Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Z oddechem dawnych dni
AutorWiadomość
Z oddechem dawnych dni [odnośnik]20.09.21 1:30
...koszmary ześlę ci
i have found so much beauty in the dark,
and i have found a lot of horror in light.

Londyn, okolice magicznego portunoc z 31 marca na 1 kwietnia, 1957 rok

Jest tylko pisk. Wysoki, wibrujący, niepozwalający zebrać myśli. Mruga raz, drugi, ale nieznanego pochodzenia pył wdziera się do załzawionych nagle oczu, do nosa, rozchylonych w zaskoczeniu warg, tańczy na przygryzionym języku rozlewającą się goryczą oraz metalicznym posmakiem i może tylko kaszleć, kaszleć w tej marnej próbie oczyszczenia płuc. Wszystko dwoi się i troi, a kiedy sądzi, że wyciąga przed siebie rękę, tak otumaniony umysł nie potrafi zarejestrować ruchu, bliskości kamiennego bruku tuż pod cienkim pergaminem skóry i uderzenia, jakie się z tym wiąże. Kiedy w ogóle upadła? Próbuje skupić wzrok na palcach, smukłych, szczupłych, dotąd jasnych oraz zadbanych, ale ich kontury zamazują się, opuszki zrosiło błoto, naskórek piecze od zderzenia z podłożem, bladą skórę znaczą ciemne plamy, których w panującym półmroku nie potrafi rozpoznać. Kuli się, zbierając siły zbyt skołowana, by zastanawiać się nad ich brakiem, kiedy usiłuje stanąć na nogi, acz pierwsza próba kończy się promieniującym bólem od i tak zdartych kolan. Chyba spomiędzy ust wymyka się jęk, tylko nie może go usłyszeć, bo wszystko nadal zagłusza ten cały pisk, który nie zamierza w żaden sposób ustać. Zaciska zęby, tym razem oparcia nie szukając na ziemi, a na ścianie obok, na którą opada niemal całym niewielkim ciężarem ciała. Wszystko jest zbyt wolne. Każdy gest, westchnienie, uderzenie serca. Obrazy w głowie niby morskie fale chaosem uderzają o brzeg istnienia, żołądek zaciska się napływ mdłości wywołując i Finnie po prostu nie wie, co się dzieje. Jeszcze moment temu - na pewno moment? Może to była chwila, minuta, godzina, cała wieczność rozciągnięta w nieskończoności wysokiego dźwięku zawodzącego w uszach - chyba się śmiała, zaczepne słowa rzucając w stronę - czyją? kogo? co się dzieje? - nim skręciła w kocią aleję. A potem. Marszczy delikatnie brwi. Potem był pył. Wirowanie, migotanie, aż wreszcie ciemność. Bierze głęboki wdech, prostując się. Może jeśli wróci zza zakrętu, może osoba, do której mówiła wciąż tam była, może powie, dlaczego czuje się, jakby stratowało ją stado owiec. Ha! Chichot wydziera się ze ściśniętego gardła, bo Londyn osaczony przez stado zwierząt pokrytych wełną jest nagle najśmieszniejszą rzeczą, jaka tylko może być. Wypiła za dużo? Krok za krokiem, wspierając się o kamienny mur idzie swoimi - swoimi? gdzie była? co jest? dlaczego myśl plącze się i umyka? - śladami i chwieje się niebezpiecznie, bo ściana kończy się w niepodobnym sobie miejscu, ostre kanty cegieł wżynają się we wnętrze dłoni, ale to nie jest ważne. Nie jest ważne. To. Nie. Jest. Ważne. Bo popiół oczu patrzy przed siebie, na kształt widoczny w łunie światła bijącego od obcego źródła, którego była pewna, że wcześniej nie było. I widzi wełniany sweter w wyszywany w tańczące kaczuszki - oww Sammie, babcia wydziergała ci ubranko? Śmiej się Fin, mi przynajmniej jest ciepło, tobie zostaje tylko twoja oziębła osobowość! Ale nadal czarująca Sammie, nadal czarująca! - tylko zamiast jego znajomej zieleni, zmienił się barwą w szkarłat i dostrzega drobiny gruzu, a kiedy oczy śledzą nieruchomą linię torsu, łuk szyi, tak wreszcie trafiają na twarz. I Finley zastanawia się głupio, czy ludzie naprawdę mają tyle zębów? Czy ta różowata masa pokryta mazią wyzierająca z dziury, która niegdyś była twarzą znajomego grajka, jest tym, co nazywają umysłem? Czy ta breja to to, co siedziała im w głowie? Pisk ustaje raptownie. I wreszcie słyszy. Słyszy trzask ognia pochłaniający łapczywie najbliższą kamienicę, zawodzący wrzask dziesiątki głosów niosący się po ulicy, wybuch gdzieś niedaleko i chyba kątem oka dostrzega nawet błysk zaklęć, ale nie potrafi oderwać wzroku od Sammiego. A potem wymiotuje. Tak po prostu. Przed siebie. Nie bacząc, czy to wypada, czy tak powinna zachowywać się dobrze wychowana dziewczyna, spędzająca miły wieczór w gronie znajomych. Co było tak silne, by mogło wywołać takie rany? Znowu nie rozumie, kiedy ociera wierzchem ręki wargi, a przecież odpowiedź jest tuż przy niej, w zniszczonym budynku, w płomieniach pożerających metalowe pojazdy - jakie znowu chody Sammie? I gdzie mieszczą się w tym konie? - w ciele, które było kiedyś naprawdę miłym chłopcem. Krzyk, tak bliski, jakby ktoś wrzeszczał w niewielkiej odległości za nią, wyrywa ją z otępienia. Jones rozgląda się i widzi chaos, chaos, chaos. Ciemną sylwetkę ciągnącą za sobą wyrywającą się kobietę, a potem chyba pada nazwa zaklęcia i zapada cisza. Cisza. Niewidoczne włoski na karku stają dęba, niepokój przeradza się w czysty strach i instynkt, ten sam, który zawodzi ku niej co noc, gdy wpatruje się w sufit wagonu wymalowany lampionami - nakazuje biec. Po prostu biec, przed siebie, szybko. Teraz. Natychmiast. Już. I blondynka zrywa się, nie patrzy, nie szuka innych, po prostu biegnie na oślep. Byle dalej od mazi, od milczenia obcej kobiety, od postaci wyłaniającej się z ulicy. Finley po prostu biegnie, nie myśli, nie zastanawia się, ucieka tak, jak ucieka przed każdym swoim problemem. Bez oglądania się za siebie. Skręca gwałtownie, bo ktoś nagle się wyłania i wyciąga różdżkę, ale Fin jest szybsza, skręca w ślepą uliczkę, jednak ta nie jest końcem. Nie jest niebezpieczeństwem, póki widzi stos beczek, na które wskakuje ze zwinnością i wybijając się na stopach, ląduje na murku, z którego zeskakuje. Uciekaj, uciekaj, uciekaj. Jak zwierzę, któremu przeznaczona jest tylko rzeź, ratuj się Finley Jones, nim będzie za późno.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Z oddechem dawnych dni Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Z oddechem dawnych dni [odnośnik]21.09.21 22:08
Nie było świata bez wojny, a nawet jeżeli był, Silasowi nigdy nie pozwolono go poznać.
Gdy druga wojna światowa pożerała Europę, on chował się w zamglonych murach rodzinnego miasteczka. Murach słabych, cienkich i chwiejnych, nadal jednak niezburzonych przez krążące na niebie samoloty. Zbyt mali, by ktoś ich zauważył, gdy grożono spuszczaniem pocisków i za mało istotni by ktoś zechciał się nad nimi nachylić, gdy następstwa wojny odbierały im szczątki normalnego życia. Ludzie w zimnym, szkockim Shandwick nie umierali na froncie, nie dotykały ich bombardowania - przyszła po nich bieda. Lepka jak smoła, ciężka i twarda jak czubek wojskowego buta. Bieda była cichą kostuchą, a za głód nie dostawało się orderów.
Groby były płytkie, a płomienie świeczek północny wiatr gasił w kilka sekund.
Wtedy mówiono mu, że wojna się skończy i przyjdzie lepsze. Czekał wiec, zaciskając oczy pod gryzącym kocem na twardym materacu swojego łóżka, a gdy w czterdziestym piątym radio w pubie krzyknęło o podpisanych porozumieniach, Silas czekał nadal. Nikt się nie cieszył, lepsze nie przyszło. Dawno o nich zapomniało - o nim, o jego matce, o ludziach z Shandwick. Lepsze nie miało odwagi zaśmiać się im w twarz, lepsze zostawiło biedę i żałobę, a potem podpaliło jego rodzinny dom i wygnało go na ulicę.
Na ulicę, na której gorzała kolejna wojna.

Być może wtedy, w roku pięćdziesiątym siódmym, był gotowy. Czuł znajomy smród spalenizny w powietrzu od samego rana - zapach nieszczęścia i paniki, zapach który stałe przypominał mu o lęku, który czaił się w nim bez przerwy i który układał w głowie i na płótnie krwawe koszmary. Spędził więc większość dnia na swoim poddaszu, trzęsąc się z zimna w przepoconej pościelii, starając się nie patrzeć na swoje obrazy, które wyciągały do niego długopalczaste, kościste dłonie. Wydrapią mi oczy, wyrwą płuca i przedziurawią serce. Zjedzą mnie.
Były głodne. Pożarły go wiec w koszmarach, które nadeszły, gdy tylko znów zamknął oczy, a własna panika i otaczający chłód utuliły go do snu.

Obudził go huk - być może na zewnątrz, być może we śnie. Czerwień pod powiekami była jednak niezbywalną oznaką realności. Żył znowu, a świat znów był prawdziwy.
I płonął.

Ledwo pamiętał kolejne minuty, gdy te były jedynie przebłyskami jaskrawych obrazów. Najpierw krzyki, potem deski skrzypiące pod jego stopami, pognieciona koszula rozpięta na piersi i schody w dół ciągnące się bez końca. Nie był pewien dlaczego biegnie, tkwiąc wciąż w tym półśnie - nadal w koszmarze. Nie dobiegł do parteru, ciało zatrzymało się w połowie pierwszego piętra, a serce zalomotalo szybciej. Nie rozumiał, ale krzyk rozdzierał mu głowę, a gdy do nozdrzy znów dotarł swąd spalenizny, żółć napłynęła do gardła. Uciekaj, coś mówiło, ale Silas przecież dawno przestał martwić się o siebie. Ktokolwiek krzyczał, krzyczał na zewnątrz.
Szybkim, gwałtownym ruchem otworzył okno na półpiętrze kamienicy. Stara rama jak zwykle stawiała opór, ale on znał już ten zamek, znał okoliczne budynki i ich nierówne dachy. Znał tez doskonale dźwięk obcasów butów uderzających o jeden z nich - ten niski, nad podwórkiem, zaraz przy ciemnej uliczce, w której zwykły czaić się tutejsze szumowiny. Wzrok wyostrzał sie chwilę, ale w końcu dostrzegł kontury. Młoda dziewczyna o bladej twarzy i policzkach zarumienionych od zmęczenia. Nie myślał długo - wskoczył na parapet, przecisnął przez okno, a potem zjawił się przy niej, obejmując ją ramieniem w talii i ciągnąc w kąt między dwiema ścianami kamienic, zrośniętych ze sobą niczym syjamskie bliźnięta.
- Ktoś za tobą biegł? - wydusił cicho nad jej uchem, choć w roztrzęsionym głosie słychać było coś zupełnie innego.
Co się dzieje?






the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Re: Z oddechem dawnych dni [odnośnik]03.10.21 14:59
Koniec smakował deszczem, zimnymi kroplami znaczonymi solą, wilgocią brązowych kosmyków przylegających do skroni, drżeniem jasnych, małych rąk oraz słabnącym swądem spalenizny. Wyglądał czernią kłębiących się chmur, lśniącym hebanem mokrych łusek, rozchylonym w ostatnim ryku pyskiem, aż w końcu bezwładnym potężnym cielskiem ugodzonym przez pioruny oraz magię wciąż wibrującą w powietrzu. Czuła go w mroźnych pocałunkach wiatru muskających bladą skórę, w chłodzie srebrnej powierzchni pod opuszkami palców, w kruszącym się, a zarazem zamarzającym sercu. To był koniec. Ten własny, prywatny, miażdżący wnętrze, niszczący ducha. Ten egoistycznie zawłaszczający ból całego świata dla tej jednej chwili. Nie było w nim strachu o metalowe bestie naruszające przestworza, ani o kurczące się racje żywnościowe, o przemoc mogącą naruszyć spokój klanu smoczych samozwańczych strażników - była wtedy zbyt młoda, by zrozumieć lęk, zatracić się w głębi bezradności. Teraz jednak chłonęła te emocje, odbijające się w szeroko otwartym popiele oczu, w strużce krwi wypływającej z kącika pełnych ust, w pieczeniu płuc, gdy ściśnięte gardło nie godziło się na bezpieczne poprowadzenie doń oddechu. Krzyk grzązł w piersi, lecz wyrażały go dziesiątki innych głosów, mieszające się ze sobą w ogólnej kakofonii przerażenia, bólu, niezrozumienia. Coś wyło, zawodząc swoją metalicznością, nawołując, ostrzegając w sposób, który tylko mugole pojąć mogli. Ognie sięgały okien, szyby pękały z głośnym trzaskiem, budynki upadały wymierzonym zaklęciem oraz kolejnymi wrzaskami, a Finnie mogła tylko biec. Z tymi samymi drobnymi dłońmi skrywającymi uszy, z przesyconym paniką spojrzeniem dostrzegającym wokół błyski zaklęć, inne podążające na jej wzór sylwetki i te ciemniejsze, groźniejsze, od których należało czym prędzej uciekać, uciekać, uciekać. Brawura nie pląsała w jej duszy dumną skrą, nie szeptała by sięgnęła po własną różdżkę, by czarem na klątwy odpowiadała - w przestrzeni umysłu widziała tylko różową maź, wystające zęby, czerwień, czerwień, czerwień, mnogość czerwieni. I obłe kształty, bezwładnie spoczywające na bruku ulic, pozbawione ruchu, pozbawione ż y c i a. Głowa jej pękała, kolana przyprawiały o dyskomfort, nie mogła pochwycić żadnej logicznej myśli. Kierował nią czysty instynkt, potrzeba najzwyklejszego przetrwania, kiedy niebo upadało na nich z impetem, odbierając znaną sobie normalność, osadzając ich tym samym w ramach jakiegoś koszmaru. Koszmaru, z którego nie szło się wyrwać, pomimo zręczności, mimowolnej gracji zawartej z przeskoczenia przez murek. Przystanęła, plecami opierając się o ścianę jednej z kamienic, nie mogąc nabrać wdechu, nie potrafiąc zapanować nad uczuciami. Palce przesunęły się po osmalonych pyłem policzkach, po których spływały strużki łez. Kiedy zaczęła w ogóle płakać? Ramiona opadły, trzęsąc się bardziej niż przysłowiowa osika i nim się zorientowała, już kucała, obejmując ramionami kolana. Chciała łkać niczym mała dziewczynka, potrzebowała wrócić na Arenę, pod ciepło swojego koca, zanurzyć się w bezmiarze pościeli i zapomnieć, ślepo wierzyć, że Carringtonowie ochronią trupę przed wszystkim, co złe. Co jeśli jednak zastanie namioty w ogniu? Co jeżeli pierwsze usłyszy, to miast okrzyków powitalnych, to ryk umierających zwierząt? Co jeśli ziemię ścielić będą ciała Nailah, Nory, jej ukochanych chochlików? A różowa maź wyzierać będzie spomiędzy pszenicznych kosmyków? Nie chciała się ruszyć, nie mogła wrócić, ale nie powinna też zostać. Słyszała przekleństwo, pośród tej nawałnicy krzywd oraz przemocy. Siąkając nosem, wyprostowała się i opierając o ścianę, zebrała wszelkie resztki odwagi, by dalej iść, by wreszcie biec, znaleźć bezpieczny kąt, przeczekać. Wyjście na jedną z ulic było tak blisko, otumaniony umysł już snuł plany na drogę powrotną, gdy czyjeś ramie pochwyciło ją w pasie, lekkie ciało uniosło się, roztańczone stopy utraciły kontakt z podłożem, kiedy zabierano ją ku cieniom i Finley widziała tylko ciemność. Mięśnie zesztywniały, skóra oplotła ciasno kości i wszystko w niej zawodziło, niby konająca stwora, że nie można jej dotykać, że nie wolno, że ona nie chce.
- Nie, nie, nie, nie, nie - maniakalne szeptanie przerodziło się w rozhisteryzowaną iskrę, nakazującą wić się, wyrywać, szarpać, wbijać półksiężyce paznokci w trzymające ją przedramię, kopać rozpaczliwie w złudnej nadziei, że napastnik ją puści. Że nie skrzywdzi, że nie złamie, że nie doprowadzi do wibrującej ciszy oraz szklistych tęczówek - NIENIENIENIENIENIE - krzyczała, czy szeptała? Mówiła, czy to tylko wszystko w niej wrzeszczało, a głos Finley i Finelli złączył się w jedno - PUSZCZAJPUŚĆZOSTAWZOSTAW!!!! - nie było dobrej wiary, wszystko niszczało, każdy gest traktowany był jak atak, a ona zamierzała się temu opierać, bo co innego mogło uczynić spanikowane dziewczątko? Zastygła w bezruchu raptownie, gdy ponad jej szarpaniną wzniosły się krzyki. Obce, wysokie, mające w sobie tyle pierwotnego cierpienia, tyle udręki, że wzniosły się ponad znane oktawy, wywołujące mdłości, dreszcz na skórze, unoszące niewidoczne włoski na karku. Na gwiazdy, ona tu umrze, uświadomiła sobie, zginie tutaj, padnie i nikt się o tym nie dowie. Nikt jej nie odnajdzie, nie zapłacze, nie pochyli się nad prochami. Eilidh Tańcząca, to naprawdę jest koniec, ten najprawdziwszy z możliwych.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Z oddechem dawnych dni Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Z oddechem dawnych dni [odnośnik]14.10.21 23:55
Koniec smakował sadzą, kurzem zbierającym w kątach kamienicy, ciemnymi lokami przyklejającymi się do oblanego zimnym potem czoła, drżeniem zmęczonych, kościstych dłoni, smrodem spalenizny, który nigdy nie miał zniknąć, bo żył gdzieś głęboko w jego płucach. Koniec przychodził jak zwykle jednocześnie zbyt nagle i zbyt wolno, odwlekał w czasie jego cierpienie i szczerzył się do niego szeroko, niczym stary przyjaciel. Koniec przez lata obiecywał tak wiele - obiecywał, że nadejdzie szybko, że tknie go bezboleśnie, obiecywał ulgę i oczy zamknięte jak we śnie. Teraz do niego machał, jego brudna dłoń wyłaniała się z londyńskiej mgły i ciężkiego dymu kłębiącego się nad dachami, a Silas czuł jak wyciąga się ku niemu, próbując chwycić go za poły rozpiętej koszuli.
Dlaczego uciekał?
Uderzył zbyt mocno tyłem głowy o chropowatą, ceglastą ścianę kamienicy, gdy dziewczyna szarpała się w jego ramionach. Poczuł krew spływającą po karku, wkradającą się na kołnierz - wydała mu się gorąca niczym wrzątek, a świat znów zawirował. Wszędzie szaro pył drażnił jego płuca, dziewczęce paznokcie wbijały się w jego skórę. Syknięcie - głośne i ostre, a potem gwałtowne przekleństwo ozdobione twardym akcentem. Krzyki. Coraz więcej. Słowa zbijały się w jeden, długi dźwięk, a za nim nadal te wybuchy, te płacze i trzaskające w ogniu deski. Powinien ją puścić, ale głowa bolała, on panikował, więc zamiast tego ścisnął ją mocniej, jakby próbował utrzymać w miejscu niegrzeczne dziecko.
Nienienienienienie.
- Przestań! - jego głos brzmiał surowo i ochryple, jakby dym wdarł się do gardła na stałe jakby przeżarł tkanki i ścisnął serce. - PRZESTAŃ! - powtarzał, a głoski nadal się łamały, zacierały i ginęły w krzyku. Ramię zaplatało się ciaśniej wokół drobnej talii, a druga ręka zacisnęła się na ramieniu tak mocno, że Silas czuł jak skóra pod materiałami ubrań przylega do kości. - Zamknij się albo oboje tutaj zdechniemy! - warczał, wiedząc, iż każde kolejne szarpniecie, każde kolejne kopniecie i paznokieć wbity do krwi w skórę jego przedramienia pozbawiały go sił, a on słabł i znikał powoli, rozpływał się w tym pełnym śmierci powietrzu.
Rozpływała się też adrenalina w żyłach i realizm świata zaczął do niego wracać.
Nienienienienienienie.
Oddech ugrzązł w przeponie, szczeka zacisnęła się niebezpiecznie. Chłód wgryzł się głęboko w skórę, zasłoniętą jedynie po części zbyt cienkim, białym materiałem, a długie palce zmęczonych dłoni zaczęły mrowić, jakby wbijały się w nie tysiące drobnych igieł. W ustach rozlał się obrzydliwy smak metalu - krew z rozciętej wargi, której musiał się nabawić, gdy dziewczyna uderzyła go tyłem głowy. Ta rana bolała jednak mniej niż rozcięta skóra na potylicy i drażniła mniej niż kosmyki ciemnych włosów posklejane wolno spływającą krwią.  
Nadal nie puszczał.
Pożałował swojego ruchu, gdy wypluwał krew na brudny dach półpiętra, nadal próbując trzymać dziewczynę unieruchomioną. Przez moment zapragnął ją puścić i wrócić, zamknąć się na strychu, ukryć za drzwiami i czekać - na śmierć, na koniec. Wiedział przecież, że przyjdą po niego pewnego dnia, a jednak gdy usłyszał głośne i szybkie uderzenia kroków na schodach za oknem, mimowolnie wstrzymał oddech i cały napiął się jak struna. Dłoń z ramienia jego towarzyszki uniosła się do jej ust i zacisnęła mocno, próbując desperacko stłumić wszelkie dźwięki.
Zamknij się.
- Nie skrzywdzę cię - wyszeptał gdzieś nad jej uchem, ale głos był tak cichy, że gubił się w kolejnych powiewach wiatru.




the voice that urged Orpheus
When her body was found, I'd be the choiceless hope in grief that drove him underground

Silas Macaulay
Zawód : Malarz koszmarów
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
i who am
haunted and haunting
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10513-silas-macaulay https://www.morsmordre.net/t10556-desdemona#319901 https://www.morsmordre.net/t10557-malarz-widmo#319932 https://www.morsmordre.net/f405-old-compton-street-13-6 https://www.morsmordre.net/t10690-s-macaulay?highlight=S++Macaulay
Z oddechem dawnych dni
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach