Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Amelia Eberhart
AutorWiadomość
Amelia Eberhart [odnośnik]29.12.21 23:23

Amelia Gisele Eberhart

Data urodzenia: 02.05.1920
Nazwisko matki: Bones
Miejsce zamieszkania: Niegdyś Berlin, obecnie Londyn
Czystość krwi: Czysta ze skazą
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami
Wzrost: 164 centymetrów
Waga: 51 kilogramów
Kolor włosów: Ciepły blond
Kolor oczu: Szaro-niebieskie
Znaki szczególne: Nieduże dłonie, kilka niedużych blizn rozsianych po ciele, stoicyzm zaklęty w spojrzeniu


Zamotana wokół szyi pępowina dławi ciszę dziecięcego płaczu, przeradza ją w pełne nadziei życzenie zapłakanej kobiety; z jej twarzy znika uśmiech ulgi i podekscytowania, w oczach natomiast żarzy się strach. Przeraża ją bezgłos. Przeraża purpura zalewająca skórę skąpaną w płynach i krwi, bezwładne, nieduże kończyny pozbawione pierwszych ruchów przecinających nowo poznane powietrze, w uszach grzmi jedynie głos akuszerki wystosowującej w stronę asystentki kilka lapidarnych, urywanych, acz bardzo konkretnych poleceń. Jest na tyle doświadczona, by nie tracić zimnej krwi - nawet w obliczu martwego noworodka, dziecka tak kuriozalnie ślicznego, mimo przekleństwa nieruchomej posągowości i świeżości wyplutego z matczynego ciała istnienia.
To mógłby być koniec. Epilog wspaniałej, choć zbyt krótkiej historii, epitafium wyryte na malutkim kamieniu sygnującym grób dla takich jak ona, kładących kres słodkim życzeniom rodziców tkających plany na przyszłość, tę bliższą i tę dalszą - jednak w kotle przeznaczenia miesza się medycyna i zawodowa wprawa, zaprzeczywszy posępnym rozdziałom tej skądinąd stoickiej opowieści. Ciąg starań wreszcie zwraca siłę fioletowemu ciałku; z płuc wyrywa pierwszy oddech, pierwszy rzewny płacz, a serce zaczyna dudnić w piersi zgodnie z błaganiem niemal białowłosej istoty, o magicznej, nierozrzedzonej genezie.
Mimo wielogodzinnego, niezwykle trudnego porodu, na powrót wydaje się urocza, nietknięta szponem rozdzierającego bólu, gdy prezentuje mu żywe już dziecko. Matka i córka, to one oczekują nadejścia zapracowanego naukowca, surowego, poważnego mężczyzny o tubalnym głosie, który po zawiniątko sięga wręcz abstrakcyjnie drżącą dłonią, zafascynowany wspólnie wykreowanym życiem. Okulary delikatnie zsuwają się z jego nosa, gdy pociąga nim na widok nieotwartych oczu i małych dłoni poszukujących niestworzonego; jest ich, ich własna, już na zawsze.
Ale szczęście przemyka przez palce niczym kaskada niepowstrzymanej wody, gdy pewnego dnia kobieta znika, porzucając za sobą rodzinny los, nęcona za to tęsknotą do gęstwiny mocniej ukochanych borów, do pól i łąk, do samotności i rozwiązłej swobody, do dalekich wypraw i adrenaliny żarzącej się w płucach.

Tak kończą się losy Jany i jej nieszczęsnego kochanka.
Tak zaczynają się losy Amelii, owocu ich płomiennej,
obróconej w węgiel miłości.


Otoczona lasami posiadłość na obrzeżach Berlina należy do Eberhartów od wielu dekad, choć rodzinne kroniki przepadają za hiperbolizacją datowania jej własności do wieków, wbrew trzymanym w sejfach dokumentom pierwszego zakupu ziemi i archiwaliom układania każdej z cegieł. Felix Eberhart nie bywa tam często; toksyna złamanego serca pcha go w objęcia skrajnego pracoholizmu zdolnego zaleczyć każdą ranę, odegnać wspomnienia każdego szczęścia, które powinno było przecież trwać wiecznie - być może nieobecnością usiłuje zatuszować poczucie swojej głupoty zaklęte w chłodnych, zdobionych elegancką tapetą ścianach, oddając córkę pod opiekę zatrudnionym do tego wspomożycielkom, w ich sakiewki wsuwając złotą monetę, gdy latorośl wykaże się stosownym osiągnięciem. Pierwsze kroki, pierwsze słowa, pierwszy uśmiech przypominający o kobiecie wodzącej go na pokuszenie; dostrzega w jej rysach podobieństwo, widzi w zakrzywionym zwierciadle, że tętniąca w jej żyłach krew niesie ze sobą oddech matczynej spuścizny i choć piekli się na to w zaciszu swojego gabinetu, wie, że nie może na to już nic poradzić.
W nierozważnych myślach tli się pragnienie wyeliminowania wspomnień o zdradliwej rodzicielce. Nie wspomni o niej ani jednego słowa, zakazuje czynić tego kuchcie i opiekunce małej dziewczynki, surowy, zdeterminowany, jakby usiłując przekonać cały świat, że tylko on posiada wkład w jej stworzenie. Zniszczy - zniszczy to, co zostało z Jeny, wypleni ze świadomości córki, za wszelką cenę.


Ojca z wolna pożera szaleństwo, tymczasem ona rozwija się prawidłowo. Wbrew prologowym turbulencjom jest zdrowa, manifestując ponadprzeciętne zdolności zaledwie w połowie drugiego roku życia. Na ulubionym krzewie zamieszkiwanym przez okoliczne nieśmiałki dotykiem niedużej dłoni budzi do życia kwiaty - ich blade, zielonkawe płatki pąsowieją w tchnieniu wznieconego życia, liście wylegują się w słońcu, natomiast kroki podążającej za nią opiekunki stają się szybsze, zatrzymują się tuż obok, w akompaniamencie głębokiego oddechu zadowolenia umykającego z piersi. Staje się oczywiste, że odziedziczyła ezoteryczny gen obojga z rodziców, nie może być inaczej, nie gdy okrągłe, błękitne oczy obserwują świat ze znajomą ciekawością, a pierwszy pokaz magicznej profesji objawia się znowu i znowu, w niewinnej radości kojarzony z uśmiechem pojaśniającym rysy towarzyszących jej kobiet, które każdy taki cud nazywają zarówno w języku niemieckim, jak i angielskim. Musi jak najszybciej osłuchać się z drugą mową, nauczyć jej, opanować odpowiedni akcent, przecież nauka nadchodzi wielkimi krokami, a Eberhart nie życzy sobie wstydu okrywającego pośrednio również jego osobę. W efekcie w posiadłości pojawia się nauczyciel. Jest odpowiedzialny za wdrożenie ledwie wkraczającej w adolescencję dzierlatki w meandry angielszczyzny, a im bliżej jedenastych urodzin, tym intensywniejsze stają się ich lekcje; ziarenka w klepsydrze pędzą jak obłąkane, jest zmęczona, z trudem przyswaja obce narzecze, aż wreszcie z melodii głosu niknie twardość niemieckiej naleciałości, pozwoliwszy zrozumiale komunikować się w brytyjskim dialekcie. Wystarczy powtórzyć to raz, drugi, trzeci - koślawo, z czasem jednak coraz wyraźniej, by korepetytor okazał się zadowolony. Nawet nauki nader ulubionej jazdy konnej spędza na skrupulatnym powtarzaniu angielskich słówek i zdań, usiłując nie zawieść ojca.
W dniu jedenastych urodzin na parapet dziewczęcej sypialni przybywa sowa dzierżąca kopertę sygnowaną pieczęcią magicznego instytutu, o którym wiele słyszała tak od starszego kuzynostwa, jak i permanentnie obecnej u jej boku opiekunki mającej niby zastąpić ojcowską figurę; pożółkły papier listu wydobywa ze spokojem, przygotowana na jego zawartość, a choć w oczach postronnych wydaje się być na wiadomość tę oziębłą, młode wnętrzności kotłują się w jej środku jak gniazdo bazyliszków budzących się ze zbyt długiego snu. Hogwart. Hogwart, na specjalne życzenie Eberharta. Ravenclaw czy Slytherin? Wiele nocy upływa jej pod znakiem tych rozważań; nie widzi siebie w przynależności do barw żadnego z innych domów, brakuje jej gryfońskiej nierozwagi czy puchońskiej uprzejmej dobroduszności, wszystko to zastępując głodem wiedzy i ambicją sięgającą w jasno określone rejony, nawet jeśli w istocie rzeczy jest jeszcze za młoda, by zrozumieć dokąd prowadzi struga światła padająca z metaforycznej latarni. Ravenclaw czy Slytherin, Slytherin czy Ravenclaw? Echo pytań pozbawionych odpowiedzi towarzyszy jej nawet podczas rytualnych zakupów potrzebnego do szkoły wyposażenia, różdżki, która wybiera ją spośród wszystkich innych pierwszorocznych czarodziejów i czarownic, szat w eleganckiej czerni, alchemicznych kociołków i przede wszystkim książek; to w księgarni zaszywa się na najdłuższą chwilę, dokonując swoistej inspekcji podręczników otwierających wrota prowadzące do nowych wiadomości. Nowego świata.


Szkoła Magii okazuje się o wiele piękniejsza niż zakładała. Ma w sobie pewną enigmę, mistyczność niezbadanego migoczącą w blasku świec wyznaczających drogę do wzniesienia kilku schodków prowadzących do taboretu, na którym już oczekuje leciwa Tiara Przydziału gotowa rozwiać dziecięce troski swoją niezaprzeczalną mądrością. Na swoją kolej oczekuje z nieujawnioną niecierpliwością, przygryza lekko wargę, gdy materiał wysłużonej skóry dotyka korony włosów, a uderzenia serca przypominają grzmot pioruna towarzyszącego jesiennym burzom - aż wreszcie to wszystko ustępuje z efemerycznym komunikatem - Ravenclaw. Dom kruka, barwy szarości i błękitu, podłużny stół, z którego dobiegają powitalne oklaski. Opadający na ramiona całun dumy. Zadowolenia. Udało się.
Już od pierwszych dni Amelia niewiele gospodaruje czasu na zabawy; perfekcjonizm wymusza na niej szczegółową eksplorację dostępnych dla pierwszorocznych obszarów, umysł usiłuje zapamiętać arterie złączonych ze sobą korytarzy i schematów rozłożenia sal lekcyjnych, choć gubi się przynajmniej kilka razy, zanim cokolwiek nabiera sensu, przestając wyglądać jak każdy kolejny zakręt. Nie jest w tym sama; towarzyszy jej kilka równie zafascynowanych koleżanek, kilkoro kolegów, pod przewodnictwem charyzmatycznego szatyna, który prędko obejmuje nad nimi hegemonię. Rozdzielają się dopiero przy przesadnie przeciągającej się wizycie w bibliotece, choć prędko przychodzi jej tego żałować. Inaczej mogłaby wszak poprosić nowych znajomych o pomoc w zaniesieniu wypożyczonych lektur do umiejscowionego na wieży dormitorium; żadne z nich nie potrafi jeszcze dokonać tego magią, muszą na to poczekać - ale ona na naukę czekać wcale nie chce, jak zahipnotyzowana chłonie przecież każdy element otaczającego ją dominium, za dnia pilnie przykładająca się do lekcji, odrabiająca prace domowe - pomimo koleżeńskich zachęt do wspólnego udania się na błonia, przecież świeci tak piękne słońce -, wieczory spędzająca natomiast przed kominkiem, na wygodnej, obitej ciemnym materiałem kanapie, zaczytana w książkach. To zbyt prywatne, by na głos wspominała tęsknotę, ale brakuje jej Berlina, brakuje też kuzynostwa, choć paradoksalnie ich ma właściwie pod ręką, rozsianych po różnych domach Hogwartu.
Skąd w niej to żarliwe, nieuzasadnione poczucie porzucenia?
Trzeci rok niesie za sobą plon w postaci pierwszego poważnego związku. Wokół kamiennego kręgu rezonują słowa przysięgi, że już zawsze będą sobie wierni, że nie rozdzieli ich żadna siła, nawet rozstanie nadciągające zaledwie dwa tygodnie później - zaordynowane przez kolejną roszadę uwagi, swego rodzaju oprzytomnienie z zauroczenia, na rzecz piętrzących się esejów do napisania i przesłanej przez ojca nowej książki traktującej o smoczognikach i popiełkach. Zapomniał, że prosiła o kwintopedy. Zazwyczaj zapomina. Ale czy można mieć mu to za złe? Córka zdaje sobie sprawę z zapracowania ojca perfekcjonisty, być może nawet upatruje w tym ich jedynego podobieństwa wyłuszczonego dodatkowo przez ciszę zalegającą między nimi przy każdym wakacyjnym spotkaniu, gdy kończą się wieści o szkole, praktykowanej wakacjami nauce jazdy konnej bądź pracy; jeśli jest spragniona jego uwagi i miłości, nie mówi o tym. Być może wychodzi z założenia, że tak po prostu być musi. Że to normalne.
Kiedy kończą jej się posiadane lektury, za pozwoleniem pożycza podręczniki starszych koleżanek. Wiedza z opieki nad magicznymi stworzeniami prędko zaczyna wykraczać poza leksykon przeznaczony dla jej roku, a poczucie wzbierającej w niej wiedzy - przez dziewczęta nazywanej kujoństwem - napawa dumą podobną do dnia, gdy pierwszy raz usłyszała krukońskie przeznaczenie. W gruncie rzeczy to jedyny przedmiot, w jakim faktycznie bryluje, resztę szkolnego planu zajęć kwitując skądinąd miernymi wynikami, nieistotne, jak bardzo się stara. Posiada w sobie wyłącznie łatwość przyswajania informacji tak długo, jak dotyczą one zwierząt, łatwość realnej opieki nad nimi w zetknięciu twarzą w twarz, teorię przekuwa za to w praktykę w mgnieniu oka, zebrawszy za to najwyższą z możliwych not. Tylko tyle i nic więcej, gwiazda jednej estrady, choć wolałaby chyba być omnibusem ze wszystkich zajęć - och, trudno.
Niewykluczone, że to właśnie lekcyjna skrupulatność zapewnia jej zgodę profesora ulubionego przedmiotu na pozalekcyjną pomoc przy - w głównej mierze - czworonożnych podopiecznych; cieszą ją okoliczności sprzyjające kolejnemu obcowaniu z mnogością przeróżnych gatunków, zdobywa bowiem to, co bezcenne - doświadczenie, oraz dodatkowe wiadomości odnośnie sposobu oporządzania, karmienia, czy nawet badania, niekiedy chęć szerszego warsztatu okupując niegroźnymi zranieniami lub delikatnymi podgryzieniami. W Hogwarcie nie ma miejsca dla prawdziwie niebezpiecznych istot. Nie odnajdzie na jego błoniach chimer, gryfów, widłowęży, trójgłowych psów... Czy przede wszystkim zouwu, ogromnych kotów, do których śmiało uciekają jej sny. W ich idyllicznych oparach wznieca w sobie siłę by jednego z nich ujarzmić, przeistoczyć w swojego towarzysza, w bestię urzeczoną wzajemnym szacunkiem - a potem budzą ją pierwsze promienie słońca i na ostrawych rysach tylko przez moment utrzymuje się widmo rozczarowania. To tylko sen.
Swoboda postępującej adolescencji w końcu wybudza opieszałe serce z krainy mroźnej obojętności, tli w nim żar, choć ten powstaje chyba wyłącznie po to, by przysporzyć kłopotów - jej i jemu, gdy błękitne spojrzenie ściera się w tańcu z orzechową tęczówką. Nie mają prawa, by orbitować wokół siebie z podobnym magnetyzmem, nawet jeśli hormony tak surowo odmawiają posłuszeństwa. Jest dwa lata starszy, przyciąga ją swoją osobą na dotychczas nie odwiedzane trybuny stadionu quidditcha i zachęca do podążania za nim spojrzeniem, do cichego kibicowania, bo nie w jej naturze jest przecież rozhisteryzowane skandowanie imienia ulubionego członka krukońskiej drużyny - tym bardziej, że nieopodal przesiaduje jego partnerka. Siódmoroczna równolatka, brunetka, chyba o wiele ładniejsza, z kąśliwym uśmiechem, lecz chropowatymi dłońmi. Należy do niej, ona do niego, podobno zamierzają się pobrać tuż po zakończeniu nauki… Ale niezbadane są merlinowskie wyroki. Nawet najtrwalsze fundamenty w końcu ulegają korozji. Rdzewieje stal. Coś się kończy, coś zaczyna - a nawet tak cicha woda jak Amelia czuje, że musi spełnić marzenie, szczególnie jeśli ta wznieca obezwładniający płomień, przelewa się dreszczem w dół skarpy ramion i przyspiesza tango oddechu, we wzajemnie strzeżonej tajemnicy spotkania opatrując fałszywą przypadkowością. Przez moment rozważa, czy jej oczekiwanie nie jest ledwie naiwnością; może i na palcu tamtej dziewczyny nie błyszczy zaręczynowy pierścionek, jednak w pokoju wspólnym słodkim szeptem wiją plany na wspólną przyszłość, podczas gdy Amelia - chwilowo zgorzkniała, zrezygnowana - spogląda na nich znad książki o magicznych stworzeniach, tych, które łączą się w pary na wieczność, w genach posiadając niewymuszoną wierność skwitowaną więdnięciem po utracie drugiej połowy. Tych samych wieczorów oni, zakazani ona i on, spotykają się w zaciszu biblioteki. Prosi go, zachęca, nawet mimo to, że dłonie błądzące po ciele dowodzą pragnieniu, a pragnienie wreszcie wznieca odwagę do podjęcia konkretnej decyzji.
Nie dalej jak kilka dni przed ostatnią ucztą papużki nierozłączki odbywają najważniejszą rozmowę; wspólna przyszłość rozmywa się w nieistnieniu, natomiast on wraca do Amelii, przystaje na jej - ich - wizję, zgadza się zaczekać, aż ta skończy swoją edukację w Hogwarcie. To ich przyszłość ma być solidarna; w czeluściach pragmatyzmu przepada wizja kariery sportowca, zamieniona na kurs w niemieckim Ministerstwie Magii, miejscu, do którego decyduje się wybrać również Eberhart, by razem z nim zanurzyć się w świecie mistycznej fauny. Czy tego właśnie pragnęła cały ten czas? Towarzysza, silnego ramienia służącego pomocą podczas chwil zwątpienia, ścisłego, bystrego umysłu, którego w gruncie rzeczy nie wypełnia jedynie miłość do ganiania na miotle za kolorową piłeczką? Niewielu wiedziało o jego skłonnościach naukowych, niewielu prócz niej.
Dwa lata później i ona opuszcza mury Hogwartu, pozbawiona spektakularnych wyników z zatrważającej liczby przedmiotów - poza zupełnie zrozumiałą wysoką notą z opieki nad magicznymi stworzeniami przynoszącej jej jedyną wartościową chlubę; cierpią na tym uroki, cierpią eliksiry, ignorancją smakują posiadane wiadomości z zakresu historii magii i wielu innych, lecz nie cierpi na wytkniętych egzaminami brakach, przeświadczona o wyborze jedynej prawidłowej dla siebie ścieżki. W domu - wita ją cisza. Ciężka, drżąca dłoń ojca sięgająca po kryształowy kielich wypełniony napojem przypominającym barwą herbatę, w istocie będącym jednak ulubionym brandy; próżno byłoby wokół nich szukać krzyków i rozczarowań przeciętnym świadectwem szkolnym, w tkwiących naprzeciw siebie sylwetkach rezonuje jedynie niewypowiedziane poczucie winy, w ojcowskich oczach błyszczy przegrana; pragnie przeprosić ją za to, że nie potrafi doprowadzić do wyniszczenia w niej matczynego podobieństwa, jakkolwiek intensywnie dotychczas usiłował tego dokonać, nawet jeśli ona w gruncie rzeczy wcale nie ma za złe owej porażki. Wcale nie wie o jego walce, o tym, że usiłował wymazać z niej jej matkę. A mimo to nie sięgają po swoje dłonie. Nie wpadają sobie w ramiona, zaklęci w bezczynnej apatii, dopóki jedno z krzeseł odsuwa się wreszcie od stołu, kilkanaście minut martwoty kończąc równie pasywnym odejściem.


Na magizoologiczny staż w niemieckim Ministerstwie Magii dostaje się, szczęśliwie, bez problemu. On - już tam na nią czeka, wyprzedzając nową narzeczoną dwuletnim doświadczeniem na stanowisku. Nawet w pasji wydają się dopełniać; podczas gdy jego interesują głównie stworzenia hodowlane, mogące przysporzyć czarodziejskiej społeczności odpowiednich profitów, ją wzywa zew niebezpieczeństwa zaklętego w kłach, pazurach i anormalnych zdolnościach, zew wyrażany szeptem po tym, jak pierwszy raz spotyka się on z salwą prześmiewczego śmiechu o wiele bardziej doświadczonych naukowców. Najwyższa klasyfikacja zagrożenia staje się, mimo to, upatrzoną dziedziną, choć do tego czeka ją jeszcze daleka droga, zbyt daleka, by niecierpliwość przekuć w nierozważną głupotę mogącą zaprzepaścić wszystko jedną decyzją; przywykła przecież do przestrzegania zasad i podążania za schematami ustalonymi przez mądrzejszych od siebie, szanuje wiekową eksperiencję, zamiast samotnie wybiegać przed szereg nauczona spijać wiadomości z ust ust autorytetów, nawet tych kąśliwych, tych nieprzyjemnych, tych sugerujących, że lepiej odnalazłaby się w byle parzeniu kawy. Tym szowinistycznym obiecuje więc pokazać, że ich niewybredne komentarze nie mają racji bytu, nawet jeśli dojście do tego postanowienia kosztuje ją kilka przepłakanych nocy. Tym akceptującym - jest wdzięczna za szansę. A wbrew temu, co powiadają przyjaciele, nauka wcale nie ustaje po Hogwarcie. Na faktyczny świat magizoologii dotychczasowe lekcje przygotowały tylko w pewnym stopniu, nawet ją, przezywaną kujonką - i na nowo zdaje się odnajdować radość nie tyle już jedynie teoretycznego przygotowania, co i praktycznego sprawdzania siebie w terenie, przez łagodne gatunki stopniowo krocząc ku tym coraz bardziej wymagającym.
W Berlinie poznaje rodziców swojego narzeczonego, ale, och, Merlinie, chyba nigdy nie powinna była tego robić. Nie wie jeszcze jak wywrotowym okaże się scalające ich wszystkich razem przeznaczenie, nie rozumie dlaczego krew wydaje się cieplej krążyć po żyłach, aż wreszcie zaczyna buzować jak wywar pozostawiony zbyt długo na ogniu; spojrzenie często sięga do znaczonej pierwszą siwizną ciemnej czupryny, do równo przyciętej brody i obrączki błyszczącej na palcu, gdy przy wspólnej kolacji jego ojciec sięga z czułością po dłoń żony, zachwalając przyrządzone potrawy. Oni, o zgrozo, również parają się magizoologią, imponują, dobrani jak idealnie dopełniające się dwie połowy. Dlaczego? Dlaczego ona znów czuje to samo, co czuła na piątym roku? Dlaczego nie może zwyczajnie cieszyć się tym, co ma - nadchodzącym ślubem, wiernym ukochanym?
Toksyna wznieconego zauroczenia szturmem zalewa jej myśli, jednak rozumie, że tym razem nie może ulec; zamiast tego na nowo skupia się na zawodowej praktyce, w pamięci notująca każde doświadczenie - mniej lub bardziej utrudniane przez starszych kolegów - mające za zadanie przybliżyć ją kiedyś do samodzielności. Wspólne, zespołowe badania nad nieoczekiwaną epidemią chorobową występującą u pociągowych abraksanów, ujarzmianie gniazda boginów zalęgających się na terenie starego szpitala przeznaczonego dla czarodziejów, inspekcja rozwoju powoli dorastających marmitów, nadzór nad tworzeniem nowego środowiska dla ognistych krabów odzyskanych z nielegalnego handlu, doglądanie testrali, a wreszcie i poważniejsze, skądinąd wciąż niechętnie powierzane w gronie zawodowców również jej zadania, jak zapewnienie bezpieczeństwa dwóm widłowężom skonfiskowanym ze względu na nieformalny obrót ich jajami, zabezpieczanie zamrożonych jaj popiełka, tropienie legowiska agresywnej akromantuli i usypianie trójgłowego psa. Na przestrzeni lat kosztuje smaków każdego postawionego przed sobą celu, dokładna, pedantyczna w wypełnianiu obowiązków, zaangażowana coraz bardziej, z Ministerstwem łącząca swoją przyszłość. Mimo kłód rzucanych pod nogi przez mężczyzn przeświadczonych o swojej wyższości - to tu pragnie zostać. Nie interesują jej kontrakty z prywatnymi ogrodami magizoologicznymi, robi za to wszystko, by jak najczęściej stawać się dopuszczaną do interakcji z bezwzględnie brutalnymi stworzeniami, zafascynowana drapieżnictwem zaklętym w ich naturach, spragniona - czego? Adrenaliny, poczucia wyzwania, własnego zagrożenia? Nie, to nie to. Prozaicznie dostrzega w nich piękno, a do piękna ciągnie niczym ćma lgnąca do płomienia.
Można przypuszczać, że i ten etap jej życia zakończy się pomyślnie - a o inny efekt byłoby trudno, zważywszy na nagromadzający się w mięśniach guz pracoholizmu zapełniający wiernie wyczekaną dojrzałość. Ślub z kolei musi poczekać. Daty w kalendarzu migoczą jak feerie barw przekręcanego kalejdoskopu, jednak pierścionek zaręczynowy wciąż odmawia przeistoczenia się w obrączkę, jak ona odmawia stanięcia na ślubnym kobiercu, tłumacząca się permanentnym brakiem czasu, rozproszeniem uwagi, tym, że etap ich młodości jest jeszcze nieodpowiedni, że przecież na wszystko odnajdą dogodną chwilę, nawet jeśli w rezultacie ta nigdy nie nadchodzi. I nie nadejdzie. Dyskretne, miłosne westchnienia kieruje nie w narzeczeństwo, a w obraz przyszłego teścia, przeklina niestosowne pożądanie kiełkujące wraz z każdym nadejściem nocy, ale nie jest w stanie odmówić sobie tej lukrowanej niestosowności, kolejny raz łgając w prośbie o niepotrzebną pomoc doświadczonego magizoologa, zdeterminowana by łechtać się każdą minutą spędzoną w jego towarzystwie. Czy to dostrzega, on, żonaty, ojciec jej narzeczonego? Niewykluczone. Niewykluczone - mimo to zachowuje taktowne milczenie, uprzejmie odwzajemniwszy uśmiechy młodej kobiety, jej serce wypełniając coraz to nowymi falami nadziei uderzającymi o szorstki klif wysokiego wybrzeża wyobrażeń, podczas gdy nieformalnie staje się jej mentorem. To nie ma prawa zakończyć się szczęśliwie.  
Newralgiczna granica pomiędzy tym, co nieodwracalne, a tym, co jedynie w sferach fantazji nie doczekuje się przekroczenia. Amelię znów pochłania praca, rozpoczyna swoją pełnoprawną karierę na etacie w niemieckim Ministerstwie Magii - tak, jak zakładała, stawia pierwsze prawdziwie samodzielne kroki w zawodowym uniwersum, zaczytana w naukowej literaturze, wiecznie poddająca w wątpliwość stawiane w nich tezy, po to, by gimnastykować umysł i poszukiwać nowych rozwiązań mających udogodnić współpracę człowieka z bestią. Niedługo w odpowiednich czasopismach zaczynają pojawiać się także jej własne spisane teorie. Publikuje je pod swoim nazwiskiem, z narcystyczną przyjemnością kolekcjonująca świeże, wciąż ciepłe wydania, by pochwalić się nimi przed - nie narzeczonym, a jego rodzicem, w którego otoczeniu dziwnym trafem zazwyczaj migocze gdzieś nieopodal, zakleszczona w niwie zdradliwej koegzystencji spojrzeń posyłanych zbyt dojrzałemu, o zgrozo, ojcu własnego partnera.
Podczas gdy reszta zazwyczaj zbywa ją ciszą, on jako jeden z nielicznych mężczyzn w światku niemieckiego Ministerstwa z otwartym uznaniem wypowiada się o jej ostatnich działaniach na rzecz bezpiecznej relokacji zbyt agresywnych kuroliszków i publikacji dla adeptów opieki nad magicznymi stworzeniami wyłuszczającej cienką tamę pomiędzy pozornie bliskoznacznymi zachowaniami zdolnymi sprowokować matagota do szarży. Jej pieczołowita praca nie tylko w jego osądzie nie przechodzi bez echa, jedynie przez ciężką pracę Amelia awansuje - jak na kobietę - relatywnie szybko. Nie ucieka się do nieczystych zagrań kojarzonych z jej płcią, nie na nich przecież jej zależy, nie one karmią ją poczuciem spełnienia i zadowolenia, kiedy w końcu pojawiają się przed nią zaproszenia na pierwsze naukowe wyprawy. Nie do innych miast, nie nawet do sąsiedztwa innych krajów, a w dalekie rejony dotychczas nieznanego jej świata, egzotycznego i jaskrawego miliardem soczystych barw. Tam pod okiem lokalnie najlepszych z najlepszych na końskich grzbietach ruszają śladem enigmatycznych kwintopedów, tropi legendę rogatego węża zamieszkującego odmęty ciemnego akwenu w pobliżu kaskady wysokiego wodospadu, neutralizuje zagrożenie zbyt głośno śpiewających świergotników, jednocześnie uważnie studiując magiczne właściwości przekleństwa ich głosu. Kataloguje podobieństwa pomiędzy feniksem a ptakiem hoo-hoo, bada rzekomy związek między zniknięciem kilkorga dzieci a ostatnim osiedleniem się kappy przy jednej z odległych japońskich wiosek - i wreszcie w meandrach chińskich świątyń natrafia również na zouwu, masywnego, ogromnego kota przystosowanego do wykonywania potężnych susów na zatrważające odległości. To miłość od pierwszego wejrzenia. Jest tak piękny, jak to sobie wyobrażała, tak zatrważająco urzekający, tak idealny. Świątynne mechanizmy wikłają go w pułapkę, rozsierdzają, jednak zwierzę udaje się ukoić, a finalnie i wypuścić na wolność; Amelia spogląda wtedy jak znika w gęstwinie zieleni, choć serce ściska niewysłowiony bunt. Mogłaby - nie mogłaby - zabrać go ze sobą z powrotem do Niemiec. Mogłaby. Nie mogłaby. Oczywiście, że nie mogłaby.
W efekcie wiele lat przed trzydziestym rokiem życia spędza za granicą. Koniec jednej wyprawy sygnuje początek kolejnej, niemieckie Ministerstwo nie szczędzi bowiem środków na inwestycje powierzone naukowym dłoniom, pozwoliwszy w tym i Amelii rozwijać skrzydła. Skrzydła, które w swoim wykonaniu przypominają parę przywdzianą przez tragicznego Ikara. Jej słońce nadciąga z coraz większym impetem, parzy, gotowe wreszcie do podkreślenia, że nie wszystko jest w stanie zaplanować, nie wszystko przewidzieć, kontrolować; a cena za arogancję będzie wysoka.
Ma to miejsce w Grecji, w obozowisku nieopodal ruin starego państwa-miasta zniszczonego niemal doszczętnie, po którego istnieniu pozostał ślad w postaci nadkruszonego kamienia i niepełnych kolumn w przeszłości podtrzymujących wspaniałe stropy. W magicznie zabezpieczonej klatce - spoczywa istnym cudem wytropiona i zaryglowana za kratą chimera. Nie zamierzają zrobić jej krzywdy, posłuży im tylko do studium jej zachowań, fizjonomii, natomiast potem zwrócą jej wolność, w myślach przeprosiwszy za wszelki stres, jakiego dołożyli zwierzęciu swoją ingerencją w naturalny dobrobyt. Niepowtarzalna okazja, mityczne stworzenie z legend, ich faktyczna zasługa, ich koronna, nadchodząca wielkimi krokami publikacja - a apetyt rośnie w miarę jedzenia, lekkim tchnieniem wiatru przewróciwszy pierwsze domino. Rusza machina nie do powstrzymania. Ciąg przyczynowo-skutkowy dosięgnie ich wszystkich. Nawet tych, którzy niczym nie zasłużyli na tragedię.
Z niezwykłą starannością przeprowadzają badania, pełni szacunku do badanego obiektu, choć Amelia nigdy nie nazywa stworzeń pod swoją opieką w ten sposób. U swego boku ma nie tylko doświadczonych współpracowników, ale i nieformalną rodzinę, narzeczonego, oraz jego rodziców, przede wszystkim jego ojca, którego widok w malowniczych promieniach greckiego słońca zdaje się przyprawiać ją o zawroty głowy, gorączkę tłumionych dotychczas życzeń nigdy niewypowiedzianych na głos. Drugie domino uderza głucho o ziemię. Późnym wieczorem, zanim do zasłużonego snu ułoży się reszta obozowiska, mężczyzna widzi ją nago kąpiącą się w pobliskiej rzece, wygodnie jednak dalekiej, by nie wzbudzać podejrzeń; zawiesza spojrzenie na skromnych, lecz magnetyzujących kształtach szczupłego ciała, spogląda w oczy dłużej, niż powinien, świadom konieczności natychmiastowego odwrócenia wzroku - aż sięga po nią w wygrywającej nade wszystko pasji, gotów zanurzyć się w cieple, jakie tak wdzięcznie mu oferuje. Nie wie, że są obserwowani. Nie wie, że wszystko to widzi jego żona.
Sekwencja następnych wydarzeń miesza się w nieskładnej kakofonii. Wzburzona, zdradzona kobieta zarzuca im trwający od lat romans, przyrzeka, że o wszystkim natychmiast powiadomi ich syna, narzeczonego Amelii, zanosi się pełnym wściekłości i niesprawiedliwości płaczem, głucha na tłumaczenia, w akompaniamencie echa dudniących kroków zmierzająca ku ich obozowisku. W żyłach Eberhart prawdziwie stygnie krew. Obserwuje swojego kochanka z objęć rzeki pędzącego za stateczną żoną, gdy w głowie szumi natłok splątanych ze sobą myśli, raptownego lęku przed - samotnością? poniżeniem? - utratą miłości szaleńczo oddanego młodzieńca i zawodową kompromitacją w oczach współpracowników, przed potwierdzeniem, że kobieta nie nadaje się do podobnej pracy; pierwszy raz boi się, że wszystko zaprzepaściła. W przypływie obłędu błaga przeznaczenie o litość - ale nie tak, bogowie, nie tak, nie cudzym niedopilnowaniem zabezpieczenia klatki przetrzymującej chimerę, nie zwierzęciem wymykającym się z oków tymczasowej niewoli i wymierzającym sprawiedliwość tym, którzy zamierzali jedynie je obserwować, badać, poznawać. Ich wspólne starania przeradzają się w zgliszcza. Nad osadą unosi się wrzask traconych żyć. Niektórzy usiłują uciekać, ale to na marne, to wszystko na marne, nie mają wiele szczęścia; przeżywa tylko garstka, włącznie ze sparaliżowaną katatonią przerażenia Amelią. Tak wielu umiera. Przelana przez stworzenie krew wsiąka w ziemię, chimera w końcu zaś odchodzi, pożywiona tak człowiekiem, jak i ich końmi, pozostawiwszy za sobą wstęgę wściekłego karminu.
Powrót do Berlina wiąże się z koniecznością oficjalnego zdania raportu, uczestnictwa w ceremonii pogrzebowej. Ci, którzy wciąż kurczowo trzymają się życia, wspominają poległych, pośród siebie nawzajem odnajdując także sprawcę niedopatrzenia, w wyniku którego uciekła żądna zemsty bestia; odpowiada za to przepracowanie jednego z ocalałych mężczyzn, którego poczucie winy wpędza do wczesnego grobu. Inne okoliczności, kolejna ofiara. Ją - los zsyła na tymczasowy urlop rekonwalescencyjny, musi odpocząć, poukładać myśli. Na jakiś czas zaszywa się więc w ciszy u boku Felixa Eberharta. Nie słychać tam krzyków, błagań, wycia, istnieje tylko mir bezdźwięcznej harmonii relaksującej mięśnie i oferującej przestrzeń na złapanie oddechu, dosłownie i w przenośni. To moja wina, to moja wina, powtarza, nawet jeśli logika podpowiada inaczej. Ale wbrew pierwotnemu przekonaniu nie zamierza rezygnować z pracy, decyduje się tylko na przeniesienie, porzucając za sobą Niemcy, by w Anglii stworzyć nową przyszłość. Inną przyszłość. Anonimową, pozbawioną własnej stygmatyzacji podjętych przez samą siebie decyzji, znająca tamtejszy język, Londyn pamiętająca z kilku już wycieczek.


Podczas jednej z pierwszych wypraw relokacyjnych, w pociągu kursującym między Berlinem a stolicą Wielkiej Brytanii, przeznaczenie znów ją dogania, tym razem pod woalem podejrzanej ruchliwości i zbyt promiennego oblicza tuż naprzeciwko, do którego jej oczy mkną jak magnes, zwabione życiem emanującym z posuwistych ruchów kończyn i oparów dziwnej, niezrozumiałej dla niej maniery. Pijany? Nie zadaje tego pytania na głos, za to ukradkiem odwzajemnia uśmiech, zanim wzrok powraca do opasłej lektury trzymanej na kolanach, do urywanych w rozproszonej uwadze zdań i nieskładnych informacji traktujących o najnowszych odkryciach naukowych w gatunku żmijoptaków; każdego innego dnia książka porwałaby ją z emfazą w wir zagadek i rychle udzielanych odpowiedzi, ale nie dziś. Dziś psuje się pociąg. Utyka gdzieś przed Londynem, po tym, jak na wysokości francuskich krajobrazów w przedziale zostają zupełnie sami, skazując ich na wzajemną obecność. Na pierwsze wymieniane zdania, bzdurne gry słowne umilające leniwy upływ czasu, ścierając kuriozalną energię z wyważonym sceptycyzmem, aż wreszcie wieńczą to wszystko oświadczynami - propozycją obróconą naprędce w żart, choć coś w jego oczach sugeruje, że gdyby tylko postanowiła zgodzić się na ten idiotyzm, słowa okazałyby się prawdziwe. Ale to nic, przecież nigdy więcej nie dojdzie do ich spotkania. Nieznajomi pozostaną nieznajomymi. Historia popłynie dalej.
Egzystencja w Londynie nie przychodzi jej z naturalną łatwością, zimny kraj rozgrzewa nieśmiałe podżeganie wojennej zawieruchy, jednak ona decyduje się nie angażować - zamiast czego aplikuje do Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami tak szybko, jak na podłodze lokum osiada pył wspomnień wciąż świeżej przeprowadzki, otrzymawszy posadę bez przeszkód, ze względu na bogactwo wcześniejszych doświadczeń zawodowych. To powinno pomóc zaaklimatyzować się w obcym miejscu - ale ona wciąż zmaga się ze zrozumiałymi problemami. Wcześniejsze odwiedziny w Anglii nie mogą równać się zamieszkaniu pośród burzowych chmur i często formujących się kałuż na szarych ulicach, chłodu spozierającego z każdego kąta, cichych podszeptów o niedawnym pojedynku, roszadach w ministerialnych stanowiskach na najwyższych szczeblach. Chaos liże więc upragniony spokój. Odbiera przeświadczenie, że tutaj szybko wszystko powróci do normalności. Wytchnienie odnajduje jedynie w praktykach jeździectwa, które kultywuje jak w rodzimym Berlinie, czy to na zwykłych, przyziemnych koniach, czy może podniebnych aetonanach, zasłuchana w szumie wiatru, zapatrzona w leśną gęstwinę samotności, na podobne wycieczki gospodarując czas każdego tygodnia. Jeśli nie dla zdrowia, to dla swojego świętego spokoju.
Amelia unika wychylania nosa, skoncentrowana na wykonywaniu swojej pracy - i, o zgrozo, odganianiu nachalnego adoratora zdobywającego o niej coraz więcej prywatnych informacji. Jakimś cudem ten szalony obłąkaniec odnajduje jej adres, wyśpiewując serenady pod oknem, potem nawiedza także w zawodowym zaciszu, za każdym razem domagając się zgody na coraz śmielsze, bardziej abstrakcyjne zaręczyny. Jest przekonana, że ten człowiek - piękny, nęcący, a jednocześnie diabelnie irytujący - nie ma równo pod sufitem, gdy gasi jego entuzjazm jak skutecznie wymierzone balneo trafiające na roziskrzone incendio, zarzekająca się, że ma zbyt dużo obowiązków, by zajmować się jego abraksanowskimi zalotami. Jak można nazwać je inaczej? Septimus z uporem przekracza granice, narusza intymność, kruszy otaczający ją zewsząd lód, musnąwszy go nieposkromionym ogniem, którego nie dostrzegła wcześniej w żadnym innym mężczyźnie; każda odmowa, którą mu oferuje, zdaje się w tym samym czasie przybliżać ją do niego, tego niesfornego półgłówka o nonsensownych pomysłach, człowieka, którego despotycznie zaczyna nazywać swoim własnym. Własnym - nadwornym błaznem, nie przyjacielem, nie kochankiem. Przecież wraca do niej pomimo zderzenia się z twardą ścianą, raz bardziej, raz mniej trzeźwy, pozwala układać się do snu na zaścielonej w dąsach kanapie, uczy w jaki sposób podążać za nim w eleganckim tańcu kojarzonym z typowo wyższymi sferami, dzielnie też znosi jej chroniczny brak czasu, gdy Amelia do życia powołuje kolejne publikacje, w efekcie tworząca leksykon traktujący o żywieniowych preferencjach czupakabr rozkochanych w krwi konkretnych zwierząt. Ale i jej apetyt - znowu, znowu, znowu - rośnie w miarę jedzenia. Chce więcej, chce widzieć swoje nazwisko grawerowane na eleganckich okładkach opatrzonych wymyślną ilustracją, a także tych ascetycznych, oszczędnych w środkach, jak małża - perłę skrywawszy pod twardą opoką. Przekleństwo skryte w zasłonie, czyli geneza śmierciotul jako pierwszy samodzielnie stworzony tytuł trafia na półki księgarni, w późniejszych latach ścigane przez Cuda orientalnej magizoologii, Wspomnienia a pikujące licha, oraz Akromantula: kompendium.
Praca nigdy nie ma końca, poszerzane kwalifikacje również, tworząc wymyślną kolekcję mentalnych zasobów prezentujących ją jako jedną z ambitniejszych badaczek na Ministerialnych usługach, z daleka jednak już od wypraw, od przygód, od dalekich, egzotycznych miejsc, gdzie wspólnie z zespołem niegdyś prowadziła naukowe dochodzenia na tak wielu gatunkach. Teraz - żyje inaczej. Spokojniej, wyważenie. Nie odchodzi z szeregów tutejszych magizoologów nawet gdy Anglię w pełni otula batalia idei szerzonych przez popleczników Czarnego Pana stojących w ścisłej opozycji do nierozsądnych postulatów Zakonu Feniksa - jej stanowisko w konflikcie zaostrza się powoli, ale schematycznie, w angielskich konfliktach poszukując przede wszystkim własnej wygody. Nowych możliwości. Okazji do wspinania się wyżej i wyżej po szczeblach naukowej kariery, głucha przy tym na komentarze co młodszych współpracownic o nieszczęśliwym losie starej panny. To nic, żadna z nich nie ma znaczenia.
Potrzebuje namiastki przeszłości jak powietrza, potrzebuje stabilności i bezpieczeństwa odnajdywanych w niestabilnych i niebezpiecznych stworzeniach, adrenaliny tańczącej z wyważonym spokojem. Potrzebuje przypomnienia, że nie umarła tamtego wieczoru w greckiej pułapce fatum. A mogła. Chyba nawet powinna.
Wbrew pierwotnym założeniom nic nie jest w stanie stłamsić budzącego się w niej sentymentu na widok zadedykowanego przez Septimusa koncertu: tak otwarcie przyznaje się przed całą publicznością do sympatii, jaką nią darzy, wszelkie szczegóły dopinając na ostatni guzik, byle tylko tym razem powiedziała to upragnione tak - ale ona i wtedy odprawia go z kwitkiem, pozwoliłaby odejść, gdyby nie prośba o możliwość odprowadzenia jej do domu. Dlaczego? Metryka wieku wskazuje, że to idealny moment na małżeństwo, by wyplenić konotacje ze staropanieństwem, kandydat, choć momentami szaleńczy i nadpobudliwy, również skradł jej serce; dlaczego wciąż mu odmawia?



Patronus: Nigdy dotąd jej patronus nie przybrał zwierzęcej formy.

Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 102 (rożdżka)
Uroki:00
Czarna magia:00
Magia lecznicza:00
Transmutacja:103 (rożdżka)
Eliksiry:00
Sprawność:120
Zwinność:180
Reszta: 0
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
NiemieckiII0
AngielskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
KokieteriaI2
ONMSIII25
PerswazjaI2
SpostrzegawczośćII10
SkradanieI2
GeomancjaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Wytrzymałość PsychicznaI5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny-2
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie prozy)II7
Literatura (wiedza)I0.5
Muzyka (gra na fortepianie)I0.5
Muzyka (wiedza)I0.5
Sztuka (wiedza)I0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
PływanieI0.5
Taniec balowyI0.5
GimnastykaI0.5
JeździectwoII7
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 3

[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Amelia Eberhart dnia 07.01.22 19:06, w całości zmieniany 12 razy
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Amelia Eberhart [odnośnik]07.01.22 20:22

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzała: Deirdre Mericourt
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Amelia Eberhart  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Amelia Eberhart [odnośnik]07.01.22 20:23


KOMPONENTYTkanina z włókien sierści skocznych czarokrólików, skóra wsiąkiewki


[07.01.22] - styczeń/marzec
[13.04.22] Kwiecień/czerwiec

BIEGŁOŚCI[10.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); +3 PB;

HISTORIA ROZWOJU[07.01.22] Rozwój początkowy -150 PD
[07.01.22] Rejestracja różdżki
[15.01.22] Wykonywanie zawodu; +15 PD
[02.02.22] Wykonywanie zawodu (styczeń-marzec) II; +15 PD
[20.03.22] Spokojnie jak na wojnie: +100 PD; +2 PB organizacji
[10.04.22] Wsiąkiewka (styczeń-marzec); +120 PD, +3 PB;
[03.05.22] Zdobycie osiągnięcia: Ostatnia landrynka +30 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Amelia Eberhart  Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Amelia Eberhart
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach