Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
[SEN] I come alive forged in fire
AutorWiadomość
[SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]08.10.21 17:04
Trzynaście lat temu miała mieć męża, zostać żoną, podwładną, nagrodą za obietnicę sojuszu między dwoma krainami. Jej ojciec był parszywym głupcem, sądząc, że byle młódka zapobiegnie rozlewowi krwi, nie to jednak było samo w sobie odrażające. Została oddana, jak pies; wyrzucona, jak niechciany, zbędny przedmiot, przecież córki w przeciwieństwie do synów, były jedynie zbędną gębą do wykarmienia i odziania. Tak, może większość córek wpasowywała się w te ramy, ale nie ona, nie ta, która udowadniała swą wartość w walce z braćmi. Nie ta, która była traktowana na równi z mężczyzną, której skrzywdzenia nie karało się śmiercią. Wtedy myślała, że została stworzona do wyższych celów, ale ojciec widocznie miał zupełnie odmienne zdanie. Sprzedana za coś, co nigdy nie miało się udać. Oddana w dobrej wierze, że ów przywódca, z pozoru będący protagonistą, którego wystarczy stłumić byle propozycją ugody w celu zaniechania rebelii, będzie dobrym i oddanym mężem dla córki, jedynej córy własnego wroga. Po dziś dzień na wspomnienie tego bzdurnego myślenia na ustach kruczowłosej dostrzec można było pogardliwy grymas, doprawiony pustym parsknięciem, które z wolna zmieniało się w szyderczy śmiech podszyty dozą szaleństwa.
Człowiek, który ją dostał wcale nie był dobry, może świat widział go takim, przecież miał perfekcyjnie skonstruowane maski i idealnie potrafił odgrywać każdą rolę, byle tylko omamić i oczarować, zagarnąć swój cel. Ludzie go uwielbiali, wierzyli w jego poglądy, szli za nim na wojnę. Kochali go mimo jego wad, mimo tego, że skazywał ich na powolną śmierć głodową, gdy chciwie zagarniał dla siebie większość racji żywnościowych. Wierzyli w niego mimo, że porywał ich dzieci na wojnę. Darzyli zaufaniem demona, który latami torturował, katował i gwałcił kobietę, ku uciesze najbliższych sobie druhów. Czy i na to jego poddani reagowaliby entuzjazmem? Na okrucieństwo wobec niewinnej istoty, która zwyczajnie obdarowana została złą krwią, niepożądanym pochodzeniem? Wciąż potrafiła wymienić większość określeń, którymi ją nazywali, gdy przecinali jej posiniaczoną skórę i żadne z nich nie było godne damy, młodej kobiety z pozoru nie obeznanej ze światem rządzonym przez mężczyzn. Nigdy jednak nie złamali jej kręgosłupa, nie zmusili do ugięcia karku, okazania słabości i przede wszystkim - przenigdy nie ukorzyła się przed tym mężczyzną. Każdy jej protest kończył się bólem. Cierpieniem, które wraz z ubiegiem lat zaczęło być odurzająco uzależniające, więc walczyła, walczyła za każdym razem bardziej zaciekle tylko po to, by zadali jej ból, by ciepła ciecz w kolorze czerwieni zaczęła spływać strużkami po jej skórze. Nic nie dały kary w postaci ucinania palców, straciła łącznie cztery, po dwa na dłoń, wykrwawiała się pod czujnym okiem tych, których jedyną powinnością było pilnowanie, by niebieskooka utrzymywała przytomność. Każde tortury z czasem się nudzą, tym bardziej te nie przynoszące odpowiednio zamierzonego efektu i tak było również j tym razem. Wymyślono więc kolejną sztuczkę - zaczęto głodzić zniewoloną niewiastę, wyniszczać jej zmęczony organizm. Traciła siły, walka była z każdym dniem trudniejsza. Jej psychika płatała figle, zaczynała śmiać się przy torturach, a jej szyderczy, podszyty bólem głos niósł się echem po kamiennych ścianach. Kończyła się, odlatywała w nieznaną krainę ciemności, traciła świadomość na zbyt wiele czasu, mając przez to ogromne luki w pamięci, których jednak nigdy nie żałowała, przecież jej życie polegało w kółko na tych samych rutynach, nie musiała ich pamiętać, by móc je sobie wyobrażać.
Perspektywa odwetu chyliła się ku upadkowi i gdy wszystko wydawało się być przesądzone - los ponownie postanowił zaskoczyć, zsyłając mężczyznę, który widział w niej coś więcej niż niewolnika. Obserwował ją latami, nie podejmując żadnych działań, było w tym coś niepokojącego, brutalnego i plugawego, ale czy którekolwiek z nich miało wówczas inne wyjście? Zaczęło się od przemytu jedzenia, które stopniowo pozwało na odzyskanie sił i przyzwoitej wagi, skrupulatnie ukrytej w i tak zbyt dużych łachmanach. W międzyczasie wyleczone zostały jej rany, nie wzbudzając tym żadnych podejrzeń, przecież jej skóra i tak od lat była poznaczona wiecznie otwierającymi się zbliznowacieniami, kto mógł zwracać na to większą uwagę? Ostatecznie otrzymała wsparcie sześciu zupełnie obcych jej mężczyzn. Tych, którzy zawsze obserwowali, nieliczni uczestniczyli w torturach, na żadnej twarzy nie dostrzegała współczucia, lub zwyczajnie nie chciała widzieć ich słabości. To z nimi, po wielu miesiącach nocnych przygotowań, treningów mających na celu odbudowanie formy, rozpoczęła swój odwet, prywatną zemstę, próbując odnaleźć wewnętrzną nemezis skąpaną w krwi wrogów. Zabiła każdego mężczyznę który ją dotknął, każdą kobietę, która jej nie pomogła, jednak ten rozlew krwi nie był wystarczający. Miała wrażenie, że każde poderżnięte gardło, każda spływająca po dłoniach krew, każdy jęk, wydobywający się z umierających ust, jest niczym w porównaniu do lat jej cierpienia. Zupełnie jakby ofiarowała wybawienie światu zabijając tych ludzi. Pozbawiała więc życia całe rodziny ciemiężycieli, niezależnie od wieku i płci, chcąc wyzbyć się ich nazwisk z kart historii. Niedoszły mąż stał się jej własnym więźniem, któremu nie podarowała szansy na wieczny odpoczynek, bestialskim sposobem zmuszając do oglądania każdej śmierci człowieka z jego świty. Miał pozostać z nią już na zawsze, zapewniając chorą rozrywkę, spełniając każdą, coraz bardziej krwawą zachciankę. Należał teraz do niej i zamierzała wynagrodzić mu każdy rok ich wspólnego pożycia, chciała go dręczyć tak długo, aż jego umysł zostanie zatruty chorobą, niezdatny do myślenia. Aż poczuje się tak, jak ona wtedy.
Zawsze mordowała powoli, delektując się wyrządzaniem krzywdy i poczuciem wyższości, swego rodzaju przewagi. Skrupulatnie, krok po kroku, zdobyła szacunek wśród ludu, bo choć kobieta była szalona, to jednak zapewniała poddanym wszystko, czego potrzebowali. Nie musieli już więcej głodować, nie zabierała matkom synów, nie wysyłała z premedytacją w bój tych, którzy tego nie chcieli. W kilka lat przyniosło jej to chlubę, a zwróciło się z nawiązką, gdy zasiadła na tronie, tuż po tym, jak zabiła własnego ojca. Była królową, władczynią, panią świata. Osiągnęła wszystko, czego tylko pragnęła. A przynajmniej tak jej się wtedy wydawało…


Ciszę w pomieszczeniu przerwał paraliżujący, sztuczny, nasilający się furiacki śmiech. Kruczowłosa właścicielka głosu właśnie zatapiała się w lekturze listu, otrzymanego z misji, która miała zapobiec narastaniu sił rebelii. Znaleziono i ostatniego z pięciu zdrajców, z grupy tych, którzy niegdyś sami ocalili ją z niewoli, tych, co przysięgali stać z nią ramię w ramię. Pięciu zdezerterowało, zabierając swojego wycieńczonego władcę, wykorzystując błąd popełniony przez szaleństwo i chciwość obecnej uzurpatorki – przecież mogła go zabić, gdy tylko dostrzegła kłopoty, zamiast tego wolała codziennie karmić się jego bólem. Został z nią jeden, jedyny z tamtej grupy. Ten, który był jej prawą ręką, któremu ufała bezgranicznie, który potrafił za każdym razem udowodnić swoją wartość poprzez realizowanie celów z pozoru niemożliwych. Poprzez zdradę pozostałej piątki był na świeczniku, ludzie gadali, pojawiały się plotki, próbowali szeptać swojej królowej pozornie dobre rady o sposobie w jaki należało w tym przypadku postąpić. Od dwóch miesięcy nie powracał z misji, nie było z nim kontaktu, nie zostawiał śladów i tu powstawała rysa na szkle zaufania. Czyżby odnalezienie zgubionego niewolnika, niedoszłego męża władczyni i sprowadzenie go żywego było dla niego zbyt trudne? Może zginął z jego ręki? A może również zdradził swoją królową i powrócił w dobrze znane mu szeregi byłego władcy? Pytań było tak wiele, a dotąd nie doczekała się na żadne z nich odpowiedzi. Była jednak przygotowana na potencjalnie każdą okoliczność.
Podniosła głowę znad listu, kierując spojrzenie stalowoniebieskich oczu w stronę dźwięku dochodzącego zza zamkniętych drzwi. Spięła mięśnie, zaciskając dłoń na oparciu tronu. Kto śmiał nachodzić ją o tej niewdzięcznej porze? Kto mógłby narażać się na utratę głowy, byle tylko zakłócić jej spokój i spoczynek?
Gdy tylko drzwi otworzyły się z hukiem, na usta kobiety wpłynął leniwy uśmiech, nie mający nic wspólnego z wyrażeniem przyjacielskiego nastawienia, czy uciechy. Gdzieś w głębi swojej czarnej duszy z pewnością poczuła zalążek czegoś, co można było nazwać odzwierciedleniem tęsknoty, ale to uczucie zniknęło tak prędko, jak się tylko pojawiło. Chciała wypytać o wszystko, usłyszeć o tym, co się działo w świecie jej poddanych i jak potoczyła się sprawa zaginionego niewolnika, ale nie mogła odsłonić uczuć i zainteresowania, wiązałoby się to z okazaniem słabości. Zachłannie zassała powietrze do płuc, przy czym wydobyła z siebie przeciągły świst. – Nie spieszono ci było z powrotem – głębokim głosem skierowała przytyk w stronę nowoprzybyłego mężczyzny, który miał na celu urazić, zakłuć odbiorcę. Z wolna przesunęła dłonią po nieosłoniętym sztylecie spoczywającym na własnych kolanach. Rozcięła, ni to przypadkiem, ni to specjalnie, opuszek palca wskazującego i uśmiechnęła się szerzej, jakby to, co zrobiła ją zadowoliło, zupełnie jakby krzywda dawała swego rodzaju ukojenie, wyciągała truciznę zaszytą pod skórą. Jej twarz zaledwie kilka chwil później zastygła w surowej postaci, a kobieta powróciła wyczekującym spojrzeniem do mężczyzny. Nie uśmiechała się już, choć przyznać było trzeba, że w tej postaci wyglądała bardziej ludzko i przystępnie niż w jakiejkolwiek innej. To teraz od przybyłego zależał dalszy przebieg tejże wizyty.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
[SEN] I come alive forged in fire Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]15.10.21 23:43
Uniżony sługa Lugosa Prawego był Legatem najważniejszej prowincji Imperium, przodującym w militarnych zasługach jego armii. Nie pamiętał już, kiedy zaprzestał karmić się wiarą w fałszywe ideały niegdysiejszego władcy. Społeczeństwo mamione idylliczną wizją jedności i potęgi łykało największe łgarstwa, jak gdyby w ich głowach zaszczepiono powinność służenia temu jedynemu, nieomylnemu, którego propaganda nieświadomie odbierała wolną wolę wszystkim, którzy wpadli w jej sidła. Lugos posiadał jednakowoż istotną wadę, obok której szczególnie najwierniejsi nie mogli przejść obojętnie; mentalna lustrzyca czyniła go tak wielkim egocentrykiem, że gdyby jego bęcwał tożsamy był z ego, a lojalność poddanym z jego niewielkim fiutem, to nawet nie wiedziałby, że takowego posiada. Im bliżej niego znajdował się Hannibal, tym więcej wad dostrzegał w swym przywódcy, ale posłusznie wykonywał jego wolę, w konformistycznej naturze czerpiąc korzyść z obecnego stanu rzeczy. Przez wiele ciemiężycielskich lat nie było osoby godnej obalić ówczesnego władcę, czy to z obaw, braku wpływów, planów, kompetencji, a może powszechnego służalstwa i wygody, bo łatwiej było przyjąć słodkie kłamstewka niż gorzką prawdę. Tacy, jak Hannibal nie mogli narzekać, zyskiwali bowiem najwięcej: opływali w precjozach, dostawali w ożenek najpiękniejsze kobiety, dysponowali potęgą swego władcy i prowadzili go ku zwycięstwu. Ale ten wciąż czuł się niedoceniony przez chciwość Lugosa Prawego, którego przydomek miał z prawdą tyle wspólnego, co stwierdzenie, że sam go sobie nie nadał. Od pewnego czasu magiczny legat zyskał nową powinność opieki nad przyszłą żoną przywódcy, co w przełożeniu oznaczało bestialskie, krwawe i niezrozumiałe dlań tortury, które uprawiał z satysfakcją, mając zezwierzęcenie we krwi.
Do pewnego momentu.
Wiele zmieniło się w postrzeganiu dziewki, która ostatkami sił i prawdopodobnie całkiem nieświadomie, wykorzystała dwie największe słabości Hannibala. Pod bydlęcym butem oprawców kobieta zachowała swą godność i nie ugięła się nawet na krok, pomimo najbardziej wyrafinowanych metod tortur. Legat był pełen podziwu względem jej odwagi, spotęgowanego żądzą korupcji bezbronnej duszyczki, która była zbyt słaba, by wyzwolić się z oków Lugosa samodzielnie, ale drzemał w niej olbrzymi potencjał. Z jego pomocą... oh tak, mogła stać się kimś wielkim. Widział jej determinację, jej wolę walki, chęć przetrwania najgorszego. Należało zaszczepić w niej prawdziwą żądzę zemsty, zademonstrować poparcie, pomóc przejąć stery i ostać się po właściwej stronie. Władczyni szkolona pod jego czujnym okiem mogła de facto przybrać pożądane przezeń cechy, czyż to nie było warte ryzyka?
Dziś była najpotężniejszą władczynią na świecie, posiadając nieograniczone niemal zasoby. Ten, który stał się jej prawą ręką, uniżonym i wiernym sługą, zawiódł ją po raz pierwszy, kiedy niegdysiejsi sprzymierzeńcy okazali się równie zdradliwi, co on wobec Lugosa. Przekonał ich, ażeby uwolnili Evelyn i współuczestniczyli we wzniesieniu jej na najwyższe szczyty, ale kiedy ta objęła realną władzę, nie była już zastraszoną kobietką, którą łatwo było sobie ułożyć. Rządziła twardą i krwawą, ale wyzbytą z hipokryzji ręką, uzurpatorką, której ta kraina potrzebowała. Stała się kimś, kogo Hannibal za przywódcę mógł sobie wymarzyć, ale pozostała piątka nie podzielała tego zdania. Uznana za szaloną, Pani Świata w rekompensacie odebrała im życia, ufając jedynie temu, którego niezachwiana lojalność objawiała się realnym czynem, a nie tylko słowem. Temu, który wyzwolił ją z oków i poprowadził ku chwale, który zadbał o to, by świat przed nią klęknął. Temu, który zaspakajał każdą jej potrzebę i temu, który nie wstydził się klęknąć przed kimś takim, jak Ona. Wszechpotężna wybaczyła mu zdradę pozostałych, ale na powrót poddała w wątpliwość jego wierność, kiedy wysłała go na misję, a słuch po nim zaginął.
Drzwi komnaty otwarły się, a w progu stanęła służba i mężczyzna słaniający się na nogach, który ociekając krwią, odnalazł w sobie ostatki sił, ażeby zdać raport władczyni i dowieść, że wciąż trzyma jej stronę. Nie był zwykłym człowiekiem; barczysty, zdawałoby się wielki niby półolbrzym facet w istocie nie miał wiele wspólnego z tym gatunkiem, posturę zawdzięczając stałym treningom masy mięśniowej i nieludzkim anomaliom - z jego szyi bowiem wyrastały dodatkowe dwie, psie głowy, które żyły własnym życiem, odzwierciedlając jednakowoż jego aktualne emocje. Odziany był w przystosowany pancerz prominentnego gwardzisty jejmości, na którym widniały śladowe ilości walki - odkształcenia i osmolenia zdobiły niemal każdy centymetr magicznej zbroi, świadcząc o tym, jak wiele zaklęć musiało weń trafić i z jakimi trudami się napotkał. Jasnym było, że nie przynosi dobrych wieści... ale przynajmniej przeżył.
- Waszmość Miłościwa Pani... powróciłem w twe progi, niosąc wieści, z których nie będziesz zadowolona. - wyrzekł, ciężko dysząc, gdy z jego ust ściekała wciąż bulgocząca krew brudząca drogą posadzkę. Służba w ten czas nie ingerowała, pozwalając mu skończyć raport, gdyż nie było wiadome, czy uzdrowiciele go uratują - a przecież jego informacje według niego, jak i służby, były cenniejsze, niżeli życie. - Zawiodłem Cię, moja Pani. Lugos Prawy otoczył się ludźmi, o których istnieniu nie śmiałem nawet przypuszczać. - czknął i zakrztusił się krwią, ale zaraz odzyskał rezon, bojąc się spojrzeć jej w oczy. Były spuszczone, podobnie jak wszystkie z trojga głów - ta ludzka pochylała się zdecydowanie najniżej, kiedy klęczał przed władczynią na kolanach. - Uzyskał azyl Zakonu, nowej, niespodziewanej siły w tej wojnie. Stałem się ich jeńcem... Przysięgam, nie powiedziałem ni słowa, pozostając Ci wiernym do samego końca. - zarzekał się z trwogą w głosie, przerażony jej reakcją, jej śmiechem, mrokiem i możliwe, ze nadchodzącym końcem egzystencji, ostatnim jękiem zawodu i ostateczną śmiercią. - Twierdzą, że zburzyliśmy trwający od wielu wieków stan, który mają czelność nazywać porządkiem, Pani. - zapowiedział, a ona mogła poczuć, że jej prawa ręka długo nie przetrwa. Zdany był w pełni na jej łaskę; w każdej chwili mogła go bowiem dobić lub uleczyć, korzystając z mocy, którą posiadła na przestrzeni lat.
Hannibal Rookwood
Zawód : Łowca wilkołaków z grupy Sigrun, dystrybutor zwierzęcych ingrediencji
Wiek : 33
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Moja natura mówi głośniej
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10003-hannibal-rookwood https://www.morsmordre.net/t10021-kwatera-w-harrowgate https://www.morsmordre.net/t10020-hannibal https://www.morsmordre.net/f373-harrogate-12-jesmond-rd https://www.morsmordre.net/t10024-skrytka-bankowa-nr-2264#302725 https://www.morsmordre.net/t10023-hannibal-rookwood
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]24.10.21 0:16
Krzywy uśmiech wpłynął na usta niebieskookiej, gdy wzrok wędrował po ranach jej prawej ręki. Z początku była przekonana o wygranej, odniesionym przez jego zwycięstwie, ale gdy tylko rozpoczął swą przemowę, jej dotychczasowa mimika starła się, by na jej miejsce wszedł każdy możliwy obraz wściekłości. Każde pojedyncze słowo było ciosem, próbującym zniszczyć fasadę jej władania, zniszczyć mury, które latami budowała, potęgę, którą stworzyła gołymi rękami, przelewając krew i nie uznając kompromisów. Zacisnęła dłonie na podłokietnikach, aż połamała paznokcie, szpecąc krwią marmurową posadzkę. Jej usta zaciskały się z każdym słowem, wydobywającym się spomiędzy ust jej prawej ręki. Zauważyła poruszenie na sali, obawę reszty świty, co jedynie pogłębiło jej złość. Lugos tego pożałuje, jej była w tym głowa, ale żeby uczynić z tego najkrwawszą walkę w historii, musiała zdobyć więcej informacji, zebrać wszystkie szczegóły i odpowiednio się przygotować. Teraz nie miała zamiaru popełnić błędu. Marzeniem było trzymać w dłoniach życie swojego oprawcy i patrzeć jak ulatuje wraz ze spływającą krwią z gardzieli, chciała widzieć przytomność uciekającą z jego oczu, wiotkość ciała, obłęd w oczach. Chciała, by odpowiedział za krzywdy, by stracił zmysły przed śmiercią, by obawiał się życia po życiu bardziej niż otaczającej go rzeczywistości. Wyrządzi mu piekło, jakkolwiek miałaby tego nie dokonać.
- Philipie, zbierz ludzi, niech będą gotowi, czas przelać krew i uzdrowić naszą ziemię. Wyruszymy z najbliższym zmierzchem – zwróciła się do swojego przybocznego, śmiejąc się, jakby to, co powiedziała było radosną nowiną. Zamarła na moment, gdy nie dostrzegła żadnej reakcji. Gwałtownie podniosła się, wyrzucając jeden ze sztyletów przed siebie, trafiając ostatecznie w obraz, tuż nad głową przybocznego – Teraz! Wszyscy wyjść! – Jej warknięcie niosło się echem po ścianach pomieszczenia. Irytacja wreszcie wzbudziła w gronie większe poruszenie, słudzy prędko opuszczali pomieszczenie, jakby od tego zależało ich życie. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, leniwie przechylając głowę na bok, wywołując strzyknięcie w karku. – Zakon – prychnęła w przestrzeń kpiącym głosem. Banda buntowników, mająca się za zbawicieli wszechświata. Plugawe ścierwo, które należało zetrzeć z powierzchni ziemi zanim rozpełznie i ukryje we własnych norach. – Zburzyłam porządek? Głupcy stracili wiarę w prawość mych rządów. Niewierni, wystawieni na pokusę słów własnych przywódców oferujących im gruszki na wierzbie. Ich życia zakończą się cierpieniem, a ostatkiem sił będą błagać o wybaczenie, o życie swoich dzieci, którym osobiście poderżnę gardła. Będą się bronić, mamić, że zostali oszukani. Zdradzą swoich tak, jak zdradzili nas, a my to wykorzystamy – splunęła pod stopy z obrzydzeniem. Torturowali jej człowieka wiedząc, że wymierzają tym samym na siebie ostateczny wyrok u swej władczyni. Cios wymierzony w jej ludzi był niczym cios w nią, a to czyn niewybaczalny. Miała zamiar iść w bój osobiście, przez lata miała z tyłu głowy perspektywę takiej możliwości i każdego dnia trenowała ponad siły, aż wreszcie nastał czas, by to wykorzystać. Pozostała jeszcze tylko jedna kwestia…
- Zdejmij napierśnik – mruknęła oschle w stronę Hannibala, nie zaszczycając go przy tym choćby znikomym spojrzeniem. Nie czekała też na potwierdzenie przyjęcia przez drugą stronę jej słów, wstała od razu i z wolna zaczęła się kierować w stronę mężczyzny. Patrząc na nią, można byłoby dostrzec ruch ust, niemal bezgłośnie wypowiadane słowa w wyraźnym zapętleniu. Surowość wyostrzała jeszcze bardziej rysy i tak już zapadniętej twarzy. Dobry obserwator widziałby, że cały proces sprawia jej ból, ale nie mógłby wiedzieć czemu służył. Zatrzymała się przed Hannibalem, blisko, aż zbyt blisko. Ni stąd ni zowąd zerwała pozostały materiał, odsłaniając jego tors, a następnie wyciągnęła sztylet i jednym szybkim ruchem przecięła wnętrze własnej dłoni. Zastygła na moment, obserwując brunatnoczerwoną ciecz wydobywającą się z rany. Wyciągnęła krwawiącą dłoń w kierunku mężczyzny, by ostatecznie przyłożyć ją mocno do jego piersi, nie zaprzestając melodyjnego wypowiadania słów, układających się w inkantację. Grymas na jej twarzy pogłębił się, ból wdzierał się w jej żyły, zabierając cząstkę życia kobiety, a uczucie można było porównać do umierania w męczarniach – taka właśnie była cena za ratowanie życia. Nawet ona, znana ze swojego okrucieństwa, nie była w stanie się teraz uśmiechać, przybrać na usta swój zwyczajowy, paskudnie psychodeliczny uśmiech. Całą pozostałą energię wykorzystywała na twarde stanie na ziemi, zachowanie swojej silnej, stabilnej i nie zmąconej pozycji. Skutki zaczęły pojawiać się dość szybko, wpierw zasklepiały się pomniejsze rany, a z czasem gojenie uderzyło w te najgłębsze, najbardziej rozległe, wtedy też opuszki dłoni kobiety zaczęły pokrywać się czernią, zdejmując piętno śmierci z uleczanego mężczyzny. Hebanowa ciecz przesuwała się w górę ręki, wchodząc w żyły i rozprzestrzeniając się po organizmie, tworząc sieć trucizny, którą kobieta zdecydowała się przyjąć. Gdy cały proces uleczania się zakończył, w mgnieniu oka rękę. Jej ochrypły głos, który przez ostatnie kilkanaście minut wygłaszał skrupulatnie dobrane tonowo i dźwięcznie słowa – zamilkł, a czerń na jej dłoni ukryła się już za rękawem, zapewne wędrując dalej po ciele kobiety. – Życie za życie – powiedziała śmiertelnie poważnym głosem, tak obco, wręcz niespotykanie brzmiącym dla osób postronnych, a tak prawdziwym dla niej samej. Nie była jedynie szaleńcem, pałającą żądzą mordu, zwycięstwa i zemsty maszyną, która przy osiąganiu celu nie zważa na nic wokół. Hannibal ocalił jej życie lata temu, gdy uwolnił ją z okowów i teraz, w tym momencie właśnie mogła wreszcie zrzucić ostatnie kajdany, jakie zostały na nią nałożone przez własne sumienie – powinność spłaty długu. Nie czuła się inaczej, nie odczuwała większej wolności, ale mimo to wiedziała, że postąpiła słusznie. Jej trzeźwy wzrok szybko zniknął pokonany przez rozbrajający, zawadiacki uśmieszek kącików ust, wróciła swoista maska, a fakt, że już po chwili zlizała krew z własnej dłoni mówił jasno, że chwila jej własnej słabości właśnie się zakończyła. Od tak zaczęła nucić melodię szantową, by zaraz chwiejnym, przerysowanym krokiem, przypominającym co najmniej chód pijanego, podejść do wielkiej mapy zawieszonej na ścianie. – A teraz, skoro już na powrót jesteś czymś więcej niż nieprzydatną skorupą, zarysuj mi, gdzie to miało miejsce. Muszę wiedzieć wszystko Hannibalu, nie zawiedź mnie tym razem – zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu. W jej myślach już wytaczała najcięższe działa, mające na celu zniszczenie, zrównanie wroga z ziemią. Wybije ich do cna, nawet jeżeli będzie wiązało się to z koniecznością osobistego udziału w walce i przelania krwi tych, którzy uważali się za niewinnych. Mieli zginąć wszyscy, niezależnie od wieku, pochodzenia i płci, oni wybrali swoją stronę w momencie, w którym przemilczeli obcą organizację na swoich ziemiach i w oczach kruczowłosej było to równoznaczne z wyrokiem śmierci.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
[SEN] I come alive forged in fire Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]02.12.21 20:13
« After the hunt and the sweat now comes peace and quiet »
Jego ramię pulsowało od szalejącej w nim krwi pompowanej bez ustanku przez serce. Niemalże czuł nadchodzące odrętwienie spowodowane zbyt dużym jej ubytkiem. Zaciśnięte palce na rozgrzanym od walki mieczu posklejane były od czerwonej posoki — jego własnej oraz cudzej, a nowa stróżka wciąż ciekła przez łokieć ku dołowi, nie pozwalając zapomnieć o bólu i uciekającym z niego życiu. Vane jednak już dawno temu przestał odczuwać dyskomfort, gdy w pewnym momencie cierpienie osiągnęło górną granicę, za którą była już nicość. Przytępiony ból zmienił się w niemalże trwałe znieczulenie rannych miejsc, a tych nie był w stanie zliczyć. Nie pamiętał już kiedy przestał próbować leczyć się eliksirami nienadążającymi zregenerować odpowiednio ciała; nie wiedział także kiedy przestał poszukiwać uzdrowicieli. Oczywiście tych, którzy sami nie wymagali potrzebnej pomocy. Nie można było na nich liczyć. Nie można było liczyć na łut szczęścia. Bo szczęściem nie wygrywało się wojny. Dlatego podczas ostatniej z odpraw niedaleko szczytu Karhasa złapał jedną z toreb z miksturami i udał się na swoją pozycję przy krużgankach. Wejście już dawno upadło, sforsowane siłą ich olbrzymów, a krużganki były następną bazą. Przesuwali się metr za metrem, zajmowali kolejne części zamku. Ostatniego azylu wrogiego im Zakonu. Przejęcie krużganków było więc krokiem do zalania całej warowni ich krwią. Wiedział, że po przejściu tej linii, zwycięstwo było już jedynie kwestią czasu. Zdawali sobie z tego sprawę także i ci głupcy z zakonnej gwardii. Jayden miał więc świadomość, iż większość ich sił powinna zgromadzić się właśnie tam. Czekając na armię Evelyn, lecz z każdym kolejnym dniem, godziną, minutą opór ustępował. Morale upadały. Ich szeregi były poważnie przetrzebione i brakowało im ludzi do wygranej. Większość pouciekała, widząc, jak wielkie koszty ponosiła strona, do której przynależeli, podczas gdy ludzie pod władzą Vane'a wciąż napierali pchani ostatnimi resztkami desperacji, nierzadko dokonując czynów, które nigdy nie powinny były się wydarzyć. Siła, którą w sobie posiadali, zaskakiwała. Pomimo dekad doświadczenia i dowodzenia nigdy nie spotkał się z takimi żołnierzami. Owszem. Również ponosili ogromne straty, lecz za każdą śmierć, przychodziło kolejnych dwóch. Walczyli wszak z Nieśmiertelnymi u swego boku. Nie oznaczało to jednak wcale, że Zakon zamierzał ustępować im pola. Mieli rozkaz — musieli zachować ten samotny bastion, w którym miała się odbyć końcowa rozgrywka. Vane nie zamierzał jednak im tego ułatwiać. Wiedział w końcu, że zdobycie zamku przez Zakon nie stanowiło problemu, lecz zachowanie go pod swoimi rządami szło im znacznie gorzej. Wycieńczeni po trzech miesiącach oblężenia bez wody i prowiantu dali się w końcu zaskoczyć, a parę chwil znużenia przypłacili czymś znacznie poważniejszym niż błąd taktyczny. Ich przeciwnicy wykorzystali to. Ścigali tego zasranego Lugosa, aż dopadli tam, gdzie chcieli. Rada generałów miała atakować odpowiednie części zamku, a najmłodszemu z nich pozostała najtrudniejsza część — pierwsza linia najostrzejszych walk zawsze zabierała najwięcej ofiar, nierzadko pochłaniając również i dowódcę, lecz Jayden nie zamierzał się buntować. Sam tego chciał. Był żołnierzem jak inni i jeśli miał polec razem ze swoim oddziałem orionidów, to był na to gotowy. Zresztą... Nie przewidywał przegranej. Nie mogli przegrać. Jego ukochana siostra miała wszak już tylko jego. Najmłodszego z braci, który towarzyszył jej w udrękach pod postacią czarnoskrzydłego kruka. Widział jej męki, widział, jak cierpiała. Był jednak jeszcze chłopcem i był zbyt słaby, aby ją uratować. Te czasy jednak już przeminęły, a on nie był już wątłym dzieckiem nieprzyzwyczajonym do walki. Jej ból stał się jego bólem, jak i jej gniew stał się jego gniewem. Wiedział, za co i dla kogo walczył, nie zamierzając się zatrzymywać. Wojna toczyła się już zdecydowanie za długo — jej początki snuły się jeszcze przed jego narodzeniem, a teraz pierwsza siwizna oprószyła czarne niczym smoła włosy. Być może nie miała się zakończyć właśnie na tej bitwie, lecz na pewno miała zmienić jej bieg. Samo rozpoczęcie akcji było ryzykiem, a jednak... Powiodło się wbrew rozsądkowi. Najwierniejsi zostali oddelegowani do ataku i w jedną noc udało im się przemknąć do jego wnętrza, zajmując równocześnie najbliższe tereny. Zakon Feniksa nie spodziewał się więc, że zostanie odcięty od zapasów i dostaw podczas kontrataku. Zebranego przez sojuszników Lugosa jedzenia miało starczyć na dwa miesiące. Gdy ostatni dzień bitwy się rozpoczynał, mijały trzy. Byli więc osłabieni, wyczerpani. Bez leków, bez jedzenia. Bez odpoczynku. Reszta była więc już dziecięcą grą w Fort i Fosę.
Gdy krużganki upadły, z pozostałymi u boku zalali zamek. Na korytarzach słychać było już wybuchy, oznaczające płomień walki. Wszystko stało w ogniu, gdy przechodził przez następne komnaty, mordując wszystko, co spotkał na swojej drodze, ale orionidzi mieli jeden cel ponad wszystkie inne. Znalezienie dawnego władcy i rozszarpanie go na strzępy. Tak też się stało, a mając dawnego króla w swoich rękach, armia szturmujących zamek wygrała. Powrót do Evelyn był więc słodkim zwycięstwem i chociaż Jayden wiedział o członkach Zakonu, którym dało się zbiec, nie byli oni tak ważni, jak ten, którego złapali. Bosy, ciągnięty za końmi nie dostał kropli wody, odkąd opuścili palące zgliszcza dawniej silnej warowni. Uzdrowiciele, którzy przetrwali, mieli się jedynie upewnić, by Lugos nie padł trupem w połowie drogi powrotnej, lecz nic ponadto. Nie zmieniło się to również i teraz — gdy ciągnięty za łańcuch u swej szyi, ledwo słaniał się na nogach za bratem królowej. - Czyżbym przegapił najlepsze? - rzucił Vane, gdy wszedł do sali tronowej, a jego oczom ukazała się urocza scenka. Pieprzony kundel na kolanach! Ten sam, którego już dawno chciał zabić, lecz siostra powstrzymywała gniew młodszego brata. Jak widać, boleśnie się pomyliła, bo kłamstwa wylewające się z jego pyska zamieniały się w ropuchy i rozłaziły po idealnie czystej posadzce sali tronowej, niszcząc estetykę. - Przyniosłem ci coś lepszego niż dwie zawszone mordy - warknął, nie chcąc nawet patrzeć na tego jebanego mutanta. Sam zatrzymał się parę kroków za nim i pociągnął za łańcuch, zwracając uwagę wszystkich na jeńca. Okowy napięły się, a Lugos upadł przez to na ziemię, powodując, że głośne stęknięcie wydobywające się z jego gardła, było niczym muzyka. - Próbował się maskować pod tą obleśną brodą i włosami, ale to on. - Królewski brat zdawał się nie przejmować osłabionym więźniem. Nie był już wszak zagrożeniem. Dlatego też porzucił okowy, by ruszyć ku podwyższeniu w centralnej części wielkiej sali. Wyminął równocześnie swoją królową, pozostawiając jedynie muśnięcie swego ramienia na tym należącym do niej. Na odpowiednie powitanie mieli mieć czas później. - Niepotrzebnie marnujesz swoją magię na tego psa, siostro - rzucił, opadając nonszalancko na jej tron i przekładając jedną z nóg przez ramię królewskiego mebla. Prawomocnie to było jego miejsce. Tak jak należało do jego ojca, którego tak przypominał. Ciemny zarost przetykany siwizną pokrywał jego twarz, zza wierzchniej peleryny przebłyskiwała wytarta od walki zbroja ochraniająca przed niektórymi z zaklęć. Dawno przestał być chłopcem, chociaż nawet wtedy wiedział, że nigdy nie ucieknie. Nawet jeśli oznaczało to pewną śmierć. Ryzykował wszak tak wiele, spędzając kolejne lata u boku siostry i starając się ją uwolnić dziecięcymi dłońmi. Ktoś mógłby powiedzieć, iż nigdy nie miało im się udać. Tymczasem znajdowali się właśnie tam — w sali tronowej posiadając całe królestwo na własność. Dowódca otarł rękawem mokre od potu oraz krwi czoło, przyglądając się uważnie scence, jaka się przed nim odgrywała. Chciał patrzeć, jak kobieta miała rozpoznać w tym obdartusie swojego męża. Tego, którego oboje nienawidzili tak samo.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]29.01.22 2:37
Odwróciła swe spojrzenie w kierunku drzwi, gdy tylko dosłyszała melodyjny dźwięk obijających się o siebie ogniw łańcuchów. Nie zdążyła wypowiedzieć ani pół słowa, gdy drzwi otworzyły się z głuchym łoskotem, a u progu stanął Jayden. Jednak to nie jej brat zwrócił na siebie pełną uwagę skrzących się, stalowoniebieskich oczu; tuż za nim dojrzała skatowanego, słaniającego się ostatkiem sił mężczyznę. Wszędzie poznałaby te oczy, widywała je we własnych snach, koszmarach, które raz za razem kazały jej wracać do przeszłości; do bólu, pierwszych łez, gdy jeszcze była podlotkiem, młodą panną, która wierzyła, że świat może wyglądać zupełnie inaczej. To właśnie przez właściciela spojrzenia stała się tym, kim była. To przez niego nie mogła znieść dotyku, zaufać, wytrzymać innych, bezpośrednich spojrzeń. Oczy Evelyn zapłonęły z nutą zaintrygowania. Był tu, miała go pod kontrolą i już nigdy, przenigdy jej nie ucieknie. Dopiero teraz, w tym momencie doszły do niej słowa brata. Uśmiechnęła się parszywie, choć próżno było szukać w tym uśmiechu czegoś personalnego, głębszego niż własne autozadowolenie. Zniżyła spojrzenie na Hannibala i zatrzymała je na dłuższą chwilę. Mogła się uwolnić, mogła oddać ból, trwogę, truciznę i nie zawahała się. Ścisnęła dłońmi czaszkę mężczyzny w bezwzględnym ruchu, a trucizna poczęła spływać czarnymi strugami z jej żył. Czuła spokój, spływającą euforię, uśmierzający ból, a na twarzy mężczyzny dostrzegała paletę emocji, które wskazywały na cierpienie, coś, co czuła zawsze, a co teraz mogła oddać – Przyrzekam ci wiernie służyć, tak? – szepnęła przy jego uchu z wysublimowanym uśmiechem, oddając ostatnie krople złej krwi. Zaraz potem odjęła dłonie, a sylwetka mężczyzny opadła bez życia na posadzkę. Wzdrygnęła się nieznacznie na głuchy łoskot, zaraz jednak trąciła go nogą i wyczekująco zerknęła na służbę – Posprzątajcie – warknęła przez zaciśnięte zęby, odstępując od jeszcze ciepłego ciała swojego przybocznego. Zdradził, jak kilku poprzednich, więc nie był wart uwagi, nie liczyło się czy i gdzie go pochowają, miał po prostu zniknąć z jej oczu. Wyprostowała się i spojrzała na brata z iskrą w oku, gdy dojrzała go przewieszonego przez jej tron. Nie powiedziała nic, tylko zbliżyła się do człowieka zakutego w kajdany, obserwując uważnie jego twarz. Kucnęła z szyderczym uśmiechem, łapiąc za kajdany przy dłoniach i zmuszając do bezpośredniego kontaktu. – Jak to było…? – Wytrwała w ciszy, jakby spodziewając się reakcji, przypomnienia owych słów. Służba ewidentnie wpatrywała się w nowego gościa z zainteresowaniem, dążąc do nowych plotek wynikających z przebiegu wydarzeń, ale to nie było teraz ważne. - Tyś krwią z krwi mojej, kością z mojej kości. Oddaję ci me ciało, byśmy byli jednym. Oddaję ci mą duszę aż po kres dni naszych – wyartykułowała całą szkocką przysięgę zaślubin z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy i w gardzących słowach. Kiedyś marzyła o wypowiedzeniu tych słów, a teraz ich nienawidziła do szpiku kości. – Zostaniesz tu tak długo, aż będę pewna, że twa dusza nigdy nie zazna spokoju – wymamrotała nader przyjemnym tonem, pławiąc się we własnej sile. Patrzyła w oczy, które wyrażały ból i niepokój i czerpała z tego satysfakcję, gloryfikowała ten dzień. Jednak Lugos nie zasługiwał na jej uwagę, zbyt długo już ignorowała brata, nawet jeżeli robiła to z premedytacją. – Kiedy umrę, ten tron będzie twój, a teraz znaj swą pozycję – odwróciła się niespodziewanie ku bratu, cedząc słowa przez zęby. Rosła w siłę z każdym dniem cierpienia obarczonego klątwą dziedziców, Jaydena chciała przed tym ustrzec jak najdłużej, nawet jeżeli zachowywał się niczym buc. Był jej rodziną i choćby miała go ustrzegać na siłę, to zamierzała to robić aż do śmierci, tyle, ile będzie w stanie powstrzymywać klątwę przed znalezieniem następcy. Podeszła do swojego miejsca i wyczekująco stanęła przed bratem, jakby chciała się z nim mierzyć. – Moja magia jest łaskawa, pozwala naprawiać błędy, ale nauka trwała latami, a ty pominąłeś każdą lekcję. Zejdź i okaż choć odrobinę szacunku – warknęła, naprężając mięśnie, będąc gotową do poskromienia głupoty ze strony własnej rodziny. Nie chciała wyciągać mocy, ale jednocześnie wiedziała, że musiała ją zademonstrować. Z wewnętrznym bólem wystosowała kolejne czarne linie w żyłach, kolejną truciznę własnej władzy i ułomności. Była górą, dopóki trucizna miała gdzie wsiąkać. Brat jej nie rozumiał, widział w niej jedynie władcę, kogoś, kto rządził i komu najwyraźniej nie sprawiało to trudności, a prawda była zupełnie inna, bardziej bolesna. W całej swej surowości, we własnym szaleństwie, jedyne o czym pamiętała, to bronienie rodziny przed doznaniem tego okrucieństwa, szamańskiej plagi, którą uśmierzało, a raczej otępiało jedynie opium, które popalała każdego wieczora, by odciąć się od bólu i wszelakich myśli.  – Ty zaś mógłbyś zdać mi raport, jak przystało na przywódcę gwardii – wytoczyła gorzko brzmiące słowa, nie ulegając pokusie ochronienia rodziny przed złem świata. Musiała za każdym razem sobie przypominać, że przecież jej nie zależało, na tym to w końcu polegało, prawda? – Co masz zamiar zrobić z wojskiem? I co masz zamiar zrobić z nim? – zapytała, zupełnie tak, jakby zamierzała oddać mu decyzję. Zgodziłaby się na wszystko wobec Lugosa, wszystko, co nie dotyczyło śmierci, bowiem ta byłaby dla niego zbawieniem. Jeśli chodzi zaś o wojsko… Nie wiedziała o następnych krokach, wystosowała odpowiednie instrukcje ataku, ale to było przed pojmaniem na powrót jej niedoszłej połowy, więc co teraz mieli zamiar uczynić, jakie były kroki? – Jak znoszą to ludzie? – pytanie wreszcie wysunęło się spomiędzy jej ust z uczuciem. Wierzyła w poddanych, bowiem to dla nich toczyła owe wojny, to im starała się zaimponować, polepszając sytuację gospodarczą. Musiała wiedzieć na czym stoi. Nawet jeżeli wszystkowiedzącym miał okazać się jej brat.




It's in your nature to survive


Ostatnio zmieniony przez Evelyn Despenser dnia 19.02.22 0:37, w całości zmieniany 1 raz
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
[SEN] I come alive forged in fire Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]30.01.22 10:05
« After the hunt and the sweat now comes peace and quiet »
Patrzył z pewnym znudzeniem na śmierć bydlaka, którego siostra z jakiegoś powodu trzymała na smyczy zbyt długo. Może i ją uwolnił, ale tak naprawdę nie było to coś, co było wbrew jego interesom. Nikt nie działał z dobroci serca, a każda naiwność kończyła się tragedią. Tym razem zdrada wyszła na jaw, a on mógł w niej uczestniczyć. Może i nie dogadywali się z siostrą na każdej płaszczyźnie, ale jedno łączyło ich silniej niż cokolwiek innego — lojalność wobec siebie nawzajem nie miała sobie równych. Tak jak ona oddałaby wszystko za brata, tak i on zrobiłby wszystko dla niej i dla faktu, by nigdy nie musiała cierpieć tak jak wcześniej. Oczywiście nie można było mówić o siostrzanej miłości, ale zdecydowanie potrafili się uzupełniać — do tego młodszy podziwiał swoją starszą krew z krwi. Ból oraz więzienie wykuło z niej kogoś bezkompromisowego, kogoś, kto potrafił korzystać z płynącej w jej żyłach magii oraz zdobywać nie tylko ludzkie serca, ale także wszystko, o co tylko sobie wymarzyła. Była kimś więcej aniżeli jedynie człowiekiem. Była figurą, do której zmierzali. Do której chcieli się upodobnić. Oni. Oni wszyscy. Nawet jej własny małżonek uląkł się przed jej siłą, a napierająca armia, która niegdyś należała do niego, bez strachu niszczyła wszystko, co stworzył. Byli niczym demony, a nieśmiertelni byli w ich szeregach. Duchy, niezniszczalni. Ci sami, którzy wprowadzali strach w dusze wrogów. Ten sam strach widoczny był w Lugosie, gdy patrzył na kobietę przed sobą. Nawet z tej odległości całej przestrzeni sali tronowej Jayden dostrzegał te przebłyski nadchodzącego cierpienia. Lekki uśmiech pojawił się na twarzy dowódcy, gdy spuścił wzrok, by zbadać krew na napierśniku. Podniósł go ponownie, dopiero gdy usłyszał kierowane ku sobie słowa.
Kiedy umrę, ten tron będzie twój, a teraz znaj swą pozycję.
- Obym więc umarł przed tobą - odpowiedział szczerze, nie przejmując się srogością w głosie siostry. Władza go nie obchodziła i nigdy nie pokusiłby się o odebranie tronu Evelyn. Wolał być tam, gdzie był. Bez zobowiązań, bez nudnych zebrań, bez trosk. Proste życie żołnierza mu odpowiadało. Oczywiście z luksusami godnymi królewskiego syna, bo tymi wcale nie gardził. Lubił też być rozpoznawany, ale ponad wszystko uwielbiał fakt, iż mógł uczestniczyć w walkach bezpośrednio. Jako król musiałby siedzieć na dupie z daleka od pola bitwy. Evelyn była potężną czarownicą, lecz jej czary miały swoją cenę — szybko się męczyła, więc nie brała udziału w bezpośrednich starciach. To było zadanie żołnierzy. Jego zadanie. Pominąłeś każdą lekcję. No, tak... - Po co miałbym uczyć się magii, skoro miecz jest zdecydowanie ciekawszy? - odparł ze wzruszeniem ramion, wstając i uśmiechając się do rozdrażnionej siostry. Nigdy nie przegapił momentu, by żałowała, że nie mogła go zabić, ale nie przejmował się tym. Finalnie wszak zostałaby całkiem sama, a pomimo charakteru bywał przydatny. Przystanął dopiero u podnóża schodów prowadzących ku tronowi i oparł prawą nogę o wyższy stopień. Gdy poruszyła temat wojska, ludzi oraz więźnia, obejrzał się nienachalnie przez ramię. - Nic. To twoje zmartwienie. - Wrócił uwagą ku kobiecie. Lugos go nie obchodził. Wolał rozmawiać o wojsku i poddanych. - Muszą odpocząć. Ale czekają na twój rozkaz. - Nie odpowiedział wprost na jej pytanie, zresztą może i był odpowiedzialny za wojsko, ale było ono pod jej opieką. On im prowadził, lecz nie był władcą. Traktowali go jak swojego, lecz wiedzieli, że nad nim stał ktoś jeszcze. Ktoś większy. - Wciąż liczymy straty — jeszcze zgłaszają się do meldunków. - Statystyki były koszmarem. Zdecydowanie łatwiej przesuwało się pionki na mapie. - Powinniśmy wysłać oddziały, by wspomóc odbudowywanie zniszczonych wiosek. Ci wieśniacy potracili najwięcej. - To była prawda. Przejeżdżając przez terytoria, przez które przelała się szarża walk, Jayden dostrzegał cierpienie. Do teraz nie mógł wyswobodzić się z obrazu zapłakanego, kilkuletniego chłopca pomiędzy martwymi ciałami. - Do tego część z nich wspierała Zakon Feniksa, bo ich chronił, dawał jeść. Czas, żeby to zmienić i przejąć te... Dogodności. Zakon jak i inni sojusznicy twojego miłościwego małżonka muszą ratować samych siebie. Nie mają surowców ani ludzi, aby zajmować się innymi. Okazując wsparcie, zaskarbimy sobie tych, którzy wciąż wątpią w twoje zamiary. Jeszcze jest kwestia znajd. Nadawałby się świetnie do szkolenia - zauważył, patrząc na siostrę wymownie. Armia musiała być zasilana, a kto lepiej spełniałby te warunki, jeśli nie pozbawione rodzin oraz celu dzieci, które można było trenować od najmłodszych lat? Dzięki temu ich rodzinę zastępowało wojsko, a oddanie kierowały ku przełożonym oraz władcy.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]19.02.22 2:31
Otarła dłonie o spódnicę, jakby musiała pozbyć się brudu, choć jej blade, poznaczone hebanowymi żyłami dłonie były nieskazitelnie czyste. Zaraz parsknęła pustym, wysuszonym śmiechem, krzyżując spojrzenie z bratem. Jemu mogło się wydawać, że skoro jego siostra osiągnęła już tak wiele, przetrwała piekło, zagrzała serca ludu, posłała ich na z góry wygraną wojnę, gdzie skutecznie miażdżyli wroga, to już nic jej nie zniszczy. Wszyscy patrzyli na nią jak na boga, kogoś ponad wszystkim i wszystkimi, istotę nie do ruszenia. Napawała się tym, całą tą władzą, możliwościami, potęgą, ale miała w sobie również mądrość i wbrew pozorom – zdrowy rozsądek stratega. Teraz nie było szans, by rebelianci choć zbliżyli się do zamku, ale to nie oznaczało, że nie będą próbować. Musiała być czujna całą dobę, śledzić sytuację w kraju, podróżować w miejsca, które musieli zabezpieczyć. Jej życie kręciło się wokół narad, inspekcji, studiowania map i planowania priorytetów wzmocnień w obrębie królestwa. Jej moc była hojna i wspierała ją, dawała siłę do funkcjonowania na wiecznie pełnych obrotach, ale zawsze chciała coś w zamian. Tylko Evelyn wiedziała, co też z własnego jestestwa musiała poświęcić, by móc wciąż być potęgą. Po tym, co oddała łakomej klątwie pozostało jej już tylko rządzić, poza tym nie miała żadnych perspektyw i możliwości. Obalona stałaby się niczym. – Oby tak się stało – kwaśne słowa opuszczały usta kobiety, gdy jej stalowoniebieskie tęczówki świdrowały posokę, wciąż świeżą, spływającą po napierśniku brata. Nie widziała go w roli władcy, nie tylko z uwagi na klątwę ich rodu, ale też i z uwagi na jego zamiłowanie do wojaczki. Nie potrafiłby siedzieć w zamku, gdy inni walczyli. To też zmuszało kobietę do kalkulacji, bo choć miała przed sobą jeszcze wiele lat, to nie chciała, by kiedyś królestwo powędrowało do obcych rąk, a to  zaś oznaczało, że będzie musiała wyjść za mąż. Nie dla siebie, a dla dobra narodu, dla korzyści, wbrew swojej woli. Kolejna rzecz, która nie zależała od niej, niejako cena powinności i poświęcenia. Jakby jej życie od dawna nie należało do niej. Zmrużyła oczy. – Po co? – sapnęła z żarliwym niedowierzeniem, zaciskając zaraz zęby. – Stal bywa zawodna – wycedziła oschle, a choć w jej tonie nie dało się wyczuć ani cienia zmartwienia, tak gdzieś głęboko w środku niemal zadrżała, poruszyła się w niej jedna z tych strun, których nie potrafiła się wyzbyć. Nie mogła stracić brata, nawet jeżeli sama posyłała go w bój. Ściągał ją na ziemię w najciemniejszych chwilach, był jej kotwicą, która nie pozwalała jej ulecieć, stracić własnego jestestwa. Dzięki niemu nie była potworem, zupełnie tak, jakby jej umysł czuł, że jest na ziemi jeszcze coś, czego może się trzymać. Jayden zdawał się być tego świadomy, dlatego też wiedział, że nie musi się stopować i zachowywać tak, jak też jego siostra by sobie życzyła. Kątem oka zauważyła małe poruszenie. - Klęcz! - świsnęła gardłowym, ostrym tonem, odwracając się przez ramię i wyciągając lewą rękę w kierunku byłego małżonka, który próbował wstać. Zaraz jego ciało wgięło się nienaturalnie, a usta rozwarły w krzyku, choć nie wydobył się z nich żaden, nawet najmniejszy dźwięk. Mężczyzna klęczał, ale wyglądało to tak, jakby został spętany przez coś nienaturalnego, zgoła innego od powszechnie znanej magii. Kruczowłosa uśmiechnęła się z jawnym zadowoleniem, zupełnie jakby była dumna ze swojego dzieła i nie mogła nacieszyć oczu.
Nim brat zaczął mówić o wojsku, Evelyn ponownie machnęła dłonią w stronę Lugosa, mamrocząc pod nosem krótką inkantację, która zaraz otoczyła mężczyznę barierą, która zagłuszała dźwięki dobywające się spoza niej. Wszystko na wypadek, gdyby znów zdarzył się jakiś bezsensowny błąd i zdołałby uciec zanim kruczowłosa podejmie się działań, które spowodują, że już nigdy nie wyjdzie stąd o własnych siłach. Z jej ust wydobyło się zduszone westchnienie, nienawiść bowiem wrzała w jej żyłach, domagając się zemsty od razu. Musiała przełknąć palącą potrzebę rozprawienia się z mężem i odsunąć ją na później. Przywołała samopiszące pióro i pergamin, które miało jej dopomóc w ustaleniach. Wolała zrobić to sama, tylko przy użyciu tego sposobu mogła mieć pewność, że ich spotkanie nie przeciągnie się w nieskończoność. Im więcej ludzi, tym więcej słów, a tak sama poradzi sobie z przedstawieniem planu odpowiednim osobistościom. – Wyślę tam Ezrę – machnęła dłonią, jakby była pewna, że w inny sposób nie doczekałaby się sprawozdania o liczbach w wymaganym czasie. Miała wystarczając pokłady ludzi, którymi mogła dysponować tak, jak jej się żywnie podobało. Otaczali ją doradcy i choć ceniła ich obecność, to czasami potrzebowała odpocząć od bodźców, a w takich sytuacjach najlepiej było ich oddelegować do zadań w których będą czuli się niezbędni. Zmarszczyła brwi. Nawet jeżeli nie widziała wioski, to jej wyobraźnia potrafiła wytworzyć w jej głowie stosowny obraz. Widziała już wiele zrujnowanych wiosek i miast, ciał mieszkańców, którzy nie mieli gdzie się schronić. –Zajmiemy się tym w pierwszej kolejności - przewróciła oczami i machnęła zbywająco dłonią, jakby to było dla niej najmniej istotne. Grała, jak zwykle zresztą. Jej kapryśny uśmieszek wyblakł, gdy słuchała dalej. Zakon. Święty Zakon, który tak bardzo bronił swojej urojonej wolności, że nie widział nic poza obrębem własnego nosa. Banda recydywistów próbujących bawić się w wojnę, obiecując gruszki na wierzbie. Byli problemem, który należało zmieść z powierzchni ziemi. Niestety, do tej pory nie udało jej się ich wyplenić, a to godziło ją do żywego. – Wezmę to pod uwagę – choć odpowiedź kobiety była wymijająca, to od razu poczęła się zastanawiać nad tym kogo mogłaby tam posłać i ilu ludzi będzie potrzebować do kontrolowania, ale też i dostarczania niezbędnych środków i żywności.  Im więcej mieli poparcia w ludziach, tym większa była szansa na to, że zaczną dostarczać im informacje o członkach Zakonu.  – Szkolenie sierot? Bezsens, trzeba będzie karmić dodatkowe gęby i… – uniosła kąciki ust ku górze w nikłym, przebiegłym uśmiechu. Potrzebowali wyszkolonych wojowników, a zasoby rosłych, odpowiednich do walki mężczyzn malały z każdym starciem. Postanowiła przystać na propozycję, choć nie można było otwarcie przyznać, by ten pomysł stuprocentowo akceptowała. Widziała w tym pomyśle jednak szasnę na umocnienie armii i zajęcie brata, w końcu nie musiała przystawać osobiście do wykonania zadania. - Braciszku, skoro masz tak wspaniałe pomysły, to osobiście deleguję cię do podjęcia się tego zadania.– kontynuowała trzeźwo, a zepsute rozbawienie wciąż odznaczało się w jej mimice. Nie wiedziała jaki stosunek wobec małoletnich brzdąców miał jej brat, ale miała nadzieję, że był on całkowicie odmienny od jej osobistego. Królowa nie odczuwała współczucia, można było się pokusić o stwierdzenie, że sieroty były dla niej po prostu kolejnym zbędnym mankamentem wynikającym z konfliktu. – Tylko wpierw będziesz musiał stawić się na jutrzejsze zebranie rady w celu omówienia szczegółów – oto cała tajemnica jej parszywej wesołości – znała przecież stosunek Jaydena wobec wszystkich merytorycznych spotkań, tym bardziej tych na których omawiane były nowe przedsięwzięcia, gdzie w grę wchodziły kwestie budżetowe. Doradcy usilnie próbowali zatrzymać w skarb u jak najwięcej pieniędzy, bojkotując słuszność wprowadzanych działań. Oczywiście mogłaby odbyć to spotkanie i bez brata, ale nie miała najmniejszej ochoty męczyć się w pojedynkę.
Walka ostatnio ją męczyła, wieczne pościgi za draństwem z Zakonu, grafik przepełniony ilością zaplanowanych tortur wobec pojmanych członów tego plugawego zrzeszenia, a gdyby tego było mało, musiała okazywać zainteresowanie wobec lordów, zupełnie tak, jakby byli jej potrzebni do czegokolwiek, prócz oczywiście finansowania stosownych inicjatyw. Dlatego, choć niechętnie, to jednak zapraszała ich na wszelkie bale i bankiety, prędko podstawiając pod nos odpowiedni ilości alkoholu. Bawiła się już samą obserwacją pijanej szlachty, znajdując w tym rozrywkę dla własnego, poniekąd skrzywionego umysłu, a i sama nie odstawała w zabawie. Mamiła wpływowych mężczyzn, zwodziła ich zepsute serca, aż w każdym zasiewała ziarnko nadziei, że zostanie wzięty pod uwagę do zamążpójścia i zostanie przyszłym królem. Nic jednak z tego, to były po prostu czcze gierki niosące korzyści w których lubowała się królowa. – Będziesz na wieczornym balu? – uniosła jedną brew ku górze, wymownie oznajmiając swoje pytanie. Nieczęsto widywała na nich Jaydena, może to i dobrze, nie musiał oglądać tej maskarady, ale z drugiej strony Evelyn miała czasami wielką ochotę zobaczyć brata w innych okolicznościach niżeli w zakrwawionej zbroi tuż po starciu z wrogiem.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
[SEN] I come alive forged in fire Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]16.03.22 18:40
« After the hunt and the sweat now comes peace and quiet »
Wiedział, aż za dobrze, że siostra czekała wiele długich lat na tę chwilę. Na patrzenie na swojego kochanego męża sponiewieranego, oszołomionego, przerażonego. Takiego, którego nikt nie wziąłby za zagrożenie, jakie stanowił w bezpiecznych, ciemnych lochach, gdzie mógł do woli napastować niewinną kobietę. Katował słabszą od siebie, nie wiedząc jednak, że każdy policzek, każdy bat, każdy siniak tworzył ją silniejszą. Wytrwalszą. Bardziej niebezpieczną. Bo chociaż nie mogła używać swojej magii, to nie tylko w treningu leżało zwycięstwo. Kunszt teoretyczny, psychiczny był ważniejszy nad ten praktyczny. Jayden może nigdy nie interesował się arkanami, ale znał historię i drogę, jaką odmówił iść. W końcu wielcy magowie, by nie dać się skonsumować tkwiącej w sobie energii, poddawali się wieloletnim wyciszeniom, stawali się niemal ascetami. Ich umysł był niczym śpiący smok, który w każdym momencie mógł się przebudzić i zniszczyć ich od środka, dlatego musieli nauczyć się trzymać go pod kontrolą. Jednym czarem mogli wygrywać bitwy, lecz cena takiej władzy była wysoka. Evelyn może i osiągnęła poziom stuletnim magów, ale nie mogła ukryć słabości, jaka ogarniała ją za każdym razem, gdy używała magii.
Braciszku, skoro masz tak wspaniałe pomysły, to osobiście deleguję cię do podjęcia się tego zadania.
Skłamałby, gdyby sądził, że nie miała tego zrobić. Sardoniczny uśmiech, który pojawił się na jej ustach, w chwili wypowiadania tych słów, mówił wystarczająco wiele, że sprawiało jej to niesamowitą przyjemność. Nie odezwał się, tylko przyjmował kolejne polecenia w ciszy. Tak naprawdę w kwestii młodego pokolenia — nigdy o tym nie rozmawiali. Chyba że chodziło o rekrutów. Sami nie mieli dzieci. Ani on, ani jego siostra, chociaż któreś z nich musiało w końcu spłodzić potomstwo, aby zachować linię. Wymierającą, bo bądź co bądź na całym świecie ze swoich krewnych pozostali już tylko oni. Królowa i generał. Kiedyś dowódcy przysięgali nie brać sobie żon i nie płodzić dzieci, ale od kiedy dawny król upadł, a na stanowisku generała pojawił się on, brat królowej, dawne zasady przestały istnieć. Evelyn doskonale wiedziała zresztą jaką kartą przetargową był jej brat, wolny i gotowy do sprzedaży. Kiedyś był żonaty, ale odkąd jego małżonka tajemniczo spadła z jednej z wież podczas jego nieobecności, pozostawał w swoim swobodnym stanie kawalerskim. Nie, żeby specjalnie przejmował się wiernością, ale zdecydowanie lepiej czuł się bez zbędnego pierścienia na palcu. Od zawsze kochał tylko jedną rzecz — walkę. I to jej pozostawał lojalny. Nie żonie ani żadnej innej kobiecie. Chociaż musiał przyznać, że czuł się lekko... Pominięty, gdy okazało się, że po powrocie czekała na niego zamknięta trumna z roztrzaskanym kobiecym ciałem. Nie miał żalu do siostry. Nie kochał Vivienne, chociaż pewna gorycz pozostała w nim przez kolejny tydzień po jej pogrzebie — w końcu nie lubił, gdy ktoś rządził się w jego zabawkach. Miał tak od zawsze. Czy to w pokoju dziecięcym, czy w dorosłym życiu. Szybko jednak znalazł pocieszenie w córce głównego wezyra, którą ten zamierzał oddać Szeptuchom. A Jayden nie mógł pozwolić, aby zmarnował się taki potencjał w odciętej od świata klicie nienaruszonych przez mężczyzn wróżbitek. Zaraz jednak skrzywił się.
Tylko wpierw będziesz musiał stawić się na jutrzejsze zebranie rady w celu omówienia szczegółów.
Parsknął znudzony na samo wspomnienie rady. - Najchętniej wytłukłbym ich wszystkich - mruknął pod nosem, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że nie mógł ruszyć nikogo z wiernej szóstki swojej siostry. W radzie znajdowali się wszak jego ulubiony główny wezyr, skarbnik, minister budownictwa, rolnictwa, pierwszy uzdrowiciel, osobisty alchemik Evelyn i on jako dowódca królewskiej armii. Nie lubił tych spotkań. Starcy siedzieli i marudzili o królestwie, poruszając sprawy, które były irrelewantne z punktu widzenia żołnierza. Jayden wolał dostać jasny rozkaz, niż marnować czas na posiedzenia, na których tak naprawdę bardzo rzadko podejmowano konkretne decyzje. Wiedział jednak, że jego obecność nie ulegała dyskusji. Siostra zamierzała torturować go i z lubością obserwować jak bardzo nie mógł wysiedzieć na twardym krześle... A skoro o nudnych spotkaniach była mowa... Oczywiście, że musiała spytać go o bal. Zawsze pytała. - Pozwól swoim baronom ponarzekać i pozapewniać cię, jak to zrobili, co mogli, by wygrać tę wojnę. Zwycięzcy idą do domu i pieprzą królową balu - odparł, zdejmując z zobojętnieniem skórzane rękawice, chociaż nie dało się ukryć, że pod koniec szelmowski uśmiech ukrył się w kąciku ust. Wiedział, że Avalon miała na niego czekać. W czarnych atłasach, które zlewały się z jej ciemnymi włosami. Niedługo i tak miała wychodzić za jakiegoś hrabiego, a Jayden nie zamierzał marnować ostatnich chwil, jakie mógł spędzić z kobietą, na nudziarskie ploteczki z pijanymi szlachcicami. Rosier pewnie znów miał się przechwalać, ile to jaj wycisnęła jego smoczyca, ile bachorów spłodził Macmillan, a Travers ile syren wyruchał. Miał lepsze rzeczy do roboty. Dlatego też stanął już twarzą do Evelyn i uśmiechnął się do niej wesoło. - Gratuluję zwycięstwa, moja królowo - powiedział, kłaniając się siedzącej na tronie siostrze, po czym odwrócił się z pełną gracji nonszalancją, chcąc opuścić salę tronową. Zdjąć z siebie ten skórzany pancerz, zrzucić żelastwo i pozwolić, żeby gorąca kąpiel zdziałała cuda. Zanim jednak przeszedł parę kroków, nagle o czymś sobie przypomniał i zwrócił się do czarownicy z przepraszającym, acz wyraźnie sztucznym uśmiechem. - Zapomniałem ci wspomnieć, że pod Carcass pojawił się Whitman. - Oboje dobrze znali to nazwisko. Pan Zachodu był rozpoznawalną figurą oraz wieloletnim adoratorem królowej. Co prawda była cały czas zamężna, lecz jej małżeństwo z Lugosem było farsą, którą łatwo mogła sama unieważnić. Mogła zakopać byłego męża w lochach tak głęboko, że wszyscy zapomnieliby o jego istnieniu lub po prostu powiedzieć słowo, a cały naród uznałby tylko jedną prawdę. Jej prawdę. - Nie jest głupi. Nie przyjechał tam za darmo - dodał już poważniej, wiedząc, że Evelyn nie mogła tego ignorować. Wcześniej zbywała króla sąsiadującego państwa wystarczająco długo, ale teraz okazał jej wsparcie, chociaż nie musiał i musiała na to zareagować. Musiała odpowiedzieć. Postawił ją pod ścianą, ale rozegrał to znakomicie. Whitman był silnym królem i najistotniejszym kandydatem, który mógł zetrzeć innych w proch. Był zdobywcą, a Jayden rozumiał go lepiej niż ktokolwiek. - Każdy dostaje swoją królową balu.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: [SEN] I come alive forged in fire [odnośnik]16.04.22 2:50
Lubiła ten stan, świadomość, że nikt nie podważy wydzielonego przez nią zadania, ale miało to też swoją drugą stronę, gorszą, mroczniejszą – czuła, że nie ma z kim rywalizować, zupełnie tak, jakby wszystko już osiągnęła, a choć pragnęła tego najmocniej na świecie, chcąc zawłaszczyć sobie całą znaną potęgę świata, to wiedziała, że została do tego jeszcze daleka droga do pokonania. Powstrzymała jednak grymas niezadowolenia wobec milczenia brata i wodziła spojrzeniem po komnacie, przykuwając ostatecznie stalowoniebieskie tęczówki bezpośrednio w tęczówki swojego męża. Lubiła na niego patrzeć, przez te wszystkie lata był mężczyzną tak przystojnym jak podłym, a teraz nie dosięgał jej nawet do pięt. Patrzenie na niego, przykuwanie go wzrokiem, sprawiało jej niemałą satysfakcję, chorą, ale ogromną. Czuła dzięki temu też, że może wszystko, jeżeli jej jedyny rywal klęczy na posadzce. Byliby tak pięknym małżeństwem, gdyby jej małżonek nie był tak parszywą bestią bez honoru. Wtedy jej się przypomniało.
Zwróciła spojrzenie ku bratu. – Myślałam ostatnio o twojej sytuacji. Nie ominiesz ponownego ożenku, ale odwlekę to w czasie tak długo, jak mogę – obiecała lodowato spokojnym głosem, niebezpiecznym, jakby mimo swoich słów już była pewna przyszłości Jaydena. Tak po prawdzie szukanie mu nowej partnerki nie było proste, tym bardziej jak miało się określone warunki. Rozesłała już nawet listy do ojców selektywnie wybranych kobiet i choć wiedziała, że odpowiedzi przyjdą prędko, to w końcu jej pozycja pozwalała na zwlekanie i długie, nawet nieskończone utrzymywanie pozorów, że pracuje nad sytuacją. – Pogrzeb Vivienne był piękny – stwierdziła bez skruchy. Nie powiedziała, że mu współczuje, nie okazała żalu. Nie kłamała bratu w żywe oczy, uroczystość sama w sobie była piękna, postarała się o to. Mogła nie trawić wybranki brata, mogła nie ubolewać jej śmierci, bo w końcu jej nie zależało, ale docenić wygląd uroczystości musiała. Wiedziała, że brat prędko znajdzie zastępstwo, nawet jeżeli nie będzie to nic trwałego. Mógł teraz się bawić, mógł przez moment udawać, że ma władzę nad własnym życiem, tak jak i Evelyn sama próbowała udawać. Marna parodia, ale zawsze to jakaś namiastka nierealnej rzeczywistości.
Parsknęła głuchym śmiechem na tę jakże absurdalną wypowiedź brata. Myślał, że jej się to podoba? Że uwielbia wysłuchiwać innych ludzi i udawać, że bierze pod uwagę ich zdanie? Potrzebowała rady, służyli jej pomocą przy błahostkach, ale musiała im dawać wrażenie, że służą radą również przy znaczących decyzjach. Musiała tam siedzieć wraz z nimi i udawać, że zastanawia się nad słusznością ich słów, choć żaden z nich nie miał pojęcia o prawdziwym zarządzaniu krajem. Nikt nie wiedział co należało zrobić, za to wszyscy się zastanawiali nad tym, jak jej decyzje wpłyną na kraj. Jakby mieli coś do powiedzenia. Najchętniej wszystkim ucięłaby języki i rozkoszowała się ciszą.
Bal również był kontrowersją. Organizowała je za każdym razem, gdy była zła, smutna, wesoła, rozgoryczona, parszywie zadowolona. Powód nie miał znaczenia, ale sama uroczystość już owszem – odrywała ją od rzeczywistości, pozwalała na dużo więcej niż za dnia. Mogła się upijać, jeść do woli, uciec do komnat, gdy tylko uznała, że odbębniła swoje. Nikt nie potrzebował królowej przez cały czas, wszyscy goście potrafili zajmować się sobą sami. Mogła się wybawić i iść spać, jak każdy zwykły człowiek. Budziło to w niej własną namiastkę człowieczeństwa, które rok za rokiem traciła. – Nie zmienisz reguł rządzących tym światem, ale jednocześnie nie musisz brać w tej szopce udziału, a ja wręcz przeciwnie – przesunęła językiem po zaschniętych ustach, próbując nie zaciskać ich ze złością. Nie podobały jej się słowa brata, a od zawsze pozwalała mu na więcej niż innym. Miał dużą swobodę i wciąż jej nie rozumiał, ani nie doceniał, a ona aż chciała mu udowodnić, co też mogłoby się stać, gdyby tak nie dbała o te szczegóły ich prywatnego życia, gdyby nie zatajała ich wychyleń od reguł, którymi rządziło się państwo.  Mógł mówić o szlachcicach to, co weszło mu na język i Evelyn reagowała niewzruszenie, ale tym samym wiedziała, że dzięki tym szlachcicom mieli fundusze na swoje rozległe działania i podboje. Oni budowali wiarygodność królowej, jej brata i kraju, niezależnie od tego jakimi łajdakami byli i co wyczyniali w czasie prywatnym. Mieli być na wezwanie i zawsze na takowe się stawiali, to było najistotniejsze. Zignorowała więc czcze gratulacje brata, jakby przesądziła nad ich zasadnością, widząc w nich graniczącą obłudę, jad, który przesycał słowa. Wolała koncentrować się na plusach, pozytywach, które udało im się osiągnąć. Nawet jeżeli musiała tkwić tu, w ścianach zamku zamiast na froncie. Miała swoją rolę i musiała ją odgrywać, niezależnie od tego, czy jej się to podobało, czy jednak nie.
Whitman pod Carcass? Wzdrygnęła się, a jej twarz zmatowiała w kilka chwil. Zastygła w bezruchu, blednąc w obliczu dochodzącej do niej z wolna informacji. Zacisnęła mocno palce na podłokietnikach, wbijając paznokcie w drewniane elementy, a ziejąca czernią trucizna w jej żyłach na powrót poczęła zmierzać ku jej palcom. Wiedziała, że kiedyś ten dzień nastąpi, że władca Zachodu upomni się o coś, czego chciwie pragnął od dłuższego czasu, a co ona wysunęła mu wręcz na tacy w dniu w którym złożyli Wieczystą Przysięgę, bez świadków, jedynie między sobą i choć sądziła, że rozwój wydarzeń nigdy nie wyzwoli w niej konieczności dopełnienia własnej części tak teraz wszystko się zmieniło. Była wściekła i rozgoryczona, bo choć nie był człowiekiem, którego miała się obawiać, to jednak był tym, który miał możliwość złamać jej bariery, tak skrupulatnie przez lata stawiane przed światem. Teraz nie miała wyjścia, musiała dopełnić wolę swojego sojusznika, człowieka, któremu obiecała zbyt wiele sądząc, że nigdy nie będzie zmuszona do wypełnienia swojej części obietnicy. Jakże się myliła…
Każdy dostaje swoją królową balu.
Drżenie ustało, gdy tylko spojrzała w oczy swojego męża. Lugos patrzyła na nią tak, jakby wiedział, co musi się stać. Jakby wiedział, że straci głowę szybciej niż zakładał, a wszystko zasługą jego żony. Nie chciała tak, miała się rozkoszować tym trofeum, męczyć i upajać, ale teraz? Musiała przyspieszyć działania i oczekiwać pojawienia się Whitmana, który będzie chciał odebrać swoją krwistą nagrodę. – Odejdź – zwróciła się nagle do brata, pojedynczym słowem, które przejawiało znacznie więcej uczuć niż cały potok słów. Było ono twarde, choć drżące, a ruch jej warg pobrzmiewał echem w ścianach komnaty. Musiała się przygotować, zdobyć możliwość na działania, jeżeli chciała zasiać ziarno sukcesu w tej niechybnej porażce. Nie chciała widzieć brata, ukazywać mu swego przerażenia. Potrzebowała ciszy, spokoju dla zebrania pędzących myśli i stworzenia z nich czegoś więcej. Musiała myśleć o swoim kraju, swojej władzy. Miała nie okazywać lęku, a żeby to uczynić, musiała spróbować wyciągnąć jakiegoś asa z rękawa, nim Pan Zachodu zawita w jej progi.



/zt x2




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna.
OPCM : 11 +2
UROKI : 5 +3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
[SEN] I come alive forged in fire Ee1d988fa9eb05c30d519762d91857f8
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691
[SEN] I come alive forged in fire
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach