Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Silas Macaulay
AutorWiadomość
Silas Macaulay [odnośnik]26.08.21 0:38

Silas Aurel Macaulay

Data urodzenia: 30.08.1933
Nazwisko matki: MacDonald
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód: malarz
Wzrost: 179 cm
Waga: 66 kg
Kolor włosów: ciemnobrązowy
Kolor oczu: jasnozielony
Znaki szczególne: przerwa między jedynkami będąca pamiątką po zaniedbaniu w dzieciństwie, głęboka blizna biegnąca wzdłuż linii szczęki tuż przy prawym uchu, długi nos, odstające uszy i zbyt nachalne, skupione spojrzenie niepokojąco jasnych oczu.




Ladybird, ladybird,
Fly away home,
Your house is on fire
And your children all gone;

All except one
And that's little Ann,
And she has crept under
The warming pan.



Kiedy zamykam oczy, wciąż czuję zapach mokrej wełny i dymu z palonych ziół, słyszę jak stare deski skrzypią pod naszymi stopami, a kiedy jej dłonie sięgają moich, skóra zmęczonych pracą palców jest szorstka w dotyku. Nie widzę jej, ale wiem, że się uśmiecha, kiedy mój głos - słaby i zachrypnięty - dociera do niej przez nawoływanie wiatru za oknem. Opowiesz mi historię? Miała ich setki, a ja nadal znam wszystkie na pamięć.
To nie baśnie, w baśniach początki są odległe, w baśniach są siódme góry, ósme doliny i wielkie pałace. W tej historii jest tylko kilka domów, zimny wiatr i las. Nasz las. Był niewielki, niski i spokojny, choć byli i tacy, którzy już z niego nie wychodzili. U jego wejścia stało Shandwick - małe, szkockie miasteczko, którego jedyną oznaką istnienia były ryby znikające przy wybrzeżu i smutne westchnienia biedy z północnej prowincji.
Zimne i mdłe było życie, które prowadzono w Shandwick, a prowadzono je zazwyczaj jedyną, główną drogą, której nazwa zmieniała się co miesiąc. Czasem klonowa, czasem Świętego Andrzeja, czasem cholerna kupa błota - ciągnęła się od Pubu Rudda, przez kościół i niewielkie zabudowania ciasno wklejone w mokry krajobraz, aż do lasu. Podczas gdy główna droga nazw miała setki, las nie miał żadnej. Nie musiał mieć, nikt nie chciał o nim rozmawiać.
Mówili, iż Wiedźma przyszła znikąd, a za nią przyszedł wiatr tak mocny, że wyrwał z korzeniami najstarsze drzewo w miasteczku. W rzeczywistości, nikt nie pamiętał dnia, w którym wprowadziła się wraz z niemowlęciem do domku pod drzewami i choć miejscowi zastanawiali się nad tym często, nikt nie potrafił przypomnieć sobie, czy stał on tam wcześniej. Stał, bez uroków i bez zaklęć kamuflujących, po prostu nigdy go nie szukano. A znaleźć było łatwo, dom nie różnił się wcale tak bardzo od tych, które stały przy drodze - ciasny, ciemny, otoczony drewnianym płotkiem z nierównych szczebli. Był mniej zadbany, ale równie ciepły, drewna na opał bowiem rzadko brakowało.



Moja matka, Davinia Macaulay, została nie tylko Wiedźmą z Shandwick - została plotką i kpiną, została masą domysłów na temat młodej wdowy z małym dzieckiem, która mówiła niewiele, nocą chodziła wokół lasu i polecała miejscowym zioła na utraconą miłość. Mówiono, że jest wariatką, a ona często w to wierzyła. Pracowała jako pomoc domowa u starszego, chorującego sąsiada - jedynego człowieka, który nie wytykał jej palcami w tym małym, ciasnym miasteczku. To dzięki niemu mieliśmy co jeść, a ja mogłem iść do miejscowej szkoły. Za mały byłem, by zrozumieć jad na językach wszystkich wokół, za mały by pojąć dlaczego tak często pytają mnie o matkę, dlaczego dzieci śmieją się za moimi plecami. W małej szkółce nauczono mnie pisać, czytać i liczyć, pierwszy raz pozwolono mi też dotknąć prawdziwych farb. Były nieco błotniste w kolorze i długo schły, ale i tak płakałem, kiedy nie pozwolono mi wziąć ich do domu. Wziąłem je sam. Potem malowałem krzywe plamy barw na starych deskach kuchennego stołu.
Matka nie umiała czarować. Różdżka w jej dłoni na nic by się zdała, ale magia - ta obca w równej mierze magom co mugolom - płynęła w niej wartko i spływała z niej, osiadając na wszystkim, czego dotknęła. Z sufitu zwisały pęki suszonych ziół, świece paliły się słabymi płomieniami, a ona mówiła, żebym unosił nad nimi dłonie. Myślałem o ich cieple, a wtedy ogień iskrzył mocniej. Kiedy zamknąłem oczy, gasł. Czasem kierowałem zabarwioną od farb wodą, a ta układała się w nierówne wzory. Matka przyglądała się temu z bladym uśmiechem na ustach. Twój ojciec był niezwykły mawiała, a ja nie wiedziałem o nim niczego poza tym, że umiał to co umiałem ja i że nigdy nie wróci. Miałem po nim nazwisko i magię w żyłach - inną magię, magię którą Davinia nazywała darem.



Kiedy przyszła wojna, świat pogrążył się w chaosie, ale Shandwick chowało się przed nim w swojej smutnej codzienności. Pamiętam ludzi przesiadujących nad radiem w jedynym w miasteczku pubie. Głos w odbiorniku był słaby i co jakiś czas zanikał, ale oczy mieszkańców wpatrywały się w niego ze skupieniem rozszerzonych źrenicach. Potem nadeszła bieda, bieda większa niż dotychczas - szarzy do tej pory miejscowi szarzeli jeszcze bardziej, aż w końcu znikać zaczęli na tle północnego nieba. Nie rozumiałem ekonomii, ale rozumiałem doskonale zapadnięte policzki mojej matki i garnek zupy na jednej marchewce i dwóch ziemniakach, którą jedliśmy przez kilka dni. Do wszystkiego podobno można się przyzwyczaić i tak też nasze miasteczko i my sami przyzwyczailiśmy się do życia w głośnej od tragedii Europie. Nowa rzeczywistość pożarła nas zaskakująco szybko, ludzie gromadzili się nad radiem w pubie co drugi dzień. Czekali. Rozmawiali o nowym premierze, a kiedy samoloty bombardowały Londyn, stary McMarthy mówił o karze boskiej. Potem sam przyjął kilka uciekających z miasta dzieci.
Gdy nadszedł rok tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty, byliśmy już na wskroś przeżarci przez świat wokół. Bieda wydrapała szramy na naszych ścianach, zabrała dwójkę najmłodszych dzieci sąsiadki, a wojna wezwała do siebie kilka dusz z miasteczka. Gdy pewnej nocy odezwało się pukanie do okna naszego domu, pragnąłem schować głowę pod kocem, ale coś - coś czego nazwać nie umiałem - kazało mi wstać i skrzyżować spojrzenia z siedzącą na parapecie sową. I tak właśnie wychowana pod lasem półsierota ze szkockiej prowincji trafić miała do Hogwartu.



Matka nie była zdziwiona - w ciszy czekała na ten dzień. Przez jedenaście lat mojego życia zdołała odłożyć niewiele pieniędzy, by wyprawić mnie w nowy świat, a większość z nich wydała, by pomoc nam w ostatnich miesiącach. Z resztą poradzić musiałem sobie sam. Miałem używany mundurek i brakowało mi podręczników, ale gdy znalazłem się w Hogsmeade, zorientowałem się, iż matka spakowała do mojej walizki farby. Bałem się, ale strach nie oznaczał już nic - towarzyszył mi od dzieciństwa.
Zamek powitał mnie ciepło i chociaż wielkie mury powinny wydać mi się nierealne i obce, ja czułem się idealnie na swoim miejscu. Gdzieś tam kryła się prawda o mnie, prawda o moim ojcu i pachnąca ciepłym jedzeniem świadomość tego, iż być może jest lepszy świat poza błotem i głodem mojego rodzinnego miasteczka. Włożono mi na głowę Tiarę Przydziału, a gdy głos wykrzyczał na całą, rozświetloną bajkowo salę Gryffindor, nie potrafiłem zebrać myśli. Nigdy nie czułem się szczególnie odważny.
Choć pierwsze lata nauki spędziłem głównie chowając się w łazienkach i bibliotece, lęk szybko zastąpiła ciekawość i szczere pragnienie wiedzy - nadal jednak nie byłem w stanie w pełni odnaleźć się w nowym życiu. Nic w tym zamku nie miało prawa przypominać mojej małej szkółki w rodzinnym miasteczku, a jednak ja byłem równie niepewny, a dzieci równie okrutne. Nie mówiłem dużo, większość czasu spędzając w samotności, szkicując i zasypiając nad książkami. Byłem niezły w teorii, praktyka jednak wymagała ode mnie wielu długich i męczących ćwiczeń. Wiedziałem, iż ani nauka, ani mistrzostwo w dziedzinie magii nigdy nie było mi pisane, ale pragnąłem wycisnąć daną mi szansę do ostatniej kropli, nawet jeżeli ta okazać by się miała krwią.
Krwi nie było, ale łez ze to mnóstwo. Byłem tylko dzieckiem, dzieckiem dość specyficznym w zasadzie i wkrótce zorientowałem się, iż nawet w świecie czarodziejów można uchodzić za dziwaka. Na domiar złego dziwaków nikt nie lubił - nawet tutaj. Chociaż wśród uczniów Hogwartu wiele było indywidualistów i ekscentryków, szybko musiałem się nauczyć, iż nie to czyniło ze mnie ofiarę. To słabość i dziecięca emocjonalność, która kazała mi płakać w samotności i chować po kątach. Kiedy tamtego listopadowego wieczora na trzecim roku, Elijah Clemens wraz z kolegami zostawili mnie wiszącego do góry nogami na jednym z drzew szkolnych błoni, byłem wściekły nie na nich a na siebie. Podkładałem się im wszystkim jak ufny baranek idący na rzeź. Moja skóra mogłaby robić za dywan tym żmijom ze Slytherinu.



W końcu zrozumiałem. Im starszy byłem, tym ostrzejsze stawały się rysy mojej twarzy i język, którym się posługiwałem. Z cichego, przerażonego dziecka wyrastać zacząłem na pyskatego chłopaka ze złośliwym uśmiechem i masą głupich żartów w rękawie. Nadal dostawało mi się często, ale nie byłem już ofiarą, chętniej pretendując do miana dręczyciela. Zacząłem kręcić się wokół dzieciaków, które pakowały się w kłopoty i z chęcią robiłem to razem z nimi, nawet jeżeli potem odrabiać miałem kolejne szlabany. Opuszczałem się w nauce, bo poza łapaniem kar musiałem znaleźć czas również na rozwijającą się sztukę i budowanie coraz ciekawszych sieci kontaktów. Mimo to, nadal uwielbiałem transmutację, często opuszczałem zielarstwo (nad czym ubolewałaby matka), nie dbałem o modele mioteł, plułem pod nogi Ślizgonom, a na eliksirach doprowadzałem profesora do białej gorączki, gdy znowu nie trzymałem się żadnej z receptur. Nigdy mnie nie lubił, zarozumiały padalec.

Hogwart był drugim domem i światem oddzielnym zupełnie od północnego miasteczka, do którego nie wracałbym nigdy, gdyby nie pragnienie zobaczenia matki. Co roku pytała, czego się nauczyłem i godzinami słuchała z szeroko otwartymi oczami. I ona wtedy mówiła - rozmawialiśmy o  tym co dzieje się w miasteczku, o drzewach w lesie, o tym, że skończyła się wojna, że wszystko będzie dobrze, a ja nie rozumiałem jeszcze w pełni tego drugiego konfliktu, który nade mną wisiał i który trwał w najlepsze w świecie czarodziejów. Myślałem być może, iż skończy się wraz z tym naszym - myślałem na pewno, iż magowie nie powinni być zdolni do podobnych okrucieństw.



Po kilku latach spokoju wrócił cień. Barwą przypominał antracyt, śmierdział spalenizną. Przyszedł do mnie wraz z ukończeniem szkoły. W drodze powrotnej do domu, marzyłem tylko o tym by spakować siebie i matkę i zabrać nas daleko z Shandwick, z tego lasu, znaleźć nam nowe miejsce i sobie nowe życie. Pragnąłem pokoju i szczerze wierzyłem w resztki świetlanej przyszłości, które pielęgnowałem w sobie przez lata spędzone w Hogwarcie. Nasze miasteczko wyglądało tamtego lata zaskakująco pięknie, a mi przez myśl przeszło, iż mógłbym namalować je ostatni raz.
Gdy szedłem główną drogą o tysiącu nazw, otaczała mnie cisza.

Wkrótce zrozumiałem, iż milczenie było żałobą, a mój d o m
jedynie
górą
popiołu.

Przez kilka minut siedziałem na ziemi przed spaloną ruderą, myśląc o płomieniu, który rozżarzałem i gasiłem ruchem dłoni.

Nikt mnie nie powiadomił, nikt nie otworzył mi drzwi, choć dobijałem się do ludzi w miasteczku. Dopiero umierający pracodawca matki zlitował się nade mną i zaprowadził mnie na jej grób - kupę piasku z wbitym doń krzyżem, choć matka nigdy nie zjawiła się w kościele. Podobno w nocy przewróciła się świeca, zabierając za sobą dom i kilka okolicznych drzew. Wiedźma płonąca na stosie. Nikt nie miał pojęcia, gdzie jesteś - powiedział mi wtedy staruszek, jakby wiedział dokładnie o co chcę zapytać. Umarł dwa tygodnie później.

Byłem sam.



Zjawiłem się w Londynie z resztkami serca na ramieniu i guzikiem w kieszeni płaszcza. Miałem jedną walizkę, zbyt lekką by jej towarzystwo stanowiło jakiekolwiek pocieszenie. Kilka zestawów ubrań, różdżkę, farby, pędzle, dwie książki i talię kart tarota mojej matki. Gdy po tygodniu mieszkania w rozpadającym się motelu skończyły się pieniądze, wylądowałem na ulicy, a ta przyjęła mnie niczym matka, wyciągając ku mnie dłonie. Nim się zorientowałem, zimne palce zacisnęły się wokół mojej szyi.

Nie miałem nawet dziewiętnastu lat, ale gdy kaszlałem z zimna, wciśnięty w mury opuszczonej kamienicy, czułem się jak starzec wspominający piękne lata młodości. Nocami słyszałem wiatr za oknami domu, który już nie istniał i szmery szkolnych głosów, które dawno ucichły. Ściskałem ufnie zdobiony uchwyt różdżki, marząc w gorączce o tym, że magia zdoła mnie uratować. Nie ma nieszczęścia w świecie czarodziejów. Było - świadomość ta zostawiała gorzki posmak na języku - było go mnóstwo. Nieszczęście kłębiło się w wąskich uliczkach i odciskało drukowane litery na pierwszych stronach gazet. Moje nieszczęście natomiast śledziło ręce odkupujące ode mnie ostatnie rzeczy, które niedawno mogłem nazwać własnymi. Talia tarota, trochę farb. Z perspektywy czasu, myślę iż przeżyłem z czystej złośliwości.
Kolejny raz w swoim życiu musiałem się przyzwyczaić. Uparcie pragnąłem przetrwać, odrzucając jednocześnie wszystkie złote historie o uczciwej pracy i wielkich nadziejach, których część spłonęła na północy Szkocji, a część zamarzła którejś listopadowej nocy w Londynie. Kradłem by jeść i kłamałem by żyć, a gdy pewnego wieczora moja nieuwaga sprawiła, iż przyłapano mnie na podbieraniu drobnych, kilka par twardych pięści złamała mi nos, żebro i obdarła z resztek godności. Właściciel tamtego obskurnego pubu dał mi kieliszek najgorszej whisky jaką kiedykolwiek piłem i powiedział, że odpracuję u niego wyrządzone szkody. Choć w tamtym momencie brzmiało to jak spłata długu, szybko miałem zdać sobie sprawę z tego, że było to rzucone w moją stronę koło ratunkowe. Naturalnie, rzucone dosyć gwałtownie - gdy uderzyło mnie w głowę, prawie utonąłem. Właściciel Queens Head był dużym, gderliwym mugolem i śmierdział zazwyczaj jak stary, skórzany but, ale to dzięki niemu udało mi się przeżyć kilka kolejnych lat. Pracując tam i mieszkając w małej klitce nad pubem, mogłem znowu zacząć malować. Choć bałem się, iż ręka zapomniała jak trzymać pędzel, na podniszczonych płótnach i kawałkach drewna znowu zaczęły pojawiać się obrazy. Pierwsze lata plamy barw przyjmowały kształty londyńskich budynków, szkockich wzgórz i rozbawionych twarzy bywalców lokalu. Często malowałem matkę, rodzinny dom, czasem nawet ciepłe ściany Hogwartu. Marzyłem cicho o tym, że znajdę nauczyciela i zacznę wtłaczać magię w swoje dzieła. Z czasem jednak spokój znikał, świat kolejny raz topił się w chaosie, a moje obrazy, mimo mojej woli, zaczęły posłusznie podążać za nim.

Nie dostrzegłem tego od razu. Najpierw kreski były inne, potem plamy i kolory. Twardsze były cienie i słabsze kontrasty. To ja malowałem, ale figury na obrazach zdawały się prowadzić moja rękę - świat wokół nich zniekształcał się powoli, wypełniając płótna niepokojącymi seriami kształtów. Gdy obraz matki na tle naszego domu zamienił się pod moimi palcami w ogniste pobojowisko, a ona w cień, przeciąłem płótno kieszonkowym nożem. Mimo to przyglądałem się nadal i nadal malowałem. Patrzyłem jak na moich oczach niedawno pełne życia postacie wykrzywiają się, jak wydłużają się ich członki i ciemnieją twarze, aż w końcu tracili rysy, tracili ostatnie oznaki człowieczeństwa. Czasem tylko para oczu jaśniała na dziwnej, powykręcanej sylwetce - nie byli już ludźmi.

A potem przyszły anomalie.



Nocą właściciel pubu spakował się i uciekł, do dziś nie wiem dokąd. Już wtedy byłem jednak pewien, iż każde miejsce będzie lepsze niż to. Szczególnie dla mugola. Spakowałem cały dobytek i za niewielką sumę odłożonych pieniędzy wynająłem mały pokój na poddaszu jednej z kamienic bliżej centrum. Miejsce było zimne, wilgotne i surowe, ale pasowało do mnie i do moich obrazów. Po anomaliach stały się jeszcze gorsze. Niektóre z figur uśmiechały się, pokazując rzędy niepokojąco wielu zębów. Płótna zajmowały każdy milimetr ścian mojej klitki, a plamy farb naznaczały podłogę. Z czasem udało mi się znaleźć kilku kupców - nie płacili wiele, ale zdołałem za te marne pieniądze opłacać poddasze. Żeby jeść, pić oraz nadal malować znów musiałem kraść i kłamać, to jednak przychodziło mi z zaskakującą naturalnością.
Lata spędzone w Londynie zmusiły mnie do bycia oszustem żeby przetrwać. Wiedziałem, iż nie zdołam poradzić sobie siłą mięśni, nawet jeżeli pracując w tamtej spelunie nauczyłem się unikać ciosów i czasem nawet zadawać własne. Od momentu wylądowania na ulicy moje ręce same zaczęły wyciągać się ku cudzym kieszeniom i nigdy nie przestały. Oczy wyćwiczyły wypatrywanie szczegółów - niepewnych dłoni klepiących pełne kieszenie i pijanych kroków. Wiedziałem już jak układać rysy, by nikt nie zwątpił, jak udawać idealnego obywatela, jak płakać na zawołanie, kiedy litość mogłaby mi wykupić choćby chwilę na ucieczkę. Najczęściej jednak kłamałem, pragnąć uchodzić za gorszego niż jestem.

Wzór okazał się być oczywisty - im bardziej koszmarny był świat, tym bardziej koszmarne były moje obrazy, a im bardziej koszmarne były moje obrazy, tym bardziej zepsuty stawałem się ja. Kręciłem się nocami po ciemnych uliczkach, dużo piłem i przesiadywałem w spelunach, prowadząc dyskusje z ludźmi, z którymi nie powinien zadawać się żaden porządny czarodziej ni obywatel. Ja jednak dawno przestałem być jakąkolwiek z tych rzeczy - cóż, myślę, iż nigdy żadną z nich nie byłem. Nie musiałem przypominać osiłka by ludzie odwracali się pośpiesznie, spotykając mnie w nocy. Duch - cień w dużym płaszczu, z wyzywającym uśmiechem na długiej twarzy i jadem na języku. Bywalcy ciemnych ulic zaczęli mnie określać kilkoma nieprzyjemnymi wyzwiskami, z nich wszystkich jedynie Zjawa brzmiała wdzięcznie, reszta śmierdziała rynsztokiem. Wiedzieli czym się zajmuję i co tworzę, twierdzili że jestem Malarzem Koszmarów, a ja polubiłem ten tytuł. I choć po Pokątnej i Nokturnie ciągnęły się czasem plotki, jakobym zajmował się czarną magią, nie było w tym grama prawdy. Nie zamierzałem jednak nikogo wyprowadzać z błędu tak długo, jak nie było to konieczne.

Mało sypiałem, spędzając całe noce na tworzeniu. Nie umiałem pozbyć się kreatur z własnej głowy, pozwalałem im więc przejmować mój pędzel. Z czasem jednak nawet moje zepsucie, mój lęk i moje koszmary przestały wystarczać. Chciałem czegoś więcej, chciałem ujrzeć na płótnach nie tylko siebie - pragnąłem sięgnąć ku ciemności w innych. Zacząłem prosić ludzi by opowiadali, by opisywali swoje lęki, a potem je malowałem, odtwarzając dokładnie każdy element swoja dziwną, zniekształconą kreską. Zamknięty w czterech ścianach, ćwiczyłem nadawanie moim dziełom magicznych właściwości. Chciałem by koszmary zaczęły ożywać, choćby na płótnie. Chciałem by strach i cierpienie na nich uchwycone mogło dotykać ludzi, którzy się im przyglądali. W tym ponownie przeżartym wojną świecie, pragnąłem tylko nadać tej beznadziei jakiś kształt i formę, pozwolić lękowi być jedynie malowanym potworem z powykrzywianymi członkami, któremu można było popatrzeć w blade oczy. Wisząca nad nami śmierć, głód i klęska była bowiem zbyt wielka, byśmy mogli choćby sięgnąć jej twarzy.



Wokół mnie plączą się tragedie, wojna przychodzi po kolejnych ludzi, roznieca kolejne pożary, a ja czekam na moment, w którym przyjdzie po mnie. Wiem, że jestem niczym. Z mugolską matką i ojcem, którego nie znam, równie dobrze mogę być mugolakiem, a nawet jako czarodziej półkrwi stanowię brud na idealnym obrazie magicznego świata, który pragną namalować wielbiciele czystości krwi. Wyczekuję dnia, w którym wezwą mnie do ministerstwa, czekam aż ktoś wyceluje w moją skroń zielonym światłem. Nie chciałem nigdy chować się na swoim poddaszu, wiem bowiem, iż w końcu będę musiał wyskoczyć z jego okna, jeżeli pragną umrzeć z resztkami godności. Wojna odbiera wszystko, ale ja mam już tak niewiele. Cóż jeszcze mógłbym stracić poza szczątkami dumy? O nią zresztą również nie dbam szczególnie - nie jest mi do niczego potrzebna
Z nadzieją wpatruję się w twarze członków Zakonu patrzące na mnie z listów gończych i choć przeklinam pod nosem i macham lekceważąco ręką, wciąż pokładam wiarę w Longbottomie. Marzę o lepszym świecie, o głowie Lorda Voldemorta i Ministra Magii turlających się ulicami pod nogami niewinnych mugoli i wszystkich tych, którzy postanowili ich bronić. Ja muszę - sam tak często czuję się bardziej mugolem niż czarodziejem. Wciąż myślę o matce, wieszającej zioła pod sufitem i staruszku, który pozwalał jej pracować nawet gdy jej nie potrzebował, o moim rodzinnym Shandwick, w którym ludzie zbierali się w pubie nad psującym się radiem, gdy wojna szalała nad Europą, o właścicielu londyńskiego pubu, który uratował mnie od śmierci na ulicy. Nie mógłbym pozwolić im cierpieć - nie w imię ideałów, których nienawidzę całą swoją istotą.

Gdybym mógł, malowałbym wiosenne krajobrazy i śmiejące się rodziny w parkach, malowałbym dziewczyny z koszami pełnymi owoców i zielone od deszczu wzgórza Szkocji. Nie mogę. Tak długo jak ciemny będzie świat, tak długo ciemne będą moje obrazy.

Jeżeli umrę, spalcie je wszystkie.


S.A.M.



Patronus: Silas nauczył się zaklęcia patronusa stosunkowo późno, kiedy jednak już się pojawił, przyjął postać nieco wychudzonego zająca o długich uszach i żywych oczach. By go wyczarować, przypomina sobie lato po szóstym roku w Hogwarcie - wyjątkowo ciepły lipcowy poranek i pachnący las. Tamto wspomnienie, będące przypomnieniem o domu i beztrosce zazębiło się z kształtem patronusa - obrazem wolności i wrażliwości oraz symbolem oszustów jednocześnie.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 6 1
Uroki: 6 2
Czarna magia: 0 Brak
Uzdrawianie: 0 Brak
Transmutacja: 8 2
Alchemia: 0 Brak
Sprawność: 6 Brak
Zwinność: 14 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
gaelickiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
kłamstwoIII25
Zręczne ręceII10
SpostrzegawczośćII10
AnatomiaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznawstwoII10
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rozpoznawalność I0
Brak -0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Malarstwo (tworzenie)II7
Malarstwo (wiedza)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Walka wręczI½
GenetykaWartośćWydane punkty
brak-0
Reszta: 4


Ostatnio zmieniony przez Silas Macaulay dnia 03.09.21 0:00, w całości zmieniany 4 razy
Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Silas Macaulay [odnośnik]13.09.21 21:19

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Ramsey Mulciber
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Silas Macaulay Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Silas Macaulay [odnośnik]13.09.21 21:21


KOMPONENTYjagody z jemioły, żądło mantykory

[14.10.21]

BIEGŁOŚCIbiegłości

HISTORIA ROZWOJU[02.09.21] Rozwój początkowy -50PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Silas Macaulay Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Silas Macaulay
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach