Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

[sen] What if...? 1967
AutorWiadomość
[sen] What if...? 1967 [odnośnik]30.08.21 21:18
Co, jeśli świat da ci wszystko o czym kiedykolwiek marzyłaś? Co, jeśli spełni wszystkie twoje pragnienia, ale ty wciąż będziesz czuła, że coś jest nie tak? Brakuje ci tej jednej jedynej rzeczy, o której nigdy nie myślałaś, a która wydaje się w życiu tak istotna.

Był rok 1967 i wszystko potoczyło się zupełnie inaczej niż wydawał się planować to los. Nigdy nie opuściła swojego rodzinnego domu, by zostać panią Yorku. Nigdy nie wydoroślała stając się prawdziwą damą. Nigdy też nie poczuła co to tak naprawdę oznaczało być szczerze kochaną. Wszystkie te opowieści, wiersze i poematy wciąż wydawały się zupełnie obce. Wyjechała z Anglii niespełna pół roku po tym jak wszelkie próby zmiany jej zdania wydawały się nic przynosić żadny rezultatów. Gdy po raz ostatnim patrzyła jak mury Corbenic znikają za linią horyzontu była przekonana, że podjęła słuszną decyzję. Wydawała się tego nigdy nie żałować. Tylko głupcy uparcie rozpamiętują przeszłość…
Osiadła w Azji, która już wiele lat wcześniej skradła jej serce. Niecały rok później dołączył do niej Agenor Travers. Kolejny wygnaniec, który nie mógł znaleźć sobie miejsca w brutalnej angielskiej rzeczywistości. Ona szalona i nigdy nie zrozumiana, on zagubiony ze skłonnościami, o jakich nigdy nie mówiło się głośno, a które uważano niemal za abominacje. Tworzyli zaskakująco dobraną parę. Obdarzyli się nawzajem przyjaźniom, akceptacjom i wolnością, o której wielu mogło jedynie marzyć. Nie mieli dzieci, niektórzy ironicznie twierdzili, że żadne z nich nie było wstanie skonsumować małżeństwa. Juno jednak zgodziła się na wychowanie dwóch chłopców oraz dziewczynki, dzieci, które były owocem poszukiwań Agenora i jego nieustannych prób dostosowania się do oczekiwań społeczeństwa. Wszystkie nosiły nazwisko Travers. Skoro nigdy nie miały postawić nawet stopy na angielskiej ziemi nie miało to przecież żadnego znaczenia.
Ich główna posiadłość znajdowała się na obrzeżach Tokio gdzie Juno mogła spokojnie pracować nad swoimi kolejnymi publikacjami. Rok do roku na półkach księgarni na całym świecie pojawiały się woluminy opatrzone jej imieniem i nazwiskiem. Lubiła sobie wyobrażać jak młode arystokratki sięgają po nie w jej własnej ojczyźnie i ze zdziwieniem odkrywają, że poza ich wsypą i okazjonalnie Francją istnieje zupełnie inny, dużo ciekawszy świat. Wbrew wszystkiemu wydawała się naprawdę szczęśliwa. Rozwój nauki i medycyny pozwolił też na znacznie efektywniejsze radzenie sobie z chorobą. Wszystko to, co jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się ponurą codzienną dzisiaj było jedynie mglistym wspomnieniem.
Był początek jesieni. Okres, w którym Japonia wydawała się najpiękniejsza. Rudowłosa czarownica w towarzystwie swojej małej gromadki przechadzała się uliczkami magicznej dzielnicy Tokio. Ośmioletnia Isabella Travers ledwo trzymała swoją przybraną matkę za rękę co rusz zatrzymując się przy kolejnych sklepowych wystawach. Z całej trójki to ona wykazywała największe podobieństwo do Juno. Włosy miała może o ze dwa tony ciemniejsze, za to oczy miały niemal identycznie. Dwa błękitne ogniki wiecznie gdzieś uciekające, wiecznie ciekawe, wiecznie rozmarzone. Chłopcy, dziewięcioletni Thomas i o rok straszy Robert już dawno zniknęli swej opiekunce z oczu. Ściskali w dłoniach drobne monety, za które mogli sobie kupić cokolwiek chcieli. Niewinne, całkiem wesołe popołudnie spędzone w towarzystwie rodziny. Juno wychodziła właśnie z jednego ze sklepów, gdy usłyszała jak Thomas wzywa pomocy używając przy tym mieszanki mandaryńskiego i kantońskiego. To zawsze oznaczało kłopoty. Najprawdopodobniej udawał, że nie rozumie co się do niego mówi by tym samym uniknąć kłopotów. Jeśli miałaby zgadywać, to uznałaby, że ktoś złapał go na drobnej kradzież. Ku przerażeniu Juno Agenor uważał, że to dobry sposób, by ćwiczyć w chłopach spryt i sprawność. Tyle że to później ona musiała ratować młodych Traversów przed kolejnymi problemami. Szybko zlokalizowała skąd pochodzi dźwięk. Kilkanaście metrów od niej stał mężczyzna przytrzymujący chłopaka za ramię. Stał do niej tyłem więc nie była wstanie go od razu rozpoznać. Była jednak pewna, że to anglik, ci zawsze nadmiernie wyróżniali się z tłumu. Szybko znalazła się tuż przy nim w jednej ręce trzymając różdżkę, którą właśnie wbijała w plecy intruza, w drugiej wciąż trzymała dłoń córki. - Przepraszam za zachowanie mojego syna. Jestem jednak pewna drogi panie angliku, że nie ma potrzeby robić z tego większego problemu. - Ton jej głosu był cichy, ale zdecydowany. Gest z różdżką mógł wydawać się niepotrzebny, ale przecież nie mogła mieć pojęcia z kim ma do czynienia i jakie, ów człowiek miał zamiary wobec chłopaka.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you



Ostatnio zmieniony przez Junona Travers dnia 01.09.21 8:48, w całości zmieniany 2 razy
Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]30.08.21 22:31
- Angliku? No wypraszam sobie - prycham pod nosem, w wyraźnym rozbawieniu, bo chociaż czuję różdżdkę wbijającą się w bok, to groźba idąca za tym gestem niezwykle mnie rozbawiła. Mianowany jestem Lordem Yorku, dowódcą Konnych Sił Powietrznych, Ordynatorem szpitala dla magicznych stworzeń, profesorem Carrow, tatą, mężem a nawet niekiedy przyjacielem, ale anglikiem mogła nazwać mnie jedynie rodowita japonka. A skoro tylko sobie to uświadamiam, to nic mnie nie obchodzi różdżka. Wiem, że turysty rodowita japonka nigdy nie zaatakuje, wie przecież że miałaby wielkie kłopoty, gdybym zniknął. Nie wie kim jestem. Nie dziwi mnie za to różdżka. Jeszcze kilka lat temu wyciąganie jej na ulicy nie mogłoby mieć miejsca, gdyż żyliśmy wszyscy w ukryciu przed mugolami, ale teraz? Teraz mugole nie mają wstępu do naszych miast, zostali wszyscy zesłani na kontynent Ameryk, lub do największego więzienia na kuli ziemskiej czyli Azkabanu II, który obejmuje całą Australię.
Odwracam się, w oczekiwaniu, że natrafię na spojrzenie azjatki, które zwyczajem japońskim szybko zostanie schowane w ziemię, ale zamiast tego spoglądam wprost w wielkie niebieskie oczy i najwyraźniej to mnie bardzo poruszyło, bo rozluźniam chwyt, którym trzymam chłopca, a ten wykorzystując chwilę czmycha za plecy mamy .
- Czy my... się znamy? - to spojrzenie, wydaje się znajome. Błękitne niczym wody oceanu oczy przypominają mi... to co chciałbym zapomnieć.
Dziesięć lat to bardzo długo, szczególnie, kiedy codziennie pracuje się nad tym, by wymazać z pamięci czas, o którym przypomniała mi nie-japonka. Było to jeszcze w Anglii, starałem się o rękę kilku dziewcząt, najczęściej jeździłem jednak do Traversów. Wojna doskwierała nam wszystkim, a kiedy czarne chmury weszły również ponad York, należało się zaangażować w krwawą jatkę. Coś się nie udało z Travers, później poróżniłem się z przyjacielem, odbiłem mu narzeczoną i z Vivienne wzieliśmy szybki i nieprzemyślany ślub. Wydawało się, że to dobre polityczne posunięcie, ale czy może być coś dobrego ze ślubu na którym nie podaliśmy nawet grama kawioru? Głód, zaraza, wojna i smród śmierci towarzyszył nam w miesiąc miodowy. I tym łatwiej było nienawidzić wojny, kiedy dowiedziałem się, że zabito wszystkich Sproutów. W s z y s t k i c h. Z bezsilności wybiłem sam prawie cały York, nie zważając już nawet na to, czy przy okazji mugoli, gineli też czarodzieje. Moja rozpacz była o tyle ślepa, że obwiniałem wszystkich o śmierć mojej miłości. Kiedy w Yorku nie został już ani jeden mugol, otoczyłem go wysokim murem, na który nałożono zaklęcia najsilniejszych myślicieli (jedyni ludzie, którymi się otaczam to ludzie nauki i ludzie kochający zwierzęta). Tym sposobem zamknąłem się i swój świat, by już nigdy nikt nie mógł wejść na moje tereny. Im bardziej odgradzałem się od świata, tym mniej dogadywaliśmy się z żoną. Później wojna się skończyła, ale w Yorku dowiedzieliśmy się o tym dopiero po kilku miesiącach. Znów mogliśmy jeść kawior i nawet czasami tańczyliśmy. Ale już nic nigdy nie było jak wcześniej. W 1960 urodziło mi się dziecko, potem drugie i zapomniałem o ostatnich trzech, czterech, pięciu latach. W małżeństwie zaczęło mi się układać, pochowałem brata, syna i najlepszego konia. Założyłem szpital dla Magicznych Stworzeń, miałem kolejnego syna. Ten drugi ma już pięć lat i teraz zwiedza ze mną Azję. To właśnie z nim jestem tu dziś. Żony przy mnie nie ma, nie zgodziła się nawet na wizytę na magicznych wyspach. Vivienne twierdzi, że te podróże źle robią jej na cerę, a poza tym ostatnio jest coraz bardziej melancholijna. Denerwuje mnie to, nie wiem po co też jej te wszystkie książki J. Travers. Przecież to nie tak, że czeka ją jeszcze cokolwiek w tym życiu, swoje zrobiła. I nie pozwala się nawet uszczęśliwiać wizytami na piaszczystych plażach. Wolałem ją młodszą, przed trójką dzieci, kiedy mówiła że opalenizna jest sexy. Chyba znów się oddaliliśmy, tym razem jednak winię R. Selwyna, który pisze do mojej żony przynajmniej raz w tygodniu list. Spacerując dzisiejszego dnia po tokijskich uliczkach, zachodziłem w głowę, czy tym razem odważyła się go przyjąć na zamku. A może to i dobrze, może jak wreszcie spełni się ich niespełniony romans, to zrozumie, że złamała naszą przysięgę i z poczucia wstydu, odpuści mi te swoje humory? Przemyślenia przerwał młodzieniec, który na moich oczach postanowił ukraść jedną z indegrencji do eliksirów. Zaraz złapałem małego złodziejaszka i szarpię się z nim, chociaż ten nic po angielsku, ani nawet jednego słowa.
Nagle jednak okazuje się, że to o czym nie myślałem, bo zostało przysłonięte codziennością ostatnich kilku lat, powraca. I chociaż nie są to pozytywne wspomnienia, coś nie pozwala mi odpuścić.
- Lady Juno Travers? To ty? - spojrzałem na małego chłopca, który miał pewnie tyle lat, co miałby mój, gdyby nie umarł. - Gdyby nie to, że jesteśmy na drugim końcu świata, to mógłbym się tego spodziewać tylko po jednym szlachcicu i byłoby to właśnie twoje dziecko. Ale... - znów unoszę spojrzenie na Lady, która wymknęła się mi te dziesięć lat temu i w głowie mam tak wiele bolesnych myśli, tak wiele pytań, a jednak pierwsze było: - To Twoi?
Bo mój stał kilka kroków za mną. Bez słowa, ubrany tak samo po angielsku jak ja, o czarnych włosach, czarnych oczach, obserwując wszystko z bacznością równą Lady Vivienne. Nie był to typowy pięciolatek, to był Mały Lord .
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]31.08.21 17:12
Poczuła lekką satysfakcje, gdy okazało się, że tak trafnie zidentyfikowała swojego krajana, który na domiar złego wyraźnie był przedstawicielem wyżej klasy społecznej. Bardziej niż strój zdradzał go ton głosu. Władczy, pełne wyższośc. Nawet wyraźne rozbawienie nie było wstanie ukryć przeświadczenia, że ów lord uważał się za pana świata i okolicy. Bladą twarz czarownicy wykrzywił lekko ironiczny uśmiech. Dopiero gdy mężczyzna odwrócił się w jej stronę zdołała go rozpoznać. Grymas momentalnie zniknął z twarzy lady Travers. Nawet nie zauważyła, że syn stał już za nią i bacznie przyglądał się obcemu. Gdy to dziwne pytanie zawisło w powietrzu podświadomość Juno momentalnie przeniosła się pod grube dębowe drzwi, za którymi ukryła wszystkie niewygodne, czasem nawet bolesne wspomnienia. Nie to jeszcze nie czas by do nich wracać.
Nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się, wyraźnie tamując przy tym rosnące rozbawienia. Czy ta scena nie zasługiwała na odrobinę radosnego śmiechu? Człowiek, który jednocześnie wygnał ją z Anglii i dał przepustkę do upragnionej wolności, teraz stał tuż przed nią będąc przy tym ofiarą jej małego kleptomana. Czuła jak dłoń córki mocniej zaciska się wokół jej placów. Czyżby ta mała kruszyna wyczuwała już ile emocji kotłowało się właśnie w głowie jej opiekunki?
W końcu padło imię, nazwisko i ten nieszczęsny tytuł. Juno nie wytrzymała i pozwoliła sobie w końcu na cichy śmiech. Śmiech przepełniony radością. Śmiech młodej dziewczyny, która wydawała się nie znać znojów wojny, śmierci i biedy. Mimo wszystko cieszyła się, że go widzi, stanowił bowiem namiastkę domu. Juno nigdy tego na głos nie przyznawała, ale były momenty, w których szczerze tęskniła za Anglią. Przecież nawet tam przeżyła kilka naprawdę szczęśliwych momentów. - Przybyło ci na głowie kilka siwych włosów, ja mam kilka zmarszczek, ale to przecież jeszcze nie powód byśmy nie mogli do siebie mówić po imieniu. Prawda? - Schowała różdżkę do jednej z kieszeni w szacie. Po czym znów spojrzała w stronę Aresa uśmiechając się przy tym dość przyjaźnie. Niemal w tym samym momencie pojawił się przy nich trzeci Travers, który posłał bratu pytające spojrzenie. Obaj chłopcy wciąż uparcie nie używali angielskiego, a ich rozmowa wyglądała mniej więcej w ten sposób: - Nazwał matkę lady, uwierzysz w to?
-Mieliśmy tyle miesięcy spokoju i znowu pojawił się jakiś angielski błazen.
-Znowu będziemy musieli zachowywać się jakbyś mieli kije w tyłkach.
Krótka wymiana zdań zakończyła się westchnięciem pełnym irytacji, gniewu i znudzenia, który wydobył się z piersi dwóch młodych lordów. Juno słysząc to wszystko wzniosła oczy ku niebu zastanawiając się dlaczego te dzieci są aż tak do niej podobne. Ares dalej mówił, a ona szybko skupiła na nim swoją uwagę. Musiała go przecież odciągnąć od niegrzecznego zachowania chłopców. - Brzmi to niema prawie jak komplement - Odpowiedziała z nutą lekkiego sarkazmu. - Pozostaje mi więc jeszcze raz przeprosić za to, że stałeś się jego niedoszłą ofiarą. Każdy z nas ma swoje metody wychowawcze. - Zerknęła w stronę młodego lorda Carrowa. Tak, dobrze wiedziała kto jest jego matką. Zaraz po wyjeździe to właśnie Vivianne zdawała jej nieustanne relacje z tego co działo się na wyspach. Jednak gdy doszło do ślubu między nią a Aresem listy zdawały się coraz krótsze i coraz rzadsze. Rzadko kiedy padała w nich, choć drobna wzmianka o lordzie Carrow. Juno nigdy nie rozumiała dlaczego. Czyżby jej droga przyjaciółka była nieszczęśliwa w małżeństwie? Przecież wydawali się tak dobrze dobraną parą
Padło kolejne pytanie. Na wiele sposóbów bardzo niebezpieczne. Juno odpowiedziała na nie jednak bez chwili zawahania się. - Tak. Cała wesoła trójka, która w tej chwili przypomni sobie jak używa się angielskiego. - Groźba wyczuwalna w głosie kobiety spowodowała ciche pomruki świadczące o poddaniu się. Juno nigdy nie miała problemu w nazywaniu ich swoimi dziećmi. Wszyscy trafili pod jej skrzydła w tak młodym wieku, że nawet nie pamiętali własnych rodzicielek. Chcąc wynagrodzić im krzywdy, jakie ściągnęła na nich głupota ich własnych rodziców starała się ze wszystkich sił otoczyć dzieci miłością. O tym jednak Ares nie mógł wiedzieć. Może na początku po cichu opowiadano sobie plotki na temat tej nietypowej pary, ale sprawa na pewno szybko przycichła. Kto przez tyle lat zajmowałby się dwójką niechcianych wygnańców. Juno znów spojrzała w stronę chłopca. - Miło cię poznać młody lordzie Carrow. Niegdyś przyjaźniłam się zarówno z twoją drogą matką, jak i ze wspaniałym ojcem. Mam nadzieję, że i nam uda się zaprzyjaźnić. - Zwróciła się do dziecka używając podobnego łagodnego i przyjacielskiego tonu. Po czym znów przeniosła wzrok na ojca. - Ma w sobie bardzo dużo z Vivianne. - Tym razem ton głosu był dość niejednoznaczny. Zupełnie tak jakby Juno na chwilę utonęła we własnych wspomnieniach. - Robert- odwróciła się w stronę najstarszego chłopca. - Zabierz rodzeństwo i młodego lorda na lody- Wskazała na lokal mieszczący się kilka metrów dalej. Podeszła do chłopca i włożyła mu w dłoń pieniądze. W tym samym czasie mała Isabella puściła rękę matki. Dygnęła grzecznie przed Aresem i szybko go wyminęła. Podeszła za to do jego syna i po grzecznym przedstawieniu się wyciągnęła rękę do chłopca by ten podszedł wraz z nimi. Juno zwrócona w stronę Aresa wciąż kątem oka obserwowała swoich synów obawiając się jak zwykle najgorsze. -Obecność chłopca świadczy o tym, że nie jestem tu w interesach. Mało jest w Europie krajów do zwiedzania? - Próbowała zagaić rozmowę wciąż nie rezygnując przy tym z lekkiego i niezobowiązującego tonu. Może jednak trochę wydoroślała. Może mimo wszystko wciąż widziała w nim przyjaciela z dawnych lat.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]31.08.21 18:08
- Sądziłem, że po imieniu mówimy sobie tylko jako przyjaciele. I byłem przekonany, że ta przyjemność została mi pewnego dnia całkiem dobitnie odmówiona - zauważam, przywołując wspomnienie zamkniętych drzwi do komnaty Traversów, kiedy Juno oświadczyła bardzo dobitnie, że nigdy przenigdy nie wpuści mnie do środka i że powinienem szukać sobie szczęścia gdzieś na zewnątrz. Wtedy sądziłem, że już na dobre porzuciliśmy przyjaźń. A jednak proponuje mi coś zaskakującego, co przyjmuje z lekką ulgą, przyglądając się tym wspomnianym zmarszczkom. Nie widzę ich, i niech będzie powodem dla nich mój słabnący od dziesięcioleci wzrok, ale też dalekowschodnie metody zachowywania młodej cery. Pewnie Juno kąpie się w krwi młodych dziewic, bo ja nie widzę ani jednej zmarszczki. Ze mną jest już nieco gorzej, bo posunąłem się znacznie. Już nie jestem żwawym młodzieńcem, ale bliżej mi właśnie do srebrnego wilka. Mimo wszystko wspomienie szarych włosów pojawiających się na czubku głowy, nieco mnie dotyka. Nikt nie lubi, kiedy wypomina mu się wiek, prawda? - Ale cieszę się, że najwyraźniej możemy, Juno
Chłopcy mówili do siebie w niezrozumiałym dla mnie języku, chociaż dzięki wielu podróżom po Azji, wydaje się, że coś nawet złapałem. Na pewno błazna, a później już tylko pełen zirytowania głęboki wdech, który pobudził jakiś mięsień na mojej twarzy, gdy aż uniosłem brew, odnajdując w tym nutę podobną do Traversowej. Gdyby nie to, że chłopcy są praktycznie do niej niepodobni, z zamkniętymi oczami można poznać, że to wzdychanie z irytacji to cała Juno. Myślę, że wcale z tego nie wyrosła i od niej nauczyli się takich reakcji.
- Och nie, Juno, od ciebie przeprosin nie chcę. - a mój zimny angielski wzrok wbija się w głowę jednego z jej synów, tego, który chciał okraść sklepik. - Poza tym, Twój syn nie chciał okraść mnie, ale to stoisko. Zdaje się nawet, że koniec końców, coś zdołał zabrać. - stojący za moimi plecami Mały Lord nigdy by nie posunał się do podobnego pomysłu, nawet by nie miał chyba wyobraźni takiej, że można skądś coś kraść . I chociaż stał się nagle centrum zainteresowania, wciąż wydawał się bezpiecznie wycofany. Dopiero kiedy Juno do niego podeszła, wyciągnął do niej oficjalnie rękę. Wydawało się, że jest albo nieśmiały, albo przestraszony, ale bardzo dzielnie to znosił. I widać było, że wcale nie chce iść na żadne lody, ale przecież nie mógł odmówić młodej rudej czarownicy. Dlatego obejrzał się jeszcze na ojca, oczekując jakiegoś sprzeciwu (wsparcia) z jego strony, ale kiedy go nie dostał, poszedł za całą gromadką.
- Jestem pod wrażeniem, że jednak poszedł. Ich kuzyni już nie raz zaszli Roremu za skórę. Ostatnio podpalili mu kota. Przyznaję, że masz w rodzinie ciekawe jednostki - wspominam niedawny wypadek, przez który mały kot Gregorego został spalony żywcem. Kiedy się o tym dowiedziałem już tylko szybka interwencja Lorda Traversa powstrzymała mnie przed wrzuceniem jego wnuków do pieca, by się spalili razem z truchłem zwierzęcia. Nie było to nic czego nie widziałbym na wojnie. Każde okrucieństwo wobec zwierząt należało bezwzględnie kończyć. - Mimo wszystko, powinniśmy ich mieć na widoku. Rory jest... mało towarzyskim dzieckiem, jeżeli tak to mogę ująć - a ująć chciałem chyba już tylko to, że nie odzywa się wcale, żyje we własnym świecie, obserwuje uważnie całe otoczenie, ale czasami potrafi wyjść i nikomu nic nie mówiąc zacząć się zajmować zupełnie niezwiązanymi z niczym rzeczami. Pewnie gdybyśmy mieli dobrych lekarzy, ktoś umiałby znaleźć powód i nawet nazwać go chorobą, ale nie mieliśmy takich i ja obwiniałem siebie i swoje zamknięcie na świat, ten cały mur, który zbudowałem wokół Yorku, a nawet to, że nie potrafię z własnym synem rozmawiać.
- A jednak poniekąd w interesach. Przyjechaliśmy tu kilka tygodni temu, kiedy Lord Voldemort odwiedzał Tokio? Pewnie byłaś na ceremonii? Piękna. To całkiem długa opowieść, ale tak, wziąłem go, żeby pokazać mu trochę świata. Vivienne też miała jechać, na pewno teraz będzie niezadowolona, że się jednak nie zdecydowała. Na pewno chciałaby się znów z Tobą spotkać, nieczęsto bywasz w Anglii, prawda?
A może właśnie bywa, tylko nie czuje potrzeby, żeby mi o tym opowiadać? I czy ja w takim razie powinienem z taką lekkością opowiadać jej po co przyjechałem do Tokio? I po co wtrącałem w to tego całego Lorda Voldemorta, to że święci teraz tryumfy i robi sobie objazd całej Kuli Ziemskiej, czy powiedziałem to po to, żeby podziwiała jak wysoko teraz zaszedłem? I co będzie, kiedy wyjawię jej, że to czemu się tutaj znajduję, to dlatego, że zajmuję się wężem Loda V??
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]31.08.21 19:18
Już niemal zaciskała palce na złotej klace. Jedno niewielkie pociągnięcie wystarczyłoby wypuścić na światło dzienne dawne demon. Jego słowa na chwilę starły uśmiech z twarzy kobiet. Czyżby po tych wszystkich latach wciąż miał do niej żal za to, co zrobiła? Przecież kierowała nim wówczas jedynie ciekawość, w końcu spotkał kogoś kto wydawał się ciągle zadziwiać i intrygować każdym swym słowem i gestem. Na podobnych podstawach ciężko było budować jakąkolwiek formę przyszłości. Nawet jeśli gdzieś w tle przebijały się zalążki szczerej przyjaźni wszystko i tak szybko by runęło. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach wyobrażałby sobie teraz Juno na miejscu Vivianne? Zamkniętą pod kloszem, który Ares sam dla nich stworzył? Odrzuconą? Powoli umierającą w kątach swej komnaty? Chociaż może gdyby to ona stała przy jego boku do niczego by nie doszło. Odnalazłby tak potrzebny mu spokój ukryty w błękitnych oczach i wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Gdyby tylko…
- Wszystko, co wówczas się stało było powodowane troską o przyjaciela. Nigdy nie dążyłam do tego, by go stracić. Należało się jednak pogodzić z konsekwencjami. - Spokój tylko spokój ich uratuje. Opanowanie nigdy nie było mocną stroną Juno dziś jednak trzymała się zaskakująco dobrze. Gdyby rozmawiali siedząc przy herbacie pewnie sięgnęłaby teraz po jego dłoń by zapewnić go tym samym o swych szczerych i dobrych intencjach. Jednak stali na środku ulicy, a za ten gest musiało wystarczyć spojrzenie nienawykłe do kłamstwa i delikatny uśmiech. - Oczywiście, że możemy. - Skinęła delikatnie głową, a na drobnej twarzy znów pojawiły się oznaki radości zmieszanej z wyraźną ulgą. Czy to już? Czyżby na tym miało się skończyć wspominanie niezbyt chwalebnej przeszłości?
Usłyszawszy, że to sklepikarz zostało ofiarą młodego Traversa wzniosła oczy ku niebu wzdychając przy tym ciężko. Niemal identycznie jak przed chwilą zrobili to młodzi chłopcy. - Cóż, będzie trzeba spłacić należność i spróbować dalej z tym żyć. Jego ojca podobne wybryki bawią więc ciężko jest mu je wyperswadować z głowy. - Mruknęła bardziej do siebie niż do swojego towarzysza. Nie próbowała nawet za bardzo tłumaczyć chłopca. W ten sposób pogrążyłaby jedynie siebie, jak i jego.
Juno przez chwilę obserwowała oddalające się dzieci. Dziwny grymas pojawił się na jej twarzy na wspomnienie krewnych wciąż okupujących Anglię. - Masz z Traversami do czynienia nie od dziś. Wiesz, że popadanie w skrajności to jedna z naszych ulubionych rozrywek. - Mruknęła dość obojętnym tonem również nie wysilając się by tłumaczyć najpewniej swych bratanków. - Możesz być jednak pewien, że Isabella się o niego zatroszczy. Ma w sobie pokłady cierpliwość i delikatności, których ze świecą szukać u jej krewnych. - Ciepły, matczyny uśmiech pojawił się na chwilę, gdy patrzyła jak dziewczynka znika za drzwiami. Słysząc, że młody lord Carrow wykazuje dość specyficzne zachowanie jak na tak młody wiek spojrzała na jego ojca z ciekawością. - Jest chłopcem, jest bogaty i z takimi genami z pewnością wyrośnie na przystojnego młodzieńca. Owa samotność szybko zmieni się w tajemniczość, a ta przyciągnie do niego całą rzeszę ludzi. Nie masz się o co martwić. - Starała się go pocieszyć i zbagatelizować problem, choć te wyraźnie istniał i z pewnością odbije się na całym życiu młodego lorda. Tak samo zresztą, jak to miało miejsce w jej własnym przypadku.
Trudno było ukryć niechęć, gdy usłyszała o Lordzie Voldemordzie. Minione lata spędzone z dala od rodziny pozwoliły jej na samodzielne ugruntowanie poglądów na wiele spraw. - Nie byłam na uroczystości. Staram się trzymać możliwie jak najdalej od polityki. Cieszę się jednak, że dzięki temu twój syn mógł zobaczyć Japonię. - Czy tak wygląda dyplomatyczna odpowiedź? Nie zareagowała na wiadomość, że Vivanne miała się również pojawić. Nie była zresztą pewna czy w słowach Aresa było chodź ziarnko prawdy. Ich drogi wydawały się rozejść już dawno temu. Kolejne niebezpieczne pytanie, na które musiała odpowiedzieć. - To już prawie dziesięć lat odkąd byłam tam po raz ostatni.- Przyznała dość zszokowana, że to już tyle lat. - Niewiele ludzi tam jeszcze o mnie pamięta, a ci zresztą i tak sami zjawiają się na moim progu.- Dyplomatyczny spokojny ton. Czy teraz Ares pomyśli, że to on wygnał ją z rodzinne wyspy? Czy ta wieść sprawi mu radość? Jeśli nawet czy faktycznie było coś w tym złego? - No właśnie! - Wykrzyknęła sięgając do torebki, którą miała przy sobie i wyciągnęła z niej wizytówkę z adresem. - Musicie przyjść do nas na kolację albo przynajmniej na herbatę. Porozmawiamy wówczas na spokojnie, a Roremu może spodoba się nasza ptaszarnia i reszta szalonego zwierzyńca- Włożyła mu w dłoń drobną karteczkę z miną nieznoszącą sprzeciwu. Przecież wciąż byli przyjaciółmi.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]31.08.21 20:24
Wspomnienie męża Juno było niespodziewane, ale mogłem się chyba domyślić, że przy okazji dzieci wyłynie ten temat. Nie wiedziałbym nawet o tym, że ma męża, gdyby nie fakt, że rzeczywiście trzymaliśmy się z Lordami Travers dość blisko i przy jakiejś rozmowie wyszło, że jeden z kuzynów wyjechał poślubić Junonę gdzieś za siedmioma górami. Od tamtego czasu nie słyszałem nic nowego o jej małżeństwie, tak więc ta wiadomość o podejściu Lorda Travers do wychowania pociech, była na wagę złota.
- Czyli nie tylko najbardziej przypomina Cię z wyglądu, ale też z usposobienia - kiedy i ja spojrzałem za małą Isabellą, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że może gdyby Juno mieszkała w Anglii, to i Rory miałby przyjaciółkę w postaci małej rudej Belli i może nie siedziałby całymi dniami sam. - Mówię oczywiście o delikatności, bo z tego co pamiętam, to z cierpliwością u Ciebie było na bakier. - zażartowałem, co było w tych czasach dla mnie nienaturalne. Nie potrafiłem zdobyć się na pogodę ducha, nie od śmierci Aurory. Czasami miałem takie momenty jak ten, kiedy jakiś żart wymykał się z podświadomości, lecz nie trwało to nigdy długo i nie było bezcenne. A chwila słabości miała często efekt taki, że później kilka dni wyrzucał sobie, że jest radosny w świecie bez niej .
Skinąłem głową, nie komentując dalej przypadłości syna. Za to jakimś miłym połechtaniem ego było usłyszeć, że ma się przystojne geny. Przyjmowanie komplementów od zamężnych dam było tym, co bardzo polubiłem po ślubie. Okazuje sie, że po ślubie nawet Lady zaczynają prawić mężczyznom w swoim otoczneniu miłe słówka. - Dziękuję, że tak mówisz. Staramy się oboje z Vivienne, żeby niczego mu nie brakowało. Stąd też pomysł na podróż. Można powiedzieć, że budujemy więź: syn - ojciec, ale... - nie chcę jej kłamać, jesteśmy przecież przyjaciółmi. - Przyznam Ci się, że nie wiem czasami jak do niego dotrzeć. Zachowuje sie, jakby wcale się nie interesował moją obecnością...
Nawet się nie zorientowałem, że Juno nie jest fanką najpotężniejszego czarodzieja wszechczasów. W Anglii kult Lorda V. już był posunięty do tego stopnia, że nie wiedziałem, że można mieć na jego temat inne zdanie. Może faktycznie z tak dalekiego dystansu jak drugi koniec świata, można mieć swoje poglądy.
-O, to bardzo przykre. Może gdybyś była to spotkalibyśmy się trochę wcześniej i oprowadziłabyś nas po swojej nowej ojczyźnie - dyplomatyczna rozmowa w miłym tonie była bardzo lekka, przyznam, że już dawno nie czerpałem przyjemności z rozmowy z kimkolwiek na tym wyjeździe i była to dobra odmiana. Gdybym chociaż mógł znaleźć pocieszenie w listach od żony.. ale Vivienne nie wyśle mi nawet jednego swojego zdjęcia, już nie mówiąc o tym, że w listach wypisuje mi tylko ile aetonanów zdechło i ile się urodziło i którzy szlachcice zainteresowani są dołączeniem do kółka jeździeckiego. To pozwalało mi dalej prowadzić biznes zza granicy, ale czasami chciałbym, żeby była w tych listach może trochę bardziej egzaltowana. A kiedy jedyne na co mogę liczyć, to narzekanie na teściową (a do tego to moja macocha a nie rodzona matka!), to już jej napisałem, żeby takich rzeczy ze mną nie dzieliła.
- Dziesięć? - powtarzam, a moje oczy przesłania mgła, kiedy uświadamiam sobie jak wyglądało ostatnie dziesięć lat mojego życia. - I jak rozumiem, nawet nie planujesz powrotu? Czy chociażby odwiedzin?
A po co miałaby tam wracać. Oglądać zniszczoną wojną Anglię? I chodzić po pustych ulicach? Ludność wysp zmniejszyła się prawie dziesięciokrotnie, a biorąc pod uwagę, że lordostwo i tak siedzi w swoich zamkach, to chodząc po Londynie, zdaje się że możesz nie spotkać nikogo przez kilka ulic z rzędu. I tak jest lepiej niż zaraz po wojnie, ale ja nawet już nie odwiedzam stolicy.
Nagle Junona zaczęła się szamotać z torebką i dopiero, kiedy wyciągnęła w moim kierunku rękę, zrozumiałem o co jej chodzi z tą herbatą. I ja wyciągam dłoń, natomiast znając zwyczaje japońskie, staram się nawet nie dotknąć jej ręki. A może to wszystko bujda i po prostu boję się tego dotyku.
- Postaram się skorzystać z zaproszenia - kiedy już liścik byl pomiędzy palcami, odwróciłem go, żeby upewnić się, czy odczytam zagraniczne znaczki. Zaklęcie, które zostało rzucone na wizytówkę, na szczęście przemieniało znaki japońskiego języka na angielskie litery, kiedy się odpowiednio obróciło karteczkę. Nic mi nie mówił adres pod którym mieszkała Junona razem z całą swoją rodziną, chociaż pewnie był to pięknie położony pałac z widokiem na górę Fuji. Nie spodziewałem się niczego innego, wszak chociaż jej się wydaje że żyje tu już dekadę, to jest wciąż tylko turystką, którą zachwycają takie widoki. A zresztą, kogo by nie zachwycały! Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to najpewniej wcale nic go nie zachwyca.
- Będzie lord Travers...? - wolałem dopytać, w sumie z niewiadomych przyczyn. Tak na prawdę nie wiadomo na co liczyłem, gdybym miał dostać odpowiedź negatywną. Na to, że znów wrócimy do rozmów sprzed dekady? Na to, że otworzymy te zakurzone księgi? Przecież ja sam mam trudność z połączeniem jakichkolwiek wspomnień z Junoną i tą kobietą, która stoi przedemną. Rozmowa toczy się tak, jakbyśmy się nigdy nie poróżnili, a mi się wydaje, że to dlatego, że już nie pamiętam do końca o co się poróżniliśmy. Ale prędko wyjaśniam: - Na pewno doceni rodowitą Ognistą, wezmę ze sobą butelkę.
Tymczasem wracają do nas dzieci, każde ma po jednym lodzie, nawet mały Rory. Myślę, że zasługa tego, że zdołał sobie wybrać smak należało przypadała Belli, która wcale go nie odstępowała na krok i uważnie patrzyła czy chłopcu pasuje to co sobie wybrał. A kiedy zobaczyła, że nie, to chociaż jej smakował jej smak, to się wymienila z nim lodami.
I nagle uświadomiłem sobie, że nie chcę teraz zabierać go stąd, nie kiedy pierwszy raz od wyjazdu z Anglii się uśmiechnął.
- A co robicie teraz? - pytam, nim przemyślę, że miałem zupełnie inne plany na dzisiejszy dzień.
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]31.08.21 21:40
W błękitnych oczach pojawiło się coś co niemal można było uznać za zmieszanie. Komplement, który zawisł w powietrzu przypomniał jej o czasach gdy tak bardzo liczyła się z jego zdaniem. Wiara, jaką sam w niej pokładał powoli podbudowywała jej pewność siebie. Przecież skoro akceptował ją taką, jaka była może wciąż istniała dla niej nadzieja. Śmiech, który rozbrzmiał wkrótce po tym szybko wyrwał kobietę z tego dziwnego marazmu. Dołączyła do tej krótkiej chwili radości. - Delikatna potrafiłam być w stosunku jedynie do starych książek, zwierząt i niektórych kwiatów. Nigdy w stosunku do ludzi. Nie mówiąc już o cierpliwości. - Pokiwała przecząco głową dla podkreślenia swoich słów. Gdyby poświęcała czas na rozpamiętywanie przeszłości z łatwością stworzyłaby listę rzeczy, które zrobiłaby inaczej. Sytuacji, w których szybciej ugryzłaby się w język, byłabym odważniejsza lub szczerze przyznawała się do własnych uczuć. Ale jak już wcześniej była mowa tylko głupcy tracą czas na myślenie o tym co już dawno przeminęło. - Bella jest ode mnie lepsza w każdym calu. - To podobno największy komplement, jakim matka może obdarzyć córkę, ale Juno nie bała się tych słów. - Wiem, że czeka ją piękna przyszłość. Bez względu na tą, jaką drogę w życiu wybierze.- Uniosła lekko brwi trochę zaskoczona swoim zachowaniem. - Chyba na starość zrobiła się strasznie ckliwa. - Zaśmiała się sama z siebie.
Słowa o trudnej relacji pomiędzy ojcem a synem niechybnie zmusił Juno do wspomnienia własnych rodziców. Westchnęła ciężko próbując pozbierać wszystkie krążące w jej głowie myśli w jedną całość. -Czasem sama świadomość, że rodzic jest blisko, że jest cię wstanie wysłuchać i zaakceptuję cię bez względu na wszystko wystarczy.- Przygryzła dolną wargę dalej zastanawiając się ile może powiedzieć. Nikt przecież nie lubi być krytykowany. - Najgorsze co możesz zrobić to porównywać go do innych dzieci w podobnym wieku. Poczuje się wybrakowany. Moja matka robiła tak przez cały okres mojego dzieciństwa i dziś nie mogę się doczekać aż zatańczę na jej grobie. Za to lord Travers widział we mnie zdobywczynię świata i za to najbardziej go kochałam. - Lekki rumienie cpojawił się na twarzy kobiet po wzmiance o ojcu. To przecież on wsadził ją na statek, gdy wszystko wydawało się stracone. Kazał odpłynąć i nigdy więcej nie obracać się za siebie. Posłuchała i odnalazła szczęście, a bolesne ukucie w okolicach klatki piersiowej stopniowo zaczęło znikać aż w końcu stało się jedynie wspomnieniem.
Spokojny i jakże dorosły charakter całej tej rozmowy sprawiał, że jakaś część podświadomości Juno zaczęła z niej kpić. Przecież nie mogła zachować się w ten sposób w nieskończoność. Coś zaraz musiało się stać. Tylko dlaczego? Idealnie piękne jesienne popołudnie spędzone w przyjaznej atmosferze. Dlaczego miało stać się coś złego? Juno była mu szczerze wdzięczna za to, że nie ciągnął dalej tematu związanego z polityką. - Na to nigdy nie jest za późno. Z radością pokażemy wam nasze ulubione miejsca. Choć oczywiście nie wszystkie byście mieli jeszcze po co wracać. - Uśmiechnęła się dość przekornie. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jej słowa mogły brzmieć jak zachęta. Tylko że przecież jako przyjaciele mieli prawo utrzymywać ze sobą kontakt.
Minęło kilka chwil za nim odpowiedziała na kolejne pytania. Czuła, że jej słowa mogły by zostać źle odebrane jednak nie widziała powodu by go okłamywać. Przecież sama jeszcze przed chwilą zachęcała go do kolejnych odwiedzin. - Nie.- Krótka i stanowcza odpowiedź. - Nie chce ich tam ściągać. Nie czeka nas tam nic dobrego. - Kiwnęła potakująco głową czym jednocześnie mogła przekonywać samą siebie, że jej decyzja jest słuszna i ostateczna lub też zwyczajnie podkreślać własne słowa.
Nie zauważyła nawet, że za wszelką cenę próbował uniknąć jej dotyku. Po tylu latach wydawało się to przecież tak oczywiste. Może to i dobrze, może i ona miałaby problem, by sobie z nim poradzić. Klasnęła radośnie w dłonie, gdy niemalże przyjął jej zaproszenie. Dobrze będzie mu pokazać świat, w którym obecnie żyła. Zupełnie tak jakby próbowała mu coś udowodnić.
Dość naturalnym był fakt, że spytał o jej męża. Mimo to Juno nie ukrywała rozbawienia. Ciekawiło ją co by powiedział gdyby przyznała, że Agenor załatwia interesy w Korei w towarzystwie swojego nowego kochana. Na to jednak pozwolić sobie nie mogła. - Agenor wyjechał w interesach. - Wypowiedziała na głos jedynie połowę myśli winna swemu mężowi lojalność. - Mogę cię jednak zapewnić, że nie miałby żadnych obiekcji wobec twojej wizyty. Co zaś się tyczy rodzimego alkoholu to ja również chętnie go docenię. - Posłała mu dość wyzywający uśmiech, który można było interpretować przynajmniej na tuzin różnych sposobów.
Gdy dostrzegła wracające dzieci jaj uwaga w pierwszej kolejności skupiła się na najmłodszych. Byli w jednym kawałku, żadne nie płakało ani nie miało na sobie plan. Juno pozwoliła sobie na oddech pełen ulgi. Przynajmniej od czasu do czasu małe nicponie potrafiły się zachować. - Idziemy do parku. Zapraszamy, z nami prawda Bello? - Dziewczyna kiwnęła potakująco głową na krok nie odstępując swojego nowego kolegi.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]01.09.21 20:02
Junona jak zwykle, zbyła mój komplement, jakby odganiała się od natrętnej muchy. I kiedy jako kawaler byłem zdaje się wcale na to jej zachowanie obojętny i dalej rzucałem komplementy - tak teraz, kiedy mieliśmy za sobą oboje już doświadczenie małżeństwa, sprawa była bardziej prosta. Zamilkłem, a jedynie nikłe poruszenie kącika ust, uświadamia moją towarzyszkę, że już rozumiem . Nie będzie musiała słuchać moich absurdalnie specyficznych komplementów. Nie musi się tego obawiać.
- Starość? - przesunąłem spojrzeniem po jej całkiem młodej buzi i z politowaniem, uświadomiłem sobie, że dla niej właśnie ten mój wiek mógł okazać się nie do przeskoczenia. Byłem wszak w jej oczach stary od samego początku. - Zdaje mi się, że kiedy się poznaliśmy, miałem mniej lat, niż ty masz teraz. Uwierz mi, że nawet w średnim wieku, w jakim jestem teraz, wciąż nie kładę się jeszcze do grobu - mimika mojej twarzy jest niestety zbyt angielska, żebym mógł się wyraźnie oburzyć. Czas jednak oderwać się od nas, bo kiedy ja wciąż chcę mówić o nas, Junona zastanawia się nad przyszłością córki. Mi się wydaje, że mała Lady ma szczęście, bo urodziła sie w rzeczywistości, w której już nie ma wojny. Ale czy jej młodść będzie tak samo beztroska jak z dzisiejszej perspektywy wydaje się moja własna przeszłość? - Wykazuje już jakieś zdolności? - zainteresowałem się, nie mając na myśli jedynie tego czy już ma jakieś magiczne zdolności, ale wręcz chciałem dowiedzieć się, czy ma jakieś specjalne [url=https://www.morsmordre.net/t7842-magia-dziecieca]*[/ur].
Patrząc zaś na syna, rozważałem słowa Junony. Być blisko, słuchać, zaakceptować bez względu na wszystko. Ciężki to orzech do zgryzienia, kiedy wydaje się, że dziecko jest obojętne na jakiekolwiek Twoje gesty. Jakby cię nie było. Czasami nie reaguje nawet na swoje imię. Z wielką trudnością przychodzi mi to, co przy bardziej kontaktowych dzieciach i tak jest wyzwaniem.
- Juno... - aż z oburzenia nad tym, co powiedziała o tańczeniu na grobie własnej matki wytrzeszczyłem na nią oczy, ale trochę mnie tym rozbawiła, tą swoją dosadnością i naturalnością. - Twoja matka chyba bierze sobie to do serca, bo z tego co wiem, niedalej jak przedwczoraj zapisała się na przejażdżkę - poinformowałem ją, o tym z kolei mnie poinformowała VIvienne w jednym ze swoich suchych listów. I nie pomoże już nawet kuferek japońskiej herbaty zbieranej przez niewidome maiko, nie sądziłem, żeby miała w sobie ochotę jakkolwiek być mi jeszcze kiedykolwiek kochanką. - Zresztą, pozwolę sobie się nie zgodzić. Koniec końców, prezentujesz taką postawę, jak każda Lady angielska. Masz trójkę dzieci o które dbasz, masz zadowolonego, odnoszącego sukcesy męża. A przy tym nie musiałaś rezygnować z podóży - kiedy to tak pokazałem, pewnie ta część Juno, która uwielbia się buntować, zawyła z niezadowolenia. Jak to, ona taka sama jak te znienawidzone lalki z Sabatu?! A może powinienem zostać ambasadorem, z takim krasomóstwem.
Skinąłem jeszcze raz głową, przyjmując jej ofertę. I ja dopatrywałem się w tych słowach drugiego dna, chociaż może z innych powodów, niż ona. Mogliśmy przejść też nad tematem angielskim ostrożnie, musieliśmy, skoro Juno wyraźnie miała alergię na Wyspy. Ale skończyło się na tym, że zaprosiła mnie do wspólnego kosztowania Ognistej i zaraz się zapaliłem do tego pomysłu. Nie tylko ja wiem, że po procentach język się rozplątuje i może nawet ta chodząca zagadka, pani Travers, będzie w końcu do rozwikłania.
Tylko, że mieliśmy dzieci. I ani jednej opiekunki przy boku. I obiecaliśmy, że pójdziemy razem do parku. Więc, kiedy ruszyliśmy za dziećmi, przyszedł czas na rozmowy bardziej może nudne, wszak te najciekawsze zostawimy sobie na wieczór z Ognistą.
- Jak Ci się tutaj mieszka, Juno? Odnalazłaś w Tokio w końcu swój spokój? - pytam, gdy się tak przechadzamy powoli.

Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]02.09.21 17:04
Machnęła ręką w dość obojętny sposób. - Wiem, wiem. - Mruknęła bez cienia optymizmu. - Muszę ci jednak przypomnieć, że o ile mężczyźni starzeją się jak wino to kobiety przypominają raczej owoc. Okres przydatności krótki, a potem już tylko równia pochyła, by w końcu zostać zasuszoną śliwką. Może nie jest to najlepsze porównanie, ale wiesz przecież do czego zmierzam. - Niejedna feministka zawyłaby w tym momencie z oburzenia, ale przecież bądź co bądź Juno nigdy feministką nie była. Wszyscy ludzie byli dla niej zawsze tak samo dziwni i niezrozumiali. Po cóż więc miałaby ich dzielić pod względem płci?
Juno przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad pytaniem dotyczącym zdolności dziewczynki. W jej oczach mała była idealna, a wszystkie przejawy magii świadczyły o specjalnych zdolnościach. - Ciężko powiedzieć. Raz widziałam jak lewituje nad ziemią. Nie wiem, która z nas była tym bardziej zaskoczona. - Zaśmiała się pod nosem przywołując wspomnienia.
Usłyszawszy co planuje jej matka uniosła lekko brwi. - Czas więc napisać do drogiej Vi by zadbała by dano jej możliwie nieprzewidywalnego konia. Po latach słuchania moich złorzeczeń raczej nie będzie miała nic przeciwko. Jeśli natomiast sam przyłożysz do tego rękę do końca mych dni będę twoją dłużniczką. - Ton głosu sugerował, że jest śmiertelnie poważna. Przecież już dawno obiecano jej srebrną tiarę, którą miała dostać w spadku. Czas najwyższy spłacić to zobowiązanie. Słuchając go dalej nie wiedziała czy ma się zacząć śmiać, czy płakać. - Brzmi to niemal tak jakbyś próbował mi udowodnić, że w końcu wygrałeś nasze sprzeczki dotyczące mojej ówczesnej przyszłości, a obecnej teraźniejszości. - Kącik jej ust uniósł się lekko zdradzając rozbawienie. Choć powrót do tamtych chwil nie był łatwy to i tak sprowadzał znacznie mniejszy dyskomfort niż sama się tego spodziewała. - Nie ukrywam, że co prawda z dość mieszanymi uczuciami, ale muszę przyznać ci rację. Choć jeśli mam być zupełnie szczera to mam ochotę zdradzić ci kilka historii z mojego jakże idealnego życia angielskiej damy, tylko po to, by zobaczyć twoje rosnące oburzenie. - Kolejne zdanie, które można było tłumaczyć na wiele różnych sposobów. Nie chodziło o te kilka konkretnych kłamstw, które kierowały jej życiem już od prawie dziesięciolecia. Wszystko, co wiązało się, że rudowłosą lady Travers wydało się dziwne, chaotyczne i oburzające. Przynajmniej rzadko kiedy można było ją z czystym sumieniem nazwać nudną. - Zresztą wszystko, co w życiu osiągnęłam zawdzięczam głównie sobie i moim nie zawsze do końca przemyślanym decyzją. - Wzruszyła lekko ramionami uśmiechając przy tym w dość niejednoznaczny sposób. Może nie należało wbijać tej szpili głębiej. O ile to faktycznie była jakaś szpilka.
Spacerując poprzez park Juno czuła się trochę dziwnie. Surrealizm całej tej sytuacji powoli zaczął do niej dochodzić. Ona i Ares razem jak gdyby nigdy nic się nigdy nie stało. Młody spadkobierca fortuny Yorku w otoczeniu gromadki Traversowych bękartów i to w świecie, którego nie rozumiał i prawdopodobnie nigdy nie będzie chciał zrozumieć. Właśnie dlatego pytanie Carrowa dotarło do niej ze znacznym opóźnieniem. Powoli wyrwała się z zamyślenia. - Pewnie można tak powiedzieć. Chociaż sądzę, że ludzie mojego pokroju nigdy nie znajdują prawdziwego spokoju. Jest to jednak najbliższe miejsce, które mogłabym nazwać moim prawdziwym domem. Wiesz, że nawet zaczynam powoli robić za eksperta od Japonii? Parę razy napisałam nawet artykuły dotyczące Azji dla brytyjskich gazet. Nie sądzę jednak, że ktoś w Anglii chętnie trwoni swój cenny czas na czytanie o podobnych nonsensach. - Ostatnie zdanie wypowiedziała przybierając ton i postawę typowej starszej damy z angielskiego zamku. Zanim jednak padła ostatni sylaba Juno nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Wskazała mu miejsce na jednej z ławek, gdy tylko zobaczyła jak ich podopieczni wbiegają do jednego z placów zabaw. - Jak się wam układa z Vi? Nigdy nie miałam od niej zbyt wielu informacji w tej sprawie. – Teoretycznie był to bardzo grzeczny i kurtuazyjny temat. Teoretycznie Juno nie miała prawa wiedzieć, że ciągnie za bardzo niebezpieczną stronę. Teoretycznie mogła zostawić sobie ten komentarz dla siebie.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]17.09.21 14:39
chwila dla oka | pożywka dla wyobraźni

- Jesteś dla siebie zbyt surowa, Juno - pokręciłem głową - Ale zawsze byłaś dla siebie zbyt surowa - przypominam sobie, to, jak twierdziła, że żadne wsadzanie jej w sztywne gorsety nie sprawi, że stanie się bardziej kobieca. I może było w tym trochę prawdy, bo chociaż jej matka starała się, to Juno bardzo rzadko była widoczna w podobnym ubraniu. Ale z upływem lat, okazało się, że to nie gorsety stanowią o kobiecości, a ta kobieta, którą widziałem obecnie, miała w sobie już dojrzałe piękno, którego oczywiście młoda nastolatka mieć nie mogła. - Ale to, że tak mówisz, sprawia, że obawiam się o to, czy Twój mąż wystarczająco często Cię komplementuje. Bo powinien - tę uwagę składam jako jeden z komplementów, które podejrzewam, jej mąż przynosi jej w bardziej zjadliwej formie. Przywykłem przecież do tego, że Juno nie chce słyszeć miłuch słów, ale skoro wyszła za Traversa, to podejrzewam, że mają jakąś uzgodniony sposób, aby ona czuła się dobrze, kiedy on chce jej powiedzieć coś miłego.
Słysząc, że córka Juno lewitowała, odpowiadam i ja lekkim uśmiechem. Dzieci, jedyna pociecha w tym świecie zepsutym. I ja, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jak Rory przejawia magiczne zdolności, byłem na prawdę szcześliwy. Wziąłem ten komentarz o koniu dla lady Travers za żart. Przeżywszy ostatnie dziesięć lat, mogę już tylko uznaawać takie teksty za nieśmieszne żarty. Widziałem nie raz, okropieństwa, które jeden czarodziej może wyrządzić drugiemu, a mimo wszystko, odnoszę wrażenie, że Juno nie jest najbardziej rządną krwi osobą na świecie. Jest raczej odwrotnie, kwiatkiem niewinności, chociaż sama twierdzi inaczej, co mnie nieco rozbawiło.
- A więc są jakieś historie ? Tylko mi nie mów teraz, bo zgaduję, że nie nadają się dla uszu dzieci - zastrzegam. - Może po kolacji mi zdradzisz kilka - zaproponowałem, licząc chyba, że chociaż na chwile będziemy pozbawieni towarzystwa. Mimo dość miłego kontaktu, który był pomiędzy mną a panią Travers, wiedziałem, że jesteśmy jednak wystawieni na widok przechodniów, dla których musimy robić za zjawisko z tymi brytyjskimi twarzami, a nasze dzieci też chętnie pewnie coś podsłuchają.
Z lekką nostalgią myślę o tych decyzjach, które Juno swego czasu podejmowała. Możliwe, że jej decyzje nawet nie tylko dotykały ją, ale i nastawiły trajektornię życia innym ludziom. Na przykład mi i Vivienne, bo to przecież Juno nas do siebie zbliżyła, no przynajmniej do tego stopnia, żebyśmy wzieli ślub. Jeżeli jednak tak by na to patrzeć, to mogłoby się okazać, że ja swoich decyzji nie biorę na poważnie, a to nie prawda, bo przecież jestem mężczyzną, który jest przekonany, że sam o sobie decyduje.
- Nie wiedziałem, chociaż Vivienne na pewno czytała te artykuły. Ona ogólnie bardzo duzo czasu spędza na kanapie z książką... - w pamięci mam obraz mojej żony, która twierdzi, że tak ją głowa boli, że nie może wcale iść ze mną na spacer, bo musi przeczytać jakiś wiersz czy inne pisadło. Gdyby chociaż starala się zainteresować mnie - przecież wielbiciela książek - ale nie, ona wiecznie się ukrywa z tym co czyta, albo wywraca oczami, twierdząc, że to damska powieść i żebym się nie interesował. Uniosłem brwi, starając się odgonić sprzed oczu jej obraz, który mnie tutaj na drugim końcu świata tak prześladuje.
- Hm? Jak to w małżeństwie. Poprawnie - oszczędziłem jej słów w tym pierwszym komentarzu, ale słysząc jak to brzmi, uświadamiam sobie, jak wiele w niedopowiedzianych słowach kryje się prawdy. - To znaczy... bardzo poprawnie. Vivienne to kochająca matka, zawsze elegancka, zresztą sama wiesz. Staramy się pogodzić nasze różne zainteresowania, rozumiesz, ona lubi gościć ludzi, ja wolałbym, żeby do Yorku nie zapraszała nikogo niezaufanego... Ale ogólnie jest dobrze, tak... - biorę wdech i patrzę za Rorym. Jaki był sens opowiadania kłamstw, i nazywania sie jednocześnie wciąż przyjacielem Juno. Jaki był sens nazywania jej przyjaciółką, jeżeli od dziesięciu lat nie rozmawialiśmy? Spoglądam na jej twarz i odwracam wzrok w przestrzeń. Z tego niezdecydowania wyciągam papierośnicę z monogramem FL, którą w zeszłym życiu odziedziczyłem po Francisie Lestragne i wyjmuję jednego papierosa, jej oferując również poczęstowanie się. -Ale nie przyjechała tu ze mną. I to mnie dotknęło
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]18.09.21 16:35
Umilkła na chwilę zastanawiając się, czy Ares mówi prawdę. Nie mogła znaleźć słów, które by temu zaprzeczyły. Świat nigdy nie tratował jej łagodnie, owa surowość miała ją wzmacniać. Cóż bowiem mogło ją zranić, gdy sama dobrze wiedziała jak pokrzywioną i zniszczoną istotą była. Kolejne słowa Aresa popchnęły kobietę jedynie głębiej w odmęt własnych myśli. Co miała mu powiedzieć? Stworzyła Agenorowi dom, w którym mógł czuć się akceptowany i kochany bez względu na wszystko. Zajęła się jego dziećmi traktując je jak własne. To ona broniła tej rodziny przed każdą burzą, która pojawiła się na horyzoncie. On dawał jej jedynie bezpieczeństwo, jakie wynikało z roli żony. Żadne słowa, żadne komplementy nie spłaciłyby długo jaki wobec niej zaciągnął. - Nie widujemy się tak często by móc obdarzać się słowami, w które żadne z nas by nie wierzyło. - Nieprzytomny ton głos świadczył o tym, że nie do końca zdaje sobie sprawę, że wyraża własne myśli na głos. Nie mogła więc wiedzieć, że właśnie dała Aresowi pewną wskazówkę jak właściwie teraz wyglądało jej życie. Zresztą przecież mógł to odczytać jako zwykły nonsens. Kolejne niejasne zdanie, wytwór nie do końca zdrowego umysłu. - Mam wrażenie, że na tej kolacji wyciągniesz ode mnie więcej niż bym chciała. Mam dość słabą głowę.- W błękitnych oczach znów pojawiły się iskierki świadczące o nieustającej uwadze. Natomiast lekko ironiczny uśmiech miał dać odbiorcy do zrozumienia, że jej słowa należało traktować jako żart. Chociaż czy na pewno należało kpić z tak poważnych kwestii, jak rodzinne tajemnice i od dawna skrywane sekrety?
Mimo że sama wywołała ten temat czuła się dość dziwnie słuchając o Vivianne w roli żony Aresa. Jeszcze nie do końca była świadoma pewnej małej szpilki, która niebezpiecznie zbliżała się do jej serca. Zdecydowanie zbyt wiele wspomnień, które powinny zostać pogrzebane znów wyrywało się na wolność by móc swobodnie szaleć. Słuchała dalej, a z każdym jego słowem bladą twarz kobiety oszpecał grymas świadczący o rosnącej irytacji. To nie tak to wszystko miało wyglądać. Nie mieli tak skończyć. Miał ją obdarzyć wolnością, jaką kiedyś niemal obiecywał jej. Ona miała dać mu szczęście i życie, jakiego chciał. Człowiek, którego kiedyś znała nigdy nie zgodził by się na zwykłą poprawność. - I to mówi mężczyzna, który kiedyś marzył o pasji, miłości i życiu pozbawionym ponurej stagnacji. Jeśli tak ma wyglądać dojrzałość to wszyscy upojeni melancholią marzyciele powinni zrzucać się z klifów zanim będzie za późno. - Przewróciła oczami zupełnie ignorując fakt, że właśnie go obraziła. Czy naprawdę sobie na to zasłużył? Pewnie nie. Jeśli wierzyć teorii, że to ona popchnęła ich ku sobie to, to właśnie ona zasłużyła na podobne połajanki. Gdy tylko pomyślała o tym, jakim człowiekiem musi być teraz Vi poczuła jak przechodzi ją dreszcz. Nie zdążył odpowiedzieć, a ona nie zdążyła poczęstować się jego papierosem. Cztery młode angielskie twarze pojawiły się tuż przy nich. Trzy z nich wyrzucały z siebie całe potoki japońskich słów. Jedna z nich trzymała się za nos, z którego spływały stróżki krwi. Juno uciszyła wszystkich podniesieniem ręki. Sama podniosła się z miejsca. - Niestety musimy już iść. - Odparła wzdychając ciężko. - Zobaczymy się jutro na kolacji - i zupełnie jakby zapomniała o tym, co przed chwilą do niego powiedziała, uśmiechnęła się przyjaźnie. Cała czwórka zniknęła w końcu w jednej z parkowych alejek, by móc w spokoju przemyśleć to co właściwie miało miejsce i znaleźć odpowiedzi na pytania, które wydawały się uparcie wisieć w powietrzu.
Wszystko wydawało się przerażająco idealne. Rezydencja w stylu angielskim zdradzająca, że mimo niechęci do rodzimej ziemi Traversowie wciąż uparcie żyją według narzuconych przez nią reguł. Jadalnia ze stołem zastawionym zbyt dużą ilością jedzenia co teoretycznie miało zamaskować niepewność i niepokój towarzyszącej całej tej kolacji. Do tego wszystkiego jeszcze oni. Oboje trzymający się utartych ścieżek i niezobowiązujący tematów. Tyle że co chwilę wydawało się, że uciekają gdzieś myślami. Każdy w swoją stronę, każdy możliwie jak najdalej od siebie i tego miejsca. Juno wciąż nie mogła pozbyć się z głowy pytań czy gdyby wówczas zgodziłaby się zostać lady Carrow to tak właśnie wyglądałoby jej życie. Wystudiowane, nudne, pozbawione chęci, by choć na chwilę oderwać się od tego, co znajome. Może przy tym bezpieczniejsze i znacznie prostsze od tego, które teraz prowadziła. Gdy po skończonej kolacji przeszli do jednego z mniejszych salonów niemal czuć było jak schodzi z nich swego rodzaju napięcie. Teraz mogli być już sobą. Pytanie tylko, czy, któreś z nich naprawdę się na to odważy. Juno wskazała mu dowolne miejsce a sama przeszła do barku, by otworzyć butelkę Ognistej, którą przecież jej obiecał. Z trudem powstrzymywała się, by z miejsca nie wypić całej zawartości jednej ze szklanek. Może to sprawiłoby, że wszystko wydawałoby się odrobinę prostsze. Przeszła jednak w stronę Aresa trzymając w dłoni dwa naczynia z bursztynowym płynem. Ostrożnie włożyła mu jedną z nich w dłoń dodaj przy tym. - Teraz już nareszcie możemy przestać udawać dobrze wychowanych i cywilizowanych arystokratów. - Bardzo możliwe, że próbowała go sprowokować. Chciała zobaczyć, czy jeszcze jest w nim człowiek, który kiedyś o mało nie został jej mężem. Po czym usiadła wygodnie na jeden z kanap. Przyłożyła szklankę do ust i pozwoliła by cierpki płyn spłynął po gardle. Czy to był właśnie ten moment, w którym na dobre rozpocznie się odkopywanie już dawno zapomnianych spraw?


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]25.10.21 21:19
- Cóż, w takim razie, zanim się jeszcze raz ze mną nie zgodzisz, pozwól że powiem, że akurat w tym względzie jestem uparty i nie zmienię zdania, że ja wierzę w to, że powinnaś dostawać codziennie przynajmniej jeden piękny komplement - uniosłem rękę, dając znać, że powinna jednak oszczędzić sobie dalszego zaprzeczania. Równie trudno jest przekonać konserwatywnego anglika do zmiany zdania, co przesadzić stare drzewo. Poruszyła mnie jednakowoż ta insytuacja, że mąż Lady Travers nie bywa w domu. Nie tego chciałem dla niej, kiedy odpuściłem. Bo przecież uwierzyłem wtedy, że jej przeczucie było ważne i że to nie ze mną, ale z kolejnym mężczyzną dane jej będzie dopiero stworzyć coś jej odpowiadającego. Byłem na tyle naiwny by sądzić, że tak będzie, czy teraz jestem naiwny, kiedy po dziesięciu latach niewdzięcznego małżeństwa z Vivienne, wciąż jeszcze widzę jakiś sens w romantycznych marzeniach. Głupie myśli nachodzą mnie w tym egzotycznym otoczeniu, dlatego cieszę się, że wkrótce postanawiamy, że należy to przerwać i spotkamy się w przyszłości.
I chociaż, kiedy wracałem do hotelu, a Rory pytał, czy jeszcze spotkamy się z tymi ludźmi, twierdziłem, że nie jestem tego taki pewny i to zależy od wielu czynników, kiedy tylko otrzymaliśmy zaproszenie, zaraz wydałem dyspozycje i biegłem szykować odpowiedni strój.
Same przygotowania nie były może takie chaotyczne jak wydawało się mi, ale czułem wzbierające poruszenie na samą myśl o kolejnym spotkaniu z Lady Junoną. Stąd moje roztargnienie, kiedy lokaj pytał o rodzaj prezentu, który chcę podarować gospodyni i kiedy rzuciłem, że kupię globus po drodze. Służącego musiało to nieco zdumieć, a ja w ostatniej chwili przed skręceniem w ulicę przy której był dom Juno, kazałem woźnicy jechać jeszcze do galerii, którą ujrzałem po drugiej stronie ulicy. Na prezent wybrałem ciężki globus ze złota, pięknie grawerowany i kształtowany, który nie pozwalał na wątpliwości, iż należy do najznamienitszych wyrobów. Zpakowany w eleganckie pudełko i przewiązany białą kokardą został wręczony tuż przy wejściu wraz z obiecaną butelką.
- Oba prezenty obiecaj, że otworzysz dopiero po obiedzie, a najlepiej w towarzystwie osób pełnoletnich - prosiłem wręczając jej podarki przy wejściu, co pewnie zasmuciło dzieci, które dostały jedynie po paczce cukierków angielskich, którymi to podzielił się z nimi Rory, składając życzenie, by z jego zapasów wydzielić równe porcje dla gospodarzy.
Teraz na obiedzie, podjęci przez mamę Travers i jej pociechy. Jak wyglądałoby jej życie, gdyby jednak zdecydowała się zmienić nazwisko? I czy na prawdę byłoby tak nudne? Kiedyś myślałem, że jeżeli uda mi się wziąć ślub nie z tą osobą, którą wskaże mi Lord Aaron, ale z tą którą sam sobie wybiorę, to będę szczęśliwy. Potem miałem całe dwa lata przyjemności z Vivienne. I kolejne osiem podczas których plułem sobie w twarz, a droga Vivienne testowała wytrzymałość moich nerwów.
Ku mojemu zdziwieniu, przez cały wieczór nie padło ani jedno kontrowersyjne zdanie, a uwagi były eleganckie, dzieci grzeczne i ciche, a jedzenie tak samo pyszne jak można było się spodziewać. Dopiero, kiedy zostaliśmy sami okazało się, że to wszystko było na pokaz, co wreszcie zaczęło mi przypominać nasze dawne spotkania z Junoną.
- Już możemy? - rozejrzałem się po ścianach pokoju, zimno szklanki przyjemnie ciążyło w dłoni. - Masz tę przewagę, że doskonale znasz odpowiedź na to, a ja jednak mam wątpliwość, czy na pewno nie zostanę podstępnie podsłuchany przez jednego ze sług, którzy później będą mogli szantażować mnie do śmierci - zażartowałem, kończąc wędrówkę na pani Travers, wygodnie rozłożonej na kanapie. Moment zajęło mi skupienie myśli, które wybierały się na niebezpieczne tory. Wciąż żartowałem, ale obecnie miałem taką pozycję, że obawiałem się o swoje życie codziennie, dlatego drąząc pytam: - Powiedziałabyś, gdyby to spotkanie było pułapką, prawa?
Ares Carrow
Zawód : biznesman, zarządca w stajniach
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Hard work and ambition are vulgar.
OPCM : 6
UROKI : 23
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8988-ares-carrow https://www.morsmordre.net/t9000-cooper#270633 https://www.morsmordre.net/t9001-ares#270653 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9139-skrytka-nr-2118#276166 https://www.morsmordre.net/t9066-a-carrow#319475
Re: [sen] What if...? 1967 [odnośnik]27.10.21 20:55
Miała zamiaru mu powiedzieć, że nie zastawiła na niego żadnej pułapki. Przecież nigdy nie kłamała, a gdy już nawet to robiła druga strona zaraz się w tym orientowała. Zamiast tego jednak posłała mu lekko zadziorny uśmiech i po raz kolejny upiła łyk ze swojej szklanki. - To chyba zależy od tego jak rozumiesz słowo pułapka. Jeśli jednak to cię w jakikolwiek sposób pocieszy, to te mury widziały znacznie bardziej niemoralne rzeczy niż wizyta starego przyjaciela. - Wiedziała, że podobnymi słowami mogła mu namieszać w głowie. Co zresztą zdradzała wyraźnym rozbawieniem. Oczywiście mało prawdopodobne, że w ogóle jej uwierzył nawet jeśli mówiła szczerą prawdę. Jeśli nawet nigdy nie brała udziału w podobnych scenach. - Mamy tu też bardzo niewielką piwnicę, w której ciężko byłoby cię zamknąć czy też upchnąć twoje zwłoki.- Nie do końca wiedziała jak wytłumaczyć Aresowi, jak wyglądałaby sprawa z owym szantażem. To, że jej mąż dowie się o tej wizycie, było dla niej dość oczywiste. Tak samo oczywistym był fakt, że gdyby Agenor wiedział, że obecność Carrowa przynosi Juno, choć odrobinę radości, sam rozszarpałby na kawałki każdego służącego, który ośmieliłby się z tego powodu szantażować dzisiejszego gościa, albo przynajmniej zadbały ów człowiek, nigdy więcej nie znalazł przyzwoitej pracy. Na koniec w ramach jednoczesnych przeprosin i podziękowań z miejsca oddałby mu jeden ze swoich najlepszych statków. Lord Travers bardzo dbał o swoją żonę i odczuwał sporę wyrzuty sumienia na myśl o tym, że ta żyje jak zakonnica obarczona gromadką jego bękartów. Z drugiej strony sprowadzanie Aresa do roli chwilowej rozrywki uwłaczało chyba wszystkim zaangażowanym stronom. - Zresztą czyżbyś sugerował, że biedna, pozbawiona wstawiennictwa rodziny lady Travers byłaby w stanie ściągnąć zgubę na kogoś tak potężnego jak wielki lord Yorku? - Próby zachowania powagi spełzły na niczym. Drażniła się z nim, najwyraźniej świetnie się przy tym bawiąc. Podobne zachowania były nie do pomyślenia te dziesięć lat temu gdy ledwo była wstanie na niego spojrzeć. Zmienił się on i zmieniła się i ona. Juno odstawiła na kawowy stolik pustą szklankę, co nieco zdradzało, że nie czuje się w towarzystwie Aresa tak komfortowo jak próbowała to pokazać. Usiadła bokiem na zajmowanym przez siebie meblu, opierając brodę na jego oparciu. Błękitne spojrzenie powędrowało w stronę stojącego na jednym ze stolików tajemniczego prezentu. Zgodnie z jej wolą kokarda zaczęła się powoli rozwiązywać, a ściany pudełka w końcu opadły. Na bladej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, a w oczach zagrały iskierki świadczące o zaciekawieniu. Juno nie odezwała się jednak nawet słowem. Znów zgodnie z jej życzeniem mosiężny globus zaczął się powoli obracać. Iskierki gdzieś przepadły, zastąpione przez naglą pustkę. Lady Travers na kilka chwil utonęła w odmętach dawnych wspomnień. - Wciąż jesteś zwolennikiem stwierdzenia, że żadnej człowiek nie jest samotną wyspą? - Spytała jednocześnie wracając ponownie do świata żywych. Błękitne oczy powędrowały w stronę Aresa. Całkowicie świadomie atakowała go z możliwie jak największej ilości stron. Potrzebowała od niego reakcji, dowodu na…cokolwiek. Czekając na odpowiedź, sięgnęła pod stolik wyciągając srebrną papierośnicę i popielniczkę. Zaciągnęła się w końcu papierosem, wypuszczając z ust niewielkie kłęby dymu.


Come out, sea demons wherever you are
your queen summons you

Junona Travers
Zawód : geograf, podróżnik teoretyczny, naukowiec
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Samotność ma swoje przywileje; w samotności można robić to, na co ma się ochotę.
OPCM : 12
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 9
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej
[sen] What if...? 1967 8c6f5322fc5d1cd28ee44f2c67beee1b
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7691-junona-travers#212825 https://www.morsmordre.net/t7707-tryton#213478 https://www.morsmordre.net/t7706-little-mermaid#213460 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t7792-skrytka-bankowa-nr-1852#217645 https://www.morsmordre.net/t9944-j-travers#300621
[sen] What if...? 1967
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach