Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Once upon a summer day - Lipiec 1953
AutorWiadomość
Once upon a summer day - Lipiec 1953 A70545fd5f19a422e7d174aef85ee4ed
Once upon a summer day,
Flowers bloomed in full array,
Bright rays of sunlight spilled
Upon my garden on the hill.


Lancashire, Lipiec 1953r.

Lato jak zwykle pojawiło się niespodziewanie i zaskoczyło mieszkańców Lancashire nagłą przerwą od umiarkowanych temperatur i porannych mgieł. Słońce królowało na bezchmurnym niebie od poranka do zmierzchu przynosząc ze sobą pogodę, którą nienawykli do ciepła Brytyjczycy szybko określili jako nieznośny upał. Taka aura nie miała jednak panować wiecznie, bo jak powszechnie wiadomo: lato na wyspach trwało dwa tygodnie, a później znów zaczynało padać. Lynette nie zamierzała marnować tego krótkiego okresu zamknięta w grubych murach rodowej rezydencji. Wychodziła z założenia, że dzieci powinny korzystać ze sprzyjającej aury i spędzać jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu. Nie była to nauka wyciągnięta z domu, ale wiedza nabyta na przestrzeni ostatnich lat spędzonych na ziemiach Ollivanderów. Ona sama jako dziecko większość lata spędzała w swoich komnatach i ruchu zażywała głównie w czasie lekcji tańca lub podczas krótkich spacerów po wypielęgnowanych ogrodach wokół Wiltshire (koniecznie z parasolką, bo przecież nie mogła pozwolić na to by jej arystokratyczna skóra pokryła się plebejską opalenizną!). Jednak jej dzieci wychowywały się w innych warunkach. Tuż po śniadaniu rozkrzyczany kondukt złożony z Lynnette, jej potomków i dwóch opiekunek udał się do ogrodu, gdzie pod czujnym okiem dorosłych piątka małych Ollivanderów mogła dokazywać w najlepsze. W ten sposób spędzili już kilka ostatnich dni i póki pogoda się nie popsuje, z pewnością będzie tak wyglądał każdy kolejny poranek.
Oczywiście przebywanie na zewnątrz w niczym nie przypominało banalnego pikniku. Ogromna drewniana altana została na polecenie Lynette przemieniona w bawialnię pozbawioną ścian - w cieniu ustawiono nie tylko jej ulubiony szezlong, ale również niewielką sofę i duży stół, na którym piętrzyły się przekąski i napoje (z jej doświadczenia wynikało, że dzieci szybko głodniały na świeżym powietrzu i odpowiedni zapas jedzenia był niezbędny do utrzymania ich w dobrym humorze). Tereny wokół zamku bardziej przypominały las niż wypielęgnowany francuski ogród, który otaczał jej rodzinną posiadłość. Kiedyś ta dzikość ją przerażała, ale teraz była swojska i domowa. Nie umiała już wyobrazić sobie życia w innym miejscu. Szum liści i trele ptaków przeplatały się z pojedynczymi okrzykami dochodzącymi spomiędzy drzew - z tego co zrozumiała, aktualnie trwała trzecia z kolei rozgrywka chowanego, którą nadzorowały opiekunki jej dzieci. Szczerze współczuła swoim pracownicom, które musiały przedzierać się przez zarośla w poszukiwaniu czterech z jej pociech. Kiedy przychodziło do krycia się wśród listowia mali Olivanderowie byli... może jeszcze nie jak enty, ale z pewnością jak nieśmiałki. Lasy Lancashire wychowywały ich na równi z rodzicami, więc znalezienie ich nie należało do prostych zadań. Lynette wątpiła, by w ciągu najbliższej godziny opiekunkom udało się odnaleźć choćby jedno z jedno z dzieci bez użycia magii. Jej małe nieśmiałki wypełzną ze swoich dziupli dopiero gdy zgłodnieją lub znudzi im się torturowanie tych biednych kobiet. Cóż, przynajmniej dobrze im płacili.
Jedyną, która nie uczestniczyła w zabawie była najmłodsza córka Ollivanderów. Selene była jeszcze zbyt mała, by Lynette pozwoliła jej samodzielnie oddalić się między drzewa. Nie dokuczała jej jednak nuda - zasiadała na rozłożonym obok szezlongu matki kocu, otoczona przez zabawki i książki z obrazkami. Mała wydawała się być zadowolona z tej sytuacji i bawiła się sama ze sobą podśpiewując coś pod nosem. Pod względem charakteru póki co bardziej przypominała Laurela niż resztę swojego rodzeństwa, ale to wciąż mogło się zmienić. Lynette zerkała na nią co chwilę znad stron trzymanej w rękach książki. Zresztą nie tylko na nią. Zupełnie nie mogła skupić się dziś na lekturze i z trudem opanowywała nerwowe gesty. Nie była jednak poirytowana, wręcz przeciwnie - rozpierała ją ekscytacja, której nie było po niej widać na pierwszy rzut oka tylko dlatego, że wychowano ją na damę, które nie okazuje żadnych skrajnych emocji. Wygodnie rozciągnięta na szezlongu zdawała się uosobieniem spokoju i opanowania. Tylko bardzo wprawny obserwator mógłby dostrzec, że od pół godziny nie przewróciła ani jednej strony swojej lektury, bo wciąż wracała do tego samego zdania. Jej wzrok raz po raz odrywał się od książki, przebiegał po Selene, a potem wędrował w stronę zamku jakby w ten sposób mogła przyspieszyć przybycie długo wyczekiwanego gościa.
Nie widziała Evendry od... sama nie była pewna. Zbyt dawna! Dlatego z nadzieją wypatrywała najpierw odpowiedzi na zaproszenie do Lancashire, a teraz pojawienia się młodej pół-willi. Jej ukochana kuzynka miała pojawić się przed obiadem, ale oczekiwanie na wczesne popołudnie ciągnęło się w nieskończoność. Gdyby nie było to niegrzeczne najchętniej ściągnęłaby ją do siebie już na śniadanie. Albo wczoraj. Ale lista osób, które wyczekiwały na wizytę panny Lestrange po jej powrocie z Hogwartu była długa i siłą rzeczy Lynette musiała poczekać na swoją kolej.
Znów przeczytała to samo zdanie absolutnie nie rozumiejąc jego treści i ponownie wykonała ten sam drobny ruch głową. Najpierw kontrolne spojrzenie w stronę Selene, która właśnie brudziła strony pięknie ilustrowanej baśni swoimi pokrytymi lukrem paluszkami (chwilę temu poczęstowała się słodką bułeczką ze stołu). Zaraz potem zerknięcie w stronę domu. I nareszcie! Słońce odbijało się w srebrzystych włosach jej kuzynki niczym w zwierciadle, gdy prowadzona przez służącego zmierzała w stronę altany. Usta Lynette mimowolnie rozciągnęły się w radosnym uśmiechu. Odłożyła książkę na ziemie, nie martwiąc się zaznaczaniem strony. Podsniosła się na nogi i ruszyła w kierunku panny Lestrange.
- Evandro! - zawołała z uczuciem, już wyciągając ramiona, by uściskać młodą pannę na powitanie.


Hope is a dangerous thing for a woman like me to have
But I have it
Lynette Ollivander
Lynette Ollivander
Zawód : matka, żona, dama
Wiek : 34
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Look like the innocent flower, but be the serpent under it
OPCM : 10
UROKI : 6
ELIKSIRY : 6
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10726-lynette-ollivander https://www.morsmordre.net/t10748-popiol#326261 https://www.morsmordre.net/t10747-lady-lyn#326260 https://www.morsmordre.net/f240-lancashire-lancaster-castle https://www.morsmordre.net/t10753-lynette-ollivander#326365

Powrót do góry Go down

Hogwart opuściła z szerokim uśmiechem na ustach i ukłuciem żalu w sercu. Długie przesiadywanie w otoczeniu opasłych ksiąg nie należało do ulubionych zajęć panny Lestrange, której zainteresowania wykraczały poza zatęchłe tomiszcza i usilne próby zapamiętania skomplikowanych formuł, które miały jej się w życiu przecież nigdy nie przydać. Z większości przedmiotów otrzymała oceny zadowalające, wybitnie odznaczając się tylko z transmutacji, której nauka zawsze przychodziła jej z łatwością. Swojej przyszłości nie wiązała jednak z doskonaleniem magicznych umiejętności. Wspomnienie zimowego sabatu powracało wciąż do jej myśli, układając misterny plan o zbliżeniu się do lady Nott i jej zjawiskowego świata przesyconego blichtru, z którym od teraz zamierzała się związać na zawsze.
Umówione w Lancashire spotkanie już dawno znalazło swoje zaszczytne miejsce w kajeciku, upstrzone licznymi arabeskami i podkreśleniami namalowanymi migoczącym, kolorowym atramentem. Każdego ranka odliczała kolejne dni, jakie dzieliły ją od spotkania z małymi Ollivanderami oraz ukochaną Lynette, która była dlań niczym starsza siostra. Przed laty, gdy wciąż marzyła o wyjeździe do szkoły, własnej różdżce oraz sowie, bardzo ceniła sobie towarzystwo niegdysiejszej lady Malfoy, bliskiej kuzynki matki o ciepłym sercu i niepowtarzalnym wdzięku. Pragnęła być taka, jak ona - dostojna, elegancka, utalentowana - nie mogła przegapić żadnej okazji, by się z nią spotkać i możliwie przywrócić atmosferę dawnych, beztroskich dni.
Jasny błękit zwiewnego muślinu delikatnej, letniej sukienki powiewał na lekkim wietrze. Długie, złociste włosy przewiązane finezyjną wstążką opadały luźno na smukłe ramiona syreny, a bladą twarz rozświetlał delikatny makijaż w towarzystwie perłowych kolczyków. Już od rana towarzyszył jej ścisk w dole brzucha, zapowiadający mało subtelnym szeptem nadchodzące niespodzianki. Lekko drżące dłonie trzymała wzdłuż ciała, witając się uprzejmym skinieniem głowy ze służbą rezydencji, nie mając przecież w zwyczaju traktować innych protekcjonalnie. Prowadzona korytarzem rezydencji Lancashire wsłuchiwała się w stukot własnych obcasów, niosący się echem wzdłuż długiego przejścia, trzymała swoje emocje na wodzy, skrzętnie chowając ekscytację, jaka z każdą spędzoną tu chwilą narastała ze zdwojoną siłą. Drewniana altana na tyłach zamku jawiła się sielankowym obrazem, w którym pragnęła zanurzyć się nie tylko na dzisiejszy dzień. Już z tej odległości dostrzegła jasną sylwetkę ciotki, która podnosząc się z szezlongu, a serce Evandry zabiło mocniej w rozradowanym takcie. Dalsze ukrywanie ekscytacji mijało się z celem, ostatnie kilkanaście stóp pokonała już przyspieszonym krokiem, szeroki uśmiech rozświetlił twarz półwili, gdy wreszcie wpadła w objęcia lady Ollivander.
- Lyn, kochana! - zawołała z głęboką tęsknotą w głosie. - Nie uwierzysz, jak bardzo było mi ciebie brak. Tlącą się każdego dnia pociechą była wyłącznie myśl, że wreszcie się spotkamy. - Wypuściła ją ze szczupłych ramion, przyglądając się dobrze znanej twarzy, chcąc sprawdzić czy jest w stanie dostrzec nań zmiany, jakie wystąpiły od czasu ich ostatniej rozmowy. Szkoła z internatem działała na szkodę relacji towarzyskich, na których to półwili zależało najbardziej. Usychała bez bliskiej obecności kochanych osób, a tą Lynette z całą pewnością była.
Wtem doszedł ją piskliwy głos, który natychmiast zwrócił uwagę Evandry. Mała dziewczynka podniosła się właśnie z miejsca i uniosła różowe rączki, w tym całym zamieszaniu także domagając się atencji. Półwila od razu przykucnęła obok kilkulatki, także i ją obdarowując szerokim uśmiechem.
- Dzień dobry, Selene. Co tam masz za smakołyki? - spytała, dostrzegając rozsypane na miękkim kocu okruchy bułeczki, a także spoczywający obok książeczki nadgryziony kawałek. Dziewczynka wyciągnęła w jej stronę pokryte słodkim lukrem palce, zapewne z zamiarem uściśnięcia krewniaczki, lecz Evandra szybko złapała ją, nim ta wybrudziła jej sukienkę. - Jesteś tak słodka, że mogłabym cię schrupać na podwieczorek! - zaśmiała się, oblizując drobne paluszki rozradowanej Selene. - Mam coś dla ciebie - przybrała tajemniczy ton, sięgając do kieszeni swojej spódnicy i wyjęła zeń gładką, kolorową muszlę, mieniącą się tęczą w słonecznym świetle. - Zamknęłam w niej syrenią pieśń, posłuchaj. - Wręczyła dziecku prezent, zachęcając ją, by przysunęła ją sobie do ucha. Wszystkie z pociech Ollivanderów kradły jej serce, często dając się namówić do dziecięcych zabaw w okolicznym lesie, ale to maleńka Selene została jej ulubienicą. Odpowiedziała uśmiechem na zachwyt małej, pozostawiając ją samą z nową zabawką; podniosła się z miejsca, by wrócić wreszcie do Lynette.
- Matka przesyła gorące pozdrowienia, obiecałam, że przekażę - zwróciła się do ciotki, już nie mogąc się doczekać, kiedy wypyta ją o wszelkie nowinki. - Opowiedz mi prędko, jak minął ci czas w oczekiwaniu na dzisiejsze popołudnie? Lancashire zdaje się być iście baśniowym miejscem, zupełnie jakby słońce cieszyło się wraz z nami. - Nie kryła swojego wyśmienitego humoru, w takim momencie nie istniało już nic, co mogłoby go zepsuć.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654

Powrót do góry Go down

Once upon a summer day - Lipiec 1953

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach