Wydarzenia


Ekipa forum
Przytułek dla ubogich w Coventry
AutorWiadomość
Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]08.08.21 3:05
First topic message reminder :

Przytułek dla ubogich

Założony w 1529 roku z inicjatywy Williama Forda, czarodzieja półkrwi, który postanowił wspomóc bezdomnych mieszkańców zapewniając im ciepły kąt oraz miskę gorącej zupy. W murach przytułku schronienie mogli znaleźć wszyscy członkowie magicznej społeczności, którzy z różnych powodów utracili dach nad głową oraz mugole. Obowiązkiem stałych mieszkańców była praca w budynku, aby jego funkcjonowanie nie zostało naruszone i mógł działać przez kolejne lata.
W 1621 roku wraz ze zmianą właściciela wprowadzono nowe reguły, jakie wyraźnie negowały obecność niemagicznych. Wywołało to ogromny bunt, który nie przeszedł bez echa, lecz nie przyniósł żadnych rezultatów. Prawo te nie uległo zmianie do dnia dzisiejszego, aczkolwiek coraz częściej w Coventry mówi się o nagminnym jego łamaniu.    
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]12.01.22 18:00
Zmarszczył lekko brwi, słuchając reportera.
-Kręciła się? Przeszkadzała jakoś panu w podróży? - dopytał szeptem, momentalnie nabierając podejrzeń. Był człowiekiem z gruntu rzeczy nadwrażliwym i przeczulonym, nie trzeba było wiele aby wzbudzić jego nieufność. -Będę miał oczy otwarte, a pana proszę o ochronę lady Burkę przed natłokiem pytań. Liczę na pana. - syknął, a potem zerknął kątem oka na dziennikarkę. Akurat, gdy... robiła im zdjęcie?
-Myślę, że w środku przytułku znajdzie pani ciekawsze tematy. - zauważył zjadliwie, zwracając się do czarownicy. Zaniepokojony, podążył za resztą grupy.

Zostawił Elvirę i Belvinę ich pracy, a samemu pogrążył się w rozmowie z Ernestem.
-Rozumiem... ale to nie usprawiedliwia nieporządku. - zmarszczył lekko brwi. -Postaram się przysłać pomoc z Ministerstwa, czarodziejów wprawionych w remontach. - obiecał bez wahania, świadom, że musi coś dać aby zyskać coś w zamian. -Ale wy powinniście zorganizować dyżury. Przyjmować czarodziejów i od razu spisywać ich dane, nawet w środku nocy. Co, jeśli nawiedzi was nie potrzebujący, a złodziej? Bez nazwiska i dokumentów - wszyscy powinni mieć przecież zarejestrowane różdżki - nie zgłosicie go nawet magicznej policji. - pouczał ze ściągniętymi brwiami. Ludzie bywali tak naiwni, że to aż się nie mieściło się w głowie. Nie każdy, kto podawał się za potrzebującego, nim był! Odwiedzający przytułek mogli mieć niecne, niepatriotyczne cele.
Przyjrzał się spiżarni, czując nagłe ukłucie w sercu. Nie był przecież zupełnie bez serca. Wyobraził sobie swoją przyszłą pasierbicę - czy by się tym nasyciła?
-Sadzonki i ziarna to doskonały pomysł, łatwiej będzie nam je przesłać niż gotowe produkty. Zgłoszę to w Londynie.
Uważnie zmierzył wzrokiem Ernesta, gdy ten mówił o pracy. Uśmiechnął się lekko, słowa mężczyzny mu się spodobały. Dokładnie, praca nadaje godność.
-A jaka praca czeka tych ludzi w Warwickshire, hrabstwie skalanym mogolskimi rządami? - westchnął. -Mam dla nich propozycję - niech mężczyźni dołączą do wojsk, do frontu, który odbije te ziemie i zwróci je pod kuratelę czarodziejów. Kobiet zaś potrzebujemy w szpitalach polowych. Ministerstwo oferuje przeszkolenie żołnierzom i sanitariuszkom, najzdolniejsi mogą zasilić szeregi szmalcowników. Będą mieli co jeść, odciąży to przytułek - spiżarnia będzie przeznaczona dla dzieci, zostawią tu swoje pociechy. Kto nie pracuje, ten niech nie je.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]13.01.22 19:39
Łapczywie wyłapywała słowa padające z ust Primrose i Corneliusa, zastanawiając się nad strategią, jaką obiorą w starciu z dziennikarzami. Troska, pozorna lub nie, okazywana mieszkańcom przytułku była oczywista, była jednak w chłodny, analityczny sposób ciekawa, czy będą w stanie przekonać o niej także prasę, która lubiła przeinaczać nawet i najszczersze chęci.
Chęci Elviry nie były szczere - przynajmniej nie w pełni. Uważała, że jako magowie zasługują na znacznie więcej i trzeba odbudowywać czarodziejskie budynki, organizacje, stawiać się nawzajem na nogi, żeby miał kto przejmować ten smętny, szary świat. Jej intencje nie opierały się jednak na empatii czy trosce, była pragmatyczna, jak we wszystkim innym co robiła. Za pomoc oczekiwała współmiernych korzyści.
- Jeśli tak uważasz... - zbyła Belvinę wymamrotaną uwagą w miarę jak oddalały się od lady i towarzyszącego jej tłumku.
Nagle Elvira przejawiała znacznie większe zainteresowanie otaczającymi ich szczegółami wyposażenia, ludźmi, z których co kolejny był bardziej brudny i wyniszczony. Rzuciła krótkie, lecz ostre spojrzenie dziennikarzowi, który przyczłapał się za nimi. Liczyła na to, że będzie trzymał się z boku, gdyż ostatnim czego potrzebowała był ktoś obcy kręcący się jej pod nogami w czasie pracy. Chciała aby jej nazwisko, może też zdjęcie, zostały ujęte w artykule gazety, wystarczyłoby na to jednak kilka pierwszych minut. Umiała pracować pod presją otoczenia, umykającego między palcami czasu, ale namolni obserwatorzy pozbawieni jakiejkolwiek wiedzy medycznej doprowadzali ją do szału.
Skinęła Belvinie głową i uśmiechnęła się blado, gdy zgodziła się przejąć na siebie obowiązek leczenia dzieci.
- Młodych jest mniej - zgodziła się lekkim tonem; koniec końców mogło przyjść im dzielić się także pracą wśród dorosłych.
Albo zajmować jednym i tym samym pacjentem. Uniosła brwi, gdy do sali wtaszczono młodego chłopaka z rozbitą głową. Oceniła go jednym spojrzeniem; krew kapiąca z ust, przyspieszony oddech, grymas bólu w linii zmarszczonych brwi.
- Połóżcie go tutaj - zadecydowała, bez problemu wchodząc w rolę ordynatorską; choć do takiego poziomu nigdy w szpitalu nie doszła, skończyła wszystkie kursy i zarządzała własnym pododdziałem w ramach bloku chorób wewnętrznych. Kiedy mężczyźni ułożyli chłopaka na jednym z wolnych łóżek o skrzypiących nogach, pochyliła się nad nim, bezceremonialnie rozpinając guziki krzywo zapiętej koszuliny. Opuchlizna i paradoksalne ruchy klatki piersiowej mogły wskazywać na połamane żebra, nie ryzykowała jednak niezdiagnozowanej odmy prężnej. - Diagno haemo. - rzuciła miękko, a gdy już upewniła się, że mężczyzna zaraz się im tu nie zatrzyma, przypomniała sobie, że powinna z nim rozmawiać. - Nazywam się Elvira, a to jest Belvina. Jesteśmy przyjezdnymi uzdrowicielkami. Ma pan złamane żebro, mam zamiar je naprawić - mamrotała, już zawieszając różdżkę nad obrażeniami. - Feniterio. - wymruczała, odwzorowując ruchem różdżki właściwy kształt piątego żebra. Musiała to zrobić dokładnie, by nie uszkodzić wrażliwych opłucnej i osierdzia. Szczęśliwie nie zajęło to dużo czasu. - Może trochę chrupnąć, to normalne. Ale nie powinno boleć. Fractura Texta - Nie chrupnęło. Zacisnęła wargi i powtórzyła skomplikowany rys na skórze. - Fractura Texta. - Wyprostowała się i rzuciła Belvinie znużone spojrzenie. Pies by to jebał.
Ale przecież się nie podda, była na to zbyt dumna.
- Fractura Texta. - Uśmiechnęła się jak kot na moment przed oderwaniem ptakowi główki. - Choruje pan przewlekle na choroby metaboliczne? Problemy z tarczycą? Z nadnerczami? Obciążenia genetyczne? - Jeśli mężczyzna nie powie, że ma wrodzoną łamliwość kości, zaburzoną gospodarkę wapniowo-fosforanową albo inną chorobę utrudniającą zrastanie się złamanego żebra, to zaraz mu ją, cholera, zdiagnozuje.
[bylobrzydkobedzieladnie]



everyone wants a strong woman
until she actually stands up
suddenly she is too much
she has forgotten her place
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
rotten
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]14.01.22 19:21
Czy istniało na tym świecie dziecko, które nie lubiło, gdy poświęcało się jej odrobinę uwagi? Oriana łaknęła jej trochę na przekór zachowawczym genom ojca, w swym dziecięcym sposobie postrzegania świata przypominając znów bardziej matkę i jej rodzinę. Gdy Dorothea wspomniała o towarzyszeniu przy dzieciach, Oriana skinęła głową na znak zgody. Dopiero podniesienie w rozmowie listów od wujków lordów sprawiło, że w burzowym spojrzeniu zalśniły iskry prawdziwego zachwytu. Doskonale wiedziała, którzy z wujów mogli posunąć się do takiego zagrania, którzy darowali jej nie tylko słodycze i domki dla lalek, ale też odpowiednią literaturę.
— To lordowie wujowie wspomnieli o książkach w listach? — dopytała, chcąc być pewna, czy wszystko zrozumiała tak, jak trzeba. Dobrze było mieć takich wujów — ludzi, którzy zatroszczyliby się o nią, pomogli, gdyby potrzebowała pomocy. Ludzi, których wstawiennictwo zmusiło nawet redaktorów Czarownicy do wystosowania listu do małej lady, choć ta była może delikatnie rozczarowana faktem, że inicjatywa nie wyszła w stu procentach ze strony pisma.
Miała jeszcze czas na lekcje pokory.
I lekcja ta miała właśnie miejsce, choć w towarzystwie kolorowej czarownicy nawet ona czuła się nieco speszona. Nie, żeby pragnęła pokazać to na zewnątrz, co to, to nie! Wciąż trwała wyprostowana, z głową dumnie uniesioną do góry, spoglądając na twarze dzieci jednocześnie pewnie, jak i nienachalnie. Tak, jak sama lubiła, gdy ktoś na nią patrzył. Wydawało się, że wszystko odbywało się w jak najlepszym porządku, dzieci reagowały na cukierki tak, jak przystało, na obietnice zabawek też. Nagłe pojawienie się pani Tremblay sprawiło jednak, że dziewczynka poczuła się w obowiązku interwencji. Z jednej strony zaczątki analityczno—biznesowego podejścia Burke'ów zaczynały objawiać się w toku myślowym Oriany, tak jak robiły to przy okazji felernej loterii w Londynie. Z drugiej strony takie zabieranie dzieciom prawdopodobnie pierwszej okazji do uśmiechu od Merlin—jeden—raczy—wiedzieć jak długiego czasu nie przypadło lady Burke do gustu.
— Pani Tremblay — postanowiła odezwać się, posyłając żonie zarządcy szeroki uśmiech — Niech się pani nie martwi, dla wszystkich starczy. A jak będzie trzeba więcej, to dowieziemy! — powiedziała, gdy służący podsunął jeszcze jedno pudełko. W tym samym czasie dziewczynka obróbiła się w kierunku Dorothei, ofiarowując jej jedną landrynkę. — Proszę, niech się pani częstuje — podsunęła poczęstunek czarownicy, zauważając z pewnym zaskoczeniem, że znajdujące się w środku landrynki były dokładnie tego samego koloru co ubranie tej kobiety. Cóż za zbieg okoliczności.
W tym samym momencie podłoga zafalowała niemal—niebezpiecznie, co wymusiło w Makowej Pannie maksimum możliwego dla niej skupienia. I chyba było to skupienie szczególnie potężne, bowiem na kilka chwil zdawało się, jakby zasięg jej uwagi sięgał zdecydowanie dalej niż przestrzeń wydzielona przez ściany, sufit i podłogę sali, w której się znajdowała. Najpierw uderzyła ją wilgoć, ale zupełnie inna niż ta, która swe źródło mogła mieć w ustawionych niedaleko kubłach wody. Kroki, które dotarły do jej uszu zaraz po tym, nie mogły pochodzić z tego pomieszczenia, nikt nie chadzałby w ten sposób (i po krótkim rozejrzeniu się niewiele osób zdecydowało się podnieść z miejsca w obliczu zmiany twardości podłoża) tutaj, nie teraz. Szum wiatru nagromadził jeszcze więcej wątpliwości, które Oriana musiała przekazać ciotce.
Akurat w momencie, w którym proszono ją o przejście do pokoju zabaw!
— Ojej, jest tu pokój zabaw? — spytała szczerze ciekawa, choć jej spojrzenie uciekło na bok, w kierunku dzieci mogących być mniej—więcej w wieku jej młodszego braciszka Mariusa. Nie wyglądały na wesołe, nie chciały jeść landrynek. — Może zbierzemy wszystkie dzieci i pobawimy się razem? — spytała, przekrzywiając głowę w bok, a czekoladowy warkocz poruszył się razem z nią, gdy próbowała powstać i utrzymać się na nogach. Oczywiście chodziło jej o to, by zaangażować do zabawy i rozweselić także tamtą smutną gromadkę.
Droga, jaką miała do pokonania do Primrose, nie stanowiłaby normalnie żadnego problemu. Teraz jednak...
— Tylko powiem lady cioci, gdzie idę, dobrze?
Najpierw obowiązki, potem zabawa, tak mawiał jej ojciec, tak mawiali dziadkowie zarówno Burke, jak i Slughorn. Oriana czuła, że przede wszystkim jej obowiązkiem jest poinformowanie Primrose o tym, co poczuła. O krokach pod deskami, o wietrze, o tym, że ktoś tutaj... nie pokazywał im wszystkiego.
Ruszyła więc przed siebie, próbując utrzymać równowagę najlepiej, jak tylko mogła.

| rzut na zwinność, bo podłoga nie jest stabilna


my daddy's got a wand
you better run

Oriana Burke
Zawód : lady Durham, córka nestora Burke
Wiek : 8 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I'll clean my room. In exchange for your immortal soul.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t9450-oriana-burke https://www.morsmordre.net/t9472-listy-do-oriany-burke https://www.morsmordre.net/t9471-duszek-durham https://www.morsmordre.net/t9473-o-burke
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]15.01.22 20:23
Spojrzała w kierunku mężczyzny, który stanął w drzwiach i zanotował nazwisko jej oraz Elviry. Jego towarzystwo było zbędne i oby nierozpraszające dla którejś z nich. Musiały przecież skupić się na pacjentach, a nie irytować z obecności dziennikarza, który kręciłby się zbyt blisko. Postanowiła jednak milczeć, póki nie wchodził żadnej pod nogi, a trzymał się z boku.
Kącik jej ust drgnął, na widok bladego uśmiechu drugiej uzdrowicielki. Nie widziała problemu w takim podziale, a dodatkowo nie było sensu rozkładać pracy w sposób, aby któraś musiała się denerwować. Może i powinny umieć dostosować się do pacjenta, by wszystko szło szybko i najmniej stresująco dla dwóch stron, ale czasami można było uniknąć komplikowania sobie zadań. Tak przynajmniej widziała to teraz. Skinęła lekko głową, zauważyła już wcześniej, że liczba dorosłych była większa, dlatego planowała pomóc, kiedy skończy swoją część, a nie siedzieć i czekać. Nie była tym typem osoby, zbyt lubiąc działać w zakresie swoich możliwości.
Obejrzała się na sanitariuszkę, kiedy zaczepiła je i skierował do sali obok. Bez słowa podążyła za nią, a później spojrzała na chłopca o którym zaczęła mówić. Uśmiechnęła się do niego, analizując wszystkie możliwości, ale było tego zbyt wiele. Przysiadła na łóżku obok niego, skupiając wzrok na drobnej, dziecięcej sylwetce.- Cześć, Tommy. Nazywam się Belvina i chciałabym Ci pomóc.- odezwała się łagodnym tonem.- Panna Stonewall, mówi, że dokucza ci ból brzucha. Możesz powiedzieć mi, gdzie boli najbardziej? - mówiła dalej, dopierając uważnie słowa, ale nie wahając się ani na moment.- Położysz się? Zbadam Cię, co ty na to? Zrobię, co tylko mogę, aby ból minął i już nie wrócił więcej.– liczyła, że położy się zgodnie z prośbą, nie mógł siedzieć podczas badania.
Odwróciła głowę, ku poruszeniu obok. Nie umknął jej moment, kiedy do środka wpadł jakiś chłopak, a później wnieśli kolejnego. Uważniejsze spojrzenie skupiła na Elvirze, kiedy ta popatrzyła w jej stronę. Czyżby potrzebowała jej pomocy?
Słyszała powtarzaną inkantację zaklęcia, coś musiało się komplikować, skoro jedno rzucenie zaklęcia nie wystarczyło.- Tommy, poczekaj chwilę, zaraz do ciebie wrócę.- posłała chłopcu lekki uśmiech, zanim podniosła się i podeszła do blondynki. Zerknęła w kierunku niespodziewanego pacjenta.
- Któryś z organów jest uszkodzony? – spytała jej, nie chcąc, tracić czasu na zaklęcie, które bez wątpienia musiała już użyć. To była podstawa, obojętnie, co się działo. Wahała się, zaciskając palce na ohii. Nie wiedziała, czy się wtrącać, czy jedynie obserwować albo wrócić do dzieciaka, którym powinna się zająć. W końcu podjęła decyzję.- Fractura Texta.- wypowiedziała ze spokojem, zbliżając różdżkę do miejsca, gdzie tworzyła się opuchlizna. Może nie powinna, ale lepiej było znieść nerwy i urażoną dumę uzdrowicielki, niż patrzeć jak na oczach tych wszystkich osób, wychodzą błędy. Takie potknięcia nie były niczym nowym, zdarzały się najlepszym, ale lepiej było zamazać to wrażenie najszybciej, jak się da. Sama nie miała pewności czy nie zrobi czegoś źle.



Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz. Chodź, pocałuję cię w czoło, w duszę. Pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. Na kiedyś.

Belvina Blythe
Zawód : Uzdrowicielka na urazach pozaklęciowych, prywatny uzdrowiciel
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Nasze miejsce jest tutaj
W nocy
Bez nikogo
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7692-belvina-blythe https://www.morsmordre.net/t7734-senu https://www.morsmordre.net/t7733-belvina https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t8111-skrytka-bankowa-nr-1850#231862 https://www.morsmordre.net/t7735-belvina-blythe
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]15.01.22 20:23
The member 'Belvina Blythe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 17
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]17.01.22 13:59
Dzieci zachwycone słodyczami i ganione przez opiekunkę, wydawały się reagować na to tak jak dzieci by reagowały - uśmiechami, boczeniem się, zawodem, i znów uśmiechami. Stanowczo większa część nie bała się falującej podłogi ani innych przejawów magii. Nawet te wydające się Makowej Pannie wystraszone, w końcu podeszły, aby poczęstować się łakociami.
Dorothea wydawała się być w pełni poświęcona dzieciom, uśmiechając do nich i kiwając głową. Była barwnym ptakiem, który przykuwał spojrzenia młodocianych, a jej aparat za to korzystał ze sposobności robienia fotografii. Zarówno dzieciom, jak i dorosłym.
- Słyszy pani zapewnień młodej lady? To z pewnością prawda - powtórzyła pani Pinkstone za lady Burke, zaraz zwracając uwagę na landrynki, które zostały wyciągnięte w jej stronę.
- Oh, dziękuję bardzo lady Oriano - powiedziała kobieta z ciepłym uśmiechem, przyjmując landrynkę, wciąż starając się ustać na ruszającej się podłodze, choć nie należało to do najłatwiejszych zadań, tym bardziej kiedy dostrzegła ruch najmłodszej z wizytujących.
- Finite - padło z usta dziennikarki, a podłoga wróciła do normalnego stanu. Tuż po tym dość szybko znalazła się przy Orianie oferując jej dłoń do podprowadzenia. - Z pewnością dzieci chciałyby, aby spędziła lady z nimi nieco więcej czasu bez rozproszeń. Mogę w imieniu panienki przekazać lady Primrose, gdzie się wybieramy i dołączyć w pokoju zabaw do was? Na pewno też nie jest kulturalnym, aby przeszkadzać w tak istotnych rozmowach lady Burke, prawda? Ja muszę zanotować kilka rzeczy w związku z rozmowami, więc mogę również przekazać... cokolwiek panienka potrzebuje przekazać - zachęciła ją zaraz z delikatnym uśmiechem Dorothea, przytrzymując w pół drogi do Primrose.

Arthur na zmianę pociągał nosem, notował i stukał, zerkał na Corneliusa jakby w obawie przed czymś, to na Ernesta, a później na pacjentów. Starał się nie zawadzać, choć z pewnością kilkukrotnie stanął na drodze czy kobiet pracujących tutaj na stałe, czy uzdrowicielek z Londynu. Było tutaj mało miejsca, a gromadzenie się sprawiało, że było go jeszcze mniej.
Został jednak bliżej Elviry, kiedy ta zajmowała się pacjentami - kilkukrotnie wypowiadając inkantację nieprzynoszącą efektów. Dziennikarz uniósł pytająco brew, jakby przy magii uzdrawiania oczekiwał innych efektów - lub jak gdyby panna Multon miała mu zacząć wykładać całą teorię anatomiczną i to miałoby wyjaśnić, dlaczego zaklęcie nie przynosiło efektu.
Choć zanim zdążył zostać zganiony przez kobietę, rozejrzał się nerwowo jakby w przestrachu, a kiedy i Belvinie nie powiodło się zaklęcie, zaraz podreptał do Sallowa, znów w konspiracyjnym geście łapiąc go za ramię.
- Panie Corneliusie... Mamy problem... Tutaj są problemy z magią... - szepnął przez zęby, zaraz posyłając podejrzliwe spojrzenie w stronę Ernesta, a po tym znów się rozglądając w lekkim przestrachu. Pomieszczenie wydawało się być jednak zwykłe - nie wyróżniające żadnym specyficznym przedmiotem, obrazem czy framugą.
Doświadczone w magii uzdrawiania panny Multon i Blythe stanowczo wyczuły, że jej przepływ w tym budynku coś zakłóca - a w trudnej sztuce leczenia nie mogło pojawić się pole na błędy. Uzdrowicielki wiedziały, że kolejne próby rzucenia Fractura Texta mogły skończyć się fatalnie dla pacjenta.

Mistrzy Gry przeprasza za opóźnienie.
Zaklęcia uzdrawiania są wyraźnie zakłócane i mogą przynieść nieoczekiwane skutki. Belvina, Elvira oraz Cornelius mogą wykonać rzut na spostrzegawczość w temacie lub szafce.
W razie wątpliwości lub pytań, zapraszam do kontaktu.
Thomas Doe
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]18.01.22 19:31
Umiejętnie rzucone finite uspokoiło strukturę podłogi, choć Oriana już zdążyła skorzystać z wysuniętej w jej kierunku dłoni, zupełnie oddając się odruchom wyrobionym w trakcie lekcji szlacheckiej etykiety. Wciąż zdawały jej się oczywiście zachowania, które można było uznać za niezgodne z protokołem, ale pomoc Dorothei nie pozostała niezauważona. Uśmiech, który rozlał się po twarzy małej lady Burke okazał się być naprawdę szeroki — na standardy jej rodu — bo błysnęła w nim część jasnych zębów, tym razem bez ubytków.
Właściwie ostatni ząb wypadł jej na początku listopada. Dziwne.
— Też jestem lady Burke — odpowiedziała jednak, unosząc głowę nieco wyżej, by bez krępacji zajrzeć w oczy dziennikarki. Delikatnym pociągnięciem jej rękawa dała znać, że chciałaby, by kobieta zniżyła się z uchem do jej poziomu, a jeżeli to się stało, sama stanęła na palce, by chwilę później konspiracyjnym szeptem przekazać jedną, konkretną wiadomość: — I chciałabym być taka jak ciocia. Pomagać biednym dzieciom i dorosłym też. I sprawić, żeby już żadne dziecko nigdy nie płakało, chyba że ze szczęścia. Ze szczęścia może być. Ale w mojej rodzinie nie płaczemy nawet wtedy.
Czy ten rzadki wgląd w obyczaje i wychowanie panów i pań Durham okaże się kiedyś cenny dla kolorowej dziennikarki? Może. Nie Orianie o tym decydować, choć arystokratyczna duma została nieco podrażniona przez fakt, że kobieta zasugerowała jej, że podjęty przez nią zamiar mógł być niekulturalny. Miała jednak okazję obserwować, jak z rozdrażnieniem radzą sobie kobiety w ich rodzinnym zamku. Widziała, jak łagodne oczy matki zachodziły bardzo specyficznym rodzajem lodu, gdy coś nie szło po jej myśli. Pamiętała noworoczną rozmowę z ciocią Primrose w kuchni, tę o wprowadzaniu na salony i ton, jakim odpowiadała wtedy na jej pytania. Zła oczywiście nie na nią, ale na świat, w jakim przyszło im żyć. I jeżeli wyniosła jakiekolwiek lekcje z tych obserwacji...
To takie, by brać los we własne ręce, bo bierność nie była cechą dam.
Pani Tremblay przyglądała się tej szczególnie ciekawej wymianie zdań z niepewną miną. Najpierw próba okiełznania łakomych podopiecznych, potem mała lady Burke wyraźnie spiskująca z redaktorką Czarownicy... Co za dzień!
— Przepraszam panią, pani redaktor — odezwała się słabo, przyciągając do siebie dwójkę najbliżej stojących dzieci, które akurat odkryły najciekawszą — poza smakiem — właściwość landrynek. Ich szczególną lepliwość do powierzchni wszelakich. Chłopcy przykleili je sobie do dwóch palców każdy i testowali właśnie siłę czegoś, co później, gdy dorosną, załatwić mogliby nie reakcją cukru i śliny, a na przykład zaklęciem trwałego przylepca.
Pech chciał jednak, że dwie landrynki — z ręki młodszego z chłopców — wystrzeliły w powietrze. Jedna, o włos minęła Orianę, uderzając o teraz utwardzoną posadzkę, a druga zatrzymała się na płaszczu kobiety, tuż przy nosie lady Burke.
— Najmocniej panią przepraszam! I panienkę również! — kobieta trwała teraz w dylemacie; czy skarcić publicznie podopiecznych, a potem spróbować naprawić sytuację z nieszczęsną landrynką, czy może zrobić to w odwrotnej kolejności. Oriana jednak wydawała się być niewzruszona. Sięgnąwszy do niewielkiej kieszonki schowanej sprytnie w jednej z fałd sukienki, wyciągnęła czarną chusteczkę z wyszytym motywem maków.
— Proszę się nie ruszać — uśmiechnęła się raz jeszcze, ostrożnie zbierając landrynkę w chusteczkę, choć po jej minie w trakcie tego zabiegu można było zauważyć, że robiła to ze sporym obrzydzeniem. W końcu ten chłopiec miał ją przed chwilą w buzi. Fu! — Nic się nie stało, pani Tremblay! Pani Pinkstone jest zbyt miła, by mieć to za złe — i jeżeli któryś ze służących rodu Burke przechodzących obok uśmiechnął się na te słowa wymownie, zrobił to dlatego, że Oriana wprost cytowała własną matkę.
— Wyrzucę. Damy Durham nie boją się pracy — oznajmiła dumnie, opuszczając swobodnie rękę, którą wcześniej miała wzniesioną w górę, przyjmując asystę Dorothei. Niedługo później ruszyła znowu; kosze na śmieci poustawiane były przede wszystkim przy wejściu, lecz Oriana specjalnie nadłożyła odrobinę drogi, by przejść tuż obok Primrose.
— Dzień dobry państwu — skłoniła się ludziom siedzącym przy stole, po czym nachyliła się nad uchem Primrose w sposób, w jaki dzieci zwracają się z największymi tajemnicami (na przykład mówiąc, że chcą już iść do domu) i szepnęła: — Pani Tremblay zaprosiła mnie do sali zabaw z innymi dziećmi. Będzie mogła ciocia przyjść? Może nie będzie trzeba tam robić remontu, ale tutaj pod podłogą wieje i ktoś chodzi i pachnie, jakby było mokro...
Nie trwało to jednak długo. Oriana czując, że Dorothea może nie dać tak łatwo za wygraną (przypominała kuzynkę Melody, która zawsze chciała się bawić tymi samymi zabawkami, co starsza Burke), pocałowała Primrose w policzek.
— Dziękuję, ciociu! Zaraz powiem dzieciom! — po czym pomknęła do stojącego pod ścianą kosza na śmieci, wyrzucając pechową landrynkę. A później, zupełnie nie mogąc powstrzymać rosnącej w niej radości powróciła prędko do Dorothei.
— Ciocia powiedziała, że będę mogła oddać część moich zabawek z Durham, wie pani?
Czyż to nie wspaniałe?


my daddy's got a wand
you better run

Oriana Burke
Zawód : lady Durham, córka nestora Burke
Wiek : 8 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I'll clean my room. In exchange for your immortal soul.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t9450-oriana-burke https://www.morsmordre.net/t9472-listy-do-oriany-burke https://www.morsmordre.net/t9471-duszek-durham https://www.morsmordre.net/t9473-o-burke
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]19.01.22 11:32
|Primrose i Oriana

Widząc, że kryzys podłogi został zażegnany uspokoiła się nieco ale nadal kątem oka wypatrywała bratanicy. Na szczęście czuwała nad nią też służba, która przyniosła pudła z podarunkami, a teraz stała dyskretnie z boku gotowa zareagować w odpowiedniej chwili i niemalże natychmiast w sytuacji kryzysowej. Słuchała przy tym trosk i zażaleń jakie wylewały się z ludzi, kiedy zachęciła mężczyznę do mówienia. To kobieta obok niego głównie przedstawiała jak wygląda sytuacja. Czarodziej zaś burczał pod nosem co jakiś czas. Usłyszała, że brakuje pracy, że nie ma zasobów do zasiewania pól, że rolnictwo całkowicie się zapadło, że brakuje surowców, że wszystko idzie na wojnę. Słuchała tego z coraz większym przygnębieniem zdając sobie sprawę, że nie będzie w stanie zaradzić wszystkim. W trakcie wojny zostały zerwane w większości wszystkie transakcje handlowe z krajami zamorskimi. Jeszcze jakiś czas temu mówiło się o kryzysie, ale teraz już ten nadszedł, a oni nie byli na niego gotowi. Widziała złość w oczach mężczyzny, który miał pretensje, że wojna została wywołana bez odpowiedniego przygotowania wcześniej gospodarczego zaplecza.
-3]]Gdybyśmy mieli coś, jakieś pieniądze aby zacząć pracować…[/i] - Mówiła kobieta ale załamała ręce. Była wcześniej kwiaciarką i tworzyła piękne bukiety, ale teraz nie było kwiatów. Nikt ich nie hodował na sprzedaż. Nikomu nie były potrzebne kwiaty. -Może jeszcze w Londynie, czy większym mieście… ale nie tutaj. A nawet jakbym chciała realizować zamówienia na bukiety do Londynu, to nie mam z czego.
-Może mi pani pomóc? - Zagadnęła ją Primrose i skinęła na służbę by przyniosła pióro i papier. -Proszę spisać kto jakim zawodem się parał nim trafił do ochronki. Kto nie ma pracy i nie może żadnej znaleźć.
Kobieta zabrała się ochoczo do pracy, a Prim znów kątem oka zaczęła obserwować co się dzieje w okolicy Oriany. Dostrzegła jak dziewczynka zbliża się do niej i nachyla. Zmarszczyła brwi słuchając uważnie słów dziecka, a potem zerknęła w kierunku drzwi prowadzących do pokoju zabawy.
-Dobrze, przyjdę tam do was za chwilę. - Zapewniła małą lady i uśmiechnęła się do niej delikatnie. Po czym zaśmiała się cicho kiedy dziewczynka oznajmiła, że odda swoje zabawki. Miała własne pomysły, to należało jej przyznać. Skupiła ponownie swoją uwagę na dorosłych, którzy skupiali się przy stole aby podawać swoje zatrudnienie lub to czym się zajmowali przed wojną. Lista dość szybko się powiększała.


Dzieci zakrzyknęły radośnie, a dziewczynka, która wcześniej rozmawiała z Orianą ciągnąć za rękę młodszego chłopca podeszła do małej lady.
-Pokój jest tu obok. - Wskazała palcem przejście na korytarz i zaraz pomieszczenie, które dość szumnie nazywano miejscem zabaw. Były tam sterty kocy i poduszek oraz połamane krzesła, z których zbudowano całkiem spory fort. Stare pluszaki, lalki i klocki poukładane na półkach czasy swojej świetności miały dawno za sobą. Stała też gitara w rogu, a w kominku palił się ogień dodając przytulności temu chłodnemu miejscu. -Chłopcy zbudowali fort! Bawili się w walczących i mugoli. - Dziewczynka podeszła do fortu i po chwili pojawiła się w jego wnętrzu. -Pobili się i pani Tremblay zakazała się nam w to bawić… - Dziewczynka była niepocieszona. Kiedy to mówiła reszta dzieci dołączyła do nich. -Och! Możemy pobawić się w ciuciubabkę. Wiesz jak się w to bawić?


|Cornelius

-Ma pan rację… - przyznał z rezygnacją Ernest zamykając spiżarnię. -Wolę jednak jak ludzie się trochę wyśpią… - Ernest miał serce na dłoni, chciał pomagać, a nie zmuszać do większej pracy tych, którzy i tak cierpieli. -Pani i Pan Tremblay wkładają w to miejsce całe swoje serce. Pan Tremblay chodzi też do pracy. Dzięki temu mamy drewno na opał oraz co do gara włożyć. Ci co tu pomieszkują, jak mówiłem… też coś dokładają. Każdy stara się pomóc jak może. Tu mieszkają dobrzy ludzie proszę pana. Prości, ale dobrzy.
Ernest zatrzymał się kiedy usłyszał propozycję Sallowa. Pokiwał głową ze smutnym uśmiechem. -To dobry pomysł. Trzeba to rozgłosić i wskazać gdzie i do kogo powinni się zgłosić. - Wskazał wyjście ze spiżarni i wyszedł z pomieszczenia prowadząc teraz czarodzieja do pokoju zabaw. -Chcę panu coś jeszcze pokazać… - Dzieci właśnie zbierały się wokół fortu z poduszek, kocy i starych krzeseł. Lady Oriana Burke była wśród nich i dzielnie się udzielała. Pokój był jednak przygnębiający, brakowało w nim kolorów oraz książek,. Leżało parę starych i zużytych, wielokrotnie czytanych. -Większość naszych podopiecznych to dzieci, takich co mieszkają tu na stałe. Jednak to miejsce… nie jest dla nich przygotowane. Brakuje zabawek, książek czy ubrań, a dzieci bardzo szybko rosną. Nawet pomimo niedożywienia. - Twarz mężczyzny trochę się rozpogodziła, gdy patrzył na dzieci których przybywało w pokoju zabaw. Zachęcone i ośmielone przez samą małą lady przestały ukrywać się w kątach. Nagle okazało się, że jest ich tutaj całkiem sporo. -Opiekuje się nimi głównie pani Snow. Zaraz po nią pójdę… - Ernest wycofał się zostawiając Corneliusa na chwilę samego. Zerknął w stronę małej lecznicy, w której słyszał poruszenie i zamieszanie, ale nie chciał akuszerce wchodzić w drogę. Pani Snow okazała się kobietą w kwiecie wieku, pogodną i uśmiechniętą, a dzieci do niej lgnęły. Było w niej coś, co jednak wzbudzało podejrzenia.

|Belvina i Elvira

Ranny przyniesiony przez jego kolegów nie kontaktował. Patrzył ale zdawało się, że niczego nie widzi. Przy mocniejszych ruchach jęczał głośno, a jego towarzysze uważnie patrzyli na to co robi nowa uzdrowicielka, której zaklęcia nie wychodziły.
-Co mu jest? - Zapytał zmartwiony kolega widząc, że nic nie pomaga. -Oberwał czymś mocnym? - Na pytania ranny nie odpowiadał otumaniony bólem, nie mogąc się na niczym skupić. -Na nic nie choruje. - Odparł jego towarzysz.
Tommy zaś wskazał na brzuch kiedy zadała mu pytanie, wzrok miał niepewny i wciąż uciekał nim do akuszerki szukając w jej osobie pocieszenia i siły.
-Czemu nic nie działa? - Padło pytanie lekko oskarżycielskim głosem kiedy czar Belviny również nie zadziałał. -Panno Stonewall proszę coś zrobić, kim są te kobiety?! - Towarzysze rannego zaczęli podejrzliwie patrzeć na uzdrowicielki, których czary nie działały. Akuszerka podeszła aby interweniować i uspokoić mężczyzn.
-To uzdrowicielki, które przyjechały pomóc… Proszę. Jack, Billy wyjdźcie. Tylko przeszkadzacie. Jesteście ranni? Opatrzę was…
-Ale Fred…
-Jack… nic mu nie będzie. Jest w dobrych rękach. - Wygoniła głośnych mężczyzn, skierowała innych chorych trochę dalej dając przestrzeń Elvirze i Belvindzie. Wskazała wcześniej gdzie znajdują się leki, eliksiry, maści oraz kadzidła. Nie było ich dużo, ale lepsze to niż nic. Fred stracił nagle przytomność.



May god have mercy on my enemies
'cause I won't

Primrose Burke
Zawód : Badacz artefaktów, twórca talizmanów, B&B
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Problem wyjątków od reguł polega na ustaleniu granicy.
OPCM : 4 +1
UROKI : 1
ALCHEMIA : 28 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 6676d8394b45cf2e9a26ee757b7eaa37
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8864-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8880-listy-do-primrose-burke https://www.morsmordre.net/t8879-primrose-burke https://www.morsmordre.net/f76-durham-durham-castle https://www.morsmordre.net/t9143-skrytka-bankowa-nr-2090#276327 https://www.morsmordre.net/t8894-primrose-e-burke
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]19.01.22 16:51
Pohamował odruch przewrócenia oczami, słysząc tłumaczenia Ernesta. To, co dla innych było dobrym sercem, Corneliusowi wydawało się naiwnością.
-W bezpiecznym Londynie też wolałbym, by każdy mógł się gdzieś wyspać - ale ten przytułek znajduje się na terenach, o które walczą mogolscy terroryści. Jeśli niechcący wpuści pan jakiegoś do ośrodka, to jeszcze was wyrżną, a budynek spalą. - obwieścił uprzejmie. -Na szczęście, pomogę panu to wszystko bezpiecznie zorganizować. - dodał z promiennym uśmiechem. -Proszę mnie zaprowadzić gdzieś, gdzie wszyscy usłyszą - ogłoszę perspektywy pracy w Londynie.
Gdy zmierzali do pokoju zabaw, u boku Corneliusa znów pojawił się dziennikarz.
-Jak to zablokowana? Sprawdzał to pan? - szepnął cicho, by nie wzbudzić podejrzeń Ernesta. Zmarszczył lekko brwi i od razu zaczął rozglądać się uważniej.
Uśmiechnął się promiennie do dzieci i lady Oriany. Gdy Ernest zniknął, by pójść po opiekunkę, Cornelius spojrzał porozumiewawczo do dziennikarza. -Sprawdźmy to. - syknął, sięgając po różdżkę. Na razie ściskał ją w kieszeni, uświadamiając sobie, że lady Burke spędziła w tym pomieszczeniu więcej czasu i była błyskotliwą młodą damą.
-Jak wam idzie zabawa? Poczarowaliście trochę? - zagaił, przystając u młodej damy. Jeśli magia tutaj nie działała, to co z magią dziecięcą? Dzieci było tutaj całkiem sporo, jeśli dobrze się bawiły to magia powinna się uaktywnić chociaż u jednego.
-Też trochę poczaruje. - wyjaśnił z uśmiechem lady Orianie, tak jakby to, co zamierzał zrobić było czymś zupełnie naturalnym. Bo było. Inni ludzie krępowali się czasem czarować, będąc w gościach, ale Corneliusa nie dotyczyły takie trywialne zasady. Wyjście Ernesta było idealną okazją, by posłuchać dziennikarza "Walczącego Maga" i sprawdzić okolicę nieszkodliwym zaklęciem.
-Carpiene. - szepnął, ciekaw, czy jego własna magia zadziała z jakimikolwiek zakłóceniami i czy zaklęcie wykaże jakiekolwiek pułapki. Schował z powrotem różdżkę, słysząc kroki i uśmiechnął się czarująco do pani Snów.
-Miło panią poznać. Widać, że ma pani podejście do dzieci. - skomplementował kobietę, przyglądając się jej uważnie. Gdy zaczęła odpowiadać, zacisnął palce na różdżce trzymanej w kieszeni i spróbował wyczuć jej emocje. Ernest nie powiedział mu o zakłóceniach magii - czy na pewno wszyscy w tym przytułku są prawdomówni?

1. spostrzegawczość, I
2. Carpiene, OPCM 5
3. Wyczuwam emocje pani Snow, zdolność lepili (niewyczuwalna dla otoczenia), +6 talizman


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]19.01.22 16:51
The member 'Cornelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 27

--------------------------------

#2 'k100' : 59

--------------------------------

#3 'k100' : 42
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]20.01.22 17:36
Trudno było zachować skupienie konieczne subtelnym procesom leczenia, gdy z każdej strony napierały na nich bodźce rozemocjonowanych, ciekawskich i skrajnie głupich ludzi. Choć miała niejakie doświadczenie z przyjaciółmi i członkami rodzin pacjentów, w szpitalu zazwyczaj nie było problemu z wygnaniem ich na korytarz - miała od tego pielęgniarki. Przyjmując prywatnie również nigdy nie pozwalała na to, aby ktokolwiek niepotrzebny pozostawał w pomieszczeniu, w którym pracowała.
Niech ich wszystkie cholera weźmie.
- Jeśli ma pan pytania, zada je pan później, potrzebujemy spokoju, pacjenci nie będą w stanie odpocząć w takim harmidrze - powiedziała cicho i z fałszywą słodyczą do czającego się w cieniu dziennikarza, rzucającego im wymowne spojrzenia. Primrose i Cornelius mogli błyszczeć przed kamerami, Elvira nie pisała się jednak na wykład z anatomii; a przynajmniej na pewno nie przed tym, dopóki wszyscy w tym zawszonym przytułku nie zostaną doprowadzeni do poziomu względnej stabilności.
Nagły przypadek, potencjalnie ciężki, kompletnie zajął jej uwagę, tak że nie od razu zauważyła pogłębiającą się niecierpliwość przyjaciół Freda. W końcu ich krzyki i oskarżenia na tyle przebiły się za cienką granicę spokoju Elviry, że odwróciła się w ich kierunku z nazbyt dramatycznym machnięciem jasnych włosów.
- Poczekajcie, proszę, na korytarzu. Robimy co w naszej mocy. - Nie chciała przyznawać na głos, że pomoc Belviny umożliwiła jej przynajmniej częściowe zrzucenie z ramion ciężaru porażki. Fakt, że druga uzdrowicielka również nie była w stanie zasklepić tkanek tego przeklętego żebra wskazywał na to, że jej błąd nie był tylko zwyczajnym błędem. Albo obie miały dziś wyjątkowego pecha albo musiały wziąć pod uwagę zmienne zewnętrzne. Potencjalną klątwę, głębsze uszkodzenie lub, a ta opcja najbardziej rozgrzewała krew w żyłach i budziła śpiące w duszy Elviry pokłady okrucieństwa, ingerencję sabotażysty.
Ktokolwiek mieszał w ich magii, gorzko za to zapłaci.
- Zaklęcie nie wykazało uszkodzenia płuca. Nie doszło do odmy ani do niedodmy, jedynie do nie nazbyt intensywnego krwotoku wewnętrznego. Przerwana tętnica międzyżebrowa, to nic, z czym nie mogłyby poradzić sobie podstawowe zaklęcia - wyliczyła chłodno, równocześnie obserwując bladą, lepką twarz mężczyzny. Tracił przytomność, to zły znak. - Sprawdź jeszcze raz głowę, Bel, proszę cię - powiedziała z uprzejmością skierowaną bardziej do widowni niż do uzdrowicielki; niemniej jednak doceniała jej towarzystwo i pomoc. - A ja spróbuję... - Palce zaciśnięte na różdżce zadrżały jej ostrzegawczo.
Żebro było już ustabilizowane, dopóki nie poruszali mężczyzną, nie istniało ryzyko, że fragmenty pękniętej kości narobią dodatkowych szkód. Złamanie mogło poczekać. Obejrzała się, uważnie przypatrując się wszystkim obecnym w lazarecie, także pacjentom. Szukając mamroczących ust, szeroko otwartych oczu, różdżek, czegokolwiek odbiegającego od normy.

Spostrzegawczość II



everyone wants a strong woman
until she actually stands up
suddenly she is too much
she has forgotten her place
Elvira Multon
Zawód : Anatom, uzdrowiciel, pracownik kostnicy
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 15
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
rotten
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]20.01.22 17:36
The member 'Elvira Multon' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 41
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]21.01.22 13:56
Uśmiechnęła się łagodnie, kiedy Tommy wskazał na brzuch, dotykając konkretnego punktu. Chciała się upewnić, czy na pewno w tym miejscu pojawiał się ból, ale to, co działo się kawałek dalej, okazało się pilniejsze. Znajdując się tuż obok, skupiła się na działaniu. Może dlatego zignorowała podniesione głosy, nauczona doświadczeniem, potrafiła zobojętnieć na rozpraszające bodźce z otoczenia. Nie zerknęła nawet w kierunku Elviry, gdy ta na moment zajęła się uciszaniem towarzyszy, ich dzisiejszego pacjenta. Cień konsternacji przemknął przez jej twarz, kiedy również jej zaklęcie okazało się nieskuteczne, a przynajmniej nie na tyle, na ile liczyła. Każda sytuacja była wyjątkowa, czasami biegłość w magii leczniczej okazywała się niewystarczająca z całej masy powodów, lecz tłumaczyć to pomyłką można było w przypadku jednej osoby parającej się tym typem zaklęć. Tutaj, nie wierzyła w aż taki błąd. Cztery próby tej samej inkantacji, niedające rezultatu. Uniosła spojrzenie na Multon, kiedy ta odpowiedziała na chwilę wcześniej rzucone pytanie. Skinęła głową na znak, że tyle informacji wystarczyło. Nie zamierzała tego podważać, ufając wiedzy i doświadczeniu drugiej uzdrowicielki. Zaraz po tym, przytaknęła prośbie kobiety. Nie sięgała już po żadne zaklęcie, nie szukała takiego, które dałoby odpowiedzi od razu. Magia działała tu dziwnie, zdawała się nie współgrać, więc póki nie znany był powód zaistniałej sytuacji, postanowiła wykorzystać zakres wiedzy nieopierający się na niej bezpośrednio. Najdokładniejsze badanie, jakie mogła zrobić w takich warunkach, przyniosło dodatkową odpowiedź.
- Mały wylew podspojówkowy w lewym oku, ale poza tym wszystko w porządku.- odparła, wyciągając lekko dłoń i przykładając dwa palce do szyi chłopaka. Wiedziała dobrze, gdzie znaleźć tętno, nawet jeśli przeważnie wykorzystywała diagno coro.- Puls odrobinę zwolnił.- dodała zaraz. Nadal jednak nie było to coś, co zagrażało życiu i miałoby zaniepokoić. Spojrzała na blondynkę, kiedy ta powiodła wzrokiem po otoczeniu.- Elvira...- odezwała się ciszej. Co tutaj nie grało? Co im przeszkadzało? Samej zrobiła to samo po krótkiej chwili; rozejrzała się powoli. Skoro od wejścia wiedzieli, że w przytułku mogą znajdować się osoby niepożądane, czyżby właśnie ktoś ingerował w skuteczność obu uzdrowicielek? Ciemne tęczówki ze skupieniem przeskakiwały po sylwetkach, szukały czegoś innego, wypadającego poza schemat zachowań ludzi znajdujących się w pomieszczeniu. Kto był winny tej sytuacji? Ktoś w końcu musiał... przecież nie mogły zawieść obie.

| spostrzegawczość II



Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz. Chodź, pocałuję cię w czoło, w duszę. Pocałuję cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz. Na kiedyś.

Belvina Blythe
Zawód : Uzdrowicielka na urazach pozaklęciowych, prywatny uzdrowiciel
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Nasze miejsce jest tutaj
W nocy
Bez nikogo
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7692-belvina-blythe https://www.morsmordre.net/t7734-senu https://www.morsmordre.net/t7733-belvina https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t8111-skrytka-bankowa-nr-1850#231862 https://www.morsmordre.net/t7735-belvina-blythe
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]21.01.22 13:56
The member 'Belvina Blythe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Przytułek dla ubogich w Coventry [odnośnik]21.01.22 22:41
Dziennikarka bez zawahania przykucnęła, kiedy tylko Oriana ją o to poprosiła, przysłuchując się z delikatnym uśmiechem i wyczekując na sekret, który miał zostać jej powierzony. Jej mimika nie zawahała się, choć jej oczy przez moment zdradziły, że nie była zachwycona z podobnego marnowania jej czasu. Przede wszystkim była przedstawicielką gazety, która żywiła się na sensacji i o ile zachowanie młodej lady było z pewnością godne pochwalenia, nie było w nim wiele z oczekiwanych plotek.
Zaraz jednak czerwone wargi kobiety wykrzywiły się w nieprzyjemnym grymasie, kiedy ujrzała na swoim płaszczu jedną z landrynek. Dostrzegając jednak wyrwanie się do pomocy małej lady, przymrużyła nieco oczy, bacznie ją obserwując.
- Oh, pani Tremblay, proszę się nie przejmować. Dzieci są dziećmi, takie wypadki się zdarzają, nieprawdaż? Jak mówi młoda lady, to żaden problem - powiedziała czarownica, prostując się ze swoich kucek, przywracając bardziej przyjemny uśmiech na swoje wargi i jednym ruchem różdżki pozbywając się jakiegokolwiek śladu ze swojego płaszcza po lepkim łakociu.
Nie ruszyła jednak za młodą lady Burke, nie spuszczając z niej jednak spojrzenia. Jednak znów zaoferowała jej dłoń do poprowadzenia, kiedy tylko znalazła się nieopodal.
- Z pewnością lady Primrose jest dumna z panienki - pochwaliła ją na głos kobieta, zaraz wchodząc do pomieszczenia.

- Nie, nie... Coś... coś jest w powietrzu, nie czuje pan? Uzdrowicielki też jakby sobie nie radziły z magią, a nawet nie biorę pod uwagę, że mógłby tutaj panu ktoś niekompetentny towarzyszyć - zaczął się tłumaczyć dziennikarz, zaraz znów jednak kichając kilkukrotnie, jakby jego katar się znacznie nasilił.
Zaczął jednak grzecznie dreptać po pomieszczeniu jakby chcąc w ten sposób coś znaleźć. Stanowczo wyglądał jednak na zagubionego.

Nie były jednak zagubione Belvina i Elvira, które dostrzegły kilka symboli rozrysowanych na framudze czy ścianie, ale również i ruchome płytki w niektórych miejscach podłogi, pod którymi również były wyrysowane za pomocą magicznych nici symbole, których jednak uzdrowicielki nie były w pełni zrozumieć. Mogły być za to pewne, że nałożył je tutaj dość zdolny czarodziej - i mogły być one przyczyną zakłóceń magii.
Belvina dostrzegła, że symbole łączą się ze sobą nicią magii, tworząc swoistego rodzaju pole na całym ośrodku i wzmacniając się wzajemnie.

Kiedy Cornelius znalazł się w pokoju dziecięcym, dziennikarka Czarownicy wręcz natychmiastowo zjawiła się przy nim.
- Oh, lubi się pan zajmować dziećmi panie Corneliusie? - zapytała słodkim głosem, tym bardziej że skupiła się wyraźnie na zaklęciu, które zaczął rzucać. Wydawało się, że pan Sallow dobrze opanował podstawy białej magii, kiedy zaklęcie zaczęło działać - lecz były to tylko pozory. Strumień magii, który miał wykryć wszelkiego rodzaju pułapki nawet nie opuścił pokoju, rozpraszając się w powietrzu. Pani Snow wydała się być zaskoczona podobnym zajściem, a Dorothea zaraz coś zanotowała.
- Panie Corneliusie, potrzebuje pan pomocy? - zapytała znów słodkim głosem pani Pinkstone, dość ostentacyjnie unosząc różdżkę, jakby była gotowa rzucić zaklęcie za mężczyznę.
Cornelius mimo prób, nie potrafił wskazać niczego nietypowego w pomieszczeniu, choć może było to powiązane ze wszędobylskimi i rozbieganymi dziećmi, które wyraźnie pozytywnie zareagowały błysk białej magii - nie do końca świadome, że zaklęcie się nie powiodło.
Pani Snow wydawała się być bardzo spokojna i uśmiechnięta, a kiedy tylko Cornelius się do niej zwrócił, ta przeniosła na niego swoje ciepłe spojrzenie.
- Oh, panie, panie! Dzieci to skarby nasze małe, nieco miłości a rosną niebywale! - odpowiedziała ciepłym, choć nieco zachrypniętym głosem. Dwie dziewczynki dość szybko dotarły do kobiety zainteresowane, przytulając się zaraz do jej spódnicy. Cornelius jednak nie był w stanie rozpoznać od niej znaków zaniepokojenia czy nerwów - bardziej mógł poczuć sam frustracje, że jego magia wyraźnie była zakłócana w tym miejscu. Chociaż doświadczony legilimenta wiedział, że coś było nie w porządku w całym schronisku - nie był jedynie do końca w stanie wskazać tej rzeczy palcem.

Symbole dostrzeżone przez Belvinę i Elvirę.
Symbole:

W razie pytań, zapraszam!
Thomas Doe
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Przytułek dla ubogich w Coventry - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 2 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Przytułek dla ubogich w Coventry
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach