nie, chodziło o coś wcześniejszego, prawda? Chodziło mu o tamten wieczór, w który próbował odwiedzić matkę. Po miesiącach przerwy, nie był dobrym synem: znów poczuł wstyd. Zdawał sobie sprawę z tego, że mogła żyć: gdyby tylko nie zostawił jej w ten sposób.
To wtedy zaczęło się to wszystko. To wtedy odrzucił gnuśność, chcąc pomóc rozpostrzeć skrzydła feniksowi. Ledwie uszedł z życiem, gdyby nie Billy, byłby martwy już wtedy. Ale on go ocalił i schronił w miejscu, w którym było więcej takich jak on: zranionych, ale kochających życie. To wtedy zrozumiał, że nie był tacy jak oni. Że nie chciał się ukrywać. Że nie chciał trwać w bezczynności. Że chciał podjąć walkę, w której ceną było życie: oddane za tych, którzy mogli pociągnąć to wszystko do końca. Do zwycięstwa. To zabawne, że zrozumiał to dopiero wtedy, kiedy stracił coś, co było mu tak drogie. Wtedy, kiedy ledwie uszedł z życiem, jak okaleczony kot tracąc kolejne z żyć. Wyprostował palec po palcu prawej dłoni, nie wypuszczając pióra. Czy ta rana miała zabliźnić się gruba jak zbroja, hartując zapalczywego ducha? Wszystko się ze sobą łączyło w zaskakującej pętli, której sensu wciąż nie potrafił pojąć.  
- Częściowo - odpowiedział po dłuższej chwili, nie pamiętał wszystkiego, w pewnym momencie utracił przytomność. Stracił zbyt wiele krwi. Ale to niczego nie zmieniało, pamiętał ogień w sercu: z tlącego strachu przeradzający się w realną i rzeczywistą wolę walki. Słyszał pociąg, huczał w oddali. Gdzieś poza nim. Poza czasem i przestrzenią. Może jednak chodziło mu o to? Odpowiedź byłą taka sama, ślizgając się po lodzie stracił kontrolę. Nie do końca wiedział, co się wydarzyło. Spadł? Pod koła? Między wagony? Zdążył się chwycić dachu? Sprzęgu między wagonami?
Współczucie, nie chciał go widzieć, nie chciał współczucia, litości, zrozumienia, czuł tylko gniew: gniew wobec siebie, nawet nie ludzi, którzy mu to zrobili. Ale współczucie w spojrzeniu Albusa Dumbledore'a budziło coś krzepiącego, jakby te szare tęczówki rozumiały więcej, niż inne. Podniósł pióro przed siebie, przyglądając się jego budowie, było ciepłe i dobre, jak dotyk wyrozumiałej kochającej matki. Nie zaznał w życiu wiele dobroci, to, co biło od pióra, było dla niego obce. Obce, a jednocześnie tak bliskie.
Przeniósł spojrzenie na linę, kiedy zapytał, kogo chciałby tam zobaczyć. Wiedział, kogo. Siebie. Żywego i sprawnego, od utraty ręki nie mógł jeszcze wrócić do pełnych treningów. Nie był dość sprawny. A teraz był martwy. Ale chciał żyć: chciał żyć, bo mimo całego napotkanego zła kochał życie. Ale nie powiedział tego na głos. Wydało mu się to samolubne, więc znów poczuł wstyd. Wstyd, pomimo którego Dumbledore rozbudził w nim nadzieję: jeszcze nie. Nie wahał się ni chwili, podążył za nim, nadganiając kroku po krótkim zawahaniu, by zrównać się nim ze starszym czarodziejem. Pokazał mu złotą nić: odruchowo uniósł dłoń, sięgając jej splotu, chcąc ją pochwycić, czy była realna? Czy cokolwiek wokół było? Czy Albus Dumbledre był?
Czy to tylko sen, majaki pijanego, przedśmiertna agonia?
Wzdrygnął się od wiatru szalejącego za namiotem, zamknął oczy, słysząc deszcz i grzmoty. Chłód, pochwycił pióro oburącz, ogrzewając palce; nie czuł już pod nimi tego przeraźliwego zimna.
- Pan zostawił te znaki? - zapytał w końcu, znak obok herbaty nie zwrócił uwagi tamtego draba, czy tylko on go widział? Tak samo jak złote ślady? - Nie posłuchałem ich - dodał, kręcąc ze zrezygnowaniem głową. Czy gdyby podążył prosto za nimi, czy wtedy wszystko wyglądałoby inaczej? Podszedł bliżej, chcąc spojrzeć na zewnątrz.
Czy wtedy miałby szansę ocalić dziewczynę ze złotym warkoczem?
- To walka mnie tutaj zatrzymała - odpowiedział, ściągając brew i spoglądając pytająco na Dumbledore'a. Przecież mógł opuścić to miejsce wcześniej. Najpierw sam, wyjście było tuż obok. Potem z ojcem, który próbował go ocalić. Ale on nie chciał. Chciał ocalić ją, nie siebie. Ich, nie siebie. Nic nie rozumiał. Wiedział, że nie miał przed sobą złudnej mary, pióro było zbyt realne. Niosło otuchę i nadzieję. Jak cały on. - Muszę jej pomóc - Muszę im pomóc. Miał zbyt wiele niedokończonych spraw. Dokumenty Sheili w jego zwłokach prędzej czy później ktoś by znalazł, ale dziewczyna ze złotym warkoczem pozostała w rękach tamtych drabów. - Jak mam to zrobić? - Ktoś taki jak on wiedział przecież wszystko o wszystkich. Znał odpowiedzi na wątpliwości i rozwiązania wszystkich problemów. To też musiał wiedzieć. Nie potrzebował chwili na refleksję, nie chciał wymienić chłodu, nawet śmiertelnego, na bezpieczne ciepło. Chciał dokończyć to, co zaczął. Ale przestrzeń w okół zaczynała się trząść. Była niestabilna, a odgłosy pociągu coraz głośniejsze. Wciąż go słyszał, więc żył. Albus Dumbledore twierdził, że żył.
Wyciągnął dłoń przed siebie, bezwiednie, kiedy zaproponował dropsa, po części dlatego, że nie potrafił odmówić, po części dlatego, że rozumiał jeszcze mniej; absurd sytuacji dotarł do niego dopiero po chwili, kiedy z uwagą wsłuchiwał się już w słowa czarodzieja. Zmartwienie rzuciło cień na jego błękitne tęczówki, jasna brew ściągnęła się niżej, wąskie usta skrzywiły się nieznacznie. O niczym nie wiedział? Niczego nie widział? Mrok gęstniał, gęstniał przerażająco. Zgęstniał na tyle, że coraz trudniej było odróżnić wroga od przyjaciela. Thomas, nawet James, nigdy nie zapomni jego gniewu, kiedy Tonks zdradził, kim był. Wreszcie Frances i nóż wbity mu przez plecy w samo serce, wierzył, że się w niej zakochał, a ona zagrała na jego uczuciach, w akcie zemsty oddając go w ręce wroga.
Podniósł spojrzenie, by skrzyżować je z jego: wyczekującym i przenikliwym. To nieprawda, że nie wiedział. Wiedział bardzo dobrze. Sprawiał wrażenie kogoś, kto wiedział wszystko. A jednak wymagał od niego odpowiedzi. Zmierzał do czegoś innego?
- Już dawno, panie Dumbledore - odpowiedział w końcu, nie znał go z czasów profesury, zwrot, jakim nazywała go większość starszych Zakonników, był dla niego nienaturalny. Niewiele wiedział o Grindelwaldzie, był jednym tyranem, którego zastąpił kolejny. On dorósł w cieniu tego drugiego. Dawno dla niego, który żył parę dekad mniej od Dumbledore'a, nie mogło być tym samym dawno. - Czasem wydaje się, że nadzieja gaśnie. Sam Pan Wie Kto utopił Anglię we krwi. Nie zawsze łatwo jest zrozumieć, czym jest dobro. - Podjął się współpracy z handlarzami ludźmi, żeby pomóc Sheili. Czy jeśli umrze: będą jej szukać? - A przyjaciele nie zawsze nimi pozostają - James został. Mimo gniewu, został. Frances nie. - Ale Zakon Feniksa pozostanie silny. Z pana duchem. Zaśpiewa pieśń, która przywróci nadzieję - dodał, szczerze w to wierząc. Wierzył w tę ideę, w Zakon Feniksa, w jego przywódców i ideaologów, wierzył w Dumbledore'a. Wierzył w moc trzymanego w dłoniach pióra. - Zwycięży - dodał, ledwie słyszalnie, pióro niosło otuchę. Nawet w sytuacji takiej jak ta - pozwalało uwierzyć. Może i nie znaczył w tym wszystkim wiele, może i był tylko jednym z tych małych pionków z pierwszego szeregu, które idą na śmierć po to, by ochronić większych, silniejszych i ważniejszych. Ale chciał to zrobić. Bo wierzył w lepsze jutro i wierzył w zwycięstwo.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 3 +3
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 2 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Stacja kolejowa [odnośnik]23.01.22 22:51
Kolejne pytanie wybrzmiewające w wypełnionym złotawym światłem namiocie nie od razu doczekało się odpowiedzi. Albus Dumbledore odwrócił na moment spojrzenie, unosząc je w górę, na jego twarzy próżno było jednak szukać oznak zniecierpliwienia czy irytacji; wyglądał, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. – Widziałeś pióra feniksa, prawda? – zapytał, zerkając na ciebie z ukosa, szukając u ciebie potwierdzenia – choć musiał wiedzieć, że tak. – Sprowadziła cię tu bardzo stara magia, Marcelu – kontynuował, znów krzyżując dłonie za plecami i jak gdyby nigdy nic wracając do oglądania występu akrobatów. Choć widziałeś tylklo jego profil, bez trudu mogłeś wyczuć, że jego uwaga wciąż skupiona była na tobie – i na osobliwej rozmowie, którą prowadziliście. – Magia, którą dostrzec mógł jedynie czarodziej o czystym sercu; taki, który nie zawahałby się przed udzieleniem bezinteresownej pomocy przyjaciołom, nawet jeśli musiałby zapłacić za to wysoką cenę. Ktoś, kto nie porzuca walki o sprawiedliwość – szczególnie w chwili, w której wydaje się ona bezcelowa. – Dumbledore odwrócił się, teraz patrząc już prosto na ciebie; jasne tęczówki spoglądające zza okularów-połówek zdawały się przenikać na wskroś. – Znasz może kogoś takiego? – zapytał – a kącik jego ust drgnął lekko; w oczach dostrzegłeś błysk, ulotny, który zgasł tak samo szybko, jak się pojawił.
Nie ponaglał cię do odpowiedzi, gdy ruszyliście dalej, w stronę powiewającej na wietrze płachty namiotu; uchwycone w palce pióro grzało cię w skórę, dodając otuchy, przywołując echo śpiewu feniksa. Przez moment wydawało ci się, że go widziałeś – przelatującego gdzieś na zewnątrz, jaśniejącego w blasku kolejnej z przecinających nocne niebo błyskawic – ale gdy mrugnąłeś powiekami, rozmył się w powietrzu, podobnie jak rozmyła się złota nić. – Tak – przytaknął Dumbledore; srebrzyste włosy zafalowały lekko, gdy skinął głową – poniekąd. Miałem pomoc – przyznał. Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Gdybyś ich nie posłuchał, to nie rozmawialibyśmy teraz. W obraniu własnej drogi nie ma nic złego, tak długo, jak długo nie traci się z oczu ostatecznego celu – dodał, zatrzymując się – nie podążając za tobą pod samo wejście namiotu, a pozostając nieco z tyłu; pozwalając ci wychylić się na zewnątrz i rozejrzeć. A jeśli to zrobiłeś – spostrzegłeś, że tuż za odsłoniętą płachtą, parę centymetrów poniżej podłogi namiotu, z dużą prędkością przesuwał się dach pociągu. Nie widziałeś jego początku ani końca, wagony wydawały się ciągnąć aż po horyzont, ginący w nieprzeniknionej ciemności; miałeś wrażenie – czułeś, choć nie byłeś w stanie uchwycić, w jaki sposób – że w tym mroku coś się czaiło, coś groźnego, czego póki co nie mogłeś wychwycić spojrzeniem. Uderzające od czasu do czasu błyskawice nie rozjaśniały czerni zupełnie, wyciągając z niej jedynie pociąg; widziałeś – parę metrów przed sobą, niezbyt daleko – żółtawy prostokąt dachowego okna, ten sam, do którego starałeś się dotrzeć, zanim barierka oderwała się od metalowej powierzchni. W twarz uderzył cię chłód, zimno niosło ze sobą zapach wilgoci i dotyk zmrożonego śniegu na policzkach, ale w środku nadal czułeś ciepło; byłeś pewien, że jeśli spróbowałbyś przejść po dachu jeszcze raz, nie straciłbyś gruntu pod nogami.
To prawda – zgodził się z tobą Dumbledore, tym razem podchodząc bliżej; gdy podjąłeś decyzję, przyglądał ci się przez sekundę, po której skinął głową. Namiot zadrżał raz jeszcze – tym razem mocniej, podłoże podskoczyło pod twoimi stopami zupełnie jak koła podskakujące na nierównych torach. – Musisz wydostać ją z pociągu – odparł, na moment przenosząc spojrzenie na blade światło padające z okna. – Jeśli dotrzecie do stacji, będzie już za późno – przestrzegł; na jego czole, pomiędzy jasnymi brwiami, pojawiła się pionowa, głęboka zmarszczka. Dostrzegając twoją wyciągniętą rękę, przechylił tubkę z dropsami i jeden z nich wylądował na twojej dłoni; wyglądał zwyczajnie, jak mugolski cukierek. – Kiedy go rozgryziesz, świat dookoła ciebie na moment się zatrzyma – ale tylko na moment. Musisz wybrać ten odpowiedni – dodał. Nie rysując przed tobą wyraźnej ścieżki, pozostawiając ją tobie; ufając, wierząc być może, że obierzesz tę najwłaściwszą. – Jeśli będziesz go potrzebował, Fawkes przyjdzie ci z pomocą – zapewnił; miałeś wrażenie, że pióro w twojej dłoni rozgrzało się delikatnie, pokrzepiając, dodając pewności – że Albus Dumbledore mówił prawdę. – Nie martw się o swoją przyjaciółkę, mężczyźni, których spotkałeś, utracą wspomnienia z ostatniego tygodnia, zanim dojadą do Flamborough – Uszatek o to zadba. Poznałeś go już. – Pamiętałeś skrzata ubranego w czerwono-złotą serwetę; wiedziałeś też, że imię było zbyt charakterystyczne, by mogło należeć do innej istoty. – Ty jednak zapomnieć nie możesz – pilnuj mapy, która tkwi w twojej kieszeni. Jeśli mądrze ją wykorzystasz, będziesz w stanie ocalić od okrutnego losu jeszcze więcej istnień – powiedział.
Kiedy mówiłeś, starszy czarodziej wbił wzrok w ciemność na zewnątrz, przez chwilę nie odzywając się nawet słowem. Nie wyglądał na zaskoczonego twoimi słowami, być może doskonale znając odpowiedź na swoje pytanie, zanim jeszcze je zadał. – Mam taką nadzieję, Marcelu – odparł spokojnie. – Jednak nawet najwytrwalsi z nas czasami się chwieją. Kiedy poleciłem Garrettowi i Luno założenie Zakonu Feniksa, obiecałem im, że nie pozostaniecie bez pomocy. Pióro, które trzymasz w dłoni – opuścił spojrzenie, zawieszając je na twoich palcach, spod których przebijała się czerwień i złoto – pewnego dnia zajmie się ogniem i spłonie. Zaczekajcie na tę chwilę – a kiedy nadejdzie, nie wahajcie się za nim podążyć. Zaprowadzi was do miejsca, które pomoże wam rozgonić mroki – te czyhające na zewnątrz, i te, które próbują wedrzeć się między was. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło – dokończył; jego głos zabrzmiał odlegle, melancholijnie – i nagle wydało ci się, że cały namiot się oddala; że ziemia, trapezy pod sklepieniem i gwiazdy na płachcie stają się mniej rzeczywiste, że krawędzie się zamazują. Drżenie i huk były już niemożliwe do zignorowania. – Czy jesteś gotowy? – zapytał Albus Dumbledore, patrząc już nie w dal, a wprost na ciebie. Mogłeś się cofnąć, cichy głos wołał cię z powrotem do wnętrza namiotu; to – wydawało się spokojniejsze, cieplejsze – bezpieczne. Przed tobą, tuż za grubą tkaniną, wiatr i deszcz przybierały na sile.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Stacja kolejowa - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 2 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Stacja kolejowa
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach