Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Kuchnia
AutorWiadomość
Kuchnia [odnośnik]18.08.21 18:52

Kuchnia

Choć wyposażenie ma swoje lata, kuchnia to schludne i zadbane pomieszczenie. Czasem zdarzy się, że w misce z wodą moczą się patelnie i garnki, widać jednak, że ktoś dba w nim o względną czystość. Pod jednym z okien stoi mały stolik, jakby osoba w nim mieszkająca nie miała zbyt wielu gości, zwykle stoi na nim dzbanek z kwiatami, w większości zasuszonymi, choć od czasu do czasu można zastać je całkiem świeże i żywe. Naprzeciwko stolika stoi kuchenka węglowa, używana może nie regularnie, ale na pewno niepokryta kurzem. Pomiędzy nimi pod ścianą stoją różne szafki i szafeczki na różne kuchenne sprzęty i produkty. Niedaleko kuchenki stoi także mały składzik drewna i węgla. Pomieszczenie oświetla lampa naftowa, wisząca pod sufitem oraz druga, stojąca na stoliku.
Jackie Rineheart
Zawód : Wiedźmia Strażniczka i najemniczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And suddenly life wasn't about living. It was about surviving.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10316-jackie-n-rineheart https://www.morsmordre.net/t10385-ansgar https://www.morsmordre.net/t10386-one-woman-army https://www.morsmordre.net/f388-lancashire-fleetwood-kent-st-12 https://www.morsmordre.net/t10384-skrytka-bankowa-nr-2299 https://www.morsmordre.net/t10383-jackie-rineheart
Re: Kuchnia [odnośnik]24.08.21 16:50
6 stycznia 1958

Zimowe widoki zdecydowanie lepiej prezentowały się, gdy spoglądało się za nie zza okna, niż gdy stało się na ziąbie, nawet opatulonym po same uszy. Jackie i tak była odporna na zimno, przez co nawet teraz nie musiała nosić na zewnątrz zbyt wielu warstw, ba, można było powiedzieć, że lubiła zimę. Biały puch, który pokrywał ulice, powodował, że wyglądały na cichsze i spokojniejsze. Wyglądały bardziej bajkowo, szczególnie wtedy, gdy śnieżna pokrywa dopiero zaczęła przykrywać świat, jeszcze niezbrudzona miastową szarością, która prędzej czy później miała ją dopaść. Dlatego jej okna zostały odsłonięte, wpuszczając do środka mieszkania słońce, które już niedługo miało chylić się ku horyzontowi.
W kuchni było ciepło. Kuchenka węglowa działała sprawnie, grzejąc czajnik, w którym lada chwilę miała zawrzeć woda. Jackie w tym czasie wsypała w swój kubek trochę herbaty jedną z lekko zaśniedziałych łyżeczek, po czym przeciągnęła się i oparła pośladkami o stolik, czekając na charakterystyczny gwizd.
Ten dzień był dość leniwy. Nie miała zbyt wiele do roboty, dlatego gdy tylko wstała, mogła oddać się czytaniu książki, którą wysłał jej jeden jej znajomy. Potem zjadła skromny posiłek składający się z grochu i ziemniaków, pozmywała i praktycznie zasnęła, gdy znów wylądowała z książką w swoim łóżku. Obudziła ją spadająca książka, która wyślizgnęła się z jej coraz bardziej bezwładnych rąk.
Dlatego musiała napić się chociaż herbaty, by pozbyć się senności, która lekko ją zaczęła irytować.
Ubrana w lekko powyciągany, beżowy sweter narzucony na luźną, białą koszulę i brązowe, proste spodnie, wyglądała niezwykle naturalnie i komfortowo. Jej włosy, związane w warkocz lekko się rozczochrały, a wiele z kosmyków umknęło czarnemu sznurkowi, który miał je trzymać w kupie. Wszystko przez ciągłe leżenie w łóżku.
Dźwięk gwizdka wyrwał ją z kolejnego otępienia. Znów spróbowała się wyciągnąć, rozciągając tym samym swoje mięśnie, ciągle towarzyszyło jej dziwne uczucie, jakby jej kończyny nadal nie wskoczyły w swoje miejsce. Westchnęła, ściągając czajnik z ognia i zalała herbatę, niemal się parząc wrzątkiem, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
Zmarszczyła brwi, podchodząc do nich, by dzięki aktywującemu się zaklęciu, móc dostrzec, kto zaszczycił ją swoją obecnością. Różdżkę miała już w ręce, opuściła ją jednak, gdy dojrzała Vincenta. Odetchnęła, podpierając się pod boki, pokręciła głową, i sięgnęła po klamkę. Otworzyła bratu, mierząc go pytającym spojrzeniem. Nie informował jej, że przyjdzie.
- Cześć? Coś się stało? - wpuściła go do środka, lekko unosząc brwi. Dobrze, że miała trochę posprzątane, jedynie jej łóżko w sypialni nadal stało niepościelone. - Herbaty? Właśnie zagrzałam wody - mówiła, idąc w stronę szafki z zastawą.
Jackie Rineheart
Zawód : Wiedźmia Strażniczka i najemniczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And suddenly life wasn't about living. It was about surviving.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10316-jackie-n-rineheart https://www.morsmordre.net/t10385-ansgar https://www.morsmordre.net/t10386-one-woman-army https://www.morsmordre.net/f388-lancashire-fleetwood-kent-st-12 https://www.morsmordre.net/t10384-skrytka-bankowa-nr-2299 https://www.morsmordre.net/t10383-jackie-rineheart
Re: Kuchnia [odnośnik]09.09.21 15:04
Śnieżnobiała pierzyna okryła obszerne tereny angielskiego terytorium, zakrywając każdy, najmniejszy element doczesnego świata. Wyraźnie zarysowana linia horyzontu, niknęła między identyczną barwą mlecznego nieba oraz twardej ziemi. Rozłożyste gałęzie uginały się pod ciężarem zamarzniętego śniegu, dotykając miękkiej, zapadniętej powierzchni. Wiatr przeganiał sypkie tumany, tworząc nieprzekraczalne usypiska, kopczaste zaspy, pierwsze zawieje ukrywające wydeptany ślad użytkowej drużki. Mróz sięgający horrendalnych temperatur malował wzorzyste ornamenty, przyklejając się do szklanych powierzchni domowych okien. Choć zimowy krajobraz wyglądał tak bajecznie i malowniczo, stawał się nieprzekraczalną barierą, ogromnym niebezpieczeństwem dotykającym najbardziej potrzebujących mieszkańców. Wojenna zawierucha zbierała krwawe żniwo, zapędzając się w coraz dalsze tereny z niezwykłą bezczelnością. Brakowało zapasów jedzenia, te kurczyły się w zatrważającym tempie nie wytrzymując destruktywnych skutków przeraźliwego zimna. Głębokie studnie poryte twardą powłoką lodu, odcinały od bieżącej wody. Sprowadzenie suchego opału, zajmowało zbyt wiele czasu; hebanowe grudki węgla tworzyły towar luksusowy, niecodzienny, niedostępny. Pomoc niesiona przez wyznawców zorganizowanej rebelii oraz samozwańczych dobrodziei, nie wystarczała. Nie byli w stanie dotrzeć w każdy zakamarek, odwiedzić, sprawdzić, zabezpieczyć wszystkich budynków, znajdujących się we wsiach okupowanego hrabstwa. On sam starał się pomagać wedle swoich możliwości; przekazywał nagromadzone zapasy, poprawił uszkodzone budowle, przywoził materiały, ingrediencji dzięki lepszej mobilności i rozległej siatce kontaktów. Martwił się, każdego dnia, gdy wzmożone opady zakrywały szarawą powierzchnię rzeczywistości. Działali przecież tak czynnie, lecz nie posuwali się do przodu nawet o krok.
Stukot ogromnego, ściennego zegara wdzierał się do rozjuszonego umysłu, gdy z brodą opartą na wierzchniej części dłoni, wykańczał codzienny, hodowlany raport. Pióro ślizgało się po pergaminie, a on nie potrafił skupić swych rozkołatanych myśli. Wzdychał ciężko porzucając kolejne próby naszkicowania ryciny piołunu. Sięgnął po gliniany kubek stojący nieopodal, lecz jego zawartość stała się zbyt gorzka i wystygnięta. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, iż opał wrzucony do strzelającego kominka, zmienił się w spopielony wiór. Drewniany dom, który wychładzał się w niezwykle szybkim tempie, informował o niedoborze ciepła rozłożonym na nieokrytych ramionach i zaczerwienionym nosie. Pies wybudzony z długiej drzemki, drgnął spazmatycznie, zaskoczony nagłym ruchem właściciela. Zaszczekał głośno sygnalizując niezadowolenie. Ciemnowłosy pokiwał jedynie głową i z niechęcią powlókł się do przygotowanego stanowiska. Noworoczna nostalgia zmusiła go do bardziej szczegółowych rozważań. Konflikt między przedstawicielami tej samej rasy, wzmagał się każdego dnia, stawał się coraz bardziej radyklany, gwałtowny, nie zwracał uwagi na żadną jednostkę, równając z ziemią ustandaryzowaną doczesność. Coraz więcej wycenionych twarzy najbliższych znajdowało się na wyblakłych ścianach miastowych kamienic. Wizerunki rodziny, omijane podczas codziennych sprawunków łamał obolałe serce na kilkadziesiąt drobnych kawałeczków. Zbyt młody profil ukochanej siostry, narażonej na pojmanie, torturowanie, a nawet karę śmierć, majaczył w nieoczekiwanych wizjach oraz koszmarnych marach. Poczucie winy tliło się w okolicach klatki piersiowej nie pozwalając na chwilę oddechu. Czuł się odpowiedzialny, zobowiązany, chciał pomóc, jednakże nie wiedział jak… Rodzinne koligacje, zepchnięte na ostatni tor wołały o pomstę do nieba. Odkąd ponownie pojawił się na macierzystych terenach Wysp Brytyjskich, napotykał na zbyt wysokie przeszkody, akty dezinformacji i braku zaufania. Toczył te same, zatarte konflikty, od których uciekał przez jedenaście długich i mozolnych lat. Nie potrafił dogadać się z upartym i zgorzkniałym starcem. Nie chciał, aby młodsza latorośl cierpiała przez nieprzepracowane bolączki, niewyjaśnione pretensje, rozdzierające urazy. Nie chciał, aby była jego własnością. Chciał, aby wybaczyła odpokutowane winy, była po prostu bezpieczna.
Planował złożyć jej wizytę od dłuższego czasu, przekonać się, że na pewno niczego nie potrzebuje. Obecna pora roku byłą utrudnieniem dla wszystkich czarodziejów. Bez większego zastanowienia, niepotrzebnych emocji, postanowił wspomóc również własnego rodziciela, wysyłając paczkę ze świeżą żywnością. Kolejna z nich, przygotowana, spakowana, leżała na podłużnym, kuchennym blacie czekając na dostarczenie. Oparł się o wystającą część mebla i westchnął ciężko; czy powinien zawracać jej głowy, przychodzić bez zapowiedzi. Czy, aby na pewno chciała go widzieć? Niewielki zwierz podskoczył do góry, zapierając łapy o udo mężczyzny. Merdał zakręconym ogonem chcąc wysępić pieszczotę, lub niespodziewany smakołyk: – Czekaj tu na mnie. – zarządził pewnie drapiąc go za prawym uchem. Zabierając ekwipunek oraz zakładając jeden z najcieplejszych, wełnianych swetrów, należących do byłego właściciela, ruszył w stronę wyjścia gotowy na konfrontację. Podeszwy zatapiały się w gęstym śniegu. Długi płaszcz przylegał do ciała, szorował po ziemi próbując ochronić od nieustępliwego chłodu. Szedł pospiesznym, żwawym tempem, uciekając od rozbielonej toni. Co jakiś czas zatrzymywał się niepewnie, myśląc o odwrocie. Nie powinien, to nie był najlepszy czas. Przybliżał się do celu, nie widząc odwrotu. Zatrzymał się przed charakterystycznymi wrotami pokrytymi popękaną farbą i asekuracyjnie rozejrzał się wokoło. Nie znał jej miejsca zamieszkania, wstydził się faktu, iż był tutaj po raz pierwszy. Poprawił płócienną torbę opadającą z ramienia. Odchrząknął krótko, gdy place zwinięte w pięść, niepewnie zawisły w powietrzu. Zastukał kilkukrotnie; gospodyni jak na zawołanie znalazła się na progu mierząc go pytającym, zaskoczonym, a może niezadowolonym spojrzeniem? Czy potrafił jeszcze odczytywać jej reakcje? – Cześć… – odpowiedział ciszej, odpowiednio zmieszany, zaatakowany zaraz przy wejściu. Zerknął przelotnie, zatrzymując jasne tęczówki na jej wystających koścach policzkowych. Pokręcił głową przecząco szukając wytłumaczenia: – Nie, nie, chciałem tyl… – przerwała mu w półsłowa proponując rozgrzewający trunek. Uniósł brwi, nie protestował: – Dobrze. – posłusznie wsunął się do środka zamykając za sobą drzwi. Zapach obcego domostwa uderzył w jego nozdrza, gdy zdejmował buty, odwieszał zimowy płaszcz. Westchnął cicho rozglądając się po pomieszczeniach, przechodząc do kuchni, która dla niego wydawała się klimatyczna: – Przyniosłem kilka produktów. Pomyślałem… – spojrzał na nią niepewnie; nie chciał się narzucać: – Pomyślałem, że mogą się przydać. – że może potrzebujesz wsparcia.

| W lnianej torbie znajdowały się: kilogram świeżego dorsza, pół kilograma suszonej cielęciny, 150 gramów orzechów włoskich, kilogram kaszy jęczmiennej, 4 buraki, 4 jabłka i 150 gramów kawy zbożowej.





My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 28 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Kuchnia [odnośnik]11.09.21 21:52
Owszem, zima oprócz urokliwych widoków miała jeszcze inną odsłoną. Była porą roku trudną do przetrwania, szczególnie tego roku, gdy świat walił się wszystkim na głowę, a o żywność i wszystko inne było zdecydowanie trudniej. Jackie jakoś sobie radziła. Potrafiła porąbać drewno, które mniej lub bardziej legalnie zdobywała, w zależności ile pieniędzy miała w sakiewce, jedzenia może nie miała dużo, ale udawało jej się nie chodzić całkowicie głodną, dach nad głową był i to nawet nieprzeciekający…
Jej sytuacja była naprawdę dobra, a wiedziała, że mogło być naprawdę źle, w końcu wielu nie miało nawet gdzie się schować przed siarczystym mrozem, który na dobre rozgościł się nad Wielką Brytanią. Ba, sama dość często gościła u siebie tych, którzy nie koniecznie mieli gdzie tak naprawdę mieszkać, ba przez Cilliana załatwiła sobie nawet dodatkowy materac, by nie musiał spać na zimnej podłodze.
Głód i chłód zaglądał przez nie jedno okno i drzwi, wielu cierpiało, a ona też nie mogła za wiele zdziałać, tym bardziej że nie mogła za bardzo afiszować się ze swoją twarzą, którą co bardziej zdesperowani mogliby sprzedać za dość sporą sumę galeonów. Działa więc raczej w ukryciu lub wtedy, gdy misje i tak były niebezpieczne i nie miała po prostu nic do stracenia.
Ot, musiała wyczuć, gdzie ryzyko jest tak duże, że pokazanie swojej twarzy mogło co najwyżej zwiększyć ilość galeonów, które będzie można za nie dostać, a nie możliwość jej schwytania.
Wiedziała, że wielu się ten fakt nie podobał, ona jednak z dnia na dzień coraz mniej przejmowała się swoim byciem poszukiwaną. Musiała normalnie żyć, nie chciała być zaszczutą zwierzyną, która będzie chować się po kątach. Nie mogła za długo siedzieć w jednym miejscu, więc nic sobie nie robiąc z plakatów, po prostu żyła, unikając jedynie niektórych hrabstw, jeśli oczywiście nie miała tam roboty, dokładniej tych, w których liczba patroli rycerzy była większa niż w innych. W tym i Londynu, bo miała świadomość, że podróż tam pewnie byłaby samobójstwem. A szkoda, miała tam mieszkanie, z którego do tej pory nie zabrała swoich rzeczy, niektórych dla niej cennych.
Z bratem nie widziała się kawał czasu, nie była to dla niej nowość, ale w sumie od jego oficjalnego powrotu do Anglii było to też trochę dziwne. Niby wiedziała, gdzie jest, był dość blisko, ale z drugiej strony… Sama nie wiedziała, jak powinna teraz z nim rozmawiać. Byli inni niż te kilkanaście lat temu, a jej najsilniejsze wspomnienia z nim związane pochodziły z czasów, gdy byli jeszcze dziećmi. I nawet zdawała sobie sprawę, że Vincent próbował to wszystko naprawić, ale nie było to dla niej łatwe. Przyzwyczaić się na nowo do tego, że ma brata i mu wybaczyć.
Mimo wszystko próbowała, dlatego wpuściła go do siebie, a nawet zaproponowała coś ciepłego do picia. Nie wiedziała, dlaczego tak nagle do niej przyszedł, w sumie chyba pierwszy raz, od kiedy zadomowiła się w Fleetwood, skoro nie stało się nic ważnego czy niepokojącego. Z drugiej strony odetchnęła z ulgą, bo strach, że coś stanie się jej bliskim towarzyszył jej nieustannie. Bała się kogokolwiek stracić, obojętnie w jaki sposób. Za dużo razy chowała kogoś, nawet jeśli tylko w myślach.
W ciszy ruszyła do czajnika, by jeszcze chwilę podgrzać go na kuchence, by herbata na pewno się zaparzyła, zaczęła też przygotowywać kolejną filiżankę.
- Usiądź, na dworze zimno, pewnie zmarzłeś - mówiła, marszcząc przy tym lekko brwi, jakby nie wiedząc, czy na pewno powinna okazywać taką troskę, czy jednak jej nie wypadało. Nie bardzo wiedziała, jak radzić sobie teraz z obecnością brata.
Spojrzała z dziwną miną na torbę z zapasami, potem na brata i znów na torbę, o której ten wspomniał. Przecież potrafiła o siebie zadbać, naprawdę nie musiał jej przynosić jedzenia. Westchnęła, znów wracając do niego wzrokiem, opierając się o blat jednej z szafek, chwytając w ręce naczynie ze swoją herbatą.
- Nie musiałeś, mam co jeść, na pewno komuś bardziej się to przyda - stwierdziła, zanim ponownie nie zabrzmiał gwizdek czajnika. Zalała herbatę i położyła ją przed bratem na stoliku, by zaraz usiąść naprzeciwko niego. Podciągnęła lekko rękawy swetra, spojrzała przez okno na mroźny krajobraz i upiła przyniesiony ze sobą gorący napar.
- Co u ciebie? - cóż, naprawdę nie miała lepszego pomysłu na rozmowę. A cisza prawdopodobnie byłaby jeszcze bardziej niezręczna.
Jackie Rineheart
Zawód : Wiedźmia Strażniczka i najemniczka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And suddenly life wasn't about living. It was about surviving.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10316-jackie-n-rineheart https://www.morsmordre.net/t10385-ansgar https://www.morsmordre.net/t10386-one-woman-army https://www.morsmordre.net/f388-lancashire-fleetwood-kent-st-12 https://www.morsmordre.net/t10384-skrytka-bankowa-nr-2299 https://www.morsmordre.net/t10383-jackie-rineheart
Kuchnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach