Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Tyły ogrodu i skraj lasu
AutorWiadomość
Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]12.09.21 20:54

Tyły ogrodu i skraj lasu



Tyły ogrodu graniczą ze skrajem lasu, a drzewa pięknie ocieniają ten zakątek. Steffen nie zdążył jeszcze zagospodarować tej części działki - na wiosnę chciałby przeznaczyć ten teren na grządki dla Isabelli, zimą znajduje się tutaj odgarnięty śnieg i kilka malowniczych zasp. Ogród jest oddzielony od lasu drewnianym płotem.

Pułapki: Cave Inimicum (cała posesja) Duna (przed domem), Lepkie Ręce (wejście), Zemsta Płomyka (za drzwiami wejściowymi, na ciężkie słowniki run), Abscondens (ściana w salonie i w kuchni), Nigdziebądź (na cały parter)


intellectual, journalist
little spy



Ostatnio zmieniony przez Steffen Cattermole dnia 07.04.22 0:27, w całości zmieniany 1 raz
Steffen Cattermole
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22/23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I like to go to places uninvited
OPCM : 33
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 36
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/68
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]02.01.22 22:10
Wesele Steffena

Ślubne zabawy się wydarzyły, Thalia za to bawiła się w najlepsze, a mimo wszystko musiała wyjść na zewnątrz i pozwolić sobie na chwilę oddechu. Wydawało się, że wszystko jednak zlepia się w tę jedną atmosferę, kiedy wszystko było zbyt ciepłe, zbyt parne, a pomieszczenia zbyt zatłoczone. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później Wellers musiała opuścić korytarze i pomieszczenia, wybierając chwilową drogę ucieczki. Starała się, bo jakże by inaczej, ale bardzo chciała złapać świeżego powietrza. Ostrożnie odetchnęła, wyślizgując się do ogrodu ale odchodząc nieco dalej, z potrzeby znalezienia się na świeżym powietrzu. Uśmiechnęła się lekko, kiedy pod jej butami śnieg zaskrzypiał cicho, a sama przykucnęła, ostrożnie biorąc w dłoń nieco drobnych płatków i podrzucając je w powietrze. Zaśmiała się cicho.
Wzięła ze sobą kieliszek z Toujours Pur, prawda była jednak taka, że nikt ostatecznie nie miał pojęcia, co się znajdowało dokładnie w naczyniach, że czasem wprawiało ją to w lepszy nastrój, a czasem kazało jej się zwierzać prosto z serca. Ostrożnie rozejrzała się po okolicy, czując pewnego rodzaju zdziwienie że chyba nie do końca była tutaj aż tak samotna, jakby się mogło wydawać. Sylwetka ciemnowłosej kobiety mignęła jej gdzieś na uboczu, ale im dłużej Thalia się w nią wpatrywała, tym bardziej ta stawała się znajoma. Roselyn.
Dojrzała ją już wcześniej na wydarzeniu, ale dopiero teraz mogła do niej podejść aby porozmawiać. Nie znały się niesamowicie długo, ale Wellers niebawem po ich spotkaniu zainteresowała się trochę pewnymi faktami – głównie dlatego, że zawsze wydawało jej się, że słyszała już o uzdrowicielce, nie potrafiła jednak skojarzyć gdzie dokładnie. Dopiero łącząc wszystkie informacje i wątki udało jej się dowiedzieć, co dokładnie oznaczało to dla niej i kim była Roselyn.
Nie rozmawiała z nią jednak, bo minęło niewiele czasu, a i ciężko było powiedzieć o niej coś konkretnego. W końcu nie każdy uwielbiał nagle rozmawiać z dziwnymi kobietami które okazywały się być twoimi kuzynkami. Zresztą, jak się w ogóle zaczynało takie rozmowy? Hej, to ja, widziałyśmy się raz, ale jesteśmy spokrewnione? To nie brzmiało dobrze.
Westchnęła ostrożnie, ruszając przed siebie. Spokojnie ruszała się z jednego miejsca na drugie, ostatecznie przechodząc w kierunku Roselyn. Odchrząknęła lekko, unosząc dłoń na powitanie, uśmiechając się do niej chociaż nieco niezręcznie.
- Hej, nie wiem, czy mnie kojarzysz, ale…em, widziałyśmy się ostatnio, przyszłam z Lucindą i ranną kobietą. – Tak, to był dość dziwaczny nastrój. – Widzisz, chciałam z tobą porozmawiać, bo…czekaj, w sumie nie wiem, jak to powiedzieć dobrze, nie rozmawiałam nigdy tak na wstępie z dawną rodziną. Albo wcale nie rozmawiałam.

Rzut na runę (I), ogród (2) i Toujours Pur (3)



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]02.01.22 22:10
The member 'Thalia Wellers' has done the following action : Rzut kością


#1 'k3' : 3

--------------------------------

#2 'k10' : 4

--------------------------------

#3 'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Tyły ogrodu i skraj lasu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]09.01.22 21:24
Wciąż uważała, że należy celebrować radosne wydarzenia. Ceremonia zaślubin miała być początkiem. Próbą spojrzenia z nadzieją w przyszłość i w takową przecież musieli wierzyć, decydując się na założenie rodziny w tak bardzo niespokojnych czasach. Było w tym coś łagodzącego ostrość ich codzienności. Wszystko to co było wczoraj i miało nastąpić jutro wcale nie zniknęło. Styczeń przywitał ich przerażającymi wieściami o egzekucjach, atakach na miasteczka w Staffordshire. Kolejne miesiące z kolei nie zapowiadały się lepiej. Dziś jednak stłoczeni w Szczurzej Jamie goście nosili się z uśmiechami na twarzy i nie było w tym wcale nic złego. Wszakże życie mimo wszystko trwało. Oni wciąż trwali. Zasługiwali na chociaż jedną noc, by być tym kim byli przedtem. Zasmakować odrobiny tego co przestało być częścią ich normalności.
Nie potrafiła się jednak tutaj odnaleźć. Chociaż wśród gości rozpoznała już kilka znajomych twarzy, czuła się jak odrębna część tego zbiorowiska. Czuła w mięśniach ciężar wczorajszego dyżuru, czuła że wciąż myślami uciekała w kierunku wydarzeń poprzedzających dzisiejszy ślub. Że była nieobecna. Starała jednak ukryć dyskomfort, wdając się w kilka niezobowiązujących rozmów, pilnując przy łagodny uśmiech nie zniknął jej z twarzy. Chciała tu być i przynajmniej na moment poczuć się swobodnie.
W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że pomieszczenia stały się dla niej zbyt tłoczne. Roztańczone sylwetki, coraz głośniejsze dyskusje, śmiechy. Potrzebowała na krótką chwilę dać sobie odpocząć. Od przytłaczającej ilości gości lub może od własnej gry. Wziąć kilka głębszych oddechów, zrzucić maskę swobody. Odpocząć.
Wyszła na zewnątrz, czyniąc zaledwie kilka kroków w głąb ogrodu. Ostrożnie odstawiła kieliszek z winem na parapet - jeszcze nie zdążyła go dzisiaj zasmakować. Z reguły stroniła od alkoholu. Nie pamiętała kiedy ostatnio wypiła więcej niż dwa kieliszki. Ostatnimi czasy zresztą i na to sobie nie pozwalała.
Na zewnątrz panowała przyjemna atmosfera - było ciepło. Steffan musiał zadbać o to, aby złośliwy mróz nie wkradł się na teren jego posesji podczas obchodów zaślubin. Mimo to odczuła różnicę temperatur. Objęła się ramionami, spoglądając w ciemność lasu, wsłuchując się w jego stonowane brzmienie. Tu była bliżej domu.
Być może minęło zaledwie kilka oddechów, a może znacznie dłużej trwała w milczeniu. Drzwi zaskrzypiały, pierwsze kroki jej towarzyszki rozniosły się po ogrodzie. Odwróciła się, próbując rozpoznać ją w półmroku.
Dość szybko przypomniała sobie o nocy sprzed kilku dni, gdy wraz z Lucindą sprowadziły do lecznicy ranną kobietę.
Miała na imię Thalia, prawda?
Pytanie zakołysało się w umyśle, zanim jednak odnalazło odpowiedź wargi uzdrowicielki rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu. - Aye, pamiętam. Panna Wellers - pokiwała głową, spoglądając w kierunku kobiety. Badawczo. Próbując pojąć co kryło się za jej kolejnymi słowami. - Z dawną rodziną? - zapytała, wbijając w nią spojrzenie onyksowych tęczówek - Nie za bardzo rozumiem - dodała, przechylając głowę.

|ogród



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]09.01.22 21:24
The member 'Roselyn Wright' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 7
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Tyły ogrodu i skraj lasu Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]12.01.22 21:03
23 stycznia

Dzisiejszy dzień niósł coś w rodzaju nadziei. Nadziei na to, że mimo horroru który rozgrywał się na co dzień, mimo trudów, które musieli znosić, mimo wszystkich przeciwności losu byli tacy, którzy nadal pamiętali o tym, co było ważne. Bo ważni przede wszystkim byli ludzie. Wartości nie miały worki galeonów, a małe momenty które można było dzielić z tymi, których nazywano bliskimi. Na nic były wielkie pałace, kiedy świeciły pustkami. A chwila wytchnienia, potrzebna była im wszystkim, bo mimo prób, nadal nie działo się dobrze.
Dlatego zjawiła się tutaj dzisiaj, żeby być świadkiem wydarzenia, które miało się rozegrać. Żeby na własne oczy przekonać się, że ludzie jeszcze nie boją się kochać i nie boją się o tej miłości mówić. Dzisiaj - bez wielkiego wora pomyłek, w końcu, jako partnerka Rinehearta. Unosiła łagodnie kąciki ust ku górze, pozwalając porwać się do tańca. Próbując wystawionych potraw, czasem wdając się w dyskusje. Ale wypracowanych nawyków trudno było się pozbyć. Jasne spojrzenie co jakiś czas prześlizgiwało się po otoczeniu, jakby w poszukiwaniu zagrożenia, które miało pojawić się znikąd. Różdżkę niezmiennie miała przy sobie w kieszeni sprytnie wszytej w granatową, sięgająca do połowy łydek suknię, której rękawy nie skrywały całkowicie blizn, pozostałości a może świadectwa podjętych decyzji. Nie umknęły jej spojrzenia, które na nich zawisły, ale nie tylko one pozostawały widoczne. Ciemny tatuaż wybijał się na tle jasnej skóry, które co jakiś czas skrywał lok z dość niedbałego upięcia. Blizna na czole jeszcze trudniejsza była do skrycia. Ale one wszystkie - a może w większości, świadczył zarówno o jej porażkach, jak i sile. Miały słodko gorzki smak.
Wyszła na zewnątrz, narzucając na ramiona płaszcz, jednak nie wkładając dłoni w jego rękawy. Trochę świeżego powietrza miało zrobić jej dobrze - była tego pewna. Świeżego i mroźnego powietrza. A przy okazji, mogła sprawdzić, czy nikt niepowołany nie kręci się w pobliżu. Tak dla pewności. Kolejnej, jeszcze większej. Kilka kolejnych kroków i następnych zeszło, nim dostrzegła sylwetkę. Znajomą - o dziwo. Samotną, widocznie. Zbliżyła się w jego kierunku nie starając się ukryć swojej obecności.
- Carrington. - zaanonsowała swoją obecność obok, gdyby nie zauważył jej wcześniej przystając obok. - Nie powinieneś bawić się w środku? - zapytała mierząc go spojrzeniem. Nie był świadkiem? Co jednocześnie nie znaczyło, że kimś bliskim dla Steffena. Co robił tutaj sam? Kiedy wszystko działo się tam. Właściwie nie musiał odpowiadać, a jej aż tak nie zależało na jakiejś konkretnej odpowiedzi. Zabijała czas, biorąc mroźne wdechy. Przesuwając jasne spojrzenie po okolicy przed domem.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Tyły ogrodu i skraj lasu Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]16.01.22 0:00
Błyszczący pomiędzy palcami kamień miał na sobie wyrytą runę, której znaczenia nie rozumiała, ale która wydawała się przynosić ukojenie. Nie wiedziała, że to właśnie pomiędzy ludźmi mieszającymi się z widmami znajdzie spokój, ale czy to była kwestia magicznego podarku czy czegoś innego? Chciałaby poznać czasem powody, ale w końcu taka już była, dokopując się do tego, co nie było jej dane na tacy, bo chciała wiedzieć. Tak jak teraz, kiedy sylwetka Roselyn zamajaczyła jej na horyzoncie, a ona…no właśnie, a ona co?
Nie wiedziała w końcu czego się spodziewała. Dawna rodzina nie wybrzmiewała dobrze i znała te same obawy, bo kiedy ojciec odnalazł ją cztery lata temu, pierwszym odczuciem był marazm i niechęć. Przeczuwała, że odkrywanie jej osoby wcale nie musiało być tak mocno ekscytujące dla reszty rodziny, wrzuconej nagle gdzieś w sytuacje, gdy ktoś nowy i obcy pojawia się tak nagle. Może gdyby była do tej pory wychowana w porządnej rodzinie, gdyby była człowiekiem wielu talentów, kierującym się duchem tych czasów. Ale była raczej jak rozczarowanie i jakiś nieprzyjemny posmak pyłu w ustach, niewychowana, niepokorna i przede wszystkim z zajęciem które nie zwiastowało kariery bo jej płeć nie odpowiadała światu.
Co miała o niej sądzić Roselyn? Tego jeszcze nie miała wiedzieć, poznały się ledwie parę dni temu. Mogła powiedzieć o niej, że jest doświadczoną uzdrowicielką, opanowaną pod presją, znajdującą czas na pomoc. Jakie było jednak jej życie, co jednak robiła w wolnych chwilach, jakie książki lubiła czytać (o ile w ogóle) nie było jej wiadome i czy panna Wright chciała w ogóle o tym mówić. Ale teraz też przyszła do niej z wyborem, dając lekko znać, lecz co Roselyn zrobi z informacjami, to już będzie jej decyzją. Może nic, może coś.
Jeszcze w drodze coś przyciągnęło jej uwagę w stronę nieba – uniosła głowę na czas, by zdążyć dostrzec gwiazdę spadającą z nieba. Myśli galopowały, szukając życzenia, o którego spełnienie mogłaby poprosić, ale to wszystkie odnośnie jej wydawały się jakoś niezbyt pasujące, bo nie umiała myśleć o nich bez żalu albo gniewu. Ostatecznie skrzyżowała palce wolnej dłoni, przymykając oczy. Niech spełni się moja obietnica dla Michaela. Tak, to brzmiało lepiej.
Przypatrywała się twarzy rozmówczyni ale nienachalnie, wewnętrznie jednak wzdychając kiedy rozważała, że jak zwykle nieprzewidziane słowa wychodziły fatalnie w kwestii zrozumienia jej i tego co chciała powiedzieć. Ostatecznie też uśmiechnęła się, jeszcze raz spoglądając na nią, teraz już spokojnie.
- Dziwnie wyszło, fakt. Pozwolisz, że może zacznę od początku. – Skinęła głową, upijając łyk. Poczuła przyjemne łaskotanie wina, uśmiechając się jeszcze. – Masz bardzo ładne włosy. – Nie wiedziała, skąd wziął się ten, całkiem szczery, komentarz, dlatego odchrząknęła. Mimo wszystko wypadało przejść do meritum. – Moja babcia była z rodziny Wright. Możesz mnie nie kojarzyć, bo nie noszę nazwiska mojego ojca, Sebastiana Bartiusa. Albo możesz też kojarzyć Cynthię Skamander?



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]30.01.22 18:32
Chłodne powietrze otulało jego nozdrza, przenikało skórę, wdzierało się w zmarznięte, zaczerwienione policzki, podwiewało pod pelerynę, otulało zimnem skryty pod opatrunkiem kikut, chłodna aura miała swój ślubny urok, ale on nie potrafił się nim cieszyć: wiedział, doskonale wiedział, że ten dzień zasługiwał na szczególną celebrację i nie chciał psuć radości swojego przyjaciela, ale unikał dziś towarzystwa jak mógł, wierząc, że jakoś przeczeka ten niedługi czas, po którym nikt nie zauważy, jak zwinie się wreszcie do domu. Kochał taniec, ale na parkiecie nie stanął ani razu, przygotowane pyszności kusiły różnorodnością, ale on nie przełknął ani kęsa. Zabawy rozgrzewały towarzystwo, ale jego nie bawiły wcale - wciąż miał w pamięci bałwanka o gniewnym wyrazie twarzy, z ułamaną rączką. Boki zrywać, takie zabawne. Zdrową dłoń wsuniętą miał w kieszeń kurtki, nie obejrzał się za siebie, kiedy usłyszał skrzypienie śniegu i czyjeś kroki. Zastanawiał się przez chwilę. Były szybkie, pewne siebie, ale chyba nie należały do nikogo, kogo rozpoznałby po rytmie chodu. Nic dziwnego, nie było na tym weselu wielu jego przyjaciół. Steffen zaprosił Zakon Feniksa, w tym głowy poszukiwane listem gończym, odsuwając na bok tych, dla których był najważniejszy. W jakiś sposób musiał dostosować się do żony, Alexander odegrał tu pewnie istotne skrzypce, a jednak żal tlił się w sercu.
Nie rozpoznał też głosu, którym się do niego odezwała - dopiero wtedy przyniósł na nią spojrzenie, przez chwilę przyglądając się jej w ciszy. W milczeniu. Justine Tonks. Aurorka, poszukiwana listem gończym, zrodzona z mugolskiej krwi, jak on. Było w tym coś nierealnego i zdumiewającego - spotykać naprawdę, jako żywych, tych czarodziejów z plakatów oblepiających miasta. Podziwiał ich. Podziwiał ich całym sercem, jeszcze nim został jednym z nich, gdy dopiero próbował stać się jednym z nich: znał ich imiona, twarze i profile, a każde z nich dawało mu to samo: nadzieję. Nadzieję na to, że nie wszystko było jeszcze stracone. Że mogli zwyciężyć - bo mieli po swojej stronie odważnych, uzdolnionych i zdeterminowanych czarodziejów. Wtedy w to wierzył - a dzisiaj? Dziś nie opuszczały go wątpliwości skumulowane w szarpiącej ostrym bólem prawej ręce.
- Pani Tonks - odpowiedział, odnajdując jej tęczówki własnymi, pobłyskujące w wieczornych ciemnościach. Stała przed nim, ocalała z Azkabanu. On nie potrafił przetrwać nawet Tower. Jako zwykły złodziej, nie poszukiwany przeciwnik rządu. Był słaby i mały. Przeniósł wzrok znów przed siebie, na majaczące w pobliżu drzewa porastające brzeg leśnego krajobrazu. - Nie wiem - odpowiedział, biorąc jej pytanie zaskakująco poważnie. - Chyba nie - Nie chciał odbierać Steffenowi radości. Zmuszać do zmartwienia - o niego. To był jego dzien. I powinien takim pozostać. - A pani?


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]31.01.22 14:46
Zima w tym roku rzeczywiście była nieporównywalna do wszystkich innych, które pamiętała. Ale nawet ją - wiedziała - byli w stanie przetrwać. Chociaż pewnym było, że miało to być trudniejsze niż normalnie. Przyjęła zaproszenie - zarówno to wystosowane przez Steffena jak i to, które otrzymała od Vincenta dotyczące tego dnia. Chciała być tutaj dzisiaj z nim i cieszyła się, że tym razem stało się rzeczywiście tak jak powinno. Była przy nim spokojniejsza. Jego statyczność hamowała jej pęd, ale nie nienaturalnie, nie gwałtownie i na siłę. Bo to wszystko spotkałoby się ze znajomym jej samem uporem, działaniem wedle własnego mniemania. Zawsze radziła sobie sama, pozwolenie na to, by było inaczej, zaufanie komuś tak bardzo… nie było dla niej łatwe. Z tyłu głowy nadal szeptała jej myśl, że nie powinna. Nie powinna się angażować. Nie mogła zagwarantować, że kolejnego dnia dla niej znów wstanie słońce. Oddała się, zmieniła w narzędzie, śmiercionośne, jeśli tego wymagała sytuacja. A mimo wszystko ku własnemu niezadowoleniu nadal była człowiekiem. Nadal popełniała błędy. A co gorsze, te jej przez to kim była i kim się stała miały większą cenę. Dłonie miała skąpane we krwi. Zarówno wrogów jak i niewinnych istot i ludzi. Życie nie było czarno białe, choć to zdecydowanie byłoby łatwiejsze. Było ponuro szare i przyszedł moment w którym i oni musieli dopuścić się czegoś, co musiało zostać zrobione. Powiedzieć, że nie miałaby z tym problemu byłoby dużym nadużyciem. Nauczyła się funkcjonować zaprzedając części własnej duszy. Robiła pewne rzeczy, by inni nie musieli, bo innym ich nie życzyła. Koszmary odnajdywały ją nocą w samotności wtedy, kiedy była najbardziej bezbronna. Od miesięcy budziła się zlana potem lub z krzykiem zastygającym na ustach. A rano, przy śniadaniu milczała, nie wyciągając mar na światło dzienne.
Obecność Marcelliusa w tym miejscu zaskoczyła ją. Choć poniekąd potrzebę chwili odpoczynku rozumiała, nie miała pojęcia co mogło wyciągnąć go na zewnątrz. Był młody, ale nawet młodzi nie mogli uciec przed wydarzeniami, które zalewały znany świat. Choć tego jednego dnia, na ten jeden wieczór można było złapać oddech. Pozwolić sobie na więcej. Sama to zrobiła, choć nie była już taka jak wcześniej. Pewne nawyki, może nawet natręctwa nawiedzały ją nawet tutaj, nawet dzisiaj, podczas dnia takiego jak ten. Wypiła może kieliszek szampana, ale uniesiona do ust ognista nie przypadła jej do gustu więc odłożyła ją wcześniejsze miejsce. Nie pamiętała, kiedy ostatnio wybrzydzała na alkohol, ale nie zastanawiała się nad tym dokładniej. Zostawiła Vincenta który wdał się w jedną z rozmów z której rozumiała tylko słowa wypowiadane w ludzkim języku, czując, że kilka wdechów na świeżym powietrzu sprawi, że poczuje się lepiej.
Wyszła na zewnątrz, odchodząc kilka kroków od domu, wytyczając w głowie obraną ścieżkę. Skoro już tu była, mogła zaspokoić jedną z myśli na trochę dłużej. Upewnić się, że jest bezpiecznie. Przystanęła przy chłopaku słowem zwracając swoją obecność.
Pani Tonks. Jedna z brwi uniosła się, a kąciki ust drgnęły w czymś w rodzaju niepełnego uśmiechu.
- Panno, jeśli już. - powiedziała wyciągając rękę, by zaprezentować dłoń na której brakowało obrączki. Uniosła ją do góry prezentując najpierw z zewnętrznej, a później wewnętrznej strony. Nie przejęła się sznytami, które znikały pod rękawem granatowej sukni. - Do Moora też mówisz na pan? - zapytała zaraz jednak uściśliła przypominając sobie że nie jeden Moore znajdował się wokół. - Billy’ego. - nigdy nie sądziła, że kiedyś uda im się porozmawiać jak ludziom odkąd nie mógł jej wybaczyć zgarnięcia znicza sprzed nosa. Nie zmieniało to faktu, że Billy był w jej wieku. - Wystarczy Justine, albo Tonks. - przyzwoliła opuszczając rękę. Przyzwyczaiła się w końcu po takim czasie do swojego imienia. Zaakceptowała je i chyba duży wpływ na to miał Anthony i Vincent. Ten pierwszy chyba kiedyś nawet wprost powiedział jej, że jej nazwisko brzmi jak robal, a imię kojarzy się ze sprawiedliwością. Choć to drugie razem z nią i jej błędami, miało niewiele wspólnego. W ustach Vincenta zaś, zawsze brzmiało je melodia, prośba, coś czym chciała dla niego być. Obserwowała go, krzyżując z nim spojrzenie do momentu w którym nie odwrócił go w kierunku drzew. Wtedy przesunęła swoja na dom, a później odwróciła głowę, żeby spojrzeć też między drzewa. - Chyba, hm? - powtórzyła po nim. Na pytanie poprawiła ustawienie na nogach, i zaplotła dłonie na piersi. - Vincent dał się wciągnąć w rozkładanie natury run i ich koniunkcję czy coś podobnego.... - zmarszczyła odrobinę brwi odwracając głowę. Westchnęła. - Stwierdziłam, że to dobry czas, żeby odetchnąć. - wyznała rozluźniając ręce. - I sprawdzić okolice. Dołączysz? - zapytała powracając spojrzeniem znów do chłopaka. Pozwalając jednocześnie zaspokoić jej własną potrzebę. Może była paranoiczką, ale wolała mieć pewność, że spokój dzisiejszego wieczora nie zakłóca niezapowiedziani goście.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Tyły ogrodu i skraj lasu Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]13.04.22 23:26
Mimowolnie wracała wspomnieniami do czasów, gdy na jej palcu połyskiwał pierścionek zaręczynowy. Jego miejsca nie zajęła obrączka, a ona nigdy nie została panią Skamander. Po nim pozostała pozostała jedynie gorycz i córka. Dziś nie widziała się już w białej sukience, ani w roli żony. Samotność nauczyła ją żyć samej sobie. Dla siebie i dla Melanie. Decyzje sprzed lat obdarły z fantazji o zamążpójściu, rodzinie w tradycyjnym postrzeganiu.
Chociaż Rose wychowała się w domu pełnym ciepła. Naturalnym było naśladować to co znane. Matka była niedoścignionym wzorem, archetypem, w który sama Rose zdawała się już nie wpasowywać. Chociaż podążyła śladem jej pasji, skazana była na innego rodzaju żywot. Już nie żałowała tak bardzo. Kiedyś - owszem. Latami pielęgnowała gorycz i żal. Chowała w ciszy pragnienie najzwyklejszej, rodzinnej normalności. Długie lata zajęło jej dojście do tego, że z czasem przestała tęsknić za mężczyzną, a za rolą jaką miał pełnić. Wojenny chaos uświadomił że nawet już tego nie pragnie, że nawet już za tym nie tęskni. Teraz znacznie ważniejszymi okazywały się być zapewnienie podstawowych potrzeb, takich jak bezpieczne schronie, jedzenie, galeony w sakiewce. Wszystko inne rozpłynęło się w przeszłości.
Z czasem przyszło docenienie tego, że w jej życiu byli ludzie, o których obecność nie musiała żebrać. Byli. Nawet nosząc w sobie wzajemny żal. W istocie pod wieloma względami wcale nie była sama. Zbyt skupiona na braku tej jednej osoby, czasami zdawała się nie dostrzegać, że ma więcej niż inni. Jaydena. Ojca. Melanie. Oni byli jej najbliższą rodziną. Ich obecność liczyła się tak naprawdę. To wszystko co przed nią, nie za nią.
Spojrzenie ciemnych oczu skupiło uwagę na sylwetce rudowłosej czarownicy. Niezręczny uśmiech czaił się na ustach.
Thalia wydawała się być zagubiona. Nie znała jej na tyle, aby stwierdzić czy była to jej naturalna nieśmiałość czy może inne intencje czaiły się za zwierciadłem bystrego, błękitnego spojrzenia.
Pozostało jedynie słuchać jej słów.
Kącik ust zadał się niezdarnie w wyrazie wdzięcznego uśmiechu, a dłoń mimowolnie sięgnęła ciemnych pasm. Zakłopotane dziękuję wydarło się cicho, gubiąc się natłoku kolejnych słów panny Wellers.
- Wuj Sebastian - powtórzyła za nią - Oh, tak oczywiście, że go znam. On i mój ojciec kiedyś się przyjaźnili.
Niezręczność na chwilę wdarła się między nie. Wyciągnęła do niej dłoń. Drugi raz, bo pierwszy raz zrobiła to poznając nieznajomą. Ten drugi raz wyciągnęła ją do kuzynki. - Mów mi Rose - powiedziała. - Nie wiedzieliśmy o tobie - uniosła brwi w wyrazie zdumienia - Przepraszam - szybko pokręciła głową, chcąc odrzucić od siebie zamieszanie. Nie wiedzieli, bo Thalia nie wychowywała się z nimi. Dlaczego? Dlaczego nikt nie wiedział o istnieniu córki Sebatiana? - Nie chciałam być niegrzeczna.
Ciemne oczy wciąż nie oderwały się od sylwetki nieznajomej kuzynki, próbując dostrzec podobieństwa między nią, a wujem. To co wcześniej jej umykało. Mieli podobną barwę oczu i ich kształt, wąskie wargi i surowy profil.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]17.04.22 17:02
Oczy rozszerzyły się na krótki moment, cień zażenowanego wstydu przemknął przez jego twarz, kiedy go poprawiła; zupełnie tak, jakby zobowiązany był wiedzieć o niej więcej, poniekąd tak czuł, nie widział ją jako jednej z nich, z Zakonników, była gdzieś na przedzie: doświadczona bardziej niż pozostali, zdolniejsza od pozostałych. Spojrzał na wyciągniętą dłoń, ze skrępowaniem dostrzegając na niej blizny. Nie zwracała na nie uwagi, podchodziła do nich lekko, ale przecież nie były pozbawione znaczenia. Każda z nich miała swoją historię, był ich ciekaw, lecz onieśmielenie i ostałe resztki taktu nie pozwoliły mu tej ciekawości zwerbalizować.
- Ja... - Z Billym znali się bardzo długo, parę lat, z jego perspektywy to jak pół życia; łączyły ich trochę inne stosunki, bardziej zażyłe, jeszcze nim ocalił mu życie. Chciał być grzeczny, nie traktować jej bez szacunku. Skinął głową, kiedy zaproponowała przejście na ty. - Jasne - dokończył po chwili, wzruszając ramionami. Pelerynka ukrywała brak dłoni, ale nie utrudniała ruchów. - Marcel - przedstawił się, przez grzeczność, znała przecież jego imię. On też znał jej, było częścią wyliczanki szeptanej w myślach na ulicach, ilekroć mijał mury oklejone ich plakatami, nim jeszcze odnalazł go Billy. Nim skończyło się jego dawne życie i nim rozpoczęło się nowe, jeszcze trudniejsze od poprzedniego, ale też właściwsze. Czasem wyobrażał sobie tę chwilę, ale żadne z tych wyobrażeń nie przypominało rzeczywistości. Nie chciał stanąć z nią twarzą w twarz jako okaleczony złodziej. Slaby i bezradny. Bezużyteczny, nie zdeterminowany. Potrzebujący pomocy, nie gotowy jej udzielić. Było mu wstyd, dlatego kiedy próbowała pociągnąć go za język, tylko odwrócił wzrok w bok, gdzieś w zaciemniony krajobraz, nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy. Steffen był dzisiaj szczęśliwy, to miało być najważniejsze - jego kalectwo było tutaj najwyżej obiektem kpin. Pewnie wszyscy już to widzieli, bezrękiego bałwana o gniewnym wyrazie twarzy. Tym był - bezrękim bałwanem, który chciał więcej, niż potrafił zrobić. Może zasłużył sobie na tę karykaturę?
- Niewiele wiem o runach - przyznał, nie znał też Vincenta, ale tego mówić na głos nie chciał, by nie wyjść na ignoranta; poznawał coraz więcej Zakonników, ale wciąż poznawał ich powoli. Musiał być gdzieś tutaj, pośród gości, być albo jej rodziną albo jej partnerem. Z kontekstu nie potrafił wywnioskować więcej. - Ale nie brzmi to ciekawie - przyznał, trochę sztucznie unosząc kąciki ust w ledwie widoczny uśmiech. Też wolałby iść na spacer niż słuchać podobnych rewelacji. - Kiedy Steffen się o tym rozgada, trudno go zatrzymać. Może tak do rana. - W zasadzie zawsze było trudno, dodał z zastanowieniem, już w myślach. Ale to było jego święto. Z zaskoczeniem uniósł ku niej spojrzenie. Myślał, że już się zwinie, ale takiej propozycji nie mógł odmówić. - Coś się dzieje? - zapytał wprost, Cattermole był mistrzem zabezpieczeń, pracował dla goblinów, dobrze wiedział, jak jego przyjaciel przeżywał ten dzień i ile włożył w to wszystko środków ostrożności. Był zdania, że aż zbyt wiele, brak Jamesa dawał mu się we znaki. Nie czekał na odpowiedź, wolnym krokiem ruszając za nią. Mimo wszystko był dzisiaj drużbą - i jako taki był za to przyjęcie odpowiedzialny, nawet jeśli niedawne okaleczenie nakładało na niego moc ograniczeń.


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]18.04.22 15:14
Było coś uroczo zabawnego, kiedy tak peszyli się, gdy podnosiła swój stan. Cóż, wedle panujących zwyczajów, już dawno powinna była być żoną, matką, obrończynią domowego ogniska. Poniekąd wyłamywała się ze schematów. W dużej mierze przez własne wybore. W niewielkiej przez brak zainteresowania. Kiedyś właściwie była już blisko, prawie otarła się o ten stan jednak rozpamiętywanie co poszło nie tak, zajęło jej już wcześniej dostatecznie dużo czasu. Mogłaby udać, że zapomniała słowa, które wypowiedział ku niej Skamander. Związał ją obok siebie, odpychając, ale i egoistycznie wypowiadając słowa, wykonując gesty, które nie pozwalały jej całkiem odejść. Może ostatecznie, los nigdy nie planował dla niej czegoś takiego. Ona zdecydowała się to poświęcić. Zaprezentowała więc gołą dłoń obracając ją w jedną i drugą stronę. Nie czuła się jeszcze panią, wątpiła, czy kiedykolwiek się jakąś poczuje. Ale szacunek, który przez wypływał z jego określenia mile połechtał jej ego. Przytaknął krótko głową, kiedy i on się przedstawił. Tak miało być lepiej - i prościej. Szybciej.
Właściwie niewiele o nim wiedziała. Tylko tyle co powiedział Billy, ale skoro Moore mu ufał, nie miała powodów by postępować inaczej. Bardziej zastanawiająca była jego samotna obecność tutaj, tego konkretnego dnia. Z tego co rozumiała, Marcel był drużbą Steffena - dlaczego nie bawił się w środku? Zdając się posiadać bardziej humor wisielca, niźli taki pasujący do dzisiejszego wydarzenia. Próbowała pociągnąć go za język, ale bezskutecznie. Cóż, trudno się dziwić - kto spowiadał się obcym? Ona sama miała problem, żeby przyznawać się do bolączek nawet bliskim. Krótki uśmiech na chwilę zagościł na jej ustach.
- To jest nas dwoje. - zgodziła się, zerkając ku niemu swobodnie. Runy były dla niej bardziej skomplikowane od czarnej magii. Silne, zdecydowanie w pewnym stopniu zachwycające i potężne, ale nie leżały w kręgu jej zainteresowań. Nie wybrała ich w szkole i nigdy nie czuła z nimi większego połączenia. - Taa… - mruknęła na wspomnienie Steffena. - Jeśli nie wyczujesz dobrego momentu żeby im przerwać nie zatrzymasz ich póki nie skończą. - stwierdziła widocznie wnosząc już po swoim własnym doświadczeniu. Na wigilijnej kolacji u Becketta tylko przez szczęście udało jej się nie dopuścić, żeby Vincent razem ze Steffenem i Castorem nie wsiąkli całkiem w runowo zielarskie rozważania. Teraz skupiona chwilę na czymś innym, kiedy wróciła wiedziała od razu, że było już za późno. Wyszła więc, postanawiając że krótki spacer w zimowej scenerii nie będzie najgorszą formą spędzenia czasu. Jak i sprawdzenie okolicy, cóż, głównie w celu zaspokojenia swojej własnej potrzeby. Obie te rzeczy wyartykułował. Krótkie pytanie które padło i obecność obok, kiedy stawiała kolejne kroki znaczyły o gotowości do działania mężczyzny. Zaplotła dłonie na piersi, jej spojrzenie zmieniło się odrobinę, kiedy przesuwała nim wokół. - Nic, co mogłoby zaalarmować. - odpowiedziała na jego obawę stawiając kolejne kroki przed siebie, kierując się powoli w stronę obrzeży terenu. - Ale będę spokojniejsza, jeśli sama to sprawdzę. Tylko za moją głowę można się nieźle ustawić. - a w środku było ich jeszcze przynajmniej kilku. Przyznała bez skrępowania. Cóż, tak, rzeczywiście, była paranoiczką. Ale Kieran tak często powtarzał dwa słowa, że mimowolnie i jej wbiły się w głowę. - Jak mawia Kieran: stała czujność. - wypowiedziała, próbując nadać własnemu głosowi jego ton, choć nie wyszło to zbyt idealnie. Wiele było rozsądku w tym podejściu. Chwilowe rozkojarzenie mogło nieść za sobą konsekwencje, których dałoby się uniknąć. Spodziewać się niespodziewanego, to jeszcze jedno z często padających z jego ust powiedzonko. Choć takim było jedynie z nazwy. Zaakceptowanie przewrotności losu i możliwie jak najlepsze przygotowanie na nieoczekiwanie było czymś, co mogło uchronić ich wszystkich. - Jest coś budującego w dniach takich jak ten. - powiedziała nagle, nie zerkając na Marcela, wzrokiem przesuwając po rozciągającym się widoku. Bo było. W myśli, że miłość nie dała się stłamsić złu i nie chowała się, czekając na lepszy czas.
Choć dzisiaj w tej konkretnej chwili było jedynie nawykiem, który nie potrafił zamilknąć niezaspokojony odpowiednio.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Tyły ogrodu i skraj lasu Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]24.04.22 18:24
Pozostał zmieszany, gdy prezentowała wolną dłoń; nie bardzo wiedział, jak powinien zareagować. Powinien zdawać sobie sprawę z tego, że poświęcając się walce Tonks musiała poświęcić własne szczęście - lecz mimo to współczuł jej samotności. Chciał szczęścia zwłaszcza dla tych, którzy znali smak poświęcenia, zasługiwali na nie jak nikt. Nie czuł się jednak być na jakiejkolwiek pozycji, by podnosić ten temat na głos, przemilczał więc gesty. Wzajemnie wiedzieli o sobie niewiele - choć pewnie on słyszał więcej. Twarz z plakatów nie była mu obojętna, pamiętał jej pochwycenie na tamtej dramatycznie niesprawiedliwej ceremonii. Uśmiechnął się, lekko unosząc usta. Wzrok zdradzał, że nie było mu wcale do śmiechu, ale przyjemnie było przynajmniej spotkać kogoś, kto doszedł tak daleko i nie miał wcale wiedzy Steffena. Zaśmiał się bezgłośnie, spuszczając wzrok na przyprószoną śniegiem trawę; Steffenowi właściwie trudno było przerwać nawet wbijając się w moment, w którym było to jeszcze możliwe.
- Czasem najlepiej zostawić ich samych - mruknął, nieznacznie przełamując lody; nie był w nastroju na cokolwiek, jednak wspomnienie zafiksowanego na punkcie run przyjaciela wyrwało go na moment z odrętwienia. Samych, przypomniał sobie w myślach, przyciągnął prawą rękę wciąż skrytą pod peleryną do piersi, zaciskając usta; dłoń go świerzbiła, choć przecież wiedział, że nawet jej tam nie ma. Skinął głową, znał ceny za jej głowę. Za głowę reszty tu zebranych też. Przy niej - nie ryzykował niczym. Stała czujność, powtórzył za nią w myślach. Nie traktował tego jak paranoi, uczył się od tych, którzy wiedzieli i rozumieli więcej, szukając w tych dwóch słowach mądrości, której ostatnio na targu mu brakło. Czy kiedykolwiek potrafiłby... nie, to bez sensu. Był zbyt słaby, zbyt mały. Jaką mógł być pomocą dzisiaj? Żadną, myślami wciąż tkwił w ciemnej celi Tower. Nie odpowiedział też na jej dalsze słowa, nie widział w tym dniu nic budującego. Nie chciał tu być. Uśmiechy wydawały mu się lekkomyślne, a szczęście ulotne. Już w nie nie wierzył, szczęśliwie zakończenia zostawił daleko za sobą. Potrząsnął głową, próbując odciąć się od tych myśli, skoncentrować się na szumie wiatru i odgłosach natury pochodzących z obrzeży, dalej od budynku. Przystanął w pół kroku, spoglądając na pobliskie drzewa.
- Tam... - szepnął ledwie dosłyszalnie, dostrzegając między liśćmi cień przemykającego ruchu. Rozległ się trzask gałęzi, wkrótce skrajem lasu przebiegła sarna. Przyglądał się jej przez chwilę, to ona musiała odpowiadać za hałas. Przeniósł spojrzenie na Tonks, pytające.

spostrzegawczość 54


jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Marcelius Sallow
Zawód : Akrobata
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych
OPCM : 6
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 40
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f319-arena-carringtonow-wagon-7 https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]24.04.22 19:32
Zdenerwowanie nie ustępowało, a wręcz przeciwnie, wydawało się narastać. Niektórzy potrafili rozmawiać prosto, bez problemów, bez zaangażowania w to, co konkretnie musiała powiedzieć, bez większego rozważenia czy nie obrażą kogoś kolejnymi słowami. Thalia nie miała takiej swobody w wielu wypadkach, nauczona bardzo młodo, że cokolwiek nie zamierzała zrobić, cokolwiek nie powie, to będzie źle. Gdy spotykała kogoś, na kim chciała wywrzeć dobre wrażenie, gdzieś w tyle głowy budziła się ta obawa. Cokolwiek nie zrobi będzie źle, czymkolwiek się nie zajmie, będzie to niewystarczające dla kogoś bliskiego. Starania spełzną na niczym, a ona…ona będzie po prostu jak kretyn, stojąc teraz przed własną kuzynką, która w tym momencie wydawała się…zamyślona? A jednocześnie uważa? Ciężko było opisać jej subtelne zmiany na twarzy Wright, a to na nowo przypominało jej o tym, że brakowało jej podstawowej znajomości własnej rodziny. Może nie bliskiej jak rodzeństwo, ale jednak…
Przez chwilę nie spodziewała się, że Roselyn będzie pamiętać, po chwili jednak wspomniała o jej ojcu. Poczuła, że serce na chwilę zamiera kiedy wspominała, że jej ojciec „kiedyś” się przyjaźnił. Kiedyś, czyli teraz już nie? Czy w tym momencie zaczęła rozdrapywać jakieś rany, które powinny pozostać już zaleczone? Czy wypadało o to zapytać? Przez chwilę zastanawiała się, czy to była prawda, ale ostatecznie nie było już chyba co chować się albo ukrywać.
- Czy doszło pomiędzy nimi do jakiejś kłótni? – Nie zamierzała nikogo godzić ani ustawiać nagle mdłe spotkania rodzinne które nieszczególnie dobrze się kończyły, dlatego jeżeli tylko miało okazać się, że nie dało się nic naprawić, nie zamierzała ciągnąć tematu. Ale chciała wiedzieć. Jej ojciec był równie skryty co wraki na dnie oceanu, tylko wyciągnąć z niego było coś o wiele ciężej.
- Miło mi, Rose. Możesz mi mówić Thalia. Albo Thals. Albo Tully. Czy tam, cokolwiek innego przyjdzie ci na myśl, nie wiem jak się na to nastawiasz. Tylko nie Lavinia, proszę, bo to imię…to tak, dziwnie mi z nim. – Najpewniej jeżeli Rose by słyszała o niej od ojca, to właśnie pod tym imieniem. Co nie znaczy, że za nim przepadała, ale żeby powiedzieć czemu, potrzebowała na to całego wieczora, a pewnie Roselyn sama chciała skorzystać jeszcze z zabawy. Wzruszyła ramionami, posyłając jej lekki uśmiech, tak jakby w ogóle nie krępowały jej te słowa.
- Tak…nie dziwię się w sumie. Mało kto chwali się nieślubnym dzieckiem. Nie, żeby ojciec o mnie wiedział przez większość mojego życia, bo matka postanowiła oddać mnie do sierocińca. Chociaż oddać to też niezbyt szczególne słowo. – Zaśmiała się lekko, spuszczając spojrzenie. Pamiętała opowieść o znalezieniu jej na progu i tak jak w opowieściach po takim początku następowały niezwykłe historie i czyny. Rzeczywistość była o wiele mniej zachwycająca.
- Wybacz, nie jesteś tutaj aby słuchać o mojej przeszłości. Powiedz mi, jeżeli chcesz oczywiście, coś o sobie. Jesteś uzdrowicielką w lecznicy, tak? – Tam właśnie się spotkała, ale nie wiedziała nawet, czy to było chwilowe jej zajęcie, czy jednak może tam spędzała większość dni? Pociągnęła jeszcze łyk alkoholu, dla ewentualnego zastanowienia się, co jeszcze miała tutaj powiedzieć. Coś, co nie brzmiałoby zupełnie drętwo.



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 16
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Tyły ogrodu i skraj lasu [odnośnik]16.05.22 23:44

I ona również nie wiedziała jak zareagować. Co powinna powiedzieć. Jak zachować się w świetle tego co wyjawiła jej Thalia. Wszakże pozornie nie zmieniło się między nimi wiele. Wciąż były sobie tak samo obce jak kilka słów wcześniej. Wciąż nie znała jej, nie wiedziała o tym jaką jest osobą, jak została wychowana, co jej się przytrafiło, jakie życie wiodła… kogo właśnie ona nazywała rodziną. Jednak… coś się zmieniło. Pryzmat przez który spoglądała na czarownicę przed nią. W pierwszym odruchu, doszukując się tego co było widoczne - fizycznych podobieństw, refleksów pokrewieństwa rysowanych śladem spięć mięśni twarzy, ruchów. Czegokolwiek co urzeczywistniało wydźwięk słów zaginionej kuzynki. Nie, nie zaginionej. Wszakże nikt wcześniej jej nie szukała.
Dla Rose rodzina od zawsze była wartością. Ta stworzona przez uzdrowicielkę mugolskiego pochodzenia i niepokornego Szkota. Była częścią większej sieci, licznych rodzinnych powiązań łączyć ich wszystkich od Kornwalii po Highlands po północne wybrzeża Szkocji Mimo, że nieznajoma… Thalia była jej częścią. Odcięta. Niesioną na karbach wiatrów. Wciąż jednak pochodziła od nich. Powinna ich znać. Wiedzieć kim byli. Wiedzieć, że z pokoleń na pokolenie, chociaż smagani niepowodzeniami, wciąż jednak stali - hołubiąc lojalności i wartości jaką stanowiła rodzina. Nie takiej spijanej z mlekiem matki, takiej której ich nauczono. Po części dlatego tak ciężko było jej niegdyś zaakceptować to, że sama nie była stworzyć swojej - pełnej, liczącej dwójki rodziców, dzieci, wspólną myśl na przyszłość. Nie dane było jej doznać, zbudować, chociaż na przestrzeni ostatnich miesięcy miejsce tej niejako wymarzonej, zajęła miejsce inna. Taka, którą w pewien sposób sama sobie wybrała, bo nie wiązała ich krew, a jednak czuła silny związek z potomkami Diarmuida.
- Nie - pokręciła głową, w odpowiedzi na słowa czarownicy - Nie wiem. Byłam zbyt młoda, aby ktokolwiek powiedział mi o co się stało. Nie sądzę, żeby stali się sobie wrodzy. Kiedyś po prostu widywaliśmy się częściej. Twój ojciec kiedyś nawet przez jakiś czas był z nami - wzruszyła ramionami, wracając do starych, już nie tak wyraźnych wspomnień, gdy wuj Sebastian zasiadał z nimi do wspólnego stołu. Nie rozmawali o tym wiele. Tata nie wracał do tego zbyt często, a i Rose nigdy nie obnażała tego co ukryte pod kryło się za jego milczeniem. Wyfrunęła z rodzinnego gniazda, niesiona kolejnymi wydarzeniami, by po prostu dać sobie o tym zapomnieć.
Obserwowała cienie malowane na twarzy Thalii, malowane blaskiem świec i wypowiadanych słów. Wargi zacisnęły się w cienką linię. - Żaden rodzic nie powinien wstydzić się swojego dziecka. Ślubnego czy też nie - powiedziała zaskakująco twardo, w odruchu spetryfikowanej złości osiadłej na powierzchni serca. Złości na człowieka, który nie brał odpowiedzialności za swoją córkę, bo nigdy nie chciałaby ujrzeć odbicia tej samej chwili w oczach Melanie. Tego samego zawstydzenia, które kryło się w jej spojrzeniu. Uśmiechu pozbawionego wesołości i spuszczenia wzroku, które świadczyło o tym jakoby Thalia miałaby się czego wstydzić. Nie ona powinna.
Spojrzenie czarnych oczu jednak złagodniało, by po chwili i wargi przybrały subtelniejszego wyrazu, załamując się w nieznaczny uśmiech - Tak, od kilku miesięcy. Kiedyś pracowałam jako uzdrowiciel w Londynie - pokiwała głową, sięgając po kieliszek, by upić odrobinę wina. Na chwilę zamilkła, nie będąc pewna co powinna powiedzieć. Pytania o przeszłość nagle wydawały się być zbyt osobiste, nie chciała w żaden sposób sięgać do przykrych wspomnień, nawet jeśli Thalia nie zdawała się jej ukrywać - wręcz przeciwnie mówiła otwarcie, jakby szczerze. Z odwagą do mówienia o sobie, o brzydkich cieniach przeszłości jakiej nie posiadała jej kuzynka. - Właściwie to z chęcią chciałabym usłyszeć o twojej przeszłości - zerknęła na nią. - O tym co chciałabyś o niej powiedzieć. Wiesz, że jestem uzdrowicielką, a ty kim jesteś, Thalio? - ciemne oczy wciąż nie spuszczały z niej wzroku, świadoma małych niezręczności, sztuczności jakie się między nich wkradły. Dlaczego miałaby oczekiwać czegokolwiek innego? Nie znały się i nie było nic swobodnego w próbie poznania się. Przecież to nie przyszło naturalnie, z czasem. Wpadły w tą sytuację, a Rose nie należała do zbyt kontaktowych osób. Słowa Thalii nie były jej jednak obojętne i to chciała pokazać. Podeszła do Wright, obnażyła skrawek swojej przeszłości. - Wcześniej też wydawałaś mi się znajoma, uczęszczałaś do Hogwartu, prawda? - zagadnęła ją ponownie.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Tyły ogrodu i skraj lasu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach