Wydarzenia


Ekipa forum
Kaplica
AutorWiadomość
Kaplica [odnośnik]23.07.21 11:39

Kaplica

Stara kaplica znajduje się w środku zdziczałego lasu. Dawniej było to miejsce chętnie uczęszczane przez okolicznych mieszkańców. Piękna, biała, drewniana kaplica przynosiła ludziom ulgę w trudnych czasach. Aż do dnia, w którym kaplicę zaczął nawiedzać niesforny duch. Uniemożliwiał on odprawianie wszelkich rytuałów, a mugole zaczęli nazywać go Starym Marynarzem, bo swym wyglądem właśnie jego przypominał. Od lat do starej kaplicy się nikt nie zapuszczał. Dopiero niedawno pojawiły się pogłoski, że pod nawiedzoną świątynią gromadzą się ludzie. Lecz nikt nie wie, czego tam właściwie szukają.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kaplica [odnośnik]11.02.22 23:31
| 27 marca '58

Magiczne namioty spoglądające w kierunku szczytów sosen nie zamierzały wchodzić z nimi w rywalizację, z góry skazane na przegraną, rozsiane po lasach Hampshire w pewnej odległości jak punkty na mapie, w które ktoś niby na ślepo uderzał lotką. Z dnia na dzień wyrosły tu jak grzyby, zwabione ulewą jedną, drugą i kolejną przy późnozimowych - wczesnowiosennych? - roztopach. Tkaniny ich zewnętrznych ścian imitowały kolory przyrody: brąz konarów i starych liści, zieleń sterczących na gałęziach igieł, mchów odsłoniętych przez porywiste opady zmywające ze ściółki resztki śniegu, które, niegdyś czyste, alabastrowe, teraz stały się brudne. A wśród nich, wśród szarości i brunatności, nieśmiało prężyła się droga prowadząca ku kapliczce owianej złą sławą, gdzie osiedlił się duch przypominający marynarza. Budynek zapewne zasługiwał na eksplorację, intrygujący choćby ze względu na legendy, jakie krążyły wokół istoty utkniętej między sferą życia i śmierci - ich historie bywały na wagę złota, ich mądrości zaklęte w oczach ostatnim razem zamkniętych dziesiątki dekad wcześniej - jednak Amelia na prywatną ciekawość nie miała czasu. Przecież rzadko kiedy go ma.
Marzec był bowiem miesiącem rutynowych kontroli, jakich Ministerstwo dopuszczało się na brytyjskich ziemiach. Zamiast wędrować po gospodarstwach czy zapuszczać się do większych miast, oddelegowani w puszczę urzędnicy poruszali się z daleka od ludzkich siedlisk, z misją prowadzenia rejestrów o dziko żyjących gatunkach magicznej fauny, niemagiczną pozostawiwszy samą sobie, o zgrozo, dosłownie. W hrabstwach znajdujących się pod opieką godnych rodów coraz mniej napotykało się już myśliwych i gajowych dbających o rozwój mugolskiej zwierzyny, ci, których zatrudniano na oficjalnych stanowiskach, nawet leśnych, już tam nie było. Wytępiono ich w imię większego dobra. Wytruto. Wypalono. Wymordowano, o tym nie myśli. Ku chwale nowego jutra. Porządku, jakiemu hołdowała w duchu ministerialnych ideałów, by odzyskać wolność społeczności czarodziejów, na przestrzeni wieków stłamszoną przez mugolską dominację: coś za coś, zmiany przecież musiały rodzić się w bólach, trawił je ogień radykalizmu potrzebnego do przetarcia szlaku lepszej przyszłości, nawet kosztem niewinności mniejszych stworzeń.
Ale jeśli jednego powinna być pewna, to tego, że natura zawsze sobie poradzi, zawsze, szczególnie gdy w swoich objęciach witała coraz mniej mechanicznych szkodników zwanych inaczej mugolskimi wynalazkami. Skrajnym barbarzyństwem ich pseudonauki.
Jedna z transmutacyjnie większych w środku konstrukcji należała właśnie do niej, ulokowana w pobliżu miejsca, gdzie Eberhart prowadziła okresową inspekcję nad lunaballami. Na szczęście nie musiała ich nękać, alarmować o toku badań ani wywabiać z bezpiecznych kryjówek tak długo, jak dotarcie do nich innymi metodami nie okazywało się niemożliwe; wyczuły jej obecność, co do tego nie miała cienia wątpliwości, wyczuły, ale nie widziały. Nieufne, czmychnęłyby, gdyby spróbowała nieostrożnie podejść do ich królestwa. Uwagę od badacza mogłaby odwrócić jedynie zaokrąglona tarcza księżyca zachęcająca lunaballe do tańca, swawole trwały wtedy aż do wzejścia słońca, gdy to rozbudzało się we wstęgach złota przeplatanego z karminem, lecz do daty następnej pełni - jakiej stworzenia wypatrywały swoimi wielkimi, pięknymi oczyma o tęczówkach w barwie soczystego błękitu - pozostawało zbyt dużo czasu, by mogła liczyć na szansę obserwacji kolejnego takiego spektaklu.
Oculus dyskretnie zaglądał akurat do jednej z norek, pióro ujęte w smukłych dłoniach sunęło po pergaminie, kreśląc wnioski, kiedy Amelia przesiadywała na niedużym krześle przed wejściem do namiotu, opatulona warstwami ciepłego odzienia. Marzec nie był tak surowy jak początek roku, powietrze było już mniej mroźne, szczególnie w środku lasu odgradzanego od wolnych powiewów wiatru drzewną ścianą - i choć pewnie wygodniej i cieplej byłoby jej w środku, znajdowanie się poza nim, poza gabinetem w Ministerstwie i poza własnym londyńskim domem dusznym od samotności, stanowiło przyjemną odmianę. Świeżość podobną nostalgii paradoksalnie odnajdywanej tylko we wspomnieniach.
Na stoliku obok niej parował kubek podgrzanego soku malinowego, a ledwo nadgryziony banan - rarytas jak na ostatnie możliwości żywieniowe Amelii - wylegiwał się na powierzchni małego talerza, prawie zupełnie zapomniany. Kiedy wpadała w wir pracy trudno było nawet sprowadzić ją do świetnie wyposażonej stołówki w gmachu Ministerstwa, co dopiero zakładać, że sama o siebie zatroszczyłaby się w odpowiedni sposób; zapadała się w szczegółowości, zatracała w obserwacjach, we wnioskach, w liczbach i ocenach, w kolejnych wersetach sprawozdań, uwrażliwiona tylko na niepasujące do atmosfery bodźce - takie jak ten.
Panującą dookoła ciszę przerwał nagle trzask, coś zgrzytnęło pod podeszwą buta, jakaś zagubiona, nierozmiękła gałązka postanowiła być czyimś zdrajcą. Kącik warg podjechał wyżej, w kwaśnym półuśmiechu, wątłym i krótkotrwałym.
- Nie, Waffling, wciąż nie widziałam twojego dwurożca - jej głos wybrzmiał spokojnie, nawet jeśli w podbrzuszu poczuła ukłucie zrozumiałego poirytowania. Współpracownik raz na jakiś czas przechadzał się po wszystkich obozowiskach z tym samym pytaniem na ustach, sprawdzając, czy zwierzę nie ruszyło nieodnotowanym dotychczas szlakiem, skoro przy jego punkcie nie zjawiło się o przewidywanej porze. Amelia mlasnęła cicho, z niezadowoleniem, gdy odwracała głowę, by spojrzeć na mężczyznę, w którym spodziewała się ujrzeć jasną czuprynę i pociągłą, szarą twarz o zapadniętych oczach koloru brudnej zieleni - jednak widok postawił ją na nogi gwałtownie, zdążyła jeszcze sięgnąć po różdżkę, na której rękojeści zacisnęła palce. Nieznajomy. Postawny, barczysty jak niedźwiedź, wysoki jak sosna. O nieokreślonych zamiarach. Bliznowaty: w walce czy nieszczęśliwym wypadku? - Kim jesteś? - spytała ostrzej, mocniej, chcąc podkreślić swoją nielękliwość. Ale czy naprawdę nie przecięła jej wstęga raptownego strachu, nie poczuła mrowienia niepewności osiedlającej się w podbrzuszu?


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kaplica [odnośnik]12.02.22 11:01
Gideon Waffling miał tego wiosennego dnia kręcić się w południowej części lasów Hampshire, niedaleko Ringwood, w promieniu kilkunastu jardów od znanej na tych terenach starej, nawiedzonej budowli, często będącej dla magizoologów, leśników i włóczęgów wszelkiej maści punktem orientacyjnym. Instrukcje, przesłane na pobrudzonym whisky pergaminie, nie były niezwykle jasne, ale podczas wielu lat współpracy z Gidem Ben przywykł już do dość chaotycznego sposobu bycia zaprzyjaźnionego miłośnika magicznych stworzeń. Znali się jeszcze ze szkoły, potem kontynuowali znajomość, choć nieco rozluźnioną, przez czas magicznej kariery sportowej Wrighta, by potem od nowa zacieśnić więzi, kiedy ten zajął się opieką nad smokami w Peak District. Waffling specjalizował się nie w smokach, a ssakach, zwłaszcza tych naturalnie występujących w Wielkiej Brytanii, lecz to nie pragnienie wesołej pogawędki o czworonożnej pasji skłoniło Jaimiego do pojawienia się tego wieczoru w Hampshire - mieli coś ważnego do załatwienia. Gideon posiadał ważne infomacje dotyczące pewnej mugolskiej rodziny wymagającej pomocy oraz sposobach przemytu za granice przyjaznych hrabstw; miał też przy sobie mapy i detale, którymi mieli się wymienić podczas jednej z jego oficjalnych delegacji, poza miastem, w bezpiecznych okowach lasu.
Odziany w zdecydowanie zbyt lekką jak na tę pogodę koszulę, rozpiętą kurtkę i robocze spodnie, Ben spokojnie mógł zostać wziętym za gajowego, ewentualnie drwala z pobliskiej wioski, który wracał z pracy - dla wsparcia swego wizerunku Jaimie przytachał ze sobą, z domu, małą siekierkę, wciśniętą za skórzany pas przewieszony przez ramię, słodko nieświadomy, że pojawienie się w półmroku dryblasa z takim narzędziem na podorędziu może przyprawić przypadkowego przechodnia o zawał serca. Liczył jednakże, że napotka na swej ścieżce tylko Gideona. Rozkojarzonego, nieuporządkowanego specjalistę, co wkurzało go niemiłosiernie podczas współpracy, ale jednocześnie zdawało się być gwarantem bezpiecznej wymiany informacji - nawet, jeśli ktoś podejrzewał go o dwuznaczne działania, nie sposób było prześledzić i przewidzieć, skąd je posiada i gdzie przekaże, a sposób, w jaki opisywał posiadaną wiedzę równie dobrze mógł sugerować zgłębienie tajników przepisu na ulubiony sernik wiedźmy Pleple.
Tym razem jednak Gideon zjawił się w miarę punktualnie, miał czekać przy jakiejś jamie, akurat tutaj, co prawda nieco później, lecz Jaimie w miarę dyskretnie ruszył w stronę blasku światła. Uważał, na Merlina, oczywiście, że tak, ale i tak coś trzasnęło pod jego imponującym ciałem i zanim zdążył zareagować, w prześwicie między drzewami spostrzegł czujną twarz jakiejś francy, wlepiającą prosto w niego intensywne spojrzenie. Do tego przywołującą nazwisko osoby, z którą miał się tu zobaczyć - i dwurożne hasło bezpieczeństwa.
Niech to połknie galopujący hipogryf. A potem wyrzyga. Ben zaklął szpetnie pod nosem, miał dwie sekundy, żeby podjąć decyzję; walka odpadała, ucieczka była bez sensu, pozostawało więc podążanie za przygotowanym naprędce planem. Nie robił przecież nic złego, nie kradł, nie palił, nie mordował, a jedynie wracał z pracy w lesie, dokładnie tak. Szybko przybrał więc na potwornie zarośniętej twarzy nieco zdziwiony, ale w gruncie rzeczy uprzejmy uśmiech, wspomożony głupkowatym błyskiem w orzechowych oczach. - Spokojnie, proszę pani, po cóż te nerwy! - powiedział, wkraczając pewnie na małą polankę, by znaleźć się w półokręgu jasności, wydobywającym blask kołyszącej się na plecach siekiery i siateczki blizn szpecących twarz. - A dwurożców to raczej tu nie widziałem, a chodziłem tu w okolicach od samiuśkiego ranka... - ciągnął, dyskretnie rozglądając się dookoła, jakby nagle zza załomu jaskini albo pnia miał wyskoczyć Gideon, informując go, że ta niechętnie gapiąca się na niego blondyneczka też jest po ich stronie. Niestety, Wafflinga tu nie było. - Drwalem jestem, drzewami się tu zajmuję, z Ringwood pochodzę. Ja i moja matka i moja babka - grał na czas, starając sobie przypomnieć jakieś czystokrwiste nazwisko. Nie mógł przecież powiedzieć prawdy. Jedyne, jakie przychodziły mu do głowy nie mogły zostać użyte, ale musiał się nimi zainspirować i to szybko, nim czarownica nabierze podejrzeń. - Ros...not. Fred Rosnot, psze pani, do usług! - przedstawił się, znów uśmiechając się dość przyjaźnie. - A pani co tu robi? Zgubiła się? Pomóc do wsi wrócić? - zmienił temat, przyglądając się dziewuszce - a raczej kobiecie w kwiecie wieku - uważnie. Zezując na różdżkę; sam nie sięgnął po swoją. - A może to pani opuścić? Można sobie tym krzywde zrobić, oko wydłubać, a pani takie ładne oczy ma - zaproponował żartobliwie, mrugając do wiedźmy wesoło, czując, jak jego mózg pracuje na najwyższych obrotach. Durny Waffling. I durna damula, która siedzi tu sobie bez sensu w środku lasu.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Kaplica [odnośnik]12.02.22 11:01
The member 'Benjamin Wright' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Kaplica CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kaplica [odnośnik]12.02.22 20:20
Jego twarz wydawała się dziwnie znajoma.
Skryta pod przydługimi włosami, pod krzaczastą brodą, pod siatką nieśmiało połyskujących blizn, nawet w takim stanie surowe rysy sprowadzały do pamięci skojarzenia, mgliste i niewyraźne. Jednego była pewna, już kiedyś go widziała - lecz kiedy i gdzie, w jakich okolicznościach, to przerastało pamięć Amelii wyrwanej tak nagle z pieczołowitej pracy, której dowód leżał teraz na siedzisku bujanego fotela, kilka plików dokumentów zapisanych drobnym, eleganckim pismem. Nadejście nieznajomego może i było zdumiewające, wręcz niepokojące, jednak przyzwyczajona do szanowania swojej pracy Eberhart nie zrzuciłaby pergaminu na ziemię. Wylądowałby na podmiękłej ściółce, pobrudził, zamoczył, atrament rozlałby się w fantazyjnych, choć niepraktycznych kleksach, niwecząc godziny starań, które poświęciła na obserwacje gniazda lunaballi wszelkimi dostępnymi sposobami; dlatego zanim w pełni stanęła na nogach, prostując kolana, wręcz mimowolnie, jakby podświadomie zdążyła się upewnić o bezpieczeństwie pliku. Dopiero wtedy mogła zmierzyć się z nim w pełni, z tym drażliwie znajomym mężczyzną.
Jego ubranie wskazywało na długą, bardzo długą pracę w lesie. Znoszony materiał, przetarty tu i ówdzie, choć lekki, za lekki jak na wciąż obecne w powietrzu ugryzienie zimna. Oddech zadrżał w jej piersi, zatrzepotał jak ćma, która nagle zapragnęła wyrwać się wprost w objęcia rozbuchanego płomienia, bo jedna z blizn znaczących nieznajomego przywiodła na myśl szmalcownika mijanego dwukrotnie w Shropshire. Wyglądał tak samo, wielki jak dąb, wręcz przerażająco umięśniony, z dłońmi na tyle masywnymi, by mogły z łatwością złamać kark jak suchą gałązkę; co jeśli tym razem przeliczyła swoje bezpieczeństwo i miała skończyć jak tamte kobiety, zbrukane, rozdarte na strzępy, zgwałcone i zamordowane?
Wzrok zsunął się na pas oplatający biodra czarodzieja, odnalazł przytroczoną tam siekierę potwierdzającą jego wersję zdarzeń, to, że do lasu przywiodła go wycinka drzew, tylko i wyłącznie, nie zaś chęć tropienia samotnych urzędniczek, na jakie łatwo było zapolować. Prosta mowa, niewyszukane słownictwo, serce zadudniło głucho o klatkę żeber, podchodząc do gardła. Uspokoiłby ją inaczej, pewną elegancją choćby w mowie, jeśli nie w gestach, zakładała bowiem - chyba nie do końca słusznie, jak oceniłby Hector -, że w umyśle ciemnego człowieka więcej mogło czaić się ukrytych dotychczas żądz, wypełzających na powierzchnię przy jednej odpowiedniej scenerii. O czym w grzesznych wizjach marzył ten człowiek, gdyby wypuścić na wolność jego najczarniejsze pragnienia? Oby nie musiała się tego dowiadywać.
- Nie uprzedzono pana o tym, że na przestrzeni kilku dni tym terenem będzie zajmować się Ministerstwo Magii? Nie powinien pan chodzić po lesie do czasu, aż skończymy badania - odpowiedziała twardo, mimo wszystko pragnąca zachować twarz. Robić dobrą minę do złej gry. Nie pozbyła się jednak różdżki, jedynie opuściła ją nieznacznie, by szpicem nie celować już w twarz nieznajomego, a w pierś, jeśli było to dla niego jakimkolwiek pocieszeniem. Marnym, jeśli w ogóle. Ale czy mógł spodziewać się po niej innej reakcji? Naszedł ją tu bez zapowiedzi, nie zaalarmował o swoim nadejściu, skradał się za to jak szakal, jak hiena węsząca za padliną, w którą mogłaby się wgryźć, by zaspokoić głód - a Shropshire nie pomogło w budowaniu zaufania wobec obcych jej mężczyzn. Zbyt dużo widziała tam brutalności, tego, do czego zdolni byli spuszczeni ze smyczy egoiści niewrażliwi na szacunek do drugiego człowieka, niezależnie od płci i czystości krwi, nakazując jej wzmożoną ostrożność za pomocą wstrętnych wspomnień, rozognionych jego wizytą. Rozjątrzonych jak wciąż otwarta, zainfekowana rana. Na pewne widoki nie można było się uodpornić, nieważne jak Eberhart mocno próbowała. - Powiadomienia otrzymali wszyscy mający związek z lasem - wyartykułowała powoli, zmrużyła oczy, oceniając go spojrzeniem. Kluczowym dla wartości badań było to, by nikt nieproszony nie zakłócał ich przebiegu, nie zapuszczał się w okolice zwierzyny, potencjalnie ją płosząc i irytując - z kolei on? Bezpardonowo przechadzał się tu od wielu godzin, jak sam twierdził. - Ale pan, panie Rosnot, wędruje tu sobie od samego rana - powtórzyła Amelia, wciąż opanowana mimo szumu krwi w uszach. Przypominał morskie fale leniwie rozpływające się na plażowym wybrzeżu, otulające piasek pianą i słoną wodą kołyszącą się w przód i w tył, lecz w porównaniu do idyllicznego widoku czarownica wcale nie czuła się spokojnie. Jej usta zdążyły wyschnąć już odrobinę. Dłoń zaciśnięta na różdżce zaczęła mrowić, knykcie zbladły, akcentujące silny uścisk, wyraźnie zdenerwowany. Przestraszony. Jeśli nie był tak tępy, na jakiego wyglądał, Fred Rosnot mógłby wydedukować powód tak silnej reakcji, zrozumieć, że onieśmielał swoją aparycją tylko mocniej podkreśloną przez ostrze towarzyszącej mu siekiery, pojąć, że zamiast podchodzić bliżej, powinien był się cofnąć. - Dlaczego, panie Rosnot? Świadomie zignorował pan polecenia Ministerstwa? Nie będę wyciągać pochopnych wniosków, ale byłabym wdzięczna, gdyby był pan ze mną szczery - choć jej ciało błagało o krok do tyłu, o zwiększenie dzielącego ich dystansu choćby minimalnie, czarownica uparcie tkwiła w miejscu, odmawiając poddania się instynktom. Nie chciała sugerować lęku. Nie chciała zapraszać go do większego poczucia pewności siebie. Zamiast tego usiłowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, przejąć ster, postawić siebie w chłodnej kanwie wymagania wyjaśnień, niewrażliwa na komplementy czy uśmiech, który posłał w jej kierunku, uroczy i wesoły. - Czy może się pan zgubił? - sparafrazowała jego pytanie, na które sama nie odpowiedziała.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kaplica [odnośnik]14.02.22 14:53
Ministerstwo Magii. Cudownie, o tym właśnie marzył, powracając do domu, by w kilka dni po przekroczeniu granicy kraju przodków natknąć się na reprezentantów zbrodniczego reżimu, brukającego swą obrzydliwą obecnością las na pograniczu ziem należących do ludzi złych i dobrych. Sądził, że Waffling przybędzie tutaj sam, owszem, pod przykrywką jakichś swoich dziwacznych badań nad słodkimi, owszem, ale nieziemsko nudnymi zwierzętami, ale bez całego biurokratycznego zaplecza. A jeśli już, mógł go o tym uprzedzić, dzięki czemu zapewne uniknąłby narażenia się na przykre towarzystwo zadziornej wiedźmy. Ben czasu jednak cofnąć nie mógł, zatrzymać go nie potrafił, pogodził się więc z tym, że musiał podjąć wyzwanie i odgrywać rolę leśnego prymitywa; rolę właściwie w dużej mierze opartą na faktach. Starał się ukryć zdziwienie i niezadowolenie z natrafienia na rządową misyjkę, odchrząknął więc bardzo nieelegancko, potarmosił włosy raz jeszcze, strząsając przy tym z loków jakiś marny, suchy listek, pamiętający jeszcze ubiegłoroczną jesień, po czym wzruszył pokaźnymi ramionami, aż zatrzeszczał materiał koszuli opinającej umięśnione ciało.
- A bo ja tam wiem, co na wierchuszce uzgadniacie z moim przełożonym? Nikt mi nic nie powiedział - wyznał, unosząc w górę duże, poznaczone pęcherzami i bliznami po poparzeniach dłonie; widocznie spracowane, utwierdzające w przekonaniu, że jest tylko prostym drwalem, któremu główny gajowy nie zwierza się z detali prac. - Ja za mało ważny jestem, żeby Ministerstwo ze mną gadało, a mój szef, to wie, pani, pijaczyna trochę, mógł sobie zapomnieć. No i praca to praca, zarobić na chleb muszę, co nie? A i tak ciężko o jego zdobycie, świeże bochenki rzadko w piekarni mają, a mięsiwa do niego to z lupą szukać - westchnął znów, rozdzierajaco, właściwie mówiąc całą prawdę; miał nadzieję, że dzięki temu zdobędzie zaufanie blondyneczki, która dalej wpatrywała się w niego z jastrzębią czujnością, jakby co najmniej miał zaraz wyjąć siekierę zza pasa i rozpocząć rozczłonkowywanie jej całkiem sympatycznie wyglądającego ciała. Nie, żeby się zadurzył, potrafił jednak uznać, że kobieta jest dość atrakcyjna - i absolutnie nie na miejscu. Kto to widział, wiedźmę w tym wieku w lesie znajdować, i to jeszcze z papierzyskami? Doprawdy, Ministerstwo Magii schodziło na psidwaki. Podejrzliwe babsko. W sumie mógłby ją po prostu spetryfikusować, lecz nie było mu to na rękę, mimo braku sympatii do pionków idioty Malfoya, rządzącego krajem, nie uśmiechało mu się rzucanie damy na glebę; było zimno, mogła się przeziębić, coś sobie stłuc, albo, nie daj Merlinie, wszcząć alarm. Należało więc rozejść się polubownie, a żeby to osiągnąć - musiał dalej toczyć pogawędkę. - Co się pani tak denerwuje, człek pracuje godnie, jak na czarodzieja przystało, a tu w niego celują różdżkami - dodał odrobinę urażonym tonem, jakby wyglądał na słodkiego szczeniaczka, a nie na brodatego zakapiora, gotowego złamać kręgosłup czarownicy jednym gestem wielgachnych dłoni. - Mówiłem już, ja nic nie wiedziałem. Poszłem od razu na poranny obchód, dojrzałem nieśmiałki, dosypałem korników, bo ta zima to ciężka była i trzeba im pomóc, potem powycinałem trochę dziczków, obejszłem młodnik zeszłoroczny, przypilnowałem zwózki drewna na południu i tak to, ot, dzień jak co dzień. A teraz się tu na panią napatoczyłem - pokręcił głową z niecierpliwością i niedowierzaniem, spoglądając jasnobrązowymi oczami prosto w te szparki, czujne, niepewne, wystraszone? Nie, przecież się go nie bała, on był tym dobrym, to ona miała krew na rękach, pracując dla tych wszystkich szumowin i skunksów bez moralności. - Nie zgubiłem się, do Ringwood idę, skrótem, żeby przez tereny elfów nie przechodzić, wie pani, jakie to kapryśne stworzenia, nie chcę ich niepokoić - mruknął, wiedząc, że zbyt długie utrzymywanie w pełni pogodnego nastroju będzie coraz bardziej podejrzane. Łypnął więc na nią trochę ostrzej, choć dalej uprzejmie. - Ja się pani przedstawiłem i w panią nie celuję. Co tu pani robi, hę? I to sama? - zwrócił jej uwagę, zaciskając brwi w wąską linię. - Niech pani se różdżkę trzyma, jak się czuje bezpieczniej, ale niech pani nią nie macha - powtórzył, tym razem mocniej, tonem nie znoszącym sprzeciwu, szczerym i prostym; doprawdy, kobiety były histeryczne, każda jedna. A teraz, przez przeklętego Gideona, z jedną taką, do tego urzędniczką, musiał się użerać pośrodku niczego.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Kaplica [odnośnik]25.02.22 13:23
Fred tłumaczył się zawzięcie, kreował przed nią skądinąd wiarygodną historię, niepokoił jedynie potokiem słów wylewającym się spomiędzy warg przykrytych ciemnymi wąsami, jednak podejrzliwa Amelia równie dobrze mogła zrzucić to na karb zdenerwowania. Mętnego poczucia stanięcia przed szwadronem sędziów Wizengamotu. Wielu praworządnym obywatelom miękły kolana na wieść, że przyszło im znaleźć się twarzą w twarz z przedstawicielem Ministerstwa Magii, niestety, widziała to już nie raz i nie dwa razy. Na ich koncie brak było win, wiedli przykładne, spokojne życie w zgodzie z obecnie panującymi dekretami instytucji prawodawczej, a mimo to wykonywali raptowne rachunki sumienia, doszukując się w nich grzechów, które Ministerstwo mogłoby uznać za karalne; czarownica słuchała go zatem z taką myślą przewodnią, nie kiwała głową, nie opuściła różdżki, nawet nie rozluźniła zmrużonych powiek obserwujących mężczyznę z nieufnością, ale również nie przystąpiła do ataku. Nie wykorzystała magicznego drewna do wykrzesania z jego szpicu jakiegokolwiek zaklęcia. Służyło jej raczej za ostrzeżenie, przypomnienie potencjalnemu napastnikowi, że zamierzałaby się bronić, jeśli ten posunąłby się do zdradliwej ofensywy. Był obcy - a jednocześnie zagadkowo znajomy. Jakby coś w rysach jego twarzy pobudzało wspomnienia, wiło się między nimi w niewygodnym ślizgu, odmawiając pomocy przypisania nazwiska do wizerunku; może właśnie dlatego przypatrywała mu się tak intensywnie, usiłująca doszukać się odpowiedzi w zaniedbanym ubiorze, ciemnych, kruczych włosach i szramach na twarzy, bliznach ciągnących się wzdłuż spierzchniętej suchością skóry - kim jesteś? Nigdy dotąd nie zetknęła się z Fredem Rosnotem, drwalem z Ringwood. Kim jesteś?
- Dobrze - skwitowała krótko cały jego monolog; streszczał jej przebieg dnia z pieczołowitą skrupulatnością, czymś, o co Amelia nie śmiała go podejrzewać, do historii wplatając magiczne stworzenia, na których dokarmienie westchnęła ciężko i przewróciła oczyma. Dlatego właśnie wyganiali leśnych opiekunów z terenów tak Hampshire, jak i każdego innego hrabstwa: w świetle badań wprowadzali więcej chaosu, niż pożytku. Zakrzywiali dane. Poruszali się w enigmatycznym cieniu mającym doprowadzić do błędnego raportu. Co za strata; przynajmniej nieśmiałki nie były dziś jej odpowiedzialnością. - Proszę podać mi nazwisko pańskiego bezpośredniego przełożonego, panie Rosnot. Dopilnuję, by zostały wobec niego wyciągnięte konsekwencje za to zaniedbanie - jak zawsze surowa, jak zawsze nieustępliwa, Amelia pozwoliła sobie nieznacznie opuścić dziki bez w swojej dłoni, kiedy zaznaczył, że nie była na tyle uprzejma, by na jego przedstawienie odpowiedzieć tym samym. Och, fakt, z kwaśnym tchnieniem uśmiechu skorygowała to po krótkiej chwili. - Amelia Eberhart, magizoolog z departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami - pamiętasz mnie, Benjaminie? Pamiętasz groźbę grzywny za brak dokumentacji, którą finalnie odnalazłeś w dolnej szufladzie swojego biurka po zbyt długich poszukiwaniach, zbyt zirytowanych? Od ich ostatniego spotkania minęło nie tyle wiele miesięcy, co wiele zmian w wizerunku; nie była w stanie rozpoznać go w stanie takiego zaniedbania, patrząca na niby anonimową postać tętniącą nieznośnie nieprzypisanym elementem, dawna gwiazda quidditcha, śliczny młodzieniec z okładek, pracownik rezerwatu, powinna, na Merlina, powinna natychmiast skojarzyć jego osobę choćby z plakatami, jakie mijała na korytarzach Ministerstwa, ale...
Ale w tym czasie coś drgnęło za plecami czarodzieja. Coś zastukało w nierozmiękłą ściółkę, coś zgrzytnęło pod niedużą stopą, alarmując o niespodziewanej obecności. Wzrok Amelii natychmiast podążył za dźwiękiem; czujna jak drapieżnik, jak sokół, który właśnie wypatrzył nową ofiarę - i o dziwo nie był to wędrujący lasem Waffling zmierzający na spotkanie z sojusznikiem terrorystycznego Zakonu. Nie.
Zaspana, mała lunaballa zastygła w bezruchu na widok górujących w pobliżu dwunożnych istot; zamarła, wielkimi, błękitnymi oczyma patrząc najpierw na giganta przypominającego niedźwiedzia wspiętego na tylne łapy, a potem na smukłą formę blondwłosej łani, o wiele od niego niższej, z patykiem w ręce. Co tu robisz wciągu dnia? Dlaczego wyszłaś ze swojej bezpiecznej jamki? Ekspresja czarownicy drgnęła, rozluźniła się, w oczach odmalowało zdumienie, przecież lunaballe tak rzadko opuszczały swoje gniazda, wiedząc, że w pobliżu znajdowali się nieproszeni leśni goście, tymczasem maleństwo zdawało się spacerować samotnie, zagubione, być może niezdolne odnaleźć drogi powrotnej, z jakiegoś powodu otumanione zmysłowo.
- Żadnych gwałtownych ruchów - poleciła Rosnotowi ostrzegawczym, sykliwym szeptem. Jeszcze tego brakowało, by tym razem zniweczył jej badania, tak jak zrobił to z nieśmiałkami. - Ma pan za plecami magiczne stworzenie, lunaballę, małą i zaniepokojoną. Proszę nawet za głośno nie oddychać, panie Rosnot - nie mogli jej spłoszyć, z jakiegoś powodu zwierzę zdecydowało się opuścić norę, ale miało wrócić do niej bezpiecznie - i najlepiej jak najszybciej, niewystraszone, zwyczajowo nieśmiałe, uważające ich za wyjątkowo nieatrakcyjne drzewa, nie szkodniki; Amelia rozważała przez moment czy to nie jej wcześniejszy oculus wywabił stworzenie, jednak trzecie oko trzymało się przecież w stosownej odległości od jamy, pozostało właściwie niezaangażowane w żywot stworzeń, przywołane jedynie do nieingerencyjnej obserwacji. Patrzyła, póki co - tylko patrzyła, zaklęta w identycznym bezruchu, oczekująca na następny ruch magicznego żyjątka. Uciekaj do domu.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kaplica [odnośnik]14.03.22 8:20
Wright podejrzewał, że nawet gdyby jego już znacznie zmieniona podobizna nie znajdowała się na setce plakatów, rozwieszonych na murach miast i wsi, nie ucieszyłby się ze spotkania z przedstawicielką Ministerstwa Magii. Właściwie czarownica miała prawdziwe szczęście: nie mając nic do stracenia, Ben użyłby całej siły swego głosu, wyszkolonego podczas miotlarskich przekrzykiwań, by udzielić jej wulgarnej reprymendy, oskarżając Merlina-ducha winną urzędniczkę o zbrodnie wojenne. Musiał jednak ukryć złość i pogardę, miał ważniejsze sprawy do załatwienia niż przemocowe nawracanie przypadkowych dzierlatek na jasną stronę, przybrał więc dobroduszną i prostacką maskę Rosnota – błogo nieświadomy, że nie musiał się przesadnie starać, by ta doskonale dopasowała się do jego prawdziwej facjaty. Wykrzywionej na sekundę w zaniepokojeniu, gdy blondynka dopytała o nazwisko leśnego szefa – szczęśliwie można było uznać tę emocję za niechęć do donoszenia na swojego szefa, a nie spięcie wynikające z ciężkiego procesu myślowego, polegającego na wytworzeniu danych kolejnego nieistniejącego człowieka. – A co też pani mówi, jakie zaniedbanie… - zagrał na czas, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. Sądził, że krótka historyjka wystarczy, a wiedźma westchnie, mruknie i wróci do swoich zajęć, niezbyt zainteresowana bełkotem chłopka-roztropka wędrującego po lesie, by pomagać magicznym stworzeniom oraz rąbać zagrażające florze drzewa. – Nie chciałbym mu robić koło pióra, to dobry człowiek, tylko za często zagląda do kieliszka ognistej… - ciągnął, całkiem zaangażowany w próbę obrony swego wyimaginowanego przełożonego. – Wie pani, jaka jest sytuacja teraz, on ma dwójkę dzieci, Katie i Thomasa, małe takie smyki – on potrzebuje pracy, bardzo, i sykli, a mój donos mógłby mu zaszkodzić – mówił dalej, z czystym przejęciem, znów podnosząc dłoń do głowy, by poczochrać włosy. Robił to nerwowo, podkreślając zżerające go dylematy moralne, ale także po to, by przyzwyczaić rozmówczynię do ruchów ręki, tak, by w chwili, w której sięgnie za pazuchę po różdżkę, móc zyskać ułamki cennych sekund. Oczywiście, że dopuszczał do siebie myśl, że dojdzie do konfrontacji – bardzo tego nie chciał, skomplikowałoby to całą sytuację, lecz czasem trzeba było wybrać rozwiązania ekstremalne. – Może ja pani powiem nazwisko a pani się do niego uda prywatnie? Bez poruszania tej całej machiny? Albo ja z nim porozmawiam? – zaproponował, olśniony swym geniuszem; tak, to mogło się udać, kobiety miały przecież miękkie serca, a kto oparłby się zarośniętemu, wymęczonemu brodaczowi z siekierą za plecami, który tak słodko broni swego szefa (a przy okazji własnej pracy)?
Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiastowo: takim brakiem serca z pewnością wykazałaby się Amelia o niemieckim nazwisku, reprezentantka germańskiej upierdliwości, idealnie nadającej się do sztywnych ram Ministerstwa. Ben nie od razu połączył tamtą kobietę z tą tutaj, stojącą w półmroku drzew, w zupełnie innych okolicznościach, bez papierzysk, dębowego biurka i rządowego majestatu; nie miał pamięci do damskich twarzy, a w stresie nie sięgał aż tak daleko do przeszłości. Pozostał więc błogo nieświadom skali ryzyka, jakiego się właśnie podejmował – i może dzięki temu z taką łatwością przychodziło mu zachowywanie stoickiego spokoju pomimo tej nerwowej sytuacji. – Bardzo ładne imię, pasuje do bardzo ładnej czarownicy – palnął wyrafinowany komplement, te przecież najlepiej działały na przedstawicielki piękniejszej płci. Przed kilkoma laty, gdy cieszył się sławą, bogactwem i gładką, niepooraną bliznami oraz cierpieniem twarzą, wystarczyło, że mrugnął zawadiacko do urzędniczki, od której zależało szybsze przyznanie wizy na Mistrzostwa Świata w Quidditchu odbywające się w Indiach (oczywiście zapomniał złożyć wniosku w terminie), a w ciągu kilku sekund uzyskiwał to, czego potrzebował. Z Amelią nie było tak łatwo, nie złagodniała po komplemencie, a wręcz przeciwnie, wyostrzyła swe jastrzębie rysy, wlepiając w niego intensywne spojrzenie, by chwilę później mu…grozić?
Wright zmarszczył krzaczaste brwi. – Co pani mówi, ja przecież nic nie robię, proszę już dać spokój… - odparł obruszony, chwiejąc się już na krawędzi decyzji o sięgnięciu po różdżkę i zakończeniu tej męczącej farsy. Nie doszedł jednak do żadnej konkluzji, bo Eberhart wyjawiła powód powrotu do intensywnej nerwowości, ustępującej zdumieniu.
- Lunaballa? Sama? – zdziwił się równie mocno, co Amelia, owszem, mówiąc nieco ciszej, spokojnie, nie biorąc jednak sobie do serca przestrogi o zachowaniu milczenia. Znał magiczne stworzenia na tyle, by wiedzieć, że nagłe zamilknięcie mogło wywołać u zwierzątka większą panikę niż kontynuowanie melodyjnej konwersacji. Nie drgnął jednak. – Jest ranna? – zapytał od razu, troskliwie, próbując dostrzec w dużych oczach Amelii odbicie zwierzęcia. Chciał je zobaczyć, upewnić się, że nic mu nie jest, uspokoić je; nie znał się na tym gatunku aż tak, jak na smokach, ale co nieco wiedział – zaczął więc cichutko cmokać, sennie, leniwie, pamiętając, że ten specyficzny dźwięk koił zdezorientowane, puchate lunaballe, pozwalając spowolnić bicie ich serca – zbyt szybkie mogłoby zabić te delikatne i niesamowite istoty.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Kaplica [odnośnik]20.03.22 15:20
Magiczne stworzenia na ogół jako pierwsze wyczuwały czające się w okolicy zagrożenie, i nie inaczej było tym razem: oboje wiedzieliście, że zachowanie młodej lunaballi należało do tych nietypowych, jednak tylko zwrócona przodem do zwierzęcia Amelia mogła dostrzec, jak bardzo wydawało się zaalarmowane. Początkowo trudno jej było odgadnąć przyczynę, las na pierwszy rzut oka wyglądał zwyczajnie, żaden nienaturalny dźwięk nie rozdarł też panującej w nim, pozornej ciszy – ale zanim jeszcze zdołała zbliżyć się do lunaballi, jej trzecie oko – zawieszone nieopodal wejścia do podziemnej norki, stanowiącej jednocześnie legowisko tych niezwykłych stworzeń – dostrzegło ruch. W okrągłym korytarzyku rozlała się czerń, przypominająca mgłę substancja zaczęła szczelnie wypełniać niewielkie schronienie, wylewając się też na leśną ściółkę, liżąc wystające z ziemi korzenie drzew, wspinając się po korze. Po chwili zrobiło się jej więcej, przesączała się przez pęknięcia i szczeliny w grubych konarach, wysuwała spod krzewów, czepiała zarośli; opary zauważył również Benjamin, czarna jak noc mgła nie kojarzyła mu się jednak z niczym, co widział do tej pory. Z łysych koron drzew poderwało się stado ptaków, umykając z popłochu, łopot ich skrzydeł ucichł jednak dziwnie szybko, zamieniając się w inny dźwięk: kojarzący się z szelestem nieistniejących liści szept poniósł się po lesie, otaczając was ze wszystkich stron, niosąc ze sobą trudną do uchwycenia grozę i niepokój; głoski składające się w wypowiadane w obcym języku słowa pozostawały niezrozumiałe, z każdą sekundą nabierały jednak na sile. Młoda lunaballa, wyraźnie przerażona, wydała z siebie odgłos przypominający kwilenie, po czym na krótkich nóżkach rzuciła się do przodu, wymijając Benjamina, omijając szerokim łukiem Amelię, i kierując się do pierwszej kryjówki, którą dostrzegła: stojącego za plecami czarownicy namiotu. Znikła w jego wnętrzu dokładnie w momencie, w którym z mroku wypełniającego podziemną norę wypełzło coś jeszcze: stwór wydawał się zupełnie czarny, porośnięty pochłaniającym światło futrem, z imponującym, powykrzywianym, jelenim porożem; poruszając się, ni to biegł, ni to pełzł, przemieszczając się na czterech długich łapach. Ruchy miał tak dzikie i nienaturalne, że żadne z was nie było w stanie przypisać ich do któregokolwiek ze znanych wam magicznych stworzeń.
Wydostawszy się na ścieżkę, stwór zatrzymał się gwałtownie, spojrzenie pary bursztynowych, lśniących w półmroku ślepi wlepiając prosto w Benjamina – a Wright poczuł się nagle, jakby stanął oko w oko z gotową do ataku bestią; widział moment, w którym istota pochyliła głowę, prawdopodobnie szykując się do szarży, jednak nim zdążyłaby się poruszyć, coś za plecami Amelii zwróciło jej uwagę – bo poderwała gwałtownie łeb, a później i resztę niematerialnego ciała, przez kilka długich sekund stojąc na dwóch łapach – w postawie niepokojąco przypominającej ludzką. Szepty stały się głośniejsze, prawie ogłuszające – a później bez ostrzeżenia ucichły, gdy cień rzucił się do przodu, żeby przemknąć tuż obok Amelii i pobiec dalej, znikając między pniami łysych drzew, za sobą ciągnąc czarne opary, które zniknęły razem z nim – tak niespodziewanie, jak niespodziewanie się pojawiły.
Z nory lunaballi nie wyszło żadne inne stworzenie, a jeśli którekolwiek z was zajrzałoby do środka, dostrzegłoby trzy nieruchome ciała martwych zwierząt – z ogromnymi, bladymi oczami wciąż otwartymi szeroko, ale pustymi, zmatowiałymi.
Młoda lunaballa, która jako pierwsza – i jedyna – uciekła w porę z kryjówki, nadal znajdowała się w namiocie; wystraszona i zagubiona, ale żywa. Oboje zdawaliście sobie jednak sprawę, że była zbyt mała, by przetrwać samodzielnie, bez czuwającego nad nią stada.

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Kaplica [odnośnik]25.03.22 14:40
- To wbrew procedurom - surowym, wciąż ostrym tonem odpowiedziała na sugestię tego nieszczęśnika o nieprężnie działających procesach myślowych. Prywatnie? I co, miałaby udzielić mu reprymendy tylko po to, żeby odprawił ją z kwitkiem i kompletnie zignorował, zachęcony do tego brakiem legitymacji Ministerstwa i miękkością charakteru? Inaczej nie dałoby się wytłumaczyć niebezpośredniej konfrontacji. - Poproszę to nazwisko, panie Rosnot, inaczej wobec pana też będę musiała wystosować konsekwencje, a te z reguły nie są przyjemne - powtórzyła zatem z naciskiem, każdym mięśniem twarzy oznajmiająca, że nie wywinie się tak łatwo, że ona o tym nie zapomni, że bezkompromisowe grzywny będą musiały znaleźć winnego, bo tak nakazywało prawo. Nieważne jak czarującymi uśmiechami próbował zatuszować winę przełożonego, właściwie jedynie jeszcze mocniej pogrążał tę wciąż nienazwaną sylwetkę, podjudzając profesjonalizm Amelii do tego, by odrzuciła każdą formę męskiego zainteresowania, ba, sowicie ją ukarała za sam fakt istnienia, odbierająca to jako potwarz względem jej stanowiska. Mężczyzny w jej pozycji nie próbowałby oczarować, z pewnością.
Szczęśliwie dla Freda, dyskusję przerwało pojawienie się młodziutkiego, przestraszonego stworzenia. Amelia nie zdążyła odpowiedzieć czarodziejowi, zmrużyła oczy, próbując dojrzeć jak najwięcej szczegółów stanu zdrowia lunaballi, a kiedy ten przerwał ciszę serią troskliwych pytań, z cichym świstem wypuściła powietrze z płuc. Nie potrafił dostosować się do jednego banalnego komunikatu? Dlaczego robił wszystko na opak, wbrew temu, co sugerowała, o co prosiła i finalnie co kazała? Typowy samiec, nie dojdą do porozumienia, już otwierała usta, żeby ponownie go skarcić, kiedy uderzył w nią obraz wyłaniający się z norki pozostałych zwierząt, skumulowana, gęsta czerń wyłaniająca się z przejścia, rozlewająca się na polanę. Nie była niczym, co magizoolog widziałaby wcześniej. Stworzenie? Mgła, ale skąd? A może zwykła iluzja? Mięśnie kobiety spięły się w nagłym zdenerwowaniu, była niepewna, pozbawiona gruntu wcześniejszych doświadczeń, analiz i konkluzji, obserwująca coś, co z każdą sekundą napawało ją czystym niepokojem, odebrało głos, jakiekolwiek słowa - Benjamin mógł to dostrzec, zmianę w jej zachowaniu, przede wszystkim w sylwetce, która nagle wydała się boleśnie spięta jak kamień. Jej twarz zamarła. A potem tego stało się więcej: płynny obsydian syczał dziwnym szeptem, znalazł się blisko, mogli go dojrzeć oboje, kiedy malutka lunaballa rzuciła się do ucieczki i wbiegła do namiotu, przerażona tym, co znalazło się w ich pobliżu; zaciśnięta na różdżce dłoń nie zadrżała, ale uszczelniła uścisk tak mocno, że pobielały jej knykcie. Co się dzieje? Nie rozumiała, nie miała danych, jeszcze nie, dławiąca w sobie nagłą ochotę ucieczki - byle gdzie, nie patrząc za siebie. Poczekaj, nie ruszaj się. Z kryjówki obserwowanych stworzeń wyłoniła się bestia. Musiała to tak nazwać, stwora przeraźliwie alarmującego, wykraczającego poza każdy znany jej gatunek, poruszającego się w sposób, którego nie była w stanie sklasyfikować; przeraził ją. Szczerze, dogłębnie przeraził. Jak chimera wyślizgująca się z niedomkniętej klatki, panika doprowadzająca umysł do czerwieni była podobna, prawie identyczna, Merlinie, co miało tu miejsce?
Nie zareagowała zaklęciem kiedy lepki od tajemnic twór zwrócił ku nim ślepia, nie drgnęła, adrenalina sprawiła tylko, że jej oddech stał się nierówny i gwałtowny, choć każdym nerwem w ciele nakazywała sobie zachować spokój. Stać nieruchomo. W pewien sposób zjednać się z krajobrazem jako jego integralna część, niezdolna odwrócić spojrzenia od czerni, otchłani, która spoglądała na nich z krwistą lubieżnością. Gdzieś tam, za jej plecami, widziana przez magiczne trzecie oko.
Nowy gatunek, sączący do jej myśli szept ostry jak nóż i miękki jak poszarpany jedwab.
I nagle to minęło. Bestia wycofała się, zwabiona innym dźwiękiem, rzuciła się w gęstwinę lasu i znikła z pola widzenia, pozostawiając po sobie jedynie strach i niepewność. Amelia odczekała chwilę, być może po to, by wydostać się z osłupienia, w jakim ugrzęzła jak w moczarach. Co to było? Dlaczego zjawiło się tak nagle, dlaczego wcześniej nie zarejestrowała obcej obecności w gnieździe lunaballi? Nie chciała sobie tego wyobrażać - ale co stało się z pozostałymi, dorosłymi członkami stada? Na moment zakręciło się jej w głowie, przytrzymała się stolika wolną ręką i w końcu zwróciła spojrzenie na Rosnota. - Widział to pan? - spytała gwałtownie, emocjonalnie, lękliwie. Musiał widzieć, musiał słyszeć szept, który wciąż rezonował w jej głowie nieprzyjemnym echem, złowieszczym i głodnym. Uspokój się, myśl trzeźwo, Amelio. Była blada jak kartka papieru, z trwogą błyszczącą w oczach, ale i brwiami ściągniętymi w buzującej determinacji. Nie, desperacji. - Proszę powiedzieć mi co pan widział. Szczegółowo. Wszystko ma znaczenie - zażądała, jeden umysł mógł płatać figle, dwa - to byłoby już mniej prawdopodobne, musiała więc złączyć ich fakty w spójną całość, musiała dotrzeć do prawdy, musiała zrozumieć, co właśnie się stało. A wtedy uderzyło w nią powracające olśnienie. - Lunaballa - szepnęła do siebie i ostrożnym krokiem, choć na nieco chwiejnych nogach, weszła do namiotu. Podejrzewała, że mężczyzna ruszy za nią, w końcu wcześniej wydawał się zatroskany o zwierzę; machnięciem magicznego drewna zgasiła tam większość świateł, które rozświetlały ciemność, pozostawiona tylko pojedyncza lampka emanowała przydymionym, chłodnym światłem. Amelia liczyła, że w pewien sposób będzie przypominać poświatę księżyca, osamotniona, młoda lunaballa potrzebowała wszystkiego, co mogła dostać, by choć trochę spróbować się uspokoić. Zrozumieć, że była już bezpieczna. - Panie Rosnot - tym razem Eberhart odezwała się cicho, ledwo dosłyszalnie i przede wszystkim łagodnie, nie dlatego, że dbała o jego dobre samopoczucie, a dlatego, że nie chciała dodatkowo płoszyć zwierzęcia. - Proszę podać mi wiaderko stojące na szafce po lewej - mówiła, samej zbliżając się do łóżka, pod które wcisnęło się stworzenie. Duże, błękitne oczy połyskiwały delikatnie kiedy otwierała je w drżącej próbie dojrzenia drapieżnika, to zdradziło gdzie odnalazła kryjówkę, przy której Amelia powoli uklękła. Nie tak blisko jednak, jak chciała - od drewnianej ramy łóżka dzieliło ją kilka kroków. Wyciągnęła rękę w bok, na ślepo sięgając za siebie, w oczekiwaniu na spełnienie prośby, która równie dobrze wcale nie musiała zostać spełniona, jeśli czarodziej zdecydował się stchórzyć i zbiec, jeśli poddał się strachowi, którego i w niej nie brakowało - ale ona musiała być silna, musiała sobie radzić nawet z czymś tak nieoczekiwanym, zagryźć zęby, zepchnąć na bok niepokoje i kontrolować to, co działo się wokół niej. Znowu. Zdenerwuje się później. Nadgryzie paznokcie albo wyżyje na Merlina ducha winnym przechodniu, albo jeszcze lepiej - na Septimusie albo Hectorze. - Już dobrze - wymuszenie spokojnym, kojącym głosem zagaiła jak do dziecka. - Tego już nie ma, odeszło - czego, do cholery, nie ma? Jakim cudem Ministerstwo nie wiedziało o czymś takim? Ręce aż świerzbiły, żeby rzucić się do pracy i skontaktować z pozostałymi magizoologami, ale najpierw musiała zapewnić bezpieczeństwo pozostałej przy życiu istocie, nawet jeśli od środka zalewała ją złość: bo nie wiedziała czego byli świadkami. - Uśpię ją i zabiorę ze sobą. Animal somni powinno sobie poradzić z tak młodym osobnikiem - próbowała racjonalizować, to bez znaczenia czy kierowała te słowa do siebie samej czy do Benjamina. Znajdzie jej nowe gniazdo. Nową, zastępczą rodzinę. Powolnym, miękkim gestem wyciągnęła drugą rękę w kierunku łóżka, ale nie spróbowała dotknąć lunaballi, jedynie położyła dłoń na podłodze namiotu, rozczapierzając palce jakby za chwilę pomiędzy nimi miały wytworzyć się błony pokrewne magicznemu gatunkowi, jednocześnie dyskretnie usiłując uspokoić oddech i dudniące w piersi serce.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kaplica [odnośnik]25.03.22 17:58
W nosie - a nawet głębiej - miał jakiekolwiek procedury, głupie formułki, które w przytłaczającej ilości przypadków nie przynosiły nic dobrego. To słowo działało wręcz na Benjamina niczym czerwona płachta na buchorożca, kojarzyło się z esencją biurokracji Ministerstwa Magii, nudnymi zasadami, szkolnym regulaminem i sportowymi wskazaniami, jakich za wszelką cenę musiał przestrzegać przed laty. Było, minęło, teraz ograniczały go tylko prawa moralne, a i te mocno się rozmyły w mrokach toczącej się już od miesięcy wojny. Kłamał, ale w dobrej wierze. Ranił i zabijał wrogów, w imię dobra. Tak to sobie tłumaczył, coraz boleśniej pojmując, jak wielkie zniszczenia niesie za sobą próba obrony sprawiedliwości. A cel, według wychowanego na prostym rozróżnienia dobra i zła, wcale nie uświęcał środków, choćby na papierze wyglądał na najważniejszy na świecie.
Westchnął znów, głęboko i rozdzierająco, w pewien sposób także i w podziwie do upartości i upierdliwości Amelii, nie odpuszczała, nie dawała się rozkojarzyć w żaden sposób, zwinnie wymagała się z niesamowicie sprawnych pułapek retorycznych (w naiwnym przekonaniu Jaimiego, ślepo uznającego się za mistrza przemów). - Nie no, jasne, ja rozumiem, ale czy nie musi pani tego nazwiska zapisać w jakiś kajet? Albo zaznaczyć na jakiejś liście wrogów rządu? Bo wie, pani... - mącił jednak dalej, przemawiając z szytą grubymi nićmi troską o pamięć urzędniczki, biedaczka, w ferworze kontaktu z naturą mogła zapomnieć nazwiska, tak, o to mu chodziło, wcale nie o grę na rozpaczliwy czas, bo musiał szybko przywołać z niebytu kolejną wiarygodną, nieistniejącą personę, a tak ciężka praca umysłowa wykraczała daleko poza możliwości benjaminowego mózgu.
Los mu pomógł, przewrotnie, złośliwie i okrutnie, tak, jak miewał to ostatnio w zwyczaju. Najpierw podawał na złotej tacy rozwiązanie, spływające łaską samego Merlina, by wyciągnąć go z tarapatów, by potem odwrócić tacę, zamieniającą się w mroczne lustro, wypaczające rzeczywistość. Dosłownie; już samotna młoda lunaballa była niecodziennym zjawiskiem, lecz to, co rozpętało się wokół nich kilka sekund później, wykraczało poza skalę dotychczasowych kuksańców od siły wyższej.
Nigdy wcześniej nie widział takiej czerni, takiego mroku, gęstego, brudnego, przyciągającego wzrok i przerażającego jednocześnie; substancja emanowała złowrogą aurą, zajmowała coraz większą powierzchnię, w ciągu kilku mrugnięć powieką biorąc pod władanie polankę i otaczający ją las. - Co do... - wychrypiał głośno, chcąc przekrzyczeć szum liści, trzepoczących w rozpaczlilwych drgawkach, a także pisk zwierzęcia, które pomknęło na ślepo przed siebie, zaplątując się w materiał namiotu urzędniczki. Więcej Ben nie zdołał powiedzieć, strach ścisnął go za gardło boleśnie mocno, nie pierwszy raz, lecz pierwszy - na widok czegoś takiego. Ni to stworzenia, ni ducha; przypominał stworzenie zrodzone z koszmarów, wielkie, lecz nie majestatycznością smoka a przytłaczającą grozą spadającego głazu. Jeleń na gadzich nogach, jedna powłócząca, druga wygięta w dziwnym kierunku; sunął ku nim.
- Protego maxima - palce odruchowo odnalazły różdżkę, znalazła się w jego dłoni w mgnieniu oka, a inkantacja padła z spierzchniętych od nerwowego oblizywania ust jeszcze szybciej. Lśniąca mocno tarcza rozkwitła jednak nie przed nim, a przed kobietą; chamską urzędniczka, podejrzliwą wiedźmą i podlizuchem Cronusa Malfoya. Instynkt wygrywał z rozsądkiem, zawsze najpierw chronił słabszych, nawet tych, których uznawał za zagubionych lub wręcz wrogich. Nie rozmyślał jednak nawet przez sekundę nad swymi motywacjami, całą uwagę skupił bowiem ten stwór. Bestia. Piekielna, wynaturzona, przeżerająca go swym ostrym spojrzeniem, szykująca się do ataku. Nie musiał badać stopnia degeneracji istoty, by pojąć, że za moment najprawdopodobniej zginie - wciągnięty siłą w najgłębsze rejony koszmaru, w grząskie bagno obrzydliwości. Mimo to nie cofnął się, nie zbiegł, ponownie mocniej zaciskając palce na różdżce, gotów walczyć o siebie - i o wszystkich, którzy go potrzebowali - do ostatniej kropli krwi, lecz sytuacja znów wymknęła się spod jarzma jakiejkolwiek przewidywalności. Coś innego, łakomszy kąsek, przykuł uwagę monstra, rzuciło się wprzód, lecz nie na nich, a w gęstwinę, zabierając ze sobą mrok, lecz nie poczucie przerażenia.
Jaimie nie oddychał szybko, żaden mięsień ciała nie zdradzał stanu absolutnego strachu, tylko w orzechowych oczach o rozszerzonych źrenicach pulsował lęk. - Tak. Nie ruszaj się - rozkazał bez cienia delikatności kobiecie, próbując zorientować się w sytuacji. To nie były zwidy, Amelia też to widziała, czuła to także cicho piszcząca w namiocie lunaballa. - Homenum Revelio - mruknął, obracając się powoli dookoła własnej osi, by upewnić się, że zostali tutaj sami, we troje. Las pozostał nienaturalnie cichy, lecz powrócił jego oddech, ciche szemrzenie żyjątek flory i fauny, które zrzucały z siebie paraliżujący strach. Liście nad ich głowami poruszały się leniwie, a w zasięgu różdżki Benjamina nie pojawiła się żadna niepowołana istota. - Nikogo tu już nie ma, spokojnie - powiedział, wyraźnie luźniej, dalej pobladły i czujny, lecz już nie na adrenalinowym haju, nakazującym oczekiwanie na pojawienie się kolejnego atakującego ich stwora rodem z laboratorium pokręconego czarnoksiężnika. Nie odczuwał fascynacji tym wynaturzeniem, uwielbiał dzikie zwierzęta, lecz ono - wiedział to, czuł, może nadwrażliwy na czarną magię, nosił przecież do niedawna znamię Gwardzisty - było po prostu złe. - Nie mam pojęcia, co to było, ale coś paskudnego - odparł tylko cicho, dalej upewniając się, że są bezpieczni. Dopiero wtedy obrócił się ku Amelii...która znikała właśnie w namiocie. Wright również, ciągle z różdżką przed sobą, ruszył za nią, tak oszołomiony, że nie zauważył nawet zmiany w tonie Amelii. Już nie brzmiała jak urzędniczka z pałką miotlarską między zgrabnymi pośladkami ani jak damusia pałaszująca wszelkie rozumy; bała się. I słusznie, mieli do czynienia z czymś niespotykanym, wrogim, w pewien paralizujący sposób pradawnym.
A coś młodego i niewinnego wymagało właśnie ich opieki.
Wright nie dopytywał, po co Amelii wiaderko, sięgnął po nie bez problemu i podał czarownicy, dość dobrze odnajdując się w mroku namiotu. Wyszkolone na boisku i podczas bojów zmysły pozwoliły szybko przyzwyczaić się do ciemności, słyszał wyraźnie szybki oddech urzędniczki i ciche popiskiwania lunaballi. - Widziałaś to już kiedyś? Na tych terenach? Albo gdziekolwiek indziej?- spytał spokojnym tonem, przystając obok kobiety, nieco z tyłu, by dać jej możliwość dojścia do przerażonego zwierzątka. Pytał oczywiście o bestię, nie o lunaballę; nie podobała mu się perspektywa oddana jej w ręce Ministerstwa Magii, ale nie miał innego wyjścia - jeśli to coś pomknęło dalej, mogło natrafić na informatora, z jakim miał się tu spotkać, a potem dotrzeć do wioski nieopodal; musiał działać na większą skalę niż opieka nad niedorosłym magicznym ssakiem. - Poradzisz sobie z nią? - dodał z powątpiewaniem, obserwując poczynania Amelii; myślami był dalej przy tym, czego doświdczyli, nagle, dla odmiany po głupkowatym przedstawieniu sprzed chwili, cichy i poważny.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Kaplica [odnośnik]27.03.22 18:11
Amelia nie zarejestrowała nawet potężnej tarczy utkanej z białej magii, która rozkwitła przed nią na skutek zaklęcia rzuconego przez mężczyznę (zwykłego drwala i leśnego doglądacza?), zbyt zaaferowana mrocznym bytem, tworem o toksycznej aurze, nie tyle onieśmielającej, co dogłębnie zatrważającej. Mogłaby go przyrównać do dementora. Do zakapturzonej istoty wysysającej szczęście i nadzieję, zdolnej pocałunkiem odebrać duszę. Spopielić ją, zniszczyć, przekształcić w absolutny eter nicości zaklętej w cielesnej powłoce, która pozostawała truchłem o wciąż funkcjonujących biologicznych procesach, lecz niczym ponad to; spoglądając w ślepia kreatury, bezdenne, jakby wciągające ją w swoją groźbę mamiącym syrenim śpiewem, zdawało jej się, że właśnie to tam widziała - wyrok wiecznej katatonii. A może wręcz przeciwnie? Może czaił się tam karmin ciała rozpłatanego na strzępy, wnętrzności wywleczonych poza szarpane otwory, katuszy zadawanych długo i z premedytacją, byle tortura przyniosła owoc jak najsłodszy w perwersyjną przyjemność? Naukowa natura tym razem musiała ukorzyć się przed strachem jaki ją ogarnął, bo Amelia prędko zrozumiała, że nie chciała badać możliwości tego zwierzęcia. Drapieżnika, tym niewątpliwie było. Stała tak nieruchomo, że gdy tylko zagrożenie przeminęło, jej mięśnie rozbłysły nagłym, gwałtownym bólem, najwyraźniej musiała przesadzić z ich napięciem, ale nie miała na to wpływu, działająca instynktownie i podświadomie, żeby pozostać przy życiu. Niewykluczone, że tarcza Benjamina okazałaby się wystarczająca, żeby odegnać od nich szarżującego napastnika, lecz szczęśliwie nie musieli tego sprawdzać - nie musieli konfrontować się z niebezpieczeństwem, mogli za to spróbować je zidentyfikować, zwrócić uwagę wszystkiemu i wszystkim, że w Hampshire panoszyła się ucieleśniona toksyna czerni, a do tego Amelia potrzebowała więcej informacji. Nie tyle własnych, co również i Wrighta, który zamiast natychmiast odpowiedzieć na jej pytanie, zdecydował się najpierw prześwietlić okolicę w poszukiwaniu śladu kolejnego zagrożenia, a dopiero później przytaknął i zdawkowo opisał to, co widział. Coś paskudnego. Tylko tyle? W jej podbrzuszu pojawiły się dziesiątki igieł, wbijały się we wnętrzności, sięgały aż do płuc, ale nie mogła im się poddać, należało teraz myśleć trzeźwo.
- Jak się poruszało? Ile miało kończyn, jaką posturę, ile oczu? Widziałeś jego zęby? Poczułeś zapach? Na Merlina, powiedz - ponowiła twardo, jej głos ociekał potrzebą, bo tylko w ten sposób mogła zapobiec kolejnej katastrofie. Nie powtórzę greckich niedopatrzeń. Tam też prowadzili skrupulatne badania, gdzie jeden ludzki błąd wystarczył, by całą operację obrócić w zgliszcza i członków zespołu przeistoczyć w coś na wzór mielonego mięsa, bo gniew chimery był przerażający. A gniew tej istoty, jaki mógłby być?
Niemal połowę tej prośby (nakazu?) wypowiedziała już spomiędzy połów wejścia do namiotu, chcąc szybko upewnić się o stanie lunaballi, która otarła się o śmierć w zetknięciu z niezidentyfikowanym drapieżnikiem. Teraz popiskiwała cicho spod drewnianej ramy łóżka, odnalazłszy tam schronienie na podobieństwo nory, z której wyszła, ciasnawej i ciemnej, w porównaniu do reszty wnętrza transmutowanego namiotu, o wnętrzu nieproporcjonalnie obszernym względem zewnętrznej konstrukcji. Bez wahania sięgnęła po wiaderko podane jej przez Wrighta. W środku znajdowało się trochę przysmaków przygotowanych dla tego gatunku, tak na zaś, Amelia preferowała przecież być przygotowaną na wszystko (ale nie na widoki pokrewne bestii, którą zobaczyli), a tylko pech zdecydował o tym, że musiała wykorzystać tę awaryjną metodę. - Nigdy - odparła szeptem, na tyle cicho i łagodnie, by nie wzbudzić w maleństwie dodatkowego strachu. To, co przeszła, już wystarczyło. - Dlatego muszę jak najszybciej skontaktować się z pozostałymi obozami - szeptała dalej Amelia, kto wie czy kierując te słowa do siebie, czy do czarodzieja, którego impertynenckie przejście na ty - to nic, że wcześniej nieświadomie zrobiła to samo - wyjątkowo nie zwróciło jej uwagi. Utkana w zwierzęcą formę mgła ruszyła dalej, niewykluczone, że inni magizoologowie byli w niebezpieczeństwie. - Też tego nie widziałeś, prawda? Nie pytam tylko o Hampshire. Pal licho kim dokładnie jesteś i co cię tu sprowadziło, jeśli coś wiesz o tym stworzeniu, muszę wiedzieć - Fred Rosnot, jego przełożony niedopilnowujący obowiązków, pogwałcenie instruktażu Ministerstwa, to wszystko przestało być ważne, liczyło się tylko dotarcie do prawdy, ustalenie faktów i zebranie informacji - już nie o Benjaminie.
Czym jesteś, czemu nic o tobie nie wiem?
Pochwycone w dłoń smakołyki rozgrzały się delikatnie od dotyku, nasyciły magią dominującej ręki, bo gdy wypuściła je ponownie w kierunku lunaballi, te łagodnie lewitowały w powietrzu; z początku nieufne stworzonko, wystraszone i straumatyzowane, jedynie mocniej wepchnęło się pod łóżko, lecz to dźwięk, który spomiędzy warg wydała Amelia sprawił, że nieco się uspokoiło. Magizoologia uczyła różnych cudów, w tym naśladowania odgłosów, które czarownica powtórzyła w kojącej manierze kojarzonej z bezpieczeństwem, z nawoływaniem matki poszukującej młodych; i choć nie było to odwzorowaniem idealnym, wystarczyło, by zwierzę odpowiedziało głośniejszym, jakby wręcz załamanym piskiem i wystawiło długą szyję do przodu, częstując się jedną z ciemnobrązowych kostek. Jego duże, błękitne oczy wciąż były drżące. Niepewne. Lękliwe. Łamiące serce. Amelia przesunęła się więc bliżej w jej kierunku, powoli sięgając ku niej dłonią, która raz po raz plaskała cicho o podłogę na wzór płetwiastego odnóża uderzającego o drewna. - Oczywiście, że poradzę - dopiero wtedy odpowiedziała Benjaminowi, bez dumy i buty, a z prozaicznym stwierdzeniem faktu. W tym czasie lunaballa płochliwie wychyliła głowę spod łóżka i rozejrzała się dookoła, wciąż oddychała szybko i płytko, szukała matki, więc Amelia powtórzyła wcześniejszy odgłos, zachęciwszy tym samym kolejną falę empatycznego wyciszenia do wkradnięcia się do zwierzęcego umysłu, przynajmniej na chwilę. - Animal somni - zainkantowała prawie bezgłośnie, różdżkę dzierżąc w drugiej dłoni w ten sposób, by zwierzę nie zarejestrowało jej obecności. I całe szczęście - nie pomyliła się. Czar wystarczył, by powieki opadły kurtyną na przestraszone, błękitne tęczówki. Już dobrze, po prostu śpij. - Będzie bezpieczna - zapewniła; obie będziemy, zdecydowała, jeśli stwór już nie wróci. - Ty też na siebie uważaj - wymamrotała potem z pewnym zażenowaniem do Benjamina; kimkolwiek jesteś.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kaplica [odnośnik]28.03.22 12:08
Rzeczowe pytania Amelii, przypominające wystrzały z mugolskiej broni, o jakiej kiedyś opowiadał jego dziadek ze strony matki, nie zirytowały go wcale. Sytuacja stała się zbyt poważna, by przejmował się takimi głupotami jak zbyt bezpośrednia chęć uzyskania jak najdokładniejszych informacji. Była urzędniczką, owszem, ale także badaczką, rozumiał jej chęć uwiarygodnienia uzyskanych przez otumanione lękiem zmysły informacji. Również ich potrzebował, nie spotkał się nigdy z taką bestią, do priorytetów należało jednak upewnienie się, że są bezpieczni. Byli, względnie, las powoli wracał do życia, natura posiadała niesamowitą zdolność regeneracji, ludzie: również. Wright powoli się rozluźniał, nie całkowicie, ale na tyle, by napięte jak postronki mięśnie przestały prawie przebijać nieco przyciasnej kurtki i roboczych spodni. - Wydaje mi się, że cztery kończyny - ale zginały się nienaturalnie, nie jak magiczne ssaki, raczej gady, chociaż w złym kierunku. Przypominało mi to stawonogi, ale, kurwa, nie do końca. Kłów raczej nie miał, tylko rogi - odparł spokojnie, konkretnie i tylko wplątane w wypowiedź przekleństwo wskazywało na szemrzące jeszcze w tyle głowy przerażenie. - Trochę jeleń, trochę arachnoid, trochę testral - ale nie wiem, na Merlina, nie widziałem nigdy nic takiego, na pewno nie w tym lesie - dorzucił, nie znał więcej szczegółów, wymykały się racjonalnemu uporządkowaniu magicznej fauny, jaką poznał przez lata pracy smokologa. Zresztą, nigdy perfekcyjnie nie znał się na teorii, wolał pracę w terenie, lecz nawet odwiedziny dalekich krajów czy przebywanie na terenach naznaczonych anomaliami nie obfitowało w spotkania bliskiego stopnia z tym...czymś. Nigdy czegoś takiego nie widział - to krótkie zdanie obijało się echem po gorącej głowie, powracało w ich pourywanej konwersacji, kiedy znaleźli się już w namiocie. Nie lubił stać bezczynnie, miał więc nadzieję, że szybko upewni się co do stanu zdrowia lunaballi, a potem ruszy dalej; nie obawiał się już, że urzędniczka postanowi go zatrzymać, z zaklęciami sobie poradzi, a jeśli zaplanuje zablokowanie materiałowego wyjścia własną piersią - również podejmie to imponujące wyzwanie. - Nie kłamię, to coś...Coś czego nie powinno tu być. Tu, w tym lesie - i tu, wśród ludzi, w naszym świecie - wychrypiał ciszej, gdy podał już Amelii wiaderko z przekąskami; sam stał bez ruchu, z nieco pochyloną głową, próbując jakoś objąć rozumem naturę wynaturzonej istoty. Przyzwali ją Rycerze Walpurgii? To przychodziło mu do głowy jako pierwsze, ale czy nie przesadzał? Zrzucał przecież odpowiedzialność za wszelkie zło właśnie na szumowiny - może ich przeceniał? Widział już makabryczne możliwości sługusów Czarnego Pana, znał talenty parszywego Rosiera i jego idiotycznego koleżki Mulcibera, ale mimo to wątpił, by byli w stanie panować nad tym diabelskim pomiotem. Innym wyjaśnieniem mógłby być powrót anomalii, jednakże nic nie wskazywało na gwałtowne wahania magiczne ani w najbliższym otoczeniu, ani ogólnie w Wielkiej Brytanii. Wright w milczeniu obserwował zdecydowane i zarazem łagodne działania Amelii, podchodziła do lunaballi z wprawą, a głos czarownicy w końcu przestał przypominać upierdliwe żabie skrzeczenie baby wyciągniętej zza biurka w jakimś Departamencie Do Spraw Durnych.
- Jaki to smak? - zapytał nagle nieco głupkowato, podnosząc wzrok na lewitujące ku przestraszonej lunaballi przekąski. Czyżby zgłodniał? Nie, musiał udawać Freda Rosnota, zapomniał o tym; niewiele brakowało, by porzucił rolę niezbyt bystrego drwala na dobre, w porę jednak oprzytomniał. - Masz podejście do dzieci - dorzucił cicho, w formie prostackiego (i wbrew pozorom szczerego, dobrze radziła sobie z wystraszonym, księżycowym źrebiątkiem) pochlebstwa, uważnie obserwując oswajające działania urzędniczki. Spokorniała, pojawienie się bestii ociosało ją z tej kanciastej ostrości, skupiła się też na pomocy lunabalii, a czułość wobec zwierząt zawsze łagodziła krytyczne spojrzenie Benjamina. - Idź naokoło, w przeciwną stronę początkowo, kto wie, co się czai w tamtej części lasu - polecił jeszcze, wzdychając ciężko, ni to nad losem lunaballi, ni to nad bezpieczeństwem Amelii, ni to nad konsekwencjami, jakie niosło ze sobą pojawienie się w lasach Hampshire ohydnego potwora. - Pójdę sprawdzić młodnik, a potem wrócę do miasta - dodał w zamyśleniu, rzucając ostatnie, kontrolne spojrzenie usypiającemu zwierzątku - i nadwyraz czujnej blondynce, okazującej nagłą troskę. Zadziwiające. Może źle ją ocenił, a stereotypy pupilki Cronusa Malfoya nie dotyczyły każdego, kto pracował w Ministerstwie? Na razie posiadał zbyt mało danych o Amelii, by uznać ją za wartą zaufania, skinął tylko głową i wyszedł z namiotu, od razu wysoko unosząc rękę dzierżącą różdżkę. Zamierzał również okrężną drogą odnaleźć obozowisko badaczy, a w nim - informatora. Jeśli i wysłannicy departamentu widzieli to stworzenie, chaos pomoże w dyskretnym spotkaniu z Wafflingiem - o ile ten nie uciekł już gdzie mandragora rośnie.

| ztx2 <3


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Kaplica [odnośnik]13.11.22 13:51
30 maja 1958
Na miejscu zjawili się krótko przed świtem, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca przenikało przez niskie korony drzew, budząc las mdłym porannym blaskiem. Kręta ścieżka wprowadziła w głąb lasu, lecz z wcześniejszego zwiadu, który otrzymał wczorajszego wieczoru, wynikało, że właśnie tutaj mogli znaleźć pobliską ludność wspierającą mugolskie nasienie. Nadszedł czas, by przywołać tych ludzi do porządku: i przypomnieć im, pod czyją opieką znajdowały się te ziemie. Początkowo chciał zabrać ze sobą także młodego lorda Lestrange'a, lecz konieczność podjęcia szybkiego działania stawiała w tym momencie zbyt wysokie ryzyko.
Wśród leśnej ciszy nietrudno było usłyszeć gwar pobliskiego zgromadzenia - informacje ich nie zawiodły, wyglądało na to, że w tym regionie rzeczywiście miały dziać się rzeczy absolutnie niedopuszczalne. Zupełnie jakby tutejsi nie odczuwali ciążącego nad nimi bata ani grozy toczonej wojny, niedoczekanie. Nieprzerwanie trzymał w dłoni różdżkę, chwytając lewą jej czubek, pozostawiając ją nieruchomą. Strój wybijał się pośród połaci puszczy zarówno elegancją, jak i wartością samego materiału, tak kontrastującą wobec biedy wywołanej rozpętanym konfliktem. Nawet wykonane na miarę oficerskie buty, mimo zebranego błota, zdradzały, że nie był przypadkowym przechodniem - podobnie jak srogie spojrzenie przekonywało, że bynajmniej nie przybywał tu w dobrych zamiarach. Uchwycił źrenicę Mathieu, spoglądając na niego porozumiewawczo. Po tym, co widział w Warwick, zachowywał większą ostrożność w podejściu do uzbrojonych niemagicznych, choć tu mogli mieć pewność, że będą mieli do czynienia również z czarodziejami, którzy obrali stronę rebeliantów. Należało skończyć z tymi spotkaniami, tu i teraz, nie mogli dopuścić do jakichkolwiek możliwości sabotażu zmyślnego planu rozwinięcia szpiegowskiej siatki na tej ziemi. Cieśnina musiała pozostać szczelną, a zabezpieczenie musiało być silne na linii brzegowej. Nie znał się na walce morskiej, bliskość relacji z Traversami miała temu zapobiec. Ale nad brzegiem - potrafił zapanować.
- Czas ruszać - zwrócił się do kuzyna, nie dostrzegał jeszcze wroga, ale nie wzięli ze sobą zwiadowcy. Ruch i szelest liści wkrótce ich zdradzi, dając przewagę przeciwnikowi. - Gotów? - zapytał, choć w tym samym momencie spazm bólu przemknął przez jego twarz; usłyszał szept Morrigan, linię jej ostrych paznokci ściskających serce, usiłowała uwolnić się, wydostać na zewnątrz: czy potrafił nad nią zapanować?

rzut na opętanie



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : 38+2
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 60+5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 7+3
Genetyka : Czarodziej
Kaplica 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Kaplica [odnośnik]13.11.22 13:51
The member 'Tristan Rosier' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Kaplica Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Kaplica
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach