Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

we all have stories we won't ever tell
AutorWiadomość
we all have stories we won't ever tell [odnośnik]25.10.21 21:15


out in the darkness, I saw an angel
held back the flood until the sky fell
I see the future covered in roses
waves of gold as the door closes


~ 1951 ~



Kapitanie.
Uśmiechnął się z podszytym satysfakcją zadowoleniem, wychylając się mocniej poza falszburtę, spojrzenie zawieszając gdzieś na krawędzi rozciągającego się przed nim horyzontu – przez moment jeszcze nie słysząc, czy może zwyczajnie nie zwracając uwagi na dźwięczące między głoskami ponaglenie; skupiając się na znaczeniu samego słowa, jednocześnie znajomego i dziwnie obcego, do tej pory słyszanego jedynie gdzieś obok, kierowanego do starszego kuzyna lub ojca – ale nigdy do niego, nie do Manannana. Przyzwyczaił się do tego – do pływania w cieniu, słuchania rozkazów, kierowania spojrzenia tam, gdzie mu wskazano – i być może dlatego czuł się jeszcze trochę oślepiony, wciąż pijany świadomością posiadania własnego statku (i echem odbywającego się dzień wcześniej świętowania), gdy przejeżdżał szorstkimi od lin palcami po drewnianym zwieńczeniu nadburcia Szalonej Selmy, śpiewającej łopotem granatowych żagli gdzieś nad jego głową. Nie wypłynęli daleko – to nie była jedna z tych zamorskich podróży, które miały zapisać się na kartach rodzinnej historii, okręt odbywał jedynie krótki rejs wzdłuż angielskiego wybrzeża, mający na celu przetestowanie jego możliwości – ale dla Manannana nie miało to znaczenia; wiedział, że wkrótce mieli wyruszyć razem w samo serce jednego z oceanicznych sztormów, i nie mógł już doczekać się, żeby sprawdzić, czy po wzburzonych falach Selma będzie poruszać się z płynnością równą tej, z jaką sunęła wzdłuż białych klifów.
– Kapitanie! – rozległo się po raz drugi (a może trzeci?), tym razem bliżej i głośniej, zmuszając go wreszcie do uchwycenia jednej z biegnących do grotmasztu lin i odwrócenia się na pięcie. Rozpoznawał głos jednego z żeglarzy, młodego czarodzieja, który na Szalonej Selmie służył już wcześniej; wpatrywał się w niego teraz, z napięciem w spojrzeniu godnym kogoś, kto na horyzoncie wypatrzył właśnie czarne chmury – mimo że niebo jak okiem sięgnąć pozostawało jasne i czyste, a lekki wiatr spychał ich w stronę lądu spokojnie i niemal leniwie.
Yates – odezwał się do marynarza swobodnie, nie zarażając się bijącym od niego poruszeniem, a jedynie robiąc krok w jego stronę i przekrzywiając głowę w pytającym geście. – Pod pokładem wybuchł pożar czy kapelusz wypadł ci za burtę? – zapytał, z mieszaniną zniecierpliwienia i rozbawienia zabarwionego drwiną; ku jego zdziwieniu, czarodziej potrząsnął jednak gwałtownie głową i odwrócił się do niego bokiem, wskazując za siebie – na coś, czego Manannan póki co nie widział.
– Nie kapelusz, kapitanie! Kobieta – na sterburcie – odpowiedział, wykonując gest jednoznacznie świadczący o tym, że chciał, by Travers ruszył za nim. Zrobił to, zamiast przesunąć wzrok ku morskim falom, spojrzał jednak spod uniesionych brwi na Yatesa; milczał przez chwilę, czekając na puentę rzuconego żartu, a kiedy ta nie nadeszła, parsknął cicho.
Schowaj się do cienia, za długo siedziałeś na słońcu – rzucił, kończąc swoją wędrówkę w stronę sterburty i dopiero wtedy spoglądając za nią; w pierwszej chwili zgodnie z przypuszczeniami nie dostrzegając niczego poza oblewającymi statek falami. Kolejny złośliwy komentarz zamarł mu jednak na ustach, bo nim słowa ukształtowałyby się na języku, usłyszał krzyk – a kilkanaście metrów dalej zauważył zmierzwioną wodę i ciemną plamę unoszących się ponad nią włosów. Czy to możliwe, że?.. Ale skąd?.. Zadarł głowę w górę, przesuwając spojrzeniem po rozciągającym się nad nimi niebie, nigdzie na tle błękitu nie dostrzegł jednak samotnej miotły ani spłoszonego aetonana; jak okiem sięgnąć próżno było szukać również innych statków. – Hm – mruknął z konsternacją, w ciągu kolejnej sekundy stwierdzając dwie rzeczy: że unosząca się w wodzie postać w istocie była kobietą, oraz że raczej nie potrafiła pływać – a przynajmniej na to wskazywało chaotyczne i pozbawione większego sensu młócenie ramionami o fale. – Utrzymać kurs – zadecydował Manannan, robiąc krok do tyłu – i przez moment mogło się wydawać, że wróci jak gdyby nigdy nic do swoich obowiązków, ale zamiast to zrobić, płynnym ruchem ściągnął z głowy kapelusz, żeby następnie wcisnąć go w ręce nadal stojącego obok marynarza. Mówić nie musiał nic – wiedział, że oznaczało to, że miał go pilnować.
Kolejnego ruchu potrzebował na zsunięcie z ramion wierzchniego okrycia i butów ze stóp; zanim wspiął się na reling, sprawdził jeszcze, czy jego różdżka bezpiecznie tkwiła przymocowana do pasa – a później rzucił się w dół, wyuczonym gestem wyciągając ręce do przodu, by chwilę później zanurzyć się w wodzie. Zimnej pomimo letniej pory; poczuł, jak jego mięśnie spinają się odruchowo, a ciałem wstrząsają dreszcze, nie poddał się im jednak; zamachał nogami i rękami, kierując się ku powierzchni i wynurzając poza nią, a później – ruszając w stronę kobiety. Dotarł do niej szybko, równie szybko decydując, że to nie był czas na zadawanie pytań; starając się utrzymać na wodzie, odnalazł jej rękę, żeby zarzucić ją sobie na ramię. Poruszający się chaotycznie ciężar natychmiast pociągnął go w dół, odepchnął się więc, walcząc o równowagę i rzucając krótkie spojrzenie w stronę statku; Selma była jednak za daleko, odeskortowanie niedoszłej topielicy na ląd wydawało mu się łatwiejsze, więc to w tamtą stronę pociągnął ich oboje, starając się ignorować coraz silniejsze palenie w zmęczonych mięśniach.
Nie wiedział, jak długo to trwało – czas zdawał się zmienić konsystencję, odmierzany nie tyle minutami, co kolejnymi pokonywanymi metrami – ale gdy wreszcie jego stopy natrafiły na stały grunt, wypchnął ze świstem powietrze z płuc, pomagając stanąć na nogach również swojej towarzyszce. Dopiero wtedy też ją wypuścił, odsuwając się o krok i samemu dając sobie moment na odciążenie zmęczonych nóg, pochylając się do przodu – ale kątem oka spoglądając na ciemnowłosą, po raz pierwszy mając okazję, żeby przyjrzeć jej się uważniej i zauważając, że była bardziej dziewczyną niż kobietą, z delikatnymi rysami i policzkami pobielałymi od chłodu. – Wiesz, słońce – odezwał się zaczepnie, gdy już udało mu się złapać oddech, a cicha obserwacja zachowania nieznajomej pozwoliła mu na upewnienie się, że nie miała paść trupem w ciągu najbliższych paru minut – następnym razem jak zdecydujesz się na wycieczkę na miotle wzdłuż klifów, powinnaś upewnić się, że zabrałaś ze sobą miotłę – powiedział, wciąż nie odrywając od niej spojrzenia – i niespecjalnie starając się udawać, że nie zauważył sposobu, w jaki mokra suknia przylgnęła do jej ciała. Kącik ust drgnął mu w górę, czoło przecięła jednak pionowa zmarszczka; wyprostował się, wyciągając rękę w jej stronę. – Wszystko w porządku? – zapytał, ledwie zauważalną troskę ukrywając skrupulatnie pod warstewką protekcjonalności i nonszalancji; topielcy przynosili pecha.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : pirat, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 8
ZWINNOŚĆ : 5/70
SPRAWNOŚĆ : 20/7
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
Re: we all have stories we won't ever tell [odnośnik]01.11.21 2:48
Różany cierń przekuł opuszek palca równo z momentem, gdy powietrze zrobiło się wokół niej gęste, napięte, jak struna skrzypiec przed pęknięciem. Znieruchomiała w niewidzialnej pętli, która oplotła jej talię zaciskając się mocniej tuż nad pępkiem. Zdążyła odetchnąć płytko, mimowolnie zaciskając blade palce na zamkniętym jeszcze pąku kwiatu. Ogród obleczony w zieleń, czerwień różanych kłosów i unoszącą się woń rozkwitających płatków, zdawał się wracać do życia, jakby gotował się także i na jej powrót. Jakby mogła przynieść ze sobą światło francuskich opowieści, które nie raz cicho snuła, gdy wracała na letnią przerwę do rodzinnego Kent. Tęskniła. Przypominając sobie, ile razy zaglądała do ogrodów paryskich, w nadziei, że znajdzie tam pierwiastek piękna, który z dumą reprezentowała. I dokładnie wtedy czknęła.
W naturalny, niemal odruchowy sposób starała się unieść wolną dłoń do ust, zasłaniając rozchylone czerwienią wargi w niewygodnym geście. Zebrana na skórze kropla krwi opadła na ziemię, a jej ruch Melisande oglądała w szczegółach zupełnie nierealnych. Nie zrozumiała początkowo co się działo, ale ostatnią myślą, nim rzeczywistość rozmyła się wokół niej, zamazując obraz i wchłaniając widok różanej łodygi, którą początkowo trzymała, było wyobrażenie niezadowolonej konsternacji na twarzy jej matki, jakby za chwilę miała zbesztać ją za niegodne zachowanie. A potem była jasność.
Nie krzyknęła tylko dlatego, że nieoczekiwana teleportacja wypluła ją w przestrzeni wypełnionej światłem, wiatrem i... morską bryzą. Rozchyliła wargi bardziej w zaskoczeniu, uderzona - tyko w pierwszej sekundzie, widokiem, jaki rozświetlił ciemne źrenice i w ten niezwykły sposób, rozgrzewał skórę. Niemal się uśmiechnęła, urzeczona obrazem, jaki otrzymała,by w następnej sekundzie poczuć, jak rzeczywistość brutalnie wyrwała ją z malowanej wizji. Spadała.
Włosy rozsypały się wokół głowy czarna aureolą, letnia, barwiona czerwienią i bielą suknia zafalowała gwałtownie, gdy wiatr szarpnął materią, niby rzuconą flagą. Jeśli potem krzyczała, nie słyszała swojego głosu. Palce zaciskała tak mocno,że bielały jej knykcie, a paznokcie wbiła we wnętrze dłoni. I nawet nie zauważyła, że urwany, różany pąk wciąż tkwił zaciskany pomiędzy bladymi palcami. Serce łopotało w tym samym rytmie, jak falujące skrzydła wirującej wokół niej sukienki, a gdzieś na horyzoncie, daleko w dole, zamajaczyła kołysana falami łupina statku, który unosiła się na wodzie, niby baletnica ścigająca się w tańcu. Zabawne, ile szczegółów się dostrzegało, gdy rzeczywistość skracała się niemożliwie, szykując do upadku. A ona spadała, czując się przez ten zaskakująco krótki moment, jak antyczny Ikar, który wzniósł się za wysoko, mając czelność mierzyć się ze słońcem. Ona się przecież z nim nie mierzyła. Ona nim była. Dlaczego więc leciała w dół, wyrwana ze swej różanej baśni? Tylko po to, by pochłonął ją błękit morskiej fali?
Uderzyła w taflę wody z pluskiem, który zdawał się wołaniem usłyszanym tam, gdzie najmniej się spodziewała. Zamknęła powieki, w końcu poruszając rozpaczliwie ramionami, niemal całkowicie zapominając lekcji, jakie otrzymała w pływaniu. Nie dlatego, że nie potrafiła. Serce trzepotało w panice, napędzane jeszcze upadkiem, a teraz wodną kaskadą, która obróciła jej ciałem sprawiając, że zakręciła się w morskiej toni, jak pozytywkowa lalka. Ciężar przemoczonej sukienki, która owinęła się wokół nóg sprawiał, że zamiast ku górze - opadała niżej. Tonęła, chociaż wciąż walczyła z falą, chwytając powietrze, gdy wynurzyła się ponad morskie zwierciadło. Nie wierzyła, że tak miała skończyć, napięte mięśnie opadały z sił. A mimo to z zaskoczeniem poczuła wsparcie i męską dłoń, która chwyciła jej własną. Na kilka chwil znowu wchłonęła ich toń, a ona dostrzegła zarys przystojnej męskiej twarzy i nagą pierś, przez co dałaby uciąć swoja rękę, że miała do czynienia z magicznym trytonem. Ten jednak, zamiast wciągnąć ich głębiej w ciemną toń, wsparł ją ramieniem, które oplotła własnym.
Płynęli w stronę statku i chociaż nie była w stanie wiele pomóc - ciało była przeraźliwie zmęczone - próbowała przynajmniej nie przeszkadzać. W milczeniu przerywanym kaszlem i niekontrolowanym drżeniem z nieprzyjemną świadomością, że jedynym źródłem ciepła (i ratunku), był płynący z nią mężczyzna. A ona, dama, niemal przylegała do niego ciałem. Dumę, musiała odłożyć na później, chociaż już wiedziała, że jeśli da jej szansę, ta wybuchnie w najmniej oczekiwanym momencie.
Opadła na pokład wyczerpana, przez moment wciąż kurczowo zaciskając dłoń na męskim ramieniu, samej otoczoną wsparciem. Zaatakowały ją dreszcze, gdy w końcu odsunęła się od wybawiciela, a w piersi, serce szamotało intensywnie, jak uwięziony w klatce koliber. Oddychała ciężko, opadając na drżących kolanach niżej. Wokół niej powstawała coraz większa kałuża z wody płynącej z włosów i sukienki. Dopiero wtedy, była w stanie skupić się uważniej na otoczeniu w jakim się znalazła i wlepionych w nią spojrzeń. Nie tylko tych, jasnych, dziwnie iskrzących, należących do mężczyzny, który ją - to przyznać musiała nie tylko w duchu - uratował.
Spojrzała mu w oczy. To - musiała przyznać znowu - było w tym momencie najbardziej bezpieczna przestrzeń, na jakiej była w stanie zawiesić ciemne źrenice, które nieopacznie zatrzymywać się mogły na wciąż wilgotnej skórze mężczyzny. Mimo całych pokładów dobrego wychowania, jakie otrzymała, wciąż była bardzo młoda. Na tyle, by czuć wzbierający - mimo chłodu - gorąc na blade od chłodu lica. Wspomnienie bliskości - nawet w tak niebezpiecznych okolicznościach - zdawało się teraz dopiero wytrącać ją z równowagi. Słowa, które jako pierwsze popłynęły z ust nieznajomego, wcale nie pomagały zachować jej zwyczajowej, szlacheckiej ogłady - Widziałeś kiedyś słońce na miotle? - ugryzła się w język z butną myślą i sugestią, że musiał wiele wypić, skoro miewał podobne wizje. Mimo niesprzyjających warunków, uniosła głowę wyżej, dumnie, utrzymując wzrok dokładnie na oczach...kogo? Rozchyliła i przygryzła dolną wargę w skupieniu. Poruszyła i rozplotła wciąż zaciśnięte palce - Nie byłoby mnie tutaj, gdyby było wszystko w porządku - mimo bardziej cierpkiego tonu i skrytym w nim, odległym lękiem z coraz bardziej palącą świadomością, jak i dlaczego wielu z zebranych się jej przyglądało tak intensywnie, wyciągnęła dłoń, podając ją nieznajomemu, pozwalając, by pomógł jej wstać. Zorientowała się także, że w palcach wciąż tkwił, nieco zmarnowany ale wciąż rozpoznawalny, różany pąk, który uwolniony, upadł na wilgotny pokład. Podążyła za nim wzrokiem - ...ale winne są ci podziękowania - odezwała się ciszej, niemal łagodniej, jednocześnie, drugą dłonią, pociągając za materiał sukienki, który oplatał jej kostkę - Jesteś piratem? Gdzie... jesteśmy? - wciąż wolała lokować spojrzenie na rozmówcy. Nie podobał się jej lekki ton i sposób, w jaki na nią patrzył, ale - wolała skupić się na faktach, które - mogły jej pomóc wybrnąć z... tego co się wydarzyło. I zdecydowanie potrzebowała dostać się na brzeg. Tu, na statku, pośród fal - czuła się w jakiś sposób osaczona. I wcale, a wcale nie pamiętała o tych dzikich historiach czytanych kiedyś po ciemku o bohaterach, piratach i porwaniach księżniczek. Wcale.
Melisande Travers
Zawód : Dama
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Róże są bardziej zgodne z prawdą – wiedzą, jak pokazywać kolce”.
OPCM : 1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 21
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10633-melisande-travers-rosier#324047 https://www.morsmordre.net/t10688-ales#324219 https://www.morsmordre.net/t10681-regina-rosarum-melisande#324223 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10751-skrytka-bankowa-nr-2340#326311 https://www.morsmordre.net/t10749-melisande-travers-rosier#326288
Re: we all have stories we won't ever tell [odnośnik]04.01.22 23:00
Przyglądał się jej z mieszaniną rozbawienia i zaciekawienia, obserwując malujące się na jasnej twarzy emocje z fascynacją, z jaką obserwowałby nieznane, morskie stworzenie; czy mogła być syreną – jedną z tych, które posiadły zdolność tymczasowego przeistoczenia się w prawdziwe kobiety, podstępem skłaniające naiwnych marynarzy do wciągnięcia ich na pokłady okrętów, by później pożreć ich w trakcie snu? Słyszał o nich opowieści, o istotach ni to ludzkich, ni trytońskich, choć dotąd żadnej z nich nie spotkał, po części niedowierzając wcale w ich istnienie; zamorskie porty pełne były podobnych historii, snutych zwłaszcza we wczesnych godzinach rannych, gdy cichły głośne śpiewy, a wciąż trzymający się na nogach żeglarze, na wpół śpiący, na wpół pijani, wpadali w ten dziwny stan pomiędzy jawą a snem, w którym każde słowo wydawało się tchnąć magiczną tajemnicą. Później rozpraszało je jaskrawe słońce poranka, rozganiał północny wiatr; w pamięci pozostawały jedynie okruchy, budzące się w momentach takich, jak ten, gdy pojawiająca się znikąd niewiasta kierowała na niego ciemne spojrzenie otwartych szeroko oczu, przez sekundę zdające się przenikać go na wskroś – jak opadająca w zimną toń kotwica, szukająca oparcia gdzieś na niewidocznym z powierzchni dnie. Prawie odwrócił wzrok, tknięty irracjonalnym przekonaniem, że nieznajoma w jakiś podstępny sposób była w stanie przejrzeć wszystkie jego myśli, ale czerwień muskająca blade od chłodu wody policzki i barwiąca przygryzioną w zdenerwowaniu wargę nie pozwoliła mu na oderwanie oczu; była piękna, nawet (a może szczególnie?) z mokrymi kosmykami długich, ciemnych, opadających na ramiona włosów; z kroplami zawieszonymi na czarnych rzęsach i sukienką nieskromnie przyklejoną do szczupłego ciała, jak zorientował się po czasie – zbyt strojną i dobrze skrojoną, by można było umieścić ją pośród mieszkanek nieodległych wiosek. Do kogo więc należała?
Zaśmiał się głośno w reakcji na jej słowa, prawie zdziwiony, gdy odezwała się do niego w języku angielskim; nie syrena więc, chyba że taka, która z żeglarzami miewała już niejednokrotnie do czynienia. – Morza skrywają różne dziwy, choć przyznam, że o takim jeszcze nie słyszałem – odparł swobodnie, skłaniając lekko głowę, przez moment nieświadomy jeszcze przyglądającej im się publiczności – dopóki cierpkie słowa i wzrok skierowany gdzieś za jego plecy nie kazały mu się odwrócić. Omiótł spojrzeniem pokład, na którym część załogi zatrzymała się w miejscu, zamierając w połowie wykonywanych czynności, jakby oczarowana tajemniczym urokiem, w milczeniu obserwując rozgrywającą się scenę. – Do pracy, panowie, Selma to nie Sguaba Tuinne, nie popłynie sama! – zawołał; marynarze drgnęli, paru krzyknęło potakujące aye!, po czym stopniowo, jeden po drugim, odwrócili się, powracając do przerwanych zajęć. Manannan z kolei obrócił się w stronę nieznajomej kobiety, wyciągając ku niej rękę – przez moment przyglądając się temu niezwykłemu kontrastowi pomiędzy jej skórą, jasną i gładką, a jego – pomarszczoną od wiatru i wody, opaloną od słońca, świeżo oznaczoną tatuażem jaskółki, czerniącym się tuż powyżej zgięcia łokcia. – Wybacz im ciekawość, pani, rzadko mamy okazję gościć na pokładzie takie… znakomitości – powiedział, pozwalając sobie na odrobinę teatralności; kącik ust drgnął mu trochę zuchwale, powstrzymał jednak chęć pociągnięcia ciemnowłosej ku sobie, zamiast tego jedynie pomagając jej stanąć stabilnie na własnych nogach, choć miarowe kołysanie się statku pod stopami było czymś, do czego nie przywykało się od razu.
Mignięcie czerwieni zmusiło go do oderwania wzroku od pary ciemnych tęczówek i podążenia spojrzeniem za wypuszczonym spomiędzy kobiecych palców kwiatem, choć przez moment jeszcze nie wiedział, na co właściwie patrzył – rozpoznając różę dopiero, gdy odruchowo schylił się, żeby podnieść ją z pokładu, mokrego już od wody spływającej obficie z ciężkich fałd przemoczonej sukienki. Uniósł wyżej brew, przyglądając się pogniecionym nieco płatkom, w jakiś sposób dodających niezwykłości już i tak wyjątkowo osobliwej sytuacji; czy naprawdę miał do czynienia z magiczną istotą, która pojawiła się tu, żeby pociągnąć ich wszystkich ku rychłej zgubie? Wyprostował się, raz jeszcze spoglądając na nieznajomą, niepewny, czy przeszkadzałoby mu, gdyby naprawdę tak było. – Gdzie jest czarodziej, który ofiarował ci ten kwiat? Czy to przed nim uciekałaś tak prędko, że aż zniosło cię na te wody? – zapytał, wyciągając w jej stronę różę, ciekaw kryjącej się za nią historii; za nią – i za jej właścicielką, teraz odzywającą się inaczej, łagodniej; może już niespeszoną obecnością innych żeglarzy, którzy zgodnie z jego rozkazem przestali zwracać na nią uwagę, jedynie od czasu do czasu rzucając jej ukradkowe, zaciekawione spojrzenie. – I cóż chcesz mi podarować w podzięce? – rzucił po chwili, zaczepnie, żartobliwie, przechylając głowę i spoglądając na nią z ukosa; gdyby zdawał sobie sprawę, kim była – jakie nazwisko i tytuły nosiła – z pewnością nie ośmieliłby się odezwać do niej w ten sposób, ale póki co nie połączył jeszcze dumnie uniesionej brody z jej stanem, nie rozpoznał charakterystycznych rysów twarzy, pewien, że nigdy dotąd nie widział ich na angielskich salonach.
Odwracając się od niej jedynie na moment, sięgnął po odrzuconą wcześniej koszulę, żeby wprawnym ruchem zarzucić ją na ramiona – niespeszony śledzącym go, ciemnym spojrzeniem. Zacmokał cicho. – Zdaje się, że to gość powinien przedstawić się pierwszy – zasugerował, rozbawiony padającymi słowami; pirat zabrzmiało w jej ustach obco, jak coś zaczerpniętego z baśni lub opowieści, a nie życia; zastanawiał się, jakie scenariusze tworzyła sobie właśnie w wyobraźni, choć musiał przyznać, że wcale nie wyglądała na przerażoną swoim położeniem. – Nie pływamy pod piracką banderą – odezwał się po chwili, spośród możliwych odpowiedzi wybierając tę wymijającą; instynktownie spoglądając w górę, gdzie na grotmaszcie powiewały granatowe, szarpane wiatrem, rodowe barwy Traversów. – Jesteśmy u wybrzeży Kent, słońce; znad jakich lądów przybyłaś, że jest to dla ciebie tajemnicą? – zapytał, prostując się, żeby spojrzeć na nią z góry; wolną ręką sięgając po odłożony wcześniej kapelusz, żeby płynnym ruchem zarzucić go sobie na głowę.


was it a knife in my back or a fork in the road? was it hell or high water that left us alone?
Manannan Travers
Zawód : pirat, kapitan Szalonej Selmy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
said goodbye to you my friend
as the fire spread
all that's left are your bones
that will soon sink like stones
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 8
ZWINNOŚĆ : 5/70
SPRAWNOŚĆ : 20/7
Genetyka : Czarodziej

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10515-manann-travers-budowa https://www.morsmordre.net/t10605-zlota-rybka#321117 https://www.morsmordre.net/t10602-hoist-the-colours#321066 https://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle https://www.morsmordre.net/t10596-skrytka-bankowa-nr-2306#320992 https://www.morsmordre.net/t10621-manannan-travers
we all have stories we won't ever tell
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach