Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Łazienka na piętrze
AutorWiadomość
Łazienka na piętrze [odnośnik]11.08.21 16:37

Łazienka na piętrze

Wcześniej przeznaczona dla pani domu aktualnie udostępniona do użytku dam zamieszkujących Theach Fáel łazienka urządzona jest z delikatnością i subtelnością. Kobiece akcenty z łatwością przebijają się na pierwszy plan, lecz nie tłamszą uroku samego pomieszczenia. W centrum znajduje się stara wanna, przy której zawsze płonie zaczarowana świeca, a tuż obok niewiędnące kwiaty stojące między damskimi kosmetykami.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]29.08.21 1:00
10 I

Tego wieczora Upper Cottage pogrążyło się w chaosie. Płacz przebijał się przez ściany, tworząc arię dziecięcego niezadowolenia. Trzech chłopców stanęło w konkury z nadąsaną siedmiolatką, a wtórował im Śpioszek - całkiem nowy mieszkaniec rodzinnego domu Vane’ów. Maleńkie dłonie Cassiana, doszukując się ujścia emocji boleśnie wyrywały włosy z pęt starannie uwitego warkocza. Dzieci były cudowne. Rozczulały. Budziły głęboko zakopane instynkty. Były przyszłością, tym co dyktowało teraźniejszość ich rodziców. Budowali wokół nich świat. Poświęcali im wszystko co tylko leżało w granicach ich mocy. Kochali tak mocno, że aż w piersiach gotował się ból.
Dzieci naciągały struny cierpliwości. Nie wiedział o tym ten, kto nie musiał opanować obłędu jakie niosły za sobą noce takie jak ta. Mięśnie drżały pod ciężarem maleńkiego ciałka, wykonując wciąż ten sam niemalże bolesny ruch. Kołysząc czule, bezsilnie doszukując się powodu płaczu. Miotając się między przerażeniem, że być może to nie były tylko kaprysy, a świadomością, że czasami to był po prostu płacz. Nie pomagały ulubione zabawy, wypróbowany rytm ruchów, który zwykle uspokajał. Drobne dziecięce paluszki pozostawiały jedynie zaróżowione ślady na skórze uzdrowicielki. Ślad emocji, których nie potrafili jeszcze wyrażać. Melanie chociaż o dobrych kilka lat starsza, wcale nie zachowywała się dojrzalej. Ich niepokój udzielał się jej, a może to pełnia uwagi poświęcona chłopcom irytowała tak bardzo? Że spokój ich dzisiejszej lekcji pisania przerwali jej chłopcy. Wszakże to był jej czas. Ten, kiedy matczyne dłonie wskazywały ścieżki liter, brzmienie wyrysowanych słów. Cierpliwie pouczały, ukazywały świat dotąd jej niedostępny. Dziś jednak pełnia uwagi poświęcona Rose była synom Jaydena, a ich roznoszący się po domu wisk poruszał nawet opanowanie młodej panienki Skamander, która niecierpliwie z książką w dłoni narzekała, że nie może się uczyć. Balansując między współczuciem dla trójki chłopców, niecierpliwością i niezadowoleniem, że nie może się przez to wszystko uczyć. Śpioszek zaś nie pozostawał jej dłużny. Nie w smak mu było słuchać się poleceń uzdrowicielki, wszakże jedyną osobą, którą darzył sympatią był pan domu. Szeptał pod nosem na tyle głośno, aby jego słowa były usłyszane.
Jej czaszka zdawała się pękać pod natłokiem emocji. Gorąc pulsował pod skórą, wprost do mózgu, rozgrzewając policzki. Melodia Dreamm Angus rozbrzmiewała zmęczonym głosem, próbująć naśladować ten jej własnej matki. Ten przebił się przez płacz, aż w końcu jedynie on unosił się wśród czterech ścian pokoju. Mel dała za wygraną, zasypiając na fotelu. Jej ciężar dziś wydawał się być o stokroć większy. Kręgosłup boleśnie dopominał się odpoczynku, gdy wnosiła ją po schodach, niepewnie przestępując kolejne stopnie.
W końcu zapanowała cisza. Tak bardzo ulotna. Oparła czoło o te córki. Szepcząc słowa przeznaczone tylko dla niej. Mogłaby tak zasnąć.
Obłęd tego wieczora osadził się na teksturze jej skóry. I coś jeszcze. To czego nie potrafiła z siebie zmyć. Ślady krwi widoczne tylko dla niej. Nie potrafiła jej z siebie pozbyć. Nawet jeśli zdzierałaby skórę płatami wciąż czuła na powierzchni dłoni jej obecność. Zabarwiła jej skórę jak materiał, z którego ciężko było ją wyprać. Czuła na sobie swąd śmierci. Przecierała skórę mydłem, szorowała włosy, spłukiwała z siebie każdy kolejny dzień. Ten zapach był wciąż jednak obecny. Metaliczny, osadzający się na nozdrzach i języku,. Teraz pragnęła się go pozbyć. Chociaż na chwilę, stłumić go zapachem pachnącego czystością mydła i ziołowego szamponu. Na kilka chwil zanurzyć się w ciepłej wodzie, rozgrzać przechłodzone mięśnie. Czuła mróz nawet w kościach. Dom był ciepły, ale mimo to wciąż czuła zimno. Wiecznie obleczona paltem i grubym swetrem wciąż drżała. Wiedziała, że to zmęczenie daje jej się w znaki.
Jakże wielki był jej zawód, gdy w łazience zastała Jaydena. Wciąż w tym samym miejscu. Wciąż majstrujący w tym samym miejscu co poprzednio. Chciała zmusić się do uśmiechu, chociaż nawet ten nie przychodził im ostatnio zbyt często. Teraz jednak nie chciała okazać swojego niezadowolenia. Zamiast tego z bolesnym hukiem opadła na podłogę tuż obok Jaydena . - Co się dzieje? - zapytała, pochylając głowę nad tym co wydawało jej się źródłem problemu. - Mogę ci jakoś pomóc? - zerknęła na niego, starając się ukryć oznaki zmęczenia. - Kiedyś miałam podobny problem. Okazało się, że rura po prostu się zapchała, trzeba było wyciągnąć to - wskazała palcem na kolanko łączące dwie rury.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]29.08.21 12:07
Roselyn & Jayden

10 stycznie 1958

« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Czy było to przesilenie tego, co działo się od początku roku? Czy w końcu napięcie, jakie zebrało się pod dachem domu rodziny Vane, wybuchło wraz z pękniętą nicią cierpliwości? I to nie tylko wśród dorosłych. Nie tylko wśród czarodziejów. Wszystkie stworzenia sprzeniewierzyły się przeciwko sobie, nie zamierzając w żaden sposób pomagać w uśmierzeniu stopnia irytacji. Alannah jęczała jak nigdy i fakt, że była duchem, nie pozwalał jej przegonić czy fizycznie gdzieś zamknąć; Orion nie pojawiał się zbyt często, lecz gdy już przylatywał, natura lelka wróżebnika przebijała się na pierwszy plan i jego śpiew nie ułatwiał czułości wobec niego; Steve wydziobywał zawartość worków z ziarnem — chociaż nigdy wcześniej tego nie robił — robiąc przy tym okropny bałagan w kuchni, a Śpioszek... Cóż. Po jednej ze sprzeczek z Sheltą profesor musiał upomnieć skrzata, że nie było żadnych nieproszonych gości i że każdy starał się jak mógł dbać o porządek. Do tego jeszcze wszyscy byli podenerwowani i poirytowani sprawą sprzed kilku dni, gdy Jayden odchodził od zmysłów nad sprawą rodzeństwa Doe i Marceliusa, by następnie pojawić się z dwójką młodych czarodziejów, którzy nie dość, że wyglądali tragicznie, to jeszcze zaserwowali profesorowi iście emocjonalną mieszankę. Po której wciąż nie był w stanie się otrząsnąć. Na dokładkę do tego wszystkiego jego synowie, jego małe szkraby postanowiły rozpętać piekło. Cass, Sam i Arden... Nie wiedział, co się działo, że od rana płakali i nie byli w stanie się uspokoić. Ale czy dzieci nie przejmowały emocji, jakie targały rodzicami i nie wyczuwały złego? Vane na pewno w ostatnim czasie nie był ostoją spokoju oraz czułości, nie mając nawet chwili, żeby na spokojnie usiąść i pobyć ze swoimi synami. Na spędzenie z nimi chociażby godziny bez martwienia się światem zewnętrznym. Wcześniej oczywiście, że posiadał problemy, ale nic nie dotykało go ani nie zajmowało tak silnie jak bomba, która wybuchła po nowym roku. Te zdarzenia nachodziły jedno za drugim w takim tempie, że nie był w stanie się w nich zorientować. Kontrole w szkole, wydalenie uczniów, Maeve, Kai, sympozjum astronomiczne, Sheila i jej bracia w Tower... Jak mógł się w ogóle zregenerować, skoro to wszystko znajdowało się w ramach zaledwie dziesięciu dni? Za dużo... Dużo za dużo. A jeszcze aktualna dobra wydawała się nie mieć końca, gdy od rana towarzyszyły wszystkim płacz i lament. Jayden robił, co tylko mógł, ale nie był w stanie nawet zabrać chłopców na dwór, gdy panowała tak przeraźliwie niska temperatura, a ich drobne ciałka wyginały się z niesamowitą siłą, nie pozwalając się ubrać. Kochał całą trójkę nad życie, ale nawet on był na skraju cierpliwości. Na pewno wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie był poruszony wcześniejszymi sytuacjami. Bycie odpowiedzialnym za los innych potrafił męczyć, a astronom brał na siebie za dużo i musiał liczyć się z konsekwencjami.
Wiadomość od Roselyn o zatkanym zlewie przyjął z rezygnacją, ale też pewną bolesną dla siebie myślą, że może miało być to łatwiejsze niż próba uspokojenia chłopców. Przekazał więc opiekę przyjaciółce i zanim wyszedł z pokoju dziecięcego, pogładził delikatnie główkę wyraźnie rozeźlonej też Melanie. Spytał nawet, czy nie chciała mu przypadkiem pomóc, ale mała Wright wskazała książkę, z której się uczyła i tak też Vane wylądował plecami na ziemi damskiej łazienki z głową wepchniętą pod umywalkę. Otoczony mokrymi już szmatami, czuł, jak jego koszula przesiąknęła dawno wodą, która uleciała w nieporadnej próbie naprawy, chociaż tak naprawdę robił to tak długo, że nie wiedział, czy miał na sobie jakikolwiek suchy kawałek materiału. Różdżka w pewnym momencie wylądowała między zębami czarodzieja, który z zakasanymi rękawami próbował coś zdziałać po prostu manualnie. Tak bardzo skupił się na swoim zadaniu, że nawet nie usłyszał, że ktoś nowy pojawił się w łazience. - Jasna! - warknął, gdy przestraszył się nagłej obecności Roselyn. Głowa poderwała mu się, uderzając boleśnie w dno zlewu, a tym samym również i zagryzienie mocniej różdżki, wywołało snop zaklęcia. Rozsadziło ono jedną z cieńszych rur, a woda trysnęła prosto w twarz astronoma, utrudniając mu złapanie oddechu. Jayden krzyknął coś niezrozumiale, próbując ratować się przed potokiem, ale jakimś cudem wymacał jedną ze szmat i wepchnął ją w rurę, na jakiś czas powstrzymując ciśnienie wody. Gdy wygramolił się spod umywalki, próbując złapać oddech — i jedynie wyklinając pod nosem — i podniósł się, biorąc jeden z suchych ręczników, żeby otrzeć całą mokrą twarz i włosy. Teraz to i tak nie miało znaczenia, bo był mokry od stóp do głów. Świetnie... Na słowa Wright łypnął na nią niezadowolony, ale odpowiedział dopiero po chwili. - Nie wiem, co się dzieje - odparł nieco nabzdyczony, jednak nie było to spowodowane pojawieniem się czarownicy. A przynajmniej nie do końca... Wysłała go tam już jakiś czas temu, on zawodził, a teraz jeszcze była świadkiem jego porażki. Jayden nie chciał się przyznać, że jakaś część jego męskiej dumy właśnie ulegała załamaniu. - Żadne zaklęcie nie działa. Reparo rzucałem chyba ze sto razy. - Był wyraźnie zmęczony, ale jeszcze bardziej niż zmęczony był rozeźlony i to go napędzało do dalszego działania. Nie miała go przecież pokonać jakaś głupia umywalka! - No, też tak sądziłem, ale te rury nie chcą się ruszyć! - Wpatrywał się wściekle w część, którą wskazywała Roselyn, po czym przeniósł spojrzenie na kobietę, nieco łagodząc rysy. - Jak chłopcy?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]01.09.21 22:16

Bezpieczne ściany domostw nie chroniły tak bardzo jak kiedyś. Nie przed przerażająco gwałtownym powiewem wschodniego wiatru. Niepokój wkradał się przez szczeliny. Swąd wojny wyczuwalny był nawet tutaj. Przynosili go ze sobą na płaszczach, roznosił się po pomieszczeniach, tłoczył się w rozgrzanych domowym ogniskiem kątach. Zapychał pory, wślizgiwał się do umysłów. Niósł się za nimi gdziekolwiek by się nie pojawili. Chciała móc wrócić tutaj, być z Melanie, dokładnie tak jak kiedyś. Ale to było niemożliwe, prawda? Zamęt w umyśle matki krył się w cieniu spojrzenia jej ciemnych oczu. W nerwowej czujności podsycanej każdym niespodziewanym dźwiękiem. W godzinach samotności, gdy umykała przed uwagą domowników i na podwórzu wraz z Maeve ćwiczyła zaklęcia obronne, gdy jaskółka wirowała wśród jej sylwetki rozpraszając ciemność. Już nie miała być taką jaka była kiedyś. Chwasty zdusiły to co pielęgnowała przez lat. Przyszła świadomość ludzkiego okrucieństwa i tego jak mało jest w stanie zrobić w jego obliczu. Jedynie posprzątać po to tym co już się stało. Złożyć do kupy pogruchotane kości, załatać skórę, oczyścić ją z sinożółtych plam. Dłonie nie gotowały się do walki. Zbyt nieumiejętne w obliczu w przemocy, nienawykłe do ofensywy i odpierania ataków. Złość gotowała się pod skórą, ale nie miała prawa znaleźć ujścia, bo jej rzeczywistość składała się na pełnienie roli, w której nikt inny nie mógł jej zastąpić. Nie potrafiła jednak stać obojętnie. Nie potrafiła nie zakasać rękawów, nie ruszyć w swój własny bój, wiedząc że posiada umiejętności, dzięki którym była w stanie ratować ludzkie życie. Wojenny świat jednak nie pozostawiał złudzeń - to było zbyt mało by uczynić różnice. Ileż razy zostawiała za sobą budynek lecznicy, świadoma że chociaż dała z siebie wszystko co mogła, to wciąż było niewystarczająco. Umysł uginał się pod jarzmem obrazów, które przecież jak dotąd były jej znane. Wiedziała już jak wiele krzywd człowiek potrafił uczynić drugiemu człowiekowi - na oddziale urazów pozaklęciowych każdego dnia spotykała się z tym widokiem. Tym razem było jednak inaczej. Zbyt wiele wygłodzonych, schorowanych z biedy spojrzeń wpatrywało się w nią każdego dnia. Zbyt wiele krwi splamiło jasny fartuch. Nieśli za sobą ból, a Rose nie potrafiła bronić się przed współodczuwaniem go. Ten sięgał nawet Upper Cottage gdy kilka dni temu pojawiło się tu dwóch chłopców, których dotknęła ręka nowej sprawiedliwości.
Chłonęli to każdego dnia. On. Ona. Na dwa różne sposoby. Oddając innym zupełnie inne części siebie, a wokół nich rozgrywała się najzwyklejsza codzienność dwójki ludzi, którzy mieli do stracenia cały świat.
Mieli dzieci, obowiązek nie tylko zapewnienia im opieki, ale również wychowania ich w świecie, którego Rose wciąż nie chciała zaakceptować. Chociaż przecież widziała go każdego dnia, widziała konsekwencje ludzkich wyborów, widziała jak daleko potrafią się posunąć, jak bardzo przekroczyć granice człowieczeństwa. Czasami przerażało ją to jak bardzo odbije się to na niej, na Mel. Serce zaciskało się w bolesnym skurczu ilekroć z łagodnością godną dorosłego człowieka otaczała opieką ranne zwierzę, jak bardzo smucił ją los wypchniętego z gniazda ptaka. Napawało dumą, owszem, ale i przerażało to jak ciężko było być miękkim w twardych realiach, które piętnowały bycie życzliwym, dobrym, wrażliwym. Ciężko było myśleć o tym, że kiedyś będzie nosić w sobie dobro, które zostanie zdeprawowane. Nie mogła jednak wychować jej inaczej. Nie wiedziała nawet czy istnieje złoty środek między wychowaniem ją na dobrego człowieka, a na kogoś kto nie będzie za to cierpiał. Przerażała ją przyszłość, która czekała jej córkę. Ją i synów Jaydena, bo przecież i ich los nie był jej obojętny. Jeszcze niewinni, napiętnowani wydarzeniami, na które nie mieli żadnego wpływu.
Powinna się czuć przytłoczona. Właśnie taka była. Zbyt wiele myśli kotłowało się w głowie, zbyt wielki ciężar przygniatał barki. Czuła się jednak silniejsza niż do tej pory - zahartowana, wytrzymalsza. Nie była gotowa na zło, które mogło się im przydarzyć. Wiedziała, że należy przeć do przodu mimo wszystko. Nie mogła być wątłą gałązką, podatną na złamanie. Musiała być silna. I miała zamiar taką być. Taka była. Być może rozbita i wyniszczona. Czerpała z tego moc. Czerpała z tego motywację. Nie mogła się zatrzymywać. Umysł wypełniała obowiązkami, pracą i oddaniem. Tak wiele miała jeszcze do zrobienia, a czas był kapryśnym stworzeniem. Chociaż czasami pragnęła być po prostu wolna.
Mimo wszystko jej dni wypełnione były odczuwalna samotnością. Chociaż ciężko było o nią w czterech ścianach Upper Cottage, gdy pojawiali się w niej coraz to nowi domownicy, gdy pokoje wypełniały się ich głosami, gdy zawsze znalazł się ktoś z kim można było zamenić chociaż kilka słów. Tak naprawdę jednak milczeli. Ona i Jayden. Rozmawiali o tym o czym należało porozmawiać, wymieniali się uprzejmościami. Funkcjonowali tutaj razem i być może ktoś zewnątrz nie był nawet w stanie stwierdzić tego co stało się faktem. Wyrósł między nimi mur, gdzieś zatracili dawny komfort wzajemnej interakcji. Wciąż był dla niej tym kim był kiedyś. Tego nie dało się z siebie wyprać. Pozbyć wspomnień i uczuć jakie od zawsze wiązały się z figurą astronoma. Był jednak już inny. I zupełnie inna była ona. Tych nowych części siebie nie mogli już poznać. Już nie wiedziała czy byłby w stanie zrozumieć . Z całą brzydotą, w którą ubrała ją wojna.
Nie walczyli już o siebie. Zastygli w bierności. Każde nosząc na barkach swój własny świat, który łączył się jednak więzami wspomnień i emocji, których nie dało się porzucić. Nie chciała o nim zapominać, ani odrzucać od siebie tego wszystkiego czym kiedyś dla siebie byli. Być może dlatego milczenie zdawało się być tak bardzo bolesne. Obserwowanie się każdego kolejnego dnia jak zza grubej, niezniszczalnej szyby.
Drgnęła niepewnie, gdy snob niestabilnego zaklęcia rozbił rurę, wywołał potok wody rozlewającej się kałużą w łazience. Odszukała ręcznik, który od razu mu podała. Uśmiech na chwilę rozciągnął blade wargi. Rozbawiony - jeden z tych, które z rzadka pojawiały się na jej ustach. Wilgoć osadziła się na jego policzkach i kępach opadających na twarz włosów. Niezadowolenie malujące się na twarzy mężczyzny, niemalże przypominało te dobrze znane zacięcie chłopca, który usilnie starał się rozłożyć na czynniki pierwsze astronomiczny wzór. To była jednak tylko nielogiczny dla nich system doprowadzający wodę ze studni. - Może tak długo były niewymieniane, że się... zapiekły - zmarszczyła lekko nos, niepewnie używając tego pojęcia. - To stary dom, instalacja jest z pewnością sporo młodsza, ale i tak - wzruszyła ramionami - Próbowałeś je przedmuchać? Jeśli wszystko jest w porządku w syfonie powinny pojawić się bąbelki wody i no cóż.. brud - zaproponowała, całkiem nieświadoma tego, że być może niepotrzebnie angażowała się w odwieczny konflikt mężczyzna versus kanalizacja, ale zbyt bardzo przywykła do tego że za pewne rzeczy odpowiedzialna była sama i nie miała pod ręką żadnego przedstawiciela płci rzekomo brzydszej by mógł odbyć tą walkę za nią.
- Ząbkowanie to jeden z gorszych okresów rodzicielstwa - odpowiedziała mu, wzruszając ramionami. - Póki co udało im się ich uśpać. I nadąsaną damę również. Ale nie sądzę, aby to mogło potrwać dłużej niż kilka godzin - dodała, przecierając zmęczone oczy. - Jutro musisz być w Hogwarcie? - zapytała. Nie tylko ją czekał kolejny ciężki dzień. Zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie jest tak samo zmęczony jak i ona.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]02.09.21 22:36
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Nie musieli rozmawiać, by wyczuć, że spokój przestał być częścią ich domu. I nie chodziło jedynie o wojenny stan, bo przecież kiedyś już to przechodzili. Radzili sobie w czasie zagrożenia wówczas jeszcze jako dzieci ukryte w murach hogwarckiej szkoły. Wspierali się, gdy dochodziły srogie wieści głoszące o kolejnych stratach i niebezpieczeństwie, a płacz czytających listy rówieśników nie pozwalał zasnąć. To wtedy też Jayden wymyślił grę polegającą na odtwarzaniu dróg gwiezdnych konstelacji i dopisywaniu do nich historii. Czy prawdziwych, czy nie — nie miało to znaczenia. Najważniejsze, że mogli czymś się zająć, odegnać myśli, gdy latały nad ich głowami migoczące smoki, płynęły powietrzne statki na pełnych żaglarz, dzielni bohaterowie walczyli ze złem i żadne niebezpieczeństwo nie było im straszne. Gdy wzajemnie inspirowali się do ciągnięcia kolejnych opowieści. Teraz wydawało się to trywialne, dziecinne i nielogiczne, lecz wówczas pomagało. Dwunastoletniemu chłopcu i młodszej o rok dziewczynce. Gdy siedzieli obok siebie na placu zegarowym, nierzadko trzymając się za splecione dłonie, zupełnie jakby tym samym przekazywali wszystko, co pozostawało niewypowiedziane. Dla wielu było to intymne, dla nich normalne i wyzbyte wstydu. Proste i takie, jakie być powinno. Nieskrępowane. Bo przecież właśnie tego chcieli i tego potrzebowali — obecności drugiej osoby, która jak nikt inny, mogła zrozumieć, rozbawić lub powiedzieć coś, co nie było osądzane. Poddawane ocenie. A przecież ich srogo patrzące społeczeństwo uwielbiało poddawać sądom najmniejszy szczegół życia — w tym również relacje między młodymi uczniami. Wówczas Jayden nie zwracał na to uwagi, lecz wracając wspomnieniami do dni spędzonych w murach Hogwartu jako uczeń — i później w dorosłym życiu — dostrzegał jak wielki ostracyzm i niechęć wzbudzali. Zazdrosny Anthony nie był niczym niewyobrażalnie niedorzecznym, mimo że w oczach profesora wciąż pozostawał śmieszny. To spojrzenia, komentarze, niektóre nawet uwagi nauczycieli. Paniczu Vane, nie powinien panicz zajmować się nauką do egzaminów? Rozpraszanie się nie jest wskazane. Wtedy nie wiązał tych słów z sylwetką Roselyn, która była przy nim zawsze. Jakżeby więc mogło jej zabraknąć? W końcu i wówczas, gdy opuścił szkołę i zaczął staż w Wieży Astronomicznej, robił wszystko, by wybierać się z jej pracownikami, którzy dość regularnie byli gośćmi dyrektora. Z wielką chęcią odnajdywał wtedy znajomą sylwetkę między znajomymi korytarzami, rozpoznając ją już z daleka. Często wiedziała o tych rzadkich wizytach, jednak raz nie wiedziała nic. I wymknęła się na plac zegarowy, by znów siedzieć tam z nim ramię w ramię, opowiadając o dalszych przygodach sir Dagoneta oraz jego armii smoczych jeźdźców. I chociaż on miał osiemnaście lat, ona siedemnaście to wcale nie wydawało się głupie. Z zapartym tchem obmyślali kolejne wydarzenia, zupełnie jakby nic i nigdy nie miało się później wydarzyć. Zupełnie jakby wszystko zamykało się w dziecięcej opowieści...
A później... Później właśnie się działo. Nie mógł powiedzieć, że czas, jaki ostatnio współdzielili, był prosty. Kiedyś tak łatwo było być dzieckiem. Kłopotać się egzaminami, a później stażem, który miał wprowadzić w dorosłość. Nie musieli myśleć, co działo się z nimi. W końcu byli dla siebie trwałym elementem życia. Niezłomnym i nie do zniszczenia. Przeżyli tak wiele i nic nie powinno było być w stanie ich rozdzielić. Do niedawna być może i myślałby w ten sposób, lecz pozmieniało się za dużo, aby Vane mógł trwać przy swoim przekonaniu. I nie wiązało się z tym, że przestał odczuwać to wszystko wobec Roselyn. Że przestała być dla niego ważna. Że przestała być jego przyjaciółką. Po prostu... Po prostu stała się obca. Mimo że wiedział, jaki kolor lubiła najbardziej, co wymarzyła sobie na piętnaste urodziny i który Gryfon wydawał się być dla niej najważniejszy. To nie były rzeczy, jakich można było się wyuczyć, by zdać egzamin z wiedzy o drugim człowieku — bo to nie tylko odpowiednie słowa kryły się za każdą z tych rzeczy. Były tam również emocje, które nie tylko zasłyszał, ale był tam. Współodczuwał. Dlaczego teraz to było takie trudne? Porozumieć się? Wrócić na stary tor i po prostu... Być.
- Ale że jak przedmuchać? - spytał, patrząc na nią ze zdziwieniem wypisanym na twarzy, odbierając od niej wyciągnięty w jego stronę ręcznik. Ich palce zetknęły się na chwilę i chociaż kiedyś to było normalne, teraz wydawało się... Niepewne. Dziwne. Zupełnie jak wtedy, gdy kipiał od emocji, tęskniąc do kobiecego dotyku i to ona wyszła mu naprzeciw. A przecież nie chciał... Zabrał więc dłoń wraz z materiałem, zajmując się szybkim osuszaniem włosów i odciągając przemyślenia na powrót do umywalki. - Próbowałem jakoś przepchać od góry, ale Merlin jeden wie, co zamieszkało w tych rurach... A Alannah stwierdziła, że nie pomoże i nie zamierza sprawdzać - odparł, potrząsając kilkukrotnie energiczniej głową, po czym otarł wierzchem dłoni mokre czoło. Nie trwało długo, gdy po chwili od zakończenia swoich słów, drobne rozbawienie umknęło z dolnych partii jego gardła. Nic dziwnego, że duch półwili nie zamierzał zanurzać się do starej rury. Nawet na prośbę własnego potomka — co jak co, ale miłość rodzinna miała ograniczenia.
Jutro musisz być w Hogwarcie?
- Muszę być jeszcze dzisiaj - mruknął jedynie w odpowiedzi, uśmiechając się krzywo. Do północy zostało jeszcze kilka godzin, lecz na tym polegały zajęcia astronomii — jako jedyne miały miejsce w późnych godzinach nocnych, gdy cała reszta zamku smacznie spała. - Nie przejmuj się. Ogarnę to przed wyjściem - obiecał, bo mimo że sam nie był pewny, co do swoich możliwości, nie zamierzał zostawiać jej z tym problemem. Nawet jeżeli oznaczało to jego własną kapitulację i koniec końców również wezwanie Śpioszka... Na ten moment jednak Jayden pozostawał nieugięty, widząc, że przecież musiał, chciał być potrzebny również w sprawach najmniejszych. W obowiązkach domowych. Nie zamierzał być zbędny, niepotrzebny czy — nie daj Roweno — zawadzający w momentach takich, jak ten. Oczywiście, był profesorem w prestiżowej szkole, lecz co mu po tym, skoro nie potrafił zająć się własnym domem? - Evanesco - mruknął jakoś dziwnie zły, celując w wodę, która zebrała się pod umywalką i która kroplami sączyła się z niego samego. Na nowo wrócił też do zlewu, ale tym razem po prostu usiadł przed nią i próbował ruszyć całą konstrukcję z innego kąta. - A ty? Pewnie masz dużo roboty jutro w lecznicy? Dzięki, że zajęłaś się chłopcami. Wszyscy mają już jakoś dość. - Ostatnie słowa praktycznie stęknął, napierając dłońmi na zawór i próbując go przekręcić, ale kolejna próba zeszła na niczym. Odetchnął ciężko, jakby ze zrezygnowaniem, jednak nie zamierzał odpuszczać. - Wrócę przed południem. Mogę zabrać Melanie od ciebie i zajmę się nią na resztę dnia - zaproponował, mówiąc dalej i nie bardzo wiedząc, czego miał oczekiwać. Wspominał o tym wielokrotnie, ale najczęściej spotykał się ze słowami odmowy. Nie, dziękuję. Nie ma potrzeby. Melanie dobrze się czuje w lecznicy. lub jego ulubione Nie kłopocz się. Kiedy on chciał się kłopotać! Chciał się nią zajmować. Chciał... - Spędzam z nią ostatnio za mało czasu - dodał jeszcze szybko, jakby chcąc jakoś zmiękczyć przyjaciółkę, zanim miała mu odmówić.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]05.09.21 21:53
Nie mogli już uciekać.
Dorastali w niespokojnych czasach. Tak właściwie to nigdy nie dane było im zasmakować tego czym był prawdziwy pokój. Konflikty od dawien dawna naruszały spokój mieszkańców Wysp Wydarzenia rozgrywające się wokół nich w mniejszy czy też w większy sposób odbijały się na ich życiach. Wkradały się do świadomości, definiowały rodzące się w umysłach koncepty. Już znali strach niosący się wraz ogłuszającym rykiem mugolskich bombardowców, obaw jakie wzbudzały w ich rodzicach wieści o czarodziejskiej wojnie, która co prawda jeszcze nie dotarła do Zjednoczonych Królestw, ale pozostawiała po sobie niesmak obietnicy rychłego wkroczenia na ich ziemie. Znali smak wielkiej niewiadomej, którą niosła za sobą przegrana profesora Dumbledore’a, wzburzenia rodzącego się w sercach na myśl o tym co przyniesie przyszłość. Zmiany rządów, zmiany polityki, ciągły niepokój roznoszący się wśród Brytyjczyków nie był im wcale obcy.
Wtedy jednak mieli prawo by uciekać. Byli tylko dziećmi. Świat wojennych okrucieństw, mroku jakie niosły ze sobą konflikty czarodziejów i mugoli był im jeszcze obcy. Nasłuchiwali tego co przynosiły im wieści ze świata. Nie rozumieli. Nie tak jak rozumieli to ich rodzice. Ciężko było to pojąć nawet teraz. Wtedy jednak wszystko zdawało się o stokroć prostsze. W ich opowieściach rozbrzmiewała bajkowa prawda. Dobro zawsze zwyciężało nad złem. Dobro było nagradzane, a kara czekała na niegodziwców. Ich bohaterowie dzięki rycerskości, odwadze dominowali nikczemność. Uciekali w fantazje. Malowali prosty, nieskomplikowany obraz świata. Takiego jakim chcieliby był. Jak tylko ich dziecięce serca potrafiły w to wierzyć. Życie ich bohaterów, nigdy jednak nie było łatwe. Nim sięgali upragnionej wiktorii, musieli przetrwać. To czyniło ten świat tak bardzo fascynującym. Niegodziwy, zachłanny smok w końcu uginał się pod jarzmem własnych nikczemności, ale za nim to na stało ich bohaterzy musieli przejść długą drogę. Wykazać się. Cnotą, odwagą, współczuciem, intelektem. Ich świat dominowała myśl, że jeśli tylko ich protagonista wykaże się tymi wszystkimi cechami, jeśli tylko będzie, wyniesie się ponad ramy własnych ograniczeń… Jeśli tylko. Łatwiej było zaakceptować taki świat. Wierzyć, że ma odwzorowanie w tym, który otaczał ich wokół. Że ci, którzy przynoszą strach w końcu ugną się pod miarą własnych złych uczynków, że w końcu nadejdzie szczęśliwe zakończenie.
Wracała do tych wspomnień, czując ciepło jakie budziły w sercu. Gdy wszystko zdawało się być na wyciągnięcie ręki, gdy mimo chaosu potrafili odnaleźć w swoim świecie porządek, gdy oni sami go sobie dawali. Dzieląc się fantazjami, wkładając w historię ich postaci własne marzenia. Ten świat trzymał ich w bezpiecznych ryzach, jednak znacznie ważniejszym było to, że tworzyli go razem. Na nic było wymyślanie kolejnych zwrotów akcji, gdy przeraźliwa wiosenna burza uderzając o okna dormitorium rozpraszała sen, gdyby nie miała ich mu opowiedzieć. Gdy palce drobnej dłoni zaciskały się na tych przyjaciela, odrzucając od siebie wszelkich niepokój, świadoma że wszystko to przezwyciężą razem. Zupełnie jak Agnes i Setanta
Dziś smak goryczy wieńczył te wspomnienia. Świat okazał się być mrocznym i nieprzyjaznym miejscem, a życie po prostu trudne. Wszystko było inne, inni stali się i oni. Nie był obcy. Nie mógł być. Nie potrafiła dopuścić do siebie takiej myśli, że mógłby się stać, a jednak oddalał się od niej, a Rose uciekała przed nim. Dłonie nie poszukiwały pokrzepienia w tych jego. Nie szukała w nim oparcia, ani on zdawał się nie pragnąć tego jej. Żyli obok siebie. Współpracując, ale nie dzieląc się swoim ciężarem. Spoglądając w swoją stronę, ale na siebie. Ona również chciałaby, żeby to było łatwiejsze, ale usta były zbyt uparte, żeby ułożyć się w prośbie.
Zamykały się, gdy czuła opór. Spojrzenie na chwilę opadło na ich dłonie. Wyłapało przelotny moment, gdy poczuła smagnięcie jego skóry na swojej. Niegdyś nie będące czymś wyjątkowym, czymś tak bardzo zwykłym, prozaicznym, że nie przyciągało uwagi. Dziś tej nie mogło umknąć jak pospiesznie wykonał unik; zabrał dłoń. Niemalże poczuła jak bardzo mógł chcieć, by trzymała swój dystans. Zadra wciąż jątrzyła niezagojoną, zakażoną raną, bo po prostu tęskniła. Za pokrzepiającym uczuciem, gdy ciężar jego dłoni opierał się na niej. Gdy chociaż nie rozwiązywało to żadnych problemów, czuła się odrobinę mniej zagubiona, odrobinę mniej sama.
Wzrok uciekł tak szybko jak uciekł i on. Oczy nabrały wyuczonego spokojnego wyrazu, wszakże była mistrzynią w udawaniu, że wszystko jest w porządku, że nic jej nie rani, że ma nerwy ze stali. - Może rozbij te kolanko, później naprawimy je reparo, spróbujemy wtłoczyć powietrze do rur i jeśli okażę się, że jest zapchana to wtedy to wyciągniemy, a jeśli nie… no to cóż, będziemy próbować dalej - zaproponowała, zsuwając z ramion palto, podciągając rękawy swetra. Jeśli miał nie dokończyć naprawy ze względu na wyprawę do Hogwartu, to wiedziała, że Rose będzie musiała coś wymyślić, a i ona łatwo nie odpuszczała. Nawet jeśli o kanalizacji widziała niewiele, to upór podpowiadał, że wszystko da się naprawić. Trzeba było tylko domyślić się jak.
Spojrzenie pomknęło w jego stronę, a kącik ust drgnął w krótkim uśmiechu. - Ty też, jak ci się nie uda, coś wymyślę - zapewniła go. Nie chciała być ciężarem, starała się nie zrzucać zbyt wiele na jego barki. Nie problemów, z którymi sama powinna sobie poradzić. Też miał za sobą ciężki dzień, też czekały go długie godziny zajęć, a te również wymagały wysiłku i skupienia, a jutro czekało z kolejnymi wyzwaniami.
Wychyliła się lekko do przodu, tak by krople wody nie sięgnęły kosmyków chaotycznego warkocza, ale wystarczająco aby dokładnie widzieć co robi. Przez chwilę przyglądała się temu, aby na chwilę odwrócić wzrok w jego stronę. - Jak zawsze - wygięła usta w wyrazie, który nieznacznie przypominał uśmiech. Gdzieś tu majaczyła się bariera, która wyrosła między nimi miesiące temu. Przestała dzielić się z nim swoją codziennością. Nie mówiła o tym co się z nią działo. Nie zwierzała się z tego jaką trwogę, ból i złość budzą kolejne dni. Jeszcze kilka tygodni temu, gdy do Maeve i lord Abbott sprowadzili do lecznicy matkę z dwójką dzieci - wyciągniętych z klatki, wygłodzonych, torturowanych. Zawahała się u progu kuchni, gdy czytał coś przy stole, a ona zeszła na dół by napić się wody. Minęli się jednak. Zachowała to co myślała dla siebie. Jak zawsze - To nie był problem. Wiesz, że lubię się nimi zajmować, chociaż dzisiaj ciężko było czerpać z tego przyjemność - bąknęła, uśmiechając się już pewniej, znacznie szerzej, żartobliwie.
Zawahanie nie zdążyło wymsknąć się spomiędzy warg. To nie tak, że nie chciała, aby był przy Melanie. Tak, nie chciała go kłopotać. Zwalać na niego swoje obowiązki. Mu też było ciężko. Nie mógł być odpowiedzialny za Melanie i Rose. Chociaż to nie do końca było wyborem Wright, prawda? Kryła się jednak pod tym potrzeba, aby przestać go eksploatować, bo wiedziała, że pod tym względem nie powie jej dość. Oddalali się od siebie, a wraz z tym czuła, że nie może zwalać na niego swojego świata i swoich problemów. Ale chodziło o Melanie, a nie o nią. O to, że jej córka również tego potrzebowała. Męskiej figury w swoim świecie i to nie tylko tej dziadka, ale też tej ukochanego wuja. Nie miał zapełnił luki jaką pozostawiała nieobecność ojca, to było niemożliwe. Chciała jednak, aby miała namiastkę rodziny. Nie tylko matkę. Coś co czyniło jej życie bardziej kompletnym. - Tak, niech tak będzie. Obiecałam dać jeszcze kilka wizyt po pracy, tak będzie łatwiej - odparła po dłuższej chwili. - Wrócę późno, będziecie mieli ten czas dla siebie.
- Uwaga! - odchyliła się gwałtownie, gdy rura ponownie wytrysnęła wodą, tym razem znacznie obficiej, sięgając materiału grubego swetra, zahaczając o skrawek spódnicy. Dłoń sięgnęła po ten sam ręcznik, który podała mu wcześniej. Przytknęła go do miejsca, z którego uwalniał się strumień. - Na Godryka, piekielna konstrukcja - rzuciła, próbując zatrzymać wodę, a różdżka wysunęła się z kieszeni, tocząc się po podłodze.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]06.09.21 9:56
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Biorąc pod uwagę jego możliwości, mógł uciec w każdej chwili. Stał w przywilejach, jakich nie miało tak wielu. Mógł wykorzystać własny autorytet, by przekroczyć granicę. By zniknąć. By zabrać swoich synów i rozpłynąć się za morskimi falami, zapominając o wszystkim i wszystkich, których zostawiał za sobą. Miał pieniądze, by zacząć od początku. Miał pozycję, dzięki której bez problemu mógł znaleźć dobrą pracę. Miał doświadczenie, jakiego nie miało tak wielu. Był młody, a niewielu ludzi w jego wieku stało na jego poziomie, równocześnie informując, że najlepsze lata swojego życia jeszcze miał przed sobą. Jego nazwisko wypływało w wielu miejscach, wkrótce mając również mieć znaczenie na scenie międzynarodowej. Wystarczyło po to sięgnąć, mógł po to sięgnąć, zamierzał też po to sięgnąć. Tak łatwo i prosto pociągnąć to dalej. Nie wracać. Mógł jechać. Nic tak naprawdę go tu nie trzymało. Żona, obowiązek, praca rozpadała się, a badania mógł kontynuować w każdym zakątku ziemi. Każdy dobry ojciec postąpiłby w ten sposób. Każdy dobry rodzic myślałby o swoich synach. O ich przyszłości i bezpieczeństwie. O tym, by odciągnąć ich jak najdalej od kraju przesączonego wojną, cierpieniem, brakiem wolności. Od kraju, który już i tak odebrał im tak wiele i jedyne, co mógł zrobić, to zabrać jeszcze więcej. Być może powinien był. Być może miał tego żałować, ale nigdy nikt nie mógł mu zarzucić, że nie miał w swoich działaniach dobra synów na pierwszym miejscu. Że o nich nie myślał. Bo profesor myślał o swojej niewinnej trójce. O nich, o Melanie i całej gromadce dzieci, które nie były w stanie się bronić. Myślał o nich każdego dnia, a najbardziej o tych, których pozostawiała po sobie Pomona. Jak miałby powiedzieć w przyszłości swoich synom, że uciekł? Że zostawił wszystkich, goniąc za dobrym życiem? Że nie chronił ich domu, ich bliskich, ich kultury? Że skazał ich świat na zagładę, chociaż miał władzę zmienić tak wiele. Tak wielu. W przyszłości, gdy mieli zrozumieć, chciał być dla nich przykładem, a jaki przykład miał dawać tchórz? Jakie dziedzictwo miał po sobie zostawić ten, kto nie potrafił stanąć przed własnym domem i przegonić zbójców? Gdzie w tym wszystkim ojcowska rola, męska figura, godność ludzka? Vane'owie może już nie byli wojownikami ja ich protoplasta i nie zabijali mieczem, ale posiadali coś równie niebezpiecznego — ich mądrość i intelekt pozwalał na stawianie trudnych pytań w chwilach, gdy nikt nie zadawał. Gdy świat zapomniał o ich istnieniu. Gdy zrzucał je w najdalszy kąt, a oni je wyciągali na pierwszy plan, nie obawiając się konsekwencji. Bo prawda zawsze miała i musiała zwyciężyć, bez względu na czas oraz miejsce. Bez względu na to, ile miało jej zająć wypłynięcie na powierzchnię. I chociaż dzieci Diarmuida i potomkowie Tuatha Dé Danann już dawno porzuciły wojaczkę na pierwszej linii frontu, z wielkim uporem pilnowali swoich wartości — nie porzucali bliskich, trwali przy domu, odpychali nieprzyjaciół z ojczyzny.
Patrząc na Roselyn, Jayden widział w niej tak wiele z tych, którzy szli przed nimi. Niczym Murias z rodzinnej opowieści dbała o innych, uzdrawiając ich i dając im pociechę w chwilach grozy. Była też jednak surowym, twardym i upartym Wrightem i chociaż kochał jej obie strony, ciężko było mu pogodzić się z tym, co wprowadzało między nich tajemnice. Mury, których nie był w stanie sforsować. Aż w końcu zaczęli budować kolejne. Każde niewypowiedziane słowo, każde uniknięcie rozmowy, każdy niezrealizowany gest dokładał kamień tam, gdzie nigdy ich nie było i być nie powinno. A przecież to nie tak, że przestało mu zależeć. To nie tak, że przestał odczuwać pustkę tam, gdzie zawsze była ona. Ile już razy, gdy wracał z Hogwartu po nocy, sprawdzał, co działo się z chłopcami. Chciał ich zobaczyć, sprawdzić, czy żaden się nie obudził. Czy się nie przekręcił. Czy po prostu... Byli. Nieraz znajdował tam też Melanie, która — mimo wieku — nie krępowała się wdrapywać do dziecięcego łóżeczka, by spać przy braciach. Często była tam i Roselyn — skulona na fotelu obok łóżeczka przykryta kocem. A przecież następnego dnia miała wcześnie wstać, by zacząć pracę w lecznicy i nie wiadomo, o której z niej wrócić. Mówił jej zawsze, by nie brała na siebie za dużo — odkąd był z nimi Śpioszek, który w każdym momencie mógł sprowadzić Jaydena do domu, to mogło być prostsze. Ale nie słuchała... Uparta Wright. Zanosił ją więc za każdym razem do pokoju, zważając na to, by czarownica się nie przebudziła. By nie przerwała tak ważnego dla niej snu i nie czuwała chociaż przez kilka godzin. Następnego dnia nie mówił nic. A przecież kiedyś wspomniałby jej o tym ze zwykłej troski, na którą teraz nie był w stanie werbalnie się powołać. Bo zresztą jak... Im więcej nie rozmawiali, im częściej się mijali, tym trudniej było zainicjować cokolwiek. Cokolwiek, co wcześniej nie było problemem. Przecież jeszcze kilka miesięcy wcześniej szukali wspólnie biżuterii dla oburzonej Alannah, a chwilę później wspólnie doświadczali cudu narodzin nie jednego, nie dwóch, a trójki pięknych chłopców.
- Hm... No, dobrze. Tylko trzeba się przygotować na to, że będziemy tu pływać - poinformował, czując, że to rozwiązanie zapewne było i tak najlepsze ze wszystkich. Przecież nie używali czarnej magii — reparo powinno normalnie zadziałać. - Nie zostawię cię z tym - oburzył się lekko, gdy tylko zainsynuowała, że nie miał dać sobie z tym rady. Może i nie szło mu najlepiej i może faktycznie wszystko wyglądało jak obraz trwogi i rozpaczy, ale nie zamierzał się poddawać. Dopiero wtedy jednak zaczął czuć chłód bijący od mokrych ubrań. Koszula była do niczego, dlatego rozpiął ją i zdjął, zostając w podkoszulku, na ramiona narzucając jako tako suchy ręcznik. Ostatnie czego chciał to jeszcze się rozchorować i być do niczego... Jeszcze bardziej niż aktualnie. I tak wiedział, że przydałaby mu się ciepła kąpiel, gdy poradzi sobie z tym wszystkim, ale raczej musiało mu starczyć prędkie suszenie i doprowadzenie się do porządku. Ostatnie co było potrzebne w Hogwarcie to nieprzygotowany profesor i czekający na jego przybycie uczniowie.
Wiesz, że lubię się nimi zajmować, chociaż dzisiaj ciężko było czerpać z tego przyjemność.
- Yhym. Dzisiaj dali popis - odmruknął jej, ale nie miał w swoich słowach pogardy. Po prostu bardziej skupił się na tym, co robił, niż na słowach kobiety. Dlatego też nie wychwycił możliwego uśmiechu czającego się na jej ustach. Szybko na jego własnych pojawił się przyjemny grymas, gdy usłyszał odpowiedź. Rzucił Rose krótkie spojrzenie przez ramię, pozwalając na to, by szczera ekscytacja i radość odbiła się w — tak często teraz — matowych oczach, rozjaśniając je tak jak kiedyś. - Dziękuję! Zabiorę ją w jedno miejsce. Na pewno się jej spodoba. - Nie mieli się oddalać od Upper Cottage. W końcu nie było też sensu, by to robić — okolica pozwalała na odkrywanie jej bez końca, a z tego co wiedział mała Wrightówna nie była jeszcze przy pomniku irlandzkiego króla. Wielki lew na pewno miał ją zaintrygować, podobnie jak historia za nim się kryjąca. - Facere - rzucił, wskazując różdżką na klucz, z którym sam nie mógł sobie poradzić i każąc mu rozprawić się ze sztywnymi zaworami kolanka pod umywalką. Ale w tym samym momencie głos Roselyn rozległ się w ostrzegawczym sygnale, woda na nowo chlusnęła tuż nad ramieniem Jaydena, a czarownica szybko zareagowała, próbując zatamować potok. Słysząc jej słowa, astronom parsknął, z trudem utrzymując rozbawienie dla siebie. - Widzisz, to nie są zajęcia dla... - Nie dokończył jednak, bo zaczarowany klucz skończył pracę i woda z zapchanej rury chlusnęła, na nowo trafiając w twarz czarodzieja. Vane'a aż odgięło, ale na szczęście nie wypuścił różdżki. Walcząc z zawartością umywalki, wyciągnął ją w stronę rury. - Waddi... Wasi! - rzucił, próbując jakoś sobie poradzić ze strumieniem, którym zaczął się już krztusić. Raz, drugi, czwarty. - Waddiwasi! - krzyknął w końcu, łapiąc powietrze w płuca i czując, jak drewno różdżki ociepliło się, a promień zaklęcia błysnął, by trafić w felerny przewód. Coś zagulgotało, jakby odetchnęło i dopiero wtedy woda przestała się sączyć, zostawiając parę czarodziejów w dziwnym szoku. Zupełnie jakby przetrwali właśnie tsunami.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]15.09.21 22:40
Z pewnością łatwiej byłoby zostawić wszystko za sobą. Przeszłość i tych, którzy wciąż przypominali o tym, że ta była wciąż żywa. Zacząć od nowa. Gdzieś indziej. W zupełnie innym świecie. Tam gdzie nikt nie znał ich historii, tam gdzie ludzie byli jacyś inni - nienaruszeni wpływem wojennych porachunków czy niosącego się za nimi strachu. Uciec od niebezpieczeństw, stworzyć iluzję początku. Mogłaby otulić się tym kłamstwem, ale nikt nie stałoby się prawdą, bo miała przeszłość. Ta jej wyryta była na kamieniach szkockich wzgórz, na starym dębie tuż za rodzinnym domem gdzie wraz z bratem pozostawili swoje ledwie już widoczne inicjały Tu wśród flegmatycznych Anglików, dzikich Szkotów pozostawiła fragmenty siebie i swoich historii. Tu przez przeszło trzydzieści lat życia biło jej serce. Dla ludzi, których kochała.
Tu było jej miejsce. Podobnie jak on nie chciała pozostawiać go bez walki, jakakolwiek by nie była. Tu żyli od wielu pokoleń przodkowie Rose i - chociaż w świetle ich obecnej sytuacji miało to inny wydźwięk - ojca Melanie. Tu żyła ich rodzina. Tu był ich dom. Ten, owszem, nie zawsze musiał być miejscem, bo wszakże takowego nie posiadały. Ich domem była rodzina. Zbiór głęboko zakorzenionych uczuć i instynktów. Jakże mogłaby nauczyć jej ich wagi, gdy sama w nią nie wierzyła? Zresztą. Kto miał nauczyć Melanie tego co było złe, a co dobre? Kto inny jak nie ona miał pokazać czym jest szacunek do pracy, do ludzkiego życia? Miała przecierać szlaki, żyć zgodnie z tym czego chciała nauczyć swoje dziecko. Życie Roselyn już od wielu lat nie należało tylko do niej. I mogła zadedykować je ciągłej woli przetrwania, pokazać jak uczynić to za wszelką cenę, jak nie oglądać się za siebie i chronić najdroższe to co kochała. Mimo wszystko. Zapominając o całym świecie. Dać gwiazdkę z nieba, tylko po to, aby spełnić dziecięcy kaprys. Czyniłoby ją to dobrą matką? I czy uczyniłoby to z jej córkę człowieka gotowego na dorosłość? Dziecko musiało ścierać kolana, aby kolejne kroki stawiać już ostrożniej. Wiedzieć, że świat nie będzie obracał się tylko wokół niej, gdy już wkroczy w ten prawdziwy - ten znacznie dzikszy i groźniejszy niż poznany zza szczelnych ramion matki. Rose nie mogła się jednak nie bać. Handlowała życiem znacznie droższym niż jej własne. Ryzykowała. Każdy dzień spędzony wśród wojennych zgliszczy był niebezpieczeństwem. Dla niej i dla tej, którą kochała najbardziej. Nie potrafiła znaleźć kompromisu między dwiema stronami konfliktu. Spokoju w odmętach własnych myśli. W jaki sposób by nie postąpiła, każdy wybór wydawał się być tym nieodpowiednim. Jarzmo decyzji spoczywało na niej. Uwikłana w myśl, że cokolwiek wybierze to zawsze będzie jej wina. Nie istniały wybory dobre. Nie dla niej.
Gdyby tylko wyciągnęła dłoń, poczułaby że nie sama mierzy się tą odpowiedzialnością. Wsłuchałaby się w brzmienie słów przyjaciela. Porozmawialiby. Tak jak wiele lat temu. Bez oporów. Bez tajemnic. Wszakże dzielili te same lęki, tą samą przyszłość jako rodzice. Byli tylko zwykłymi ludźmi wrzuconymi w chaos wojny i przemocy. Mogliby, ale tego nie robili. Zamiast tego trwali w tym dziwnym zawieszeniu. Zawiedzeni. Zmęczeni. Samotni.
Nie pytała o powód. Dlaczego wciąż tutaj był. Chociaż wiele zakamarków umysłu przyjaciela pozostało niezbadanych, szczególnie teraz, to po prostu znała go. Jego wartości. To jak ważna była dla niego praca - nie tylko przez wzgląd na sukces i zgłębianie tajemnic wiedzy, która go fascynowała. Wiedziała, że spełnia się jako pedagog. Że wierzy w to co wyznawali jego przodkowie. Czasami brakło jej jednak jego słów. Tęskniła za wspomnieniem tego kim dla niej był. Gdy z łatwością rozbijał milczenie swojej towarzyszki. Nie brutalnie wdzierając się w umysł, domagając się myśli, które chciała zachować tylko dla siebie. Prowadząc niewymuszony dyskurs, w którym chciała uczestniczyć. Świat bez tego splotu zdarzeń zdawał się być tak bardzo samotny, bo chociaż milczała tak bardzo uparcie, to chciała by ktoś usłyszał jej głos. Miała dość już mówić i być niesłyszaną. Gdy rozmawiała z ojcem, a ten wciąż opornie trzymał się swego. Gdy niecierpliwie tłumaczyła Skamanderowi jej pozycję, a on wciąż trzymał się swojej. Gdy ludzie z łatwością przyswajali to jaką siebie chciała im pokazać. Paradoksalnie brakło jej tego kto dostrzegał więcej.
Spojrzenie odwróciło się w drugą stronę, gdy zaczął pozbywać się mokrych ubrań, które zaczęły doskwierać - Gdy Melanie ząbkowała, myślałam że zwariuję - odpowiedziała mu, wracając wspomnieniami do tamtych czasów, gdy samotnie błąkała się po salonie. Nucąc te same kołysanki co dzisiaj, błagając wszelkie nadprzyrodzone byty by w końcu mogła odpocząć. Była wyczerpana, zestresowana - wciąż bała się tego, że robi coś źle. Że być może gdyby była lepszą matką, potrafiłaby uciszyć płacz własnego dziecka.
- Dobrze jej to zrobi, za mało ma ostatnio beztroskiej rozrywki - odpowiedziała mu. Nie miała ostatnio zbyt wiele czasu - pracowała ponad siły, a gdy już wracała tutaj nie zawsze miała energię by poświęcić ją córce. Już jakiś czas temu zaczęła ją uczyć, ale wiedziała że również że nie starcza im czasu na zwykły spacer, zabaw w chowanego na podwórzu, zwykłego czytania do snu, bo właśnie wtedy Rose zwykła zasypiać ledwie kończąc kilka pierwszych stron.
Już chciała coś powiedzieć. Oczywiście, że to nie było zajęcie dla kobiet. Nie zmieniał to jednak faktu, że czasami nim po prostu było. Gdy brakło męskiej ręki, a Roselyn zwykła była mierzyć się z tego rodzaju problemami swoimi własnymi. Ogłuszająca toń wody zdusiła jednak jej słowa. Zmoczyła ubrania, włosy, czuła jak po twarzy spływają jej grube krople. Sięgnęła po ręcznik na jego plecach, ten jednak był zbyt mokry by osuszyć cokolwiek. Starła wodę dłońmi - Widzisz, Jay, to chyba też nie zajęcie dla ciebie - zaśmiała się głośno, niemalże naturalnie, pierwszy raz od tak bardzo dawna. Na tylko tą krótką chwilę, zapominając o tym wszystkim co ich dzieliło.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]17.09.21 11:41
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Wiedział, że ona nigdy by nie wyjechała. Zbyt uparta, zbyt przywiązana, ale równocześnie też dająca innym siebie aż nazbyt. I nie w kwestiach emocjonalnych — wszak Roselyn nigdy nie była osobą przesadnie wylewną i by wyciągnąć z niej niektóre rzeczy, Jayden musiał się wyjątkowo postarać. Niekiedy nawet on nie był w stanie osiągnąć odpowiedniego celu, ale szanował jej granice, nie pozwalając jednak aby brała na siebie za wiele. Nosiła wszystko w sobie, oferując własny czas i pomoc do granic możliwości. Jak wtedy gdy podczas jej stażu uzdrowicielskiego astronom dostrzegał w przyjaciółce tak dobrze znane mu oznaki pracoholizmu, jakie wykazywał jego własny ojciec. Umiał je rozpoznać, umiał oddzielić od właściwego zapracowania. Od maleńkości Ethan był kochającym ojcem, lecz nie umiejącym oderwać się od zawodu. Zrośnięty z kiltem był uzdrowicielem każdego dnia w każdej minucie i każdej sekundzie. Omijał kolacje z żoną i synem, by wysłać im sowę z przeprosinami. Tracił te chwile bezpowrotnie, nie mogąc ich w żaden sposób odrobić. Roselyn również niekiedy odrywała się całkowicie od rzeczywistości, skupiając jedynie na wykonywanej przez nią pracy. Ale właśnie od tego, od ściągnięcia ją na ziemię miała jego. Przyjaciela, towarzysza. Mężczyzna nie chciał przeszkadzać w karierze, lecz pilnował, aby zapominała w tym wszystkim o sobie. O nim. O nich. Zdarzały się więc dni, gdy musiał ją wyciągnąć ze szpitala Świętego Munga, zapewniając, że inni mieli przejąć jej obowiązki. Że bez niej w środku nic nie miało się zawalić. Jak miała się przydać swoim pacjentom wychudzona, wymęczona, niewyspana? Zdekoncentrowana? Jaki pożytek miał być w osłabionej uzdrowicielce, skoro praca wymagała od niej pełnego psychicznego, jak i fizycznego zaangażowania? Nie przejmował się niekiedy ostrymi słowami skierowanymi we własnym kierunku. Wszak przechodził to już ze swoim rodzicem, który nie wiedział niekiedy, kiedy wrócić do domu. Dlatego też Jayden za każdym razem tam dla niej był i przypominał o innym życiu poza murami pracy. Gdy pojawiła się Melanie, nie musiał przesadnie ingerować. Roselyn stała się matką i chociaż nie wiedziała jeszcze, jak dokładnie poukładać sobie życie, wszystko zdawało się powoli kierować na właściwe tory. Wright nie wybrała sobie jednak partnera, który był w stanie ponieść całą przyszłość wraz z nią, a gdy finalnie rozstała się z Anthonym, astronom nie wiedział do końca, jak powinien był zareagować. Oczywiste dla niego było pozostanie przy przyjaciółce, wspieranie jej, ale samotna matka nie była rolą pożądaną w społeczeństwie. To nie miało być proste. Nigdy takie nie było i spotkało to kogoś tak mu bliskiego. Nie wyparł się jej jednak. Wiedział, że bez względu na wszystko, zamierzał przy niej trwać.
Wiedział to wtedy. Wiedział to również i teraz. Jedyna różnica była taka, że nie rozmawiali już. Kiedyś mogli jedynie wspólnie milczeć, siedzieć obok siebie, trzymając się za ręce i po prostu żyć dalej. Nie potrzebowali wyniosłych wyznań czy głębokich rozmów przepełnionych mądrościami życiowymi. Metaforami. Potrzebowali faktycznej obecności. Nie tej złudnej i niedokończonej. Bo teraz taka właśnie była. Żyli obok siebie, nie zaś przy sobie. Nie rozmawiali jak dawniej, nie wspierali się jak dawniej. Posiadali dziwny dystans, który narastał, od jego wizyty w Mungu po walkach na Pokątnej. To wtedy pierwszy raz dostrzegł sieć tajemnic między nimi. I to nie tych dobrych, jakie posiadali wszyscy i zachowywali dla siebie drobne sekrety. Czy był naiwny, sądząc, iż nigdy więcej nie ujrzy to światła dziennego? Wiedział, że tak, bo w głębi duszy doskonale zdawał sobie sprawę, iż to jeszcze nie był koniec. To był dopiero początek. Odzwyczaił się od niej, chociaż tego nie chciał. Nie chciał nigdy się odzwyczajać i przyzwyczajać do rzeczywistości, gdzie nie było jej. Gdzie nie była blisko niego. Czy dlatego lekko drgnął, słysząc jej reakcję po wybuchu spod zlewu? Jej śmiech był czymś niespodziewanym. Nie dlatego, że czymś nowym, bo przecież słyszał o tak wiele razy. Wywoływany przez niego samego lub sytuacją. Po prostu... Dawno tacy nie byli. Ona dawno taka nie była, a przynajmniej nie przy nim. Ten urywek momentu, gdy patrzył na nią zza ramienia, sprawił, że obudziła się w nim jeszcze głębsza tęsknota. Wina za to, że pozostawał bez ruchu tyle czasu, a zwyczajnie wystarczyło się odezwać. Wyciągnąć rękę, wesprzeć czy samemu poprosić o pomoc. Czując wypływające na twarzy wyraźne odwzorowanie własnych emocji, Jayden odwrócił wzrok na powrót do zlewu. - Cóż. Przynajmniej się udało? - odparł, samemu nie wiedząc, czy w sumie pytał, czy odpowiadał. Zaraz jednak rzucił reparo, które pozbierało z ziemi każdą najmniejszą cząstkę instalacji, umieszczając ją na właściwym miejscu. Astronom podniósł się z ziemi i kolejny raz wypowiadając evanesco, machnął różdżką, pozbywając się kałuży wody. Którą nawiasem mówiąc, sam też powodował. Krzątał się po łazience pewną chwilę, nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić i chcąc ukryć też własne poruszenie. Posprzątał, co mógł, zebrał mokre szmaty z podłogi, wziął własną koszulę i skierował się do wyjścia, by zostawić czarownicę samą. Odwrócił się jednak jeszcze w drzwiach, odszukując ją spojrzeniem. - Masz coś do prania? - spytał dość automatycznie, momentalnie zdając sobie sprawę, że Roselyn miała jedynie własne ubrania. - Ymm... Nieważne - bąknął zakłopotany, uciekając wzrokiem w podłogę. Mógł wyjść. Powinien wyjść, ale tego nie robił. Stał tam dłuższą chwilę, w końcu wracając wolno spojrzeniem ku niej, wpatrując się w nią i nie wiedząc, co powiedzieć. Kiedyś starczyłoby proste kocham cię, które wciąż przecież było prawdą, ale nie było w stanie opuścić gardła. To samo z tęsknię za tobą. Bo chociaż mieszkali pod jednym dachem, nie oznaczało to, że nie mógł tęsknić. Chciał coś powiedzieć. Normalnie by powiedział, ale jedynie stał w dziwnej stagnacji, którą mogła wyraźnie zauważyć.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]17.09.21 23:43
Czasami zastanawiała się nad tym. Wracała pamięcią do minionych już chwil, próbowała przywołać zakurzone już myśli - te nieaktualne zepchnięte w głąb umysłu. Czy zawsze taka była. Jakby wybrakowana. Pozbawiona pewnych mechanizmów, w które wyposażeni byli inni ludzie. Swego rodzaju świadomości własnych emocji - tego jak potrafili je wyrażać, egzekwować swoje potrzeby, mówić o tym co działo się w ich głowach bez oporów, które trzymały jej myśli w ryzach. Czy taka była czy po prostu się taką się stawała im więcej goryczy wylewało się z wnętrza umysłu. Jedno zdawało się być jednak pewnym - wiek, odpowiedzialność, kolejne spadające na barki problemy utwardziły ten defekt. Ja stało się bardziej intymne, pieczołowicie chronione, zepchnięte głębiej. Każdy kolejny dzień dedykowany był rzeczom ważniejszym.
Kiedyś Jayden zdawał się być jednym z niewielu, których tam wpuszczała. Sprawnie lawirował między poszanowaniem dla jej granic, a przesuwaniem ich coraz bardziej. Potrafiła zaufać mu na tyle, aby na to pozwolić. Wtedy nie czuła się przymuszana, to było tak bardzo naturalne by mu ufać, tak naturalne nie ukrywać przed nim siebie, bo taka już była i taką zdawał się ją akceptować. Miał w sobie szczerość, nie doszukiwała się w nim kłamstw. Sama wpuściła je w przestrzeń między nich, nie po to aby budować mury - te wyrosły samoistnie na dobrze nawożonej tajemnicami glebie. Nie chodziło jednak o niego, nawet nie do końca o nią - o to co zdecydowała się chronić i chociaż nie chciała płacić za to tego rodzaju ceny, to po prostu się stało i nie potrafiła znaleźć wyjścia z tej sytuacji.
Teraz wciąż wierzyła w jego szczerość, nie wierzyła już jednak w akceptację. Wciąż w jej głowie wibrowała myśl, że już jej nie rozumie. Ona zaś uparcie decydowała się mu tego nie ułatwiać. Nie była cnotą. Miała swoje zalety, ale też defekty. Była dumna. Czasami w sprawach słusznych, czasami w tych znacznie mniej. Usłyszała już co o niej myślał, a słowa te echem odbijały się w umyśle ilekroć wchodzili w jakąkolwiek interakcję. Zbyt precyzyjne, zbyt ostre, by po prostu odłożyć je na półkę z tymi, które wypowiadane były w gniewie i nie miały tak wielkiej wartości. I on miał jej swoje za złe.
Zamiast naprawiać zamilkli oboje. Ona zbyt dumna, by prosić o uwagę, on zbyt zajęty chaosem jakim stało się jego życie. Tak to interpretowała. Zdawała sobie sprawę, w jego umyślę dzieje się znacznie więcej niż to - stracił żonę, jego życie wywróciło się do góry nogami, a oprócz tego chłonął okrucieństwo wojny zupełnie tak jak każdego kto posiadał zalążek empatii, serce które potrafiło współodczuwać. Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla niej?
Dlatego wciąż tkwiła. Nie robiąc kroku w przód, nie czyniąc tego do tyłu. Wiedziała, że nadszedł już czas, by odejść. Bała się jednak tego co za sobą pozostawi. Chciała wesprzeć w pierwszych tygodniach samodzielnego ojcostwa. Zaopiekować się nim, chłopcami. To była w stanie od siebie podarować. Oboje jednak wiedzieli, że nie tak miało być na zawsze. Starała się mu pomagać, wiedziała jednak że nie jest niezastąpiona. Nie potrzebował jej tak naprawdę. I bała się o nich. Co stanie się, gdy utracą tą ostatnią nić kontaktu. Gdy milczenie rozciągnie się między Szkocję, a Irlandię. Bała się tego, że pomyśli, że z nich zrezygnowała. Zbyt mocno zastali się w milczeniu, by łatwo było wyznać prostą myśl - to nie przez ciebie, to coś dla mnie.
Nie łatwo było uruchomić zastałe mięśnie. Pozwolić, by beztroska na chwilę wkradła się w sztywne ramy tego jak współegzystowali, ale czy nie on ją taką czynił? Poważna mina pod jego wpływem wyginała się w rozbawiony uśmiech, odnajdywała w sobie coś czego nie pokazywała innym. Potrafiła być zabawna, niezręczna, a czasami, ale to tylko czasami - rozrywkowa. Jak wtedy, gdy zdawać się mogło lata temu zamiast świętować jak dorośli, odpowiedzialni ludzie, ramię w ramię podążyli wgłąb Hotelu Transylwania. Na krótką chwilę pozwoliła się temu wkraść między nich - tak uparcie z tym walczył, tak długo doszukiwał się rozwiązania, aż w końcu te przyszło zalewając ich niebotyczną ilością wody.
- Przynajmniej się udało - zawtórowała za nim, dusząc śmiech w słowa. - Cena nigdy nie grała roli.
Spojrzenie przemykało wśród kątów łazienki, ostrożnie oceniając nie aż tak wiele szkody, aż w końcu natrafiło na tego jego. Ciężkie do zinterpretowania, nie tak wesołe jak te jej. Rozbawienie z wolna opuściło rysy, uśmiech pozostał jeszcze na chwilę, gdy ciężko wypuściła powietrze. Przypominając sobie o tym wszystkim co sprawiało, że nie dzieli takich momentów zbyt często. Ruszyła jego śladem, próbując pomóc mu posprzątać. Nie za bardzo wiedząc gdzie odnaleźć swoje miejsce, gdy on wciąż tu był. Łazienka nagle stała się zbyt ciasna, duszna, aby na nowo wpuścić tu powiew swobody.
- Nie - stanowczo zbyt energicznie pokiwała głową - ale dziękuję, że pytasz - dodała szybko. Czując w środku rozerwanie, bo chociaż sama jego obecność zdawała się wprawiać ją w niezręczność, wcale nie chciała aby wychodził. Naruszona wybuchem śmiechu, krótkim spotkaniem spojrzeń, ta przepaść między nimi dziś zdawała się być tak bardzo zbędna, tak bardzo chciałaby aby powstał między nimi most. Jakby przedłużającymi się, zupełnie zbędnymi odpowiedziami chociaż na chwilę mogła odzyskać ten moment jeszcze sprzed kilku chwil. - I dziękuję za pomoc - odpowiedziała poważniej, spoglądając w głąb oczu przyjaciela, doszukując się w nich chociaż skrawka uwagi. Tego, że on też nie chciał już przed nią uciekać.
v



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]18.09.21 16:23
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Czasami zapominał, że wszystko, co mieli, nawet miejsca, w których spędzali dni wczesnej młodości, przepadły. Czasami zapominał, że mieszkali w Killarney dopiero od niecałego roku. Czasami zapominał, jak bardzo zagubiona mogła się tu czuć. A przecież to nie było nic nowego. Uświadomienie sobie faktu, że przebywając z nim, w obcym domu, z daleka od bliskich, Roselyn skazała się na wygnanie. Wypędzona z własnych kątów, rzucona w niewiadomą nie miała jeszcze szansy zbudować czegoś swojego. Musiałaby zacząć od nowa, bo wszystko, co miała, wszystko, co ją naznaczało, zostało w Londynie. W Londynie, który nie był już tym samym miejscem. Sam Jayden go nie poznawał, mimo że tam się urodził, dorastał i spędzał początek swojej młodej dorosłości. Bo chociaż uliczki wyglądały tak znajomo, biły ostrym chłodem, brakiem ciepła i bólem niewiadomej. Przechodząc przez te najbardziej uczęszczane aleje, dostrzegało się dobrobyt, lecz gdy skierowało się spojrzenie w bok, można było zobaczyć cierpienie i śmierć. Przebywał w końcu w stolicy co jakiś czas i zapoznał się z nową, lepszą rzeczywistością, którą chciał sprzedać im Cronus Malfoy ze swoim zastępem potakiwaczy. Za fasadą piękna, czystości i słuszności, kryło się coś więcej. Coś, co nawet bieda i gorycz obserwowalna na każdym kroku nie były w stanie wyjaśnić. Gdyby o tym nie wiedział, gdyby nie słyzał bezpośrednich relacji, nie uwierzyłby. Nie uwierzyłby w rozlewaną krew. Masowe mordy rozprawiane przez tych, którzy podobno chronili czarodziejski świat. Przepędzali mugoli, nie dając im nawet szansy na ucieczkę. Łuny zaklęć szalały ponad głowami, burząc budynki, zabijając ludzi, siejąc trwogę i zniszczenie. Odbierając życia niewinnym i jeszcze więcej z nich krzywdząc. Odbierając domy, rodziny, porywając dzieci matkom, mężów żonom. Zamęt, ogień. Krew i smród palonych ciał. Wrzaski i piski. Mamrotanie opętanych czarnoksiężników, morderców. A pomiędzy tym wszystkim ona. Skulona, trzymająca na rękach własną córkę. Uciekającą z tego piekła podobnie jak setki, tysiące innych ludzi zamieszkujących Londyn. Potykająca się o swoją długą spódnicę, targającą jakiś mały bagaż podręczny, w którym znajdowały się pierwsze przedmioty, jakie wpadły jej w ręce, zanim opuściła dom. Uciekała co sił w nogach, modląc się, by żaden snop zaklęcia nie sięgnął jej pleców. By nikt jej nie dostrzegł, gdy biegła z sercem w gardle. Czy wołającą w myślach o ratunek? A jeśli tak, to do kogo?
Będąc na Ulicy Pokątnej, zaszedł raz pod drzwi dawnego domu Roselyn. Szedł tam, kierowany jakąś dziwną chęcią spotkania się z nostalgią. A być może chciał odwzorować jej kroki podczas ucieczki?Nie wiedział. Nie potrafił dokładnie powiedzieć, dlaczego, ale zrobił to. Spontanicznie, nie planując specjalnie tej zachcianki. Idąc jednak w tamtą stronę, zastanawiał się, czy miał zastać jakąś piękną, czystokrwistą rodzinę wychodzącą z przyjemnej dla oka kamienicy. Ojciec, matka, być może dziecko lub dwa cieszący się zagrabionym komuś szczęściem. Nie spodziewał się jednak tego, co tam zastał. Ukryta lekko w bocznej alejce kamienica nie miała w sobie nic z dawnego wdzięku. Stojąc przed nią, nie poznawał jej. Z wybitymi oknami, powiewającym zeń podartymi zasłonami. Osmolona dawnymi językami ognia była niczym barłóg. Niczym miejsce wyjęte prosto z koszmaru. Nie uwierzyłby, że jeszcze kilka miesięcy wstecz ten budynek tętnił życiem, a teraz praktycznie się rozpadał. Pchany jakąś hipnotyzującą więzią, wszedł do środka, omijając bezdomnych rozłożonych na schodach, którzy — nie mając gdzie się skryć — korzystali nawet z ruin. Dotarł na odpowiednie piętro, a otwierając znajome drzwi z numerem trzecim, niemalże mógł słyszeć echo stópek małej Melanie drepczącej ku niemu. Jedyne co jednak go powitało to przeciąg i chłód. Gdzieś nad jego głową słychać było szumiący wiatr. W zgliszczach znalazł jednak pozostałości po przyrządach astronomicznych, które podarował małej Wright. Zwęglone, zniszczone, nie do naprawienia nawet najsilniejszym zaklęciem. W kuchni nie było nic prócz powywracanych mebli i odpadających, kruszących się pozostałości ścian. Widać było, że to, co miało zostać rozkradzione, już zostało zabrane. Nie uchowały się nawet rysunki w drewnianych oprawkach. Jayden postawił przewrócone krzesło i usiadł na nim przy zniszczonym przez ogień, wodę i wiatr stole. Przy stole, z którym wiązało się tak wiele wspomnień. Spędzone godziny przy ciepłej herbacie z miodem. Z Melanie na kolanach, gdy jeszcze nie potrafiła utrzymywać samodzielnie główki. Tony przerabianego materiału, rozwiązywanych testów i czytanych notatek, by przygotować się do egzaminu na stażu. Siedząc w tamtym miejscu, Vane zdał sobie sprawę, że tak niszczała przeszłość i jedyne, co im pozostało, to oni sami.
I dziękuję za pomoc.
- To w końcu też mój dom, nie? - odparł, uśmiechając się blado, jednak dość szybko zagubienie wypełzło na jego twarz, sięgając oczu. Dłonią przejechał przez mokre włosy, zastanawiając się, co tak naprawdę powinien był teraz zrobić. Powinien był ją zostawić, dać się wykąpać i nie przeszkadzać, bo im dłużej tam tkwił, tym coraz zimniejsze stawały się ich przesiąknięte brudną wodą ubrania. W pewnym momencie coś go tknęło i postąpił tych kilka kroków w stronę kobiety — zdecydowanie zbyt szybko i zbyt gwałtownie, ale w tym stanie ciężko było nie być zdenerwowanym czy nierozproszonym. - Upuściłaś ją - powiedział, wyciągając w jej stronę różdżkę, którą znalazł przy zbieraniu mokrych rzeczy. Jego własna tkwiła w spodniach; jej natomiast najwidoczniej zagubiła się podczas walki z żywiołem. Czekał, aż miała odebrać swoją własność, równocześnie korzystając z tego urwanego momentu, gdy nie czuł na swojej twarzy jej spojrzenia. Przez urwaną chwilę — nic więcej. Niższa o jakieś półtorej głowy wydawała się taka drobna. Nie wyglądała na kogoś, kto uciekł prosto z pola walki; kto od rana do wieczora ratował ludzkie życie; kto zajmował się samotnie córką. Nie wyglądała na kogoś, kto da radę ze wszystkim bez niczyjej pomocy. Wyglądała — dokładnie w tym momencie — na kogoś, kim chciał się zająć. Przyciągnąć do siebie i obiecać, że wszystko będzie dobrze. Że bez względu na sytuację, będą razem. - Powinniśmy... - zaczął, jednak musiał odchrząknąć, pozbywając się uścisku w gardle. Nie wiedział nawet, jak skończyć rozpoczętą przez siebie sentencję. Porozmawiać? Dać sobie spokój? Zacząć od nowa? Wyjść? Zapomnieć? Zdecydować, co dalej?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]27.09.21 22:49
To w końcu też mój dom, nie?
Pozostałość uśmiechu ukryła się za bladym cieniem, nieznacznym refleksem odbijającej się o ramy umysłu myśli.
Nie też. Tylko twój.
Nie wypowiedział ich na głos. Brzmiały niewdzięcznie. W jakiś sposób okrutnie. Zaprosił ją tu. Dał schronienie, gdy wydarzenia Bezksiężycowej Nocy wygnały ją z jej domu. Gdy budowane przez lata życie nagle obrało zupełnie inny kierunek i przez kilka stanowczo zbyt długich chwil czuła się po prostu rozbita, zagubiona, nie wiedziała co zrobić dalej. Dał jej czas by mogła zaleczyć rany, nabrać sił by stawić czoła nowemu wyzwaniu. Dbał o to, aby czuły się tu z Melanie komfortowo.
Nie wypowiedziała ich na głos, bo była wdzięczna. Za to co dla niej zrobił. Że mimo grudniowego konfliktu, który zastygł między nimi na długie miesiące - nie zapomniał. Wrócił do niej. Był obok. Nawet jeśli to nie jego obowiązkiem było się o nią troszczyć.
Brzmiałyby niewdzięcznie. W jej głowie miały jednak zupełnie inny ton, napędzany rytmem coraz częściej drążących ją myśli. Nie było w tym złośliwości czy patologicznej potrzeby wbicia szpileczki, by sprawdzić czy wywoła ból.
Tu nie było jej miejscem.
Lubiła ten dom. Architektoniczny rys dawnych czasów, spoglądające zza drewnianych ram portrety starych pokoleń Vane’ów, różnorodna biblioteczka stanowiąca odbicie korzeni starej irlandzkiej rodziny, widok z okna wypożyczonej jej sypialni - kryjące linie horyzontu lesiste wzgórze. Zadomowily się tu już jej nowe wspomnienia. Cień niewysokiej sylwetki córki, malujący się na tle śnieżnobiałej tkaniny, gdy pewna swego geniuszu kryła się za prześcieradłem w trakcie zabawy. Tu przyjęła poród jego synów, oddała mu na ręce pierworodnego, a potem zaskoczyła istnieniem dwóch kolejnych. Znacznie jednak bardziej niż miejsce kochała zamieszkujących je ludzi. Do nich czuła przywiązanie, ich ciężko było jej opuścić. I to było ich miejsce. Ich dom - Jaydena i jego synów.
Była tu tylko gościem i czuła, że nadszedł czas, aby odejść. Milczenie, które ponownie między nimi zapadło niosło za sobą cień samotności. Bardziej czuła się tu obca, bardziej czuła się tu nieodpowiednio. Przecież to widziała. Jak jej obecność budzi w nim nerwowość. Tak właśnie powinien czuć się we własnym domu? Unikać miejsc gdzie narażeni byli na towarzystwo, nie czuć się swobodnie we własnych czterech ścianach. Nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że to jest konsekwencja, że powinna oddać mu jego przestrzeń.
Zbudować własną. Znaleźć swoje miejsce. To jej nie przerażało. Miejsca przestały być tak ważne jak ludzie, którzy w nich bytowali. Mogła dać dom córce, jeśli tylko razem by go tworzyły. W miejscu gdzie mogła dać sobie i jej wspomnienia. W miejscu, które obie mogłyby z czasem polubić. Łatwo było przywiązywać się do budynków i kryjących się w nich historii. Pozostawiła część swojej w Londynie i tęskniła. Bardziej niż za lichymi ścianami kamienicy, tęskniła jednak za tym co im dawało. Czym stało się przez lata i tym co w każdej chwili można było odebrać. Nie mieli już swoich miejsc, ale pozostali oni. Jego bała się opuścić, bo nie wiedziała już co dalej z nimi będzie.
Spojrzenie bacznie obserwowało zmiany malujące się rysach tak dobrze znanego lica. Niegdyś zdawało jej się, że potrafiłaby uchwycić na kartce papieru każdy znany odcień uśmiechu, charakterystyczną sieć wygięć, sposób w jaki napinały się mięśnie twarzy, tworząc obraz człowieka, którego znała tak dobrze. Dziś ciężko było odgadnąć jaka myśl, emocja kryła się za mimiką, taflą uciekającego spojrzenia. Blady uśmiech i oczy niewyrażające radości. Nerwowość wkradła się w jego gesty i w te jej również. Gdy niepewnie dygnęła w odpowiedzi, po tym jak odnalazł różdżkę, gdy postąpiła kilka kroków, by odebrać swoją własność z ostrożnością jaka dotąd była im obca. Absolutnie nie w przestrachu przed nim - w niepewności przed myślami i emocjami, które kryły się za fasadą, kryjącą tego, którego niegdyś znała tak dobrze. Dłoń zawisła w powietrzu, wyczuwając dotyk tak bliskiego jej magnoliowego drewna. Objęła je palcami, nie przyciągając do siebie. Powietrze zebrało się w płucach. Tak wiele słów mogło opuścić usta, nie potrafiła uformować w zdania tego co chciała mu powiedzieć. W jakiś sposób przerażało to, że jeśli tylko pozwoli chociaż jednemu z nich uciec spomiędzy warg, to poleją się potokiem i nie będzie w stanie ich zatrzymać.
Chłód przemoczonych, lepiących się do skóry ubrań, drobne krople osadzające się na skórze, rysujące na niej nieregularne kształty powodowały dreszcze. One lub ciężka, zawiesista atmosfera jaka zapanowała między dwójką czarodziejów. - Tak - wydusiła z zaciśniętego gardła, gdy zaledwie ostatnia sylaba rozbrzmiała w jego ustach. Nie wiedziała nawet do czego dąży, ale tak powinni. Cokolwiek. Okazać sobie odrobinę ciepła albo zacząć na siebie krzyczeć. Cokolwiek co mogło wyrwać ich z tego dziwnego stanu, by w końcu dotarło do nich, że przecież kawałek po kawałeczku tracą siebie nawzajem. Zabierali im miejsca, ale temu, że tracili siebie już sami byli sobie winni.
- Tak - powtórzyła, przyjmując różdżkę, unosząc wzrok, nie unikając jego oczu. Odważnie zwalczając potrzebę, by w takiej chwili uciec. Nawet spojrzeniem, skryć się w bezpiecznych ramach komfortowego dystansu - gdy odejdziemy już stąd, nie chcę zostawiać tego w taki sposób albo gdyby coś stało się - wahanie na chwilę zamarło na wargach, słowa zdawały się smakować popiołem, ale musiała je z siebie wydusić, pozbyć się w ich w końcu, chociaż kilku z nich. Wybrzmiewały z trudnością, a przecież bała się, że mogłaby się nimi zakrztusić. - Nie w taki sposób. Nie między nami.
Rozumiał coś z tego? Zlepku niedokończonych myśli. Rozerwania i niepokoju tańczącego w odbiciu ciemnych źrenic, poszukujących chociaż odrobiny zrozumienia w tych jego. Gestu, wyjścia jej naprzeciw. Czegokolwiek co mogli dzielić, a nie pozwolić by stało między nimi i sukcesywnie odsuwało coraz dalej i dalej. Jak w ogóle mogli na to pozwolić? Winiła i siebie, i jego. Że po prostu nie walczyli. Jakby oboje zaakceptowali to, że przegrali i przyglądali się z zewnątrz temu co działo się dalej>Obserwowali destrukcje jakby siedzieli w fotelach teatru, chłonąc emocje rozgrywającego się spektaklu, nie ingerując już w wydarzenia, a przecież to byli oni. Ich życia. Powinni działać. Przecież potrafiła działać. Tak łatwo było zmusić mięśnie do działania, różdżka niemalże sama podążała śladem wypracowanych ruchów, znanych zaklęć. Niepewność stawała się obca, gdy trzeba było ratować życiem, leczyć. Wziąć się w garść, każdego dnia przepracowywać lęki, poświęcać się pracy, której nie chciało wykonywać tak wielu. Czemu więc, gdy w grę wchodziło jej własne pozwalała sobie popaść w marazm, by mięśnie drętwiały, by każdy kolejny krok był tak bardzo niepewny. I dlaczego on wciąż milczał? Jakby dał za wygraną. Jakby akurat o nią nie warto było już walczyć. Po części tego się bała - że ubierze właśnie ten jej strach we własne słowa.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]28.09.21 11:50
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
Wiedział, że zawinił. W końcu chciał, żeby poczuła się w jego domu jak u siebie. By czuła przywiązanie do miejsca oraz czuła się bezpiecznie. By nie musiała tęsknić za czyś utraconym i bezpowrotnie odebranym. To jednak w żadnym stopniu nie zależało od niego czy nawet od niej samej. W końcu wszystko zaczęło się tak spokojnie, wydawać by się mogło idealnie. Zawsze jednak miała pozostać w Roselyn trauma wygnania. Nawet jeśli tego nie okazywała, utrata domu nie była czymś błahym. Mimo że z mieszkaniem w Hogsmeade Jayden nie miał tak wiele wspólnego, wyjście z niego było dobrowolne. Sprzedanie go. Nie żałował, bo wiązało się to później z faktem wybrania życia u boku Pomony. To ona motywowała go do tego, aby nie żałował. Nie chciał i nie żałował. Wright nie miała wyboru. Cudem byłoby więc oczekiwanie od niej zadomowienia się. I to nie tak, że Vane tego nie chciał — chciał jej to dać. Chciał dać jej dom, rodzinę. Chciał, aby nie musiała obawiać się o przyszłość swoją czy Melanie. Gdy szukała jakiś czas czegoś dla siebie, dając młodemu małżeństwu chwilę dla siebie, wydawało się, że to mogło się udać. Jak bardzo jednak ograniczone było to myślenie. Zakładało w końcu życie bez zmartwień, bez problemów, swobodną adaptację. Pijany własnym szczęściem nie sądził, iż było ono niewystarczające, aby nasycić nim również innych. Nie mógł uszczęśliwić wszystkich ludzi na świecie. Nie był odpowiedzialny w pełni za ich emocje — mógł ich nie krzywdzić, pomagać, lecz nie mógł kontrolować. Finalnie to sama Roselyn mogła i miała je odczuwać. Komplikacje, strata, problemy, jakie pojawiały się w jej życiu, nie zniknęły cudownie wraz z pojawieniem się w domu Jaydena. Nie odcięła się od przeszłości, nie zmieniła nawyków, nie zaczęła nowego życia. Musiała się dostosować. Musiała się dostosować, by przetrwać. A aby przetrwać, musiała podejmować decyzje, jakie były zbyt trudne do pojęcia w aktualnej sytuacji.
Zbyt trudne do pojęcia dla niego... Jej słowa w końcu całkowicie zbiły go z tropu, powodując, iż na niepewnej twarzy, pojawiło się zaskoczenie, niedowierzanie i krzta strachu. Gdy odejdziemy już stąd... Reszta słów przepadła na moment w przeważającej, dość okrutnej prawdzie, przed jaką musiał gwałtownie stanąć czarodziej. - Odejdziecie? - powtórzył za nią głucho, jakby nie rozumiejąc znaczenia wypowiedzianego przez nią zdania. A przecież to nie tak, iż kwestia ich zniknięcia z murów Theach Fáel była czymś zaskakującym. Przecież wiedzieli od początku, że nie miało to być na zawsze. Że Vane'owie oferowali pomoc przyjaciołom, lecz ich bliscy mieli również odejść, gdy tylko czuli się gotowi. Mimo że nie było żadnej spisanej umowy czy wymienianych przez nich na ten temat słów, gdy Jayden otworzył drzwi swojego domu dla dwóch panien Wright, znał prawdę. A mimo to w ferworze większych i mniejszych wydarzeń życiowych, owa kwestia rozpłynęła się w eterze bez względu na relacje między uzdrowicielką a profesorem. Mogli być skłóceni, skrzywdzeni, wzajemnie nieprzychylni, lecz nie wyobrażał sobie, by miało jej zabraknąć. Był więc ślepy. Ślepy, naiwny i skupiony jedynie na sobie. Nie widział przez tyle czasu, ze Roselyn i Melanie nie czuły się dobrze. A nawet jeśli nie w tym leżała cała ta decyzja... Wciąż oznaczało to o jego przesadnej pewności siebie. Pewności oraz niezmienności pozostałych elementów jego rzeczywistości. Przyzwyczaił się wszak do ich obecności. Stały się stałą częścią domu. Pojawiły się wszak w nim niewiele później po tym, jak sam Jayden zamieszkał w rodzinnej posiadłości. I mimo że przyszły z zewnątrz, należały w jego świadomości właśnie do Killarney. Należały tutaj. Nie zaś gdzieś tam. Tam, gdzie nie wiedział. Gdzie nie znał. Stracił tak wiele po drodze, a teraz stanął przed realną wizją powtórzenia tego procesu... - Rose, ja... - zaczął, znów zacinając się po kilku słowach. Dlaczego nie potrafił powiedzieć całego zdania? Nie wiedział, jak jej powiedzieć to wszystko. Przez te miesiące uzbierało się wiele bólu, wiele niedopowiedzeń, wiele niewypowiedzianych słów i tych złych i tych dobrych. Zagubił się w ogromie, jaki ich dzielił, ale też niegdyś łączył. Wciąż łączył? Łączył. Łączył, prawda? Chyba właśnie to spowodowało, że po prostu się do tego posunął. Zrobił to odruchowo. Nie jednak gwałtownie. Zrobił to tak, jak kiedyś, gdy nie wiedział, co powiedzieć. Gdy tak naprawdę nie były potrzebne słowa. Teraz nie wiedział nawet, czy mógł. Nie wiedział, czy powinien, ale było to jakby silniejsze przebicie się przeszłości. Tego, co trwało w nim w podświadomości, nie zaś chłodnej analizie sytuacji. Bo gdyby dano mu czas, zawahałby się. A tu tego czasu nie było, gdy jego ciało zareagowało samo, pomijając jego umysł. Pomijając również granicę, jaka wyrosła między nimi. Dotknął delikatnie zimnego policzka, otulając go powoli i czule dłonią. Sunąc po znanej fakturze, pozwalał, aby zarówno jego własna skóra, jak i ta należąca do niej ogrzały się, przełamując barierę chłodu. To wszystko działo się w małym urywku czasu, a jednak było rozkładane przez niego samego na czynniki pierwsze. Jak chociażby fakt, iż kciukiem badał kostny łuk pod lewym okiem kobiety. Być może to wilgoć, łzawienie od wody spod piekielnej umywalki, a być może jedynie jego wyobraźnia podsuwała mu wodnistość jej spojrzenia, gdy jego własne przebiegało na nowo po znajomej twarzy. Kiedy ostatni raz to robił? Kiedy był tak blisko i po prostu na nią patrzył? Kiedy wyciągnął ku niej dłoń, by poczuć jej ciepło? Prawda była taka, że dotknął ją po raz pierwszy od miesięcy, będąc równocześnie świadomym, iż tak subtelny dotyk był najprawdopodobniej jedynym, jaki wymienił z kimkolwiek prócz tych, którymi obdarowywał własnych synów. Chociaż działo się to bez słów, w tym geście były zawarte wszystkie słowa, które chciał jej powiedzieć, jak i te, których nie byłby w stanie nazwać. Bo chciał przekazać jej tym nie tylko werbalną komunikację, ale także tę wykraczającą poza pojmowanie. W czułości była troska, w delikatności tęsknota, w samym geście miłość, jaką wciąż ją obdarzał, mimo że tak wiele zadziało się między nimi i poza nimi. Kłótnia odbywająca się w grudniu, nieporozumienie i spięcie wakacji, cisza i milczenie mijania się w domowych zakamarkach. To nie zniknęło. To wciąż tam było, głęboko ukryte, schowane przed sobą nawzajem, ale także przed nimi samymi. Finalnie jednak stali się tak inni. Zupełnie do siebie niepodobni... Nie w taki sposób. Nie między nami. Nie chciał, aby ten gest był równoznaczny z pożegnaniem. Nie chciał, aby tak go odebrała bez względu na to, co miało się dziać dalej. Kolejny więc raz jego ciało podjęło decyzję za niego, gdy nachylił się, by oprzeć czoło o to należące do niej. Wciąż mokre i zimne, otoczone przemoczonymi włosami. Pachnącymi stęchłą wodą, ale także tym, co już znał. Pachnącymi nią samą.
Nie chcę zostawiać tego w taki sposób albo gdyby coś stało się...
- Nic się nie stanie - powiedział cicho, wracając myślami do wcześniej wyznanych przez nią słów. Nie wierzył, że to w ogóle była opcja, równocześnie wiedząc, że mówiła prawdę. Zdarzyć mogło się wszystko. Władze — jeśli tylko chciały — mogły wyrzucić go z pracy czy aresztować w każdym momencie pod byle pretekstem. Nie byłby wszak pierwszym i ostatnim, którego spotkał podobny los. Jej mogło przydarzyć się cokolwiek innego, ale powiązanie z organizacją, w której była Pomona sprawiało, że Jaydenowi robiło się zimno na samą myśl. Zimno, a ciężki kamień opadał na dno żołądka i ciągnął w dół, wywierając okrutną presję na mężczyznę, który nie potrafił sobie z nią poradzić. Za każdym razem gdy szła do pracy, zdawał sobie sprawę, że mógł widzieć ją po raz ostatni. - Też nie chcę... Tego tak zostawiać - dodał schrypniętym od wrażeń głosem, czując, jak niewidzialna pięść zacisnęła się na jego gardle. Sam nie wiedział, jak to się stało, że wszystko inne w tym momencie przestało mieć znaczenie. Mokre materiały, jej zmęczenie, jego zbliżająca się praca. Nie mogli tego zaprzepaścić. Nie mogli tego tak zostawić.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]29.09.21 21:41
Wiedziała, że ta chwila ma w końcu nadejść. Myśli już od jakiegoś czasu przygotowywały scenariusz tej konkretnej sceny. Ta nie narodziła się w jej głowie teraz, nawet nie na przestrzeni ostatnich dni. To była niema świadomość żyjąca w niej odkąd pierwszy raz przekroczyła próg Theach Fáel, że kiedyś to ma nastąpić. Mnogość następujących po sobie zdarzeń, każde kolejne sprawiało, że odsuwała od siebie nadejście tego dnia. Jeszcze nie dość często wibrowało w jej umyślę w ostatnich miesiącach, a nawet wtedy gdy stanęli sobie naprzeciw na wzgórzu, które każdego dnia obserwowała zza okiennic jej sypialni - nie podjęła decyzji. Wiedząc, że ta właśnie wtedy przybrałaby zupełnie innego wydźwięku. Byłaby ucieczką, a na to nie mogła się zgodzić Nie potrafiła być tak bardzo okrutna. Świadoma tego, że jeszcze kilka miesięcy temu musiał mierzyć się z ciężarem odejścia Pomony. Nie chciała opuścić go w gniewie i żalu, a ten chociaż majaczył się na horyzoncie umysłu, wciąż potrafiła przywołać jego smak… Niewystarczający był by świadomie ranić. Została. Im więcej czasu mijało, im bardziej twardniało między nimi milczenia. Wiedziała, że nie było dobrego momentu, dobrych słów wstępu, bo te wciąż pozostawiały po sobie posmak tego co się między nimi wydarzyło. Nie chciała się w taki sposób z nim żegnać, pozostawiając za sobą myśl, że to on ją stąd wygnał, to na niego nie mogła już patrzeć każdego dnia, a przecież nie to chciała mu powiedzieć. Nie tego potrzebowała. Im dłużej tu była, im dłużej obcowała z nim w tej dziwnej próżni, tym bardziej odczuwała to, że on miał swoją przyszłość, a ona swoją. Chociaż łatwo było już zwątpić w to, że czeka na nich coś dobrego. Coś poza wojną. Coś poza niesionym przez nią cierpieniem. Nie mogła porzucić nadziei, że jeśli tylko wytrwa wystarczająco długo, gdzieś tam i na nią, i na niego czekają chwile, które wywoływać będą szczery uśmiech. Musiała zacząć budować swój świat, stanąć na nogi samodzielnie. To jej było przeznaczone. Chociaż nie wierzyła w wyższą siłę rządzącą ich losami, wyznaczającą kolejne wydarzenia. Wiedziała, że takie są po prostu konsekwencję jej niegdysiejszych decyzji. Czekał ją dom, który zbudować musiała sama. Decyzje należące tylko do niej. Trzymając się tego miejsca tutaj wciąż stała w bezruchu. Jakby wciąż niegotowa by zderzyć się z samotną rzeczywistością, a przecież była. Jakby mimo, że była jej świadoma, to czuła, że jest wystarczająco silna, by stawić jej czoła. Szczególnie teraz, gdy wszystko było trudne, znacznie bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek. Roselyn czuła jednak, że owszem, jest gotowa. Wystarczająco silna, by wziąć to na swoje barki i nie załamać się pod tego ciężarem. Że nie była już kimś kto pozwalał by melancholia i strach brały górę. Kimś kto potrafi wziąć się w garść, stawić czoła trudnościom. I to wszystko nie działo się przez niego, a przez to czego potrzebowała. Kim była. Kim się stała.
Czuła, że jest mu winna te wyjaśnienia, by nie pozostawić za sobą żalu. Nie potrafiła jednak stawić czoła tej jednej konkretnej rozmowie, bała się tracić nad nią kontrolę. Nie potrafiła przemóc się by przebić mur. Nie rozmawiali ze sobą od tak dawna, jedynie wymieniali słowa. Ciężko była zdobyć się na wyznanie uczuć, obaw. Czuła opór i usilnie starała się odkryć sposób w jaki miała przebiec ta rozmowa. W żadnym z przygotowanych wcześniej scenariuszy nie stali naprzeciwko siebie przemoczeni do suchej nitki, drżący od emocji, próbujący znaleźć te miejsce między nim, a nią gdzie znów byli w stanie się ze sobą porozumiewać.
Odejdziecie?
Niemalże czuła jak te słowa zastygają między nimi w powietrzu. Pokręciła głową, próbując utrzymać kontakt wzrokowy.
Przecież wiesz. Przecież wiedziałeś zamarło w gardle. Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że nie potrafiła tego wykrztusić, zbyt ciężko było przemówić. Powiedzieć to wszystko co chciała mu powiedzieć. Czy po tym wszystkim co się stało miała pozostawić po sobie większe spustoszenie? Nie tego chciała. Nie chciała w żaden sposób go zranić. Tylko ona znała brzydką tajemnicę tego, że potrafiła to robić. Słyszała tą barwę we własnym głosie ilekroć rozmawiała z Anthonym. Nie chciała pokazywać tych odcieni Jaydenowi. Nigdy.
-... Tak? - zapytała, niemalże dopraszając się kontynuacji. Spojrzenie nabrało intensywności. Pragnęła, aby powiedział coś więcej. Zdradził co kryło się za jego maska. Co chciał jej powiedzieć. Chciała to usłyszeć, nawet jeśli w jakiś sposób się tego bała. Nawet jeśli miało przysporzyć więcej bólu, więcej trudności. Chciała, aby podzielił się z nią cząstką siebie, urywkiem własnych myśli. Zamiast tego milczał, a ona musiała sama sobie dopowiadać. Czy czuł ulgę? Zawód? Czy jeszcze bardziej ją przez to nienawidził? Uważał, że jest szalona, decydując się na taki krok?
Odpowiedź zamknęła się w nieznacznym dotyku. Obserwowała, chłonęła ten gest jakby utrzymany więzami Horatio. Tak dawno nie czuła jego bliskości, że niemalże o niej zapomniała. Dostrzegała jak przed nią ucieka. Jak rysuje wyraźną granicę między nimi, a ona trzymała się jej zgodni z jego życzeniem. Tym razem jednak to jego dłoń sięgnęła policzka, czuła jak rysuje kształty na skórze. Czule, dzieląc z nią ciepło. Powietrze zatrzymało się w płucach jakby jego powiew mógłby sprawić, że ta chwila przestanie trwać. Nie odsunęła się, chociaż nie takim zapamiętała jego dotyk. Był wyrazem dzielącej ich więzi, niemalże naturalną częścią ich koegzystencji. Teraz… Teraz nie potrafiła skupić się nad tym, by doszukiwać się interpretacji. Pozwoliła się sobie zatrzymać na tej chwili, odczuwając coś na kształt ulgi i piekącego uczucia tęsknoty za każdym dniem, który minął, a go nie wykorzystali.
Kolejny raz pokręciła głową, czując na sobie jego ciężar. Dłonie uniosły się w trudnym do zidentyfikowania geście.
Nic się nie stanie.
Wszystko będzie w porządku.
Miała dość powtarzania sobie tego raz po raz. Mogło być dobrze. Mogło być źle. Czuła moc tych skrajnie różnych sił. Była nadzieja, mogło być jeszcze kiedyś dobrze, warto więc było starać się być lepszym. Mogło być źle, gorzej, tragicznie. To popychało do chwil takich jak ta. Świadomość, że mogło nie być kolejnego takiego wieczoru, że ich mały świat mógł rozpaść się każdego dnia. Czy chcieli, aby był taki jak dotychczas? Zamknięty w milczeniu, mijaniu się jak dotychczas. Gdy faktycznie, fizycznie mogli stracić siebie nawzajem. Czy jeśli jutro miał nie wrócić już tutaj, to wybaczyłaby sobie to w jaki sposób wyglądały ich ostatnie miesiące?
Dłonie opadły na jego klatkę piersiową, w miejscu gdzie gdyby nie skóra, kości, tkanka mogłaby wyczuć bicie jego serca. Spojrzenie przez chwilę badało ten gest, skupiając na nim całą uwagę, nie potrafiąc zdobyć się na to, aby sięgnąć jego oczu. - Więc po prostu nie róbmy tego - powiedziała ciężko. Wiedziała. Łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Łatwiej było nadać słowom siły sprawczej niż faktycznie nią być. - Po prostu przestańmy. Wiem, że problemy nie znikną. Wiem, że to wszystko co nas różni nie przestanie istnieć, ale na Merlina, nie chcę być daleko stąd i zastanawiać się co się z tobą dzieje, zamiast po prostu zapytać. Zobaczyć się z tobą. Nie chce każdego dnia zastanawiać się czy mnie nie… - palce na chwilę zacisnęły się na materiale koszuli, próbując odnaleźć słowo, którego tak bardzo potrzebowała. W jakiś sposób nienawidzisz? Nie szanujesz? Nie wierzysz we mnie? - Nie chcę, żeby to, że odejdę oznaczało, że cię stracę.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Łazienka na piętrze [odnośnik]30.09.21 20:29
« Mądrzy ludzie nie potrzebują rady, głupcy jej nie przyjmą. »
.. Tak?
Nie wiedział, dlaczego i w jaki sposób to wszystko nagle zmieniło swoje ułożenie. Cała dynamika sytuacji po prostu przemieniła się, przenosząc intensywność z zapomnianej już walki z zapchaną umywalką na ich samych. Na emocje, jakie między sobą właśnie współdzielili, jak i te, jakie nosili we własnych wnętrzach. Wcześniej ukrywane szczelnie nawet przed nimi samymi, teraz zdawał się, aż wylewać poprzez przepełnioną czarę własnych granic. Być może gdyby Roselyn nie zaczęła mówić, gdyby nie podjęła tematu, nic nie zostałoby odkryte. Zapewne zamknąłby za sobą drzwi, zostawiając ją samą razem z możliwością spokojnej kąpieli. Zawahałby się jeszcze przed odejściem, wpatrując się w klamkę i dywagując nad ich rozpadającą się relacją, lecz finalnie uznałby to za zbytnie wtrącanie się. Odgłos jego kroków byłby słyszalny jeszcze jakiś czas, zanim zniknąłby całkowicie. A on zostałby z dziwnym, gorzkim posmakiem na języku przypominającym o jego głupocie. Kolejny stracony moment. Kolejny stracony bezpowrotnie dzień. Rozminięcie się i odsunięcie granicy jeszcze dalej od siebie nawzajem. Możliwe, że po tej nocy już nigdy nie wróciliby do tego, jacy byli niegdyś. Nigdy nie odezwaliby się do siebie, próbując naprawić to, co zaprzepaszczone. Być może nigdy niedane byłoby im się już spotkać. Być może wszystko zostałoby utracone...
Tak się jednak nie stało i to za sprawą jedynie odwagi zebranej w postaci drobnej czarownicy. To ona poprowadziła ich oboje tam, gdzie bali się spojrzeć od miesięcy. A tak naprawdę bali się spojrzeć na siebie nawzajem. I nie tak pochopnie z niewiadomą wypisaną na twarzach. Teraz widząc wpatrujące się w niego w niemym wyczekiwaniu znajome oczy, przeraził się, jak bardzo były poranione. Poranione przez niego. Było w nich jednak coś więcej. Coś, czego się nie spodziewał znaleźć. Widział prawdziwie żarliwą tęsknotę, jakiej sądził się nigdy już nie dostrzec. W końcu skrzywdził ją swoimi słowami, swoim odtrąceniem, swoim dystansem tak bardzo, że ciężko było mu wierzyć, iż wciąż tliły się w kobiecie te wszystkie emocje. Korelujące z tymi zamieszkałymi w jego wnętrzu. Myślał, że zgasły. Że pozbył się ich na zawsze i nie w sobie samym, lecz w niej. Mylił się. Tak bardzo się mylił. Tworząc między nimi mur, wcale niczego nie polepszał. Karał ją za to, że raniły go wspomnienia ukrywanych tajemnic. Tajemnic, które już dawno przestały być tajemnicy, bo nie musiała nic mówić, by wiedział. By po prostu... A jednak gdy już się odsunął, nie potrafił wrócić. Zbyt zraniony i świadomy, że zranił i ją samą. Dlatego też, gdy tylko się odezwał; gdy ona powiedziała krótkie tak, wszystko jakby przestało w ogóle istnieć. Na ten jeden moment po prostu zawieszone gdzieś w przestrzeni, której nie potrafił nazwać, a przynajmniej nie umiał nazwać w relacji z Roselyn. Nigdy w końcu nie pojawiła się podobna bańka trzymająca ich z daleka od reszty świata. Zawsze byli blisko, współdzieląc aktualny stan rzecz. Nie będąc zaś poza nim... Badając jej twarz, sądził, że to wszystko będzie przypominało dawne dni. Na chwilę zatonięcie we własnej bliskości, którą znali z taką łatwością pomimo wmawianych im społecznych i kulturowych oczekiwań. Wtedy, ale teraz... Mylił się. To w ogóle nie przypominało tego, co czuł niegdyś. Było inne, nieznane. Nieznane w stosunku do Roselyn. Czuł się tym faktem zdezorientowany, jednak jeszcze nie w ten zbijający z tropu sposób. Nie zastanawiał się też. Jeszcze nie. Za bardzo przytłumiony bodźcami bombardującymi go w danym momencie. Ciężar jej dłoni na jego klatce piersiowej — chociaż delikatny — wydawał się znaczny. Nie w ciążący sposób, a... Zauważalny. Zupełnie jakby odbierała mu tym samym całą siłę, jaka w nim pozostała. Czuł zimno jej dłoni. Sam nie wiedział też kiedy, trzymane przez niego rzeczy znalazły się z powrotem na ziemi, a gdy kobiece słowa ledwo skończyły się, oplótł wolną ręką sztywne od chłodu palce dłoni zaciśniętej na materiale jego ubrania. Nie chcę każdego dnia zastanawiać się, czy mnie nie… Nie wiedział dokładnie, co chciała powiedzieć, ale jedynie w odpowiedzi uścisnął mocniej swoją dłoń na tej należącej do niej. Kiedyś zapewniłby spokojnie i z mocą, że cokolwiek się działo, kochał ją i nie zamierzał przestawać. W tym konkretnym momencie wydawało się to jednak ponad jego siły, a żadne ze słów nie opuściło jego ust, zostając zamkniętymi jeszcze przez krótki moment. W końcu wydawały się tak... Inne. Jak inny rodzaj miłości, nad którym nie był w stanie nawet się zastanawiać, pozostając w tym zawieszeniu odmiennych realiów.
Nie chcę, żeby to, że odejdę, oznaczało, że cię stracę.
Zacisnął powieki, czując, że pięść trzymająca jego gardło wcale nie poluźniła chwytu. - Nie rozumiesz - powiedział głęboko. - Masz mnie. Odkąd byliśmy dziećmi, masz mnie. Skłóceni, szczęśliwi, obok siebie czy daleko za morzem — nieważne. Jestem dla ciebie. Przepraszam, że pozwoliłem ci w to zwątpić. - Umilkł na dłuższy moment, czując, jak jego własne ciało zaczęło drżeć. Z emocji? Z wychłodzenia? Nie miał pojęcia, jednak nie był w stanie powstrzymać drgania mięśni. Rozemocjonowany nie był nawet nadążyć nad gonitwą własnych myśli. Wyznania, jakie się dokonywały w tym całkowicie nieprzygotowanym do podobnych sytuacji miejscu, nabierały pędu, żyły własnym życiem, wypływając na powierzchnię. Zupełnie jakby wraz ze spłynięciem starej wody, nowa, czysta, krystaliczna oczyszczała dawne brudy. A oni wciąż tam stali. W powiększającej się na nowo kałuży ociekających z ich ubrań i włosów kropel. Jayden poruszył się pierwszy, wypuszczając zaciśniętą kobiecą dłoń i przenosząc ją na jej drugi policzek, by odsunąć się delikatnie, rozdzielając ich twarze. Zmusił też niejako tym samym, by i ona spojrzała na niego. Wprost na niego, wpatrzonego w znajome rysy. Znów badającego ich najmniejszy wzór. I chociaż wcześniej to wiedział, złapał się na własnej myśli, jak byłą piękna w tej rozedrganej rozpaczy. Nie chciał widzieć jej takiej, ale równocześnie... - Przepraszam - wyrwało mu się z dolnych partii gardła, gdy trzymał jej twarz w dłoniach. - Przepraszam za to, co mówiłem wtedy na wzgórzach. Zraniłaś mnie tak bardzo. To wszystko... To była za dużo. Gdybym mógł, cofnąłbym czas. Nie uważam i nigdy nie uważałem, że jestem twoim substytutem ojca dla Melanie. Widząc cię z chłopcami, wiem, że nie dałbym rady bez ciebie i nie chcę, żebyś trzymała się na dystans. Nie chcę cię trzymać na dystans. Jesteś częścią ich życia. - Odetchnął, bo mówienie wciąż sprawiało mu trudność. - I mojego. Cokolwiek postanowisz — zostaniemy twoją rodziną. Twoją i Melanie. - Przerwał tylko na chwilę. - Naprawimy to. Nauczymy się znów siebie na nowo. - Wierzył w to. I chciał, by i ona w to wierzyła. W końcu oboje tego chcieli. Oboje chcieli wrócić do tego, co mieli... Prawda?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Łazienka na piętrze
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach