Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Szopa
AutorWiadomość
Szopa [odnośnik]09.09.21 6:55
First topic message reminder :

Szopa


Szopa jest nieco zaniedbana, ale Michael obiecuje sobie, że k i e d y ś ją posprząta.
Castor przestał czekać na obiecanki-cacanki i posprzątał szopę w lutym.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him



Ostatnio zmieniony przez Michael Tonks dnia 12.01.22 22:56, w całości zmieniany 1 raz
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down


Re: Szopa [odnośnik]03.11.21 21:44
-Cas, nie… nie myśl tak. - zaprotestował cicho, gdy Castor łudził się, że by pomógł, gdy znów brał winę na siebie. Michael nie chciał mu na to pozwolić, nie chciał żeby się obwiniał ani samemu go obwiniać, dlatego uparcie stłumił w sobie nadzieję i nie myślał, co by było gdyby.
Gdyby to Castor rzucił na niego Paxo po tamtym Crucio.
Gdyby pognał do jego szopy otrzymawszy wiadomość o Connaught Square i nie wpadł po drodze na Hannah.
Gdyby to przy nim trząsł się ze strachu po powrocie z Azkabanu, gdyby nie uciekał do wilczej osobowości i alkoholu i narkotyków, gdyby miał kotwicę.
Gdyby nie poznał j e g o i nie złamał sobie ser…
…nie. Pomimo bólu, nie żałował tamtych kilku tygodni. Czuł poczucie winy, ale nie mógł zmusić się do żalu ani skruchy i nienawidził się za to tym mocniej.
-Pomagasz. - bo choć ledwo miał siłę się z nim spierać, to pomagało. Ta wizyta, odciągająca myśli od własnego bólu, towarzystwo przełamujące paraliżujący smutek. Pokiwał smutno głową, pozwalając mu przejąć część tego ciężaru, tak jak prosił.
Najwyżej jutro Michael poczuje się winny.
Castor przełamał nagle odrętwienie, niespodziewanym promykiem nadziei. Ciepła.
-W Londynie… Cas! - uśmiechnął się wreszcie, szczerze, niemalże łobuzersko. -Kiedy ją poznałeś? - może wtedy, gdy pracował jeszcze u Blythe’a, zanim wszystko się posypało? To dobrze, jeśli miał kogoś takiego. Kogoś, kto trwałby u jego boku, na dobre i na złe.
Kogoś, dla kogo warto żyć.
-Nie myśl o śmierci, myśl o niej. - wtrącił łagodnie, acz stanowczo. W głosie dźwięczało ciepło. Odległe wspomnienie, nie tak dawnych chwil.
-Jeśli to ta jedyna, to… nie opuszczaj jej, Cas. I porozmawiaj z nią o wojnie, kobiety - i mężczyźni… nie lubią niedomówień. - westchnął, z niemalże czułym rozbawieniem. Nie pamiętał, by Cas mówił w ten sposób o kimkolwiek. To musiała być wyjątkowa dziewczyna. -Cieszę się. - powiedział miękko i naprawdę się cieszył, przez chmury wreszcie przedarły się promienie słońca. Przynajmniej Castorowi się układało.
Chwilowe zawieszenie broni.
I dalsza lawina trudnych tematów.
Wyczerpany i pokrzepiony dobrą wiadomością, skinął wreszcie głową, przystając na propozycję z eliksirem tojadowym. Jednak odnośnie rodziny i mrocznych planów nie dał się tak łatwo podejść i dalej marszczył brwi, nieprzejednany.
-Mi też niedobrze, gdy chcesz rzucić życie na szaniec. Masz perspektywy, masz tyle w życiu do zrobienia, masz dobre serce i tyle wewnętrznej siły, masz talent do talizmanów - a Zakon ich potrzebuje - i masz tą dziewczynę w Londynie. Pomyśl chociaż o niej i nie myśl, że pozwolę ci na głupoty. Śmierc to tchórzliwe wyjście, Castor, wiem, bo… sam parę razy o tym myślałem. A potem ktoś mądry powiedział mi, że nawet najgorszego dnia możemy zmienić czyjeś życie na lepsze. - zawyrokował, odzyskując na moment rezon - a głos ściszył smutno dopiero pod koniec zdania.
Obawiał się, że jednak zmienił j e g o życie na gorsze. Ale o tym Castor nie wiedział i to nie przekreślało wagi tych słów. Nadal pomagały Michaelowi walczyć z czarnymi myślami, nawet jeśli ostatecznie nie znalazł w sobie siły i sięgnął po brzytwę, łaknąc chwilowego rozładowania.
-Sprytni dezerterzy znajdą schronienie. Nie jesteś odpowiedzialny za wszystkich, nie pozwolę ci na to, jestem gotowy potencjalnie zagryźć niewinnych ludzi żeby nie znalazł nas jakiś brygadzista, więc wybacz, ale mam w dupie idące na pobór dzieciaki, trwa w o j n a i sam kiedyś ich zabiję na polu bitwy jeśli nie wybiorą ucieczki. - parsknął ze złością, a oczy zalśniły pogardliwie, bo teraz mówił Fenrir, bo Michael nie chciał nikogo krzywdzić i nie mógłby ze sobą żyć gdyby zabił jakiegoś niewinnego osiemnastolatka, bo widział strach w cudzych oczach i wiedział, że jest potworem i już tego nie wytrzymywał, ale ślubował wierność prawowitemu Ministrowi, ale to była jego praca i jego wojna, ale nie starczy mu łez dla każdego, więc mógł chronić tylko tych, których w jakiś sposób kochał, a przemowy i zabijanie musiał zostawić Fenrirowi. Jemu przychodziło to łatwiej, zawsze był bardziej pragmatyczny.
Gdybyśmy byli pragmatyczni, już bylibyśmy bardzo daleko. - szeptał czasem, ale tych podszeptów Michael bał się słuchać. Już wolał poić go krwią szmalcowników.
-Wraca? - nagle coś go otrzeźwiło, gwałtowna troska. -Nawet jeśli… ktoś nie sięga po takie sposoby od… lat? - dopytał ze złym przeczuciem. Myśl o rzędach bladych blizn, już dawno zagojonych. Całował każdą z nich. Odetchnął głęboko - nie mógł o tym myśleć.
Nie powinien już o niczym myśleć.
Ale potem Castor dopytał o coś z ciekawością, a Michael pomyślał o jego lękach i jego dziewczynie i znalazł odpowiednie słowa. Tęsknota brzmiała w każdym z nich, ale mógł kontrolować, co mówi - własny ton to już za wiele na dziś.
-Wiedzi… wiedział -Ta osoba o wszystkim wiedziała. - poprawił się. -O tych najgorszych rzeczach też. Inni potrafią… kochać takich jak my. - szepnął, a smutek w każdej zgłosce brzmiał już mniej paraliżująco. Łagodniej, jakby Michael go oswoił. Miękko, jak światło księżyca.
Kochać. Cały świat stanął na głowie i wszystko obracało się w popiół, ale przynajmniej to mu pozostało. Świadomość, że wspomnienia były szczere. Coś, co osładzało pulsujący ból - i co sprawiało, że nie mógł zapomnieć.
Odszukał spojrzenie Castora i uśmiechnął się blado. Miał nadzieję, że tamta dziewczyna z Londynu też go kocha albo pokocha.
-Było warto, wiesz? - szepnął ledwo słyszalnie, z wysiłkiem zmuszając gardło do tak intymnego wyznania, być może zbyt osobistego jak dla męskiej przyjaźni. Ale drżał tutaj ze smutku przed Castorem, wyczerpany, bezsilny, z pociętym przegubem. Był starszy, powinien być wzorem, nie mógł mu pokazać, że t a k wygląda miłość. Nie wybaczyłby sobie, gdyby zasiał w nim tchórzostwo.
Uśmiechnął się blado, patrząc trochę na Castora, a trochę p r z e z Castora. Ból z rozciętej ręki ustawał - magia tamowała krew, wspomnienia przegnały na moment smutek, uśmiechał się cieniem dawnego siebie.
-Dziękuję. Już dobrze. Będzie… będzie dobrze.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]10.11.21 19:36
Coś ścisnęło mu żołądek jeszcze mocniej niż za pierwszym razem. Wyrzuty sumienia atakowały go często i chętnie — najczęściej wśród bezsennych nocy, gdy pomimo szczerych chęci oraz sił opuszczających jego ciało z każdą chwilą coraz to intensywniej, nie potrafił zasnąć. Rozmyślał wtedy, nie mając niczego innego do wyboru, roztrząsał wszystkie możliwe scenariusze spod szyldu "co by było, gdyby". I miał też kilka różnych możliwości na załagodzenie ich czerwcowego konfliktu, nie wypowiedziałby nigdy słów, które położyły się cieniem na ich relacji, nie opuścił jego boku, ale...
Był człowiekiem. Pomimo wilczych przymiotów wciąż był człowiekiem. Słabym, podatnym na podszepty błędów, człowiekiem, który narodził się po to, by błądzić. A teraz, gdy wydawało mu się, że wreszcie odnalazł drogę, którą chciałby stąpać, z której zepchnąć miała go przecież tylko śmierć... teraz naprzeciw stawał mu przyjaciel, chyba jeszcze bardziej roztrzaskany od niego.
Weź się w garść, Castor. To nie koniec świata.
Inni mają zdecydowanie gorzej.

I choć wiedział, że powinien zepchnąć te myśli na bok — gdzieś, gdzie czekała ich cała chmara, nieposegregowanych, niedobrych, myśli brudnych — nie potrafił. Nie do końca. Myśl o tym, że mógł przyczynić się do takiego, a nie innego stanu Michaela, że ten mimo wszystko starał się usprawiedliwiać jego zimnokrwiste okrucieństwo z czerwcowych wieczorów, wbijała się mu w żołądek niczym myśliwski nóż w podbrzusze zwierzyny, gotowy do szarpnięcia wyżej, aż po same gardło.
Nie protestowałby. Załużył.
— Mike... — błagalne jęknięcie opuściło jego usta, choć sam nie wiedział, do czego dokładnie miało się odnosić. Do "nie mów tak", czy próby marnego pocieszenia i zamydlenia oczu, że jego pomoc faktycznie mogła coś znaczyć? Znaczyła tyle, co szrama na nadgarstku, która nie mogła powstać przez nieumyślne upuszczenie brzytwy; Castor znał takie przypadki, znał podstawy działania czegoś, co medycy tak magiczni, jak i niemagiczni nazywali instynktem przetrwania. To nie to.
Aż wreszcie w szopie zrobiło się znów jakoś cieplej. Pomimo pogody, która nie rozpieszczała ich ani trochę, pomimo wcześniejszego napięcia, było ciepło i to ciepło czuł Castor niemal całym sobą. Michael uśmiechnął się wreszcie, szczerze, po swojemu jakoś, choć Sprout mógł pamiętać ten uśmiech, rozciągający się na każdego Gryfona, którego kiedykolwiek spotkał, podszytego domowymi przymiotami dumy i odwagi. Czy Michael właśnie... mu gratulował?
I czy on sam właśnie nie sprzedał swojego największego sekretu zaraz po likantropii?
— Właściwie... to dzień po tym jak rozmawiałem z Blackiem w Mungu. Poznał nas wspólny przyjaciel ze szkoły, byliśmy na randce, potem kolejnej... No... — dłoń Castora wplotła się znów w miodowe kosmyki, tym razem z tyłu głowy. Palce zacisnęły się na włosach nieco mocniej, jakby próbując rozładować kołaczące się w nim napięcie. Głupio było mu rozmawiać o kulisach relacji z Finley, gdy właściwie niewiele o sobie wiedzieli. A może to on wiedział o niej prawie nic, ona niemal wszystko. Mówienie o uczuciach nigdy nie było jego mocną stroną, a chwalenie się tym przed przyjacielem wydawało się być dziwne i nienaturalne. — Chciałem ją... Zabrać tutaj, do Doliny. Ale ona uważa, że Londyn to jedyne miejsce, które daje jej szansę. Jest artystką i wiesz... No tutaj... — wolna dłoń zakręciła kilka kółek nadgarstkiem, próbując pomóc blondynowi w odnalezieniu odpowiednich słów. Niestety bezskutecznie. — Nie będzie miała okazji. To... dobra dziewczyna. Potrafi się sobą zająć, ale ona... Ona też dostała wezwanie. Ja nie mogę pozwolić, by ona poszła tam sama. Właściwie to ja...
Słowa ugrzęzły gdzieś z tyłu gardła, Castor odwrócił wzrok, woląc już spoglądać na te cholerne kanapki niż na przyjaciela. Rumieńce — intensywnoróżowe, niemal niepodobne do jego wątłej postaci — rozlały się na jego policzkach, a on sam wyglądał, jakby jedno mocniejsze dotknięcie mogło rozbić go na miliardy kawałków. Zadrżał raz jeszcze, zadrżał i uśmiech, w którym błysnęły białe, nieco krzywe zęby, a dłoń wyplątała się z włosów, by potrzeć nerwowo kark.
— Chciałem się jej oświadczyć. Jakbyśmy zdążyli wziąć ślub do tego czasu, nawet taki skromny... Mężatkom nie robią takich krzywd, co pannom. Znaczy... Jest mniejsza szansa. Znaczy, żebyś nie myślał! Kocham ją i... — och, jakże prosto było zaplątać się w myślach i słowach, które Castor próbował wyrzucić z siebie w tej jednej chwili. Rumiane były nie tylko policzki. Również czubki uszu pokryły się intensywnym różem. Chwilę później przełknął ślinę, zamilkł jeszcze na moment, próbując ułożyć w głowie coś, co brzmiałoby przynajmniej połowicznie logicznie. — Chcę, by była bezpieczna. Jeżeli coś by mi się stało, dostałaby coś po mnie. To nie jest wiele, sam wiesz, jaka jest sytuacja, ale zawsze coś. Ona... ona chyba nie ma rodziny, wiesz? To by jej pomogło, jestem pewien. Zresztą, myślałeś kiedyś o tym? Zginąć jako mąż. To zawsze jakiś pozytyw w życiorysie, prawda? — uśmiechnął się niepewnie, próbując szturchnąć go lekko łokciem, dla zasygnalizowania żartu. Miał przecież swoje plany, marzenia, ambicje, a jednak... Jednak wszystko sprowadzało się w pewnym momencie do niezaspokojonej potrzeby przynależności, do kochania i bycia kochanym, do odnalezienia choć odrobiny normalności w czasie absolutnego chaosu.
Uśmiech zniknął z jego warg dopiero gdy w powietrzu zawisła groźba.
Groźba, która dotyczyła wprost jego przyjaciół. Dzieciaków, które poniekąd wychowywał, często kosztem własnego komfortu i zdrowia.
Zacisnął wargi, prostując się raz jeszcze.
— Chcesz zabijać dzieciaki? — dopytał, choć jego ton nie brzmiał nawet odrobinę ugodowo. Wręcz przeciwnie, było w nim coś wyzywającego, coś, co sprawiło, że Castor znowu zadrżał w posadach, znów pobladł, choć policzki wciąż były zdobne w jasne plamy. M o j e dzieciaki? Tonks, oni są wszyscy ode mnie młodsi! Nie możemy żądać, by każdy, kto stanie na naszej drodze stał się nagle bohaterem! — nie dzieciaki z chorymi matkami, nie dziadkowie próbujący tylko nakarmić wnuczęta. — Sam widziałeś, ile mi zajęło, by od naszej pierwszej rozmowy dojść tu, gdzie jesteśmy teraz. Ja swoje życie mogę rzucać na szaniec, ile mi się podoba, ale myślisz, że zrobisz z kogoś sprawiedliwego z przymusu? Nawet nie wiesz, ile mają do stracenia...
Głos znów mu się załamał, bowiem wszystko, co mówił Michael, było po prostu okrutne. Bolesne, zbyt świeże, by Castor mógł o tym spokojnie myśleć. Użycie nazwiska, zamiast imienia pozwoliło mu się zdystansować, przynajmniej na chwilę. Potrzebował jej, by odetchnąć. Wobec wszystkich innych miał proste wymagania — wyzbyć się wygodnictwa na rzecz wspólnego dobra. Gdy rzecz się miała jego dzieciaków, stawał się znacznie bardziej pobłażliwy, nie widząc swojej hipokryzji. Jeszcze nie.
— Wraca — powiedział wreszcie, krótko, jakby starał się zamknąć ten temat gdzieś daleko. A może tylko wciąż starał się przetrawić to, że Michael naprawdę zdolny był do zagryzienia kogokolwiek, by zapewnić im bezpieczeństwo. Może z tą myślą czuł się niewygodnie, niepewnie wręcz, jakby zmuszał przyjaciela do takiego, a nie innego postępowania. Nie chciał być powodem, dla którego posuwał się do tak drastycznych środków.
Takie decyzje powinni podejmować razem.
Resztki rumieńców zniknęły, gdy Michael przyznał się, że komuś powiedział. Myśli automatycznie wróciły do trzech osób — Ollie, Finley i Silas — całą trójką mogli znajdywać w Castorze pierwsze sugestie dotyczące likantropii, jednak na samą myśl, że ktokolwiek poza Michaelem mógł posiąść ten jeden sekret, sprawiały, że nogi miał miękkie, kolana niezbyt wytrzymałe, mógłby usiąść na ziemi i nie mieć siły się podnieść. Michael był zarejestrowany. Z samej natury rzeczy więcej osób wiedziało o jego przypadłości. Castor...
Znów zaczął się bać.
— To... to wspaniale... — powiedział, próbując silić się na ton zachwytu i uśmiech. Oba jednak nie trafiły chyba w to, co byłoby oznaką radości u zwykłego człowieka, a Michael był dobrym obserwatorem; znał Castora wystarczająco dobrze by wiedzieć, że coś go trapi, lecz nie ma serca przerywać mu dobrych, mimo wszystko, wspomnień.
Skupił się więc na swojej pracy. Magia wreszcie przepłynęła przez jego rękę i różdżkę w sposób poprawny, mógł być z siebie zadowolony.
A Michael powiedział, że było warto.
— Zasługujesz na szczęście — odpowiedział mu równie cicho, niemal tak, jakby to wiatr niósł te słowa, jakby były one wyłącznie przesłyszeniem, nie deklaracją, która płynęła z głębi serca Sprouta. Ale tak właśnie było. Pomimo smutku, który czuł, który na własne życzenie przejmował od przyjaciela, cieszył się, że... udało mu się. Nawet jeżeli było to bardzo krótkie udanie.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Nie był w stanie podnieść na niego wzroku, zapewnić - po raz kolejny - że nic się nie stało. Działo się, jeśli po kolei ranił lub odstraszał najbliższe sobie osoby Wybaczył Castorowi, wziął na samego siebie winę za czerwcowe kłamstwo, ale to nie znaczy, że blizna zniknie. Że nie będzie wyrzucał sobie, że nie odciągnął go od wojny jeszcze skuteczniej, że nie zabronił mu wizyt w Dolinie. Może wtedy Sprout nie stałby się wilkołakiem, może życie nie roztrzaskałoby go na kawałki. Tonks bardzo próbował pomóc mu złożyć się z powrotem w całość, ale ręce miał niedelikatne, a obycie szorstkie - brakowało mu niezbędnej wprawy, bo sam się jeszcze do końca nie pozbierał.
Może... może ta dziewczyna. Może ona by lepiej pomogła. Spojrzał na Castora, gdy ten zaczął o niej mówić - i uśmiechał się coraz szerzej, coraz cieplej. Nawet tą wizytę u Perseusa Black był mu gotów wybaczyć.
-Trwa wojna, to nie pora na sztukę. - westchnął, kręcąc lekko głową. Młodzież bywała taka naiwna, dziewczyny szczególnie. -Jeśli jest śliczną artystką w stolicy, to zanim mrugniesz, jakiś lord - o mało nie dodał Black, ale był ponad to, prawda? -Się na nią połakomi. - Castor był dorosły, Mike nie miał zamiaru owijać rzeczywistości w bawełnę. -Jeśli ci na niej zależy, zabierz ją do Doliny, Cas. Tu jest bezpiecznie. Na marzenia o sztuce przyjdzie czas po wojnie. - westchnął, całkowicie nieświadom, że samemu posłał tą dziewczynę do Londynu i że kierowały nią o wiele szlachetniejsze pobudki niż czcze marzenia o karierze. W tej chwili myślał o Castorze - o tym, że nie powinien ryzykować wypraw do stolicy, że pomogłaby mu obecność kogoś bliskiego w Somerset. Aż...
...no, nie sądził, że ta dziewczyna jest aż tak bliska.
-Oświadczyć? To... to decyzja na całe życie, nie tylko na ten okres wojennej zawieruchy - jesteś pewien, Castor? - wybąkał, całkowicie zbity z tropu. Spoglądał teraz na niego szeroko otwartymi oczyma, z mieszanką zdumienia i jakiegoś rodzaju zazdrości. Zazdrościł mu tego przekonania, tej odwagi, tej pewności siebie. Samemu nigdy nie zbliżył się do żadnej kobiety na tyle, by myśleć o oświadczynach - przelotnie kusiło go to jedynie w relacji z pewną magnetyzującą czarownicą o krwi zbyt czystej, by miał u niej szanse jakikolwiek mugolak.
Jeśli miałby wskazać jakieś osoby, z którymi chciałby być do końca życia, to pomyślałby o swojej rodzinie, o przyjaciołach, o mężczyznach.
Nie chciał o tym teraz myśleć. Zmarszczył lekko brwi.
-Wiesz, istnieją prostsze sposoby na zapewnienie sobie i komuś bezpieczeństwa niż... czy ty się właściwie słyszysz, Cas? Najpierw mówisz mi, że chciałbyś iść na pobór i popełnić jakieś nonsensowne samobójstwo przez przemianę w koszarach - przemianę, podczas której mógłbyś zagryźć i ją. Potem snujesz plany oświadczyn, nie widzisz w tym sprzeczności? Skoro ta dziewczyna nie ma rodziny to nie zasługuje na męża, który chce zginąć na wojnie. Zastanów się - czego ty właściwie chcesz i czy przemawia przez Ciebie szczera chęć, czy panika? - odezwał się łagodnie, spoglądając na sytuację z boku i dostrzegając sprzeczności w postawie Castora, chaos w jego planach. -Jeśli naprawdę chcesz się jej oświadczyć, to przygotuj ją jakoś - spodziewa się takiej propozycji? Kobiety kochają niespodzianki, ale nie aż takie. - uśmiechnął się ciepło. Czasem zapominał, że Castor jest taki młody - czy słyszał w jego pomysłach młodzieńcze hormony, splot sprzecznych emocji? Jeśli tak, chciał mu pomóc je uporządkować, ze spokojem wytknąć niedociągnięcia planu, doradzić.
A potem zboczyli na temat śmierci.
Przygryzł lekko wargę, słuchając oskarżeń, emocji, współczucia - empatii, którą już dawno w sobie zdusił. Jesteś mordercą? - echo oskarżeń t a m t e g o wciąż boleśnie brzmiało w głowie, a słowa Castora brzmiały podobnie.
Rozchylił lekko usta, z wahaniem. Co miał mu powiedzieć?
Ja to załatwię.
Moment oporu.
Ale... o ileż prościej byłoby o tym nie mówić.
Pozwolił mu.
I przewrócił oczami, przeciągając się lekko i czując, jak nie jest już sam za sterami.
-T w o j e ? Od kiedy jesteś zbawcą całego świata, szczeniaku? Kalkulacja jest prosta - zjedz lub zostań zjedzonym. - warknął niższym głosem, w oczach zabłysły złote iskierki. Nie zamierzał już się płaszczyć, nie zamierzał przepraszać za wykonywanie rozkazów Longbottoma, za własną pracę. - Ministerstwo rekrutuje młodzież do wojska, na wojnę, myślisz, że ruszą na nas z niegroźnym Jinx? Jeśli chcesz coś dla nich zrobić, to zgłoś się do radia Becketta, przestrzeż ich przed poborem i niebezpiecznymi przestępcami, takimi jak ja. Powiedz im, że jeśli podniosą rękę na bezbronnego mugola, to zje ich zły wilk. - parsknął. -Nie muszą walczyć w Zakonie, w Szkocji i Irlandii wciąż można się schronić. Mogą spróbować iść do brygady alchemików, cokolwiek. Nie będę polował na młodzież, Castor - ale czasy Petryficusa się skończyły, jeśli stanę na polu bitwy to wybiorę swoje przetrwanie, by móc ratować bezbronnych i tych, którzy nie zdecydowali się zostać mięsem armatnim rządu. Widzą plakaty o bezdusznych Zakonnikach, wiedzą, że trwa wojna, i jeśli łudzisz się, że nie uciekłem z tego parszywego kraju z człowiekiem którego k o c h a m po to, by litować się nad twoimi dawnymi znajomymi i zginąć jak ostatni frajer, jeśli złamałem własne serce i sumienie po to, by oszczędzić twoje, to się mylisz. - wysyczał Fenrir, bo jeśli Michael zmuszał go do walki na tej okrutnej wojnie, to będą chociaż walczyć na jego warunkach. Żył dla siebie i dla garstki osób, które zdążył pokochać albo które kochał nudziarz - w tym małym świecie było miejsce dla niego i Castora, ale nie było miejsca dla kolegów Sprouta. Prawdę mówiąc, poczuł się o nich irracjonalnie zazdrosny.
Wziął głęboki wdech, zamrugał.
-Przepraszam. Wiem jak to brzmi, ale to okrutna prawda. Jestem aurorem z listów gończych, nie wymagaj ode mnie... czegoś więcej. - westchnął, łagodniej. Złota zawziętość zniknęła, spoglądał teraz na Castora z niekrytą troską. Może... nie powinien mu mówić? -Prosiłeś mnie o szczerość. - dodał cicho, jakby na własne usprawiedliwienie. Gdyby milczał, jedynie podtrzymywałby fasadę kłamstw. Złudzenia, że mogą na tej wojnie zachować własne sumienie i serce. Czas na wątpliwości minął - bezpieczeństwo czekało tylko w gabinecie Blythe'a.
Zacisnął usta, słysząc, że potrzeba samookaleczenia wraca. Mam nadzieję, że nie wtedy, gdy czyiś kochanek okaże się poszukiwanym aurorem.
Znów zmienili temat - Castor zaczął mu gratulować, ale już nie było czego - i robił to zresztą bez specjalnego przekonania.
-Cas... wszystko w porządku? Wyglądasz tak, jak zawsze, gdy o czymś intensywnie myślisz. - zwrócił uwagę, nieśmiało kładąc dłoń na jego ramieniu. Uśmiechnął się blado, ale bez przekonania. Nie, nie zasługiwał na szczęście.
-Okłamałem tamtą osobą w sprawach jeszcze ważniejszych niż likantropia. Sam już nie wiem, na co zasługuję. Ale ty, ty zasługujesz na szczęście, z tą dziewczyną. Jak ma na imię? - zmienił temat, odwracając od swoich trosk, od swojego tragicznego romansu i wyrzutów sumienia. Castor, Castor i jego potencjalna narzeczona - sama myśl budziła ciepło.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]16.11.21 17:44
W chwilach takie jak te Castor zastanawiał się, czy przypadkiem Michael nie był mentorem na tyle dobrym, że przypadkiem przygotował go do pełnienia podobnej funkcji. Opiekuna, wsparcia. Może nie niezachwianego i zupełnie pewnego — wydawało mu się, że Mike dobrze wiedział o jego słabościach i chyba sam z siebie nie chciałby stanowić dla niego ciężaru (cóż za znajome uczucie...) — ale zawsze wsparcia. Blondyn czuł teraz, mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, że musiał wziąć się w garść. Być silny za ich oboje, tak jak Michael był przecież zawsze silny za nich, jak ciągnął go za kołnierz przez życie, gdy dni były szare i wciąż brakowało chęci. Teraz Castor wiedział, że musiał wejść w buty mentora i przyjaciela.
Nie mógł zostawić go samego. Nie w takim stanie.
Ta myśl doprowadziła go do podjęcia decyzji.
— Dobrze wiem, że nie jest — uciął prędko, marszcząc ponownie brwi. Bo skąd miał nie wiedzieć? Sam mógłby przecież zostać w Londynie i bawić się swoimi talizmanami i alchemią, mieć porządną, stałą wypłatę od świętego Munga i może nawet stać by go było na mieszkanie większe niż kawalerka, w jakiejś przyjemnej dzielnicy z parkiem niedaleko. Nie wiedzieć czemu upominający ton ukłuł go w dumę i zrobił to dość mocno. Czasami łatwo było zapomnieć, że ten garbiący się młody mężczyzna, choć wyglądający bardziej jak młodzieniec był człowiekiem o tkliwym ego, rozmiarem przewyższającym nawet swój własny, słuszny wzrost. — Ani słowa więcej o lordach — żachnął się następnie, koniuszek języka wpychając w ścianę swego policzka, a ręce krzyżując na piersi. Jeżeli dodać do tego kolejną zmianę przybranej pozycji — przeniesienie ciężaru z nogi lewej na prawą i skrzyżowanie ich w kostkach — dawał wyraźne sygnały, że temat był dla niego niezwykle drażliwy. Nawet gdy poruszał go przyjaciel. — Chciałem ją tu zabrać. Ale ona mi cały czas mówi, że tylko Londyn i już. Nie zmuszę jej, choćbym chciał.
Szarobłękitne spojrzenie zawiesiło się na tym bliźniaczym. Cisza przeszła w wyczekiwanie.
Rozumiesz? — zdawał się pytać, z głową przechyloną w kierunku prawego ramienia, groteskowo urokliwy w powadze złości.
— Jestem pewien.
Odezwał się szybciej, niż zdążył zastanowić się nad sensem swoich słów, ale tak właśnie było. Całym swym jestestwem przekonany był o tym, że decyzja o oświadczynach była nie tylko decyzją dobrą, ale — co ważniejsze — słuszną. Że pozwoli mu zabezpieczyć Finley na przyszłe czasy, gdyby stało się coś złego, a jeżeli uda im się przetrwać, stworzą szczęśliwą rodzinę, o jakiej marzył od zawsze.
Słuchał jednak dalszych słów Michaela, choć nie zmieniał pozycji, którą przyjął na początku. Tak naprawdę wolałby, żeby przyjaciel (choć wiedział, że zamiary miał dobre, musiał przecież mieć, zawsze się o niego martwił, tylko złość przyćmiewała im czasami obraz rzeczywistości) zachował swoje uwagi dla siebie i nie dzielił się nimi ze światem. Podrażniły one tylko i tak skołatane nerwy Sprouta, który na sam koniec monologu westchnął cicho, choć długo, próbując tym samym rozładować piętrzące się w nim napięcie.
— Mike, wybacz, że ci wypominam, ale trzydziestopięcioletni stary kawaler nie jest chyba dobrą osobą do tłumaczenia takich niuansów, nie sądzisz? — wyszedłszy raz na wojenną ścieżkę słowną, Castor nie do końca miał możliwość zejścia z niej. Naturalna defensywność jego charakteru obudziła w nim bowiem ciętość języka, którą zazwyczaj dobrowolnie w sobie tłamsił i stępiał. — Nie wiem, czy się domyśla — powiedział po chwili znacznie ciszej i łagodniej. Właściwie w ogóle niewiele o niej wiedział. Znał ulubione kwiaty, domyślał się, jaki był jej ulubiony kolor, widział w popielatych tęczówkach ból, który starała się ukryć, a który rezonował w nim tak mocno, jakby był jego własnym. Uważał ją poniekąd za pokrewną duszę, choć źródła tego połączenia nie potrafił ani namierzyć, ani nazwać. Wiedział tylko, że niewytłumaczalny strach przed ogniem, którego nabawił się po ugryzieniu, topniał jakoś w jej obecności, owianej zapachem siarki i dymu.
A że nie ściągał z Michaela wzroku, widział to przeciągnięcie i przewrócenie oczami.
Niedoczekanie twoje.
— Od czasu, jak wziąłem te dzieciaki pod swoje skrzydła. Część z nich nawet nie potrafiła czytać i pisać, oddałem im swoje serce, by mieli w życiu choć odrobinę lepiej i nie pozwolę, byś stanął im na drodze — warknął, niepokojąco gardłowo. Znajome gorąco złości przechodziło przez całe jego ciało, tym razem zebrało się w kolanach, wirując dziwnie mocno, choć część osadziła się w gardle, ścisnęła na kształt kamienia o ostrych krawędziach, które raniły gardło z każdą próbą poruszenia nim. Gdy przełykał ślinę, w jego oczach prawie zjawiły się łzy złości. — Jeżeli według ciebie rachunek jest tak prosty, to proszę, zapraszam! Zjedz mnie p i e r w s z e g o, a nikt nie będzie ci już truł głowy moralnością, możesz zdziczeć jak pies i żyć w tej swojej samotni, gryząc każdą dłoń, która z pomocą wyciąga się w twoją stronę! — nie panował nad tonem swego głosu ani nad tym, że półksiężyce paznokci wbiły się mocno w materiał swetra, zupełnie tak, jakby były pazurami, gotowymi rozerwać tkaninę na części w tej jednej chwili.
— Czy kiedykolwiek prosiłem cię o łamanie sobie serca? Nie widzisz, że każdego pierdolonego dnia wstaję pomimo tego, że nie mam sił tylko po to, żeby T O B I E nie było przykro? Tonks, obudź się wreszcie! Już pomijam fakt, że nawet o miłości nie potrafisz mówić bez przejęzyczeń — czy to aby na pewno tylko przejęzyczenie? Castor sam przecież powoli czuł, że nie wszystkie rodzaje miłości dało się zamknąć w sztywnych ramach ofiarowanych mu przez społeczeństwo, że czasami za fasadą przyjacielskiej beztroski kryło się coś więcej, ale nie chciał teraz o tym myśleć, nie chciał widzieć jasnozielonych oczu ani jasnych loków, jaśniejszych od jego samego, ani czuć tego ciepła, tylko chłód, chłód, chłodu pragnął, wgryzającego się mu w policzki, łączącego się z kośćmi, mrożącego mięśnie. — Chociaż o wojnie mów z sensem. To jedyne, na czym się znasz.
Potem złota złość zniknęła, pojawiło się westchnienie i próba pogodzenia.
Ale Castor nie zapominał łatwo.
Właściwie to nie zapominał nigdy.
— Daruj sobie — potrzebował czasu. Na odsianie złości od prawdziwej troski, na zrozumienie sensu słów przyjaciela, na to, że w dziwny i nieproszony sposób naprawdę chciał go chronić. Brakło mu po prostu obejścia, chwyt miał zbyt silny, ręce nieprzyzwyczajone do delikatności, w której wzrósł Sprout.
A Castorowi było już po prostu przykro. Tradycyjnie, zupełnie po ludzku przykro, bez miejsca na zwierzęcą złość.
— Czasami martwię się tym, czym się staliśmy — odpowiedział wreszcie, znacznie spokojnie, choć z wyraźnym sznytem melancholii przeciągającym się po jego głosie. Brwi wciąż miał zmarszczone, wzrok wbity w podłogę, lecz pogrążony był we własnych, naprawdę dojmująco błękitnych myślach. — Powiedziałeś komuś swój sekret i ten ktoś żyje sobie z nim teraz sam. Bez ciebie. To niebezpieczne — podzielił się wreszcie swoją gorzką refleksją. Panicznie bał się wypłynięcia informacji o własnej likantropii, podświadomie przekładając część obaw także na bezpieczeństwo Michaela. W walce radził sobie znakomicie, ale przyglądając mu się z boku, widząc rękę, która potrzebowała jego pomocy, czując drugą na własnym ramieniu, która normalnego dnia przyjęta zostałaby z ulgą i wdzięcznością, a teraz jakoś nieracjonalnie parzyła...
— Finley — odpowiedział, nie mogąc jednak znów podnieść na niego spojrzenia. Nie, gdy nie był pewien, co właściwie czuje. Gdy tygiel emocji zakręcił się w nim zdecydowanie zbyt mocno, zbyt gwałtownie, gdy myślał tylko o tym, że podobnie przecież czuł się nie tak dawno temu, że musiał się uspokoić, bo przecież nie chciał nikomu zrobić krzywdy. Słowem czy czynem. — Ale woli, gdy mówi się na nią Finnie.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

-Rozumiem. - westchnął głęboko, bo coś wiedział o uporze kobiet. O uporze ludzi, których chciałby chronić.
Uśmiechnął się blado, gdy Castor zapewnił, że w istocie jest pewien oświadczyn. Wciąż wydawały się mu... nagłe, ale Sprout pewnie znał ją dłużej, wiedział co robi. Ostrożnie spuścił z tonu, widząc nadąsaną minkę i spodziewając się naciągającego wulkanu.
Uniósł lekko jedną brew. Stan cywilny i wiek - naprawdę, to mu wypominał?
O nie, nie, nie będzie n a s miał za metaforycznego kastrata.
Fenrir, nic nie mó...
-Gdybyś wiedział ile dziewczyn skutecznie poderwałem, przekonałbyś się, że to nie w niuansach siła. - wyszczerzył zęby w wilczym, niedwuznacznym uśmiechu.
...dzięki? Świetnie, po prostu świetnie. Wziął głębszy oddech, spróbował się uspokoić.
-No to... możesz jakoś ją przygotować, na pewno wszystko wiesz bez rad starego kawalera. - odcięli się wspólnie.
A potem w rozmowę wpełzła wojna.
Zmrużył oczy, na policzki wpełzł rumieniec oburzenia.
-Gdzie były te dzieciaki, gdy pisałeś do mnie po ugryzieniu, g d z i e?! Co oni dla ciebie zrobią, umówią na randkę? Oddadzą ci swój dom, swoje sumienie, swoją... - duszę, odetchnął ciężko i pokręcił głową. Nie będzie się zwierzał Castorowi z decyzji, by podczas pełni chronić jego nie cywili, nie z negocjacji z Justine o tym, że jest godzien zaufania, stłumi głos warczący w sercu niewdzięczne szczenię, uspokoi się, ale Castor uparcie mówił dalej.
-Nie pozwolisz bym stanął komu na drodze? Wojsku? Szczeniaku, jeśli staniesz mi na drodze, gdy będę bronił moich sióstr przed armią w Dolinie Godryka, to gorzko pożałujesz i faktycznie cię zagryzę.- warknął, chwytając Castora za kościste ramię. Omal nim nie potrząsnął, ale jakoś się opanował. -Przestań traktować dwudziestolatków, jak dzieci, Sprout. Mam nadzieję, że faktycznie nauczyłeś ich czytać, to przeczytają kogo unikać. - warknął gardłowo. -Nie wierzę, że Ministerstwo chce zalać T w o j ą ukochaną Dolinę krwią, a ty myślisz o kilku znajomych. Ja nie będę, nie będę im współczuł, nie będę słuchał od kolejnej osoby - żal po rozmowie drugiego stycznia wylewał się z niego niespodziewanie -że jestem mordercą, bo o s z a l e j ę, a Minister uprzejmie uświadomił mnie, że wtedy nie będę mógł pracować, a praca to jedyne, co mi po ugryzieniu pozostało. Odwróciłeś się ode mnie, gdy potrzebowałem cholernego przyjaciela najbardziej w swoim żałosnym życiu, siedziałeś w Londynie gdy oberwałem Cruciatusem i myślałem, że Justine nie żyje i omal nie zagryzłem Hannah i dwukrotnie chciałem się zabić, więc mam nadzieję, że dla swoich drogich przyjaciół z wojska zrobiłeś więcej i DZIĘKUJĘ, ŻE WSTAJESZ RANO! - oczy rozbłysły płynnym złotem, zanim Michael zdał sobie sprawę z tego co wyznał, z żali, które właśnie na niego wylał.
Opuścił rękę, cofnął się z przerażeniem. Oczy miał szkliste.
-Przepraszam. To... moje problemy, nie twoja wina. Nie powinieneś o tym słuchać. Może... może powinieneś nabrać sił. - wymamrotał, przykładając dłonie do skroni. Pulsowały bólem i ogniem.
Przejęzyczenie.
Uśmiechnął się gorzko, w oczach mignęły bursztynowe iskry.
Szczerość, przekonasz się, jak boli szczerość.
-Nie przejęzyczyłem się. - wybrzmiało bezbarwnie, podbródek uniósł się bezwiednie, wyzywająco.
Nie miał w końcu nic do stracenia.
A Castor był zły. Zły, za szczerość, o którą prosił. Zły, za wojnę, w którą chciał się zaangażować. Chwiejny i nachmurzony jak dziecko - a Michael od wybuchu wojny stąpał po kruchym lodzie i naprawdę nie miał na to siły. Kiedyś lód się zawali, runie w toń. Ale próbował, próbował utrzymać siebie - i Castora, zawsze Castora, szczególnie Castora - na powierzchni.
-Czym? Tak o nas myślisz? - westchnął słabo. Też tak kiedyś o sobie myślał, o klątwie. Zdawało się, że już jest lepiej - ale może nie?
-Nie powiedziałem, nasz sekret widać, jak zdejmie się koszulę. - wypalił we własnej obronie, bezwstydnie. Zreflektował się po sekundzie, pokręcił głową z rumieńcem zażenowania. No daj spokój, szczeniak jest dorosły. -Poza tym, ja jestem w rejestrze. Ty powinieneś być ostrożniejszy. - przyznał słabo. Dwa temperamenty ścierały się w nim dziś zaskakująco gwałtownie, jakby Fenrir nie mógł wybaczyć mu wojennych błędów i odgrywał się emocjonalnie, zupełnie jak Castor.
A potem ziemia się zatrzęsła - metaforycznie. Mike rozdziawił lekko usta i zamrugał.
-Finley. Finnie. Tancerka, z cyrku? - wygiął nagle usta w łagodnym uśmiechu. -...tak, Finnie zostanie w Londynie. Nie martw się o nią, Castor. Ona... to jej sekret, powierzam go tobie tylko dlatego, że jesteś z nią blisko... ale ona nam sprzyja, z Londynu. Sam ją zrekrutowałem, na jej prośbę zresztą, jest pod moją protekcją. Nic się nie martw - o pobór, o Londyn, o nic. Pomyśl o pieśni Feniksa, co możemy razem osiągnąć. Żebyś widział, jaka ona jest zwinna i sprytna... - zapalił się ze szczerym podziwem. Najpierw rekrutował Finley z pewnym wahaniem, ale była cennym sojusznikiem - i to logiczne, że musiała pozostać w stolicy, aby tam szpiegować. -Ha... więc powiedziała ci, że to dla sztuki? Spryciula! - mruknął z uznaniem.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]17.11.21 17:47
Oddzielili cię syneczku od snów co jak motyl drżą
Haftowali ci syneczku smutne oczy rudą krwią

Nie potrafił nie myśleć.
Ostatnio przekonywał się, jak bardzo tragiczna była to wada. Siedzieć cały czas pod naporem myśli, których krople uderzały w jego jestestwo zupełnie tak, jak krople wody w oberwanie chmury, przed którym nie potrafił się skryć. Teraz te krople parzyły, zupełnie tak jak któraś z trucizn, o której uczył się niegdyś, jeszcze na kursie, choć nie o niej samej, a o sposobach na radzenie sobie z nią. Kroplami stały się słowa Michaela, poczerwieniałego ze złości, ze złotym błyskiem w oku, który przedzierał się przez ostatnie ostoje spokoju i normalności Castora tak, jakby przechodził właśnie przez gęste lasy Northumberland czy innego Staffordshire (Nie rozmawiali o Staffordshire! Miał się go spytać... Nie teraz.) w poszukiwaniu nieumiejętnie zacieranych przez szmalcowników śladów.

Malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg
Wyszywali wisielcami drzew płynące morze

Nie odzywał się. Jakże by mógł?
Wejrzenie jasnych oczu również miał jakieś nieobecne i smutne. Słuchał, jednak robił to z należytą i charakterystyczną dla niego uwagą, bowiem nawet okropna chęć ucieczki, która łapała się go w takich chwilach, nie mogła przezwyciężyć tego, że zawsze, niezależnie, czy właśnie kłócili się, tak jak teraz wylewając wraz z kolejnymi falami krzyku wszystko, co zdążyło odłożyć się w ich sercach, czy może tkwili w słodkim, spokojnym milczeniu usadzeni jeden na fotelu, drugi na kanapie, gdy nadchodziło niedzielne przedpołudnie... Zawsze chciał dla niego jak najlepiej. Jeżeli potrzebował to z siebie wyrzucić, czymkolwiek to nie było, nawet jego kosztem... Niech tak właśnie będzie. Od tego przecież byli przyjaciele. Od bycia obok, od ofiarowania każdego sposobu na poradzenie sobie z emocjami.
Problem w tym, że dzisiaj obydwaj — i Michael i Castor — przyznali sobie rację wyłącznie w jednej kwestii.
Sprout nie był dobrym przyjacielem.
Nie był właściwie nawet dobrym człowiekiem.
Czy w ogóle mógł się nazywać człowiekiem? Tego też nie był pewien.
I choć oczy zeszkliły się mu prędko, jakby pokryte lśniącą powłoką tysiąca malutkich diamentów, przełykał dzielnie łzy przez gardło, które nie chciało się poruszyć. Czuł, jak treść żołądkowa wierci się niespokojnie gdzieś w jamie brzusznej, chyba bolały go też nerki i czuł to znajome, nieprzyjemnie gorące mrowienie w okolicy ugiętego karku. Odruchowo zacisnął mocniej zęby, ale i to spowodowało natężenie bólu, tym razem płynącego pionowo do skroni.
— Przepraszam.
Skapitulował.
W najgorszy możliwy sposób, bo tonem słabym, przeszytym na wskroś bólem, który starał się ukrywać z całych swych sił, ale aktorem był marnym, Michael znał go zdecydowanie zbyt dobrze, a i ręce wymsknęły się z wcześniejszego ułożenia, któraś z kości lewej ręki trzasnęła po uderzeniu o krawędź blatu. Impuls. Nie wiedział, czemu to zrobił, wiedział, że powinien, że to tylko początek, pierwsze nuty całej symfonii kar, w którą wsłuchiwać się będzie prawdopodobnie do końca świata, bo nigdy, n i g d y nie wybaczy sobie tego, że go wtedy nie było. Że był na tyle egoistyczny we własnym przestrachu, że sprowadził na Michaela jeszcze większą krzywdę, obowiązek opiekowania się młodym wilkołakiem, gdy miał na głowie wystarczająco dużo. Jedną siostrę chorą, drugą mugolkę, jeszcze brata, który również nie stronił od kłopotów, własną klątwę.

Wyuczyli cię syneczku ziemi twej na pamięć
Gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami

— Jestem tchórzem, więc nie rozumiem — nie wiedział, kiedy jedna łza wydostała się z zewnętrznego kącika prawego oka i pociekła w dół wklęśniętego od mieszanki niejedzenia i likantropii policzka. W głowie było mu dziwnie lekko, uderzył więc tym samym palcem o krawędź raz jeszcze, wychudzonym ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy poczuł uścisk na ramieniu. Mógłby nim potrząsnąć. Castor chyba chciał, by to się stało. Mógłby zrobić to mocniej, niż normalnie, z całych sił. Nie miałby mu tego za złe. Chyba na jego miejscu zrobiłby to samo.
— Nie rozumiem ludzi prawdziwie odważnych i zdolnych do poświęceń. Ale chcę pójść ich śladami. Ochronić moją rodzinę i narzeczoną. Na świecie nie ma miejsca dla takich jak ja i im szybciej... — próbował nabrać powietrza w płuca, choć drżącemu oddechowi daleko było do nawet najpłytszego z dotychczasowych wdechów. Podbródek zadrżał alarmująco, druga łza spłynęła z wewnętrznego kącika lewego oka i zatrzymała się na wysokiej kości policzkowej. — ... Szy—ybciej... to zrozumiesz... Tym le—epiej. Le—epiej dla—a nas.
Blady uśmiech przełamał ostatnią barierę.
Maska pękła, pękła i ostatnia tama, a Castor pozwolił sobie opuścić głowę, przydługie, miodowe loki skutecznie przykryły grymas bólu rozciągnięty na jego twarzy.
Kilka kropel spadło na deski.
Wnikną jeszcze głębiej. Kwestia czasu.

Odchowali cię w ciemności odkarmili bochnem trwóg
Przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg
— Dba—aj o nie. Sio—ostry potra—afią... Zmęczy—yć... — próbował się zaśmiać, choć zamiast perlistego chichotu z jego ust wydostało się przepełnione bólem westchnienie. Wzruszył ramionami, jakby próbował odgonić od siebie tragizm tej całej sytuacji, poczucia, że to przecież ich pożegnanie, choć jeszcze kilka sekund wcześniej obiecywał sobie, że zostanie tu dla Tonksa i zaopiekuje się nim tak, jak powinien. Teraz nie wiedział, czy właściwie mógł dalej nazywać go przyjacielem. Pomiędzy gestami, które ofiarował mu Michael a słowami, które przed chwilą powiedział, istniała zbyt duża przepaść, by Castor mógł nad nią spokojnie przejść.
— Przeszedłeś wie—ele... To bardzo—o dużo, wiesz? — pociągnął nosem, a paznokcie prawej dłoni wbiły się z całej siły w jej wewnętrzną część. Knykcie pobielały, za nic mając sobie fakt, że jeszcze daleko było mu do zaciśnięcia pięści. — Cruciatus, próby, zagryzienie, Justine... — cztery słowa, które przedarły się przez płaczliwe próby mówienia, powolne, rozciągłe, dudniły w sercu, uszach i głowie Castora zbyt głośno, by mógł je zignorować.
Głowa wreszcie poderwała się do góry.
Spojrzenie szarobłękitnych oczu miał zmęczone, białka zaczerwienione od płaczu.
Nos, którym co jakiś czas pociągał też.
Delikatnie rozchylone wargi przybrały kolor dojrzałych malin, kolejny atrybut płaczu.
Ale uśmiechał się. Szczerze. Michael znał przecież ten rodzaj uśmiechu.
Lewa dłoń ułożyła się na tej aurorskiej, która wciąż ściskała go za ramię.
— Jesteś bardzo dzielny. A ja dumny, że mogłem być twoim przyjacielem.

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc
I poczułeś jak się jeży w dźwięku minut zło
Bo to koniec, prawda?
Pytanie, które biło z załzawionych oczu, zawisło w przestrzeni, niewypowiedziane.
Tylko palce prawej dłoni wreszcie dały spokój cienkiej skórze. Palec wskazujący wysunął się do przodu, w mgnieniu oka odnalazł przy ustach Michaela. Człowieka, który mówił coś, zalewał umysł przyjaciela czymś na wzór nagrody pocieszenia, ale Castor był zmęczony, smutny, Castor się bał. Gdzieś w podstawach własnego jestestwa wiedział, że bać się powinien.
— Cii. Nie tłumacz — wiedział, co chciał mu przekazać. Ale nie był nauczony rozmowy o podobnych kwestiach, pochodził z konserwatywnej rodziny i dalej chciał się łudzić, że tak po prostu nie można było, że to opcja, która nigdy nie istniała. Bo nie mogła.
Czym. Tak o nas myślisz?
Nie, myślę o nas jako o ludziach, którzy nie potrafią spokojnie porozmawiać. O takich, którzy pomimo usilnych chęci wciąż robią sobie krzywdę. Nie chcę Cię krzywdzić, Mike. Ale zawsze to robię. Powinniśmy...

Nie dokończył. Nawet w myślach był tchórzem.
Jednak dźwięk imienia przyszłej (daj Merlinie) narzeczonej znów szarpnął nerwami jego psychiki.
Nie chciał go usłyszeć. Nie w tym kontekście. Obie dłonie oderwały się od przyjaciela, on sam odsunął się od niego. Pod przeciwległą ścianę, daleko, tak tylko jak potrafił.
Zacisnął powieki.
Z całych sił.
Świszczący oddech. Świszczący wydech.
— Powiedz mi, że to tylko głupi żart...
Błagał.
Gotów był paść na kolana i błagać do utraty przytomności, by był to tylko żart. Nieprzemyślana próba rozładowania napięcia.

Czy to była kula, synku czy to serce pękło?


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]19.11.21 23:18
Wstrzymał oddech, gdy w szopie zaległa głucha cisza. Dotychczas mówili szybko, na raz, nakręcając się wzajemnie - aż Fenrir przekroczył granicę, znów wspominając to, co mieli zostawić za sobą. Dokładając kontekstu, o który Castor nigdy nie spytał. Rozdrapując stare rany, rozjątrzone przez utratę kolejnej już osoby w swoim życiu i przez groźby o poborze do wojska.
-Nie rozumiesz nie dlatego, że nie jesteś tchórzem. Nie rozumiesz dlatego, że ani razu nie spojrzałeś na to z mojej perspektywy. Ty, i ty, i ty, i ty, twój pobór, twoja śmierć, twoja decyzja - po tym, jak obiecałeś, że wróciłeś. Dziwisz się, że wybucham, że tracę panowanie nad sobą? - pokręcił lekko głową, mówiąc łagodniej, bezradnie. -Jesteśmy przyjaciółmi, a stawiasz mnie przed dokonanym faktem - zamiast poprosić o pomoc lub radę, nakręcasz się samemu, jakby mnie tu nie było, jakby samobójstwo w koszarach było jedynym wyjściem, a potem jeszcze mi o tym mówisz. Po tym, jak już raz cię straciłem i ledwo to przebolałem. Oszaleję, jeśli znowu stracę kogoś, kto jest mi bliski jak brat, kogo nazywam przyjacielem, i kto obiecał być, wiesz? Oszaleję, myśląc, że na moment spuszczę cię z oka, a ty wybierzesz Ministerstwo, pobór, kolegów - w spokojniejszym z pozoru tonie pobrzmiała zazdrosna nuta. Byli wilkami, byli watahą, czy to się nie liczy...?
-Nie rozumiem. To nie ma nic wspólnego z odwagą, a jesteś jednym z najlepszych ludzi, jakich znam. - przyznał bezradnie, słysząc załamujący się głos Castora, widząc łzy, których nie chciał przecież wywołać. -Przepraszam, przepraszam, że nie zostawiłem tamtego za sobą, ale to... to wraca, jeśli znowu myślę, że chcesz odejść. - spróbował wytłumaczyć, nieudolnie, choć szczerze. Postąpił o kilka kroków do przodu, aż wreszcie przytulił mocno Castora - reszta słów, nieśmiałe pochwały, wybrzmiały już ponad ramieniem Tonksa. Był silny, a przyjaciel szczupły - dziś Mike nie zamierzał słuchać jego protestów.
-Zostań, Cas... - wymamrotał, samemu ukrywając twarz w kościstym ramieniu.
Aż...
Czas przeszły, niby przypadkowy, ale alarmujący.
-Jesteśmy przyjaciółmi. - podkreślił, marszcząc lekko brwi. -Podobno wilkołaki są w stanie się zagryźć, a ty przejmujesz się jedną... wymianą zdań? - spróbował rozładować atmosferę żartem, bo powinien, bo musiał. To z jego winy było tak... cicho, tak smutno.
-Jesteś odważniejszy i silniejszy niż ja. - wyznał nagle, z głębi serca. -Ja... po ugryzieniu tak bardzo się bałem, Cas. Ludzi. Siebie. Wszystkiego. Ten mecz... to pierwszy raz, gdy poszedłem gdzieś dla siebie, wiesz? A ty... zostałeś moim pierwszym przyjacielem po tym wszystkim, pierwszym, który wiedział... - tłumaczył Michael trochę bezładnie. -Wegetowałem pół roku, a ty... ty stanąłeś na nogi. - przytulił go mocniej, raz jeszcze, i wreszcie - niechętnie - cofnął się o krok.
Sprostowanie przejęzyczenia, palec na ustach. Wargi zadrżały lekko, a w oczach pojawił się złoty błysk.
Co zaskakujące - błysk niepokoju.
-Castor... - wydusił Fenrir, nazywając go wreszcie po imieniu, ale nagle przełknął ślinę i pokręcił głową.
Nieważne.
Co...?
Sam się domyśl, nudziarzu.
Zanim zdążył ze złością wgłębić się w przemyślenia Fenrira - miał wszak do nich dostęp, wystarczyło się skupić - Castor zareagował zaskakująco.
Mike oddałby wszak wszystko, by zakochać się w kimś, kto podziela jego zapał do walki, jego poglądy, jego świat.
-Co...? Nie, Finley działa z nami. - uśmiechnął się ciepło, powtarzając to po raz drugi. -To bardzo dzielna dziewczyna, odważna. Zdecydowana - sama domyśliła się, gdzie działam i poprosiła mnie, ba - zażądała - by włączyć ją w nasze działania. Staram się trzymać tożsamości sojuszników w tajemnicy, ale skoro tyle do niej czujesz, to powinieneś wiedzieć.



You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]21.11.21 21:01
— Nie chciałem być dla ciebie ciężarem — powiedział wreszcie, choć słowa ledwo przeciskały się przez zaciśnięte gardło, ledwo odnajdywały wystarczająco dużo powietrza, by złapać się go, by wybrzmieć pomiędzy strunami głosowymi, wylecieć wprost do zimnej szopy. — Ani teraz, ani wtedy.
Wszystko, co mówił, było prawdą. W jego subiektywnym odczuciu stanowiło bowiem źródło wszystkich rozterek, każdej chaotycznie podjętej decyzji. Raz chciał wziąć sprawy w swoje ręce, raz postąpić tak, jak sumienie podpowiadało mu, że powinien. Bez szukania wsparcia i ucieczki przed problemem ze strony innych. I choć Michael zarzucał mu egocentryzm (zresztą słusznie, Castor w momentach klarowności i ucieczki od smutku widział go jak na dłoni), znów musiał przedstawić sprawę z własnej perspektywy.
— To nie jest wybór, wiesz? Nie mów, jakby kiedykolwiek nim był. Wybiera się skarpetki, które rano włożysz, czy... — głos znów ugrzązł mu w gardle, bo z pewnym opóźnieniem trafiał do niego sens słów przyjaciela. Tego, ile faktycznie dla niego znaczył. Ból głowy znów dał o sobie znać; tępe pulsowanie w skroniach, gdy próbował nabrać kolejny, spokojniejszy oddech, bo wciąż brakowało mu powietrza, cała sytuacja była okropnie odrealniona, a on... wracał myślami do ostatnich miesięcy, w szczególności do grudnia, gdy nie mogli się ze sobą porozumieć, gdy zapach ziół z tego obrzydliwego niebieskiego szalika wżynał mu się w nozdrza zbyt mocno, by mógł go zignorować mimo najlepszych chęci. Gdy Michael wydawał się szczęśliwy zawsze, tylko nie wtedy, gdy Sprout był gdzieś obok. Zgrzyt wspomnień, rzeczywistości i słów. W co miał wierzyć? — Ostatnio zachowywałeś się tak, jakby sama moja obecność wprawiała cię w zły nastrój. Ale zakładam, że było to... zakochanie? — uśmiechnął się blado, wciąż jeszcze przeżuwając narastające w nim rozczarowanie tym, w którym kierunku poszli. Wciąż myśleli o sobie jako o kimś więcej, niż przyjaciółmi, Michael użył słowa brat, Castor chyba mógł się pod tym podpisać, może nawet chciał, bo wiedział dobrze, że starszy z blondynów już dawno przestał być dla niego wyłącznie kimś, z kim mogły go łączyć więzy luźnej znajomości, wciąż wrażliwej na nadgryzienie zębem czasu.
Michael Tonks stał się częścią jego duszy już dawno temu.
Nie byłby kompletny bez niego.
Ciepłe pomimo zimowej pory ramiona przyjaciela dały mu niespodziewane poczucie spokoju. Zupełnie tak, jakby wreszcie był naprawdę w domu, nic, naprawdę nic nie mogło mu już dłużej zagrażać. Objął go więc swymi ramionami, pewnie pomimo delikatnej postury. Chude palce wsunęły się w blond włosów aurora, gdy dłoń umieścił na tyle jego głowy, gdy i tym pragnął podtrzymać go jakoś na duchu. Nieudolnie, w sposób właściwy tylko Castorowi, ale próbował. I chyba to miało się liczyć.
— Zostanę.
Pewność, z którą powiedział te słowa, powodowała, że nie można było ich odebrać jako próby chwilowego uspokojenia aurora. Mówił z głębi serca, szczerze pewny tego, że nie złamie raz danego słowa. Oczywiście, podjęcie tej decyzji było ciężkie. Będzie ciężkie, bo Castor przeżywać będzie jej konsekwencje każdego dnia, aż wreszcie nabierze odporności na podszepty podświadomości.
— Nie myśl, że nie jesteś dla mnie ważny, Mike... — wyszeptał wreszcie, wolną dłonią gładząc plecy przyjaciela przez materiał płaszcza. Jeżeli czegoś dzisiaj pragnął, to tego, by Michael wreszcie pozbył się tej myśli. Że coś, czy ktoś może oderwać ich od siebie, a tym bardziej że będzie to te cholerne Ministerstwo. — Jesteś. Jesteś... Czasem nawet myślę, że najważniejszy, wiesz? Jak mam czasem jakiś problem, to pierwsze, o czym myślę, to co byś zrobił na moim miejscu. Nauczyłeś mnie... Tego wszystkiego. Poświęcenia, wybierania tego, co słuszne. Troski, którą należy otaczać najbliższych. Pewnie nigdy ci w tym nie dorównam, ale mogę przynajmniej się starać, prawda? — łzy znów zakręciły się w szarobłękitnych oczach, ale był wdzięczny, że pozycja, w której zastygli nie pozwalała im zaglądać sobie w nie.
Wysłuchał jego słów z należytą uwagą, choć wciąż trudno było mu się skupić. Krótkie parsknięcie śmiechem — odruchowa reakcja na żart, może nieco mierny, ale nie oczekiwał od Michaela wspinania się na szczyty komedii w każdym dowolnym momencie — wypełniło na moment szopę, a oczy Castora zabłysły. Wreszcie nie w smutku, wreszcie po prostu rozbawione.
— Jesteśmy przyjaciółmi — powtórzył za nim, choć nie mógł powstrzymać się od dodania czegoś jeszcze. Głosem słabym, ponownie przesiąkniętym smutkiem. Podobnie jak Michael, czy Fenrir dzielili się z nim skrywanymi głęboko strachami, tak on wyrzucił z siebie coś podobnego. — Dopóki będziesz tego chciał. Jesteśmy przyjaciółmi.
Gdy ten zwierzał mu się dalej z własnych okoliczności stawania na nogi w obliczu likantropii, Castor nie przestawał gładzić go po plecach, na moment przysuwając jego głowę do własnego ramienia. Chciał powierzyć mu ten sam komfort, który przed chwilą od niego uzyskał. Będzie dobrze, Mike. Może być tylko lepiej. Nie przerywał mu — wiedział, jak likantropia musiała mu ciążyć. Nie mógł sobie wyobrazić, jak musiał się czuć. Sam z przekleństwem, które zostanie z nim na całe życie. Bez nikogo, kto mógłby wskazać mu odpowiednią drogę, skazany na łaskę i niełaskę rejestru, brygadzistów...
Choć zimny dreszcz przeszedł przez jego ciało, uśmiechnął się szeroko na wspomnienie ich pierwszego spotkania. Meczu Zjednoczonych, poplamionego surduta, kremowego i zwykłego piwa. W policzkach blondyna wreszcie pojawiły się dołeczki. Dokładnie te same, które zdobiły pucułowatą buzię prawie dwa lata wcześniej.
— Bez ciebie by mi się nie udało — przyznał, jakby właśnie oznajmiał przyjacielowi jeden z oczywistych faktów rządzących światem. To, że słońce co rano wstaje ze wschodu, że po zimie przychodzi lato. Podobnie wkład pomocy Michaela na stanięcie na nogi Castora był równie oczywisty.
Przymknął oczy, słysząc swe imię raz jeszcze. Michael, ten ze złotym błyskiem w oku, miał przecież wszystkie możliwości pociągnięcia swych przemyśleń, Castor nie zamierzał mu przerywać.
Do czasu, aż temat znów zszedł na Finley, a jego najgorsze przeczucia potwierdziły się. Michael naprawdę zamierzał zatrzymać Castora w swoim domu tylko po to, by na pobór mogła pójść panna Jones. Dziewczyna, którą Sprout obiecał sobie chronić, która stanowiła dla niego tak wiele. Nie mógł teraz cieszyć się z tego, że przypadkiem udało mu się odnaleźć — jak mu się wydawało — drugą połówkę o tym samym politycznym stanowisku. Jedyne, o czym myślał to...
— Mike. Ty chcesz, żebym został tutaj... Ale... Chcesz wysłać moją narzeczoną tam? W centrum tej całej zawieruchy? Wysłać ją tam, by... Ona nie chce wynieść się z Londynu... Przez Ciebie? Ty... Chcesz, żebym siedział tutaj, względnie bezpieczny, gdy ona będzie narażać życie? Gdy ruszy z resztą żołnierzy na Dolinę Godryka? — nieskładność jego myśli była tylko pierwszym znakiem ostrzegawczym. Łatwość, z jaką Castor skakał pomiędzy emocjami, była przerażająca, nawet dla niego. — Mike, ja... Ja nie mogę na to pozwolić... Nawet jeżeli żądała, Mike...
W odpowiednim momencie ugryzł się w język.
Był zdolny znów powiedzieć o kilka słów za dużo.
Ale już prawie się pogodzili.
Wśród wszystkich dźwięcznych emocji, które z siebie wypuszczał najsilniejsze były chyba przestrach i rozczarowanie.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]24.11.21 19:01
-Nie jesteś, Castor. Nie będziesz. - zapewnienie było niemalże westchnięciem, bo ile razy mógł o tym zapewniać - każdym gestem, troską, cierpliwym znoszeniem bólu by nie spędzać pełni w srebrnych łańcuchach? -Jest wręcz przeciwnie, naprawdę tego nie widzisz...? - uśmiechnął się blado, tuląc go nadal i odsuwając się odrobinę, aby rozmówca mógł ten uśmiech zobaczyć.
Uniósł lekko brwi.
-Każdy dzień to wybór. Paradoksalnie... prędzej zrozumiałbym, gdybyś impulsywnie sięgnął po szkło, jak ja dziś. Ale nie - gdybyś zaplanował pójście do koszar i to zrobił, nic mi nie mówiąc. Nawet ja ci mówię, gdy idę na akcję. - zmarszczył lekko brwi, bo choć wymykał się na randki i chodził na patrole tak po prostu, to zwykle, ilekroć się spotykali, mimowolnie wspominał Sproutowi (ogólnikowo, by nie powierzyć mu żadnych tajemnic, które byłyby dla niego niebezpieczne) o większych akcjach. O Crucio, czy wyprawie do Azkabanu też by wiedział - gdyby wtedy przy nim był.
Oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy Sprout wytknął mu zachowanie sprzed miesiąca. Nie pamiętał tego w ten sposób.
-Ja... - mówienie o uczuciach nadal przychodziło mu z trudem, ale zmusił się do speszonego uśmiechu. -...tak, przepraszam, jeśli byłem... nieobecny. Tak, jest...byłem zakochany. - wymamrotał z cieniem rumieńca na policzkach. -Zależało mi na ludziach wielokrotnie, ale nigdy w tak... intensywny sposób. - z zakłopotaniem przeczesał włosy palcami i uśmiechnął się w tamten znany Castorowi z grudniowych dni sposób, ale tym razem do niego. Niewinnie i niemal chłopięco. -Też się tak czujesz z nią? Jakby nic innego się nie liczyło? - dodał spontanicznie niższym i cieplejszym głosem.
Rozmarzenie nagle zniknęło z jaśniejszych niż zwykle oczu, a Mike zamrugał.
-Najwyraźniej otrzeźwiałem. Albo i nie. - westchnął, ze smutkiem przesuwając dłonią po zabliźnionej ranie. -Ale... może powinienem spojrzeć na to inaczej... - uświadomił sobie nagle, spoglądając na Castora z miną pod tytułem "masz rację!", choć Sprout właściwie nic nie mówił. Po prostu był. Zaleczył ranę. Spytał o zakochanie. -...i być wdzięcznym za dobre wspomnienia. - uśmiechnął się smutno, z nikłą nadzieją myśląc o końcu wojny.
O ile będzie jeszcze sobą pod koniec tej wojny.
-Gdy przeraziłeś się tym, że będę zabijał żołnierzy... - dodał ciszej, zawieszając rozbiegane, niepewne spojrzenie na twarzy Castora. Zareagował wtedy gwałtownie, bo reakcja przyjaciela przypomniała mu o innej - a mimo późniejszych wyjaśnień, tamte słowa nadal bolały, jak sztylet wbity w serce i obracany powoli w ranie: jesteś mordercą? -On też się mnie bał. - wyszeptał ledwo słyszalnie, z emocji nie dbając już o odpowiednią... formę. Castor i tak wiedział. -Nie bój się mnie, nie ty. - to boli, boli, boli.
Przynajmniej nie był w tym wszystkim sam.
Castor zostanie.
Opuścił głowę, jakby posłusznie, pod naporem jego dłoni, i oparł czoło o jego czoło.
-Dziękuję. - szepnął, jakby to nie on oferował mu schronienie i gościnę, jakby to on potrzebował go teraz bardziej. Może dziś - i może podczas pełni - to Michael i Fenrir bardziej pragnęli przetrwać.
Byli watahą. Nie byliby kompletni bez tego szczeniaka, bez Castora Sprouta, bez tego promienia w swoim życiu.
-Cieszę się, że wróciłeś. - czy mówił mu to już, czy też powtarzał to setki razy tylko we własnej duszy?
Najważniejszy.
Przymknął oczy, by Castor nie widział jego łez.
Zabawne, kiedyś pomyślałby o nim... tak samo. Może nadal tak myślał, ale poznał już inny sposób, w jaki można było o kimś myśleć.
Może można być dla kogoś ważnym na różne sposoby.
-Dorównasz albo prześcigniesz. - skwitował z lekkim rozbawieniem, nieco nie dowierzając, jakoby to on - egoistyczny, czasem nieodpowiedzialny, z wilczymi podszeptami w głowie - był wzorem dla Castora, tak niewinnego i prawego.
Trwali tak obok siebie, dopowiadając niedopowiedziane - z wyjątkiem jednego, z wyjątkiem tamtej myśli, która przemknęła przez głowę Fenrira i wymknęła się Michaelowi.
I gdy już wydawało się, że wszystko sobie wyjaśnili, okazało się, że ta ważna dla Castora dziewczyna to Finley. A już prawie się pogodzili.
A Castor po raz kolejny udowadniał, jak bardzo nie rozumie wojska. Nie, żeby Michael rozumiał je lepiej - działał w końcu w elitarnej, niewielkiej jednostce, nigdy w armii.
-Jakimi żołnierzami? To kobieta, Castor. Każą jej siedzieć w koszarach, pomagać na zapleczu. Głoszą peany o czystości krwi, nie rzucą w wojenną zawieruchę przyszłych żon i matek. Finley ma papiery na czystą krew, wiesz o tym? Co każe ci sądzić, że z nazwiskiem buntowników byłaby bezpieczniejsza niż jako panna? - zmarszczył lekko brwi. -Znasz ją, wiesz jaka potrafi być czarująca i niepozorna. Może przekazać nam informacje, jeśli zrobi się gorąco, może niepostrzeżenie uciekać - ale nie zrobią nic dziewczynom. Jesteś wilkołakiem, nie możesz pomagać Zakonowi wszędzie, potrzebujemy takich ludzi jak ona. - wyjaśnił możliwie spokojnie, a w trakcie wywodu coś sobie przypomniał. -Właśnie, twoje nazwisko jest nie tylko na plakatach z Pomoną - pisałeś mi coś o Sproucie w Stoke on Trent? - w zamieci emocji, nie zdążyli nawet poruszyć porządnie tego tematu.



You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

— Przyjmując mnie pod swój dach, stajesz się za mnie odpowiedzialny — nagła klarowność i rzeczowe podejście do sprawy zdawało się zaskoczyć samego Castora, czego efekt można było zobaczyć jak na dłoni, a raczej na twarzy. Otworzył bowiem szerzej oczy, jakby sens jego własnych słów dotarł do niego z lekkim opóźnieniem. Delikatnie rozchylone usta zadrżały przy próbie nabrania oddechu, bo znów wymienili się rolami. Tym razem w westchnieniu Michaela zamknęły się tłumione emocje, ale uśmiechał się, wreszcie się uśmiechał, choć nie był to ten sam uśmiech, który widywał wcześniej. Wciąż naznaczony był smutkiem, ale jaki miał być? Świat Tonksa znów kruszył się na kawałki prędzej, niż Michael był w stanie złapać jego części. — Jesteś pewien, że tego chcesz? Bo jeżeli... jeżeli mamy sobie skakać do gardeł... — przełknął z trudem ślinę, siląc się na utrzymanie rzeczowego tonu. Wśród nadmiaru emocji wygodniej było wycofać się do punktu, w którym mógł wyłącznie obserwować. Musiał być pewien, że decyzja o zamieszkaniu we Wrzosowej Przystani i zostania w pewnym sensie członkiem rodziny podjęta została bez udziału emocji. Z uwzględnieniem wszystkich zalet i wad tego rozwiązania. Był mu winien taką analizę, a przede wszystkim hipotezę końcową. — ... To wolałbym, byś priorytetyzował swoje zdrowie i bezpieczeństwo ponad moje. Mimo wszystko.
Słuchał go dalej; paradoksu wyborów, które musieli podejmować każdego dnia, myśli, że zrozumiałby, gdyby impulsywnie podniósł odłamek szkła i to nim chciał się zranić, ukarać (chodziło zawsze tylko o karę, o otrzeźwienie w bólu, ból przypominał, że istniały granice, ale także, że było go stać na więcej). I wtedy realizacja przyszła sama, wymierzyła siarczysty policzek w niespodziewającą się ataku świadomość.
— Nie zaplanowałem... — wydusił z siebie już spokojniej, choć jedno spojrzenie na jego napięte jestestwo dawało wyraźny sygnał, że wciąż pod jasną czupryną działo się zbyt wiele, by wreszcie mógł odpocząć. Chude palce same odnalazły nadgarstki przyjaciela, chwyciły za nie, choć zabandażowana dłoń mogła liczyć na zdecydowanie mniejszy nacisk. Właściwie motyli, choć Castor ostrożnie uniósł obie ręce przyjaciela w górę, na wysokość ich klatek piersiowych. Rozbiegane w nerwowości spojrzenie szukało wzroku przyjaciela, pragnąc złapać go w kontakcie. Tak, by był zupełnie pewny, że się rozumieli. — Ja... Nie wiem, Mike. Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, zresztą sam widziałeś... Wtedy, w Szkocji. To... wisi nade mną i im bardziej chcę to zignorować, tym mocniej wraca, czuję się... Jak rozjuszone zwierzę w klatce, ale... Ja wiem, że jakbym poprosił o pomoc, to bym ją dostał. Tylko czy to nie oznacza, że znowu bym uciekł? Ja wszystko rozumiem, Mike. To, ile miałem szczęścia w życiu, bo urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie. Że mogłem uczyć się tak mocno, by dostać się na kurs alchemiczny i skończyć go tylko dlatego, że nie musiałem się martwić, czy będę miał gdzie się przespać i co zjeść. Bo zawsze miałem kogoś, kto by mi pomógł, tarczę, za którą mógłbym się schować, jakby stało się niebezpiecznie.
Był wdzięczny. Za każdy uśmiech posłany w jego kierunku, za uwagę, którą go obdarzano, za każdy komplement i docenienie umiejętności, które posiadł. Ale nie mógł przecież tylko brać. Musiał kiedyś oddać, odwdzięczyć się za okazaną mu pomoc, pokazać, że przecież nie był tylko tym egoistycznym dzieckiem, że mógł i chciał poświęcić się za innych.
— Ja się tym brzydzę, Mike. Jestem świadom, że doszedłem tak daleko tylko dlatego, że mam taką, a nie inną krew, że miałem kochający dom. Ale to nie oznacza, że moje życie jest w jakimkolwiek stopniu ważniejsze od innych. Nie. Mam dług do spłacenia. Nie chcę być... Tylko obserwatorem. Chcę móc oddać to, co otrzymałem. Jest wojna, to nie jest proste, ja nie jestem wojownikiem, wszystko rozumiem. Ale... Pomyślałem, że skoro... Skoro to już się stało, ten list i pobór, to wszystko... Gdybym pozbawił ich przynajmniej kilku żołnierzy... Może to nie jest wiele, pewnie to znikoma różnica, ale... Ale zawsze jakaś, prawda? — szukał potwierdzenia w błękitnej szarości spojrzenia przyjaciela. Tego, że nadążał za prądem jego myśli, że może próbował zrozumieć punkt, z którego wychodził Castor, że te wszystkie przemyślenia przekazane w sposób chaotyczny potwierdzały, że Sprout nie przemyślał tego, co zamierzał robić, że plan się dopiero kształtował, że znów popchnięty prawie niewinną naiwnością i wiarą, że poświęcenie zawsze przynosiło rezultaty, blondyn właśnie uprzedzał go o swych zamiarach, choć klamka jeszcze nie zapadła.
Dopiero wtedy pozwolił sobie na wypuszczenie dłoni przyjaciela z uścisku własnych palców. Niczym odbicie lustrzane Michaela uniósł uwolnioną dłoń do góry, przeczesując swoje włosy w tym samym momencie. Dziwne, nieprzyjemne ukłucie w żołądku towarzyszyło temu wyznaniu, choć rozum podpowiadał, że powinien się przecież cieszyć z tego, że jego przyjacielowi się udało. Może i krótko, ale był szczęśliwy. Tak szczęśliwy, że odcięcie od tych impulsów doprowadziło go do...
Chyba był zły. Zły na człowieka, który skrzywdził Michaela, który naopowiadał mu głupot o tym, że ból uśmierza ból (nigdy nie uśmierzał; otrzeźwiał, to i owszem, a jedyną prawdą w tym wszystkim było zasłyszane kiedyś na ulicach stolicy porzekadło, że krew oczyszcza się tylko krwią. Teraz szczególnie posępne). Zagryzł wnętrze policzka, próbując przeciągnąć myśli na inne tory.
Pytanie o jego własne uczucia względem Finley zbiły go z tropu.
— Nie wiem, jak powinienem się czuć. Wcześniej... byłem, powiedzmy, zakochany tylko raz. Ale to jeszcze w szkole i nie jest to historia z wesołym zakończeniem. Teraz... Chciałbym, by była szczęśliwa i bezpieczna. Ale mam wrażenie, że ani jednego, ani drugiego nie jestem w stanie osiągnąć — mówił cicho, powoli, jakby ważył każde wypowiadane słowo. Wzrokiem uciekł gdzieś na bok, zaciśnięte mocno zęby rozluźniły się na moment konieczny do pozwolenia ciału na wstrząśnienie dreszczem. Chyba nie takiej odpowiedzi spodziewał się Mike. Ale analityczny umysł Castora działał zupełnie inaczej niż rozemocjonowany młody mężczyzna, którego wybryki mieli szansę obserwować jeszcze kilka minut wcześniej.
— Nie bałem się ciebieodezwał się wreszcie, bowiem do tej pory potakiwał tylko głową na wszystkie obserwacje poczynione przez przyjaciela. Michael samoistnie doszedł do wniosków, które uniosły ciężar strachu o przyszłe podobne wybryki ze strony przyjaciela. Teraz gdy rozumiał już, że i tamten zareagował w podobny sposób, nie mógł powstrzymać się przed myślą, że jego biedny przyjaciel zadurzył się w człowieku, który... Nie rozumiał. A to zaniepokoiło go jeszcze bardziej.
— Bałem się o nich. Czuję się za nich odpowiedzialny, choć wszyscy już dawno skończyli szkołę. Ale znowu, nie mieli tak łatwo jak ja. Czy gdyby coś im się stało, po tym jak bardzo starali... Nie wybaczyłbym sobie. Wiem, powiesz mi zaraz, że nie mogę zbawić całego świata. Ale mogę się chyba postarać? To dobre dzieciaki... — głos załamał się wreszcie i mu, ale na całe szczęście przytulony Michael nie mógł widzieć, jak smutek odkłada mu się na twarzy, że oczy go piekły, więc zamknął je na kilka długich chwil, mając nadzieję, że jeżeli pojawią się jakieś łzy, uda mu się zatrzymać je na krańcach rzęs. Westchnął ciężko, chcąc zabrać się za drugą część tłumaczeń. — Wiem, że nie zrobiłbyś im krzywdy, gdybyś ich spotkał. Jesteś dobrym aurorem, Mike. Walczysz z przestępcami. Widziałem cię przecież w akcji nie raz i nie dwa. Myślisz, że gdybym bał się ciebie, to byłbym tu teraz? Gdybym nie czuł się przy tobie bezpiecznie, gdybym nie myślał o tobie, jako o dobrym człowieku nigdy bym nie napisał tego listu. Nie przybyłbym tutaj. I nie martwił się o to, czy moje towarzystwo wpływa negatywnie na twój nastrój... — głośniej wypuścił powietrze nosem, dając znać, że szczególnie ostatnie zdanie miało mieć wydźwięk humorystyczny. Chyba... Chyba brakowało im tej otwartej komunikacji. Teraz dopiero mógł dostrzec, ile nieporozumień nawarstwiło się wokół nich z samej tylko głupiej męskiej dumy i przekonania, że ze wszystkim będą w stanie poradzić sobie sami, bez konieczności angażowania drugiego.
Cieszę się, że wróciłeś.
Gdyby mógł, wybuchnąłby całą mocą słońca, którego promienie łapał w swe miodowe loki.
Zamiast tego objął przyjaciela jeszcze mocniej — najmocniej jak tylko potrafił, co nie było z kolei jakoś szczególnie imponujące. Wysiłek jednak musiał zostać przez Michaela dostrzeżony, bowiem gdy odsunęli się od siebie, Castor pozwolił sobie na szept.
— To ja się cieszę, że mi pozwoliłeś.
A był to szept ponadprzeciętnie pewny.
W odróżnieniu od tego, co zaprezentował później; emocje przecisnęły się przez szczelinę, którą pozostawił w swym umyśle w trakcie nagłego wybuchu radości.
— To po co w ogóle ten pobór? Jeżeli mają pomagać, mogłyby być... Sanitariuszkami. Ale w gazecie pisali, że to i tak wojsko... — przełknął z trudem ślinę, raz jeszcze niepewny tego, czy właściwie postrzegał rzeczywistość. Czy emocje, widmo zagrożenia, które wisiało nad dziewczęciem, które przecież miał kochać, przytłumiły całą logikę, którą przecież tak sobie cenił? — Mike, właśnie dlatego, że jest niepozorna i czarująca... — nacisk, jaki położył na całe to zdanie, rozdzierająca wręcz niemoc, z jaką je wypowiedział, musiała wystarczyć za sugestię, że Castorowi chodziło o niebezpieczeństwo, które w trakcie wojny groziło przede wszystkim kobietom. Ale nie potrafił, nie chciał ubrać swej obawy w słowa. — Gdyby była mężatką... No wiesz... — mimowolnie pociągnął temat dalej, choć nie potrafił dobrać odpowiednich fraz.
Gdyby była mężatką, może nie podnieśliby rękę na jej cześć.
Słysząc nazwę największego miasta Staffordshire, uniósł przymglone bólem spojrzenie na przyjaciela. Tak. Lord Black i Staffordshire. Po to tu w ogóle przyszedł.
— Tak, lord Black mówił... że byłoby przykro gdybyśmy podzielili los naszego krewnego ze Staffordshireprzywołał cytat z pamięci, raz jeszcze czując, że z nerwów robi mu się skrajnie niedobrze. — Wcześniej powiedział, że z jego strony żadne niebezpieczeństwo nam nie grozi, ale... Takie słowa to przecież wyraźny znak... Czy... Czy tam się coś działo? Wiesz coś? My mamy w Staffordshire rodzinę mojego taty, jego kuzyna. Byłem tam kilkukrotnie, mieszka obok ruin mugolskiego... kościoła albo katedry. Nie bezpośrednio przy, ale kawałek dalej. To nie jest blisko miasta...
Castor znów był zagubiony. Znów zanurzył się w sytuacji, której nie mógł i chyba nie chciał zrozumieć.
W szopie znów zrobiło się gęsto od znajomego zapachu. Takiego, której natury żaden z nich nie potrafił zignorować.
Strach.


From my rotting body
flowers shall grow
and i am in them, and that is

eternity
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 23/24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
If there is a liberty in this clear blue sky
I won’t mind tearing up these wings of pride
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30
UZDRAWIANIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]12.01.22 23:31
-Jestem za ciebie odpowiedzialny. - odpowiedział bez namysłu, zaciskając mocniej palce na chudych ramionach. Roześmiał się sucho, smutno, gdy Castor poprosił o potwierdzenie, czy jest pewien. -Bywasz ślepy, Sprout. Po co pytasz o oczywistości? Stałem się - i chciałem, chcę być - za ciebie odpowiedzialny, odkąd opowiedziałem ci o wojnie i podzieliłem się moim sekretem. Odkąd wciągnąłem cię w to wszystko. Odkąd powróciłeś do mojego życia i pokazałeś mi swoje blizny i jeśli czegokolwiek żałuję, to tylko tego, że w czerwcu odpuściłem i przestałem być za ciebie odpowiedzialny i... - głos mu się załamał, spojrzenie prześlizgnęło się po lewym barku i prawym boku. -Przepraszam, Cas. - odchrząknął. -W każdym razie, jestem, już jestem. I nigdzie się nie wybieram i ty też nie. Zamieszkasz tu, z nami.
Słuchał go, czując gulę żalu w gardle. Piękny, wrażliwy Castor, o moralnym kręgosłupie ze stali i gołębim sercu. Obydwa zostały rozszarpane na strzępy przez nieprzywiązanego do drzewa potwora i Tonks widział, jak desperacko Castor próbował się pozbierać. Zyskać iluzję kontroli - Mike znał to przecież z doświadczenia. Drewno rąbane na idealnie równe kawałki, obsesyjnie sprzątana chatka w Mickleham, bo nic innego mu w życiu nie zostało, skóra szorowana do krwi chropowatą gąbką, pożądanie tłumione tak skutecznie, że do głosu doszedł ktoś inny.
-Nie brzydź się tym, Castor. Niektórzy chcą być twoją tarczą. - twoi rodzice, siostra, ja. Niektórzy cię kochają. -Czasami musimy być swoimi tarczami, nawzajem. I nie pękać, rozumiesz? Myślisz, że ilu ludzi zabiłem? Więcej niż kilku. Myślisz, że to coś zmieniło? Nie. Zagryzłem trzech w obronie mojej mogolskiej znajomej i nawet nie wiem, gdzie teraz jest, zostawiła pusty dom. Byłby równie pusty, gdyby mnie wtedy zabili. - w głosie zadźwięczała gorycz, ale spojrzenie iskrzyło. -Użyteczniejszy jestem żywy, ty też. I nie mówię tego jako wilkołak, a jako Zakonnik i auror - myślisz, że po co się z nimi sprzymierzyliśmy, wszystkimi? Nie pytając nawet o ich przeszłość? Przy niektórych jesteś święty, Castorze. - pokręcił głową, ze smutkiem spoglądając na młodego idealistę. Młodym ludziom życie zdawało się tak cenne - każde, z wyjątkiem własnego. Mike przekonał się już, że jest zgoła odwrotnie…
Z bladym uśmiechem słuchał o miłości, choć sam nie do końca ją rozumiał.
-Dobrze mnie znasz i wiesz, co ci powiem. Nie możesz zbawić całego świata, siedemnastolatkowie to nie dzieci, a co do wybaczania to… każdy z nas ma rzeczy, których nie może sobie wybaczyć. Musimy nauczyć się z nimi żyć. - szepnął zduszonym głosem. Nie wiedział, czy sam będzie w stanie, już po wojnie. Gdy dowiedział się, z kim nawiązał romans, poczuł do siebie mdłą nienawiść i wiedział, że jest w stanie ją stłumić tylko dzięki misji do wykonania. Czuł ją przecież już wcześniej, do wilkołaczej formy - teraz jedynie nabrała na intensywności. Ale musiał, musieli z Castorem, isć do przodu. Samobójstwo było przecież zbyt proste.
- Nie zrobią z wojska obozów dla niewyżytych młodych chłopców, a gazety zawsze upraszczają sprawy. Myślisz, że lady Rosier pójdzie na front? - uśmiechnął się słabo, próbując go pocieszyć. -Poślą je do szpitala polowego, szlachcianki będą wyglądać, Finley pracować i tyle.
Nozdrza zadrżały lekko na dźwięk nazwiska, czarnego jak skrzydła kruka i jak ciemna toń. Okrutnego, tak jak okrutne były słowa, które Perseus mówił Castorowi.
-Ludzie Ministra najechali Staffordshire, znienacka. Hrabstwo jest w ogniu, idę tam na patrole i front. Popytam… popytam o niego. - wydusił, przyciągając do siebie Castora. -Nie bój się, Castor, nie bój się. Tutaj nikt cię nie znajdzie. - szepnął, mocno go przytulając. A ja nigdzie cię nie puszczę.

/zt x 2? :pwease:


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
The moon was full and I was left unsupervised.
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Szopa - Page 2 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Szopa

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach