Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons
AutorWiadomość
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]16.08.15 19:31
First topic message reminder :

Wiosna, 1944


Będąc na ostatnim roku akademii, czułam się jak królowa. Znałam każdy kąt tych murów, większość psorów miałam na tyle opracowanych, że moje szkolne życie przebiegało niezwykle płynnie. Wiadomo, z mnóstwem potknięć (na siłę zwykłam robić sobie pod górkę), ale wyjątkowo stabilnie. Bo wszystkie moje wyskoki mogłam nazwać już tylko rutyną. Czy było coś czego nie próbowałam? Czy potrafiłam zliczyć dni, które spędziłam, mając szlaban? Nie, nie do końca.
Naprawdę miałam wrażenie jakbym zdobyła szczyt bardzo wysokiej góry. Choć dziś być może moje ego było wybitnie połechtane, bo udało mi się utrzeć komuś nosa niemalże miażdżąc na boisku. Och, Quidditch! Moje narzędzie, by sprawiać, że chłopcy w końcu tracili takie poczucie pewności. A poza tym, cóż, byłam też jedyną siostrą Lovewood w okolicy. I chyba w końcu wszyscy zapomnieli o innej przedstawicielce naszego rodu. Czy mogło być lepiej? Pewnie, jeszcze pamiętam upokorzenie sprzed trzech dni, gdy jednym machnięciem ręki wytrącono mi różdżkę z dłoni i... na tym skończyła się walka. A tydzień wcześniej zostałam zupełnie upokorzona, gdy zostałam zmuszona zaklęciem do śpiewania. I tańca. Podczas pojedynku! I nie mogłam nic poradzić! Ale żebym miała odpuścić, wypisać się z Koła Pojedynków? Ooo, nie! Niedoczekanie! No, i się doczekałam. Co prawda na boisku, ale zemściłam się.
Jeszcze niesiona podekscytowaniem związanym z niedawnym tryumfem, owinięta ciasno ciemnym płaszczem, przemierzałam boso, na palcach korytarze w zamku, kierując się w stronę wyjścia. Oczywiście, drzwi wyjściowe były pozamykane, ale niedaleko zielarni znajdywało się pewne okno, z którego wystarczyło tylko zejść kilka metrów w dół po rosnących na ścianie zewnętrznej pnączach. Ewentualnie można było użyć miotły, ale takie ruchy zazwyczaj były zauważane. Więc czasem, po prostu, należało użyć siły swoich ramion. Szklarnia zaś idealnie służyła za coś, za czym można było przejść i ukryć swoją sylwetkę przed oczami, które mogły wyglądać ze szkolnych okien. Potem już biegło się skrajem lasu w stronę niewielkiej wyżyny. Po drugiej stronie, niewidocznej ze strony zamku, przysiadaliśmy pod raptuśnikiem i rozpalaliśmy ognisko, kryjąc dym zaklęciami.
Założyłam buty dopiero, gdy stopy wyczuły lekko wilgotną trawę. Bez żadnych problemów przedostałam się na nasze sekretne miejsce. Pod drzewem siedziało już kilka osób, do których dołączyłam, opowiadając, jak przed chwilą udało mi się bez problemu tutaj dostać, choć gonił mnie skrzek dyżurnej, która chyba złapała jakiegoś nieszczęśnika.
Opadłam na ziemię, rozkładając się na jednym z koców i zrelaksowana, wpatrywałam się w gwiazdy, które mrugały do mnie z oddali. Jeszcze nie miałam w głowie planu na dzisiaj. Spróbują przemknąć do pobliskiego miasta, by napić się piwa kremowego? A może zanurzą się w lesie, robiąc zawody, kto pierwszy zerwie trochę rdestu ptasiego? Albo zrobią wyścig na miotłach?
Może nieco podświadomie nie wypowiadała tych słów jeszcze na głos, jakby celowo się z tym ociągając. Co to za zabawa, gdy zdecydują już teraz, jeśli nie będzie mieć się z kim licytować o to, czyj pomysł jest lepszy? Kompletnie bez sensu.


Ostatnio zmieniony przez Selina Lovegood dnia 25.09.15 11:19, w całości zmieniany 2 razy
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood

Re: Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]01.10.15 1:50
Czasem naprawdę zastanawiał się nad tym, jak to możliwe, że oczy Seliny jeszcze nie wypadły z oczodołów, albo dlaczego nie zaklinowały się gdzieś wysoko, przewrócone po raz kolejny w nadmiernej irytacji. W chwilach takich jak ta oddałby monetę za jej myśli, te prawdziwe, znane tylko jej, a może nawet przez nią wypierane, te w obronie których tak zapalczywie fuczała, tak mocno drapała pazurami, tak mocno kuła żądłem. Doskonale pamiętał moment, w którym słodka Madelaine ze łzami w oczach powtórzyła mu słowa Seliny, karząc mu się do siebie więcej nie zbliżać - cóż, trudno mu się było z tymi słowy kłócić, miały w sobie wiele racji. Być może zatrzymałby ją przy sobie kolejnym lirycznym wyznaniem podszytym już nie tak pięknym jak wiersz kłamstwem, gdyby tylko nie był na tyle aroganckim dupkiem, by wierzyć, że gdyby panna Lovegood rzeczywiście pozostawała całkowicie obojętnie, zbyłaby Madeline wyłącznie wyniosłym milczeniem. Wierzył, że dobrze odnajdywał się w grze uczuć - i wierzył, że nic nie dzieje się bez powodu.
Jemu miłość nie kojarzyła się nigdy ze skrępowaniem, uzależnieniem, czy oddaniem jednej osobie, prawdopodobnie dlatego, że akurat tych reguł nie miał zwyczaju się trzymać. Raczej nie z przekonań, raczej ze słabej woli oraz lekkości, z jaką poddawał się pokusie. Uwielbiał chwile, romantyczne wzruszenia, podniosłe chwile, uwielbiał dramatycznie wyznawać uczucia, uwielbiał patos w ruchach, teatralność... patos... śledził każdy jej gest podczas teatralnego westchnięcia.
- Tylko czasem? - zapytał z głosem graniczącym pomiędzy zawodem a zdziwieniem; przewróć tymi pięknymi oczętami jeszcze raz, kocico, to taki piękny gest.  - Co z pozostałymi dniami? - dodał, pozorni obojętnie, odstępując o krok od rumaka. Niech będą, dwa kroki. Koń jest koń, powtarzał sobie  w myślach, cztery kopyta, pysk i para skrzydeł. Prawda, koń był olbrzymi, ale czy kiedy jeździł z ojcem na polowania jeszcze jako dziecko nie istniała pomiędzy nim a zwierzęciem podobna dysproporcja? I co z tego, że aetonany są łagodniejsze, nie aż tak potężne, a te, na których jeździł, zapewne również przyuczone do wożenia dzieci. To bydlę nie było zapewne przyzwyczajone do wożenia kogokolwiek oprócz madame Maxime, a skoro ona, olbrzymka sobie z tym radziła... on miałby sobie nie poradzić? Na Merlina - olbrzymka! Każdy przecież wie, że olbrzymy są zwyczajnie głupie. Kwestia bycia olbrzymką przez madame Maxime jednakowo budziła obawy Tristana; ćwiartka jej osoby ważyła zapewne tyle, co on i drobna Selina razem wzięci - albo nawet więcej. Nie był pewien, czy koń w ogóle odczuje ich obecność na swoim grzbiecie... jak i nie miał pojęcia, jak tym w podobnej sytuacji właściwie sterować - frasunki pozostawiał jednak na przyszłość, od zawsze i we wszystkich dziedzinach życia preferował jednak improwizację od planowania.
- Najmniejszy bez wątpienia - zgodził się; Selina zapewne nigdy nie była najniższym dziewczęciem w szkole, ale nie szczyciła się również wysokim wzrostem. - Łączy was więcej, niż się spodziewałem. - Jego mina jednak zrzedła, gdy Selina poruszyła temat ożenku - arystokraci mieli w życiu wszystko, każdy to wiedział. Pieniądze, sławę, znajomości, świat u stóp i olbrzymie możliwości często osiągane najmniejszym wysiłkiem, jakby samo nazwisko było dostatecznym dowodem kompetencji. Być może w pokucie za te wszystkie dobrodziejstwa odebrano im prawo do prawdziwego szczęścia, otoczono konwenansami, a związek dwojga ludzi sprowadzono do rangi umowy majątkowej, sprzedaży. W oczach Tristana Selina wysuwała się na przód szeregu czarodziejskich księżniczek; była charakterna, dumna, kapryśna i kąśliwa, a drobna skaza we krwi kobiety o niczym przecież nie przesądzała. I przyszedł moment, w którym pożałował wypowiedzianych słów, mając ochotę siebie samego kopnąć w tyłek. Mógł sobie darować.
Znów w milczeniu ostrożnie, ze zdroworozsądkowym respektem obszedł konia i spojrzał na zmagania Seliny - wygląda na to, że dotychczas szło im zbyt gładko. W głowie kłębiły mu się wątpliwości, lecz nie dał ich po sobie poznać; przy zwierzętach, nawet tych niebezpiecznych - a może nawet zwłaszcza? - zdawał się zachowywać równie pewnie, co przy ludziach. Lubił to i choć popisywał się odwagą głupiego, bez niej zapewne nie mógłby w przyszłości pracować ze smokami. Abraxan był niebezpieczny, piekielnie niebezpieczny, ale to oni jemu wkładali do pyska wędzidło, nie na odwrót - i to ustalało w tej relacji hierarchię. Uśmiechnął się łobuzersko na drwinę Seliny.
- Dobrze wiesz, że nie potrafię udawać - odparł z twarzą pokerzysty, bez wyczuwalnej ironii w głosie; choć rzeczywistość była zgoła odmienna, nie musiał dawać po sobie niczym poznać, że lubił przebywać z Seliną. Chwile z nią dawały mu tę szczyptę ekscytacji, którą należało doprawić codzienność, by nie zabiła monotonią. I był pewien, że ona o tym doskonale wie. Na moment wychylił się z boksu, by zanurzyć dłoń w stojącym nieopodal wiadrze z Ognistą Whisky, aż skrzywił się od drażniącego aromatu - wydawała się naprawdę mocna, a on miał jeszcze niewielkie doświadczenie z alkoholem. Ostrożnie zbliżył się do konia, wyciągając suchą dłoń ku potężnej szczęce stworzenia - ta bestia zapewne jednym kłapnięciem mogłaby mu odrąbać ramię. Ale przy madame Maxime zawsze była spokojna, dlaczego nagle miałaby zdziczeć? Od dołu uchwycił cuchnącą Ognistą ręką dłoń Seliny, podprowadzając ją wraz z wędzidłem do pyska, pozwalając, by zwabiony zapachem smakołyku otworzył paszczę - wierzył w niemal legendarny na boisku refleks towarzyszki. Wspiął się na palce i mocno wyciągnął rękę, żeby poprawić ogłowie przy uszach.
- Książę jest, biały koń jest... jak się postarasz, może nawet zgubisz po drodze pantofelka, czego więcej trzeba, żeby zostać królewną? - Z niewymuszoną  nonszalancją skłonił się przed nią w zaiste dworskim ukłonie; koń nastroszył pióra potężnych skrzydeł. -  Może przydałaby się balowa suknia - odpowiedział po krótkiej chwili sam sobie, mocno chwytając w dłoń potężne strzemię.
- Wskakuj - powtórzył, wciąż nie znając odpowiedzi na jej pytanie. - Wejdę z ogrodzenia - dodał zdawkowo, zaraz zmieniając ton. - Nie mów, że teraz obleciał cię strach, Selina? Naprawdę boisz się na niego wejść pierwsza? Jestem tuż obok, nic ci nie będzie, piękna - Spojrzał na nią wyzywająco, zadziornie; właściwie tylko po to, żeby spróbować nakłonić ją do wejścia na grzbiet abraxana. Była uparta jak osioł (albo jak ich Marquise), a Tristan nie widział, że w owej upartości niewiele jej ustępował i nie mógł odpuścić; winien przecież, w zgodzie z manierami dżentelmena, pomóc jej wspiąć się na to olbrzymie bydlę.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]06.10.15 21:41
Sama blondynka zbywała większość rzeczy ze zwyczajnej przekory. Jeśli tylko chciała komuś zagrać na nosie, z wyniosłą arogancją i prawdziwym popisem ignorancji potrafiła zdeptać czyjeś poglądy jednym, trafnym komentarzem. Była dyskutantem. Potrafiła się spierać o rzeczy, które kompletnie nie były warte uwagi. Często też jej słowa były dyktowane wyłącznie chęcią dopieczenia komuś, a nie faktycznie tym, o czym myślała dziewczyna. Na takie okrucieństwo z jej strony jednak zazwyczaj należało sobie zasłużyć. I z jakiegoś powodu każda dziewka naiwnie wzdychająca za jakimś chłopcem (a już specyficznie do pana Rosiera), często była traktowana z nutą pobłażania i podłości. I chyba sam Tristan niewiele mógłby wyczytać z jej myśli na ten temat. Ona nie dostrzegała w tym większej głębi. Po prostu nie lubiła naiwności. Nie chciała być brana za tą samą głupią dzierlatkę. Nie cierpiała też samego towarzystwa kobiet. Chłopcy byli o wiele atrakcyjniejsi. Nie bali się wyzwań. Nie rozmawiali w kółko o chłopcach, boysbandach, makijażu i sukienki, którą ostatnio widzieli w tym super modnym sklepie. Właściwie to mieli własną wersję tych rozmów. Ale w jakiś sposób łatwiej się ich tolerowało. Było więcej czynu jak gadania. I towarzyszył temu często zastrzyk adrenaliny. Choć, być może, Tristan potrafiłby powiązać splątane kłębki jej myśli w większy sens. Być może faktycznie za wszystkim stało coś więcej i nic nie działo się bez przyczyny. Czasem, gdy stoi się zbyt blisko czegoś, jest się ślepym. Tak trudno dostrzec większy obraz.
Spojrzała na niego czujnie, lekko wydymając usta w geście niezadowolenia, gdy się odezwał i ponownie brał ją pod włos. -Tak.-odpowiedziała twardo, jedynie mrużąc nieco oczy, niewzruszona tonem jego głosu.-Musiałam się uodpornić na większość twoich wzlotnych tekstów, bo inaczej już dawno zeszłabym z powodu hiperwentylacji.-mruknęła, niezadowolona, by przejść pod szyją konia i tknąć chłopaka w klatkę piersiową, jakby oskarżająco. Gdy odwracała się na powrót do konia, przewróciła oczami, jakby na zawołanie.-W pozostałe dnie medytuję, z dala od tego nieuleczalnego romantyzmu. Co, gdybyś mnie nim zaraził?-zanim prychnęła, odwróciła głowę w jego stronę, jakby chcąc sprawdzić jego reakcję.
I być może coś jej umykało - flirty, uniesienia serca, jego wzruszenia, złamania i topnienie pod wpływem uczuć. Ale czy na pewno? Cóż, wierzyła, że jest temu obojętna.
Dotykanie aktualnie rozluźnionych mięśni zwierzęcia jednocześnie ją uspokajało jak i zasiewało nikłe ziarno strachu gdzieś w jej umyśle. Abraxan faktycznie był niesamowicie łagodnym stworzeniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że ważył kilka ton, jego kopyta były wielkości talerzy i zwykłe nadepnięcie mogło się skończyć pokruszeniem wszystkich kości w twojej stopie. Odepchnięcie głową mogło się zakończyć zatrzymaniem na ścianie. Kopnięcie złamaniem kości, a może nawet krwotokiem wewnętrznym pod wpływem wstrząsu. Spadnięcie z wysokości w trakcie jazdy? Cóż, skutki podobne do wypadków podczas Quidditcha. Prawdopodobne kłopoty jeśli zostaną złapani? Niewyobrażalne. Selina podejrzewała, że mogłaby nie opuszczać dormitorium nawet do ukończenia szkoły. Ale to wszystko, jakkolwiek odpychające... tylko popychało ją do zrobienia tego. Obłęd. Z pewnością miała go w głowie. Nie miała pojęcia czy jej młodszy towarzysz również mógł się nim pochwalić. A może to coś innego prowokowało go do dopełnienia tego szaleństwa? Chyba dlatego zerknęła na niego ponownie, z zaciekawieniem, próbując wykryć jego aktualny nastrój. Podobno zwierzęta wyczuwały strach i potrafiły go wykorzystać przeciwko człowiekowi. Tristan zdawał się to doskonale rozumieć, bo nie widziała w jego ruchach zawahania. Robił to tak, jakby miał w tym spore doświadczenie. A była prawie pewna, że to nie była kwestia praktyki. I chyba nieco jej w tym momencie imponował.
Zmarszczyła nieco czoło na jego kolejne stwierdzenie. Więcej niż się spodziewał? Co to miało oznaczać?! I chyba tylko jej zaintrygowanie jego słowami sprawiło, że przyjrzała mu się uważniej i mimo półmroku dostrzegła zmianę w jego wyrazie twarzy. Czasami naprawdę powinna ugryźć się w język. Ale to chyba właśnie sugestia, że nie była pierwszym wyborem sprawiła, iż odpowiedziała mu w ten sposób. Dlatego sama też zamilkła, nie mówiąc nic więcej na ten temat.
-Och, tak. Z pewnością. Skoro tak jest ci ła...-przerwała na chwilę, patrząc, jak na chwilę ją opuszcza i gotowa była głośno protestować, mimo szansy spłoszenia konia. Bo co miałaby niby sama zrobić z na wpół oporządzonym abraxanem?! Zdusiła odetchnięcie ulgi, niejako sprowokowane przez mocny, ostry zapach, który nagle wkradł jej się do nozdrzy. Ognista pachniała doprawdy okropnie. Naprawdę nie miała pojęcia jak ktokolwiek mógł chcieć dobrowolnie to tknąć. I udawać, że się przy tym relaksuje. I jej grymas zniesmaczenia został nagle przerwany przez zaskoczenie, gdy jej dłoń została pochwycona i niemalże podetknięta zwierzęciu na pożarcie. Dosłownie poczuła, jak serce podskakuje jej do gardła, gdy tylko jej ręka zbliżyła się do pyska zwierzęcia. Prawie odskoczyła od monstrum, byleby tylko uniknąć jakichś nieprzyjemnych zdarzeń. Okazało się jednak, że... Marquise okazał się niewiarygodnie wręcz delikatny.
-Prawdziwy z ciebie gentleman, co?-zagadnęła ciepło do konia, zachęcona jego łagodnym usposobieniem i objęła jego pysk dłońmi, głaszcząc go w okolicy kości jarzmowych.
Wyjrzała zza głowy siwego na kolegę, mierząc go nieco powątpiewającym wzrokiem. -Naprawdę myślisz, że szczytem marzeń dziewczyny jest udekorowanie jej palca i głowy złotem?-zapytała, tylko z niewielką dozą kpiny.-Cóż, w przypadku pantofelka i sukni przydałaby się w sumie wróżka chrzestna.-zauważyła rzeczowo, jakby zapominając o swoim wcześniejszym sceptycyzmie. Zmierzyła go od stóp do głów, oceniając.-I bal. Nie pamiętam, by jakikolwiek książę zabierał księżniczkę na przejażdżkę na koniu.-mruknęła, uśmiechając się z zadowoleniem, podważając jego książęce kompetencje.
Stanęła obok niego, patrząc w górę, na przedni łęk, którego powinna się złapać, by wtoczyć się na siodło. Nawet nie miała pojęcia, czy jest w stanie go dosięgnąć. Szacując swoje szanse, nie ruszała się, czekając również na deklarację ze strony Tristana co do jego drogi na górę. Dopiero jego prowokacja zmusiła ją do przyspieszenia i przejścia do faktycznych czynów. Obdarzyła go szybkim, niezbyt przychylnym spojrzeniem, ponownie prostując całą linię kręgosłupa w wyrazie dumy. Jej opór przed wdrapaniem się na wierzchowca wychodził głównie z niechęci do ośmieszenia się przy ewentualnym braku powodzenia. Nie było jednak czasu na dalsze zawahania.
-Dobre sobie, Rosier.-prychnęła zdawkowo, by potem skupić wzrok na błyszczącym strzemieniu. Potem kątem oka spojrzała na chłopaka, który ciągle czekał.-Czasem poważnie mam cię dosyć.-mruknęła, by po chwili wesprzeć się na nim, by dosięgnąć stopą do strzemienia. Ten moment, gdy próbowała się zbalansować, chwycić za przód siodła i przerzucić nogę na drugą stronę wydawał się być dla niej wiecznością. I była przekonana, że nawet praca serca wystopowała zupełnie na te kilka sekund. Dopiero, gdy siodło dało jej jakiś ledwo wyczuwalne poczucie ruchu mięśni pod nim, zdała sobie sprawę, że faktycznie jest już na górze. Złapała niezgrabnie za wodze, mimo że koń, poza przeniesieniem ciężaru z nogi na nogę, nie poruszył się o krok.
-Nie każ mi na siebie za długo czekać, książę. Jeszcze poszukam sobie innego.-zagroziła, rozbawiona, nagle niesiona jakąś dziwną euforią z tego drobnego osiągnięcia. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy jej palce wolno przesuwały się wzdłuż pierzastych skrzydeł rumaka. Wydawało jej się to doprawdy niesamowitym odczuciem. Świat z tej perspektywy już wyglądał inaczej. Czy będzie to porównywalne do lotu na miotle...?-Chyba, że tym razem to ja mam wyciągnąć do ciebie rękę?-patrzyła na niego z góry, nie mogąc oprzeć się mięśniom, które automatycznie unosiły jej kąciki ust do góry.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]25.10.15 17:49
W istocie często trudno rozpoznać większy obraz – Tristan był jeszcze zbyt młody, by rozumieć, jak wiele uciążliwych konwenansów zakładało kajdany na dziewczęta, jak trudno było być młodą panną i o ile mniej przyjemności mógłby czerpać z życia, gdyby urodził się dziewczynką. Zbyt młody, by dojrzeć, że naśladująca go Druella pragnęła wyrwać się ze swojego dziewczęcego świata równie mocno, co Selina. Nie znał żadnego chłopca, który chciałby przenikać do świata dziewcząt – a przynajmniej żaden nie przyznawał się do tego głośno, ani nie dawał tego po sobie poznać – być może dlatego był to niego problem na tyle obcy. On sam lubił przecież przebywać wśród dziewcząt – i lubił to równie mocno, co tę szalejącą w żyłach i w głowie adrenalinę.
Kącik jego ust uniósł się zadziornie ku górze, kiedy oskarżycielsko dźgnęła go palcem, wyrzucając wzlotne teksty. Hiperwentylacja to nic strasznego, cisnęło mu się na usta, ale się powstrzymał, zapewne z korzyścią dla siebie. Jego matka na nią cierpiała, zwłaszcza na widok jego młodszej, tej środkowej, siostry, głównie kiedy wyczyniała akrobatyczne wygibasy pod sufitem, dostanie też jej pierwszy nauczyciel, który wejdzie do tej stajni i ich zobaczy z osiodłanym abraxanem i ten drugi rodzaj hiperwentylacji śmieszył go chyba najbardziej, chwilowo nie myśląc o tym, że owa hiperwentylacja uruchomiłaby całkiem pokaźny łańcuch hiperwentylacji zakończony zapewne wyjcem przyniesionym przez czarne straszydło, które roznosiło listy jego matki.
- Chyba koniec świata – westchnął, odpowiadając na jej pytanie. Selina jako romantyczka byłaby niecodziennym zjawiskiem, lecz przecież każdy strzegł swojej wrażliwości na inny sposób. Przykładowo, ona, plując jadem czarnej mamby, a potem rozgryzając krtań jak rozjuszony lew, na końcu z kości układając domek jak z kart. Potrafiła sprawnie operować złośliwością, a Tristan lubił ludzi z charakterem – tak magicznie iskrzących na tle wyblakłych, papierowych postaci. Lubił ją prowokować, w przypadku niektórych dziewcząt złość wcale nie szkodziła piękności. - Strasznie dużo mówisz, Selina, medytacja na to nie pomaga? – Zachował pełną powagę, a w jego głosie zabrzmiało nawet zaciekawienie. Kątem oka dostrzegł, że obróciła się w jego kierunku, sprawdzając reakcję, toteż udał, że wcale nie widział i przybrał obojętną maskę. - Słyszałem, że oglądanie gwiazd jest relaksujące – dodał zupełnie niewinnie, nie potrafiąc odnaleźć w głowie przykładu bardziej niepoprawnego romantyzmu. - Może warto spróbować?
Podobnie jak Selina, Tristan epatował wyłącznie niezdrową fascynacją; mniej niż kwestia tego, że robili coś niedozwolonego – choć i to dokładało cegiełkę – cieszył go fakt z tak bliskiego obcowania z tym potężnym stworzeniem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiele abraxanów jest hodowanych poza Francją; a i tutaj... czy gdzieś poza Beuxbatons była ich większa hodowla? Opuściwszy mury szkoły za jakiś czas zapewne pożegna się z nimi na zawsze, a przecież nie mógł tego uczynić, wpierw nie poznawszy ich niezwykłego potencjału. Magiczne stworzenia go fascynowały, a im większe i im bardziej niebezpieczne, tym mocniej cieszył go fakt z obcowania z nimi. Nie miał, co prawda, wielkich doświadczeń w tej kwestii, lecz przecież wyróżniał się na zajęciach z Opieki – wyróżniał się odwagą głupiego. Czy był to obłęd? Niewątpliwie, przed oczyma jego wyobraźni niezmiennie tańczyły smoki nad klifami w Kent. Tych nie dało się dosiąść, ale tej nocy miał zamiar zobaczyć, jak szybują pod nieboskłonem abraxany, a Selina podjęła to wyzwanie – jak zawsze – z przyjemnością, stając się doskonałą kompanką tej wcale nie aż tak niewinnej zbrodni. Z Seliną można było konie kraść? Spode łba i on na nią zerkał, być może obawiając się, czy ta przygoda jej nie znudzi, lecz panna Lovegood wydawała się równie rozentuzjazmowana, co on sam, tym samym czując z nią swojego rodzaju bliskość. I w tej bliskości parsknął śmiechem, kiedy Selina prawie odskoczyła od stworzenia; gdyby abraxan naprawdę zaczął ich traktować, Tristan pewnie zginąłby od razu.
- Naturalnie, że jest... – em, dżentelmenem, przecież pomogłem! ; urwał jednakże właściwie w pół słowa, kiedy zorientował się, że Selina zwracała się do k o n i a, nie do niego, wykrzywiając twarz w niechętnym grymasie, a po krótkiej chwili prychając teatralnie i kręcąc niechętnie głową. Nie wiedział, dlaczego uznał, że ten przyjemniejszy ton i te przyjemniejsze słowa są kierowane do niego, ale w zażenowaniu jak tonący brzytwy się chwycił i przesunął dłonią wzdłuż szyi abraxana. - Prawdziwy markiz – dodał, z niezbyt rozgarniętą myślą, że w ten sposób Selina z pewnością nie odgadnie jego myśli. Mówił już po angielsku, na terenie szkoły nie powinni tego robić, ale Tristanowi brakowało na co dzień języka Szekspira. Skrzywił się grymaśnie, teraz mocniej, kiedy wyjrzała ku niemu ktytycznie, na moment odrywając się od czułości, jakimi darzyła konia.
- Nie myślę, wiem to – odparł rzeczowo. - Nie wszystkich, naturalnie – dodał na tyle szybko, by Selina nie zdążyła zaprotestować. - Ale tej części, która zaczyna trzepotać rzęsami na sam dźwięk nazwiska na pewno. Musisz to zaakceptować, większość twoich koleżanek nie ma żadnych ambicji. - Oprócz dobrego zamążpójścia, rzecz jasna. Trudno się dziwić, utarło się wszak przekonanie, że odpowiedzialna panna wręcz nie powinna ich mieć, do leżenia i pachnienia nie były szczególnie przydatne. I większość z tych dziewcząt rzeczywiście było bardzo ładnych, co sprawiało, że nie oponował przeciwko ich towarzystwo, lecz dłuższa konwersacja z kimś o mentalności planktonu zwyczajnie go męczyła. Nie musieli rozmawiać, prawda, tutaj dało się przymknąć oko, ale przecież nie dało się wytrzymać w ten sposób długo. Selina była inna, miała swoje zdanie, potrafiła go bronić i miała swoje plany na przyszłość, o które nawet nie musiał pytać, widząc ją w składzie szkolnej drużyny. Była inna, a Tristan przejawiał niezdrową słabość do dziewcząt z jej rodziny.
- Wróżka chrzestna zaraz nas dopadnie, jak się nie pośpieszymy. Za długo palimy tutaj światło, ktoś mógł już zauważyć – Na krótki moment przeniósł spojrzenie ku zaparowanej szybce w oknie boksu, przez którą i tak nie zobaczył nic oprócz czarnego nieba. Spojrzenie, jakim go zmierzyła, od stóp po sam czubek głowy, wprawił go w lekkie zakłopotanie, patrzył na nią nieco jak na starą ciotkę na urodzinowym przyjęciu, która z jakiegoś powodu umniejsza jego kompetencje; w tym przypadku – książęce. Aż się wyprostował, wciąż krzywiąc się grymaśnie, jakby wierząc, że tym sposobem i w jej oczach urośnie. - Ona nam dopiero wyprawi bal – dodał po chwili zastanowienia. - Bierz, co masz, Selina, jest książę, jest biały koń, a jak zaczniesz być miła, to może nawet zatańczymy – wypowiedział te słowa jako rzecz oczywistą, jak mogłaby nie chcieć?
Fakt, że skapitulowała i jednak zdecydowała się wdrapać na koński grzbiet spotkał się z niezwerbalizowaną ulgą ze strony Tristana. Pomógł jej, podsadzając jej nogę, w tym momencie jeszcze bardziej ciesząc się z tego, że jest tutaj akurat z lekką i zwinną Seliną; z niesmakiem odrzucił głowę, kiedy abraxan otarł go pierzastym skrzydłem po twarzy. Nie wiedział, co prawda, na ile uda jej się kontrolować abraxana, ale miał nadzieję, że dziewczyna w siodle... przynajmniej zwiększała ich szanse na powodzenie. Zbył jej uwagę milczeniem, wpatrując się w jej dumną postawę na grzbiecie, w dłonie trzymające wodze – zastanawiając się, jak właściwie wdrapie się teraz na konia. Mimowolnie otworzył oczy szerzej, kiedy zagroziła poszukiwaniami innego księcia, po sukcesie tak prędko zmieniając ton z naburmuszonego na entusjastyczny. Jednak nie rozpracował jeszcze dziewcząt do końca...
Mniejsza z tym, musiał przecież wejść na jego grzbiet; zdawało mu się, że przed wejściem do stajni stała kiedyś stołek, z którego powinien dać radę się na niego wdrapać. Nie mógł przecież przystać na tę uwłaczającą propozycję i prosić Selinę, by podciągnęła go do góry, to by było szalenie niemęskie jak na piętnastolatka, który chciałby być dorosły.
- Wyprowadźmy go najpierw – zaproponował więc, uznając, że najlepszą taktyką będzie udawanie, że to zaplanowanie działanie.  - Trzymasz się? – Wychylił się za zagrodę, znów zanurzając dłoń w wiadrze z whisky. Nie wyglądało na to, by zwierzę miało ochotę współpracować po dobroci, a wyciągnięcie na smakołyk działało nie tylko na wszystkie zwierzęta, ale i na większość uczniów i było zwykle niezawodne. Przysunął dłoń z alkoholem pod pysk abraxana i odsunął się gwałtownie, kiedy koń kłapnął paszczą. Naparł plecami na drzwi boksu, otwierając je  i usiłował powstrzymać bestię, przytrzymując uzdę przy pysku czystą dłonią – ale się wyrywała. Chwycił prędko wiadro z whisky, ufając, że to pomoże nim pokierować i pobiegł ku wrotom stajni, uciekając przed truchtającym stworzeniem.



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]04.11.15 21:46
Najmłodsza Lovegoodówna przyprawiała swoją samotną rodzicielkę o stałe załamania nerwowe. Jednak jej matka potrafiła tylko załamywać ręce i powtarzać, co też nie byłoby, gdyby ojciec był na miejscu. Ale ojca nie było. Nawet go nie pamiętała. Więc zawsze te słowa doprowadzały ją do szału. Tatuś by nie popierał? Och, z jakże większą chęcią popełniała te same błędy, jakby chcąc, by w końcu to zauważył. By wyłonił się spod kamienia, pod którymkolwiek się chował i w końcu wrócił do nich, i ukarał niepokorną córkę. Nic takiego jednak się nie działo. A rodzicielka musiała znosić bunt, który miał się prawdopodobnie nigdy nie skończyć u jej latorośli. I z czasem przestała wysyłać wyjce. A jej karą był zimny wzrok siostry, który towarzyszył jej za każdym razem, gdy coś przeskrobała. Z czasem nauczyła się odrzucać to nieprzyjemne odczucie od siebie. A w końcu i jej główna oskarżycielka zniknęła, a ona miała prawie wolną rękę. Tylko szlabany i reprymendy od nauczycieli katowały ją od czasu do czasu.
-Bez wątpienia.-przyznała mu, niezrażona.-Umieranie z miłości inaczej kompletnie by zniosło nas z powierzchni ziemi, gdybyśmy wszyscy nagle zaczęli być równie romantyczni.-stwierdziła filozoficznie, zdradzając, że poświęciła na to chwilę zadumy. Gromada Werterów. Czy to nie byłaby zguba dla wszystkich?
Cmoknęła językiem, gdy kolejny raz zwrócił jej uwagę, że dużo mówi.
-Wolałbyś, bym używała raczej ust do ich wydymania do pocałunków?-parsknęła śmiechem, łapiąc się szyi abraxana i zakołysała się pod jego głową do przodu, parodiując podobne gesty.-Tak to robią twoje dziewczyny?-kpiła dalej, wypychając wargi w przesadzonym geście.
Przewróciła oczami, by ukazać swoją ostateczną dezaprobatę dla podobnych zachowań. Poruszyła się, wzruszając ramionami na jego tekst o oglądaniu gwiazd.
-To nudne. Nawet spadające gwiazdy migają zaledwie przez moment. Tyle czekania dla takiego zawiedzenia.-powiedziała, z zaskakującą wręcz łatwością odrzucając jego propozycję, niejako też się nieco skarżąc. Cóż z tego, że przed jego przybyciem sama oddawała się podobnej czynności? Bez wątpienia jednak długo by nie wytrzymała. Siedzenie w miejscu nie należało do jej ulubionych zajęć. Bo jak coś tak nużącego, że dało się przy tym zasnąć, mogło być relaksujące? Znaczy, pewnie było. Ale ile można było trwać w bezruchu? Nie, uczennica Beauxbatons miała to docenić dopiero za kilka lat.
Partnerzy w zbrodni. Cóż, niejako tak było, prawda? Robili zakazane. Choć chyba pierwszy raz porwali się na coś takiego! Porwać ulubieńca Madame Maxime? Poważnie, prawie urośli do rangi koniokradów na Dzikim Zachodzie. To było jak świętokradztwo. A jednak czy cokolwiek kusiło bardziej od zakazanego? A przy okazji tak majestatycznego i potężnego, jak zwierzę, które mieli za chwilę dosiąść?
Skupiona na koniu, nie zwracała (pozornie) większej uwagi na swojego szkolnego kolegę. Letnia, krótka sierść może i nie zezwalała na to, by zatopić w niej palce, jednak jej jedwabistość i przyjemna struktura sprawiała, że nie odrywała przez dłuższy czas dłoni od Markiza, z lekką fascynacją badając jego reakcje. W przeciwieństwie do niektórych koleżanek sprawdzała wrażliwość na bodźce prawdziwe ogiery, a nie wyłącznie, cóż, metaforyczne. Bo oczywiście miała nadzieję, że jej nowy ulubieniec nie został skrzywdzony pozbawieniem klejnotów rodzinnych.
-Tak, prawdziwy.-zgodziła się z nim, prawie dumna, że doszedł do podobnego wniosku. Cóż, to chyba jej pierwsze, tak bliskie spotkanie z abraxanem. Czy naprawdę to zaintrygowanie musiało wprawiać Tristana w lekkie poczucie zazdrości? Szkoda, że nie potrafiła go wykryć. Choć, faktycznie, zbyt często nie popisywała się zdolnością docenienia czegoś i pochwalenia. W przypadku Rosiera traktowałaby to jak poddanie się. Nie daj Merlinie dopuściłaby do siebie jakąkolwiek jego zaletę i wpadłaby jak opakowanie Fasolek Wszystkich Smaków do ust Longbottoma, który ma się dopiero urodzić.
Nieco zrzedła jej mina, gdy chłopak odpowiedział jej w tak racjonalny sposób. I wiedziała, że ma rację. Skrzywiła się lekko. Faktycznie spora część dziewcząt nie rozmawiała o niczym innym jak chłopcach. A zwłaszcza o tych ze szlachetnych rodów. I jej kompan miał szczęście do nich należeć.
-Takie masz doświadczenie?-zapytała, prowokacyjnie, zaciskając lekko usta, jakby to była jego wina za taki stan rzeczy. Nie miała pojęcia, dlaczego tak zareagowała, ale obwinienie go wydało jej się właściwą opcją.
Jego kolejne słowa jednak delikatnie ją spięły, bo, faktycznie, zbyt długo służyło im szczęście. Dlatego też zapomniała szybko o tej złości.
-Myślisz, że to ja się muszę tutaj starać, by zdobyć taniec?-prychnęła pysznie, jakby to było najnaturalniejszą sprawą na świecie, że to właśnie z nią chciano tańczyć. Swoje teatralne, przerysowane gesty potrafiła z wielkim oddaniem przenieść na parkiet, na którym zdawała się ginąć sztuczność, a rodzić się gracja. I to nie tak, że nie potrzebowała komplementów. To właśnie czyjeś słowa wyniosły ją tak wysoko ku górze. I bardzo, bardzo ciężko było komuś strącić ją z piedestału, na którym postawiła stopę. Potrafiła być cholernie uparta.
Te spory nie powstrzymały ją przed wdrapaniem się na grzbiet wierzchowca. I... to było niesamowite uczucie. Perspektywa z tej wysokości może nie równała się (jeszcze?) tej, którą zdobywała poprzez wzlatywanie na dalsze odległości od ziemi, ale i tak była wyjątkowa. Właśnie przez to, że była kompletnie nowa. Z siodła, gdzie czucie rumaka było tak odmienne od trzonu miotły. A zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to, co aktualnie miała między nogami, posiadało własną wolę. Odczuwało. Było najbardziej interaktywną formą środka lokomocji, który posiadał tyle niezrozumiałych dla niej "guzików", że właściwie nie miała pojęcia jak powinna go "obsłużyć".
Wodze, tak wiszące, nagle zaczęły jej ciążyć w dłoniach, a ruchy mięśni pod siedzeniem nagle wywołały w niej ogromny niepokój. A zwłaszcza, gdy usłyszała propozycję wyprowadzenia konia z nią na górze. I chyba na tyle ją to sparaliżowało, że głos jej ugrzęzł w gardle, bo nie zdążyła zaprotestować, a już Tristan został prawie staranowany przez zwierzę, które nagle poczuło zew wolności.
Instynktowną reakcją blondynki było (błędne) pochylenie się do przodu i próba objęcia szyi rumaka, który chyba postanowił wybrać się z nią na romantyczną przejażdżkę bez zbędnego towarzystwo księcia. Po co książę, gdy był już markiz i księżniczka? Takt kłusa tak ogromnego monstrum zdawał się trwać wieki, a każde zderzenie kopyt z ziemią powodowało takie wstrząsy, że z każdym krokiem miała wrażenie, że za moment spotka się z ziemią.
-Zatrzymaj go!-pisnęła, przestraszona nie na żarty, bo wizja samotnej walki z kilkutonowym stworzeniem nie zdawała jej się nagle tak podobać.
Markiz, kompletnie niewzruszony jej krzykami ani postawą chłopaka, postanowił inaczej pokonać przeszkodę. Gdy ten stanął mu na drodze, nagle stukot o posadzkę cichł, aż w końcu zabrzmiał ostatni głos, kiedy siwy wzbił się w powietrze.
Selina Lovegood oczyma wyobraźni widziała, jak spada z jego grzbietu tysiące stóp nad powierzchnią, a następnie niefortunnym wypadkiem kończy swoją szansę na zaistnienie w historii. I dlatego podjęła męską decyzję. Przechyliła się na swoją przeważającą stronę - prawą - by po chwili wpaść prosto w stog siana i - niefortunnie - uderzyć ramieniem w metalowe wiadro, które potoczyło się gdzieś z brzękiem w głąb stajni.
Odchyliła głowę do tyłu w tym krótkim momencie, przymykając oczy i zaciskając mocno palce w pięści, czując, że jakoś musi poradzić sobie z nerwami, które właśnie nią zawładnęły. Chwilę potem roześmiała się, zapewne ciągle zbyt zestresowana, by zareagować racjonalnie.
-Myślałam, że umrę.-wyznała groteskowo, wstrząsana salwami nerwowego śmiechu.
Ale sytuacja wcale nie była zabawna. Bo właśnie narobili sporo hałasu. A Markiz chyba ciągle krążył im nad głową.
Fatalna porażka.
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons [odnośnik]10.05.16 21:25
Przewrócił oczyma na wydęte usta Seliny, och, tak, oczywiście, że właśnie tak robiły dziewczyny - większość, bo nigdy Selina. I ten fakt pozostawał dla niego niezmiennie tak samo irytujący, zwłaszcza, kiedy przerysowywała ich gesty, dystansując się od niego na tyle, na ile potrafiła, a on tracił pomysły na przełamanie tego dystansu. Spojrzał na nią wręcz z czymś graniczącym ze złością - nudne? szlag jasny, ilekroć proponował dziewczętom obserwację gwiazd, reagowały cichym rozczulonym westchnieniem; czy kradzież konia też była nudna? Bo własnie to teraz robili - porywali się na największą świętość Beuxbatons, abraxany madame Maxime, potężne bestie nie tylko cenne i chronione w szkole, ale i takie, nad którymi żadne z nich nie umiało i nie będzie umiało zapanować. Ale nie to teraz było ważne - a zabawa, carpe diem, podszepty ambicji i w małym stopniu zapewne również chęć zaimponowania złośnicy. Chciała emocji - będzie je miała, a co! Emocje te jednak nijak nie mogły zaburzyć momentu zadumy nad urodą rumaka, choć Tristan miał z nimi już wcześniej do czynienia, często spędzając szlabany w ich stajni, ale i pomagając profesorowi nauczającemu opieki nad magicznymi stworzeniami, to każdorazowo ich widok podobnie wywoływał u Tristana niezwykłe emocje. Podniosłe emocje. Ich markiz w istocie był prawdziwym markizem, dumnym, wyniosłym, przystojnym i bijącym trudnym do określenia majestatem; jego biała sierść śniła jak śnieg w pełnym słońcu, jedwabista jasna grzywa - jak włosy nimf serenadujących przy obiedzie w wielkiej sali. Czarne oczy wielkości jego pięści patrzyły na nich inteligentnie, jakby były to oczy człowieka. Długie, potężne cztery nogi konia wydawały się dość wielkie, by mogły gnać jak wicher, a wciąż złożone skrzydła, z których wystawał puch miękki jak pył dmuchawców, zdawały się być większe od skrzydeł jakichkolwiek zwierząt, jakie dotąd widział. Porównywalne zapewne z częścią smoków w jego rodzinnym rezerwacie, one też były białe, ale nie miały piór. Kopyta, wielkie jak talerze, mogły zgnieść ich oboje tu na miejscu. Był piękny, ogromny i śmiertelnie niebezpieczny - a oni zapragnęli się z nim zabawić.
- Własnie takie - odparł jej wyzywająco, nie bardzo wiedząc, czego ma to wyzwanie dotyczyć: wydało mu się to jednak sensowniejsze, niż obwinianie jego samego. Dziewczęta uważał za puste, w dużej mierze dlatego, że większość na puste było wychowywanych; taka była ich rola: pięknie wyglądać, umieć się wypowiedzieć na bezpieczne tematy (broń Merlinie, nie na temat polityki!), ale nie odzywać się przy tym zbyt często, a w ich wieku - absolutnie nie odzywać się, kiedy nie było się pytanym. Generalnie - ozdabiać salony. Czy kiedy wbijało im się do głów takie marzenia od dziecięcych lat, można było oczekiwać od nich więcej? Czy w ogóle chciał oczekiwać od nich więcej? Chciał, lubił przecież wyzwania - takie jak Selina.
Roześmiał się, słysząc jej oburzenie; Tristan rzecz jasna żartował, nie zwykł domagać się od dziewcząt, by to one musiały starać się o niego, a w każdym razie nie od dziewcząt takich jak Selina. Doskonale znał również grację, z którą potrafiła tańczyć, tą samą, którą mógł podziwiać u niej na boisku, kiedy wsiadała na miotłę. Paradoksalnie, bo całkowicie sprzecznie ze swoim charakterem, Selina była wręcz uosobieniem gracji; rzeczywiście - trochę jak kotka, drapiąca w tę i nazad, samodzielna indywidualistka, a jednocześnie - pełna gracji. Tristan jednak nie miał zamiaru mówić o tym na głos, garść komplementów mogłaby sprawić, ze Selina zaryłaby nosem o sufit, a tego żadne z nich nie chciało.
Próbował, naprawdę próbował zatrzymać tę bestię - wyszedł jej naprzeciw, chciał złapać za uzdę, ale w tym momencie wierzchowiec postanowił wyminąć go w nader imponujący sposób; wreszcie rozłożył imponujące skrzydła i wzbił się w powietrze. Lecący tuż nad nim abraxan wywarł na Tristanie olbrzymie wrażenie, a wspomnienie tego dnia zostanie z nim zapewne do końca życia; gdyby abraxan pobiegł do przodu lub mniej ostrożnie wzbiłby się w powietrze, bez wątpienia stratowałby Tristana tu i teraz, serce podeszło mu do gardła na tyle mocno, że nie uchwycił momentu, w którym Selina zeskoczyła z siodła, jego spojrzenie przywołał dopiero dźwięk uderzenia o blaszane wiadro.
- Selina - wyrzucił przerażony, emocje jednak szybko opadły, kiedy dziewczyna zaniosła się śmiechem; nic jej nie było. Nic im nie było - śmiejąc się już, Tristan po chwili opadł obok Seliny na miękkie siano, unosząc wzrok na skrzydlatego konia unoszącego się na tle atramentowego, upstrzonego skrzącymi gwiazdami nieba, perlisty śmiech Seliny w tle tylko dodawał tej chwili magii. Odwrócił się w jej strony, zdecydowany, że oto nadszedł właściwy moment, kiedy... usłyszał dźwięk teleportacji tuż za swoimi plecami. Nie miał złudzeń: latający abraxan musiał zwrócić uwagę nauczycieli i bez wątpienia właśnie dopadł ich jeden z nich. Ucieczka nie miała sensu - a oni i tak zostali złapani na gorącym uczynku, rozpoznani... i zbyt zmęczeni na dalsze przygody.
- No to zatańczymy... z miotłą - szepnął do niej, mimo wszystko rozbawiony, bo choć nigdy nie miał zdolności wróżbiarskich i częstokroć na owym przedmiocie przysypiał, miał w głowie dość rozumu, by móc przepowiedzieć czekającą ich przyszłość i długi, bardzo długi szlaban.
Ciekawe, czy wspólny.
Dla tych wspomnień - i tak się opłacało.


k o n i e c
:pony:



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

o b e y

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons - Page 2 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Wiosenny wieczór 1944, Beauxbatons
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach