Wydarzenia


Ekipa forum
Farma owiec
AutorWiadomość
Farma owiec [odnośnik]23.07.21 13:34

Farma owiec

★★
Nieopodal wzgórz znajduje się jedna z największych farm owiec na terenach hrabstwa Warwickshire. Niegdyś właściciel farmy nastawiony był jedynie na opiekę nad zwierzętami i czerpanie zysków z pozyskiwanej owczej strzyży. Zakład znajdujący się przy farmie produkował wyjątkowej jakości produkty z owczej wełny, wspomagane magią zapewniały ciepło nawet w najmroźniejsze wieczory. Kilka pokoleń później farma zajęła się również handlem żywym towarem, a sprzedaż owiec okazała się być równie dochodowa. Dopiero w ostatnich latach właściciel urozmaicił prowadzoną działalność o rekreację, pozwalając gościom odwiedzać farmę, zapoznawać się z działalnością tego miejsca oraz odpocząć na łonie natury, ciesząc się smakiem owczych serów i lokalnych miodów pitnych.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Farma owiec Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Farma owiec [odnośnik]12.11.22 14:41
koniec czerwca

Czas był śmiesznym zjawiskiem - zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy przesadnie nie przykładał się do śledzenia ruchu wskazówek. Jak długo mógł tu się znajdywać? Rok? Miesiąc? Dzień? Co pojawiało się w jego myślach jako ostatnie żywe wspomnienie? Gdy zamykał podpuchnięte oczy pamiętał walkę, blask zaklęć, wykrzykiwane inkantacje, słabnącą tarczę, później ból. Dużo bólu. Bólu o różnych smakach; palił, rozrywał, rozcinał, miażdżył, dusił, wyrywał - cóż, przynajmniej się nie nudził, a zmysły postradał w najwykwintniejszych okolicznościach, wyszarpujących mu z głowy nie tylko zegarki, ale i kalendarze. Przegrał i ponosił tego konsekwencje, gnijąc tutaj, w cuchnącym mokrą wełną pomieszczeniu, z trudem biorąc każdy oddech. Trzymany przy życiu nawet nie tyle nadzieją, co absolutną wściekłością, gniewem, którego nigdy nie potrafił tłumić, podążając za uczuciami na ślepo, prosto w ogień. Może to go zgubiło. Może mógł uciec z pola walki wcześniej. Może mógł umknąć tuż za rodziną, której pomagał wydostać się z zasadzki, a nie zostawać w tyle, by jeszcze raz wywrzeszczeć przeciwnikom słowa pogardy.
Teraz było za późno na rozważania. Pozostało istnieć. Nawet nie odliczał sekund pomiędzy wizytami, nie rozdrapywał ran, które zadał tym, o których zdołał powiedzieć w czasie tortur - szczęśliwie nie było ich wiele, dawno już przestał nosić w sobie ważne sekrety, w co najwidoczniej mu ne uwierzono. Pozostało zaczerpnąć jeszcze jeden głębszyc oddech. Patrzeć w ciemność. Patrzeć w dół. Siedział z pochyloną głową na krześle, wpatrzony w swoje nogi. W mocne uda, skryte pod podartym, brudnym materiałem spodni, niegdyś jego ulubionych, niemal eleganckich, choć według matki i siostry na to miano zdecydowanie nie zasługiwały. Były zbyt...zielone, tak? Taki mialy kiedyś kolor? To również było zabawne, nie pamiętał ich barwy, tak jak nie pamiętał, czy kiedykolwiek był tak zalany krwią - i czy jego stopy kiedykolwiek tak wyglądały. Bose, duże, białe, porysowane sinymi rozcięciami. Bezbronne. Martwe; nie czuł już chłodu bijącego z podłogi, było to nawet jakąś pociechą - o pierwszych dniach - a może tygodniach, ile czasu minęło, odkąd znalazł się tutaj, w tej zapchlonej jaskini chorego pojeba? - wolał nie pamiętać. Za dużo bólu. Za dużo szoku. Za dużo wściekłości, ten najgorszego rodzaju, niemal zwierzęcego gniewu ustępującego zawsze równie prymitywnemu przerażeniu.
Pamiętał tylko o tym, co ważne. O Percivalu. O rodzinie. O Zakonie. W tej pokrętnej kolejności, która pozbawiła go pierścienia. Gdyby mógł, mimowolnie potarłby bledsze miejsce pod obrączką, ręce miał jednak skute za plecami. Je przynajmniej czuł, dokładnie, nieustępliwie, ból promieniował od nadgarstków, od ognistych łańcuchów, w dół, ku opuszkom, ale był za to wdzięczny. Nie chciał tracić czucia w palcach, potrzebował ich. Nie do pochwycenia różdżki, na to nie liczył, drewno pewnie zostało złamane lub zniszczone, ale gdy tylko nadejdzie odpowiedni moment, gdy tylko się wyswobodzi, złamie temu sukinsynowi kark gołymi rękami. Sukinsynowi, który właśnie pojawił się w niskim, przesyconym zapachem wilgoci, błota i filcu pomieszczeniu. Piwnicy? Zapadniętej części budynku? Wright nie wiedział, gdzie się znajduje, doskonale wiedział jednak, z kim ma do czynienia i czyja sylwetka pojawiała się w nieregularnych odstępach czasu, otwierając metalowe drzwi.
Splunął mu pod nogi krwią. Nie potrzebował knebla, pomieszczenie było wyciszone, a on przestał krzyczeć już pierwszego dnia.
- Ale chujowo wyglądasz - wychrypiał na powitanie; mężączyzna był blady i brzydki, tak, obrzydliwy mimo przystojnej prezencji; ohydny, plugawy i śliski. Zły. Złem chorego na zaraźliwą chorobę kundla, toczącego zgniłozieloną pianę z pyska. Budził w nim odrazę, choć sam nie wyglądał najlepiej. Obelgi dotyczące wyglądu mogły wydawać się śmieszne, gdy padały z ust brudnego, zakrwawionego i zarośniętego więźnia, przykutego do krzesła rozgrzanymi kajdanami. - Nadszedł już ten dzień, tchórzu? Rozwiążesz mnie i policzymy się jak mężczyźni? - kontynuował nieustająco tą samą zaczepkę, nie ucząc się na doświadczeniu, wskazującym, że równie dobrze mógłby prowokować ścianę tego zapleśniałego miejsca. - Jak się boisz, to sprowadź tu któregoś ze swoich koleżków, może oni są mniejszymi cipami od ciebie i nie kryją się za biureczkami ministerstwa całe swoje parszywe życie - wypluł kolejne zdanie niemal drżąc z gniewu. Albo zimna. Albo chłodu. Albo Merlin wie czego; bolało go całe ciało, najbardziej głowa, pulsowała tępymi spazmami, uniemożliwiając dokładną chronologię jego wizyty w pierdolonej willi pierdolonego Mulcibera.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Farma owiec 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Farma owiec
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach