Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój muzyczny
AutorWiadomość
Pokój muzyczny [odnośnik]25.10.21 14:47

Pokój muzyczny

Położony w zachodniej części budynku, pokój muzyczny znajduje się z dala od najczęściej uczęszczanych korytarzy. Dzięki temu początkujący muzycy nie muszą martwić się, że ich ćwiczenia będą rozpraszać pozostałych mieszkańców. Zapewnia to też dodatkowy atut: jest to doskonałe miejsce do mniej oficjalnych, dyskretnych spotkań. Pokój muzyczny jest stosunkowo mały - jest w nim miejsce jedynie na fortepian i kilka szaf, w których przechowywane są nuty.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pokój muzyczny Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]25.10.21 19:53
| 7.01

Dziś był jeden z tych dni, gdy jej własne komnaty wydawały jej się zbyt ciasne. Może dlatego, że znów śniła o Silvardale. O tym jak płonie. Te koszmary zwykle wytrącały ją na dłuższy czas z wątpliwej równowagi, którą tak zaciekle starała się utrzymać. Bała się ponownie zasnąć, nie mogła zająć myśli lekturą ani żadnym innym produktywnym zajęciem. Dlatego jedyną sensową opcją wydawało się opuścić komnaty i iść przed siebie. Gdyby aura była nieco bardziej zachęcająca z pewnością wymknęłaby się do otaczających zamek ogrodów i skryła w cieniu drzew. Wśród lasów Lancashire to wszystko wydawało się odrobinę łatwiejsze do zniesienia. Za oknem jednak od kilku dni szalały kolejne śnieżyce. Gdyby wyszła na zewnątrz mogłaby już więcej nie chcieć wrócić. Od czasu do czasu słyszała w swojej głowie cichy głos, który namawiał ją, by po prostu położyć się w śniegu i zasnąć. Zasnąć i nigdy się nie obudzić. Panicznie bała się tego głosu. I tego jak bardzo kuszące były jego obietnice wiecznego zapomnienia. Nie mogłabym im tego zrobić. - powtarzała sobie z uporem myśląc o swoich dzieciach. I o swoim kruku. Chociaż nie. On z pewnością dałby sobie radę. Przecież ostatnio sprawiała mu tylko kłopoty i mógłby nawet poczuć ulgę, gdyby zniknęła. Te myśli tylko bardziej ją rozdrażniły. Zatrzasnęła drzwi do swojej komnaty trochę zbyt mocno i zaskakująco jak na nią energicznym krokiem skierowała się do zachodniego skrzydła zamku. Ta część domu Ollivanderów zwykle pozostawała mniej oblegana, co było w jej oczach zdecydowanym atutem. Nie chciała się z nimi widzieć. Nie mogła skupić się na tyle by chociaż spróbować zachowywać się normalnie. A ich spojrzenia... Zmartwione, pełne litości, czasem nawet rozżalone. Och, nie mogła ich znieść! Zdecydowanie lepiej czuła się w samotności.
Już po chwili całe jej rozdrażnienie zniknęło. Mijała kolejne puste pokoje śledzona czujnymi spojrzeniami nielicznych portretów. Na ich szczęście żaden nie postanowił się odezwać. Chyba trochę się jej bały. Kilka miesięcy temu jedna z prababek Howla próbowała ją strofować z ram swojego portretu. Przekonywała, że powinna przestać zachowywać się jak rozemocjonowana panna. Podobno musieli przenieść jej portret na drugi koniec zamku po tym jak Lynette niemal wycięła jej obraz z ramy (z ewidentnym zamiarem wrzucenia jej do rozpalonego kominka). Ona sama nie pamięta tego zbyt dokładnie. Czasy kiedy miała jeszcze dostatecznie dużo energii by płakać i okazywać złość były w jej mniemaniu ogromnie odległe. Może nawet byłoby jej wstyd, ale tylko dlatego, że takie zachowanie nie przystoi kobiecie w jej wieku. Pyskatego obrazu nie było jej żal ani trochę.
Przez kolejne minuty błąkała się po pustych korytarzach niczym duch. Jej wzrok krążył po ścianach, ale na niczym nie umiała się skupić. Myśli rozbiegały się chaotycznie we wszystkich możliwych kierunkach. I wtedy to usłyszała. Dźwięk tak ogromnie miły jej sercu, za którym tak szalenie tęskniła. Zatrzymała się w pół kroku zasłuchana w pierwsze takty znajomej melodii. Jej palce mimowolnie zadrżały, jakby chciały uderzyć we właściwe klawisze. Bez zastanowienia podążyła za dźwiękiem fortepianu aż dotarła do maleńkiego pokoju muzycznego. I oto była tam. Jej maleństwo, które nie wiedzieć kiedy przemieniło się w młodą pannę. Na usta Lynette wkradł się pierwszy od dawien dawna uśmiech. Zatrzymała się w progu pokoju i oparta o framugę drzwi obserwowała swoją córkę przy fortepianie. Znajoma muzyka do pary z widokiem Narcissy pochylonej nad klawiszami strącały kurz z uczuć, o których już zapomniała. Więc tak to było czuć spokój i szczęście? Jakże za tym tęskniła! Nawet jeśli potrwa to tylko do końca utworu. Może powinna jednak częściej opuszczać swoje komnaty? Szalony pomysł, ale wart rozważenia.


Hope is a dangerous thing for a woman like me to have
But I have it
Lynette Ollivander
Zawód : matka, żona, dama
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Look like the innocent flower, but be the serpent under it
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10726-lynette-ollivander https://www.morsmordre.net/t10748-popiol#326261 https://www.morsmordre.net/t10747-lady-lyn#326260 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-lancaster-castle https://www.morsmordre.net/t10753-lynette-ollivander#326365
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]26.10.21 14:30
Moje pierwsze wagary w życiu. Brzmi dość żenująco, ale taka jest prawda. Po raz pierwszy zwiałam z lekcji, a na swoją kryjówkę wybrałam pokój muzyczny. Dość kiepski pomysł biorąc pod uwagę, że dochodzące stamtąd dźwięki zaraz mnie zdradzą, ale nie miałam lepszego pomysłu. Od dnia radosnej kontroli moich umiejętności wszystko leciało mi z rąk. Nie byłam w stanie spokojnie przenieść czegoś z punku a do punktu b nie mówiąc już o wykonywaniu zaklęć. Świadomość, że kolejna osoba będzie patrzeć na mnie z zawodem wymalowanym na twarzy, sprawiła, że nawet nie zbliżyłam się do komnaty przeznaczonej na salę lekcyjną. Coraz dłuższa lista porażek sprawiała, że wewnętrzny poziom irytacji wzbił się niemal pod niebiosa. Nie mogąc oczyścić myśli z wyrzutów sumienia i samokrytyki coraz gorzej spałam. Na tyle źle, by poważnie rozważać zwinięcie z rodowej apteczki paru eliksirów nasenny. Jako dziecko dość często kradłam słodycze, to nie powinno być dużo trudniejsze. Z drugiej strony jeśli na cały dzień zaszyje się w łóżku, mogę przyciągnąć zbyty wiele uwagi i zaraz wywęszą, co jest grane. Nie zniosę kolejnej dawki rozczarowania wiszącego w powietrzu i tak mam wrażenie, że otacza mnie niemal z każdej strony. Mogliby sobie już wsadzić głęboko w gardło te wszystkie sugestie, że jesteśmy przyszłością magicznego świata. Też mi przyszłość! Co za kpina. Największym talentem mojego brata jest bycie rozpuszczonym lordem, ja ledwo sklejam połamane place, Laurel całymi dniami gada do kupomiotów, a Hope radośnie podskakuje z lalką czy jakąś inną zabawką. Tylko Faith do czegoś się nadaje ze swoich jado pluciem. Gdy w końcu przyjdzie co do czego, to pewnie ona będzie nas bronić. Tak, wspaniała przyszłość, naprawdę pogratulować. Przecież stosowanie presji jest takie urocze i motywujące. Dzięki temu stajemy się lepsi! Nie, chyba jednak nie…
Siedziałam przed fortepianem, płynnie wygrywając jedną z dobrze znanych mi kołysanek. Spokojna melodia miała przynieść ukojenie zszarganym nerwom. Całkiem możliwe, że może w końcu udałoby mi się spokojnie zasnąć. Czy ja naprawdę proszę o tak wiele? Skupiona na grze całkowicie odsunęłam od siebie myśl, że ktoś mnie obserwuje. Póki nie przeszkadza, próbując zagnać ponownie do nauki niech sobie stoi i słucha. Dziwny sposób na marnowanie czasu. Gdy już powoli miałam kończyć wydawało się, że cel został osiągnięty. Nie wiedziałam przeszkód, by skulić się w jakimś koncie i po prostu zamknąć oczy. W tej samej chwili fala wściekłości przyniosła za sobą serię kolejnych irytujących myśli i wspomnień. Ledwie skończyłam kołysankę i zaraz wzięłam się za następny utwór. Znacznie żywszy, głośniejszy i na swój niezwykły sposób nawet wojowniczy. W pewnym momencie palce omsknął mi się na zły klawisz. Gdybym grała dalej, może nawet nikt by tego nie zauważył. Tyle że ja wiedziałam. Z hukiem zamknęłam pokrywę klawiszy, ledwo unikając zmiażdżenia własnych palców. Oparłam czoło o krawędź fortepianu próbując opanować drżenie rąk. Skąd ta dziwna myśl, że gdyby cokolwiek teraz się w nich znalazło bardzo szybko zmieniłoby się w pył? - Przedstawienie skończone, możesz już iść. - Wyplułam w końcu z siebie, przypominając sobie o obecności obserwatora. W końcu zerknęłam przez ramię, mając już na końcu języka spory zestaw niezbyt przyjemnych uwag. Zaraz jednak wszystko się zmieniło. Mocno skonsternowana, może nawet przerażona całą sytuacją odskoczyłam od instrumentu, przewracając jednocześnie stojący przed nim taboret. - Mama-- miałam do siebie pretensje, za to, że brzmię jakbym zobaczyła ducha, ale czy ktokolwiek mógł mnie obwiniać? - Przepraszam- Dodałam szybko, nie do końca będąc pewną, za co dokładnie miałam zamiary przeprosić.
Narcissa Ollivander
Zawód : młoda gniewna dama
Wiek : 14
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
If I die will you weep over my grave?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10689-freya-narcissa-ollivander#324226 https://www.morsmordre.net/t10736-szyszka#326015 https://www.morsmordre.net/t10730-entowa-ksiezniczka#325701 https://www.morsmordre.net/
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]26.10.21 17:30
Od miesięcy pozostawała odcięta od życia swoich dzieci. Zamknięta w swoich komnatach bardziej przypominała ducha niż faktyczną opiekunkę ich zdrowia i życia. Gdyby znalazła moment, by się nad tym zastanowić zapewne nie umiałaby powiedzieć kiedy po raz ostatni rozmawiała, z którymś ze swoich potomków. To że czasami, podczas bezsennych nocy, zaglądała do ich pokojów... cóż to było trochę za mało. Oczywiście wiedziała, że mają zapewniony fizyczny dobrostan. Nie chodziły głodne, zawsze miały się w co ubrać, a nad ich nauką czuwała guwernantka. Ale od bardzo, bardzo dawna nie miały obok siebie matki. Póki choroba nie pozbawiła jej sił, Lynette była całą sobą zaangażowana w ich życie. Godziła spory między rodzeństwem (w miarę swoich możliwości, oczywiście), zachęcała do nauki, śpiewała kołysanki i utulała do snu (czasem nawet tych, którzy jak twierdzili są na to zbyt dorośli). A potem przestała. Z dnia na dzień otaczająca ją ciemność sprawiła, że nie miała już sił by istnieć, a co dopiero dodawać otuchy swoim dzieciom. Dlatego jej umysł, dla własnego dobra, stworzył malutką bańkę, w której tkwiła. I Lynette wierzyła, że jej dzieci są szczęśliwe mimo tego, że nagle straciły kontakt z jednym z rodziców. Że nie zauważyły żadnej różnicy. Musiała w to wierzyć, nie miała innego wyjścia. Gdyby przestała mogłaby zacząć kwestionować również swoje prawo do nazywania się matką. A utrata tej części jej tożsamości byłaby dramatyczna w skutkach.
Nie przyszło jej do głowy zmartwić się tym, że w godzinach uznawanych za "lekcyjne" Narcissa znajduje się tak daleko od sali przeznaczonej do nauki. Żeby się tym przejąć musiałaby w ogóle wiedzieć, która jest godzina. I jaki dzień. I kiedy w ogóle jej dzieci odbywają nauki z guwernantką. A oczywiście nie wiedziała żadnej z tej rzeczy. Dlatego w błogiej nieświadomości mogła oddawać się słuchaniu gry swojej córki. Było jej przykro kiedy znajoma melodia dobiegała końca. Na szczęście Narcissa płynie przeszła do kolejnego utworu, który choć mnie kojący był równie miły dla ucha. Aż do momentu, gdy jej palec ześlizgnął się na niewłaściwy klawisz. Oczywiście Lynette usłyszałaby to potknięcie, nawet gdyby innemu słuchaczowi miało ono umknąć. Umiała przecież zagrać tę melodię z pamięci, nie potrzebowałaby nawet nut. Jednak ta niewielka pomyłka (w pełni zrozumiała, gdy adeptka wciąż jeszcze się uczy) nie zrobiła na Lynette żadnego wrażenia. Nie można było tego samego powiedzieć o gwałtownym zachowanie jej córki. Lady Ollivander podskoczyła nerwowo, gdy pokrywa fortepianu zatrzasnęła się z przerażającym hukiem, który zagłuszył nieszczęsną fałszywą nutę. W mimowolnym odruchu uniosła rękę i przycisnęła ją do piersi jakby to mogło w jakiś sposób ją uspokoić. Od miesięcy ludzie chodzili wokół niej jak na palcach, więc taki nagły wybuch emocji i głośny huk... były niemal jak policzek. Bolesny, ale również dziwnie otrzeźwiający.
Tkwiła wciąż w tym samym miejscu, próbując zebrać myśli na tyle, by podjąć decyzję co powinna teraz zrobić. Odejść tak jak zasugerowała to Narcissa? Ta myśl sprawiła, że coś w jej wnętrzu zjeżyło się jak rozdrażnione zwierze. Odejść? I zostawić jej kochane maleństwo? Nim zdołała podjąć jakąkolwiek decyzję znów rozległ się głośny huk, tym razem z winy upadającego taboretu. Lynette znów mimowolnie się wzdrygnęła, bo hałas ranił jej uszy. Ale nie wycofała się. Zamiast tego powoli opuściła ręce wzdłuż ciała i odsunęła się od framugi, która dotąd służyła jej za podporę.
- Cissy. - zwróciła się do córki pieszczotliwym zdrobnieniem, którego używała od zawsze. Jej głos był cichy i schrypnięty, ale pobrzmiewało w nim tak wiele miłości... Przyglądała się swojej latorośli z wyraźnym zmartwieniem. Powoli przesunęła się do przodu. Podchodziła do Narcissy jak do spłoszonego konia, ostrożnie i nie narzucając się. Dając jej czas na wycofanie się jeśli będzie tego chciała. Chociaż, gdyby córka się od niej teraz odsunęła chyba z bólu pękłoby jej serce.
W końcu zmniejszyła dystans między nimi na tyle, że była w stanie musnąć palcami jej policzek.
- Najdroższa, ale czemu ty mnie przepraszasz? - spytała. - Przecież nic się nie dzieje. To ja powinnam była wcześniej się odezwać. - dodała jeszcze. Chciała ją objąć, przytulić. Ale wciąż miała wrażenia, że jeśli spróbuje choć jednego zbyt gwałtownego ruchu to Narcissa rzuci się do ucieczki.


Hope is a dangerous thing for a woman like me to have
But I have it
Lynette Ollivander
Zawód : matka, żona, dama
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Look like the innocent flower, but be the serpent under it
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10726-lynette-ollivander https://www.morsmordre.net/t10748-popiol#326261 https://www.morsmordre.net/t10747-lady-lyn#326260 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-lancaster-castle https://www.morsmordre.net/t10753-lynette-ollivander#326365
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]27.10.21 9:38
Lista rzeczy, za które powinnam przeprosić: ucieczka z lekcji, moje głośne zachowanie, zbyt częste zawracanie mamie głowy gdy ta potrzebuje ciszy i spokoju, niepokój, który pewnie dość wyraźnie malował się na mojej twarzy, wieczne okazywanie niechęci i pogardy dla wszystkiego, co mnie otacza, brak wsparcia dla ojca….Nie za to ostatnie na pewno nikogo nie będę przepraszać. Ten stary clown zasłużył sobie na wszystko. Mogę przeprosić jeszcze za to, że nie jestem tak idealna jak być powinnam. Przecież gdybym była doskonałą w każdym calu córką, nie stałabym teraz jak słup soli. Podeszłabym przecież do matki i sama wpadłabym w jej wyciągnięte ramiona. Okazałabym radość, że w środku dnia z własnej woli wyszła z pokoju. Opowiedziałabym o tym jak bardzo za nią tęskniłam. Wciąż stałam w miejscu, skupiając wszystkie siły na tym, żeby nie zacząć płakać. Nie chciałam by zaraz, któreś z mojego rodzeństwa wyrosło jak spod ziemi. Mieli niesamowitą zdolność pojawiania się zawsze wtedy gdy ja łamałam się pod naporem kolejnych chwil słabości. Ewentualna, wyciągnięta w moją stronę dłoń była odpychana, ale oni wciąż krążyli gdzieś w pobliżu. Nie mogę mieć tego za złe. Sama też tak miałam. To chyba instynkt kazał mi się pojawić zawsze tam, gdzie czyjeś młodej Ollivanderowe oczy ciskały gromami czy też napełniały się łzami. Oczywiście sama wtrącałam się tylko wtedy gdy ewentualny smutek był spowodowany powierzchownymi obrażeniami i znikałam zaraz po tym jak rana na dobre się zasklepiła. Przez co jestem pewna, że moje rodzeństwo sądzi, że robię to tylko po to, żeby na nich trenować. Pewnie nawet już się założyli o to komu pierwszemu sprawdzę wygląd serca czy wątroby. Niech wierzą, w co chcą. Opowiedziałam o tej dziwnej zależności babci. Oczywiście dostałam cały wykład o tym, że łączy nas więź dużo silniejsza niż teraz jestem w stanie to zrozumieć. Brednie, przecież gdy tylko ojciec znajdzie mi męża, już nic nie będzie mnie łączyło z Lancashire. Nie pozwolę by decyzje podjęte poza mną miały na mnie tak dramatyczny wpływ jak na…mamę.

Dawno niesłyszane zdrobnienie wywołało u mnie dość niepokojący dreszcz. Czułam jak w mojej głowie, zaczął szaleć jakiś nieznany duch i na sam środek świadomości zaczął wysypywać wspomnienia i uczucia ukryte w szczelnie zamkniętych szufladkach. Jeśli to miała być jaka forma podstępu, bo taka myśl też gdzieś zaświtała to oświadczam wszem wobec, że wszyscy tego pożałują. Miałam ochotę uciec, zatrzasnąć drzwi do swojej komnaty z takim hukiem, że za trząsałyby się wszystkie okna w zamku. Z drugiej strony przecież nie raz podsłuchiwałam rozmowy pomiędzy ojcem a doktor Fancourt. Podobny przełom był przecież czymś, na co wszyscy od dawna czekaliśmy. Gdy poczułam dotyk matczynej dłoni znów zadrżałam. Podobne okazywanie uczuć nie było w moim stylu, byłam więc z siebie dumna, że nie cofnęłam się o krok. W końcu udało mi się wygiąć usta w coś na kształt uśmiechu. Po kilku sekundach zawieszenia w końcu sama przytuliłam się do matki. Choć gest był dość spontaniczny, bałam się, że wyczuje dystans, którego mimo usilnych prób nie byłam w stanie się pozbyć. Tak samo jak to ja się do niej przytuliłam tak samo i ja wysunęłam się z jej ramion. Wciąż przecież walczyłam ze łzami, które uparcie cisnęły się do ciemnych oczu. Odeszłam kilka kroków, by podnieść przewrócony mebel. - Powinnam przeprosić głównie za ten nietrafiony dźwięk- - Starałam się, by mój głos brzmiał lekko, może nawet żartobliwie, ale nie miałam pojęcia jak to wyszło. - I może jeszcze za narwane zachowanie.- Dodałam jeszcze, okraszając całe zdanie cichym śmiechem. - Ale brakuje mi mojej ulubionej nauczycielki- Tym razem jestem niemal pewna, że mój uśmiech wyglądał bardzo naturalnie. Zniknął jednak gdy tylko zdałam sobie sprawę, że mama mogła to odczytać jako wyrzut. Czy kolejne słowo przepraszam, cokolwiek by zmieniło?
Narcissa Ollivander
Zawód : młoda gniewna dama
Wiek : 14
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
If I die will you weep over my grave?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10689-freya-narcissa-ollivander#324226 https://www.morsmordre.net/t10736-szyszka#326015 https://www.morsmordre.net/t10730-entowa-ksiezniczka#325701 https://www.morsmordre.net/
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]28.10.21 11:38
Narcissa z pewnością nie odziedziczyła perfekcjonizmu po swojej matce. Lynette nigdy nie czuła potrzeby dążenia do ideału. Możliwe, że była to podświadoma próba buntu przeciw wartościom, które wpajał jej świętej pamięci ojciec (oby mu ziemia była jak najcięższa). Zwykle wystarczało jej to, że czynności, które wykonywała sprawiały przyjemność. Zapewne dlatego w ostatnich miesiącach całkiem porzuciła muzykę i poezję. Nie była zdolna do odczuwania żadnej radości z ich tworzenia, więc wydawały się bezcelowe. Tym bardziej pochłonęło ją chwilowe uczucie zachwytu, gdy jej córka grała. Palce zatęskniły za dotykiem chłodnych klawiszy z kości słoniowej. Coś poruszyło się w jej wnętrzu - jeszcze nie przebudziło, nie ozdrowiało - ale z pewnością było to wrażenie, którego od miesięcy nie miała okazji doświadczyć.
Jeśli to dążenie do perfekcji nie było czymś cos Narcissa miała po niej, z pewnością musiała to odziedziczyć po ojcu. Wiele miesięcy temu Lynette martwiła się o swoją córkę, niepewna jak jej pomóc. Nie rozumiała jej potrzeby osiągania mistrzostwa i marszczyła brwi za każdym razem, gdy młoda panna Ollivander co chwila porzucała poprzednie zajęcie i zajmowała się czymś nowym. Po prostu znajdź coś co będzie Ci sprawiać przyjemność. - powtarzała jej wielokrotnie, ale słowa zdawały się nie trafiać do celu. Najwyraźniej różnice w ich podejściu do sztuki (i każdej innej dziedziny aktywności), sprawiały, że nie umiały się w pełni porozumieć. Dopiero muzyka pomogła im znaleźć wspólny język. Częściowo. Bo Lynette wciąż nie umiała pojąć złości swojej pociechy na każdy popełniony błąd. Gdy ona przyjmowała swoje potknięcia ze wzruszeniem ramion, Narcissa robiła to z furią godną swojego ojca. A później przyszła ciemność i Lynette całkiem przestała myśleć o muzyce. Także tej, która grała w sercu jej córki.
Kiedy Narcissa wreszcie ostrożnie wsunęła się w jej ramiona, Lynette niemal załkała z ulgi. Nie zadawała sobie sprawy z tego jak bardzo za tym tęskniła. Objęła dziewczynkę z uczuciem i na moment przycisnęła policzek do czubka jej głowy, napawając się bliskością. Nie oponowała jednak, gdy córka postanowiła się odsunąć. Dla niej ten uścisk był zdecydowanie zbyt krótki, ale nigdy nie lubiła narzucać się z niczym swoim pociechom, nawet z czułością. Starała się być absolutnym przeciwieństwem swojego ojca i dawać młodym Ollivanderom tak dużo wolności w podejmowaniu wyborów jak to tylko możliwe. Obserwowała więc swoją pociechę z lekko zmarszczonymi brwiami i starała się ignorować nieprzyjemne uczucie b r a k u, które pozostało w jej pustych teraz ramionach.
Milczała przez chwilę, bo przelewanie myśli na słowa przychodziło jej z trudem nie tylko, gdy próbowała pisać, ale nawet wtedy, gdy trzeba było je wypowiedzieć na głos.
- Nawet mistrzowie czasem się mylą. - powiedziała wreszcie, a jej głos wciąż brzmiał cicho i dziwnie słabo. Pomyśleć, że kiedyś mogła poszczycić się pięknym altem i doskonałą emisją głosu! Do uwagi o gwałtownym zachowaniu nie chciała się odnosić. Dawna Lynette na pewno by jej to wytknęła i przyznała, że nie przystoi to damie. Albo zażartowała, że nie można oszukać natury i krwi Ollivanderów. Ale dziś nie miała na to ani sił ani chęci. Zresztą jakaś jej część bała się, że jeśli powie coś takiego to Narcissa ucieknie. Nie chciała by córka zniknęła i zostawiła ją samą w tym pokoju, więc wybrała bezpieczną opcję przemilczenia jej zachowania.
- Nie byłam ostatnio zbyt dobrą... nauczycielką. - przyznała i niemal nie dało się wyczuć tego zawahania na samym końcu zdania, gdy w ostatniej chwili powstrzymała się przed użyciem słowa matką. Choć przecież była to prawda. Z każdą mijającą minutą miała tego większą świadomość i w jej sercu rosła panika. Była złą matką. Egoistką, która porzuciła swoje dzieci. Oczy zaczynały jej się szklić, więc odwróciła się w stronę stojących pod ścianą szaf i powoli ruszyła w ich kierunku.
- Jeśli miałabyś ochotę możemy razem poćwiczyć. - zaproponowała drżącym głosem. Jednocześnie mrugała intensywnie próbując pozbyć się nadmiernej wilgoci z oczu. Nie na wiele się to zdawało, bo jej serce wciąż kołatało jak oszalałe, a oddech stawał się coraz płytszy. Panika nie odpuszczała, wyrzuty sumienia i poczucie porażki wygodnie rozsiadały się w jej głowie. Jestem złą matką. Zostawiłam moje dzieci. Czy one mi kiedyś wybaczą? - Przydałoby mi się trochę ćwiczeń. Wyszłam z wprawy. - z jej gardła wyrwał się zduszony i nienaturalny śmiech. Drżącymi palcami otwarła jedną z szuflad i zaczęła przeglądać schowane tam nuty, choć właściwie nawet nie wiedziała czego szuka. Próbowała wziąć się w garść. Ale nie oszukujmy się, próbowała tego od kilku miesięcy i wychodziło jej raczej marnie.


Hope is a dangerous thing for a woman like me to have
But I have it
Lynette Ollivander
Zawód : matka, żona, dama
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Look like the innocent flower, but be the serpent under it
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10726-lynette-ollivander https://www.morsmordre.net/t10748-popiol#326261 https://www.morsmordre.net/t10747-lady-lyn#326260 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-lancaster-castle https://www.morsmordre.net/t10753-lynette-ollivander#326365
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]01.11.21 10:52
Gdy zdałam sobie sprawę, że mam rację, pozwoliłam sobie na ciche westchnięcie. Nie skomentowałam słów o tym, że nawet najlepsi czasem się mylą. To żadna pociecha gdy się jest tak upartym i zawziętym jak ja. Tak, doskonale zdawałam sobie sprawę z kilku moich cech, które w znacznym stopniu utrudniały mi życie. Nie był to jednak czas na to, by nad nimi pracować. Te siermiężną walkę postanowiłam sobie zostawić na późniejsze lata swego mało interesującego życia. Najlepiej wtedy gdy już wojna się skończy i albo wszyscy pomrzemy, albo będziemy się ukrywać w jakich zapadłych klitkach bez grosza przy duszy. Czy wspominałam już, że jestem też defetystką? Nie? Należy więc dopisać kolejny punkt do listy skarg i zażaleń. Tej cechy raczej nie odziedziczyłam po żadnym z najbliższych krewnych. Szkoda, można byłoby kogoś przynajmniej obarczyć winą. Moje ciemne oczy obserwowały każdy ruch matki. Czułam jak powoli topnieją we mnie pokłady strachu i niepewności. Zastępowała je mieszanina troski i choć trochę wstyd się do tego przyznać ciekawości. Jeśli to była faza przejściowa należało cały proces możliwie ułatwić. Gdybym to ja była w podobnym stanie żądałaby całkowitej izolacji i świętego spokoju. Mama była inna. Po jej minie, gestach czy nawet tonie głosu wnioskowałam, że jej potrzeby krążą wokół poczucia normalności. Co jeśli się myliłam? Ojciec będzie miał jeszcze jeden powód, by się mnie czepiać. Dobre intencje nie mają przecież żadnego znaczenia. Gdy mama ruszyła w stronę szafy, w której trzymaliśmy nuty, ja szybko splotłam rozpuszczone do tej pory włosy w dość nieregularny kok. Wyglądałam raczej jak osoba, która przygotowuje się do bardzo skomplikowanej operacji niż na kogoś, kto miał przecież tylko rozmawiać z matką. -Mamo- zaczęłam powoli i bardzo spokojnie. Nigdy nie zmuszano nas do stosowania wielkopański form w stylu „pani matko” więc i teraz nie było potrzeby ich stosowanie. Ostrożnie chwyciłam ją za dłonie i odsunęłam od szafki, tak by mogła na mnie spojrzeć. Wzięłam głęboki wdech błagając los bym tylko wszystkiego nie pogorszyła. - To nie pora na płacz i zwątpienie. - Poprowadziłam ją ostrożnie w stronę instrumentu tak by mogła przed nim usiąść. - Pomyśl sobie, że tym samym skazałbyś mnie na kolejną serię wyrzutów ze strony całej tej naszej wesołej hałastry. Najbardziej pewnie oberwałoby mi się od ojca. Słowo daje, gdy tylko przypomni sobie o moim istnieniu zaraz ma całą listę zarzutów co do mojego zachowania czy nauki. Kocham go i szanuje, ale czasem naprawdę drażni mnie fakt, że jestem tak do niego podobna. Oddałabym wszystko, choć tak naprawdę przecież nie posiadam nic, by być w każdym aspekcie bardziej podobna do ciebie. - Posłałam w stronę rodzicielki wesoły uśmiech. Chciałam zasypać ją możliwie jak największą dozą informacji, tak by zajęta ich przetwarzaniem nie miała czasu, by znów się załamać. Sama możliwość wyrzucenia z siebie całego potoku myśli i mnie sprawił sporą ulgę. - Nie mów mu jednak o tej całej miłości czy o tym, że jestem świadoma łączących nas podobieństw. Mógłby to odczytać w niekorzystny dla mnie sposób, a nie potrzebujemy w tym domu kolejnego mężczyzny obrośniętego w piórka. W tej roli i tak już zdecydowanie przoduje Junior. Jest nie do zniesienia, ale na szczęście jest na niego prosty sposób. Wystarczy bubka odpowiednio kopnąć w piszczel, a zaraz wyje gorzej niż Selena podczas ząbkowania. - Na wspomnienie starszego brata nie mogłam się powstrzymać od przewrócenia oczami. Dobrze wiedziałam, że za wszystko, co dziś powiedziałam należała mi się sroga bura. Było to jednak znacznie lepsza niż widok łez cisnących się do oczu matki. Odwróciłam się w stronę szafy i dość szybko wyciągnęłam z niej nuty do jednego z weselszych utworów i podałam go matce do akceptacji.
Narcissa Ollivander
Zawód : młoda gniewna dama
Wiek : 14
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
If I die will you weep over my grave?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10689-freya-narcissa-ollivander#324226 https://www.morsmordre.net/t10736-szyszka#326015 https://www.morsmordre.net/t10730-entowa-ksiezniczka#325701 https://www.morsmordre.net/
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]01.11.21 14:51
Kiedy na świat przyszło pierwsze z ich dzieci była przerażona. Nie wiedziała jak powinna zachowywać się matka, bo jej własne wspomnienia związane z kobietą, która wydała ją na świat praktycznie nie istniały. Narcissa Malfoy zmarła przedwcześnie, a macocha, która zajęła jej miejsce nigdy nie starała się zyskać miłości Lynette. Dlatego bycia matką uczyła się na własnych błędach nie mając żadnego wzoru, który mogłaby powtórzyć. Początkowy strach szybko minął i pojawienie się każdej kolejnej pociechy witała z radością. Opieka nad młodymi Ollivanderami stała się najważniejszym zajęciem w jej życiu. Była przeciętnie uzdolnioną czarownicą, całkiem niezłą artystką i dobrze wychodziło jej wcielanie się w rolę damy, ale dopiero wychowywanie dzieci okazało się jej prawdziwym powołaniem. Albo raczej ona sama wybrała dla siebie tę rolę i postanowiła poświęcić się jej ze wszystkich sił. Z perspektywy czasu może to i lepiej, że nie zaznała ze strony swojej własnej matki klasycznego dla Malfoyów chłodnego chowu? Bo kto wie, może wtedy jej dzieci przywykłyby do tytułowania jej panią matką? Wyrosłyby pod okiem mamek i opiekunek, a z Lynette widywałby się tylko w czasie posiłków. Nie mogłyby liczyć na jej ciągłą obecność i wsparcie. I ona również nie miałaby na kim polegać w najtrudniejszych momentach. Takich jak ostatnie miesiące. Takich ja ta konkretna chwila. Bo oto właśnie jej najstarsza córka ruszała jej na ratunek. Gdyby miała czas się nad tym zastanowić pewnie nie byłaby z tego zadowolona. To rodzice powinni być wsparciem dla dzieci, nie na odwrót. Narcissa nie powinna musieć zmagać się z jej załamaniem, stawać się odpowiedzialną za jej emocje.
Ale lady Ollivander była tylko człowiekiem i daleko jej było do ideału.
Magiczne słowo mamo przykuło jej uwagę i sprawiło, że odruchowo skierowała głowę w stronę Narcissy. Po jej policzku stoczyła się już kilka łez, których nie zdołała zatrzymać. Spojrzenie miała stroskane. Na szczęście nie potrzeba było wiele, by rozproszyć jej uwagę. Jej myśli wciąż były rozbiegane, więc skierowanie ich na inny tor nie będzie wyzwaniem. Palce Cissy były niesamowicie ciepłe w porównaniu z jej własnymi. Uchwyciła się ich jak tonący brzytwy i posłusznie dała się poprowadzić z powrotem w stronę fortepianu. Jednocześnie wciąż wpatrywała się w twarz córki i próbowała nadążyć za jej słowami. Słyszała oczywiście każde słowo, ale przetworzenie ich i pojęcie znaczenia zajmowało jej znacznie więcej czasu niż w przeszłości. Taktyka Narcissy zadziałała doskonale. Lynette w pełni skupiła się na tym potoku słów i jej panika powoli odchodziła w niepamięć. Przysiadła na taborecie przy fortepianie i złożyła dłonie na podołku.
- Cissy, proszę Cię... - odezwała się wreszcie poważnym tonem. - Nie kop swojego brata. Muszą być lepsze sposoby na rozwiązywanie sporów. - dodała jeszcze i czy to możliwe..? Tak! Jeden z kącików jej ust uniósł się lekko do góry jakby mimo wszystko rozbawiły ją słowa córki. Bardzo to oczywiście niewychowawcze, bo nie pochwalała przemocy w żadnej formie, a już zwłaszcza między swoimi pociechami. Jednak przypomnienie sobie o czymś tak normalnym jak niesnaski między dwójką najstarszych Ollivanderów było cudownie odświeżające. To znaczyło, że gdzieś poza granicami jej pokojów życie wciąż toczyło się tak jak dawniej. Przynajmniej po części.
Przyjęła podane jej przez Narcissę nuty. Spojrzała na nie krótko i bez zgłaszania żadnych obiekcji rozłożyła arkusz na podpórce ponad klawiszami. Wciąż była skupiona na rozmowie z córką, więc nie miała czasu zastanowić się nad tym czy ma ochotę grać. Jej palce zajęły miejsce na odpowiednich klawiszach praktycznie bez udziału jej woli i pierwsze dźwięki melodii wypełniły pomieszczenie. Blady uśmiech na jej ustach nieco się poszerzył.
- Myślę, że nie muszę mu tego mówić. - podjęła po chwili, jednocześnie ruchem głowy zachęcając ją by usiadła obok. - Tata nie umie mówić o miłości, ale wie, że go kochacie. I on też was kocha, pamiętaj o tym Cissy. Najbardziej na świecie. Bardziej niż mnie. - pomyślała mimowolnie, ale nie czuła z tego powodu żalu. Może na samym początku było to dla niej problemem, jednak na przestrzeni lat zrozumiała, że nie potrzeba jej do szczęścia niczego więcej ponad pewność, że Havelock kochał ich dzieci ponad życie.
- I ja też Cię kocham Cissy. - dodała. Wygrywana przez nią melodia umilkła, gdy Lynette zdjęła palce z klawiszy. Pochyliła się lekko i ucałowała córkę w czubek głowy. - Wiem, że ostatnio nie byłam najlepszą matką. Ale proszę nigdy nie wątp w tą jedną rzecz. - szepnęła i posłała jej blady, przepraszający uśmiech.


Hope is a dangerous thing for a woman like me to have
But I have it
Lynette Ollivander
Zawód : matka, żona, dama
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Look like the innocent flower, but be the serpent under it
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10726-lynette-ollivander https://www.morsmordre.net/t10748-popiol#326261 https://www.morsmordre.net/t10747-lady-lyn#326260 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-lancaster-castle https://www.morsmordre.net/t10753-lynette-ollivander#326365
Re: Pokój muzyczny [odnośnik]22.11.21 18:29
To nie tak, że zapomniałam o tym, że mam matkę. Po prostu na swój sposób odzwyczaiłam się od tej świadomości. Czy naprawdę można mnie za to obwiniać? Mało dni i miesięcy spędziłam przy jej boku zastanawiając się, czy to przypadkiem nie ona jest jedyną normalną istotą w tym domu? W końcu ile można udawać, że wszystko jest w porządku, skoro wszyscy uparcie twierdzą, że nasz świat wali się w posadach. Jednak słysząc tę delikatną przyganę poczułam jak coś we mnie pęka. Wbiłam paznokcie w dłoń w obawie, że zaraz się rozpłaczę. Czy to możliwie, że już mogę przestać buntować się przed powszechnymi oczekiwaniami, że zastąpię swojemu rodzeństwu matkę? Przecież wróciła, uśmiechała się do mnie, wyglądała i zachowywała się tak normalnie. Wszystkie niepokojące myśli o tym, że to jedynie cisza przed burzą należało zepchnąć w najdalszy kąt umysłu. -Bardzo możliwe- odpowiedziałam trochę od niechcenia. - Niestety jest już trochę za duży, by go wystawić w beciku pod jakimś sierocińcem z nadzieją, że może ktoś się skusi. - zażartowałam wzruszając przy tym ramionami. Przecież wiadomo, że nic takiego bym nie zrobiła, głupek wróciłby. Chociaż z drugiej strony bywa poza zamkiem rzadziej niż ja. Trzeba będzie to jeszcze przemyśleć…
Obserwując grającą mamę coraz trudniej było mi zachować opanowanie. Już dawno od tego odwykłam, ale nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Jeszcze chwila, a jeszcze klasnęłabym w dłonie zachowując się jak ostatnia trzpiotka. Na szczęście w porę zauważyłam zapraszający gest i przysiadłam obok mamy, uważnie obserwując każdy ruch jej drobnych dłoni. Płynność i swoboda, z jaką grała były wręcz odurzające. Gdzieś pośród całej tej radości i fascynacji pojawiła się dość irytująca myśl, że taka perfekcja nigdy nie stanie się moim udziałem. Uczucie gniewu znów próbowało przejąć nade mną kontrolę. Znów wbiłam paznokcie w opuszki palców, wiedziałam, że jeszcze chwila a drobne krople krwi zaczną brudzić idealnie białe klawisze fortepianu. Należało w końcu znaleźć inny sposób na opanowanie się. Słowa mamy dotarły do mnie ze znacznym opóźnieniem. Przeniosłam na nią mętne spojrzenie z niepokojem zdając sobie sprawy, że to wyjątkowo kiepski czas na podobne użalanie się nad sobą. Temat ojca też nie był zbyt fortunny, ale to moja wina, przecież sama go zaczęłam. Kiwnęłam jedynie potakująco głową, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć na podobne zapewnienia. W mojej głowie rozgrywała się właśnie następująca scena. Mniej więcej pięcioletnia Freya wychodziła właśnie z ukrycia w pozie zwycięzcy, wrzeszcząc na całe gardło, że przecież zawsze to mówiła i miała przy tym racje. Została jednak szybko zneutralizowana przez tuzin poduszek, który rzucało w nią moje wewnętrzne uosobienie buntu. - Kim, że jestem, by się kłócić w takich kwestiach? - Odpowiedziałam siląc się na lekki, nieco żartobliwy ton głosu. Dopiero po tych słowach przyłączyłam się do gry. Ból był lekarstwem na walkę z perfekcjonizmem. Gra była lekarstwem na wszystko inne. Wychodzi na to, że podobnie jak tata mam problem z rozmawianiem o emocjach. Jest coś, czego po nim nie odziedziczyłam? Melodia ucicha, a ja musiałam zdobyć się na odwagę, by móc mamie odpowiedzieć. To przecież oczywiste, że musiała usłyszeć te słowa, to jednak na szczęście nie czyniło ich mniej prawdziwymi. - Też cię kocham mamo- Czułam jak moją twarz szpeci całkiem pokaźny rumieniec. - Ja w ciebie nigdy nie wątpię. Jesteś moim jedynym sojusznikiem. - Uśmiechnęłam się próbując w ten sposób zamaskować własną niezręczność. -Bez ciebie mam tylko ciocię Pru, a przy całej mojej miłości do niej obie doskonale wiemy, że to kiepski model do naśladowania. - Mimowolnie zaczęłam się śmiać co nieco mnie zaskoczyło. Chyba zapomniałam, że jeszcze potrafię.
Narcissa Ollivander
Zawód : młoda gniewna dama
Wiek : 14
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
If I die will you weep over my grave?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10689-freya-narcissa-ollivander#324226 https://www.morsmordre.net/t10736-szyszka#326015 https://www.morsmordre.net/t10730-entowa-ksiezniczka#325701 https://www.morsmordre.net/
Pokój muzyczny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach