Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Salon z kominkiem
AutorWiadomość
Salon z kominkiem [odnośnik]05.09.21 14:38

Salon z kominkiem

Odremontowany salon z kominkiem nie przypomina dłużej zapuszczonej chaty, choć nadal nie udało się doprowadzić go w całości do idealnego stanu. Stara kanapa pamięta jeszcze poprzedniego właściciela, podobnie jak wiekowy dywan i skrzypiące, bujane krzesło. Poduszki i koce o niejednolitym kroju są podarunkami od mieszkańców Doliny, którzy gotowi byli podzielić się zalegającymi materiałami. Okna z beżowymi, wyblakłymi zasłonami wymagają jeszcze delikatnej naprawy - są miejscami nieszczelne, co odczuwane jest przede wszystkim podczas silnych mrozów i wiatru. Salon przechodzi naturalnie otwartą przestrzenią w kuchnię z jadalnią. Można z niego przejść na niewielki hol, który dalej prowadzi do innych części mieszkania - między innymi sypialni i łazienki.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Salon z kominkiem [odnośnik]06.09.21 0:04
Przychodzimy z tego tematu

Mozolna wędrówka ostatecznie znalazła swoje zakończenie u progu Cichego Domku, z którego nieśmiało tliło się światło z kominka i pojedynczych świec, pozostawionych z przezornością i wyczekujących przybycia gospodarza. Udało się dzięki temu zachować ciepło wnętrza, które nie uszło między nieszczelnościami drewnianej konstrukcji, zapewniając przybyszom miłą niespodziankę po trudach przebytej drogi. Szybkim zaklęciem otworzył skrzypiące drzwi i wprowadził przyjaciela do środka. Od razu dało się na policzkach poczuć przyjemne ciepło, choć w pierwszym odruchu mogło zdawać się nieznośnie agresywne i drażniące skórę. Osiadły na ubraniach śnieg bardzo szybko topniał, a każde kolejne kroki mężczyzn pozostawiały za sobą pokaźne, mokre ślady. Ollie szybko zaryglował drzwi i zasunął zasłony przy głównym wejściu, stale podtrzymując przyjaciela silnym, aczkolwiek zmęczonym już uściskiem. Zmęczenie to było jednak dla niego poza zasięgiem świadomości, ustępując poczuciu obowiązku i szczerej chęci wspierania Castora całą swoją osobą. Gdyby nawet Marlowe był w stanie podobnym do wyższego blondyna, prawdopodobnie i tak wstrząsnąłby światem i przeniósł gwiazdy, byle dać iskrze swego serca wszystko, co tylko miał w zasięgu własnych możliwości.
Powolnymi, ostatnimi krokami pokonali wreszcie niewielki hol, wpadając do największego, które było zarazem najcieplejszym pomieszczeniem w całej chacie. Pomimo tego że nie uporządkował wcześniej lokum, nie wyglądało ono na brudne i zaniedbane, prędzej na wykorzystywane w niewielkim stopniu przez jedną osobę. Nie miało to dla nich jednak w tym momencie jakiegokolwiek znaczenia, a sam Castor możliwe że nawet nie zorientował się, kiedy wreszcie jego osoba została posadzona na wygodnej, starej kanapie, a plecy spotkały się z równie przyjemnym i rozleniwiającym oparciem. Marlowe wyprostował się, a loki opadły mu całkowicie na czoło, mokre od kombinacji śniegu i potu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo zrobiło mu się z tego wszystkiego gorąco, zaś kominek wydzielający przyjemne ciepło znajdował się niemalże w zasięgu ręki. I nadal miał na sobie gruby, zimowy płaszcz. Podobnie zresztą jak On. Nachylił się nad przyjacielem tak, że ich twarze dzieliło około trzydzieści centymetrów odległości i przyłożył letnią już dłoń do jego czoła, upewniając się że nie jest rozpalony i nie dopadła go gorączka. Ollie musiałby wtedy działać bez zwłoki, na szczęście wszystko wskazywało na to że chłopak nie jest przeziębiony. Palce mimowolnie, delikatnie przesunęły się dalej w stronę skroni, odgarniając gdzieś na bok niesforny kosmyk miodowych loków, aż do policzka, od którego odruchowo się wycofały, jakby rzeczywistość natychmiast sprowadziła uzdrowiciela na ziemię.
- Daj mi chwilkę. - rzucił do niego z uśmiechem, którego jeszcze nie zdołał po tym małym geście zataić, odszedł w kierunku holu, z którego przyszli. Nie minęła dłuższa chwila, kiedy powrócił bez płaszcza i z wiaderkiem wody, kilkoma szmatkami i czystym, bawełnianym ręcznikiem. Ręcznik i szmatki postawił na niewielkim stoliku przy kanapie, a z wiaderkiem poszedł bezpośrednio do kuchni, gdzie odlał część wody do niewielkiego, cynowego kociołka. Dźwięki otwieranych szafek i rozsuwanych szuflad rozniosły się po pomieszczeniu, które było połączone również z salonem, a już po krótkiej chwili dało się poczuć delikatny zapach zbożowej kawy. Przygotowania nie zajęły mu długo, w końcu jedynie chciał zaparzyć przyjacielowi rozgrzewającą kawę. Żałował że miał do dyspozycji jedynie zbożową, której możliwości stawiania na nogi były mocno ograniczone, ale przynajmniej miała jakikolwiek smak, w przeciwieństwie do czystej wody. Ustawił kociołek na odpowiedniej konstrukcji w kominku i dorzucił jeszcze kilka kawałków drewna, coby chatka nabrała jeszcze więcej ciepła, a następnie przykucnął naprzeciw Castora i spojrzał na niego z dołu. Dziwny musiał być to widok. To w końcu nie Ollie był umęczony, słabo kontaktujący i niemalże bez życia, nie on wymagał pomocy i wsparcia, a mimo to symbolicznie znajdował się gdzieś poniżej Sprouta, niczym sługa. Ktoś postronny zapewne mógłby w taki sposób pomyśleć o uzdrowicielu, ale prawda była zgoła inna. Młodszy robił to z czystej chęci, sympatii, być może nawet z jakiegoś intensywniejszego uczucia. Nie chodziło tu wyłącznie o poczucie obowiązku, choć z pewnością i to znalazło się gdzieś w repertuarze doznań.
- Cas, może ci się to nie spodobać, ale muszę cię sprawdzić. Muszę mieć pewność że nie masz żadnych ran, odmrożeń, stłuczeń i innych tego typu rzeczy. Tak jak kiedyś, jasne? - mówił ciepło i spokojnie, mając na myśli oczywiście jeszcze czasy szkolne, kiedy zdarzało mu się sprawdzać czy przyjaciel nie ma jakichś poważniejszych złamań lub stłuczeń, których nie byłby w stanie zauważyć na pierwszy rzut oka. Uzdrowiciel już miał się zabierać za ściąganie przemoczonych butów przyjaciela, zanim zorientował się że ten jeszcze gotuje mu się w zimowym płaszczu. Zaskoczony swoim nierozgarnięciem nerwowo przyłożył dłonie do guzików, które sam przecież skrupulatnie zapiął jeszcze przy starych dębach, i zaczął je powoli rozpinać jeden po drugim. Niemal wszystkie guziki poszły dość szybko, naturalnie, ale jeden z nich był wyjątkowo uparty i bronił się zaciekle przed uwolnieniem alchemika ze swoich sideł. Ollie zmarszczył brwi siłując się z uporczywym zapięciem, dopiero po chwili zauważając że tak usadowił Castora na kanapie, iż materiał płaszcza naciągnął się niefortunnie w taki sposób, że nie pozostawiał ani krzty luzu do rozluźnienia uścisku.
- Hej, pomożesz mi z tym? Nie chcę go urwać, a boję się że mi zaraz padniesz z gorąca... - zwrócił się do niego łagodnie, choć w jego głosie dało się już wysłyszeć lekkie zmęczenie nie tylko od forsowania się z guzikami, ale zapewne od wszystkich czynności jakie dzisiaj wykonał, nadmiaru emocji i braku snu, które dokładały kolejną cegiełkę w spirali przemęczenia. Mimo to starał się nie dawać tego po sobie poznać, walczył ze wszystkim dzielnie i nawet nie przygryzł wargi. Chciał tylko dać z siebie wszystko, pomóc przyjacielowi najlepiej, jak był w stanie. Spędzić z nim chwilę, nawet jak była to chwila niemalże całkowicie jednostronna. Wystarczyło że mógł go zobaczyć, poczuć zapach, dotknąć nieśmiało i cofnąć rękę z zażenowania. Bo tylko na tyle było go w tym momencie stać.
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Salon z kominkiem [odnośnik]26.09.21 15:18
Nie był w stanie określić, ile czasu zajęło im dotarcie do progów Cichego Domku. Jedno jednak było pewne — przyjął koniec wędrówki z wyczerpanym, lecz zadowolonym westchnieniem. Wiedział, że Ollie wolałby wspiąć się na wyżyny swych możliwości, przesunąć granicę, o której wcześniej nie wiedział, że zdoła ją przesunąć, niż pozostawić go gdzieś samego w lesie, bez pomocy. Czy Castor specjalnie zwrócił się akurat do Marlowe, podświadomie czując, że łącząca ich niegdyś zażyłość będzie działać na jego korzyść? Nie. Skrajna empatia Olliego, która zmuszała go do takich poświęceń, w momencie pisania listu została zepchnięta na dalszy plan, zapomniana. Blondyn kierował się przede wszystkim świadomością, że cokolwiek się nie stanie, jego młodszy przyjaciel będzie umieć zatrzymać tajemnicę tylko dla siebie.
Nie była to bowiem pierwsza tajemnica, która zawisła pomiędzy nimi, splątała ich gardła bladoczerwoną wstążką przeznaczenia. Gdyby Castor miał więcej siły, które mógłby przekazać na rozbudowane procesy logiczne, pewnie zwróciłby uwagę na to, że obie te tajemnice wiązały się z niesamowitym ryzykiem. Ryzykiem, na które nie chciał wystawiać przyjaciela. Nie, gdy przeżył to, co przeżył, gdy wojna i anomalie odebrały mu dom, rodziców i poczucie bezpieczeństwa. Fantomowe, niewytłumaczalne poczucie winy zagnieździło się jednak w wymęczonym umyśle Sprouta. To, czy Ollie dowie się o nim, było przesądzone, pewne. Kwestią sporną pozostawała wyłącznie kwestia kiedy.
Ciepło. Przyjemne ciepło, które uderzyło w wymarznięte, ale poratowane przezornie rzuconym zaklęciem ciało likantropa. Dla przemarzniętego w mniejszym stopniu Olliego mogło stanowić większe wyzwanie, ale stępione zmysły Castora chyba nie nadążały za wszystkimi zmianami, których doświadczał. Dlatego też wydawał się być niewzruszony nawet w momencie, w którym nogi wreszcie odpoczęły, a ciało posadzone zostało na kanapie. Mógłby przysiąc, że był w stanie wtopić się w mebel, zanurzyć się w wygodzie na wieczność, stać się po prostu jego częścią. Pozostać w domu Olliego, stać się jego cichym stróżem i odebrać ciężar trosk. Choć trochę. Och, jak pięknie byłoby porzucić cielesną powłokę, rozstać się z tym, co złe, a tylko przedmiotem się stać.
Lecz zamiast tego zmusił się, by otworzyć oczy, a przynajmniej podnieść powieki do połowy wysokości. Przez to i skroplony śnieg osiadły na krańcach rzęs, wzrok miał nieco rozmyty. A mimo wszystko udało mu się dostrzec zmartwiony wyraz twarzy przyjaciela. Loki przyklejone do czoła, zmartwione wejrzenie. Przeze mnie? — myśli przemknęły wśród ciszy rozlegającej się wśród bieli kości czaszki — Taki zmęczony i zmartwiony jesteś... przeze mnie?.
Nie był pewien, czy słowa te rozbrzmiały wyłącznie w jego głowie, czy udało mu się poruszyć zeschnięte usta i tchnąć powietrze w struny głosowe w sposób bardziej składny niż wcześniejsze pomruki i protesty. Wiedział na pewno, że sporo z pozostałych, a więc marnych sił włożył, by unieść dłoń w górę. Mięśnie ramion dały o sobie znać, w niemalże piekielnym szarpnięciu bólu. Ale Castor miał swoje obowiązki, miał też chęci. Nie mógł pozwolić, by jego przyjaciel nie potrafił przedkładać własnego dobra nad dobro swego gościa. Nie, nie, nie. Tak być nie mogło.
Wreszcie zimna, niemalże lodowata dłoń dotknęła rozpalonego policzka Olliego. Przesunęła się wyżej, do mokrego czoła, sklejonych kosmyków. Niezgrabnie ze względu na nieodstępujące go drżenie przesunęła kosmyki na prawo, a spełnienie tej jakże prostej misji pozwoliło na krótki, delikatny, trochę deliryczny w swym wyrazie — uśmiech.
A potem został obdarzony bliźniaczym gestem. Gestem, któremu poddał się bez gadania, bez próby ucieczki przed dotykiem. Ba, skapitulował w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Opadła więc dłoń przesuwająca kosmyki z mokrego czoła, padła na materiał starego płaszcza. Opadły wreszcie powieki, tylko uśmiech drżał na spękanych wargach, tak innych od obrazu, którym karmili się przy pomocy alkoholu jeszcze kilka dni wcześniej. Wspomnienie ich krótkiej rozmowy, wszystkich ukłuć, które towarzyszyły im przez cały wieczór, teraz wydawały się nie należeć do ich czasoprzestrzeni. Jakby wydarzyły się we śnie, krainie marzeń, z której wyrwano ich prędko, chętnie i bez zbędnych sentymentów, porzucając na pożarcie rzeczywistości.
— Mhm — dałby mu przecież wszystkie chwile, których akurat potrzebował. Dla człowieka w jego stanie czas wydawał się być nieistniejący, a cały Cichy Domek zanurzony w czymś na kształt formaliny, w której zostali zakonserwowani na bliżej nieokreśloną wieczność. Za ścianami domu Marlowe mogło dziać się wszystko. Mogły spadać gwiazdy, drzewa runąć, świat mógł się kończyć, ale w cieple, powoli przechodzącym w zagrzanie, niewiele się liczyło.
Poza bezpieczeństwem Olliego.
— Ollie... — odezwał się wreszcie, ochryple, a jego ciało wstrząśnięte zostało przez zapowiadający kaszel dreszcz. Przyjaciel, uzdolniony przecież uzdrowiciel, mógł chyba spodziewać się tego, co nadeszło chwilę później. Rozrywający płuca ból, zaciśnięte powieki, cztery poważne charknięcia, które sugerować mogły nagromadzenie się jakiejś podłej substancji gdzieś w płucach albo okrzelach. A przynajmniej mocne nadwyrężenie gardła. — Ollie, mi nic nie jest... — dodał chwilę później, już szeptem. Chyba udało mu się domyślić, że musiał oszczędzać swoje struny głosowe, że nadmierny wysiłek mógł znów spowodować atak kaszlu. Nie mógł jednak dostrzec, jak bardzo żałośnie i nieprawdziwie mogą brzmieć jego słowa. Pomimo tego, że nie kłamał, bo faktycznie, ciało miał w jednym kawałku, był wyłącznie wymęczony i przemarznięty.
To w głowie, w duszy czaiły się największe rany. I dlatego właśnie napisał list z prośbą do magipsychiatry.
Ruszył się jednak, zgodnie z prośbą. Odsunął plecy od miękkiego oparcia, dłonie ułożył po obu stronach swego tułowia i uniósł biodra w górę, co spowodowało rozluźnienie napiętego niefortunnie materiału. Miał nadzieje, że dłonie Olliego poradzą sobie z zadaniem dość szybko, bowiem nie minęło dużo czasu, aż znów poczuł się skrajnie bezsilnie. Teraz... teraz chciał tylko zasnąć i najlepiej nie budzić się przez kilka lat. A może wcale? Nie był do końca pewien.
Jednak gdy znów powrócił do pozycji wyjściowej, po omacku odnalazł rękę przyjaciela. Zacisnął palce na nadgarstku młodszego z blondynów, przytrzymując go przy sobie.
— Ollie, to z głową... Z głową mam coś nie tak...


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: Salon z kominkiem [odnośnik]05.10.21 2:09
Chaos kłębił się w jego głowie, jeden wielki kocioł słodko-gorzkich odczuć, przyjemności i szczęścia pomieszanego z troską, zmartwieniem i obawą, a gdzieś niczym widmo zniszczenia wisiał niewielki, minimalny zresztą kolor złości. Nie chciał go czuć, nie dopuszczał go do świadomości, odrzucał głębiej i dalej, w niedostępne zakamarki własnego umysłu. Nie musiał przecież wszystkiego rozumieć, nie musiał otrzymywać wyjaśnień na każdą decyzję Castora, nie był przecież jego... Potrząsnął głową, wyrywając się z okrutnego bicza nieprzyjemnych myśli, nie dając za wygraną w tej nierównej bitwie mieszanych odczuć. Musiał skupić się na teraźniejszości, oddzielić się od niewłaściwych i niebezpiecznych myśli stale atakujących jego osobę, próbujących zakomunikować coś skrycie zakopanego, czego otworzyć bał się nawet przed samym sobą. Wszystko to dla przyjaciela, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Ukoić przemęczony umysł, dać chwilę wytchnienia w ponurym świecie, miejsce do którego zawsze może powrócić, i z którego żadne sekrety nie wyjdą na światło dzienne. Nigdy mu tego nie powiedział, ale... Cichy Domek to był też jego dom. Nie tak elegancki jak Wrzosowisko, z meblami zebranymi bez większego ładu, miejscami niezbyt szczelnymi ścianami i brakiem szklarni czy innych udogodnień, ale nadal jego. Castor mógł czuć się tu jak u siebie, a przynajmniej Ollie miał nadzieję, że tak właśnie jest.
Nie musiał się starać by wyłapać spojrzenie przyjaciela, wzrok uzdrowiciela mimowolnie i wielokrotnie poszukiwał kontaktu w szaro-niebieskich tęczówkach, odnajdując go w tej jednej chwili. Spojrzenie Sprouta, choć mętne i niemrawe, rozbudzało u młodszego z nich wystarczająco dużo motywacji i chęci do działania. Martwił się straszliwie, nie byłby sobą gdyby tego nie robił, niezależnie od wagi problemu. Czy nie zatraciłby w sobie jakiejś części człowieczeństwa, gdyby w całkowicie beznamiętny sposób podchodził do działań i stanu zdrowia swoich przyjaciół? Nie, nie chciał nawet myśleć co by musiało się stać, aby do tego doszło - tym bardziej znajdując się przed Castorem, dla którego posiadał wielokrotność pokładów cierpliwości i troski. Zaraz wszystko będzie w porządku, zaufaj mi. Wytrzymaj jeszcze trochę.
Zupełnie nie spodziewał się jego gestu, w który musiał przecież włożyć resztkę sił fizycznych i psychicznych. Chłodna dłoń zatrzymała się na policzku Marlowe, który niemal w pierwotnym odruchu chciał odsunąć głowę niczym oparzony, cofnąć skórę jak najdalej od nieprzyjemnego ukłucia mrozu. Nie zrobił tego jednak, lecz zamarł na moment, rozchylając usta w wymownej ciszy, przyjmując gest w pełni takim, jakim faktycznie był. Przyjemnym, szczerym, tchniętym niewysłowioną czułością i troską. rzadkim i jedynym w swoim rodzaju. Kiedy ostatni raz mogli pozwolić sobie na taką otwartość? Ollie poczuł jak dłoń mężczyzny drży, sunąc w kierunku czoła i włosów, aż samego uzdrowiciela przeszły delikatne, przyjemne dreszcze. Włosy odgarnięte z czoła pozwoliły mu pełniej zobaczyć delikatny i ledwo obecny uśmiech przyjaciela, rozgrzewający serce i ducha, jednocześnie kłując jakoś uciążliwie, nieznacznie. Tyle mu musiało na ten moment wystarczyć.
To, co wydarzyło się później, było niczym okrutne zderzenie z rzeczywistością, wyrwanie z odrobinę tylko lepszego snu przypominające o prawdziwym celu ich spotkania. Nagły atak kaszlu nadszedł niczym rozdarcie światów, krzyk rannego zwierzęcia, które woła w ten sposób o pomoc. Pomocy jednak nie oczekiwał, a nawet całkowicie zbagatelizował reakcję swojego organizmu. Źrenice Olliego się rozszerzyły w przeświadczeniu o jakiejś poważnej chorobie, która musiała męczyć przyjaciela może nawet nie od dzisiaj, a umysł zaczął wertować wszystkie znane mu jednostki chorobowe, możliwe infekcje i potencjalne stany zapalne. Gardło, płuca, może oskrzela... czarodziejska grypa? Krztusiec? Zapalenie płuc? Zaraz, czy to nie były choroby typowo mugolskie...? Kolejny chaos w jego głowie, tym razem na powrót utworzony i wstrząśnięty każdym następnym, niepokojącym odkrztuszeniem.
- Jak możesz mówić, że nic ci nie jest? - zapytał cicho z wyraźnym wyrzutem, ale nie oczekiwał na odpowiedź. Wiedział że przyjaciel jest osłabiony, że każda próba komunikacji wymaga od niego wielkich pokładów siły i woli walki, a samo gardło miał pewnie silnie podrażnione. Marlowe nie wiedział co miał teraz myśleć, nie rozumiał... Czy przyjaciel go teraz okłamywał? Czy naprawdę mógł mówić takie rzeczy, byle tylko nie martwić go troską o swoje zdrowie? A może... może faktycznie nic mu nie było, a jedynie doświadczył teraz reaktywności organizmu na nagłe zmiany środowiska? Uzdrowiciel zmartwił się poważnie, nie mogąc jednak zbagatelizować jak jawnych sygnałów...
Wtem jednak padły kolejne słowa, w tym wielokrotnie już wypowiadane tego dnia imię młodszego chłopaka, niczym echo nie dające mu o sobie zapomnieć. Słowa, które w tym momencie wyryły mu się w głowie intensywną rysą. Wyły i krzyczały wtedy, kiedy już zamierzał zbadać jego organizm, poszukiwać nieprawidłowości, wyleczyć go z tego uporczywego kaszlu, a być może jakiejś o wiele gorszej choroby, która niechybnie mogła wisieć nad Castorem. Śmiertelnej choroby przecież, bo zimą nawet najlżejsza grypa potrafiła pozbawić życia wytrzymałego człowieka. Jak to z głową? Kaszel od głowy? Poczuł się całkowicie zbity z tropu, nie wiedząc czy przyjaciel myśli trzeźwo, czy od wychłodzenia doszły mu jeszcze gorączka i majaki. Jednakże uścisk na jego nadgarstku, tak delikatny i silny zarazem, zmusił go do przemyślenia swojego działania. Ollie przygryzł dolną wargę bijąc się z własnymi myślami, a wzrok próbował odnaleźć spojrzenie Sprouta, zajrzeć wgłąb jego myśli. Nie oszukałbyś mnie, prawda? Nie okłamał?
Zawahał się, ale wahanie to nie trwało długo. Zaufał mu. Miał wątpliwości, uzasadnione zresztą, ale ostatecznie zaufał. Musiał, jako jego przyjaciel.
- Dobrze, pozwól że się tym zajmę, ale będę potrzebował twojej współpracy. - wypowiedział cicho, nieco nerwowo, po wcześniejszym głębokim odetchnięciu i próbie uspokojenia się. Uwolnił drugą dłonią swoją rękę od uścisku Castora, układając ją wzdłuż jego ciała. Sam przysunął sobie pobliski stołek i usiadł na nim, znajdując się tuż przy głowie przyjaciela. - Zamknij oczy i postaraj się oddychać powoli, naturalnie. Spróbuj wyobrazić sobie najprzyjemniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek się znalazłeś. Może to być też jakaś sytuacja, może jakaś konkretna osoba. Coś, co kojarzy ci się ze spokojem, wolnością. - Czy jestem tam... ja? Jedną dłoń położył na policzku przyjaciela nachylając się nieco nad jego twarzą, drugą zaś pochwycił różdżkę i przyłożył do przeciwległej skroni, delikatnie, ledwo muskając kawałkiem drewna jego skórę. - Paxo Maxima. - wydobyło się szeptem z jego ust, a różdżka zajaśniała zielonkawą poświatą.

rzucam Paxo Maxima; sukces; leczę 29 obrażeń psychicznych u Castora
Ollie Marlowe
Zawód : uzdrowiciel i magipsychiatra w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 1
ALCHEMIA : 6
UZDRAWIANIE : 21
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10401-ollie-marlowe https://www.morsmordre.net/t10455-wicher#316648 https://www.morsmordre.net/t10433-uzdrawiajacy-slon-mugolak#315360 https://www.morsmordre.net/f390-dolina-godryka-cichy-domek https://www.morsmordre.net/t10567-szuflada#320177 https://www.morsmordre.net/t10445-ollie-marlowe#315624
Re: Salon z kominkiem [odnośnik]17.10.21 16:00
Nawet teraz gdy umysł przysłonięty miał gęstą mgłą zmęczenia i bólu, starał się myśleć o tym, co dzieje się z przyjacielem. Wymuszał przecież u niego sekret, k o l e j n y i z każdą tajemnicą miał wrażenie, że wciągał go w coś, co nigdy nie powinno stać się jego udziałem. Że był egoistą, wykorzystywał serce, którego Marlowe nigdy mu nie szczędził, że powinien przecież dawno zniknąć z jego życia, ale z jakiegoś powodu... nie potrafił. Złotowłosy Ollie stał się nieświadomie osobą, która symbolizowała stare, bezpieczne, nienaznaczone wojną czasy. I chyba tego obrazu trzymał się Castor, za tym zatęsknił wśród rozbłysków sylwestrowej zabawy, choć teraz już chyba oboje wiedzieli zbyt dobrze, że powinni zaprzestać na listach.
Ostatni raz.
To na pewno ostatni raz.
Wyczuł, albo może mu się wydawało, że Ollie zastygł nagle w bezruchu. I oczywiście najłatwiej było pomyśleć, że to nie zimno jego dłoni, które spotkało się z rozgrzewaną ogniem z kominka skórą. Że to sam jego dotyk (był obrzydliwy, nie zasługiwał na czułość, nie potrafił jej okazywać, tylko kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo, odkładało się podskórnie niczym plamy opadowe, które widział kiedyś, prawdziwym przypadkiem, jeszcze na szpitalnym korytarzu) spowodował taką reakcję. I chyba nawet cień smutku przebiegł mu po twarzy, choć może był tylko zmęczony. Drżąca ręka opadła wreszcie, gdy kaszel znów dał o sobie znać.
Wiedział, że musiał odpowiedzieć na pytanie. Domyślał się dodatkowo, jak sam zareagowałby postawiony na jego miejscu. Kaszel nie brzmiał w żaden sposób normalnie, ale jaki miał być? Spędził trzy godziny nagi w śniegu, później całą noc przywiązany do drzewa, jego kości łamały się i zrastały dwukrotnie w przeciągu jednej doby, a jaźń krzyczała, jednocześnie błagając o litość. Litość, na którą przez drążącą go klątwę oczywiście nie zasługiwał.
— To po prostu noc na zimnie — powiedział, jakby zupełnie nie wyłapał tego, że Ollie nie oczekiwał od niego faktycznego powodu jego złego fizycznego samopoczucia. O psychicznym nie mógł powiedzieć więcej niż to, co już zostało wyszeptane pomiędzy deski składające się na Cichy Domek. Ale był przynajmniej gotowy na zebranie cęgów za tą noc. Oraz przynajmniej delikatne uspokojenie sumienia uzdrowiciela, bo to nie była ani grypa, ani krztusiec, może początki czegoś, co wyewoluować mogło w zapalenie płuc, ale jak znał Olliego, nie wypuści go od siebie bez upewnienia się, że nic mu nie będzie.
Castor miał tylko nadzieję, że nie będzie na niego naciskał. I że nie będzie próbował ściągnąć z niego więcej elementów garderoby niż to prawdziwie konieczne. W obecnym stanie nie mógł szczególnie oponować, choć i tak cieszył się, że gospodarz respektował jego granice.
Bo przecież nie okłamywał go. Wszystko, co mówił, odnajdowało swe źródło w nie tak dawnej przeszłości. To, że nie dzielił się szczegółami, stanowiło tylko wojenną rzeczywistość. Gdyby Olliemu coś się stało, było po prostu lepiej, gdyby nie wiedział za dużo. Dla jego bezpieczeństwa. Dla spokojnego snu, niezmąconego koszmarami, które coraz to odważniej mąciły wody psychiki Castora, które zrobiły z niego to, czym był teraz. Wydmuszką człowieka. Wychudzonym młodzieńcem z lokami klejącymi się do twarzy, z mętnym spojrzeniem, drżącymi dłońmi. Zeschniętymi ustami, językiem przyklejonym do podniebienia i palącym z bólu gardłem.
Oraz rozbłyskiem nadziei.
Skinął głową, zgadzając się na wszystko; jakiekolwiek warunki nie zostałyby przed nim postawione, Castor po prostu potrzebował spokoju. Przynajmniej delikatnego ukojenia, wyciszenia chaosu, który kłębił się pomiędzy jasnymi kośćmi czaszki, który próbował wydostać się na zewnątrz, chyba przez ten kaszel, który twórca talizmanów starał się w sobie tłumić.
Wdech i wydech.
Najprzyjemniejsze miejsce, w jakim się znalazłeś.
I choć zamknął oczy, powitała go ciemność, nie trwała ona długo. Rozbłysła tysiącami gwiazd zebranymi na zaczarowanym suficie Wielkiej Sali, a on sam musiał mieć głowę zadartą wysoko, gdy spacerował pomiędzy stolikami w szkolnej szacie. Całe pomieszczenie wypełnione było przyjemnym, ciepłym światłem, stoły uginały się od jedzenia, a jemu wydawało się, że nie istniały takie problemy, które były prawdziwie trudne. Może tylko opanowanie kolejnego zestawu zaklęć na transmutację, może późne zajęcia w Wieży Astronomicznej, ale przecież miał Silasa, który nigdy nie pozwalał mu na nich zasypiać.
Może to być jakaś sytuacja.
Nie wiało, ale miał wrażenie, że powinno. Przynajmniej szarpnąć jego włosami, gdy miotła przemknęła niemal przed jego nosem, tylko sekundy po tym, jak błysnęło też coś złotego. Teraz też było jasno, choć barwy już były chłodne, to późnoletnie popołudnie. Błękitnoszare niebo, zielona trawa, kolory Zjednoczonych z Puddlemere rozciągnięte na trybunach.
Może jakaś konkretna osoba.
Kilka twarzy wybijało się w jego podświadomości, każda pragnęła uwagi.
Każda była dla niego ważna.
Kojarzy się ze spokojem.
Ale chyba teraz żadna z tych twarzy nie mogła mu się z czymś takim skojarzyć. Wiedział, kogo powinien sobie wyobrazić. Ale wymęczony umysł po prostu nie potrafił... Wszystkie twarze były szare, naznaczone smutkiem, wszystkie spoglądały na niego oskarżająco, aż...
— Jeju, jak dobrze — wyszeptał na końcu zgromadzonego w płucach powietrza, gdy jasnozielona mgiełka zaklęcia, którego nie mógł dostrzec spod przymkniętych powiek, ściągnęła część ładunku emocjonalnego z umęczonej duszy.
Mama Castora, Cassiopeia Sprout z domu Potter uśmiechnęła się do niego. Nie z łóżka. Znad wyhodowanej własnoręcznie dyni.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Salon z kominkiem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach