Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
lost in the woods, 1957
AutorWiadomość
lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 9:06
Las był ciemny i pełen koszmarów - a Cordelii wcale się to nie podobało.
To przecież nie tak miało wyglądać. Zupełnie nie tak. Miała spędzić przyjemne, letnie popołudnie na pikniku dla młodziutkich panienek organizowanych przez jedną z lady Rowle, ot, kolejna wakacyjna rozrywka dla niepełnoletnich szlachcianek, spędzających kolejne sierpniowe dnie na terenie przeróżnych arystokratycznych posiadłości, by podpatrywać starsze matrony i czerpać z nich inspiracje, a także - głównie - wymieniać się plotkami z rówieśniczkami. Miała cieszyć się chłodem, jaki oferowały lasy Cheshire, łaskawie osłaniając przed okrutnym słońcem blade lica dam szerokimi ramionami gałęzi. Miała porozmawiać szczerze z Ylvą - czy tylko się jej wydawało, czy ta unikała jej podczas ostatniego herbacianego podwieczorku u lady Nott? - a także zapytać ją o opinię na temat nakreślonego w pewien lipcowy wieczór wiersza, opiewającego trudy zakończonej niedawno nauki w Hogwarcie. Miała też rozkoszować się frykasami, przyniesionymi na koce przez służbę, a także, według woli Pana Ojca oraz Abraxasa, zacieśniać relację z konserwatywnym rodem, by przynieść korzyści obydwu rodzinom. Podobno miało mieć to wielkie znaczenie, działo się coś ważnego politycznie, a kulisy aż wrzały od napięcia, którego sama Cordelia nie pojmowała. Wiedziała jednak, że ma do wykonania ważne zadanie, a więc podczas całego towarzyskiego spędu starała się wnieść w półcienie lasu nieco promiennego słońca, nawet jeśli wizja pikniku nie miała zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Popołudniowe spotkanka, herbatki oraz pogawędki, odbywające się w innych miejscach, były zazwyczaj pełne chichotu, śpiewu, muzyki oraz beztroski, lecz piknik odbywający się na polanie w lasach otaczających Beeston wydawał się wyjęty z zupełnie innej bajki. Bardziej ponurej; słońce praktycznie nie docierało na polanę i choć miało to zbawienny wpływ na pojawienie się na szlacheckich licach piegów, to całe to sympozjum czarownic odbywało się w dość ponurej aurze. Plotki nie rozprzestrzeniały się tak wartko, przysmaki, głównie mięsne, niezbyt pasowały do podniebienia, a atmosfera mrocznych lasów ziemi Rowle'ów nie sprzyjała ani chichotom ani donośnej, beztroskiej muzyce. Mimo to Cordelia starała się z całych sił umilić to popołudnie swym współbiesiadniczkom, bezskutecznie; w końcu, znużona, ujrzała pięknego motyla, ba, magiczne stworzenie, kuszące ją różnobarwnością skrzydełek. Uśmiechnęła się do niego, przeprosiła siedzące na jej kocyku koleżanki, mówiące jakieś głupoty o wojnie, po czym szybko zniknęła za krzewem forsycji, chcąc podążyć za słodkim okazem...gada? Owada? Nieistotne; sekundę później rozkojarzył ją biały blask gdzieś pod drzewem - czy mógł być to króliczek? Puchaty, milusi w dotyku, grzeczny zajączek? O tak, to było znacznie ciekawsze niż te ponure rozmowy o mugolach; ciągle słyszała przyciszone głosy dobiegające z pikniku, ale nie poświęcała im zbyt wiele uwagi, podążając za złudnymi błyskami, pewna, że zaraz przytuli do siebie puchate stworzonko, zanurzając twarz w czystej sierści pachnącej lawendą. Kto wie, może nawet spotka tego kota z Cheshire? Piękną kicię, o tak, miałaby o czym opowiadać i czym się chwalić. Szła więc pewnie, podśpiewując pod nosem, rada, że znalazła sobie interesujące zajęcie, lecz wkrótce - po kwadransie a może po godzinie? - zorientowała się, że nie tylko nie słyszy już odgłosów dobiegających z pikniku, ale że znajduje się w ciemnej kniei, a gałęzie wiszące nad nią przepuszczają ledwie jedną trzecią promieni słońca. Żadnych szmerów rozmów, żadnego trzasku szklanek, nic, tylko cisza, przerywana pohukiwaniami, szelestami i pomrukiwaniami lasu. I ten półmrok, wilgotny i chłodny. Choć dzień był upalny, tutaj zadrżała z zimna, czując, że odkryte ramiona pokrywają się gęsią skórką, a letnia sukienka - nieskazitelnie biała, niewinna, dziewczęca jeszcze, sięgająca tuż nad kostki - stanowiła niewystarczającą ochronę przed brakiem ciepła.
O dziwo, nie spanikowała od razu. Starała się nasłuchiwać, iść w stronę znajomych dźwięków, ale to tylko bardziej ją przeraziło. Las tylko pozornie był martwy; coś się w nim ruszało, posapywało, trzeszczało, a korony drzew zdawały się pochylać nad nią w duszącym uścisku. Szła coraz szybciej, oddychając głęboko, przecież nie mogła odejść daleko! A jednak, zgubiła się, zupełnie, a im energiczniej przekraczała knieję, tym bardziej ginęła w labiryncie gałęzi, polanek, strumyków i ścieżek wydeptanych przez zwierzęta. W końcu pobiegła przed siebie, przerażona okropnym stworzeniem, wyłaniającym się z mchu, jednakże zaledwie po dwóch krokach przewróciła się o wystający korzeń, rozdzierając beżową pończoszkę na prawie całej długości i tłukąc boleśnie kolano. Rozpłakała się, cicho, szczerze - bo nie było tu nikogo, przed kim mogłaby udawać teatraln szloch - prawie dziecinnie, pocierając piąstkami oczy. Sukienka podwinęła się do bioder, srebrzyste, długie, sięgające pasa włosy były w nieładzie, poprzetykane listkami, ale po raz pierwszy w życiu nie przejmowała się wyglądem, będąc po prostu wystraszoną dziewczynką w środku lasu. Coś jednak szło wokół niej, szeleściło, czaiło się w mroku; słyszała, że nadchodzi coś z puszczy, coś okropnego, zapewne wilk lub niedźwiedź; lub co gorsza, Zakonnik, który odgryzie jej głowę a potem zarazi liszajami. Zakwiliła jeszcze głośniej, przyciskając dłonie do piersi w geście autentycznego przerażenia, spoglądając w półmrok, gotowa na zajrzenie w oczy śmierci - zupełnie nieświadoma, że to, co słyszy, było tętentem kopyt.
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 10:13
Jeśli w sierpniu dni jasne, będą stodoły ciasne. I zgodnie z tym porzekadłem liczył na obfity okres lęgowy jeleni. Rykowisko dało się już słyszeć z najdalszych części lasu, a sir Albert na swym koniu przysłuchiwał się im w ciszy, swojego wilka wysyłając na przeszpiegi, aby doniósł, jak zimują. Kopyta Sleipnira, czarnego folbluta, uderzające o ściółkę, rozpoczęły swój step. Dziś nie polował, jedynie okiem łypiąc na las i doglądając jego części przed zbliżającym się sezonem łowieckim. Dzień był ciepły i promienie żółtego słońca przebijały się przez korony drzew tonowane przez iglastą gęstwinę. Trzepot skrzydeł krzyżodziobów, stukanie dzięcioła w twardy pień wiecznie zielonego cisu, czy też mokry mech ugniatający się pod skórzanym butem mężczyzny. Ten pochylił się nad resztką lisiego futra i pochwycił je, muskając palcami, aby dotykiem znaleźć, jak świeże było. Wilgoć i chropowatość włosia sugerowałaby najmniej tydzień. Rozejrzał się więc po okolicy, upatrując rozerwanego kawału mięsa zwierzęcia, najpewniej rozerwanego pod zębiskami groźniejszego przeciwnika. W terenie był u siebie, nieobcy i niewrogi temu lasowi. Hospes, hostis, mawiano w Beeston. Wtem znalazł resztki padliny, obgryzionej z płatów skóry i włókien, jedynie kośćmi strasząc leśne myszy i żuki. Wygięta w cynizmie warga stworzyła na jego licu uśmiech cierpki, lecz ten zaraz zgasł, bo szczególną i niepowtarzalną ciszę zamkowego lasu przedarł najpierw cichy dźwięk łamanej w oddali gałązki, a ten przyspieszał i przyspieszał. Mężczyzna wyprostował się więc, nasłuchując, skąd owy dobiega, po czym podszedł do swojego wierzchowca, ponownie na niego wsiadając. Step pomiędzy drzewami był spokojny, Sleipnir radził sobie w tym terenie, bo i do niego był tresowany, zaś sir Rowle chwycił za kuszę, naciągając ją i szykując się do wystrzału, gdy tylko pod jego oko wpadnie intruz, który nawiedził te ziemie. Bezdźwięczne niemal zawodzenie rozległo się nagle zza dalekiego krzaka, a owo nie było zwierzęce, ni pochodzące od zjawy, a ludzkie i dziecięce lub kobiece. Zbliżał się ku jego źródłu, swobodnie i pewnie, ale wolno, aby nie spłoszyć obcego, a najwyżej wykorzystać jego nieuwagę w walce, choć i ta miała być nierówna, skoro to on dzierżył kuszę, a damska fonia sugerowała przeciwnika lichego i niestarannego w swej kryjówce. Przekroczył przez gęstwinę, głos był blisko, tuż obok i wtem wyrósł przed nim jako biała postać z sabatu, nie tropiciel. Celowana w pierś dziewczęcia kusza zatrzymała się chwilę na tej linii, ale nie wystrzelił z niej bełta, mrużąc ciężkie od upływu czasu powieki. Koń zatrzymał się jak posąg, stojąc niewzruszonym w ciszy.
Kim jesteś? — zapytał, nie schodząc z wysokiego konia, lecz zdobionej kuszy nie spuszczając też w dół. — Przekroczyłaś lasy Beeston. Jeśli bezprawnie, tak karę wymierzę sam — wypowiedział słowa spokojnie, obserwując zdobiony strój jej i jasne włosy, niepodobne do tych, które widywał u biedoty, a aksamitne i miękkie, teraz zdobione liściem. Siedziała nie tak jak dama, za którą z początku ją wziął. Rozerwana pończocha i podwinięta sukienka odsłaniały bez gracji blade miękkie ciało, młode i jędrne, widocznie zadbane, aby służyć za ozdobę. Jaką pewność jednak miał mieć, że to w istocie córka bogacza odłączona od stada, a nie przebieraniec cyrkowy, co w swej niewinności postanowił o łaskę prosić pana nad tymi ziemiami. Nie poruszył się więc ani o stopę, ani nie drgnęła mu powieka, w oczekiwaniu co młódka odpowie, opuścił jednak kuszę, wciąż trzymając ją w pewnej dłoni, aby unieść i wycelować, jeśli taka zaistnieje w dniu tym potrzeba. Biedne jej lico, jeśli premedytacją chciała spokoju przodków zakłócić. Biedna pierś jej, jeśli gniew rodu Rowle na siebie ściągnie.


Dziady, duchy, rody nasze prosimy, prosimy
Do wieczerzy, miejsca, ognie palimy, palimy
I zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły
Albert Rowle
Zawód : zarządca terenów łowieckich Delamere
Wiek : 38
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
The more a thing is perfect, the more it feels pleasure and pain.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10483-albert-rowle https://www.morsmordre.net/t10668-vegvisir https://www.morsmordre.net/t10667-sir-albert-rowle https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t10669-skrytka-bankowa-nr-2262 https://www.morsmordre.net/t10677-albert-rowle
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 11:00
Zapłakała żałośnie raz jeszcze, wystraszona, próbując opanować paniczne myśli, tak, jak radziła jej piastunka, gdy koszmar wybudzał ją z miękkiego snu, wrzucając prosto w odmęty pełne potworów, strzyg, szyszymor i mugoli. Problem w tym, że tym razem nie mogła uznać, że to tylko senna mara, zgubiła się przecież naprawdę i znajdowała się sama-samiuteńka pośród potwornego lasu, do tego bez różdżki, którą mogłaby wezwać pomoc. Ach, dlaczego zostawiła ją na piknikowym stoliku tuż obok dzbanów pełnych soku, porcelany zasypanej soczystymi winogronami i koszyków, z których zalotnie wyglądały croissanty i chrupiące bagietki? Na samą myśl poczuła głód, a strach sparaliżował ją do tego stopnia, że nawet nie podnosiła się od razu z ziemi. Umrze tutaj, samotna, do tego brudna już od ziemi i zieleni, a jej zwłoki rozwleczą po lesie dzikie zwierzęta. Cóż mogła zrobić? Błąkać się dalej, być może wkraczając głębiej w nieprzeniknioną puszczę? Czekać na ratunek? Gorące łzy płynęły po buzi równym strumieniem, przerwane dopiero przez nadchodzące odgłosy. Zwierzęco-ludzkie, coś posapywało, trzeszczało i wprowadzało podłoże w drżenie - a może to ona trzęsła się tak mocno w ataku lęku? - a lady Malfoy nie miała sił, by odpełznąć sprzed paszczy wilka.
A raczej...konia? Ją zobaczyła jako pierwszą, wychylającą się spośród gęstego listowia, później zaś wysoki kłąb i siedzącego na siodle mężczyznę, słabo widocznego zza kuszy wycelowanej prosto w nią. Z zaskoczenia - i kolejnej porcji nieznanego dotąd strachu; na Merlina, nigdy nie kierowano w jej stronę różdżki, a co dopiero równie niebezpiecznej broni! - aż przestała płakać, wpatrując się wielkimi, błękitnymi oczami w niespodziewanego potwora, który wcale nie okazał się złym wilkiem, a wielkim myśliwym na wielkim koniu. Z perspektywy siedzącej żałośnie na ściółce dziewczyny wydawał się ogromny niczym pomnik, dodając tylko kolejne poziomy do trwogi rysującej się na poróżowiałej od płaczu buzi szlachcianki.
- Ja...ja się zgubiłam, nie-nie specjalnie, po prostu nagle nie wiedziałam, gdzi-gdzie jestem - wychrypiała tylko żałośnie, dziecięco, urywanymi sylabami, dalej podpierając się piąstkami o ziemię za sobą, tak bliska paniki, że nawet nie przejęła się tym, jak wygląda. Z sukienką poznaczoną smugami ziemi, z pończochami wołającymi o pomstę do Merlina, w włosami w niczym nie przypominającymi równo ułożonej fryzurki podpiętej złotymi broszkami. Kąciki warg zadrżały w zapowiedzi kolejnego ataku histerii, lecz szczęśliwie mózg Cordelii zaczął łączyć logiczne fakty, pozwalając przyjrzeć się sytuacji. Nie znajdowała się już sama w środku lasu, ktoś ją odnalazł, będzie uratowana, nie zgnije tutaj zjedzona przez robactwo; jeszcze będzie pić szampana, celebrować swój debiutancki Sabat, pisać wiersze, zrywać kwiaty i zaszczycać swoją obecnością niejeden piknik, ale nigdy-przenigdy już nie oddali się z miękkiego kocyka! Odetchnęła spazmatycznie, przymykając na moment oczy, po czym otworzyła je znowu, zauważając, że mężczyzna zsiadł z konia, znajdując się już bliżej jej linii wzroku. Dopiero wtedy w półmroku sierpniowego lasu, w blasku miodowego promienia słońca, przebijającego się gdzieś pośród dębowych listków, dostrzegła wyraźniej twarz jegomościa, rozpoznając w nim sir Adalberta, ojca Ylvy, która zaprosiła ją na nieszczęsne letnie spotkanie. - Sir Rowle! - wydusiła z siebie, z ulgą tak wielką, że prawie radosną: zapewne nikt do tej pory tak nie cieszył się na widok tego konkretnego arystokraty słynącego, lekko mówiąc, z wątpliwie wesołego usposobienia. - Och, jak wspaniale lorda widzieć, to prawdziwe szczęście - kontynuowała, czując, że tym razem do oczu napływają jej łzy wytchnienia, spokoju, pewności, że oto została uratowana przez rycerza na nie do końca białym koniu. Takie detale były jednak nieistotne, podniosła wzrok na stojącego przed nią lorda, zadzierając wysoko głowę, wpatrzona w niego jak w obrazek - lub raczej jak na najnowszą sukienkę z kolekcji Domu Mody Parkinson. Uśmiechnęła się niepewnie, niewinnie, oddychając głęboko, aż zakręciło się jej w głowie - i dopiero po tym dopływie tlenu do nastoletniego mózgu zorientowała się, że swym zachowaniem i prezencją urąga wszelkim zasadom etykiety. Znów się zestresowała i spróbowała dygnąć, siedząc, co nie wyszło najlepiej; w panice zaczęła też zakrywać nogi i biodra sukienką, speszona. - Przepraszam za swój wygląd, sir, tułaczka przez las sprawiła, że wyglądam jak byle dziewka z wioski, co za wstyd - jęknęła z rozpaczą, doprowadzając się do porządku, dalej na siedząco, bo obawiała się, że gdyby wstała, drżące z niedawnego lęku oraz obezwładniającej ulgi nogi mogły odmówić jej posłuszeństwa. Zresztą, obdarte kolanko zaczęło pulsować tępym bólem. Zaaferowana swym wyglądem oraz skrajnymi emocjami nawet się nie przedstawiła, uznając za oczywiste, że dojrzały arystokrata, mający swoje życie, problemy oraz odpowiedzialne zajęcia, na pewno zna Cordelię Armandę Malfoy - do tego przed debiutem - i potrafi ją rozpoznać nawet w ciemnym lesie.
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 11:44
Wystarczyło wypuścić bełt, siłą jego ostrza przebić gardło młódce, która w lesie jego rodu postawiła stopę. Niegdyś pochopnie wystrzeliłby bez zawahania się, za nic mając sobie cierpliwość. Dziś jednak minęły lata, w których trakcie jego butność ściągnęła już na niego kalectwo. Zimniejszy i spokojniejszy, odznaczający się cynicznym uśmiechem, ale nie reagujący w swej gorączce. Gorącej krwi był jego koń, który prychnął na tłumaczenie dziewczyny, co jednak sir Rowle uspokoił, ciągnąc za wodze. Sam przysłuchiwał się zawodzeniu, dziecięcemu płaczowi wydobywającemu się jednak z twarzy kobiety, choć z pewnością dopiero wchodzącej w zimny świat angielskiej socjety. Żałosne i zachrypienie słowa nie przekonały go ani na moment, gdy to w głowie układał się już krwawy plan, aby ukarać nieposłuszną młódkę, co śmiała odzianą w pantofel stopą zajść w te strony, a teraz swym głosem zakłócać spokoju przodkom.
Zgubiłaś... Ot tak znalazłaś się w lesie Beeston zgubiona... — powtórzył po niej, parskając cicho śmiechem, aż jeden z kącików ust odskoczył w górę w cynicznym przywitaniu. Nie przedstawiła się, swe imię tając przed panem. Zsiadł więc z czarnego konia, a chwytając za laskę, która wcześniej w pochwę była wczepiona przy końskim boku, przestąpił na dwa kroki w przód, ciałem górując nad jasnowłosą dziewką. Gęstwina przepuściła jeno promyk, który padł na twarz jej, opuchniętą i smutną od łez. Albert nie miał w sobie współczucia, bo i widok taki nie wywołał w nim trwogi, co najwyżej pożałowanie, lecz wtem ta wykrzyknęła jego nazwisko w szczęściu największym, jakby nie ducha, nie wroga i jego samego zobaczyła, a przyjaciela oddanego w swej zgubie. Kasztanowym spojrzeniem zmierzył jej kruche ciało, co siedziało przed nim na ziemi, brudne od leśnego runa z białą suknią zzieleniałą od mchu. Rozdarta pończocha drogą była ku dziewiczej uciesze, więc gdy ta wspomniała o szczęściu, on uniósł brew w górę w rozbawieniu. Czyż nie wiedziała, że obcą być tu, to zbrodnia? Jeśli spodziewała się wroga w postaci zwierzyny, tak sir Albert miał jej być największym wrogiem, gdy wtem ta wpatrzona w niego, jakby światłość zobaczyła, uśmiechem niewinnym zbiła go z tropu. Gdzie strach jej i ból, czemu radość w niej widać? Zmarszczone ciemne brwi zachwiały się nieznacznie w tym jej niespodziewanym geście, po czym zmarszczyły, a twarz spoważniała, bo elementy zaczęły się ze sobą składać. Piknik organizowany przez córkę jego, Ylvę z poleceniem utrzymywania dobrej relacji z młodymi damami sojuszniczych rodów odbywał się najpewniej dzisiaj. Albo wczoraj, czort wiedział, ile ta młódka tu siedziała. Suknia jej była droga, co rozpoznać mógł po kamieniach, a ciało bez skazy, jedynie w brudzie. Pokręcił głową na boki w niedowierzaniu, jak głupia młoda kobieta ze swej pewności weszła w las, co legendami straszył. Brakło jeszcze tych jęków, aby złe duchy nawiedzające tę gęstwinę zjawiły się i krzywdę panience zrobiły. Rację jednak miała, wygląd jej pozostawiał wiele do życzenia. Kocmołuch i leśna dzikuska, za takie postacie mógłby ją wziąć, a nie za arystokratkę w wieku jego najstarszej.
Odłączyłaś się od grupy, czy w lesie jest was więcej? — spytał spokojnie, nie komentując wyglądu dziewczyny, ale wzrok zawieszając dłużej tam, gdzie akurat z powrotem znalazła się suknia. Kobiety spoza rodu Rowle nie były tak silne, ale na pewno urody matka jej nie skąpiła. Jeśli nie była jedyną w lesie, to szybko duchy zrobią sobie pożywkę z młodych damulek. Ylva karę swą odbędzie później, za niedopilnowanie gościa, ale o tym z młodą blondynką nie zamierzał rozmawiać. Wyciągnął odzianą w rękawiczkę z cienkiej ciemnej skóry dłoń w jej stronę, aby chwytając za nią, mogła podnieść się ze ściółki i stanąć na nogi, jak kobieta, a nie rozchwiane i poranione dziecko. Dostrzegł okaleczone kolano. — Nie pasujesz do lasu, a już zwłaszcza do tego lasu. Są tu duchy i zjawy, a także groźna zwierzyna, co jednym pazurem, by cię zraniła. Wiesz, co ci grozi wśród tych drzew...? Jak się nazywasz i czyją jesteś córką? — pytanie to musiało paść, bo choć pewność już miał, że była tu gościem, tak nazwisko dziewczyny nie było dla niego jasne. Towarzyskością nie grzeszył, nastawiony na cel był. Znał swój krąg i swoje kontakty, ale czemu to miałyby interesować go towarzystwo dla dam? Nie zakładał, że jest już żoną, bo na palcu jej nie widniała złota obrączka. Opiekę więc musiał sprawować nad nią ojciec. Blade jej włosy mogły podpowiedzieć mu jej pochodzenie, ale czekał na odpowiedź, ciemnymi oczami spoglądając z wysoka, bo prawie dwadzieścia cali dzieliło linię ich głów. Nie odsunął się na krok, pozostając blisko, aby czuć jej woń i górować nad jej osobą.


Dziady, duchy, rody nasze prosimy, prosimy
Do wieczerzy, miejsca, ognie palimy, palimy
I zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły
Albert Rowle
Zawód : zarządca terenów łowieckich Delamere
Wiek : 38
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
The more a thing is perfect, the more it feels pleasure and pain.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10483-albert-rowle https://www.morsmordre.net/t10668-vegvisir https://www.morsmordre.net/t10667-sir-albert-rowle https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t10669-skrytka-bankowa-nr-2262 https://www.morsmordre.net/t10677-albert-rowle
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 12:06
Cordelia prawie zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, w jakim się znalazła, bowiem w danym momencie w jej małym świecie nie istniało nic gorszego niż potworna śmierć w męczarniach, samotna, gdzieś pośrodku obcego lasu. Nawet perspektywa wymierzonej w niej broni nie wydawała się aż tak przerażająca w kontraście z pulsującymi jeszcze przerażeniem obrazkami, pojawiającymi się pod przymkniętymi powiekami. Jej ciało, zjadane żywcem przez robale. Odnajdujący ją mugole, zarażający ją liszajami i skazujący na życie wśród żab albo innych skunksów. Nieśmiałki obcinające ostrymi paznokciami włosy. Mech porastający śliczną sukienkę. Każda z tych baśniowych, koszmarnych stopklatek budziła lęk większy niż kontakt z nieznajomym - również z powodu wychowania młodej damy pod szczelnym kloszem. Nie bała się ludzi - pomijając plebs i mugoli oraz terrorystów - ufała więc tym, których napotkała na swej drodze, a skoro rozpoznała już w nieznajomym myśliwym ojca swej drogiej koleżanki, jakiekolwiek zdenerwowanie umknęło zupełnie, pozostawiając ją po prostu wdzięczną za to, że żadna z potwornych wizji śmierci się nie ziści. Sir Adalbert przecież nie postrzeliłby ją przypadkiem ani nie stratował tym potężnym koniem, oczywiście, że nie, z każdą chwilą kontaktu uspokajała się więc coraz bardziej, a łzy zasychały szybko na zarumienionej buzi. Zawtórowała mężczyźnie śmiechem, ciszej i w lekkim zdezorientowaniu, nie rozumiejąc, co go tak bawiło, ale nauczono ją przytakiwania przedstawicielom płci ważniejszej, a w tej sytuacji wybuchnęłaby perlistym chichotem nawet, gdyby Albert opowiedział najgorszy żart o galopującym kociołku. Był jej wybawicielem, zasługiwał więc na wszystko, co najlepsze - odczuwała tym silniejszy wstyd z powodu tego, jak wyglądała.
- Myślałam, że zobaczyłam króliczka, chciałam się trochę przespacerować - sama, nikt ze mną nie podążał -i poznać piękno lasów Cheshire, odeszłam tylko na kilka kroków od pikniku - i wtedy zorientowałam się, że się zgubiłam - odpowiedziała pełnym emocji tonem, przejęta swą historią, pomimo niedawnego stresu już zastanawiając się, jak swą opowieść ubarwić, by później odpowiednio opowiedzieć ją w salonikach nad popołudniową herbatkę, wzbudzając zaintrygowanie słuchaczek. Na razie jednak nic wyjątkowego nie przychodziło jej do głowy, była obolała i zmęczona strachem; przeczesała nieco nerwowo srebrzyste włosy, przerzucając je przez ramię, by pozbyć się z nich listków i gałązek. - Och, sir, wiem, że lasy są niebezpieczne, ale nie myślałam, że ten jest taki duży... - westchnęła, nieco zawstydzona, dalej spoglądając wielkimi, prawie dziecięcymi oczami na mężczyznę, wyciągającego ku niej rękę. Znów uśmiechnęła się do niego z radością i splotła własne drobniutkie palce z jego, pozwalając mu pomóc powstać z leśnego mchu. Uczyniła to zgrabnie, lecz szybko zachwiała się, sycząc z bólu. - Nie tylko zwierzęta mogłyby mnie zranić. Uderzyłam się w kolano po tym, jak jakiś głupi korzeń stanął mi na drodze - mam nadzieję, że nie złamałam kości! - jęknęła cichutko, dramatycznie, odmawiając zerknięcia na obnażone i zakrwawione nieco kolano. Absolutnie nie złamane, ledwie draśnięte, lecz dla Cordelii był to uraz trzeciego stopnia. Podobnie silny jak brak rozpoznania w niej lady Malfoy; spojrzała na mężczyznę spod półprzymkniętych rzęs, dalej unosząc głowę i kurczowo trzymając się jego dłoni, by nie przełożyć całego ciężaru ciała na potwornie pokiereszowaną nogę. - Lady Cordelia Armanda Malfoy, córka miłościwie nam panującego Cronusa Malfoya, siostra Abraxasa Malfoya, potomkini Armanda - zadeklamowała dumnie, z klasą i wręcz arogancją, tonem grotestkowo kontrastującym z poprzednimi dziecięcymi marudzeniami. - Zapewne lord mnie nie rozpoznał w tym wydaniu...To oczywiste. Błagam, sir, proszę nie mówić o tym wydarzeniu nikomu a mój widok zachować tylko w swych wspomnieniach. A najlepiej - w ogóle tych też się pozbyć! - zniżyła głos do szeptu, trzepocząc rzęsami, by dopiąć swego. Cóż to byłaby za potwarz, gdyby Albert Rowle rozpowiadał potem o pobrudzonej sukience, rozczochranych włosach, obitym kolanku i podartej pończoszce! Lub pielęgnował te obrazy w pamięci, och, tak bardzo chciała zrobić dobre wrażenie, wchodząc w dorosłość, a przykry los skazywał ją na takie trudności. Wargi znów zadrżały w zapowiedzi płaczu, a palce Delii zacisnęły się na mocnej dłoni Alberta niczym na linie ratunkowej. Przeniosła jednak spojrzenie w bok, na imponującego, czarnego ogiera, dekoncentrując się jego zadbaną prezencją. - Cóż za piękny konik, sir. Uroczy. Jak się zwie? - znów powróciła do tonu nieletniej panienki, zachwyconej ślicznym zwierzęciem, groźnym, ale...te ślepia, ta grzywa, ten ogon; ledwie powstrzymała się od pokuśtykania do niego, by poklepać go po chrapach lub przytulić głowę do lśniącej sierści na boku.
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 12:57
Mogłaby być eteryczną jak bajkowa ważka, co swój dom ma pod klonowym liściem, ale przysychające na policzkach łzy dostatecznie czyniły ją ludzką, aby nie zawahał się w swym osądzie. Była ledwo pyłem na tej ziemi i nie stanowiła zagrożenia ani dla zwierzyny, ani dla drzew, ani dla istot. Ściągając broń w dół, widział więc ledwo ofiarę lub, jak później miało się okazać, przypadkową zgubę, nie grozę czyhającą pod porcelanową powłoką delikatnej lalki bez skazy na ciele, teraz brudnej od ziemi i pokracznej w swym ułożeniu. Rumiana i delikatna, wyglądała tam tak, jak lubił, więc i spojrzenie jego szło od smukłej szyi po odsłonięte udo, gdy to podwinięta pod biodro sukienka powoli wracała na swoje miejsce, ku jego nieszczęściu. Kasztanowym wzorkiem powrócił więc do bladego lica kobiety, która przytakiwała jego słowom, śmiejąc się, chociaż zapewne powody ku temu miała inne. Zmarszczone brwi nosiły się wyżej, gdy wspomniała o króliczku, bo tych w lesie Beeston nie spotkał.
Mogłaś widzieć zająca szaraka, albo mysz polną, czy lisa z puszystą kitą, ale królików tu brak — odpowiedział spokojnie. O ile pełno było dzików i jeleni, tak króliczki z pewnością nie utrzymałyby życia pod ostrymi zębiskami czyhającego w krzakach drapieżnika. Rad był jednak, że była sama, ale nie dlatego, że brak było jej świadka, co kusiło w swym sekrecie, a dlatego, że najpewniej reszta podobnych jego córce bawialnię swą miała w bezpiecznej odległości od spokoju przodków, a ten nie powinien być zakłócony nawet piśnięciem.
Jest nawet większy, niż zdążyłaś dostrzec. Jak długo szłaś? — odpowiedział, gdzieś w głosie mając nutę tajemnicy, bo jeśli uszła żywa, to znak, że nawet połowy lasu nie widziała. Nie byli daleko od głównej ścieżki, skąd droga prowadziła na leśne polany i potem do zamku. Nie ciekawiło go, jak odbyła spacer, a czy droga jej była prosta, czy kręta i czy dokonała zniszczeń przez cały czas swej podróży. Wstała zgrabnie oparta o jego dłoń, zaś w wyprostowanej pozycji wyglądała znacznie godniej, niż na zimnej leśnej ściółce. Zachwiała się, a widać było kolano zadrapane ledwo przez drzewo, co wystawało spod rozdartej pończoszki, dla niej było przekleństwem największym, bólem i raną równą śmierci. Instynktownie dłoń jej chwycił mocniej, aby nie przewróciła się ponownie na runo, chcąc uniknąć jęków i płaczków dziewczęcia, te mógł wyrywać z piersi wielu młódek, ale zwykł robić to sam, nie przy pomocy braku równowagi u owej.
Ciekawe, młoda lady Malfoy — powtórzył w rozbawieniu, bo córa Ministra po sir Cronusie miała co prawda kolor włosów, ale jego i Abraxasa pamiętał jako mężczyzn stabilnych. Kobiety zawsze były słabsze i ta potwierdzała tę zasadę, w słonych łzach, co zastygły na jej rumianych policzkach będąc bliższa nimfie niż podobną jego córce. Krew Rowli nie płynęła w dziewczęciu, lecz ta kusiła go swymi gestami, a Albert łasy był na płynność ruchów. — Sir Adalbert Rowle... Zapewne trafiłaś tu z pikniku mej córki, czyż nie? Winnym odwieźć cię w bezpieczne miejsce, to nim nie jest — dodał, lecz bez namiętnego uśmiechu czarującego mężczyzny, którego wypatrywać mogła w innych zamkach i na innych salonach. Tak wiele zaoferował, nie karząc jej tam za swą głupotę, a będąc bohaterem. Żarty kobiet rzadko go bawiły, ale ta była wyjątkowo zabawna w swych słowach. Przestraszona w obawie, że on niczym trzpiotka opowie historyjkę o młodej damie, co zadrapała kolanko w jego lesie.
Twój sekret pozostanie sekretem — mruknął, prychając śmiechem w ironii, bo obrazka nie zamierzał wymazywać. Zbyt mu się podobał, choć teraz gdy stała, wciąż trzymając jego dłoń, obserwować mógł ją jedynie z góry, gdy jej drobne palce się zaciskały. Nie był łagodnym człowiekiem, bawidamkiem i rozpustnikiem, a zwykłym hedonistą, co robił to czego zażądał jego instynkt. Niedaleko więc miał, aby wziąć sobie i ją i zapewne niegdyś by tak zrobił, dziś stateczny już i poważniejszy w swej osobie, kiwnął jej jedynie głową na potwierdzenie wcześniejszych słów. Zachwycona widokiem konia, nie wywołała zakłopotania, a najwyżej kolejne rozbawienie. Nie odbierał jej jednak wiedzy, bo czarny folblut w istocie był zadbany, ale i silny, szybki i wytrzymały.
Imię jego to Sleipnir — odpowiedział, odsuwając się nieco na bok, aby miała pełen widok na zwierzę, jednak wciąż utrzymując jej dłoń. — Jak ośmionogi koń Odyna z nordyckich legend — szczerze wątpił, że owych uczono w Hogwarcie, gdzie to Malfoyowie posyłali swoje dzieci. — Przechodził przez wody, powietrza i ziemie, ale i dotarł do Helheimu, czyli krainy umarłych — zmrużył ciężkie powieki, odwracając głowę od konia znów w stronę Cordelii Malfoy. — Uzdrowiciel sprawdzi twą szkodę — powiedział, a następnie zostawił dłoń dziewczyny, ruszając kilka kroków w przód do konia, którego za wodze przyprowadził bliżej jej osoby. Zwierze było ciche i ułożone. — Jeździłaś już konno? — spytał, aby rozproszyć jej uwagę, ale nie oczekując na odpowiedzi, złapał dziewczynę w talii, unosząc do góry jak dziecko, bo w istocie ważyła podobnie, aby posadzić ją na siodło. Te było męskie, ale w obliczu sytuacji wolał nie słyszeć żadnego wybrzydzania ze strony młodej damy. Nie przyzwyczajony był zresztą do owego. Gdy ta bezpiecznie siedziała w siodle, sam włożył but w strzemię, następnie mieszcząc się za młodą damą i za siodłem, na oklep, chwytając zaś wodzę, aby młódkę zamknąć pomiędzy ramionami i ruszył konia, prowadząc stepem Sleipnir przez las.


Dziady, duchy, rody nasze prosimy, prosimy
Do wieczerzy, miejsca, ognie palimy, palimy
I zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły
Albert Rowle
Zawód : zarządca terenów łowieckich Delamere
Wiek : 38
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
The more a thing is perfect, the more it feels pleasure and pain.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10483-albert-rowle https://www.morsmordre.net/t10668-vegvisir https://www.morsmordre.net/t10667-sir-albert-rowle https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t10669-skrytka-bankowa-nr-2262 https://www.morsmordre.net/t10677-albert-rowle
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]11.10.21 13:12
Gdy znalazła się już na nogach, dzięki rycerskiej pomocy sir Adalberta, poczuła się znacznie pewniej. Długa sukienka przykryła haniebnie poszarpaną pończoszkę, odsuwając także sprzed wzroku Cordelii potwornie rozdartą skórę kolana - co prawda materiał ubrania ocierał ranę, wyciskając z ust dziewczyny raz po raz syk bólu, lecz przynajmniej nie wpadła w histerię widząc kilka kropel błękitnej krwi spływającej po smukłej łydce. Bliskość dojrzałego mężczyzny pozwalała skupić się na czymś poza niedawną paniką i osłabieniu, Rowle działał więc na nią niezwykle dobrze, hamując rozpaczliwe następstwa przykrej przygody. Niewiele brakowało, by zemdlała mu w ramionach lub rzuciła się na ziemię, uderzając w nią piąstkami, by odreagować skrajne emocje porzuconego w środku lasu dziecka. Przy arystokracie musiała się jednak zachować, dygnęła więc ponownie, nieco krzywo ze względu na swój uraz, dalej mocno wczepiona w silną dłoń. Nawet nie zachwiał się pod jej naciskiem, zaimponowało jej to, lubiła silnych czarodziejów, szkoda tylko, że ten konkretny tak brutalnie obdzierał ją ze złudzeń spotkania z puchatym króliczkiem.
- Lisek? To mógł być śliczny, puchaty lis? Ten z białym ogonkiem? - podekscytowała się, ignorując fakt, że takie umaszczenie nie pozwoliłoby zwierzęciu przetrwać w zielonej kniei. Kochała słodkie zwierzątka, a jeszcze bardziej zrobione z nich mięciutkie futra, nie odczuwając przy tym nawet najmniejszego dysonansu moralnego. Ot, wszystko, co poprawiało jej humor, było tak samo dobre, a to, co nastrój psuło złe. Widziała więc świat w czerni i bieli, ślepa na szarości, posępnego lorda od razu stawiając w blasku światła. Wywołałoby to przeraźliwy chichot większości szlachty, uznającej reprezentantów rodu Rowle, tak samo jak Avery'ch, za najbardziej okrutnych wśród błękitnej krwi, lecz przecież ojciec Ylvy zaopiekował się nią z całą łagodnością, oferując wsparcie, zarówno psychiczne - schował przecież kuszę, mruknął coś w rozbawionym tonie, otoczył ją troską - jak i fizyczne, gdy pomógł wstać, a później dostać się na konia.
- Och, nie wiem, czas tu płynie inaczej. To intrygujące, prawda, sir? Wydawało mi się, że spędziłam tu całe lata...Ale to nie może być prawda, po drodze przejrzałam się w strumieniu i nie zauważyłam na twarzy żadnych zmarszczek - odparła w głębokim zastanowieniu, wcale nie żartując: ciągle kwestia wyglądu znajdowała się na pierwszym miejscu w hierarchii trosk, tuż po filozoficznych rozmyślaniach na temat magii czasu i chronologii wydarzeń. Otrząsnęła się z nich szybko, nagle speszona ciepłem bijącym od męskiego ciała, nie odsunęła się jednak, nie chcąc, by zauważył tę absurdalną nerwowość, nie czuła się też na siłach, by stanąć pewnie na obydwu nogach. - Co we mnie jest ciekawego, sir? - zagadnęła, zaintrygowana jego krótkim rozbawieniem, pierwszy raz w życiu mniej łasa na komplement, a bardziej szczerze zainteresowana tym, co mógł mieć na myśli. Zapewne drążyłaby temat, ale Rowle postawił przed nią kolejne wyzwanie, tym razem fizyczne - kiedy podprowadził ku niej konia, uśmiechnęłą się ponownie, choć nieco łagodniej, przytłoczona rozmiarami zwierzęcia. Zazwyczaj jeździła na niskich klaczach lub łagodnych wałachach, a zwierzę stojące przed nią nie wydawało się przesadnie spolegliwe. Miało mądre ślepia, śliczną sierść i bujna grzywę, aż proszącą się o pogłaskanie, co też uczyniła, być może głupio, szybko cofając rękę przed gwałtownym ruchem pyska. - Uroczy. Miałam kiedyś zabawkę, czarnego konika. Ale bez ośmiu nóg - powtórzyła nieco chaotycznie, przenosząc spojrzenie z zwierzęcia na sir Alberta. Jego charakterystyczny profil intrygował, niebanalna twarz, choć niezgodna z kanonem, miała w sobie specyficzny urok - ledwie powstrzymała się od ponowienia gestu pogłaskania, tym razem nie konia, a tego ostrego nosa. Uśmiechnęła się lekko, ale sekundę poźniej promienny uśmiech zniknął z jej twarzy. - Och, tak, ale zawsze wsiadam na konie przy pomocy służby i specjalnego podestu i... - wyrzuciła z siebie szybko na jednym wdechu, nie miała pojęcia, jak miałaby znaleźć się na górze, szczęśliwie wszystko zadziało się samo. Pisnęła, gdy Albert uniósł ją z ziemi niczym piórko i wsadził w siodło; zachwiała się na nim, prawie zsuwając się z drugiej strony, ale instynktownie utrzymała równowagę, zarumieniona, kurczowo trzymając się przedniego łęku. Gdy arystokrata zasiadł za nią, instynktownie pochylila się do przodu, chcąc zachować przyzwoity dystans, co jednak nie było przesadnie możliwe, zarumieniła się więc jeszcze bardziej, przesłaniając twarz srebrzystymi włosami, sypiącymi się po wietrze niczym babie lato. - Nie pozwoli mi sir spaść, prawda? Tu jest bardzo wysoko... - zaniepokoiła się, patrząc przez kosmyki swych włosów ponad głową Sleipnira, nie mogąc się zdecydować, czy wolałaby zupełnie odsunąć się od siedzącego tuż za nią mężczyzny, czy też wtulić się w niego z całych sił, by nie spaść z konia, zgrabnie pokonującego leśne przeszkody. Zraniła się już w kolano, nie chciała ryzykować kolejnych urazów - a sir Adalbert pachniał ładnie, intrygująco, uspokajająco, nie tak jak paniczykowie na salonach, a wolnością, mchem, lasem i czystą skórą.
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]12.10.21 10:59
Z dozą niedowierzania, lecz nie przerażenia, a rozbawienia zwyczajnego, spoglądał na młodą damę, gdy ta lisa odebrała za ślicznego. Zwierzę było łupem, ofiarą strzały, nie zabawką. Gdyby tylko miał w sobie więcej zrozumienia dla dziecka, pewnie Cordelia nie zobaczyłaby ani drgnięcia mięśnia na jego twarzy, bo schowałby własne przemyślenia do kieszeni, ale nie bez powodu nie był lwem salonowym, znacznie bardziej ceniąc sobie samego siebie, nad udawanie. Pokręcił więc głową w niedowierzaniu, traktując jej słowa teraz niczym rozrywkę na słoneczne popołudnie, niż angażującą opowieść poważnego kompana do rozmowy. Nie zamierzał grać w tę grę i udobruchać sobie serca młodej damy.
Nie. Albinos nie utrzymałby się po zimie — odpowiedział ze spokojem, ciemnymi rzęsami przymykając oczy w powolnym mrugnięciu. — Wkrótce rozszarpałyby go inne zwierzęta, tutejsze drapieżniki — lub wiecznie kryłby się w jamie, aż w końcu zdechł z głodu. Nie bez powodu biała sierść w zielonym lesie nie była sposobem kamuflażu. Marny żywot takiego wybryku natury. Choć nie ubrał brutalnej prawdy w słodkie słowa, tak spojrzenie zatrzymał na młodej Malfoyównej uśmiechając się nieznacznie ledwie jednym kącikiem ust, co odebrać mogła za poczucie humoru, albo jeśli miała choć trochę oleju w głowie, za zwykły wyraz cynizmu, jasnego w sylwetce statecznego mężczyzny. — To zapewne był jedynie omyk szarego zająca, biały od spodu — wyjaśnił spokojnie, w nudzie właściwie, w czasie, gdy młódka łapała równowagę wspierana przez jego dłoń. Szaraki zwykle nie wchodziły do lasu, ale niedaleko stąd była polana, jeden mógł się zawieruszyć i nie było w tym nic przesadnie dziwnego.
Dziewczyna podobna jej w lesie zamieszkałym przez duchy, stanowiła zagrożenie dla samej siebie. Jeszcze tego tu brakło, aby przysporzyła problemów. Przysłuchał się jednak jej słowom z pewną ciekawością, gdy wspomniała, jak czas potrafił płynąć w tym lesie inaczej. Może padła ofiarą ducha, co zabawił się jej kosztem, z ukrycia manipulując percepcją i burząc ułożony ład świata. Poważnie pokiwał więc głową, nadając osąd temu zjawisku chronokinezy, jednak wyraźnie bawiąc się kolejnymi jej słowami, a na pytanie zadane w jego stronę ukazał białe górne zęby w uśmiechu nieco szaleńczym, lecz pokrytym kpiną.
Na kobietę ciekawie jest patrzeć, a ty jesteś tu bardziej cudaczna, niż biała zjawa — krótki głęboki śmiech przeszył kawałek lasu, w którym się znaleźli, zaraz jednak ustał, gdy przyprowadził konia bliżej, klepiąc go jeszcze po karku, gdy lady Malfoy próbowała pogłaskać jego grzywę. Nie przywykł do tego. Sleipnir był koniem myśliwskim, nie zabawką dla młodych damulek, o której wspomniała, co jednak zignorował zupełnie, rozglądając się jeszcze po okolicy. W Beeston Forest radził sobie wystarczająco. Tak jak każdy Rowle, szanował ten teren, dbał o niego swą protekcją, jednak zasłużenie oddając go przodkom. Krótki pisk wydobył się z jej ust, gdy sadzał ją w siodle na wysokim ogierze, odmiennym od kuców i klaczy, które przyszło jej ujeżdżać. Obserwował czy aby nie przechyli się na drugą stronę, gdy siadła okrakiem. Etykietę mogli pominąć, równie dobrze mogła być tobołkiem przerzuconym przez jego grzbiet, rytmu i drogi i tak nadawał lord. Sukienka jednak podwinęła się nieznacznie w górę, odsłaniając łydki dziewczyny, zaś on z góry, siedząc tuż za jej plecami, miał doskonały na to widok, tak samo jak doskonale czuł jej młody dziewiczy zapach wśród jasnych jak platyna włosów, które w swym ładzie opadały na jej wątłe ciało. Zaciągnął się tą wonią, laskę mieszcząc w pochwie z boku ogiera i szarpiąc za wodze, rozpoczął wolny step przez las. Drogi czekało ich dobre dwadzieścia minut w stronę Zamku.
Trzymaj się przedniego łęku, to nie spadniesz. Mocno, obiema rękoma — polecił, zaraz jedną dłonią chwytając za jej nadgarstek, aby skierować go w odpowiednie miejsce na siodle, na którym siedziała. Nie zrobił tego mocno, prędzej jakby dziecko chwytał, niż kobietę. Sam jechał z tyłu okrakiem, bo choć nie był dżentelmenem znanym z salonów, tak podstawowych zasad nie zamierzał zaburzać, słabej kobiecie przekazując przewagę w jeździe. Obiema ramionami zaś zamknął ją z dwóch stron, lecz koń, choć szedł prosto, i tak kiwał nimi na boki, co normalnym było. Za skałą skręcił w lewo, odbijając nieco z trasy, aby minąć miejsca, gdzie najczęściej spoczywali żywi w swej śmierci, chcąc uniknąć zbędnego gadania młódki, ale też, aby ochronić ją przed nimi. Należyty dystans został złamany, ale to było bardziej męskim niż zostawienie jej tam na pastwę losu, nie miał zamiaru też prowadzić konia z boku, uszkodzone biodro nie pozwoliłoby mu. Krew cieknąca z rozdartej na kolanie skóry powoli spływała w dół, brudząc resztki podartej pończochy.
Twoja noga — wypowiedział w chwili ciszy, z brustaszy wyjmując kremową poszetkę o haftowanych rodowym fioletem brzegach, a następnie podając ją młodej damie i nie mówiąc już nic więcej. Im mniej niechcianego szkarłatu, tym lepiej, zwłaszcza jeśli ten miał spaść na runo tego lasu.


Dziady, duchy, rody nasze prosimy, prosimy
Do wieczerzy, miejsca, ognie palimy, palimy
I zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły
Albert Rowle
Zawód : zarządca terenów łowieckich Delamere
Wiek : 38
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
The more a thing is perfect, the more it feels pleasure and pain.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10483-albert-rowle https://www.morsmordre.net/t10668-vegvisir https://www.morsmordre.net/t10667-sir-albert-rowle https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t10669-skrytka-bankowa-nr-2262 https://www.morsmordre.net/t10677-albert-rowle
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]12.10.21 22:03
Zupełnie nie przejmowała się ewentualnym zdziwieniem lorda, wywołanym własną naiwnością, przywykła do traktowania jej jak dziecka, któremu wiele można wybaczyć. Łagodne, pełne niewinnści spojrzenie na świat nie było przecież faux pas, a jedynie cechą charakteru wiodącą dla większości młódek, chowanych od najmłodszych lat pod ścisłym kloszem. Cordelia nie brała udziału w polowaniach, a starsi bracia - to znaczy brat, miała przecież jednego brata, tylko jednego - nigdy nie opowiadali o dziejących się tam okropieństwach. Nawet jedząc dziczyznę, cielęcinę czy jagnięcinę, lady Malfoy beztrosko ignorowała fakt pochodzenia mięsa, uznając je po prostu za dar losu, a nie śmiertelne poświęcenie prześlicznej, puchatej owieczki, brutalnie obdartej ze skóry. Tym razem też skupiła się na widoku liska-albinoska, a nie na perspektywie rozerwania go na strzępy przez buszujące w kniei potwory.
- Jakie dzikie zwierzęta tutaj żyją, sir? Nundu? - zagadnęła, chcąc poszerzyć swoją wiedzę o lasach Cheshire, jednocześnie wyczuwając, że temat ziem będzie dla Rowle'a przyjemniejszy od wzdychania do króliczych ogonków. Uczono ją pytać o to, o co powinna, dlatego po pierwszym ataku strachu zdołała otrząsnąć się na tyle, by zainteresować się florą lasu, który przed momentem chciał ją zabić. Nundu kojarzyło się jej z wielkim, groźnym drapieżnikiem, widziała kiedyś jego obrazek w książce. Ciekawe, czy występował w ogóle w Wielkiej Brytanii? - I jakie jest lorda ulubione zwierzę, żyjące na tym terenie? - dorzuciła tak, jakby prowadzili pogawędkę na salonie - raczej przy stoliku dla nieletnich, gdzie kwestie zwierzątek były niezwykle intrygujące - a nie w tych przedziwych okolicznościach. On, rosły, sarkastyczny, lecz odpowiedzialny, żywcem wyjęty z polowania bez eleganckiej szaty - i ona, jeszcze ze śladami płaczu, pobladła ze słabości, zestresowana i nieco otępiała ulgą. Zaczynała doceniać życie, fakt, że ją nic nie połknęło żywcem niczym tego biednego zajączka, dlatego też nie zareagowała okropnym obrażeniem się na określenie cudaczna, padające z ust ojca Ylvy. Zmrużyła nieco oczy, niepewna, jak odebrać te słowa; w pierwszej chwili sądziła, że się przesłyszała, a sir Albert nazwał ją cudną (to się jak najbardziej zgadzało), lecz ten wilczy uśmieszek zaprzeczał takiej interpretacji.
- Co to znaczy, sir? Czy to komplement? - zapytała wprost, naiwnie; już i tak obnażyła przed nim swe słabości w postaci poszarpanej sukienki i zielonych mazów na buzi, był też świadkiem płaczu, więc czuła się przy nim na tyle bezpiecznie, by wyznać, że zaserwowana przez niego metafora nie do końca dotarła do bardzo małego rozumku szlachcianki. - Biała zjawa? Och, jak dobrze, że nie spotkałam tu żadnego ducha, bardzo ich nie lubię, są takie...straszne - dodała jeszcze, nagle się rumieniąc, niezwykle mocno; gorąc uderzył do głowy, głównie z powodu nagłej zmiany miejsca i utknięcia w siodle, przyciśnięta z jednej strony męskim ciałem, z drugim zaś twardością siodła, zupełnie innego od tego damskiego. W ogóle wszystko tutaj, na tym wielkim koniu, było inne; wysokość, tempo, zwodnicze zmiany kierunku, nisko zwisające gałęzie, a przede wszystkim świadomość, że nie ma wokół niej dziesiątek sług, gotowych złapać ją w każdej sekundzie, gdyby spadła podczas niedzielnego konnego spacerku po równych połaciach posiadłości. Starała się utrzymać pion; stało się to nieco łatwiejsze, gdy faktycznie mocno zacisnęła obie dłonie na łęku, aż zbielały kostki; pisnęła jednak znów, gdy koń wyminął jeden z korzeni, mocno skręcajac w bok - na szczęście otaczające ją silne ramiona nie pozwoliły na upadek. - Nie bardzo mi się podoba ta przejażdżka - zamarudziła cichutko, pod nosem, dalej niezwykle speszona, lecz zawstydzenie nieco rozmyło się w lęku spowodowanym męskim spostrzeżeniem. Krwawiła, część białej sukienki przemakała tuż nad obitym kolanem, lecz jakże miala się nim zająć w czasie tego galopu, tak naprawdę będącego leniwym stępem? - Pro-proszę się zatrzymać, sir, inaczej spadnę - wyznała omdlewającym tonem, ściskając podarowaną jej chustkę w ręku, w dłoni ciągle zaciśniętej na łęku. Starała się nie patrzeć na spływającą spod sukienki krew, łaskoczącą ją w łydkę i spadającą do pobrudzonego pantofelka, ale czuła jej ciepło. Do tego to kołysanie konia, równie gorąca bliskość mężczyzny obok i za sobą, nagromadzenie emocji...Naprawdę zrobiło się jej słabo, ale wzięła ochrypły, głęboki oddech, zaciągając się chłodem lasu i zapachem mężczyzny. - Proszę też, sir, niech lord nie dowozi mnie od razu do pikniku, tylko gdzieś niedaleko, chciałabym wrócić tam, do naszych kocyków, sama...Pokazać, że udało mi się odnaleźć - wyjąkała, starając się skupić na czymś konkretnym, tak radziły guwernantki, i faktycznie, mroczki przed oczami zdawały się zmniejszać. Pozwalając zorientować się, że w tym półomdleniu przechyliła się do tyłu, wspierajac się plecami o tors lorda. Nie czuła się z tym źle, raczej jak ptaszek w bezpiecznym gnieździe, stworzonym z mocnej sylwetki - znów, nieświadoma zła i brutalności, które stanowiły część charakteru Rowle'a.
Cordelia Malfoy
Zawód : Arystokratka, córka swego ojca
Wiek : 18
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
pretty shiny thing
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9354-cordelia-armanda-malfoy https://www.morsmordre.net/t9413-ksiezniczka#286128 https://www.morsmordre.net/t9414-sweet-summer-child https://www.morsmordre.net/f383-wiltshire-wilton-rezydencja-rodu-malfoy https://www.morsmordre.net/t10314-skrytka-bankowa-nr-2152#311771 https://www.morsmordre.net/t10138-cordelia-armanda-malfoy#307321
Re: lost in the woods, 1957 [odnośnik]28.10.21 23:28
Kiwnął głową, lecz nie pokusił się o rozwinięcie odpowiedzi na zadane pytanie ponad najprostsze słowa. — Mundżaki, czerwone jelenie, garborogi, tebo... — przez sekundę mogła zobaczyć nieco szczerszy uśmiech kącikiem ust, gdy odpowiadał, bo robił to bez wysiłku. Nie zainteresowana była, bo któraż to niby kobieta przejęłaby się zwierzyną łowną ponad trofeum, albo wystawną kolację? — Także nundu, tak... Ale tylko młode. Zanim dorosną, muszą zostać zabite — były zbyt niebezpieczne. Żadnego dorosłego osobnika nie pokonała jeszcze grupa mniejsza niż stu rosłych czarodziejów. Chował je daleko od matek, zanim były większe od kolana, jucha leciała z ich karków. Te wypuszczane były jedynie dla najbogatszych, zbyt drogie, aby przeciętny czarodziej mógł pozwolić sobie na zapolowanie na takie. — Hipogryfy, leucrottymugole, chciałoby się dodać. Wszystkie sprowadzone zostały sztucznie, a dla owych las stał się domem na krótki czas przeżycia. Oczywiście faunę należało utrzymać wciąż w fazie rozwoju, dlatego odstrzał musiał być kontrolowany. Z nadejściem wiosny zaś mocno ograniczony, aby zwierzyna bez trudu mogła się rozmnażać. Nie było przecież opłacalnym wciąż nabywać nową. Natura sobie poradzi. Mógł wspomnieć młódce, że jej ojciec zabijał w jego lasach, jeszcze zanim stał się Ministrem, ale nie była towarzystwem, z którym dzieliłby się podobnym spostrzeżeniem, dalej pozostając jedynie problemem. Pachnącym, świeżym i kuszącym, ale dalej problemem.
Sir Rowle spojrzał więc na nią, mrużąc grube brwi w swym lekkim rozbawieniu, ale też zadrwieniu dla podejmowanych tematów. Nie miała potrzeby podtrzymywać tej rozmowy. Wystarczyło, aby opuściła las i już, a tymczasem ta usilnie próbowała dobrze wypaść, pytając o takie bzdury. Ulubione zwierzę? — Martwe — odpowiedział, jednak zgodnie z prawdą nie planując, ciągnąc za język młodej damulki, aby ta opowiadała mu o jednorożcach czy puchatych króliczkach. Może było to błędne, bo podparte wyobrażeniem ojca wobec córki, ale Ylva miałaby w sobie więcej pokory, aby milczeć niepytana.
Musieli zresztą zbierać się do konia, ale obrazek dziewczęcia w tym lesie kuł w oko, równocześnie nie strasząc swoją posturą. Poszarpana suknia odsłaniająca udo i biodro, a w końcu i wymuszony uśmiech i drobna dłoń. Gdyby nie była tu gościem o szlachetnej krwi, a obcym już dawno dziewicza biel obróciłaby się w brudną i siną, lecz miał swoje granice, z każdym dniem spokojniejszy i bardziej stonowany po wypadku, który to spotkał go w tym lesie.
Cudaczność jej i wyjątkowość swoista w tym miejscu nie była jednak piękną, nie zamierzał też mamić młodego dziewczęcia komplementem, nie był wszak bawidamkiem, ani szarmanckim amantem prosto z harlekina, a zimnym człowiekiem bez krzty wyrozumiałości, gdy w grę wchodził jego ród i jego ziemie. — Gdybyś spotkała tu ducha, to nigdy byś nie opuściła tego lasu — zbyt pożywna była dla wilka, zbyt łatwa do opętania dla straszydła. Stać się mogła białą młodą damą, co przemierza ten las w poszukiwaniu drogi do domu, lecz przez setki lat nie znalazłaby jej. Błękitna krew spływająca strużką z kolana zastygłaby na nim, a liść we włosach już zawsze się tam zawieruszył, pozostając tak samo martwym, jak i ona. — Cudaczna, bo miałaś wiele szczęścia — wymamrotał pod nosem, półsłówkiem ledwo odpowiadając na pytanie. Siedział tuż za nią, blisko tak, jak nie mogła być przyzwyczajona, lecz bez krępacji, bo przecież bohaterem tu jej był i wybawieniem, a nie drapieżcą. — Nie zostaniesz tu w niebezpieczeństwienie zginiesz tu dziś. To przecież radość powinna być jej największa.
Podróż była spokojna, a koniem ledwo co trzęsło, gdy powoli przemierzał las w stronę zamku. Zapach jej niósł się do nozdrzy, ale lord skupiony był na trasie, co najwyżej czasem pozwalając sobie zaciągnąć się mocniej. Była jeszcze przed debiutem, ale tuż po miała stać się materiałem na żonę. Gdyby Genevive nie narodziła Ylvy, a prawdziwego dziedzica, może nawet zaaranżowałby takowe małżeństwo, aby tylko zdobyć większe uznanie dla swojego lasu i ułatwić jego byt na angielskiej ziemi. Między ramionami trzymał dziewczynę, aby ta nie spadła. Jeszcze tego brakowało, aby oprócz krwi co leciała z miękkiej łydki, potłukła sobie buźkę. Coś zamamrotała pod nosem, lecz nie słuchał jej, nie obszedł się tymi słowami, nie wstrzymał konia, nie zwolnił go. Byli już niedaleko i nie było potrzeby robić przystanków, lecz słowa wciąż padały z jej ust. Po co? Wypuścił głośniej powietrze, zirytowany zachowaniem Malfoyówny. Wtem jednak drobne jej ciało przechyliło się, o dwie głowy ponad niższa blondynka oparła się plecami, jakby bledsza i zupełnie nieświadoma sytuacji. Powieki miała przymknięte, a on z góry patrzył na ten obrazek, co swymi miękkimi włosami trwał na jego torsie. Wciąż mówiła, tak więc chwilę trwało nim zorientował się, że w półomdleniu była. Może jednak ducha spotkała i ten omamił ją?
Dojedziemy wpierw do zamku, gdzie uzdrowiciel sprawdzi twoje zdrowie, a ty odpoczniesz i wtedy, gdy ci zezwoli, wrócisz na piknik — zarządził, eskulap nie podlegał zresztą dyskusji. Młódka jako córka sir Cronusa miała zostać objęta odpowiednią opieką. To, w jaki sposób potem dostanie się do miejsca, w którym młode damulki objadały się cytrynowymi ciastkami i pierniczkami, pozostawało dla niej absolutnie nieistotne. Nie odepchnął dziecka, nie strącił jej z własnej klatki piersiowej, gdy ta otwierała nieco szerzej oczy, jakby jaźń wracała do jej głowy. Las był gęsty, a obok nie było nikogo, wystarczyłoby strącić ją z konia i skosztować jedynie smaku jasnej skóry, lecz nie. Nie dziś, nie teraz, nie ją. Beeston widniał już na horyzoncie, pomiędzy drzewami strasząc i miląc podróż. Kokietką była i naiwnym dziewczęciem, a gdy drobne ciało korciło, on pozwolił sobie, aby na powrót wziąć chustkę z jej dłoni, bez pytań i potwierdzeń, że wolno mu, a potem, jedną dłonią trzymając za wodzę, nachylił się, aby zetrzeć krople krwi z nogi dziewczęcia, bo zapewne w pisk by popadła, gdyby ta ubrudziła pantofel. Ot niby przypadkiem palcami musnął miękką skórę, ot dłonią zawędrował wyżej, aż do kolana skąd leciał wąski strumień, a tam przyłożył chustę i zacisnął. Mógł powędrować wyżej, w końcu łapiąc między palce jej udo, lecz nie dziś, nie teraz. Gdy ta wsiąknęła w swym nadmiarze w jedwab, oderwał chustę na powrót i wcisnął, nie wypuszczając z dłoni, ponownie chwycił wodzę, zatrzymując Malfoyównę pomiędzy szerokimi ramionami. Wychodząc z lasu, wjechali na ścieżkę, a zaraz za nią przez most nad fosą przez bramę zamku, przed wejście samo, gdzie zwykł zajeżdżać, by koniem zajął się stajenny.

zt x2


Dziady, duchy, rody nasze prosimy, prosimy
Do wieczerzy, miejsca, ognie palimy, palimy
I zwierzynie dzisiaj ładnie ścielimy, ścielimy
Żeby słowa nam od przodków mówiły, mówiły
Albert Rowle
Zawód : zarządca terenów łowieckich Delamere
Wiek : 38
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
The more a thing is perfect, the more it feels pleasure and pain.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10483-albert-rowle https://www.morsmordre.net/t10668-vegvisir https://www.morsmordre.net/t10667-sir-albert-rowle https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t10669-skrytka-bankowa-nr-2262 https://www.morsmordre.net/t10677-albert-rowle
lost in the woods, 1957
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach