Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gabinet II
AutorWiadomość
Gabinet II [odnośnik]08.12.21 15:51

Gabinet

Urządzony gabinet przy Cynthię i pomimo, że każdy domownik jak najbardziej ma wstęp do tego pokoju, przyjęło się że to głównie Cynthia tutaj przesiaduje, zajmując się sprawami finansowymi zajazdu, pilnując aby wszystkie wydatki i ubytki były spisane, aby wszystkie należące się wypłaty zostały wypłacone, a Pod Gruszą miało poduszkę finansową na gorszy czas - nawet jeśli może się wydawać, że aktualne lata nie mogą być wiele gorsze.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Re: Gabinet II [odnośnik]11.12.21 22:04
Cynthia & Jayden

18 lutego 1958

« Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą »
Zajęte, początkowe dni nowego roku przeminęły, zostawiając profesora w skrajnym wyczerpaniu nie tylko psychicznym, ale także czysto fizycznym. Przepracowane godziny, nieprzespane noce odbijały się na jego koncentracji, spojrzeniu, postawie. Wraz z zakończeniem sympozjum praktycznie całe dwie doby nie robił nic innego jak po prostu spał, regenerując się po ogromnym wysiłku emocjonalnym. Chłopcy zdawali się — jak zresztą przez większą część czasu — synchronizować ze stanem ojca i odpuścili, pomimo ząbkowania. Bez płaczu, bez stękania jedli w swoich porach, spali niemal non stop, pieluchy zdawały się zmieniać praktycznie same z siebie. I chociaż profesor zasypiał częstokroć na kanapie w dziecięcym pokoju, nie odczuwał dyskomfortu, jaki można byłoby odczuwać w związku z brakiem porządnego materaca. Jaydenowi jednak to nie przeszkadzało. Błogość związana z odespaniem półtora miesiąca ciężkiej pracy była aż zbyt ogromna, aby jeszcze miały na to wpływy podstawowe braki. Poruszał się w półśnie, snując się po domu i niewiele jedząc, zostawiając sprawy domowe Śpioszkowi oraz mieszkającym w posiadłości czarownicom. Sam nie ruszał się praktycznie z pokoju chłopców, robiąc, co do niego należało jako rodzica, ale z uwagi na małe wymagania własnych potomków, po prostu odpływał nieświadomie. Dopiero gdy wstał po drugiej dobie, niczym odrodzony, dotarło do niego, iż pierwszy raz od całych miesięcy się wyspał... Odkąd urodzili się chłopcy i odkąd Pomona odeszła. Po raz pierwszy noce nie były zarwane, pot nie przyklejał go do pościeli, mięśnie nie drżały, a serce nie łomotało upiornie w piersi. Był wypoczęty. Nie mogło być lepszego dnia.
Dlatego też sądził, że da radę. Bez większej emocjonalności da radę pojawić się pod drzwiami Cynthii Skamander, by odebrać wymienione przez nią listy. By po prostu zabrać należytą mu własność i uporać się z nią we własnym domu. Z daleka od spojrzeń i obecności osób postronnych. A teraz... Teraz ciężko było mu uspokoić bijące szybko serce. Nie wiedział, jak pozbyć się zaciskającej gardło guli, by nie rozpaść się od samego ciężaru i strachu, jakie miały czekać po drugiej stronie drzwi. To była surrealistyczne, lecz nie irracjonalne. Bo przecież zaczął już przyzwyczajać się do myśli, że to już się stało. Coś zostało mu odebrane. Ktoś został mu zabrany. Wyrwany z bezpieczeństwa i ciśnięty w zapomnienie. Przecież nie były to pierwsze dni bez Mony. Czternastego wybiło siedem miesięcy od jej odejścia i pięć od śmierci. Była to więc wciąż stosunkowo świeża sprawa, ale przecież radził sobie z nią na tak wiele już sposobów. Lub próbował odnaleźć własne zrozumienie... Zrozumienie nie tylko dla siebie, ale głównie dla niej. Wciąż miał wątpliwości co do prawdziwej przyczyny jej zniknięcia i chociaż wiedział, że nie powinien... Dlaczego tak bardzo czuł się w ten sposób? Nie mógł jednak uciec. Nie chciał. Człowiekowi można było odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru własnej drogi. Jego drogą było znalezienie się w Lancaster i odebranie nie tylko listu dla siebie, lecz także dla swoich synów. Był im to winien. Był to winien Pomonie. Wszedł więc do zajazdu w pełnej determinacji i chociaż był przekonany co do swoich działań, silne bicie serca nie ustąpiło.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Gabinet II [odnośnik]14.12.21 18:54
W zajeździe jeszcze nie było tak wielu gości w związku z urodzinami - wszyscy dopiero zaczynali przybywać na miejsce, a Cynthia jak dobra gospodyni starała się zadbać o każdy element przyjęcia, a że miała dość spore doświadczenie w podobnego typu przedsięwzięciach, wcale nie stanowiło to problemu. Od rana kończyło potrawy, przygotowała salę, która przecież widziała jeszcze większe tabuny ludzi niż ten tłum, którego z Thalią się miały spodziewać.
Zerkała co rusz na drzwi, biegała między kuchnią - stanowczo była zaaferowana tym co miało miejsce dzisiaj. Sprawdzić czy wszystko było na miejscu, przywitać gości którzy już powoli się schodzili, reagować na otwierane drzwi. Chociaż kiedy tylko do środka wszedł profesor Vane, początkowo go nie rozpoznała, będąc raczej nastawioną na kogoś z listy gości.
Oczywiście w krótkiej wymianie korespondencji z mężczyzną zaznaczyła, że może zjawić się w każdym momencie, ale nie przypuszczała że będzie to miało miejsce dokładnie dzisiaj. Nie, żeby sprawiało to jakiś większy kłopot rzecz jasna.
- Rozgwiazdko, zajmiesz się wszystkim na chwilę, dobrze? - zwróciła się do Thalii z prośbą, zaraz po tym kierując się do drzwi.
- Proszę się nie krępować, miło pana poznać profesorze Vane - zapewniła zaraz z uśmiechem, aby ten nie poczuł się nie na miejscu, widząc dekoracje czy wyraźnie niecodzienną atmosferę zajazdu. - Proszę za mną, napije się czegoś pan? Jakieś ciastka też wezmę - zapewniła, zaraz jednym ruchem różdżki rzucając zaklęcie, aby odpowiednie naczynia ruszyły za nią na piętro, na którym stanowczo było już ciszej.
Idąc po schodach przez moment chciała uprzedzić Jaydena o niesprawnym stopniu, z czego zrezygnowała przypominając sobie że kilka dni temu przyjaciel Thalii się zajął drobnymi naprawami w zajeździe.
Otworzyła drzwi do gabinetu, wpuszczając do środka mężczyznę.
- Przepraszam za to na dole, oh, zazwyczaj nie ma takiej atmosfery, dzisiaj po prostu mamy przyjęcie. Proszę usiąść, proszę się nie krępować. Lubi profesor herbatę kwiatową? Mogę jeszcze pójść po coś innego do wypicia, albo jeśli ma profesor ochotę na coś do jedzenia też mamy nieco przygotowanych dań - zapewniła z uśmiechem, mając już w nawyku, aby każdego odwiedzającego odpowiednio ugościć.
Samej zaraz skierowała się do jednej z szafki, otwierając ją i wyciągając odpowiednie pudełko, w której sprawie zjawił się tutaj Jayden.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Re: Gabinet II [odnośnik]14.12.21 20:12
« Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą »
Nie miał pojęcia, że tego dnia w zajeździe miała odbywać się jakaś uroczystość, a na pewno nie pojawiłby się, gdyby wiedział, z czym wiązały się takowe obchody. Odkąd zaczął bardziej pojmować prywatność oraz istotę separacji od innych, wolał unikać konfrontacji z tymi, którzy nie byli mu przychylni w sposób zatargów spowodowanych naleciałościami prywatnymi. Miał wystarczająco dużo na głowie, by przejmować się jeszcze przypadkowymi, niechcianymi interakcjami. Rodzina Skamander mu nie wadziła, jednak poszczególni jej członkowie zdecydowanie nie należeli do jego ulubionych postaci. Wiedząc o tym, iż Mona była wydana w ręce władz właśnie przez kogoś z rodziny, zapewne negatywny stosunek profesora zaostrzyłby się jeszcze silniej. Trwał jednak w nieświadomości, skupiając się już jedynie na sprawie, w jakiej pojawił się w Lancashire. Powinien był wysłać list, żeby upewnić się, iż nie trafi w centrum dziwnych wydarzeń, jednak emocjonalność całkowicie go zajęła i w ogóle nie pomyślał o takiej oczywistości.
Od wejścia próbował znaleźć czegoś na wzór recepcji, lecz zamiast tego pojawiła się przed nim czarownica, wypowiadająca jego nazwisko. - Cynthia Skamander? - dopytał, nie znając osoby, która do niego pisała. Kobiece słowa jednak rozjaśniły wszystko, sprawiając, że skupił się już tylko na niej, nie przykuwając szczególnej uwagi do otoczenia. Wyobrażając sobie kuzynkę Pomony, nie widział siwowłosej kobiety z twarzą zdecydowanie odległą od młodego wieku. Czarodziejski świat był jednak pełen zaskakujących kwestii, w tym również długowieczności oraz skomplikowanych, rodzinnych koneksji. Był nieco przytępiały z powodu pojawienia się w jej zajeździe, dlatego komunikaty docierały do niego jakby zza ściany mgły. Propozycja herbaty w normalnych warunkach okazałaby się sensowna i bardzo miła, lecz w tym momencie nie chciał tracić czasu oraz własnej poczytalności. Bo chociaż nie było widać uzewnętrzniających się emocji, we wnętrzu astronoma panował chaos. - Nie, dziękuję. - Chociaż zdystansowany, jego głos posiadał w sobie uprzejmość, która nie należała do wyuczonych. Dostosowany do takiego trybu zachowania oraz życia od urodzenia Jayden poruszał się swobodnie w najmniejszych detalach zarówno zwrotów grzecznościowych, jak i etykiety. Z dużą wdzięcznością skierował się także na piętro, by nie przedłużać tej męki, ale równocześnie nowe obawy zaczęły do niego docierać. Nie chciał jednak dać się im stłamsić, dlatego gdy wszedł za czarownicą do jej gabinetu, uporczywie powtarzał w myślach instrukcje wspomagające oklumentów do opanowania własnych myśli i uczuć. Oczyścić umysł. Zaprzeć się własnego jestestwa. Być, nie analizować. Pozwolić, by wszystko po prostu płynęło... - Nie. Dziękuję uprzejmie - powtórzył jedynie, gdy znów zapytała go o herbatę oraz coś do jedzenia. Nie byłby w stanie utrzymać filiżanki w drżących z wrażenia dłoniach i przełknąć czegokolwiek przez zaciśnięte gardło. Obserwował swoją gospodynię, gdy skierowała się ku szafce, a następnie niemal drgnął, gdy obróciła się do niego razem z puzderkiem, dla którego się tak naprawdę tam pojawił. Co tam miało być? Jego zbawienie lub potępienie? Odpowiedzi czy jeszcze więcej pytań? Czuł, że zaschło mu w gardle, a żołądek boleśnie się wykręcił, powodując nieprzyjemny grymas, który przemknął na moment przez twarz Jaydena. - Czy... - zawahał się, jeszcze zanim nawet została mu przekazana odpowiednia skrzynka. Od której jego serce nie mogło się uspokoić, a szum w głowie nie ustępował. Spojrzenie mężczyzny oderwało się od pudełka trzymanego przez kobietę i trafiło na jej twarz. Niewypowiedziane pytanie wybrzmiewało niewerbalnie, ale odpowiedź wkrótce miała nadejść. Vane zrezygnował więc i powiedział coś innego. - Musiała ci ufać, skoro powierzyła ci to zadanie. - Ominął grzeczności, lecz nie przez brak szacunku. Oboje znali Monę, oboje byli z nią blisko. Tytulatura wydawała się przesadną sztucznością. - Kiedy się pojawiła? I kiedy odeszła?


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Gabinet II [odnośnik]16.12.21 20:22
- Oh, tak, tak, to ja - zapewniła z uśmiechem, wyraźnie dopiero teraz uświadamiając sobie, że zapomniała się przedstawić. Kolejny nawyk prowadzenia zajazdu, bo w końcu nie przed każdym gościem się przedstawiała, a każdy kto przekraczał próg Pod Gruszą był właśnie nim - gościem. I powinien się czuć w zajeździe swobodnie, jak najbardziej mile widziany, a nie odtrącany. Miało to być bezpieczne miejsce dla każdego.
Mimo, że profesor odmówił herbaty czy poczęstunku, Cynthia wcale nie zdecydowała się zawrócić tego co posłała do gabinetu przodem. W końcu jeśli mężczyzna się jednak rozmyśli, żadnej krzywdy nie zrobi to, aby było to już na miejscu. Nawet jeśli jednak nie skosztuje poczęstunku, a było to w dobrej gościnie.
Niewiele wiedziała o tym mężczyźnie, a tym bardziej nie wiedziała jakie on miał podejście i jakie odczucia względem tego co się stało z jej kuzynką - ale jeśli była jego żoną, jeśli rzeczywiście chciała coś z czasem dla niego przekazać, nie mogło być źle? Choć z pewnością pani Skamander nie była kobietą, która chciała dopytywać i ciągnąc za język. Oczywiście uwielbiała czasem usłyszeć plotki, szczególnie te o młodych zakochanych czy o członkach rodziny, kiedy coś radosnego miało miejsce, ale nie było na miejscu, aby dopytywać o te złe i ciężkie wydarzenia.
Szczególnie, kiedy widziała jak rodziny Pomony naciskali, aby skontaktowała się z tym mężczyzną w kwestii wnuków. Nie miałaby serca poruszać zagadnień, o których ci wspominali, szczególnie nie znając podejścia Jaydena do śmierci jej kuzynki.
- Proszę, usiądź jeśli potrzebujesz.. - zaproponowała wyraźnie zmartwiona, obserwując mężczyznę. Troska była dla niej naturalna, czymś co zawsze jej towarzyszyło. Bo w końcu też temu poświęciła swoje życie - opieką nad innymi jako najlepsza gospodyni, jaką mogła tylko być.
Położyła pudełko na biurku przy krześle, żeby w ten sposób nieco naprowadzić profesora do tego, gdzie powinien usiąść.
- Ufała? Oh, możliwe. Chociaż nie rozmawiałyśmy aż tak wiele, ale zawsze jeśli potrzebowała, byłam tutaj, aby ją wysłuchać - zapewniła cichym głosem, jakby wyczuwając mieszaną atmosferę; jakby nie chcąc mówić zbyt głośno w obawie, że w jakiś sposób mogłoby to spłoszyć profesora Vane. - Kiedy... to było w lipcu jak dobrze pamiętam... - zastanowiła się chwilę, uśmiechając delikatnie. - Ah, tak, tak! Bardzo ciepłe dni wtedy nadeszły, chociaż biedna przyjechała w burzę. Jakoś w połowie? Szesnasty, a może siedemnasty lipca? Okropna burza wtedy była, ulewa. Oh, biedactwo była cała przemoczona. Oczywiście od razu ją zaprowadziłam do pokoju, dałam jej coś ciepłego do jedzenia, żeby się nie zaziębiła, bo jeszcze tego by jej brakowało! Ale później kolejne dni były niewyobrażalnie ciepłe, jak nie Anglia! - mówiła, wyraźnie zbaczając z tematu. - Chociaż też gości było mało, niestety ta wojna nie sprzyja podróżom... Ale tak, tak, wybacz! Wydaje mi się, że zatrzymała się kilka tygodni, może jakieś trzy? Coś takiego, wyraźnie potrzebowała nieco odpocząć, ale nie mówiła co ją dręczy... - wyjaśniła zmartwiona, jakby i to mężczyznę mogło zainteresować.
Sama skierowała się również po chwili na swoje krzesło po drugiej stronie biurka.
- Jeśli chcesz otworzyć to teraz... Albo jeśli potrzebujesz chwili dla siebie, prosze, nie krępuj się. Mamy też wolne pokoje, albo biblioteczkę... - zaproponowała niepewnie.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Re: Gabinet II [odnośnik]17.12.21 11:56
« Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą »
Podejrzewał, że ludzie mieli różne wyobrażenia o ich małżeństwie. Nie mógł się temu dziwić, bo w końcu tak na dobrą sprawę nikt nawet o nim nie wiedział. Nie wiedział o tym, że zaczęli mieć się ku sobie. Nie wiedział, że się zaręczyli ani że finalnie przyrzekli sobie miłość i wierność. Wiadomość o ślubie pojawiła się wraz z końcem marca, zaskakując wszystkich. W oficjalnej, jedynej znanej innym wersji byli małżeństwem już od grudnia poprzedniego roku, ale nie rozwiązało to problemów związanych z reakcją. Tajemnice, jakie ich okalały, były głębokie. Dla niektórych niezrozumiałe, a dla innych wręcz oburzające. Pogarda, z jaką zderzył się na spotkaniu z rodzicami Pomony po jej zaginięciu, wciąż nie dawała mu spokoju. To nie była pełna szczęścia i wzruszeń wizyta. Nie miała w sobie nic z ciepła czy radości, której można byłoby się spodziewać po ludziach, którzy w końcu mogli poznać swoje całe i zdrowe wnuki. Nie było rodzinnych zwrotów, łez, ciepłych uśmiechów. Uścisków dłoni, gratulacji. To nawet nie była przyjemna pogawędka i miłe spotkanie przy popołudniowej herbacie. Nastrój dystansu, suchej i sztucznej grzeczności aż wbijał się w ciało Jaydena niczym setki igieł i utrudniały mu oddech, a co dopiero wypowiedzenia słowa. Każdy ruch wydawał się być niewłaściwy, a uważne oczy gospodarzy piętnowały wszelaki objaw dobrej woli. To nie było rodzinne spotkanie — to była żałoba, chociaż nikt nie stracił jeszcze życia, żadna trumna nie została pogrzebana w ziemi, smutne pieśni nie rozbrzmiewały w gardłach żałobników. Mimo to rozpaczali nad utratą bliskiego. Bez ciała, bez śmierci. Cały pobyt w rodzinnym domu Mony był naznaczony bólem, wrogością i jedynie cierpliwość Vane'a pozwalała mu na jakiekolwiek przeżycie tego koszmaru we względnie spokojnym nastroju. Podczas długich chwil niezręcznej ciszy w myślach próbował przywołać do siebie lekcje oklumencji, starając się równocześnie oddzielić od przykrych uczuć, bombardujących go z każdej strony. Od momentu, w którym pojawił się na progu, wiedział, że nie był tam mile widzianym gościem, a trójka niewinnych dzieci była tylko i wyłącznie tolerancyjnie żałowana. Naznaczona już piętnem bękarstwa, chociaż wszyscy znali jedną prawdę — że zostały poczęte w małżeńskich więzach i nikt nie miał prawa doszukiwać się fałszu. Jayden wcale nie uważał trójki przepięknych chłopców za żywy dowód grzechu i nie podobało mu się, że odczuwał niechęć od strony teściów. Wręcz biło to w niego niczym najmocniejsze zaklęcia. Nie trzeba wszak było się specjalnie znać na odczytywaniu ludzkiej mimiki, by dostrzegać emocje władające państwem Sprout, którzy chyba tylko zgodzili się na to spotkanie z uwagi na dzieci Pomony — wszystko mieli wypisane na wykrzywionych grymasami twarzach. W końcu... Kim był on? Mężczyzna, który nie dość, że przywłaszczył sobie ich córkę, to na pewno był też powodem, dla którego nie dostali zaproszenia na ślub. A teraz jeszcze trójka porzuconych dzieci i brak śladu po córce... Córce, której twarz zdobiła listy gończe wysłane za niebezpiecznymi członkami Zakonu Feniksa. I chociaż to Jaydena porzucono, okłamywano, to on był oczywistym złem w tej całej historii. Anthony również obwiniał go za wszystko. Z każdej ze stron rodzina zmarłej wykazywała się tylko i wyłącznie wrogością.
Domyślał się jednak, że kobieta przed nim nie była mu wroga. Nie wybrzmiewało tak z jej listu ani nie odczuwał od niej niechęci przy aktualnym spotkaniu. Biła od niej dobroć, szczerość i szczodrość, fakt, iż górował nad nią wzrostem, nie sprawiał, że nabierała dystansu. Bo chociaż profesor nie zamierzał specjalnie się przymilać, nie zdawała się rezygnować. Mimo wszystko nie chciał się przywiązywać. Nie chciał pozwalać sobie na nić sympatii i angażować się emocjonalnie w kolejną relację. Obiecał sobie żyć z dala. Zdawał sobie sprawę, że nikt z rodziny Mony nie wiedział o ich związku nic dokładniejszego. Nie wiedział więc nawet czy się kochali, czy byli szczęśliwi, ale nikt też o to nie pytał. A on nie pchał się z wyjaśnieniami. To były całkowicie prywatne sprawy, a skoro nie interesowali się wcześniej, dlaczego mieliby się interesować teraz?
Proszę, usiądź jeśli potrzebujesz.
- Dziękuję. - Ponowne podziękowanie, ale nie usiadł. Chyba za bardzo nie chciał się jeszcze bardziej przytłaczać. Zamiast tego skupił się na słowach kobiety, która zaczęła odpowiadać na jego pytania. Gdy mówiła, Jayden na jakiś czas odpłynął, nie skupiając się na wspominkach o gościach, lecie, wojnie. Oczami wyobraźni widział sylwetkę żony — wymęczonej porodem, szukającej schronienia przed deszczem. Uciekającej z Irlandii do Lancashire. Delikatnie jednak i na krótki moment uniósł kącik ust w smutnym grymasie, gdy pani Skamander wspomniała o tym, że Pomona nie zwierzyła się jej ze skrywanych tajemnic. To było tak do niej podobne... Szczególnie po tym, jak zaczęli rozumieć, że łączyło ich coś więcej. Nie mówiła za wiele, ale nie musiała. Jayden wiedział. Rozumiał. Czekał i dawał przestrzeń, równocześnie będąc obok. - Więc była tutaj... - powiedział cicho do siebie, jednak w małym pomieszczeniu stojąca obok kobieta mogła swobodnie rozpoznać padające z ust nauczyciela słowa. Trzy tygodnie. Szukał jej, pisał do niej. Nawet nie pamiętał dokładnie, co się wówczas działo w domu — wiedział, że zajmował się, próbował zajmować się chłopcami, próbował układać sobie jakoś życie. Nauczyć się operować w opustoszałym domu. Bo chociaż jego umysł wciąż nie dowierzał, ciało działało w określony sposób, by przetrwać. Dziwny czas... Dziwny czas, z którego pamiętał tak mało.
Gdy pudełko zostało postawione przed nim, przez dłuższą chwilę Vane nie był w stanie nic zrobić. Po prostu patrzył, czując... Sam nie wiedział. Było w nim tak wiele rzeczy, a równocześnie była pustka. Dopiero wypowiedź czarownicy ściągnęła go na ziemię. Zamrugał parę razy, aż oderwał wzrok od przedmiotu, by ułożyć go na niej. Jego dłonie opierał się o oparcie wolnego krzesła naprzeciw kobiety, jakby jeszcze odgradzał się od sięgnięcia po odpowiedzi. Jeszcze raz skupił się na puzderku i spytał:
- Dlaczego dopiero teraz? Było dużo czasu już wcześniej.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Gabinet II [odnośnik]20.12.21 15:10
Nie zadawała kuzynce pytań, kiedy ta się znalazła na progu zajazdu - nie musiała, żeby wiedzieć że ta potrzebuje teraz czegoś zupełnie innego. Opieki, miejsca do odpoczynku, ciepłego posiłku. Nie chciała jej zadawać wtedy niewygodnych pytań, choć czasem się zastanawiała czy gdyby je zadała, wszystko potoczyłoby się nieco inaczej? Czy gdyby zatrzymała Pomonę wtedy w zajeździe, nic złego by jej nie spotkało?
Wiedziała, że to mogło nie być tak proste, ale niektórych myśli nie potrafiła powstrzymać, szczególnie kiedy widziała, że mężczyzna przed nią rzeczywiście cierpiał w związku z tym, co się stało. Znała jedynie jakieś cząstki, wiedziała o dzieciach od rodziców kuzynki, ale niewiele więcej. Czasem ciężko było uzasadnić czyny, ciężko było odgadnąć cudze myśli. Nie chciała wtedy pytać, czując, że to nie było coś czego kobieta potrzebowała - potrzebowała miejsca dla siebie, gdzieś gdzie będzie mogła odpocząć czy schronić się przed tym, co ją dręczyło.
- Oh, tak, tak, była... Odpoczywała głównie, czasem czytała to co mamy w biblioteczce, ale głównie odpoczywała w ogrodzie, albo w pokoju. Wybacz, nie mówiła wiele... - wyjaśniła Cynthia cicho, jakby bojąc się mówić nieco głośniej w tej sytuacji - choć nigdy nie była czarownicą, która mówiła donośnie czy krzyczała.
Pytanie ją zaskoczyło. Spojrzała niekoniecznie wiedząc co ma odpowiedzieć, jak to wyjaśnić? Po chwili odwróciła wzrok. Nie była z tego zadowolona, że robiła to na życzenie rodziców Pomony - nie rozumiała dlaczego oni prosili ją o podobną przysługę tak późno po stracie, której całą rodziną doświadczyli. A tym bardziej, dlaczego właśnie ją? Nie znała ani tego mężczyzny, ani kuzynka nie opowiadała o nim zbyt wiele.
- Oh... To... Podczas obiadu świątecznego padła prośba do mnie o to, abym się skontaktowała z profesorem w tej kwestii. Nie wiem dlaczego do mnie, rodzice Pomony mnie poprosili, chcieli móc zobaczyć się z dziećmi, ale niewiele też mówili o wszystkim... - wyjaśniła cicho, nie podnosząc wzroku na Jaydena. - O tym pudełku, to co zostawiła Pomona ciężko było mi wtedy myśleć, kiedy dowiedziałam się o jej śmierci, moi synowi schowali je podczas sprzątania, dopiero podczas świąt sobie przypomniałam o nim, przepraszam że tak długo to zajęło... - dodała wciąż cicho, jakby czymś zawiniła. Tak się po części czuła, jakby nie powinna używać tego pudełka jako pretekstu, jak jakiejś pułapki. Choć z drugiej strony, również nie chciała poruszać tematu rodziców Pomony - nie była pewna w jaki sposób miałaby to zrobić i dlaczego.
- Proszę wybaczyć, to nie tak, że chciałam się w to mieszać, ale... - zawahała się na moment, nigdy nie będąc dobrą w rozmawianiu na takie tematy czy tłumaczeniu się. Stanowczo od konfliktów, szczególnie tych cudzych, wolała trzymać się daleko - a wyczuwała, że cała historia między rodzicami kuzynki, a tym mężczyzną była bardziej zawiła niż zostało jej przekazane. - to pudełko powinno trafić do was, wszystkie jej rzeczy, które chciała, żeby trafiły. Proszę się nie martwić dziadkami dzieci, mogę powiedzieć że nie udało mi się z tobą skontaktować - zapewniła niepewnie, nigdy nie będąc zbyt dobrą osobą w kwestii kłamstw i ukrywania prawdy.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Re: Gabinet II [odnośnik]22.12.21 20:03
« Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą »
Przybywając do Lancashire, nie spodziewał się niczego niespodziewanego. A przynajmniej w aspekcie, jaki był mu aktualnie dany. W końcu właśnie stał tam i wypytywał nieznajomą sobie kobietę o ukochaną żonę. Jakby chciał przypomnieć sobie ją oczami kogoś innego. Złakniony wspomnień, ale równocześnie zdający sobie już sprawę, że taka miała być rzeczywistość. Że teraz on był teraźniejszością i przyszłością, podczas gdy Pomona należała do przeszłości. Nigdy nie mieli się spotkać i podczas gdy ona nie żyła, on miał żyć dalej. Przecież nawet bez otwierania listów, jakie podobno znajdowały się w pudełku, wiedział, że zielarka nie chciałaby, aby był nieszczęśliwy. Aby był sam. Wiedział to, równocześnie nie wiedząc.
Głównie odpoczywała. W ogrodzie.
Praktycznie niedostrzegalny uśmiech rozczulenia pojawił się na ustach astronoma, unosząc jeden z kącików. Jego żona była pełną z krwi i kości zielarką. Kobietą, która była Ziemią. Czystą naturą. Nic więc dziwnego, że ciągnęło ją właśnie ku otwartym przestrzeniom, a przyzwyczajona już do trzymania się z dala od gmachu wielkich miast oczywiście szukała ucieczki w podobnym miejscu. Była więc zadbana, otulona opieką. Nie była sama. Może chciała nawet wrócić. Zawrócić po odpoczynku, jaki przyszło jej spędzić w przybytku kuzynki. Na pewno biła się z emocjami, a fakt nieuporządkowanych hormonów musiał pogarszać sprawę. I mimo że znała gospodynię, Vane doskonale zdawał sobie sprawę, iż była samotna. Skoro trzymała własne przeżycia dla siebie, walcząc ze zniknięciem dzieci spod jej serca, bez drugiego filaru, na którym mogła się oprzeć i wspólnie nieść wszelkie trudności. Odeszła, ponosząc stratę tak samo bolesną, jak ci, którzy pozostali za nią. Nieraz zastanawiał się nad tym, jak wyglądałoby ich aktualne życie, gdyby nic z tego, co się działo, faktycznie nie miało miejsca. Na dobrą sprawę myślał o tym codziennie. Jak dzieliliby się obowiązkami, patrzyli, jak rosną ich dzieci. Stają się silniejsze, wytrwalsze. Gadatliwe. To jej zapach, by uspokajał trójkę chłopców. Jej mleko dodawało energii i jej głos sprawiał, że niemowlęce buzie rozpromieniały się radością. Byłyby to całkowicie inne wspomnienia, od tych, jakie niósł w sobie aktualnie profesor.
Rodzice Pomony mnie poprosili, chcieli móc zobaczyć się z dziećmi, ale niewiele też mówili o wszystkim...
Brwi mężczyzny zmarszczyły się, czoło nabrało marsowego wyrazu i chociaż jego twarz była skupiona na blacie stolika, kobieta mogła dostrzec malujące się w męskich rysach zmiany. Rozmowy o teściach nie zdarzały się często. Na dobrą sprawę nigdy. Nawet z Roselyn. Nie chciał o nich myśleć ani o tym, jak wyglądało ich spotkanie. Najwyraźniej nie zadali sobie trudu, aby samemu się z nim skontaktować, skoro naprawdę chcieli mieć kontakt z wnukami. Nie mieli nawet ku temu odwagi, a on... On nie zamierzał iść im przez to na rękę. Nie odezwał się także, gdy Skamander zaczęła tłumaczyć, dlaczego nie odezwała się prędzej. Jeszcze nie był gotowy zabrać głosu, dlatego jedynie słuchał. Słuchał i pozwalał, by żuchwa wyraźnie wyostrzyła swą linię, gdy zacisnął zęby. Zareagował, dopiero gdy czarownica wspomniała o zatajeniu prawdy.
- Nie. Powiedz im. Powiedz im wszystko. Nie chcę, aby ktoś z mojego powodu kłamał. - Nawet jeżeli tyczyło się to ich. Jego głos był cichy, a spojrzenie wbite w pudełko na stoliku. Przez dłuższy moment panowało między nimi milczenie, aż profesor w końcu się poruszył. Wszystko trwało krótką chwilę. Różdżka w jego dłoni. Zaklęcie. - Reducio - powiedział cicho, celując w puzderko i obserwując, jak przedmiot zmniejszał się wraz z zawartością. Nie. Nie powinien był go otwierać tutaj. Przy niej. W obcym miejscu. Bez słowa sięgnął po zmniejszoną rzecz i włożył sobie do kieszeni wciąż niezdjętego płaszcza. Dopiero wówczas spojrzał na swoją gospodynię i chociaż w słowach nie wyrażał wszystkiego, mogła dostrzec to, co niewyrażalne w jasnych oczach mężczyzny. - Dziękuję ci. Dziękuję, że pozwoliłaś jej odpocząć. Nie będę już więcej zajmował czasu. Masz w końcu wiele na głowie. - Był gotowy do wyjścia. Nie chciał jej jednak zostawiać bez szansy na reakcję. Wszak zapewne było to ich pierwsze i jedyne spotkanie.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Gabinet II [odnośnik]25.12.21 22:37
Może właśnie dla takich osób, które tego potrzebowały - takich jak Pomona, uparcie nie chciała nigdzie uciekać. Nie chciała zostawić zajazdu i powtarzała to za każdym razem przy swoim kuzynie, jak i przyjaciołom, którzy ją do tego namawiali. Zostawić zajazd, uciekać gdzieś na półwysep, do Walii - do Szkocji, może do Irlandii. Była pewna, że mogłaby sobie poradzić. Miała doświadczenie, potrafiła gotować, a gospodyni zawsze znajdzie pracę, której ona zresztą się nie bała. A jednocześnie uparcie zostawała tutaj, w tym miejscu w Lancaster, mimo że wojna mogła dopaść i to miejsce. Było na razie spokojnie, ale kto wiedział co mogło się wydarzyć za kilka dni? Czy też nie w taki sposób wojna pochłaniała inne tereny Anglii? Zostawiając wszędzie krwawe ślady, na każdym odciskała piętno.
Kuzynka mogła znaleźć tutaj chociaż namiastkę spokoju - odpoczynku, ukojenia. Czegoś szukała, czegoś potrzebowała i Cynthia mogła mieć jedynie nadzieję, że udało jej się choć odrobinę zaspokoić tę potrzebę. Chciała, aby drzwi zajazdu zostały otwarte jak najdłużej tylko się dało, dla tych wszystkich którzy tego potrzebowali. Nie miała odwagi stawać do wojny, nie potrafiła walczyć i jedyne czym mogła się przysłużyć to lady Greengrass czy lordowi Prewettowi, kiedy poprosili ją o radę w przyjęciu tłumów uchodźców, na tym się w końcu znała, bo niegdyś tłumy odwiedzały Pod Gruszą. Dzisiaj ciężej było określić czy gość jest gościem, czy wrogiem, a może potrzebującym?
Obserwowała niepewnie mężczyznę. Nie znała go, nie wiedziała jak reagował i jak przy nim dobierać słowa - nie wiedziała też jak i czy w ogóle poradził sobie ze stratą Pomony. Nie mogła tego wiedzieć, nie czuła się też na miejscu, aby zadawać takie pytania.
- O-ch... no dobrze, dobrze, przekażę im. Ale przepraszam jeszcze raz, ta cała sytuacja, ta rozmowa z nimi. Nie powinni się tak wtrącać... nie powinnam ich tak słuchać - mówiła coraz ciszej, wręcz mamrocząc pod nosem, wyraźnie nie wiedząc co innego miałaby powiedzieć.
Zerknęła na pudełko, kiedy to się zmniejszało i trafiało do kieszeni nowego właściciela, do którego powinno trafić o wiele prędzej. Kilka tygodni, a może nawet i miesięcy wcześniej. Ale lepiej późno niż wcale.
- Oh, to żaden problem, zapewniam. Czasy teraz są niepewne, ale jeśli będzie potrzeba zawsze drzwi zajazdu są otwarte. I dla ciebie, i dla chłopców - zapewniła spokojnie, jakby z odruchu, ale i rzeczywistej troski. Miała to do siebie, że martwiła się o innych aż nazbyt - o ich samopoczucie, o to czy mieli wszystko czego było im potrzeba, o ro czy cokolwiek mogłoby wpłynąć pozytywnie na to, jak się czuli. Chociaż zazwyczaj niewiele mogła zrobić, a na pewno nie czuła się tak, aby była w stanie odpędzić na stałe wszystkie cudze smutki. Ale chociaż na moment, chociaż na kilka chwil - może czasem to wystarczyło?
- Właściwie, powinnam... może mogę poszukać zdjęć starych Pomony? I nieco nowszych, na pewno robiliśmy kilka, kiedy się zatrzymała... Oh, tylko nie wiem, gdzie są teraz, nieco przenosiliśmy rzeczy... Ale poszukam, wyślę je, tak żeby chłopcy mieli dobry obraz mamy - powiedziała, zastanawiając się przez dłuższą chwilę nad tym, niepewnie też zerkając na profesora i jego odczucia względem podobnej przysługi. W końcu na pewno miała nieco rodzinnych zdjęć gdzieś jeszcze w albumach, magiczne fotografie czy rysunki.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Re: Gabinet II [odnośnik]30.12.21 17:26
« Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć jest oczarowanie tajemnicą »
Sam oddał się podobnej manierze — żył wszak dla swoich podopiecznych i przed pojawieniem się chłopców, oddawał siebie całego uczniom, by nie czuli się pokrzywdzeni, osamotnieni. Opuszczeni i porzuceni. Gdy Grindelwald doszedł do władzy poprzez drastycznie niebezpieczny sojusz z Ministerstwem Magii i został dyrektorem, to właśnie młody astronom sprzeciwiał się aktom terroru i bronił studentów przed falą czarnej magii. Nie zawsze był w stanie, nie mógł obronić każdego, lecz nie oznaczało to, że nie próbował. Nie chodziło w tym o sprawiedliwość a zwykłe człowieczeństwo — kto normalny był w stanie pozwalać na krzywdzenie dzieci lub nawet samemu je krzywdzić? Pies miał odwagę bronić się przed atakującym — kim byłby dorosły mężczyzna, który nie próbował stanąć między drapieżnikiem a swoim podopiecznym? Nie. Nie uważał się za zbawcę. Uważał się za przeciętnego obywatela działającego w sposób, w jaki każdy przeciętny obywatel winien był działać. Co byliby w stanie osiągnąć jako grupa, jako naród, gdyby walczyli tak zaciekle o sprawy własnej codzienności? Nie pozwoliliby doszarpać się do władzy tym, którzy byli tam jedynie z ambicji i własnych, chorych pobudek wdrażania planu eksterminacji większości populacji zamieszkującej brytyjskie tereny. Nie. Nic z tych rzeczy nie miałoby miejsca, jednak patrząc po ludziach nawet w najbliższym otoczeniu, nie dziwił się, że znajdowali się, gdzie się znajdowali. Człowiek, jako jednostka mógł być mądry, a ludzie… Przypominała pusty motłoch. Półtora tysiąca lat wcześniej wiedzieli wszak, że Ziemia była centrum Wszechświata. Pięćset lat wcześniej, że była płaska. I niczego się nie nauczyli...
Też nie znał kobiety, która stała naprzeciwko i też nie zamierzał się jej tłumaczyć. Nie chciał, aby go poznawała, tak jak i nie zamierzał poznawać jej. Wystarczyło, że potrafiła zadbać o siebie i innych — widział, co potrafiła. Prowadziła wszak zajazd w trakcie wojny. Musiała być więc zaradną kobietą, a większe problemy nie miały na nią wpływu. Żałował jej, gdy mówiła o jego teściach, ale posłał jedynie blady uśmiech porozumienia. Nie musiała się tym zamęczać. - To nie była pani odpowiedzialność. - Powrócił do formy grzecznościowej, chcąc zaznaczyć szacunek wobec wieku oraz zwyczajnej, ludzkiej wątpliwości. Też prawda leżała po jej stronie — to rodzice Pomony powinni się z nim skontaktować, zamiast wykorzystywać i tak już przejętą kobietę. Sami dolewali oliwy do ognia, a osoby trzecie nie powinny były brać w tym udziału. Sam Vane wolał wszak prywatność.
Żeby chłopcy mieli dobry obraz mamy.
Zmroziło go to stwierdzenie. Stwierdzenie, jakie na nowo przywróciło go do rzeczywistości. Na dobrą sprawę miał ich zdjęcie ślubne, jakie zrobili sobie sami i te, jakie przywiozła sama Mona z mieszkania w Hogsmeade. Nie miał ich wiele. I chociaż myśli szalały mu pod gęstymi włosami, nie odezwał się już więcej. Spojrzenie mówiło wyraźnie, że jeśli tylko mogła to zrobić, byłby wdzięczny. Zabranie jednak głosu było dla mężczyzny zbyt trudne. Dlatego też skłonił się jedynie kobiecie, mając zbyt duży chaos wewnętrzny, aby myśleć normalnie. Osadzona w kieszeni pomniejszona materialna część spadku jego żony sprawiała, że serce pracowało mu jak szalone. Podobnie jak poruszona wyobraźnia. Chyba spojrzał na Skamander ostatni raz, skinąwszy jej porozumiewawczo głową, zanim zszedł na parter zajazdu i mijając zebranych tam ludzi, wyszedł na mróz. A trzask teleportacji przeniósł go tam, gdzie chciał tego czarodziej.

zt Jayden


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: Gabinet II [odnośnik]04.01.22 17:22
Robiła co tylko mogła dla każdego, kto zjawił się w zajeździe - niezależnie od jego pochodzenia, od tego kim dla niej był. Nie raz jej kuzyn ganił ją i upominał o to, że nie zachowuje odpowiednich środków ostrożności w realiach wojny, ale nie była w stanie odmawiać. Również to było jej głównym problem przy rozmowie z rodzicami Pomony - choć wiedziała doskonale, że ich prośba nie była w porządku i że nie powinna się mieszać w to jak wyglądała ta sytuacja, nie była w stanie odmówić. Oczywiście, że martwili się o własną córkę! I oczywiście, że chcieli kontaktu z jej dziećmi! Jednak to nie była sytuacja ani relacja, w którą sama Cynthia mogłaby ingerować.
A jednak to zrobiła, nie będąc w stanie odmówić. Miała z tym ogromne problemy, bała się często powiedzieć to co chodziło po jej myślach - mimo, że koniec końców przecież jej mimika wszystko wydawała co uważniejszym obserwatorom. Ale to jej słowa były bardziej sprzyjające ludziom, którzy chcieli je wykorzystać. Może właśnie dlatego to do niej padła prośba o to wszystko? O kontakt z ojcem dzieci Pomony?
Pokiwała w ciszy głową, zmieszana nieco. Bo co też miała innego powiedzieć? Nie wyobrażała sobie co musi czuć mężczyzna - chociaż sama wiele lat wcześniej straciła kogoś, kogo kochała i pozostała sama z dziećmi, ale przecież jej słowa nigdy nie przywróciłyby kuzynki. Nie mogła niczego zaradzić, ani pomóc. Jej pomógł czas, skupienie się na wychowaniu dzieci i zajęcie w pełni tym miejscem - zajazdem, w którym coraz to częściej w czasach wojny pojawiali się ludzi w różnym wieku, którzy potrzebowali jej pomocy i schronienia. Prowadzenie Pod Gruszą nie było łatwe w tych czasach - i wielokrotnie każdy ją namawiał do porzucenia tego miejsca, do ucieczki gdzieś do Szkocji, do Irlandii czy chociażby na półwysep, ale nie chciała tego słuchać. Co ci wszyscy ludzie szukający schronienia mieliby począć? Gdzie znaleźliby pokój i ciepły posiłek?
- Wyślę - zapewniła krótko, dostrzegając tę niemą prośbę. Uśmiechnęła się delikatnie, dopisując to do swojej listy zadań. W końcu to nie było wcale wiele - a dla kogoś mogło znaczyć wiele. Tak jak ciepły posiłek po mrozie, tak jak ciepła pościel w zaciszu po dniach czy tygodniach wędrówki. Jeśli tylko mogła pomóc, w jakikolwiek najdrobniejszy sposób i choćby przez krótki moment, chciała to zrobić.
Po tym odprowadziła już swojego gościa, mając nadzieję, że przekazane pudełko nie będzie dla niego ciężarem, a w jakiś sposób pomoże mu się pogodzić z tym co miało miejsce.

| Zt.


love makes you happy in a house where
love is made

Cynthia Skamander
Zawód : zarządzanie zajazdem
Wiek : 42
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Short steps, deep breath,
everything is alright
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 2
TRANSMUTACJA : 8
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9979-cynthia-skamander-budowa#301678 https://www.morsmordre.net/t10700-borowka https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f402-lancashire-lancaster-zajazd-pod-grusza https://www.morsmordre.net/t10699-skrytka-bankowa-2256#324768 https://www.morsmordre.net/t10702-cynthia-skamander#324789
Gabinet II
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach