Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Liverpool, 1956 r.
AutorWiadomość
Liverpool, 1956 r. [odnośnik]11.08.21 22:32

Sierpień 1956


Osiem dni. Właśnie tyle była już w Liverpoolu, spędzając dni wśród wszelkich ulicznych grajków, artystów, umilających codzienność mieszkańcom miasta. Zaś wieczory i noce, poświęcając Jemu. Z przelotnego zainteresowania, pozwoliła sobie na sympatię, zbudowaną w zaskakująco krótkim czasie. Wiedziała, że tam, gdzie ona zatrzymywała tę znajomość, kiełkującą w przyjaźń, On chciał zdecydowanie więcej. Powiedział jej to, dwa dni temu po których prawie zniknęła, obawiając się, gdzie to prowadzi i jak mocno wyrwie się spod kontroli. Została jednak po obietnicy, że czegokolwiek by nie chciał, nie weźmie tego siłą, a tylko za jej zgodą. Ufała mu, pierwszy raz od dawna komukolwiek zaufała. Mimo to nie sądziła, że tak długo zagrzeje miejsce gdziekolwiek, że ktokolwiek przekona ją, aby porzuciła na trochę kolejna podróż, następne miasto. To była odmiana, której potrzebowała, chwila odpoczynku, jakim miała się zachłysnąć.
Słońce powoli znikało za horyzontem, kiedy jak zwykle rozsiedli się na swoim miejscu. Wyciągnęła się wygodnie na rozgrzanym sierpniowym słońcem dachu, głowę opierając na męskim udzie. Słuchała przyjemnej melodii, która dźwięczała tuż obok, kiedy jego palce wprowadzały w drganie struny gitary. Podziwiała go za to, że po całym dniu, miał jeszcze chęci, by grać dalej... by grać dla niej. Nie powiedziała mu, dlaczego słucha tak chętnie, dlaczego przymyka oczy, pozwalając sobie na delikatny uśmiech, który nie sięgnąłby oczu, stąd wolała ukryć je za powiekami. Gitara nijak miała się do skrzypiec, ale koiła miło, pozwalała nie wracać do przeszłości, skupić się na tym, co miała obok. A raczej kogo miała obok.
Otworzyła oczy, by spojrzeć w górę na męski profil, gdy wzrok miał utkwiony w gryfie gitary. Uśmiechnęła się nieco mocniej, podobało jej się to skupienie, tak inne od lekkoducha, jakim był w każdej innej sekundzie.- Fałszujesz.- rzuciła cicho, zadziornie. Kłamała i musiał być tego świadom, był w tym za dobry, aby zwątpić w siebie, a przynajmniej miała taką nadzieję.
Podniosła się powoli, by usiąść i delikatnie się przygarbiając, skupić wzrok na zachodzącym słońcu.
Pięknie. Otoczenie skąpane było w miękkiej pomarańczowej barwie, stopniowo ciemniejącej im mniej było światła i im mocniej znać o sobie dawała nadchodząca noc. Zgarnęła długie, gęste loki na prawe ramię, aby odsłonić łabędzią szyję na ostatnie ciepłe promienie, które przyjemnie muskały skórę.
Obejrzała się przez ramię, kiedy zorientowała się w ciszy, jaka zapadła. Brakowało melodii.
- Czemu przestałeś? – spytała z lekkim rozczarowaniem w głosie. Jednak ciemne tęczówki przyjrzały mu się z troską, której dawno nie okazywała nikomu. Przesunęła się powoli, aby siedzieć przodem do niego, mając metr za plecami krawędź dachu. Spojrzała na jego dłonie, by zaraz unieść wzrok na twarz Multona. Na siniak kształtujący się na szczęce, płytką rankę parę centymetrów wyżej. Denerwowała ją, jego porywczość, jak łatwo dawał się prowokować.- Może powinniśmy już wracać do środka? Powinieneś odpocząć po dzisiejszym dniu.- podjęła, ale jak zawsze nie zmuszała do niczego. Miał swój rozum, wiedział czego potrzebował.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Im bardziej chcesz,
tym mniej dostajesz
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Liverpool, 1956 r. VwFYDiA
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]13.08.21 13:53
Liverpool. Kiedy pojawił się tutaj po raz pierwszy, jeszcze jako głupi i naiwny chłopak na utrzymaniu rodziców, nie przypuszczał, że zechce zostać tutaj na dłużej - że będzie to miejsce lepsze od wielu innych, które zdążył lub dopiero zamierzał odwiedzić. A już na pewno nie myślał, że jeszcze wiele miesięcy później, gdy po wszystkim zostanie już tylko mgliste wspomnienie, tak chętnie będzie wracać do niego myślami.
Lubił to miasto.
Lubił jego zatłoczone ulice - pełne artystów, grajków i atrakcji, w których nieprzerwanie znajdował uciechę.
Kochał jego przyjemną i nienachalną atmosferę, przed którą za wszelką cenę starał się uciec, a która nieustannie prześladowała go w Londynie.
Najbardziej jednak kochał związane z nim wspomnienia. Jak mógłby nie kochać, gdy wszystkie kojarzą się z tajemniczą ciemnowłosą pięknością, która choć przez chwilę pozwoliła mu poczuć się jak prawdziwy człowiek - czujący, myślący, nawiązujący szczerze więzi i relacje.
Dlatego tak często wraca tutaj myślami.
Myśli o jej gęstych lokach - o ich zapachu, o kolorze, o mierzwiącej je męskiej posiniaczonej dłoni, w którą od czasu do czasu zaplatała swoją, delikatną i gładką.
Myśli też o tym wspaniałym uśmiechu, tak pięknym i - przynajmniej bardzo chciał w to wierzyć - szczerym, że niemożliwym do zapomnienia.
Z uwielbieniem wspomina też jej brązowe oczy, jej spojrzenie - niby pełne energii i życia, a w rzeczywistości dziwnie puste, zagadkowe, nieodgadnione. Co w nich ukrywała? Co mówiły? Choć wiele razy starał się wyczytać z nich coś więcej, to nigdy nie udało mu się go w pełni zrozumieć.
O wiele więcej dostrzegał w jej głosie, pięknym i melodyjnym, słodkim i dziewczęcym, wręcz kojącym. Lubił jej słuchać: napawał się jej każdym dźwięcznym śmiechem, cichym szeptem czy śmiałą, tudzież nieśmiałą prośbą.
Pozostało mu wspominać - wspominać Liverpool, wspominać jego ciemnowłosą piękność, wspominać wszystkie miło spędzone chwile... Chwile jak ta na dachu, gdy wydawało mu się, że ma wszystko o co mógłby prosić, gdy w rzeczywistości nie miał niczego - a na pewno nie miał swojej wymarzonej Eve Doe, nieuchwytnej jak piękny ptak.
Lubił ten dzień, nawet jeśli był jednym z ostatnich jakie spędził w jej towarzystwie.
Fałszujesz.
Kłamała. Droczyła się. Wiedział o tym, bo był w tym za dobry. Nie fałszował, a już na pewno nie fałszował grając dla niej. Nie mógłby.
Oderwał wzrok od gitary i powoli przeniósł na nią spojrzenie, uśmiechając się przy tym nieznacznie, ale nie odzywając się słowem. Napawał się jej widokiem, bacznie obserwując jak podnosi się i wbija wzrok w zachodzące słońce. Napawał się jej pięknem, jej bliskością i samą chwilą - wszystko wydawało się idealnie, nawet pogoda. Już wtedy wiedział, że zwykła sympatia przeradza się w coś o wiele bardziej niebezpiecznego. Dlaczego? Przecież wiedział, że nic z tego. To ona tutaj rozdawała karty, a on był tylko pionkiem - chłopcem sięgającym za wysoko, niezdolnym do zdobycia tej pięknej i nieuchwytnej Eve Doe.
Zapytała czemu przestał, a on - nagle zbity z tropu, bo nagle zdał sobie sprawę, że nie wie czemu - wzruszył ramionami.
- W końcu fałszuję, no nie? - wyszczerzył się, odkładając przy tym gitarę na bok. Nie chciał już grać - wolał napawać się nią, choć malujące się w jej głosie rozczarowanie podpowiadało mu, że może jednak powinien do tej gry wrócić. Tak jak ona nie lubiła jego porywczości, tak on nie lubił, gdy coś jej nie pasowało. Szczególnie teraz, gdy towarzyszyła mu myśl, że w każdej chwili może go zostawić - odlecieć - bardzo bał się ją zawieść.
I bał się, że na razie tylko ją zawodzi. Zauważył jej spojrzenie - to jak z dłoni przeniosła je na nowe rany - i lekko się skrzywił. Nie lubiła tego. Mówiła mu, a on nie potrafił się powstrzymać.
- Nie, zostańmy jeszcze chwilę. - odparł po krótkiej chwili i odchylił się lekko do tyłu, opierając się przy tym na swoich dłoniach. Głowę skierował zaś w górę, przymykając powieki i chyba po prostu ciesząc się padającym na jego twarz słońcem. Dopiero po kolejnej przerwie, w tej samej pozycji i z zamkniętymi oczami, rzucił:
- Czy wyglądam teraz ponętnie? - zapytał, chyba psując nastrój, ale nie mógł się powstrzymać. Znowu wyszczerzył ząbki i ponownie obdarzył ją spojrzeniem, tym razem połączonym z głupiutkim uśmiechem. - Wiesz, podoba mi się takie życie. - dodał, a przed wypowiedzeniem kolejnych słów mogła zauważyć, że się waha - rozchyla usta i je zamyka, jakby nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Potrafił, ale bał się je wypowiedzieć. I dzięki temu znowu poczuł się niezwykle ludzko - bo się bał, bo czuł ten strach, który od tak dawna mu nie towarzyszył.
I kiedy nabrał już odwagi, pożałował. Co jeśli źle to odbierze?
- Z tobą. To jest... moglibyśmy robić tak częściej. Hm?
Co robić częściej? Siedzieć na dachu, a może razem żyć? Czuł się jak głupi zakochany nastolatek i chyba w jakimś stopniu nim jeszcze był, bo wystarczyło jej jedno spojrzenie, żeby przestał racjonalnie myśleć.
Eve Doe zawróciła mu w głowie.
I w ogóle mu to nie przeszkadzało.
Connor Multon
Zawód : diler
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Ze wszystkich rzeczy ja najbardziej pragnę życia
To dlatego, że je mogę skończyć nawet dzisiaj
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej
gdy patrzę na błędy - widzę mnie
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10363-connor-multon https://www.morsmordre.net/t10413-brawurka#314806 https://www.morsmordre.net/t10411-twoj-wattpadowy-bad-boy#314802 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10419-skrytka-bankowa-nr-2309#314881 https://www.morsmordre.net/t10415-connor-multon#314816
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]14.08.21 16:42
Uśmiechnęła się zdecydowanie mocniej, kiedy podłapał jej słowa, tłumacząc się nimi. Był cwany, lubiła to w nim, jak wiele innych cech, którymi mógł się pochwalić. Często wywoływały uśmiech bądź grymas, śmiech lub gniewne prychnięcie. Potrafił kilkoma słowami wywoływać u niej skrajne emocje. Nie rozumiała do końca, jak to robił, ale też szczególnie nie broniła się przed tym. Sama zaczynała rozmowy, poruszała tematy, które w danej chwili zdawały się interesujące i mierzyła ze skutkami odpowiedzi, jakie uzyskiwała. Dzisiejsza zaczepka była jednak najbardziej niewinna z tych, którymi raczyła go od paru dni.- Nie tak strasznie, by nie dało się słuchać.- odparła pogodnie. Grał czysto, a każda jedna melodia mimo różnych emocji niosących ze sobą, trafiała do niej. Przyjemnie było przymykać oczy i słuchać, obojętnie czy byli tutaj na dachu budynku, czy gdzieś na ulicy pośród innych, gdzie kryła się w tłumie, aby po prostu obserwować go. Miał talent, którego nie mogłaby podważyć, miał coś, czego inni mogli pragnąć, lecz nigdy nie osiągnąć. Gitara pod jego palcami zdawała się, nie tylko zwykłym instrumentem, wydawała się dawać z siebie więcej. Nie potrafiła tego określić, ale z przyjemnością chłonęła dźwięki i widoki.
Widziała grymas, który pojawił się na jego twarzy, przez chwilę zmartwiła się, że dokuczają mu skutki dzisiejszej bójki. Jednak odpowiedź temu przeczyła, co więc niszczyło jego dobry humor? Nie odważyła się spytać, milcząc przez dłuższą chwilę. Przyglądała mu się z uwagą, gdy wsparł się na rękach, odchylając głowę ku ostatnim promieniom słońca. Był przystojny, ten wniosek wysnuła już w dniu, kiedy się poznali. Miał coś zadziornego w sobie, co przełamywało jej początkową niechęć, a teraz niszczyło liche fundamenty dystansu, gdy próbowała taki stworzyć. Gdyby nie rozsądek, dostałby od niej wszystko, co tylko chciał, nie odmówiłaby mu niczego, szukając nowej rzeczywistości u jego boku. Nowego życia. Jednak za każdym razem, kiedy prawie uginała się, blizna po wewnętrznej stronie dłoni, zdawała się palić, przypominać o obietnicy złożonej innemu.
Zaśmiała się cicho w reakcji na pytanie.
- Oh, bardzo. Jestem pewna, że każda dziewczyna uległaby ci teraz i była na każde skinienie, nie mogąc się oprzeć.- Tylko nie ja. Musiał być tego świadom, Ona była. Mimo to kąciki jej ust nadal unosiły się wyraźnie, tworząc uśmiech na pełnych ustach, chociaż ten dobry humor osłabł nieco. Nie uciekła od niego spojrzeniem, spoglądając w dobrze już znane sobie tęczówki, w których czasami widać było więcej, niż przyznawał. Przechyliła delikatnie głowę, słuchając z uwagą i obserwując nie mniej czujnie. Wahał się, była pewna, że chciał coś dodać, powiedzieć więcej. Zamierzała już dopytać, zachęcić, aby wydusił to z siebie, lecz odezwał się sam. Skuliła nieco ramiona, a cień smutku odbił się w ciemnych oczach, mimo że uśmiech nie ustępował. Przysunęła się bliżej, zmniejszając dystans. Usiadła tuż obok, ramię w ramię, mogąc dzięki temu spojrzeć na widok, który rozciągał się przed nimi. Jednak to nie na krajobraz spoglądała, a na chłopięcy profil.
- Też mi się podoba. Jest spokojnie, beztrosko... prawie zapomniałam, jak to jest.- nie kłamała, nie próbowała nawet. Chociaż często raczyła go drobnym fałszem, tak teraz nie odważyła się. Wyciągnęła dłoń, aby sięgnąć po jego, spokojnie spleść palce ich dłoni, po części zmuszając go do zmiany pozycji.- Chciałabym, ale to nie takie proste. Jeszcze nie. Może nigdy- szepnęła, ale nie dbała czy słowa dotarły do niego, czy rozumiał, co kryło się pod nimi i na co mu odpowiadała. Odkąd byli tutaj razem, nie powiedziała mu wszystkiego, dawała ochłapy historii, nic nieznaczące fakty, których nie dało się poskładać w całość przez ilość luk.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Im bardziej chcesz,
tym mniej dostajesz
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Liverpool, 1956 r. VwFYDiA
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]14.08.21 21:07
Odwzajemnił uśmiech, a kolejną zaczepkę skwitował krótkim parsknięciem. Lubiła się droczyć, naprawdę lubiła się droczyć, a jemu naprawdę bardzo się to podobało. Była dziewczęca i zadziorna, delikatna i stanowcza... nietuziknowa. Dlatego tak bardzo ją lubił - dlatego Eve Doe miała nad nim pełną kontrolę.
- Och, cóż za łaskawość... - odparł przesadnie formalnym tonem, ponownie oddając się przyjemności jaką dawało mu zachodzące już słońce, coraz szybciej skrywające się za horyzontem. Choć wtedy wierzył, a przynajmniej bardzo chciał wierzyć, że zobaczy z nią takich zachodów tysiące, to teraz - gdy wiedział już, że był to jeden z ostatnich - oddałby wszystko, żeby bardziej się wszystkiemu przyjrzeć. Przyjrzeć się jej błyszczącym włosom, oczom, całej twarzy i sylwetce... przyjrzeć się promieniom słońca, niebu... chciał nawet poczuć ten pojedynczy powiew wiatru, który musnął ich skóry, na krótką chwilę jeżąc włosy na karku, który wtedy wydawał się nieprzyjemny, niepożądany. Wtedy nie chłonął wszystkich szczegółów. Nie chwytał chwili.
A powinien! Powinien był bacznie ją obserwować, gdy wykonywała choćby najbardziej prozaiczne czynności - gdy posyłała mu spojrzenia, gdy reagowała śmiechem na nawet najsłabsze żarty, gdy po prostu była. Ale wtedy nie zdawał sobie sprawy z ulotności tych chwil, z niczego nie zdawał sobie sprawy - był nią na tyle owładnięty, że choć bardzo się tego obawiał, to jednocześnie nie wyobrażał sobie, że kiedyś się to skończy. Nie mogło, prawda? Eve ciągle dawała mu do zrozumienia, że nic z tego, ale on nie do końca przyjmował tę informację do głowy. Na jej odpowiedź zareagował śmiechem, choć był raczej wymuszony. Wiedział, że nie mówi o sobie - łudził się, ale wiedział.
Obserwował ją, gdy rzucała mu te nieodgadnione spojrzenie, gdy zmniejszała dzielącą ich odległość. Dystans był za krótki i choć bardzo chciałby ukrócić go jeszcze bardziej, to zacisnął tylko usta w wąską linię i odwrócił od niej głowę, spojrzenie zaś kierując w niebo, jakby zobaczył tam coś godnego uwagi. Nie protestował, gdy splątała ich dłonie, choć przez to bardzo miał ochotę ponownie na nią spojrzeć, jeszcze mocniej ukrócić ten dystans, jeszcze raz obejrzeć jej piękno. Z trudem utrzymał wzrok wbity w niebo.
Mimo że obserwowała jedynie jego profil, to mogła zauważyć jak zareagował na jej ostatnie słowa. Krótki grymas na twarzy, niekontrolowane przełknięcie śliny i nagłe rozerwanie wiążącego ich dłonie splotu. Drugą ręką złapał za butelkę czerwonego wina, którego upił znaczną ilość - uznał, że to mu pomoże.
- Może nigdy. Rzeczywiście, dużo mamy do stracenia, tak dużo nas powstrzymuje. - odpowiedział wreszcie z wyraźnym wyrzutem w głosie. Nie chciał tego tak bardzo okazywać, zrobił to niekontrolowanie, ale nie żałował. Wiedział, że zachowuje się jak obrażalski piętnastolatek, ale chyba dużo w nim z tego piętnastolatka jeszcze zostało - jakoś nie miał czasu, żeby dorosnąć. Był dużym dzieckiem i teraz to z niego wychodziło. Chyba pierwszy raz w życiu nie dostawał na tacy czegoś, czego zapragnął. - Ale może masz racje. Szybko by się nam znudziło. Zresztą, na pewno masz wiele na głowie. - dodał, a w jego głosie wciąż mogła wyczuć nutę goryczy, tym razem wymieszanej z słyszalnym przy ostatnim zdaniu sarkazmem. Wziął kolejnego dużego łyka, po którym przekazał butelkę Eve, ciągle unikając jej spojrzenia.
Chyba w tamtej chwili wszystko w niego uderzyło. To że choć on należał do Eve Doe, to Eve Doe nie należała do niego. I nigdy nie będzie należeć. Była zbyt nieuchwytna, niemożliwa do zdobycia dla chłopaka jak on. Zrozumiał też, że zasługiwała na coś lepszego, że on nie potrafił nawet jej zrozumieć, że przecież nie radził sobie sam ze sobą. Twarz znowu wykrzywił mu nieprzyjemny grymas, bo naprawdę to do niego dotarło. I chyba po raz pierwszy od dawna był naprawdę smutny.
Zapadła krótka cisza w trakcie której z kieszeni wyciągnął skręta z diablim zielem, zaraz podpalając go i wdychając nieprzyjemnie łaskoczący gardło dym, następnie zaś przekazując papierosa towarzyszce. Chyba potrzebował odprężenia, a skoro Eve chwilowo przestała być jego źródłem, to w zasięgu miał tylko to.
- Przed czym uciekasz, Eve? - zapytał wreszcie, może głupio, ale męczyło go to.
Connor Multon
Zawód : diler
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Ze wszystkich rzeczy ja najbardziej pragnę życia
To dlatego, że je mogę skończyć nawet dzisiaj
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej
gdy patrzę na błędy - widzę mnie
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10363-connor-multon https://www.morsmordre.net/t10413-brawurka#314806 https://www.morsmordre.net/t10411-twoj-wattpadowy-bad-boy#314802 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10419-skrytka-bankowa-nr-2309#314881 https://www.morsmordre.net/t10415-connor-multon#314816
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]17.08.21 21:20
Czuła uśmiech który, nawet jeśli słabł na moment, ciągle unosił kąciki ust. Nie potrafiła długo smucić się w jego towarzystwie, każdym gestem czy słowem sprawiał, że miała ochotę śmiać się w najbardziej beztroski sposób. Nawet jeśli często, brakowało tej lekkości i mimo sytuacji, nie potrafiła wzbudzić w sobie takiego uczucia do końca. Faktem jednak było, że lubiła się z nim drażnić, czerpała z tego satysfakcję, kiedy dostrzegała reakcje. To było zwyczajnie miłe, odstresowujące.
Przyglądała mu się z uwagą, spojrzeniem błądziła po męskim profilu, kiedy odwrócił od niej głowę. Ciemne tęczówki przygasły, lecz tego nie mógł dostrzec. Raniła go, czasami nieumyślnie, częściej jednak, aby zniechęcić. Nie powinien chcieć od niej nic, wiedział przecież, dlaczego nadal była obok, co przekonało ją do zaryzykowania. Tamta obietnica i nic ponadto. Sympatia była miłą odmianą, nie bała się okazywać mu tego, lecz nawet w porywie chwili, nie mogła pozwolić, aby postawione granice zostały przekroczone. Obiecała wierność innemu, nie chciała tego łamać, zniszczyć do końca. Zacisnęła delikatnie dłoń na jego, gdy pozwolił na ten dotyk. Zamierzała zamknąć jego rękę we własnych dłoniach w czulszym geście, jednak słowa, które wypowiedziała przed momentem, były najwyraźniej zbyt ostre. Obserwowała ten grymas, krótkie spięcie mięśni nad czym nie zapanował. Przypatrywała się, jak grdyka porusza się powoli, gdy przełykał ślinę w nerwowym odruchu.
Spuściła wzrok na swoją dłoń, kiedy pozostała pusta. Zacisnęła mocno szczęki, czując delikatny ból rozchodzący się po żuchwie, ale milczała. Musiała mierzyć się z jego złością, chociaż czy na pewno była to tylko złość? Westchnęła cicho, nerwowo przesunęła czubkiem języka po ustach.
Spojrzała na niego znów, gdy tylko odezwał się.
- Wiesz, że nie mogę.- na ile wiedział? Na tyle na ile powiedziała dotąd, a zdradziła zbyt mało, by miał świadomość. Nie miała wątpliwości, że powinna powiedzieć więcej, wyjaśnić wszystko, ale nadal próbowała trzymać go na dystans, nie mieszać w tragedię, która w żaden sposób go nie dotyczyła. Mimowolnie zmarszczyła lekko nos w tym najbardziej charakterystycznym dla niej grymasie, kiedy słyszała coś, co zdecydowanie nie przypadało jej do gustu. Teraz nie spodobały się słowa, gorycz i sarkazm rozbrzmiewający na ostatnich słowach. Patrząc na chłopaka, czuła cień irytacji, bo nie znudziłby się szybko... nie On. Może prędzej Ona jemu? W końcu, co miała do zaoferowania? Wszystko, co miała, było niczym. Poza charakterem, którego wielu mogło nie znosić i smukłym ciałem, była panną bez niczego. Taką jak wiele innych, a nawet nie. Jako cyganka w oczach wielu, posiadała jeszcze mniejsza wartość. Jednak to wiedział, przypadek sprawił, że odruchowo sięgnęła po język, który dla anglików pozostawał obcy, lecz dla Romów, był często głównym.- Nie mów tak.- szepnęła w końcu, kiedy uświadomiła sobie, jak długo milczała.- Dlaczego chcesz to komplikować? – spytała równie cicho, znów odrobinę kuląc ramiona. Zamknęła palce na szyjce podanej butelki. Bez wahania wypiła kilka większych łyków, naiwnie wierząc, że to pomoże uspokoić chaos w myślach. Odstawiła butelkę na bok, zerkając na Connora, gdy jeszcze raz grymas pojawił się na jego twarzy. Zdławiła w sobie dziwną chęć, aby przeprosić go... nie miała za co, wiedział przecież. Od początku wiedział na co się pisze i nikt go nie zmuszał. Wystarczyło słowo, aby ich drogi rozeszły się.
Spojrzała na skręta podanego przez chłopaka, domyślała się co to i dobrze wiedziała, jak działa. Może to nie był zły pomysł? Zwłaszcza kiedy w głowie zaświtała jej myśl, lecz brakowało odwagi, przez świadomość, że znów go zrani. Dym wypełnił płuca na moment, osiadł w nich w ten drażniący sposób, zanim szara chmura zebrała się tuż przed nią. Charakterystyczny zapach diablego ziela unosił się w powietrzu. Oddała mu papierosa, nie mając wątpliwości, że to jemu przyda się bardziej odprężenie.
- Przed przeszłością...- odparła bez wahania. Powtarzana wielokrotnie odpowiedź, stała się odruchem.- I gnam ku przyszłości, chociaż nie wiem, co przyniesie, gdy stanie się teraźniejszością.- dodała, uzupełniając o słowa, które usłyszała kiedyś. Przeniosła ciemne spojrzenie na chłopaka, znów wędrując tęczówkami po znanej sobie twarzy. Wypuściła powoli powietrze z płuc, próbując zebrać w sobie odrobinę odwagi. Sięgnęła dłonią policzka chłopaka, by obrócić jego głowę w swoją stronę i w końcu skrzyżować wzrok. Pochyliła się powoli, jakby dawała mu szansę na wyrwanie, gdy oczywistym było, co zamierzała zrobić za chwilę. Pozwoliła, aby usta spotkały się w pocałunku, początkowo spokojnym, wręcz ostrożnym. Zsunęła dłoń z męskiego policzka na kark i wyżej, wsuwając w krótkie włosy na potylicy. Na kilka minut pozwoliła tęsknocie wyrwać się spod kontroli, pasji wyznaczyć tempo, zanim wrócił rozsądek. Zimny wiatr muskający odsłoniętą skórę działał wyjątkowo trzeźwiąco, więc odsunęła się, cofając dłoń od niego.- Tylko tyle możesz dostać. Wystarczy ci to? Dlaczego nie poszukasz dziewczyny, która może dać ci wszystko? – spytała z cieniem wahania, świadoma jak okrutna w tej chwili jest.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Im bardziej chcesz,
tym mniej dostajesz
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Liverpool, 1956 r. VwFYDiA
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]20.08.21 22:43
Connor bardzo dobrze czuł na sobie czujne spojrzenie dużych brązowych oczu - to jak wodzą po jego profilu, po jego sylwetce, potem jak nagle zostaje spuszczone (na pustą dłoń, ale tego nie mógł wiedzieć) w dół. Przez cały czas ten walczył z własnymi myślami, które podpowiadały mu jedno - żeby też na nią spojrzał, żeby skrzyżował z nią wzrok... Bardzo chciał zobaczyć, co takiego się w nich kryje, ale jednocześnie wiedział, że nie może. Co więc czuła Eve Doe? Czy była zirytowana, bo zachowywał się jak obrażony nastolatek? A może mu współczuła, bo zdawała sobie sprawę, że sam zaczyna rozumieć, że nic z tego.
Myśl, że Eve Doe nie będzie z nim zawsze i wszędzie napawała go dziwnym przerażeniem, ale... czego oczekiwał od młodej dziewczyny, którą przypadkiem poznał w Liverpoolu? Co on sobie wyobrażał? Myślał o tym intensywnie, wpatrując się przy tym w ciemniejące niebo, wyglądająć tak jakby jej nie słuchał, choć słuchał doskonale. Zresztą, słabo się z tym ukrywał - na jej kolejne słowa reagował słyszalnym przełknięciem śliny czy doskonale widocznym grymasem.
No właśnie. Dlaczego chciał to komplikować? Sam nie znał odpowiedzi. Przecież było dobrze. Było dobrze, ale do czasu, gdy nie zapragnął Eve bardziej, mocniej niż wtedy, gdy zobaczył ją pierwszy raz na ulicy. Nagle wydało mu się, że wszystko byłoby prostsze, gdyby wcale jej nie poznał. Pewnie spędziłby tu dwa tygodnie i wrócił do Londynu, nie myśląc o cygańskiej dziewczynie, która skradła mu serce i tak brutalnie uświadomiła, że nic z tego nie będzie, że on jej serca nie ma. A z drugiej strony cieszył się - cieszył się, że ją poznał, że mógł z nią tutaj siedzieć i rozmawiać. Eve Doe wniosła do jego życia wiele miłych chwil, ale okrutnie uświadomiła go w fakcie, że wkrótce - podobnie jak ona - staną się tylko wspomnieniami.
Najgorzej znosił świadomość, że nie mógł z tym nic zrobić. Eve odpowiedziała, że ucieka nie tylko przed przeszłością, ale i przyszłością... Myślał chwilę nad tymi słowami, nagle zdając sobie sprawę, że jest jeszcze bardziej obca niż mu się wcześniej wydawało. Dlaczego poczuł coś do całkiem obcej Eve Doe? Dlaczego miała na niego tak duży wpływ? Do tej pory chciał się tylko bawić, teraz chciał bawić się ze wspaniałą Eve, ale tego dostać nie mógł. Wszystko się zmieniało - wszystko przez nią, ale nie potrafił jej za to winić. To on był sobie winny.
Nagle poczuł jej dłoń na policzku. Odwrócił się do niej, krzyżując tym samym spojrzenia i pozwalając na pocałunek, który z pewnym ociąganiem odwzajemnił. Automatycznie przymknął powieki, dłonią wędrując gdzieś w okolicach jej karku, ale nawet Eve mogła wyczuć, że to nie ten sam pocałunek, którym obdarzyłby ją jeszcze godzinę temu. Pomijając fakt, że usta miał suche od odwadniającego połączenia diablego ziela i alkoholu, to cały ten pocałunek - przynjamniej ze strony Connora, choć pewnie i Eve nie czuła się w nim w pełni swobodnie - był nudny, trochę wymuszony.
Najbardziej dobijające były jej słowa, które były okrutnie prawdziwe. Dlaczego nie mógł poszukać dziewczyny, która dałaby mu wszystko? Dlaczego tak bardzo pragnął Eve Doe?
- Bo tylko ty możesz dać mi wszystko. - powiedział, chyba trochę nieświadomie, bo pierwotnie nie chciał, żeby to usłyszała, wolał trzymać te słowa w głowie. Nie był przyzwyczajony do tak otwartego wyrażania swoich uczuć - nie lubił o nich mówić, ale przy niej zdania płynęły samoczynnie, niekontrolowanie.
Nie powinien się tak otwierać. Nie powinien mówić takich rzeczy - nie lubiła tego Eve i nie lubił tego sam Connor. Odchrzaknął więc nagle i przywołał na buźkę szeroki uśmiech, chyba próbując rozluźnić gęstą atmosferę.
- Ale dzisiaj ze mnie romantyk, hm? - zaśmiał się, odpalając ponownie skręta, bo zdążył zgasnąć i ponownie wypełniając swoje płuca nieprzyjemnym drapiącym dymem. - No, w każdym razie... Gdzie zamierzasz teraz uciec, Eve? - dodał nienaturalnie wesołym głosem, ale naprawdę nie chciał ciągnąć dłużej tematu, który nie napawał go niczym poza tym beznadziejnym poczuciem bezradności. Musiał więc przestać o tym myśleć, co za tym idzie - przestać o tym mówić. - Niedługo pewnie skończą ci się możliwości, zresztą tak jak i mi. Ja celuję w Rzym, a ty? - dokończył więc, celując w nieco przyjemniejszy temat.
Connor Multon
Zawód : diler
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Ze wszystkich rzeczy ja najbardziej pragnę życia
To dlatego, że je mogę skończyć nawet dzisiaj
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej
gdy patrzę na błędy - widzę mnie
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10363-connor-multon https://www.morsmordre.net/t10413-brawurka#314806 https://www.morsmordre.net/t10411-twoj-wattpadowy-bad-boy#314802 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10419-skrytka-bankowa-nr-2309#314881 https://www.morsmordre.net/t10415-connor-multon#314816
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]14.09.21 19:34
Budząc się rano, otwierając oczy na kolejny dzień, nie sądziła, że jego końcówka będzie taka. Naznaczona echem bójki w jaką wdał się Connor i ciężkiej rozmowy, przez którą najwyraźniej musieli przebrnąć. Nie lubiła wałkowania tych samych tematów, przechodzenie przez wnioski, jakie zostały już wyciągnięte. Miała wrażenie, że już zrozumieli się w tej kwestii, uświadomiła na samym początku, czego nie może oczekiwać. Mimo to siedzieli tu znów, patrząc na siebie i zaraz uciekając wzrokiem. Mówiąc i milknąc, kiedy emocje wyrywały się, obnażały słabość. Irytowała się na niego, ale dlatego, że naprawdę go polubiła. Nie chciała wodzić go za nos, mamić gestami, a później odtrącić najbrutalniej jak się da. Czuła się dobrze w jego towarzystwie, jakby znalazła się na swoim miejscu, chociaż nie obok tego chłopaka, przy którym powinna.
Błądziła wzrokiem po jego sylwetce, zatrzymując się na chwilę na jego twarzy, spiętych ramionach, dłoniach dzierżących skręta i przytrzymujących butelkę wina. Nie chciała mu tego robić, być powodem takiego stanu. Ciche westchnięcie wyrwało się z pełnych ust, kiedy odwróciła głowę, by spojrzenie utkwić gdzieś w otoczeniu. Piękny widok łagodził ukłucie poczucia winy, które dopadło ją niespodziewanie. Decyzja, którą podjęła chwilę później, nie okazała się mądra. Może to tylko impuls, który próbowała ubrać w rozsądek? Cokolwiek to było, popchnęło ją w jego stronę. Pocałunek był, nie taki, jak powinien. Nie zauważyła tego od razu, lecz kiedy tylko dotarło do niej, jak bezemocjonalny i leniwy się okazał, nie cofnęła się raptownie. Dała mu tę chwilę, moment posmakowania tego, czego więcej nie powinien dostać. Dostał szansę, której najwyraźniej nie chciał zachłannie wykorzystać, odebrać, co oferowała w tej krótkiej chwili.
Patrzyła na niego z uwagą, kiedy skontrował jej słowa. Wiedziała, że coś podobnego może usłyszeć, a jednak poczuła się jeszcze gorzej. Rozchyliła lekko usta, ale ciche przeprosiny nie padły, nie mogła ich z siebie wydusić. Pozostawienie go zranionego, było rozsądniejsze, miała tego świadomość, ale wcale nie poprawiło to jej samopoczucia w tej jednej chwili.
- Nic nie mogę, nic nie mam. Jestem nikim, Connor. Na świecie masz wiele wartościowszych dziewczyn.- przypomniała mu. Wraz ze stratą całej rodziny, całego taboru, przestała czuć się kimś, kto cokolwiek może zdziałać. Nie miała za sobą nikogo, była sama, zdana na siebie i ostatnie miesiące dobitnie pokazywały, że nie radziła sobie. Nerwowym ruchem potarła palcami blizny na lewym nadgarstku, kolejna rzecz o której nie powiedziała nic. To było zbyt świeże, zbyt niewygodne, aby roztrząsać się nad popełnionymi błędami.
- Okropny, aż Cię nie poznaję.- odparła, wymuszając uśmiech i pogodny ton. Przystała na niewypowiedzianą prośbę o zmianę tematu, odwrócenia uwagi. Oboje tego potrzebowali, Słowa, jakie padły, to było zbyt wiele na jeden, niełatwy dzień.
Zapatrzyła się znów, gdzieś przed siebie, by zaraz korzystając z okazji, ponownie wyciągnąć się na rozgrzanej powierzchni dachu. To ciepło było czymś, czego właśnie potrzebowała. Nie pochodziło od drugiej osoby, nie niosło skrępowania, a zwyczajnie było.
Wbiła wzrok w ciemniejące stopniowo niebo.
- Dalej w kierunku Londynu, ale po drodze mam jeszcze parę miejsc, które chcę odwiedzić.- potrzebowała drobnego przerywnika, odskoczni, dlatego nie zmierzała prosto do stolicy. Korygowała obraną trasę, chociaż mogło nie być to zbyt mądre.- Jeśli nie znajdę niczego w stolicy... zagrzej dla mnie miejsce w Rzymie.- rzuciła, zerkając na niego przelotnie. Wtedy już nic nie będzie trzymało jej w Anglii. Nigdy nie była za granicą, nie opuściła Wysp, a to brzmiało, jak dobra okazja. Dołączyć do Niego.- Jeśli będziesz chciał... wtedy zaczniemy od nowa.- dodała z cieniem niepewności w głosie.



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Im bardziej chcesz,
tym mniej dostajesz
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18/55
SPRAWNOŚĆ : 7/0
Genetyka : Czarownica
Liverpool, 1956 r. VwFYDiA
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Liverpool, 1956 r. [odnośnik]22.09.21 5:03
Wiedział, że ją męczy.
Rozumiał, że nie chciała więcej o tym rozmawiać, że nie czuła się komfortowo tłumacząc mu po raz kolejny, że nic z tego nie będzie, że powinien o niej zapomnieć i brnąć dalej - szukać innej, lepszej, tej idealnej. I chociaż bardzo chciał, żeby nie musiała się dłużej męczyć, to nie potrafił przestać pytać - nie teraz, gdy była tak blisko, gdy wydawało mu się, że jest na wyciągnięcie ręki. Wierzył, że zbywała go ze strachu, może z niepewności - nie dlatego, że wiedziała, że nic z tego nie będzie. Nie wiedział nawet jak bardzo się mylił, ale czy sam się w to wszystko nie wpakował? Zbyt wiele sobie wyobrażał, zbyt wiele obiecywał, zbyt dużo myślał... zupełnie niepotrzebnie, bo miał do czynienia nie z pierwszą lepszą cygańską dziewczyną, a z nieuchwytną Eve Doe.
- Też nic nie mam, też jestem nikim. - odparł tylko, jakby ze złudną nadzieją, że w czymś ją uświadomi, choć jednocześnie wiedział, że sprawa jest przegrana.
Nie było szans. Brzmiało to brutalnie, ale zaczynał rozumieć, że w istocie nigdy nie będzie blisko, że na pewno nie zostanie z nim na zawsze. Zrozumiał to, a ona na pewno to wychwyciła - w uciekającym spojrzeniu, tym leniwym i jakby wymuszonym pocałunku, w grymasie jaki wykrzywił naznaczoną śladami bójki twarz.
Tracił ją - tracił ją od dawna, ale dopiero w tej chwili to do niego docierało.
Skoro ją tracił, to czy rzeczywiście powinien się tak na nią wściekać? Przecież nic mu nie zrobiła. Po prostu go nie chciała, nie mogła z nim być - z sobie znanych tylko powodów, ale nie mogła. Musiał to zrozumieć.
Musiał się otrząsnąć. Wyrzucił niedopalonego skręta i wziął kilka kolejnych łyków wina, bo znowu zaschło mu w gardle. Zaraz jednak odłożył butelkę i po raz pierwszy od dłuższej chwili wrócił wzrokiem do wylegującej się na ciepłym dachu dziewczęcej sylwetki.
- Co chcesz znaleźć w stolicy? Pracę? Londyn jest nudny. - wzruszył ramionami, choć zainteresowało go, czego tak naprawdę szuka Eve. Nie mówiła o tym dużo, właściwie nie mówiła nic, co pomogłoby mu ją zrozumieć. A może właśnie nie powinien jej zrozumieć? Ciągle dawała mu do zrozumienia, że nic z tego - może serio powinien skupić się na tu i teraz? Chyba.
Tak mu wszystko podpowiadało. Zdecydował się więc zignorować wyczuwalną w głosie Eve niepewność i zamiast drążyć psujący atmosferę temat, zająć ich myśli czymś przyjemniejszym.
- Jasne, razem podbijemy Rzym. Zobaczysz, przy odrobinie szczęścia zostanę twarzą jakiegoś włoskiego odpowiednika Czarownicy... Spokojnie, postaram się cię w to wkręcić. No, a jeśli w tym czasie będziesz w Londynie, to będziesz mogła chwalić się, że twój znajomy jest znanym celebrytą włoskiej społeczności czarodziejów. Bajka, no nie? Odnalazłbym się w tym. Myślisz, że pasowałbym na okładkę? - dopytał i zapozował jak rasowy model, patrząc w niebo z jakąś udawaną głębią, a zaraz potem parskając śmiechem, bo cała ta wizja wydawała się co najmniej absurdalna.
No i tak sobie z tą Eve Doe siedział, teraz już nie uciekając od niej wzrokiem i w sumie to tylko się śmiejąc, bo tyle mu zostało - śmiech. Na chwilę zapomniał nawet o jej słowach - sukces, no nie?
Connor Multon
Zawód : diler
Wiek : 21
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Ze wszystkich rzeczy ja najbardziej pragnę życia
To dlatego, że je mogę skończyć nawet dzisiaj
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 25
Genetyka : Czarodziej
gdy patrzę na błędy - widzę mnie
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10363-connor-multon https://www.morsmordre.net/t10413-brawurka#314806 https://www.morsmordre.net/t10411-twoj-wattpadowy-bad-boy#314802 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10419-skrytka-bankowa-nr-2309#314881 https://www.morsmordre.net/t10415-connor-multon#314816
Liverpool, 1956 r.
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach