Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Shrewsbury
AutorWiadomość
Shrewsbury [odnośnik]30.12.21 22:33

Shrewsbury

Shrewsbury, obecnie tętniące życiem miasteczko, to jedno z najstarszych ludzkich siedlisk w Shropshire. Siedziba znana starożytnym jako Scrobbesburh - fort w krzewach, dała nazwę zarówno miastu, jak i samemu hrabstwu. Niedaleko znajduje się wioska Wroxeter, jedna ze stolic okupujących Wielką Brytanię Rzymian, którym zdarzało się ukradkiem współpracować z okolicznymi druidami i czarodziejami. We wczesnym średniowieczu samo Shrewsbury stało się miejscem walk Walijczyków i Anglików. Ostatecznie wojnę o te ziemie wygrali ci drudzy, a miasteczko przeszło pod wpływy lordów Avery. Ci rządzili tutaj żelazną ręką i ukrywali przed mugolami rzymskie ruiny, domy czarodziejów, oraz piękną architekturę. Dumnym lordom na rękę była obecność poległych w dawnych wojnach duchów — te zadomowiły się w mieście, roztaczając wkoło posępną aurę i zniechęcając niemagicznych do osiedlania się w Shrewsbury. Dlatego, pomimo długiej historii, pozostało niewielkim miasteczkiem o pięknej architekturze i bujnych krzewach, pięknie kwitnących wiosną. Po wybuchu wojny ze Shrewsbury zniknęły ślady mogolskiej obecności, coraz chętniej osiedlają się tu czarodzieje, duchy ucichły, a te bardziej złośliwe zostały przepędzone. Plac targowy tętni życiem, a do cichego niegdyś miasta coraz częściej przyjeżdżają handlarze ingrediencjami, świstoklikami i talizmanami, wiedząc, że znajdą tutaj wpływowych klientów.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Shrewsbury [odnośnik]19.01.22 17:57
12.03

Znał to miasto na pamięć. Chodził na dni targowe wraz z rodzicami, pan ojciec kupował tutaj wszystkie księgi, jakie wpadły mu w ręce, pani matka z zachwytem chodziła po florystach (nawet, o zgrozo, mugolskej ekscentryczki, która nie bała się poltergeistów - gdy ojciec spuścił ją z oczu), a Cornelius wraz z Solasem biegali wśród krętych uliczek i nawoływali duchów. Septimus uczył go tutaj uśmiechania się do dziewcząt tym uśmiechem nonszalanckiego artysty, a potem klepnął w tyłek Robertę Runcorn i musieli uciekać.
Przez ostatnie kilka miesięcy wiele się zmieniło, choć historyczne budynki pozostały te same. Niektóre nie były już po prostu skryte za zaklęciami, ukrywającymi je przed mugolami. Nie było już mugoli. Nigdy nie osiedlali się tutaj chętnie, ale teraz można było odrzucić wszelkie pozory. Na zaproszenie władców tych ziem, ministerialni łowcy duchów przepędzili te bardziej agresywne, a Cornelius osobiście zadbał o to, by rozreklamować Shrewsbury jako przystanek handlowy dla przedsiębiorców w Londynie.
Dzisiaj w mieście miał się odbyć pierwszy od wieków w pełni czarodziejski dzień targowy. Od rana na ulicach błyskały zaklęcia, nikt nie przejmował się już ani iluzjami ani niemagicznym rozstawianiem straganów. Policja kręciła się przy głównym placu, na którym zbudowano drewnianą scenę. Cornelius dawno nie przemawiał na małomiasteczkowych jarmarkach, ale dzisiejszego wydarzenia nie traktował w kategoriach chałtury, którą odstawiłby gdziekolwiek indziej. Powracał do rodzinnych stron, by opiewać triumfy wojny w Shropshire, a u boku miał gwiazdę estrady. Shrewsbury powróci dziś do średniowiecznego rytmu comiesięcznych targów, ale to on, Rzecznik Ministerstwa Magii i syn tej ziemi, wytyczy ten rytm. Wśród dźwięków patriotycznej piosenki i płomiennej przemowy.
Prowadził Valerie pod rękę, zachowując pozory oficjalnej relacji pomiędzy politykiem i jego gwiazdą. Ilekroć krzyżowali spojrzenia, po ustach błąkał się lekki uśmiech, a w oczach tliło wspomnienie wspólnej nocy.
-Wyspana? - szepnął jej do ucha, pozwalając by kosmyk jasnych włosów załaskotał go w nos. Dobrze, że zaprosił ją do domu przedwczoraj, nie wczoraj.
Gdy zbliżyli się do sceny, Cornelius wyprostował się i wygładził czarną szatę. Powitał policjantów skinieniem głowy i promiennym uśmiechem, który utrzymywał się na jego twarzy, gdy podał Valerie dłoń aby mogła wygodnie wejść na scenę.
-Sonorus. - skierował różdżkę na siebie zanim podążył za Valerie i odchrząknął nerwowo, czując, że zaklęcie nie zadziałało. Po kilku próbach rzucił je w końcu perfekcyjnie, zbyt dumny by poprosić o pomoc policjanta. Zmył z twarzy wyraz zażenowania i z triumfalnym uśmiechem wszedł na scenę, dołączając do skrytej za kulisami Valerie. Zerknął na nią kontrolnie - czy też potrzebowała wzmocnienia głosu? Chyba nie, trenowała przecież... emisję, tak?
Machnięcie różdżki, ściśnięcie dłoni narzeczonej, opuszczenie dłoni, kilka kroków do przodu, kurtyna uniosła się w górę.
Wydawał się nieco innym człowiekiem - pogodnym i zachwyconym zgromadzonym na placu tłumem, ludźmi przewijającymi się wśród straganów i handlarzami, którzy odruchowo skierowali głowy w ich stronę.
-Szanowni państwo, co za piękny poranek w Shrewsbury! - zagrzmiał ze sceny, ciepło i serdecznie. -Jestem Cornelius Sallow z Sallow Coppice, Rzecznik Ministerstwa Magii i syn Shropshire, a towarzyszy mi gwiazda berlińskich i angielskich scen, pani Valerie Vanity! Jej śpiew inauguruje pierwszy dzień targowy w oczyszczonym Shrewsbury, powrót do przedwiecznej tradycji, gdy do miasta nie miał wstępu żaden niemagiczny - a strzegły nas nie duchy, a nasze własne różdżki!


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]22.01.22 14:55
Shrewsbury było naprawdę ciekawym miejscem na mapie całego Shropshire. Vanity nie odwiedzali go często — znacznie bliżej było im do innego miasta targowego, znajdującego się pod bezpośrednią protekcją rodu Avery Ludlow — lecz Valerie pamiętała podekscytowanie, jakie wywoływało w niej słuchanie przy kolacji ojca, który oznajmiał żonie oraz czwórce swoich pociech, że w następnym tygodniu wybierają się właśnie tam, na magiczny targ. Nie zdarzało się to często — ojciec traktował podobne wypady raczej jako formę nagrodzenia swoich domowników; sam wybierał się tam nader często, na tyle ile pozwalał mu jego własny, wypchany występami po brzegi kalendarz. Gdy ten delikatnie się rozluźnił, Valerie zaczęła natomiast uczęszczać do szkoły, przez co jeszcze więcej podobnych okazji przeszło jej koło nosa.
Dzisiejsza wizyta była jednak szczególna. Nie tylko dlatego, że odwiedzała pierwszą od wieków wyłącznie czarodziejską odsłonę dni targowych. Po raz pierwszy znajdowała się tu poniekąd na własnych warunkach, nie pod ciężką kuratelą ojca, lecz znacznie łagodniejszą opieką nieoficjalnego narzeczonego. Opieką, która w dzisiejszym dniu miała nosić wyłącznie ślady łączącego ich profesjonalizmu. Gdyby nie prośba, którą złożyła Corneliusowi dwa dni wcześniej, pewnie nie przyszłoby jej do głowy występowanie w takim miejscu i okolicznościach. Byli jednakże ponad ocenianie scen pod kątem wielkości — satysfakcję potrafili odnajdywać nie tylko na samych szczytach swoich karier, czy to w Ministerstwie, czy na największych i najbardziej prestiżowych deskach tego kraju — dziś chodziło o coś innego.
O sukcesy, o obowiązki względem ojczyzny, o rodzinę.
O moc, o honor, o nieugiętość.
O miłość.
Pozwalała prowadzić się pod rękę, zachowując stosowny odstęp, stosowny dystans. Wszystko w imię wyższego dobra; nie tylko Cornelius odnajdywał dziwną satysfakcję w nazywaniu się synem Shropshire, podświadomie analogiczne powiązanie z rodzinnym hrabstwem pozwoliło Valerie wytrwać niemal dekadę spędzoną w Berlinie. To poczucie obowiązku sprawiało, że odnajdywali jeszcze jedną płaszczyznę, na której mogli się do siebie zbliżyć.
Jeżeli przedwczorajsza noc nie dała rady tego uwypuklić.
— Tak, dziękuję — mam jednak przeczucie, że mogłabym sypiać jeszcze lepiej, gdyby... — A jak pana samopoczucie? — odpowiedziała mu szeptem, uśmiechając się przy tym w sposób mogący przez postronnych zostać odebrany za bezwzględnie uprzejmy. Cornelius jednak zaglądał już w jej oczy, potrafił rozpoznawać prowokujące iskierki, niecierpliwe chochliki. Ale to dobrze, zadowolenie kochanki po wspólnej nocy świadczyło tylko na korzyść kochanka.
Przed ponownym podaniem Corneliusowi dłoni, poświęciła chwilę, by upewnić się, że jej dzisiejszy strój prezentował się odpowiednio. Szata, którą na siebie przywdziała była pokłosiem ostatnich zakupów z Amelią; materiał damskiej szaty (współgrający stylistycznie zaskakująco dobrze z tą, którą miał na sobie Cornelius) był koloru ciemnego, przygaszonego bordo. W bardziej skąpym świetle z powodzeniem wydawałby się czarny. Szata była odpowiednio taliowana tak, by podkreślać kształtną sylwetkę śpiewaczki, a jednocześnie nie przeszkadzać w swobodnej emisji głosu.
Gdy w jego asyście wspięła się na scenę, skierowała różdżkę na siebie. W istocie trenowała emisję głosu, lecz śpiew nie polegał wyłącznie na tym, by zdzierać gardło, starając się dostrzec głośnością do wszystkich zebranych. Opery były budowane specjalnie pod kątem odpowiedniego niesienia dźwięków, na otwartym terenie nie mogła na to liczyć.
Sonorusprzyjemny prąd magii rozlał się po jej ręce, przepłynął przez różdżkę, a Valerie wiedziała, że zaklęcie będzie działać odpowiednio. Nie mogła go zawieść.
Gdy przemawiał, pozostawała w stosownym dystansie. Uwielbiała obserwować go w jego żywiole. Od czasu pamiętnego spaceru w ogrodach Preen Manor imponował jej swoim obyciem, doborem słów do okazji i szeroko pojętą charyzmą. Jeżeli dodać do tego siłę charakteru... Artyści uwielbiali takich typów. A Valerie nie była w tym wypadku wyjątkiem. Skłoniła się skromnie w odpowiedzi na przedstawienie, przykładając dłoń dzierżącą różdżkę — kolejny symbol, była przecież czarownicą i w Shropshire nie musiała obawiać się podłych mugoli — do mostka.
— To niesamowity zaszczyt móc wystąpić tutaj, w Shrewsbury. Gdy tylko otrzymałam zaproszenie, wiedziałam, że to właśnie przed państwem, pragnę zaprezentować premierowe wykonanie mojej nowej piosenki. Ku pamięci bohaterów Shropshire — krótkie spojrzenie posłała w kierunku Corneliusa, bowiem to jego sprawką było jej zaangażowanie. Miała nadzieję, że piosenka przypadnie do gustu nie tylko tłumu, ale także i jego.
— Sprawiedliwość zawsze nas prowadziła.
Wśród północnych nizin i południowych wyżyn,
Narodziła się dumna i odważna straż.
Tak długo, jak mamy takich bohaterów,
Wróg nie splami naszych ziem.

Melodia była spokojna, lecz wpadała w radości wysokich rejestrów. Valerie czuła się jak ryba w wodzie, mogąc popisać się ekspresją stonowaną, odpowiednią do wydarzenia, jednakże na tyle nacechowaną pozytywnie, by zaszczepić jego część także w zgromadzonych.
— Tego chcą lordowie i ich lud,
To sprawiedliwość dziejowa.
Narodziła się nowa, młoda siła.
Dziś są nad Severn,
Jutro nikt nie wie gdzie.
Ale wszystko, co jest w Shropshire,
na pewno w nim pozostanie.

Kontynuowała, przyspieszając nieco melodię. Dłoń dalej pozostawała przy sercu, zgodnie z modłą wykonywania piosenek o tematyce patriotycznej.
— Bitwa za bitwą przemijają,
W głębi duszy każda bitwa wciąż jest żywa.
Dopóki mamy takich bohaterów,
Wszyscy będziemy bezpieczni.

To ukłon również w stronę Corneliusa, który słusznie wytknął napotkanym w Preen Manor Bagnoldowi i Morganowi brak aktywnego działania. Chciała, by wszyscy, którzy pragnęli przyczynić się do chwały ich ziem, poszli za śladem bohaterów, których mieli przed sobą, wokół siebie.
— Nawet gdy przeciw nam tysiące,
ojczyzna doda nam sił.
Dopóki mamy takich bohaterów,
Wszyscy będziemy bezpieczni.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Shrewsbury [odnośnik]24.01.22 6:18
Choć nie przyznał tego jeszcze Valerie na głos, to również czuł się w Shropshire… synem marnotrawnym.
Ją los wygnał do Berlina, w dodatku nie z jej wyboru. Wciąż gotowało się w nim na myśl, że to cholerny romans Septimusa doprowadziły do konundrum z Kruegerami - i na myśl, że to we własnej miłostce Valerie upatruje przyczyn przymusowego ślubu, biorąc na siebie ciężar całej winy. Tak, pozwoliła się uwieść (tak wygodniej było mu o tym myśleć, choć nie miał pojęcia, dlaczego dała się uwieść akurat kalece z tamtego ohydnego domu na posępnym wzgórzu), ale karą za to byłoby małżeństwo, po prostu. Może nawet ze mną. Krueger, brutalny Franz Krueger - to już kara za grzechy Septimusa. Obiecał mu, że nikomu nie powie, ale jak długo mógł ze złoscią rozmyślać o cierpieniu narzeczonej? Powstrzymywała go chyba nie tyle obietnica, co świadomość, jak blisko są ze sobą brat i siostra - i że prawda złamałaby jej serce.
W przeciwieństwie do Valerie, Cornelius sam wybrał swój los. Wyjechał. Karierę budował w Londynie, nie na dworze Averych. W przypływie młodzieńczej głupoty zdradził nawet wszystkie wartości, które reprezentowali panowie Shropshire - poddając się pożądaniu (i czemuś więcej) do mugolki. Do kogoś, kogo niekrępujący się w wyrażaniu swoich poglądow Avery, jawnie uważali za istotę gorszą od czarodziejów. W dodatku spłodził dziecko, rozcieńczając czystą krew i przekazując magiczne talenty potomstwu szlamy. Dopiero niedawno - gdy Marcelius groził na promenadzie własnemu ojcu i mozolnie budowanej karierze - uświadomił sobie, jak niebezpieczna jest magia w niewłaściwych rękach. Choć nie traktował idei Czarnego Pana tak poważnie jak inni jego sojusznicy, w wojnie upatrując przede wszystkim obrania zwycięskiej strony i okazji na wspięcie się na szczyt, to może Lord Voldemort miał rację - do wielkości, do magii, przeznaczeni byli jedynie nieliczni.
Na pewno nie akrobaci.
Tak czy siak, ten problem był już rozwiązany. Nikt się o nim nie dowie. To nie młodzieńczy romans budził teraz w Corneliusie wyrzuty sumienia, a fakt, że po śmierci Solasa rozluźnił - nie do końca z własnego wyboru - więzy z rodzinnym hrabstwem. Ojciec nie chciał mieć z nim nic do czynienia, matka zwariowała, Cornelius przestał więc bywać w Sallow Coppice i podróżował do rodzinnych stron (szczególnie po uciążliwej blokadzie teleportacji w Londynie) jedynie w ważnych sprawach, na wezwanie lorda Avery na przykład. Teraz, gdy wybuchła wojna, zamierzał odpokutować to zaniedbanie i pokazywać się tu częściej, korzystając z własnej rozpoznawalności. Zadbać o patriotyczne nastroje mieszkańców, bowiem jak przekonał się w Preen Manor, nie każdy czystokrwisty czarodziej ze Shropshire pożytkował energię na sprawy pożyteczne. Wypędzić stąd szlamy, wcielić w życie wszystkie ideały Averych, uczynić magię jawną i celebrowaną, przywrócić miasteczkom dawną świetność. Precz z iluzjami, z duchami i ostrożnością - Shrewsbury miało dziś zając swoje należne miejsce jako jedno z czarodziejskich centrów hrabstwa, miejsce spotkań kupców z całej Anglii, tętniące życiem i wszelkimi usługami - od magicznych szat po cenne ingrediencje.
-Doskonale, dziękuję. - przerwał toczący się w głowie monolog patriotycznych myśli, by odwzajemnić spojrzenie Valerie. Uśmiechnął się równie uprzejmie i przyzwoicie jak ona, ale lekkie drgnięcie kącików ust zdradzało szczerość i czułość tego gestu.
Valerie rzuciła zaklęcie już na scenie - zanotował w pamięci, że wystarczyła jej tylko jedna próba. Spyta ją później, czy zna się na transmutacji lepiej od niego.
Odsunął się o krok, by uwaga tłumu skupiła się tylko na Valerie. Na jej głosie. Nigdy jeszcze nie stał przy niej na scenie, obserwował ją tylko z publiczności. Gdyby towarzyszył jakiejkolwiek innej artystce, pilnowałby wymuszonego zachwytu na własnej twarzy, świadom, że musi dać przykład publiczności. Teraz nie musiał jednak udawać - Valerie była profesjonalistką w każdym calu, na scenie była czarująca, zakochał się chyba w jej prezencji i ciele jeszcze podczas berlińskich koncertów. Najpierw w tym, a potem, w tym, co zdradzała już tylko jemu, nie publiczności - stalowym charakterze, czułym spojrzeniu, słodkich pocałunkach.
Piosenka doskonale wpasowywała się w jego oczekiwania, poprosił zresztą Valerie aby pokazała mu pierwsze wersje tekstu i poczynił kilka uwag. Mile podłechtało jego dumę, że uwzględniła (nawet bez jego sugestii) rzekę Severn, miejsce odbite rebeliantom przez jego skromną osobę. Tekst tekstem, ale dopiero na scenie kompozycja wybrzmiała w pełni - optymistycznie, ze spokojną mocą, niosąc zapał i nadzieję. Choć nie znał się na muzyce, na technikaliach kompozycji, gamach i rejestrach, to znał się na emocjach - a w śpiewie Valerie wyczuwał te, które chciał dziś przekazać mieszkańcom rodzinnego hrabstwa.
-Brava! - zaklaskał jako jeden z pierwszych, gdy melodia umilkła - zarazem dając publiczności sygnał do krótkich oklasków. Nim nadmiernie się rozwlekły, wystąpił do przodu.
-Rzeka Severn należy do nas i tak pozostanie - ale niech to nie uśpi naszej czujności, bracia i siostry. Jesienią rebelianci podnieśli rękę na nasze ziemie, urządzili kryjówkę przy naszej rzece. Nie przegnała ich stamtąd zima, choć mroźna i surowa - zrobiłem to ja wraz z innymi odważnymi czarodziejami. Zniknęli w blasku zaklęć i piorunów, ale zagrożenie nie śpi. Cieszmy się dziś tym, że możemy świętować dzień targowy, podziwiać wyroby czarodziejskich rzemieślników i jawnie korzystać z magii - i pamiętajmy, że to zasługa naszych lordów. Panowie Avery od wieków wierzyli w słuszność idei, w które uwierzyła już cała Anglia - czystość krwi, magia, odwaga. Zero tolerancji dla słabości, dla szlam - był w Shropshire, na ziemiach najbardziej nienawistnej ze szlacheckich rodzin, musiał używać tutaj takich słów aby trafić w gusta patriotów - -i ich sympatyków. Pierwszy kwietnia rozpoczął Noc Oczyszczenia w Londynie. Przed rocznicą tego wydarzenia, oczyśćmy Shropshire całkowicie. - wzniósł do góry zaciśniętą pięść, zagrzewając obywateli do walki. Mugole mieli czas opuścić hrabstwo, ale wciąż kryły się tutaj nieliczne niedobitki. Najpierw Shropshire, potem cała Anglia - jeśli mieli przekonać obywateli do walki na froncie, musieli najpierw zadbać o bezpieczeństwo w domu. -Jako Rzecznik Ministerstwa Magii, przypominam, że szmalcownicy są u nas zawsze mile widziani i godziwie opłacani. - dodał z zachęcającym uśmiechem, opuszczając dłoń.
-Niech na ich cześć rozbrzmi pieśń wojenna. - skłonił się lekko, nie przedłużając zbytnio swojego interludium. Zerknął na Valerie, a choć na twarzy wciąż miał maskę dla publiki, to w jego spojrzeniu mogła rozpoznać pewną łagodność. Wiedział, że nie chciała słuchać o pogromie niemagicznych, ale chodziło o bezpieczeństwo ich domu, tak trzeba. Pieśń zaś nie miała mówić o obecnym rozlewie krwi (sztuka nie powinna być tak drastyczna), a gloryfikować przedwieczne bitwy, toczone przez Averych na tych ziemiach.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]29.01.22 17:01
Kąciki ust drgnęły w uprzejmym, choć porozumiewawczym uśmiechu. Valerie nie chciała patrzeć na niego zbyt długo — mogłaby, oczywiście, mogłaby ubrać ten gest w kobiecą ciekawość, w ocenę swojego rozmówcy przy jednym z pierwszych spotkań, mogłaby wymyślić na poczekaniu kilka naprawdę dobrych powodów, dla których zatrzymywała na nim swoją uwagę tak długo i chętnie. Jednakże wiedziała, że każda przeciągnięta sekunda ciągnęła za sobą kolejne; a te zlepiały się w pewną masę, masę, która narastała, a wraz ze wzrostem, mogła przyciągnąć spojrzenia również innych. Wzbudzić wątpliwości co do charakteru ich relacji — póki narzeczeństwo pozostawało kwestią prywatną, roztrząsaną tylko pomiędzy zainteresowanymi, ich rodzinami oraz oczywiście lordem Avery, dopóty nie należało sprowadzać na nie dodatkowego światła.
Pieśń niosła się przez plac targowy, a wsłuchujący się w nią czarodzieje zareagowali na nią — ku radości pani Vanity — równie entuzjastycznie, co na otwierające to ciekawe zgromadzenie słowa Corneliusa. Sallow miał idealne podejście do tłumu — Valerie zdawała się czuć, całkiem fizycznie, więź, którą z nim nawiązywał. Było w tym coś skrajnie ulotnego, a jednak twardego tak, jak powinno być wszystko, co swój początek, swe źródło i korzenie ma w Shropshire.
Zresztą, Valerie jeszcze nie tak dawno temu, przy okazji wizyty złożonej dyrektorowi Manchester Opera House, podnosiła w rozmowie ze swym bratem swe stanowisko odnośnie cenzury sztuki. Septimus był jej przeciwnikiem na każdej płaszczyźnie — czy to tekstu, melodii, tematyki; wrażliwy na punkcie tego jak przejdzie do historii, zapominał jednak, że ta sama historia wychodzi spod jego ręki zarówno, gdy spisuje melodie na papier, jak i gdy porusza batutą, wprowadzając ją w życie. Młodsza siostra dyrygenta podchodziła jednak do tematu z nieco innej strony. Owszem, nie lubiła ingerencji we własną twórczość — przedpremiera tekstu piosenki i przyjęcie poczynionych przez Corneliusa uwag było wyrazem ogromnego zaufania oraz kolejnym dowodem na to, jak mocno zależało jej na zyskaniu jego uznania — jednakże rozumiała, iż czasami taka konieczność jest nieunikniona. We własnej emocjonalności i w tej prezentowanej przez braci widziała to, co było skazą wszystkich artystów. Wybuchy natchnień były właśnie nimi, wybuchami. Ze swej natury stanowiły zagrożenie w uporządkowanym świecie informacji i każdy artysta musiał być kiedyś... ujarzmiony.
Lepiej wcześniej niż później.
Sukces artysty scenicznego odmierzało się najpierw brawami. Te wybrzmiały prędko, nim Valerie zdążyła skłonić się lekko, w podziękowaniu za uwagę i na znak zakończonego utworu. To, że wybuchły dzięki impulsowi posłanemu przez narzeczonego stanowiło tylko dodatkową słodycz, swego rodzaju wisienkę na torcie. Pozwoliła jednak zgromadzonym okazać swe odczucia po wybrzmieniu pieśni; podobnie jak Cornelius była osobą, która żyła dla poświęcanej jej uwagi, scena bardzo prędko stała się jej domem i bezpiecznym miejscem. I choć mogłaby chcieć, by chwila post—scenicznej euforii trwała długo, o wiele dłużej, wiedziała, że przygotowane na ten specjalny dzień wystąpienie musi toczyć się dalej. Włożyli w to oboje zdecydowanie za dużo energii i siły, by teraz osiadać na pierwszych laurach. Mogli ich mieć zdecydowanie więcej.
Dlatego też wymiana przyszła im wyjątkowo gładko — tym razem to Sallow zajął główne miejsce sceny, Valerie przystanęła z boku, stając się na jakiś czas wyodrębnioną, to prawda, lecz wciąż częścią widowni. I choć znała już historię przepędzenia rebeliantów znad rzeki Severn, słuchała jej raz jeszcze, wypatrując kolejnych detali. Cornelius opowiadał historię obrazowo, dostosowywał język do swoich odbiorców, którzy na własnej skórze przekonali się o trudach mijającej powoli zimy. Osobiście pokazywał im, że trudne czasy właśnie mijają, że są świadkami narodzin nowej ery — tej, która położy kres strachom przed ujawnieniem przy niemagicznych. Obawom przed zemstą, przed pochłanianymi przez ogień stosami. Uwiarygadniał się w ich oczach na kilka sposobów, a ta obserwacja przywołała na usta Valerie niespodziewany, szeroki uśmiech. Nie tylko akcent z rodzinnych stron, ostry i szorstki dodawał jego słowom powagi — nie wzywał ludzi do walki jako człowiek osiadły na stałe w Londynie, lecz jako lokalny patriota, ktoś, kto dawał przykład własnymi czynami. Ta myśl pozwoliła Valerie na nieroztrząsanie kolejnego zagadnienia — szlam, tego niezwykle brzydkiego słowa, które w jej opinii nie przystawało ludziom wysokiej kultury, którymi byli. Rozumiała potrzebę jego użycia, nie drgnął ani jeden mięsień twarzy, gdy wybrzmiało w mroźnym powietrzu.
Gdy skończył przemowę i rozległy się kolejne oklaski, dołączyła do nich ochoczo. Gdy kolejny raz mijali się na scenie, przestąpiła o jeden krok w lewo wyłącznie po to, by nie otarli się o siebie, oczywiście przypadkiem. Poddając się pewnej grze, nie wzniosła również wzroku w skrzącą zieleń jego spojrzenia. Wystarczyło tylko, że przelotnie dostrzegła tę samą łagodność, którą pokazywał jej dwa dni wcześniej, która sprawiała, że kolana miękły, a nogi chciały się pod nią ugiąć. Na to przyjdzie jeszcze czas.
Skinąwszy głową raz jeszcze, dała publiczności chwilę na wyciszenie. Kolejna pieśń, która wybrzmiała w Shrewsbury, w odróżnieniu od pierwszej, była znacznie bardziej wzniosła i poważna w przekazie. Valerie sądziła, że nie była szczególnie rozpowszechniona wśród klasy średniej i niższej, jednakże pochodząc z domu tak zakochanego w muzyce, musiała znać ją jeszcze jako mała dziewczynka.
— Z lordem Avery, bohaterskim synem tej ziemi
nie powstrzyma nas nawet szatańska pożoga.
Podnieśmy nasze czoła, idźmy odważnie
i zaciśnijmy pięści —
tym razem nie układała dłoni na sercu. Zgodnie ze słowami piosenki, zgodnie z wcześniejszym gestem Corneliusa wzniosła zaciśniętą w pięść dłoń, w której w dalszym ciągu trzymała różdżkę w powietrze. Z radością zauważyła, że gest ten — początkowo może nieco nieśmiało — zaczęli powtarzać także zgromadzeni przed nimi czarodzieje.
— Z krwi czystej i starożytnej, normandzkiej, celtyckiej, angielskiej.
Jesteśmy częścią dumnej Anglii.
Ktokolwiek twierdzi inaczej, oczernia i kłamie,
poczuje nasz gniew —
i wtem stało się coś, czego raczej się nie spodziewała; z publiki zaczęły dobiegać głosy i to nie byle jakie. Czarodzieje odnajdywali w pamięci słowa piosenki, starej piosenki, jeszcze okolicy szesnastego wieku. Nie bali się już, że ktokolwiek niepowołany posłyszy dumę w ich głosie. Dumę z pochodzenia, dumę z odziedziczonego talentu magicznego i dorobku przodków. Shrewsbury było bezpieczne i czyste. Wreszcie, po tylu latach. Ta pieśń wojenna najlepiej wybrzmiewała w wykonaniu chóralnym — Valerie przewodziła, jej głos, odpowiednio modulowany, wpadający w wyższe rejestry niż w poprzednim wykonaniu, stanowił pewien drogowskaz, prowadził głosy tych, którzy dołączali do pieśni. Czarodziejów, w których sercach płonęło pragnienie oczyszczenia domu z intruzów, zapewnienia należnego bezpieczeństwa sobie i najbliższym. Ten ogień podłożył Sallow w swych słowach, Valerie stała się na moment jego opiekunką. Nie pozwoli płomieniom zgasnąć, nie gdy coraz więcej pięści i różdżek wznosiło się ku niebu, nie gdy pieśń wybrzmiewała coraz goręcej i głośniej.
— Wszystkie nasze różdżki, dla ochrony naszych ziem,
Wyciągną się przeciw rebeliantom.
A teraz, do słońca, do nieba,
Podnieśmy je wysoko.

Ostatnie strofy rozbrzmiały w pełni glorii i chwały. Vanity nie mogła sobie wyobrazić lepszego zakończenia. Chociaż... może gdyby dziś towarzyszyła jej dodatkowa oprawa muzyczna orkiestry prowadzonej przez brata, gdyby poza śpiewem synów i córek Shropshire, poza tą piękną i wymowną deklaracją jedności z ideałami rodu Avery w Shrewsbury wybrzmiała jeszcze wzniosła melodia... Może mogło być piękniej?
Och, porozmawia o tym z Corneliusem po wszystkim. I tak nie mogli mieć sobie nic do zarzucenia, nie teraz.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Shrewsbury [odnośnik]01.02.22 4:05
Na scenie była nie tylko piękną kobietą, była gwiazdą. Nawet jeśli w Shrewsbury jeszcze jej nie znano, to już przyciągała spojrzenia, a Cornelius pamiętał z Berlina i Londynu, jak potrafiła zjednać sobie tłum. Zjednać sobie jego. Wytrwale chodził na wszystkie jej koncerty, z jednej strony chcąc obyć się z jej stylem, barwą głosu i prezencją sceniczną - wiedzieć, jakie teksty dla niej napisać, w jakich kontekstach i scenerii jej śpiew zabrzmi najmocniej, z jak najsilniejszym (ale nie kłującym w oczy, znaczy uszy) wydźwiękiem propagandowym. Z drugiej strony, bywał tam jako widz, szczerze urzeczony jej talentem. Miał nadzieję, że zrobi wrażenie również na mieszkańcach rodzinnego hrabstwa. Na moment podtrzymał jej spojrzenie, ale opuściła powieki, a on również zmusił się do tego, by oderwać wzrok w odpowiednim, niebudzącym podejrzeń momencie. Prawdę mówiąc, nie mógł się doczekać aż przedstawi Valerie Vanity światu jako swoją narzeczoną. Chciał się nią podzielić z angielską elitą, pokazać, że jest jego, chciał by wspólnie błyszczeli u swojego boku. Powstrzymywał się jednak, czekając na odpowiedni moment. Dopiero co wróciła do kraju - chciał jej zapewnić trochę prywatności i możliwości wyrobienia sobie własnej reputacji i rozkręcenia kariery w ojczyźnie. Nie chciał trzymać jej w swoim cieniu, a ten padłby na nią gdyby ogłosił ich związek przedwcześnie, na przykład dzisiaj. Chciał, by trwała u jego boku, a to istotna różnica.
Gdy skończył mówić, znów ustąpił miejsca Valerie - pilnie obserwując jej gesty. Wzniósł do góry własną różdżkę gdy podniosła swoją, dając tym samym znak publiczności. Niektórzy dołączyli do polityka i śpiewaczki, najpierw nieśmiało, ale gest stawał się coraz częstszy. Niech niesie się dalej, po Shropshire!
Reakcja publiczności zaskoczyła nawet jego - wiedział, że rodacy znają tą pieśń, tradycyjną w Shropshire. To dlatego pochwalił wybór Valerie, bowiem narzeczona sama włączyła ten utwór do repertuaru gdy omawiali program wystąpienia. Nie sądził jednak, że dołączą do improwizowanego chóru tak spontanicznie, tak ochoczo. Na moment zaparło mu dech w piersiach - ze wzruszenia, wrażenia, dumy - a potem rozchylił usta, by cicho dołączyć do śpiewu. Nie umiał śpiewać, ale chciał, by wszyscy widzieli jego poruszające się wargi, chciał dać przykład, nawet jeśli wydobywał z siebie jedynie cichą melodię - usilnie obniżając ton, świadom działającego Sonorusa.
Melodia umilkła, a Cornelius uśmiechnął się szeroko. Był autentycznie wzruszony, nie musiał grać ani udawać. Doskonale, zagra na tych emocjach.
Wzniósł różdżkę, dumnym gestem.
-Wszyscy obronimy nasze ziemie, nasze granice, naszymi różdżkami i naszą magią! - zagrzmiał ze sceny, celowo używając krótkich, chwytliwych, wojskowych zwrotów. Opuścił różdżkę, powoli. Położył dłoń na sercu.
-Lordowie Avery, protektorzy tych ziem, dają nam przykład od wieków. Wszystkie wartości, w które wierzyli, właśnie się ucieleśniają. Czyste Shropshire staje się faktem, a wojenni bohaterowie niech wytępią z niego ostatnie szkodniki. - uniósł dumnie podbródek, wiedząc, że przemawia do tłumu, który od lat słuchał nienawistnych idei, wpajanych poddanym przez Averych. Nie znajdował się w różnorodnym Londynie, w chwiejnym Gloucestershire czy Suffolk, ani irytująco pasywnej Kumbrii. W Shropshire krew druidów mieszała się z genami rzymskich legionistów, w Shropshire rządzono żelazną ręką, przez wieki eliminując z hrabstwa czarodziejów o nieodpowiednich poglądach. Panowie Avery rządzili strachem, ale to miało zaprocentować - ludzie już wierzyli w to, do czego niektórych obywateli Anglii dopiero trzeba było przekonać.
-Jako synowie tej ziemi jesteśmy silni, przesiąknięci magią, nieskalani szlamem! - krzyknął, a odpowiedziały mu oklaski i okrzyki. -Czułem to, gdy nad Severn pojedynkowałem się z rebeliantami - słabymi, tchórzliwymi, z magią i ciałami skażonymi mugolską krwią! Nasze dzieci nie będą słabe, nasi przodkowie nie byli słabi, tli się w nas duch tradycji, czysta krew. Najpierw oczyścimy naszą ziemię, z każdego wroga, który wciąż ma bezczelność tutaj pozostać - a potem pomożemy naszym braciom w Anglii, słabszym i potrzebującym naszej energii! Jutro należy do nas! - krzyknął, zapowiadając tym samym temat kolejnej piosenki. Cofnął się ponownie, wgłąb sceny i skierował różdżkę na Valerie, chcąc przedłużyć działanie Sonorusa.
-Sonorus. -szepnął, nie ukrywając nawet swojego gestu. Niech widzą, że magii nie należy się już wstydzić - wiedzieli przecież, że ich głosy były nagłaśniane. Następnie szeptem powtórzył zaklęcie na sobie, ale znów poczuł, że nie zadziałało za pierwszym razem. Powtórzył próbę i tym razem nabrał przekonania, że jest gotów do dalszej przemowy, po kolejnym utworze.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]04.02.22 19:15
Chciała spytać się go, czy mu się nie znudziło — ale podskórnie wiedziała, że nie mogło. W każdy swój występ wkładała bowiem wszystko, co tylko mogła. Całą siebie. Scena była jej domem, to na niej czuła się dotychczas najbardziej swobodnie i spokojnie. Od prawie miesiąca spokój odnajdywała również w towarzystwie ekspresyjnego polityka, człowieka, który nie tak dawno temu udowodnił jej, do jakich rzeczy zdolny był w imię ich bezpieczeństwa. Zresztą, jeżeli w przeciągu wspólnie przeżytego miesiąca mogli nabrać jakichkolwiek wątpliwości względem swego dopasowania, gotowości do poświęceń we wspólne imię — przedwczorajsza noc rozwiała je wszystkie.
Można powiedzieć, że wlała w ich serca coś nowego. Impuls do walki o swoje, ramię w ramię, różdżka w różdżkę. Dokładnie to samo uczucie, które pragnęła przelać w słowach pieśni również na mieszkańców oraz gości Shrewsbury. Z zadowoleniem dostrzegła, że Cornelius również przyłączył się do śpiewu. Później opowie mu o historii tej pieśni. Że była z nią związana bardziej niż wyłącznie jako artystka—śpiewaczka. Że pieśń ta stanowiła pierwsze lenno Vanitych złożone na ręce lordów Avery, bezpośrednio po przenosinach z Kumbrii.
Gdy czas pieśni znów przeminął, po raz kolejny oddała się przemowie Corneliusa. Wiedziała już, że operował słowem równie sprawnie, co lordowie Avery mieczem i równie ostrą sprawiedliwością. Nie wspinał się na oratorskie wyżyny tak, jak robił to w ogrodach Preen Manor, ale nie musiał. Gdyby włożył w przemowę zbyt dużo ognia, mógłby odnieść zupełnie odwrotny skutek. Teraz stał na szczycie fali wznoszącej, fali bojowych nastrojów, za których odpowiednie ukierunkowanie odpowiadał nie tylko przed Ministerstwem, ale również przed rodem tutejszych suwerenów. W ocenie Valerie spełnił swoje zadanie wyśmienicie.
Szczególnie słowa o dzieciach sprawiły, że myśli Valerie cofnęły się o dwa dni. Czy ta sama myśl nie zawisła nad kieliszkami z wężową nalewką? Przyjemnie było wiedzieć, że to nie tylko utarte frazesy — w swą przemowę Cornelius wplatał swoje prywatne doświadczenia. O odbijaniu rzeki Severn, o czystokrwistych dzieciach, które miała mu dać niedługo po ślubie. Jak nikt z tu obecnych wiedział, jak wielką skazą okazywało się rozrzedzanie czarodziejskiej krwi. Na całe szczęście i od tego błędu był już wolny. Wyciągnął z niego lekcję.
Gdy na powrót się do siebie zbliżyli, zatrzymała się przed jego różdżką. Z wdzięcznością przyjęła przedłużenie zaklęcia, na moment pozwalając sobie skrzyżować ich spojrzenia. Zieleń i błękit splotły się ze sobą w milczeniu przerywanym wyłącznie inkantacją zaklęcia oraz głębszym oddechem śpiewaczki powracającej do scenicznego nastroju. Była pewna, że Sallow, gdyby tylko się postarał, mógł usłyszeć bicie jej serca. Bicie przepełnione ekscytacją, która błyszczała w jej oczach, wdzięcznym uśmiechu posłanym mu na ułamek sekundy, nim ruszyli zająć swoje miejsca.
Nim głos Valerie zainaugurował ostatnią pieśń.
— Mroźnej zimowej nocy,
żegnał się ojciec z dziatkami.
Machał im na pożegnanie długo tak,
aż na policzku mróz zatrzymał łzę —
pieśń kończąca nie została wykonana jako ostatnia bez powodu. Miała dodatkowo pokazać słuchającym ich czarodziejom, że wojny takie jak te działy się już wcześniej. Że ich ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie, przodkowie podejmowali te same decyzje, zawsze z korzyścią dla hrabstwa i ich rodzin. Choć z pozoru wybory te mogły być trudne, w szczególności rozstanie z małymi dziećmi... To właśnie dla nich musieli się starać.
— Mała dziewczynka czekała długo,
nocą nie mogła spać. Aż starszy brat,
Kochany brat, w ramiona ją brał
i szeptem koił strach: tata wróci, nie musisz się bać.

Valerie pamiętała jej własnych braci, którzy próbowali oddzielić ją od wiadomości o wojnie — najpierw tej mugolskiej, przez którą Septimus nie mógł wrócić do domu i słał listy coraz rzadziej, która zapisała się w pamięci londyńczyków upiornym turkotem żelaznych bestii nad miastem. Shropshire było wtedy względnie spokojne — Caynham nie było dużą wsią, wróg ich omijał. W Hogwarcie była z kolei najbezpieczniejsza. Wciąż jednak uważała, że towarzystwo braci w momencie, w którym niewiadome było, co z nimi wszystkimi będzie, pozwoliło jej przeżyć jedną wojnę względnie nieświadomie. Niech żadne dziecko Shropshire nie boi się, że ojciec nie wróci do domu.
— Mówił także siostrze, głosem cichym jak wiatru wołanie,
Nasz tata jest bohaterem, wielkim bohaterem.
I gotów jest nawet oddać życie swoje
Za nas i za tę kochaną ziemię.

Bo tak właśnie było. Obowiązkiem mężczyzn było ruszenie w bój, w obronie granic i czystości Shropshire. Niedawne spotkanie z Bagnoldem i Morganem pokazało jej, jak istotne było pokazanie ludziom, w którą stronę powinni iść. Nakierowanie energii tak, by wykorzystana została w sposób skuteczny i pożyteczny. Czarodzieje puszczeni wolno tracili swą moralność, podnosząc ręce na swych braci i siostry. Na to nie mogli się zgodzić.
— Losie, wiem, że możesz mnie posłyszeć!
I nie boisz się nikogo.
Dam Ci wszystko, zaufaj mi,
Uchroń mego tatę przed zdradzieckim zaklęciem! —
czyż nie takie były życzenia każdego dziecka? Z tego punktu można było otworzyć możliwość dalszej interpretacji. Czy żony nie składały do poduszki podobnych życzeń? Ona miała niedługo dołączyć do tego specyficznego pocztu. Nie dlatego, że nie wierzyła, że Cornelius osłabnie w chwili próby. Ale dlatego, że każdemu szczęściu należało dopomóc.
— Pewnego wiosennego dnia,
Wśród wielkiej radości,
Dzieci nie cierpiały więcej —
Bo tata wrócił do domu.

W środku marca słowa o wojnie kończącej się wiosną musiały wybrzmieć wyraźnie i donośnie. Tylko zwycięscy mogli snuć wizje równie zuchwałe. Nie robili tego jednak gołosłownie. Nawet jeżeli wojna nie zgaśnie w całej Anglii, skoordynowane, grupowe działania mieszkańców Shropshire pozwolą na rozbłyśnięcie światła pokoju w czystym hrabstwie.
— Tata wrócił do domu,
Dzieci nie cierpiały więcej.
Dziewczynka płakała już tylko z radości,
A chłopiec mógł zasnąć spokojnie.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Shrewsbury [odnośnik]08.02.22 7:07
Nie, nigdy mu się to nie znudzi. Scena. Oklaski. Podziw w oczach publiczności. To uzależniało, zupełnie jak legilimencja. Nie bez powodu wybrał taką karierę, a choć zaczynał od pergaminu i pióra to kochał przecież publiczne przemówienia i wystąpienia. Teraz było jeszcze lepiej niż zwykle - u boku gwiazdy estrady i narzeczonej, wśród dźwięków jej śpiewu. Nie, jej muzyka też nigdy mu się nie znudzi. Przywykł do nut, dorastając przy Septimusie. Kompozycje Vanitych stały się częścią jego najdroższych wspomnień, a gdy kochali się w jego salonie, to przecież przy dźwiękach Carmen. Mogłaby mu zaśpiewać Habanerę, tylko dla niego, prywatną solówkę.
Spojrzenia spotkały się na moment, w dole kręgosłupa poczuł ciepły dreszcz. Choć z łatwością mógłby sięgnąć po myśli Valerie, to na szczęście nie był świadom, że przed chwilą myślała o jego dawnych błędach. W świadomości, że ktoś na świecie zna jego sekret było coś upokarzającego, brudnego. Czy Septimusa też prześladowała myśl, że Cornelius wie o Stefanie, czy jego drogi przyjaciel myślał trochę mniej?
Wsłuchał się w słowa pieśni, ale tym razem utrzymanie pokerowej twarzy i przylepienie do niej uśmiechu kosztowało go trochę wysiłku.
Aż starszy brat,
Kochany brat, w ramiona ją brał
i szeptem koił strach: tata wróci, nie musisz się bać....

Cornelius był ojcem, który nie wrócił. Ojczymem, który zdecydował się adoptować pasierbicę. Dziewczynkę, która nigdy nie pozna starszego brata. Jakim bratem byłby Marcelius? Nawet gdyby żył, nigdy nie mógłby poznać swojego czytsokrwistego rodzeństwa. Szkoda to roztrząsać.
Nasz tata jest bohaterem, wielkim bohaterem.
I gotów jest nawet oddać życie swoje
Za nas i za tę kochaną ziemię.

Szkoda, że nie postawił na swoim, że nie wychował syna jak czystokrwistego czarodzieja. Miałby wtedy szansę być jego bohaterem. Z drugiej strony... wtedy, zaprzątnięty rodzinną fikcją, być może nie poznałby Valerie. Być może naprawdę, a nie pośrednio, miałby na rękach krew Layli. Może wybrał najlepsze możliwe wyjście?
Dziewczynka płakała już tylko z radości,
A chłopiec mógł zasnąć spokojnie.
- pod koniec pieśni nie myślał już o dawnych błędach, myślał o przyszłości. O tym, że chciałby być takim ojcem. Dobrym ojcem. Bohaterem, którego w domu witają wdzięczne dzieci. Uśmiechnął się blado, nie kryjąc już wzruszenia - nie kryli go także widzowie, niektóre kobiety ocierały już policzki, oczy mężczyzn były szkliste. Ludzie ze Shropshire byli hardzi, ale byli też rodzinni.
-Walczmy, rodacy. Walczmy za przyszłość naszą i naszych dzieci. Walczmy za oczyszczone Shropshire i oczyszczoną Anglię, za nasze bezpieczeństwo, ideały i wartości. - odezwał się, występując do przodu. -Każde nasze wyrzeczenie, każdy galeon oddany na zbiórkę wojenną, każda ofiara - nie czynimy tego dla siebie, a wznosimy fundamenty dla nowego, lepszego świata przyszłych pokoleń. Dla świata, który nasi przodkowie wymarzyli sobie już kilka wieków temu! - podniósł różdżkę, podniósł głos.
-Bawmy się, korzystajmy z jarmarku, kupujmy towary w oczyszczonym Shrewsbury. Dziękujemy za przybycie - a pod koniec dnia wspomnijcie na poświęcenia lorda naszych ziem, który nie opuszcza frontu, pomyślcie o losie ojczyzny, zastanówcie się, jak dołożyć własną cegiełkę do budowy nowego świata. Potrzebujemy w Londynie silnych i chętnych do pracy mężczyzn, płacimy za informacje o rebeliantach, wasze galeony mogą kupić ciepłe buty dla żołnierzy. Kobiety mogą wysłać nam koce, swetry i płaszcze. Mija zima, śniegi stopnieją - niech ziarna, które zasiejecie na wiosnę wyżywią was i czystokrwistych czarodziejów! - wykrzyknął, a odpowiedziały mu brawa i kilka okrzyków. Rozpalili dzisiaj ich serca razem z Valerie, pokazali sens trwającej wojny.
-Nagródźmy oklaskami panią Vanity, którą będziecie mieli okazję oglądać na scenach stolicy. Cieszmy się jarmarkiem i towarami ze wszystkich zakątków Anglii - w Shrewsbury wreszcie nie musimy ukrywać magii, możemy testować talizmany i mierzyć magiczne szaty. Dziękuję - w imieniu swoim, w imieniu Ministerstwa, w imieniu Cronusa Malfoya! Brava! - skłonił się, na moment położył rękę na sercu, a potem nagrodził brawami Valerie.

Po koncercie pomógł jej zejść ze sceny, rozpalony adrenaliną.
-Rozejrzyjmy się, pani. - skłonił się lekko, jak polityk prowadzący na jarmark gwiazdę estrady - i z pozoru nikt więcej. Uśmiechnął się lekko, wymownie. Ta gra pozorów była nawet... ekscytująca.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]19.02.22 14:00
Była pewna, że Cornelius będzie idealnym ojcem. Sam fakt, że zaakceptował w pełni nie tylko ją, ale i jej córkę, w której — nigdy nie lubiła tego przyznawać, ale taki był fakt — płynęła krew nie tylko Vanitych, ale także Kruegerów. Zarówno Valerie, jak i jej córka nie były jednak delikatnymi kwiatami, które można było ściąć, gdy tylko miało się na to uwagę. Zauważył to przecież sam Sallow, były silnymi drzewami, dębami lub cisami, a smagający je do tej pory wiatr sprawił, że były tylko silniejsze. Że wzrastały w ziemi przodków jeszcze mocniejsze, dumne, takie, jakie powinny być córy Shropshire. Dziś w Shropshire mieli pokazać właśnie to — że pomimo przeciwności losu, mimo podłych ataków rebeliantów stali dziś w swoim Shrewsbury, zjednoczeni, potężni, wypełniający wolę ojców.
To dopiero początek nowej ery, lecz zwycięstwo smakowało słodko, rozlewało się na języku wraz z kolejnymi słowami Corneliusa, który prosił ich rodaków o dalsze zaangażowanie, o osobisty wkład. Uśmiechała się delikatnie, słuchając jego przemowy, kiwała głową w zgodzie w kluczowych momentach, choć w sercu wie, że nie jej przeznaczona jest typowa dla kobiet rola. Nie wyśle więc biednym żołdakom koców, ni swetrów czy płaszczy. Odkąd powróciła do kraju, jeszcze bez protekcji Corneliusa miała już okazję wyjść w teren, wykazać się zaangażowaniem, może nawet odwagą większą od części swych równolatków. Nie była co prawda pchnięta wprost w zawieruchę, nie pałała olbrzymią chęcią do ponownego zzucia butów na obcasie i zawieruszenia się w zimnym lesie, ale była na to gotowa. Na sygnał, podobnie jak Cornelius. Kochać można było na wiele sposobów i z różną intensywnością, a przyszli państwo Sallow poza sobą (tylko i wzajemnie) mieli jeszcze inne obowiązki; miłość do ojczyzny to tylko jeden z nich.
Skłoniła się głęboko i teatralnie na koniec ich pobytu na scenie. Pożegnały ich oklaski, gromkie i gorące, a po skórze Valerie przeszedł ciepły dreszcz. Uwielbiała to uczucie, uznanie, zrozumienie, możliwość rozpalenia w ludziach czegoś zupełnie nowego, wpłynięcie na ich nastroje i emocje. Ten dzień z pewnością był udany. Wystarczyło tylko spojrzeć na kobiety ocierającego rumiane od zimna policzki barwnymi chusteczkami, na różdżki wzniesione wysoko w niebo, gest zjednoczenia, prawdziwej czarodziejskiej mocy.
Gdy Cornelius pomagał jej zejść ze sceny czuła, że również był rozpalony. Adrenalina udzieliła im się obojgu, lecz na komentarze poczekała do momentu aż zakończy działanie Sonorusa. Dopiero wtedy poprawiła krawędź swej szaty, którą przy schodzeniu ze sceny szarpnął charakterystyczny dla tych okolic wiatr.
— Winszuję przemówienia, jest pan prawdziwym wirtuozem tłumumówi wreszcie, gdy zadziera głowę w górę, pragnąc zajrzeć mu w oczy. Przekonać się osobiście, czy ogień, który rośnie pod jego skórą, dotarł już do zielonych tęczówek. A później, niezależnie od efektu opuszcza skromnie wzrok, znów tańczą wokół siebie, przychodzi im to zupełnie naturalnie, nie robią tego pierwszy raz.
Ale ostatni.
— Z największą przyjemnością — przystaje na propozycję i niedługo później znikają w tłumie, choć nigdy nie są w stanie wniknąć w niego całkowicie. Byli przecież osobami publicznymi, o prezencji i pozycji przebijającej się nie tylko z wcześniejszego występu, ale także widoczną na pierwszy rzut oka — noszą modne stroje, poruszają się z pewnością siebie i gracją, a co istotniejsze, nie odwracają wzroku. Valerie uśmiechnęła się szeroko do kilku kobiet stojących na uboczu, zerkających na nią raz za razem, aż wreszcie uśmiech ten ośmielił jedną z nich, która wyciągnęła w jej stronę plakat reklamujący dzisiejszy występ i pióro.
— Przepraszam, pani Vanity... Czy mogłabym prosić o podpis? Nie wiem, czy mnie pani pamięta, ale moja córka... Byłaby zachwycona, gdybym przyniosła jej autograf gwiazdy... — kobieta faktycznie była znajoma, Valerie nie pozwoliła sobie nawet na moment na zsunięcie uśmiechu z ust, trzy bicia serca i już wie, z kim ma do czynienia.
— Dorothy, nawet nie pytaj — odpowiedziała ciepło, krótkie spojrzenie na Corneliusa wybacz, najdroższy, wysunęła dłoń spod ramienia mężczyzny, by pewniej chwycić plakat i pióro, przed wzniesieniem wzroku na starą znajomą. — Masz córkę? To cudownie! Jak ma na imię? — dopytywała szczerze uradowana tym niespodziewanym spotkaniem, a gdy kobiety oddały się rozmowie, Cornelius mógł zauważyć przeciskającego się przez tłum z drugiej strony straganów znajomego.
— Shirley. Ma już dziewięć lat, ale to cały ojciec... Za dwa lata chcemy posłać ją do Hogwartu, och, oby i tam zrobili porządek... Słyszałam, że szlamy nie będą miały tam wstępu i bardzo dobrze, minister powinien już dawno im tego zabronić, ale lepiej późno niż wcale... — Valerie skupiła się na kreśleniu liter swego podpisu i ozdobnej dedykacji dla małej Shirley, choć w duchu pragnęła roześmiać się ochoczo i spojrzeć na Corneliusa, zbadać jego reakcje na takie, a nie inne słowa oceniające działalność jego przełożonego. Zamiast tego wręczyła Dorothy plakat z autografem. — Ojej, bardzo dziękuję, Valerie! Jakbyś... jakbyś była kiedyś w okolicy, wstąp do mnie na herbatę. To nie salony Berlina czy Londynu, ale radzimy sobie naprawdę dobrze, odkąd rozgoniono rebelię. Ale, ale! Nie będę już państwu przeszkadzać, pan Sallow mam nadzieję, że mi wybaczy, ale cóż to za szczęście móc dowiedzieć się, że ktoś z naszych okolic odnosi takie sukcesy! Słyszałam ostatnio, musi mi pan uwierzyć, bo mówił mi to mój młodszy syn Eugene, że dzieci w okolicy bawią się w odbijanie rzeki Severn! A to pańska zasługa, cóż za szczęśliwy dzień! — Dorothy klasnęła radośnie w dłonie, ale jedno spojrzenie przesunięte pomiędzy dwiema kobietami wskazywało wyraźną różnicę między Valerie a jej starą znajomą. Obie były podobno w zbliżonym wieku, lecz Dorothy była od Valerie wyższa, korpulentna, jej twarz zdobiły wyraźne oznaki stresu, trudów życia i przynajmniej kilku ciąży. Była żywym świadectwem przykrej przeszłości uboższych czarodziejskich rodzin, lecz dziś w jej brązowych oczach tliła się nadzieja na lepsze. A to było na wyciągnięcie ręki, tylko jeszcze ostatnie trudy wojny i...
— Pan Sallow? — znajomy głos rozległ się za plecami Corneliusa — Pani Vanity? — jadowita zmiana tonu rozwiała wszelkie wątpliwości. Nawet bez odwracania się do wypowiadającego je mężczyzny Sallow mógł wiedzieć, że zwracał się do niego wypatrzony wcześniej w tłumie Vidcund Morgan.
Tymczasem Dorothy stanęła na palcach, zajrzała ponad ramię Corneliusa, a dostrzegłszy Morgana ścisnęła jeszcze raz dłonie Valerie i oznajmiła.
— Nie będę państwu przeszkadzać. Proszę tylko pamiętać, że Ash Magna jest zawsze za Ministerstwem! Porozmawiam z moimi braćmi, powiem mężowi wszystko, co tu pan mówił, Panie Sallow! Dla czystego Shropshire! — kobieta wzniosła jeszcze różdżkę w powietrze, na podkreślenie wcześniejszych słów płynących ze sceny. W odpowiedzi na to Valerie uniosła swoją i ułożyła ją na swym sercu, z pochyloną głową.
— Dziękuję, Dorothy. Zawsze wiedziałam, że masz dobre serce — ale Dorothy nie mogła już tego posłyszeć. Podekscytowana pobiegła do swego towarzystwa, kobiety dyskutujące o czymś gorąco zniknęły między staraganami prędzej, niż można było to przewidzieć.
Tymczasem Vanity odwrociła się w kierunku oczekującego na uwagę Morgana, powracając do zajmowanej przez nią wcześniej pozycji. Nie lubiła tego człowieka, nie chciała być nawet milimetr od Corneliusa, nie teraz.
— Niech się pani nie boi, pani Vanity — Vidcund błysnął w uśmiechu krzywymi zębami, a później, równie koślawo, skłonił się przed politykiem i śpiewaczką. — Ja przyszedłem tylko podziękować. Za pomoc i za przyjaźń. Jakby byli państwo zainteresowani, pewnie nie, ale jakby! Tam po drodze do tego chłopaka Kleevesów, który talizmany robi, jest pewne intereeesujące stoisko, pewnie trochę zbyt ekstrawaganckie na państwa gust, ale dobrze płatne.
Morgan miał wyraźną frajdę z całego przedsięwzięcia, ale Cornelius dobrze wiedział, o czym mówił i że nie potrafił budować napięcia. Zwłaszcza gdy pokazał im wypchaną po brzegi sakiewkę, którą wstrząsnął kilkukrotnie, doprowadzając złote monety do charakterystycznego brzdęknięcia.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Shrewsbury [odnośnik]19.02.22 17:56
Wraz z wybuchem wojny dotarło do niego, że kocha Shropshire jeszcze mocniej od ojczyzny - służba Anglii była wszak oportunistycznym obowiązkiem, Wielką Brytanię kochał na pokaz, został politykiem dla korzyści. Uczucia względem rodzinnego hrabstwa były zaś bardziej skomplikowane, a dla osób takich jak Cornelius, miłość nierozerwalnie wiązała się ze sprzecznymi emocjami. Pragnieniem zadowolenia pana ojca i paraliżującym lękiem. Chęcią podążenia za Solasem aż na koniec świata i gorzkim rozczarowaniem, gdy brat wyruszył w drogę sam. Przyjmowaniem pochwał pani matki i hamowaniem się przed wywróceniem oczyma, bo przecież (jak mawiał pan ojciec) matka jest słaba i nic nie rozumie, a on na te pochwały nie zasługuje. Gonitwami za Laylą i Deirdre, kobietami niedostępnymi na dwa różne sposoby - jednej zakazywało mu społeczeństwo, drugą powstrzymywał jej własny charakter, a przecież w takim ambiwalentnym tańcu Cornelius czuł się niegdyś najlepiej, dreszcz niebezpieczeństwa, waga przechylająca się pomiędzy błogością i podskórnym niebezpieczeństwem. Stabilizację odnajdywał dopiero u boku Valerie i oswajał to uczucie powoli, poznał zresztą niegdyś-panią-Krueger w środku podobnej sinusoidy adrenaliny, z Franzem Kruegerem pośrodku ryzykownych emocji.
Shropshire budziło niegdyś podobne emocje - wyrwał się stąd, do Londynu, z dala od despotycznego ojca. Od tamtej pory próbował nie myśleć o wymagającym remontu Sallow Coppice i o chłodzie rodzinnego domu, a po śmierci Solasa przestał być u rodziców mile widziany, co zniechęciło go również do wizyt w rodzinnym hrabstwie. Shropshire zapomniało już jednak o skandalu ze śmiercią Solasa, a Cornelius nie był już jedynie bratem tragicznie zmarłego runisty, a wpływowym politykiem. Od kilku miesięcy zaczynał czuć się w rodzinnym hrabstwie coraz lepiej, a wieści o rebeliantach nad rzeką Severn, o ukrywających się gdzieniegdzie mugolach, obrzydliwa i ignorująca potrzeby Shropshire zbiórka na Sympozjum Naukowym... to wszystko dodało mu motywacji, by walczyć o rodzinne hrabstwo, odnowiło lokalny patriotyzm w jego sercu. Niedawne zaproszenie do Ludlow i obietnica ślubu w Pałacu Zimowym były wisienką na torcie, zwieńczeniem kilkutygodniowych starań o zapewnienie stabilizacji w hrabstwie. Kiedyś będzie musiał odremontować Sallow Coppice, ale najpierw zadba o bezpieczeństwo całego Shropshire. Nie mogli spocząć na laurach, koncert wyraźnie to podkreślał - może i od wieków byli bastionem dzielnych wojowników i konserwatywnych wartości, ale zachód kraju był obecnie bardziej narażony na działania rebelii niż spokojny wschód. W przeciwieństwie do choćby Kent, czy hrabstw Blacków, Shropshire nie było otoczone przyjaznymi terenami - jedynie hrabstwa Parkinsonów oddzielały ich od ogniska rebelii na Półwyspie Kornwalijskim, na zachodzie Walia pozostawała neutralna i niestabilna, a panowie Cheshire, choć zażarcie antymugolscy, pozostawali od wieków zwaśnieni z lordami Avery.
Byli zdani na siebie - ale duch był w nich silny, a magia płonęła dziś w Shropshire mocno. Z dumą przechadzał się pomiędzy straganami, widząc lewitujące towary, Lumos rozjaśniające kramy, targujących się żywo handlarzy i klientów. Shrewsbury odżyło, a śpiew Valerie wlał w serca widowni patriotyczne nastroje.
-Przemówienie rozbłysło w odpowiedniej oprawie - twojej urody i twojego głosu. - odwzajemnił się komplementem, z szerokim uśmiechem.
Taktownie cofnął się o krok, gdy spragniona autografu fanka zagaiła Valerie - i szczerze mówiąc myślał, że spotkanie zakończy się na ich interakcji, dwóch kobiet. Dorothy (zanotował imię w pamięci) zaskoczyła go jednak miło, rozpoznając jego (nie)skromną osobę. Zielone oczy pojaśniały, a Sallow z satysfakcją przyznał w duchu, że rodaczki w niczym nie przypominają pustych lal z Londynu - matki i żony interesowały się tu polityką, rozpoznawały go, a wieść o rzece Severn dotarła do uszu mieszkańców hrabstwa.
-Ależ spełniłem tylko obowiązek każdego patrioty. - przyłożył dłoń do serca, kłaniając się skromnie. -Każdy ma swój obowiązek do spełnienia - nie każdy może pozwolić sobie na to, by narażać życie w pojedynku z rebeliantami. - słowa wychwalały jego poświęcenie, ale ton głosu pozostawał skromny, pokorny wręcz -ale wszyscy dbamy o swoje rodziny i o hrabstwo, jak możemy. Jeśli zobaczy pani kiedykolwiek coś podejrzanego, wie pani, od kogo się zwrócić. - uśmiechnął się zachęcająco, potrzebowali wszystkich informacji o podejrzanych mieszkańcach hrabstwa, a Dorothy wiedziała, że nie tylko Cornelius, ale przede wszystkim ludzie Averych przyjmowali podobne zgłoszenia.
Wzniósł różdżkę na pożegnanie, szczerze zadowolony, że gest już się przyjął, zanotował w pamięci personalia pani Dorothy, a później obejrzał się przez ramię. Poznał ten głos od razu.
We wspomnieniach widział dym i ogień, ale momentalnie przywołał na twarz uśmiech. Vidcund Morgan spełnił dwa dni temu swoje zadanie - i najwyraźniej złapał wiatr w żagle. Promieniał.
-Cieszę się, że przekonał się pan, co się opłaca i tak dobrze odnalazł się w spełnianiu patriotycznego obowiązku, panie Morgan. Wypijemy kiedyś za naszą przyjaźń, ale tymczasem oprowadzę panią Vanity po jarmarku. - Cornelius uśmiechnął się zatem równie promiennie. Postąpił jeszcze o krok do przodu i dodał zniżonym głosem. -Proszę działać owocnie przy oczyszczaniu naszej małej ojczyzny, a później... później odezwę się sam, z kilkoma szerszymi i opłacalnymi sprawami. - uśmiechnął się znacząco. -Do zobaczenia.
Znów ujął Valerie za ramię i poprowadził dalej, z dala od wskazanego przez Morgana stoiska - Valerie nie powinna widzieć szabrowanych fantów. Przystanęli niedaleko stoiska z talizmanami, wśród kramów z biżuterią i szykownymi futrami.
-Rozejrzyj się, z przyjemnością kupię ci prezent. - poprosił Cornelius narzeczoną, pragnąc zostać na moment sam - rozpoznał w jubilerze starca, który wykonywał biżuterię dla jego pani matki. W tym pierścionek zaręczynowy Deirdre, który niefortunnie zabrała ze sobą.
-Będę miał dla pana zlecenie. - zniżył głos, a potem przeszedł do szczegółów zamówienia. Kierowany chęcią wsparcia rodzimego biznesu, dał się jeszcze namówić starcowi na amulet dla siebie.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]20.02.22 12:21
Gdy jako ledwie absolwentka Hogwartu wyjeżdżała do Londynu, rodzinne hrabstwo nie wydawało jej się miejscem wartym uwagi; znała przecież niemal każdy jego kąt. Wzrosła w Shropshire — podobnie innym mieszkańcom — widziała wszelkie jego zalety, ale także i wady. Mała populacja, nieprzyjazny klimat, odległość od centrów kultury, jakaś naturalna wrogość do wszystkiego, co obce. Shropshire troszczyło się samo o siebie, otoczone wrogami lub tymi, którzy nie byli nastawieni otwarcie przyjacielsko. I tego samego uczyło swoje dzieci; Największą wartością hrabstwa było ono samo. Ono i ludzie, którzy je zamieszkiwali. Tak samo było przecież z rodziną, czyż nie? Synowie i córy Shropshire zwykli tłumić swe emocje, powściągać zamiary, wyczekiwać, podobnie do dzikiej zwierzyny szykującej się do ataku. Gdy kochali — kochali niewymownie mocno, na zabój, do samego końca. I zdolni byli do wszelkich poświęceń, w imię dobra swojego, najbliższych, ziemi, która dała im dom.
Szeroki uśmiech Corneliusa sprawił, że jej serce zadrżało, wzbiło się do lotu. Uwielbiała komplementy, uwielbiała słyszeć, że tworzona przez nią sztuka przypada do gustu. Słowa płynące od Sallowa były jednak niezwykłe — on sam był niezwykły, o jego względy pragnęła zabiegać, a uzyskanie nie jednego, dwóch szczerych komplementów stanowiło ukoronowanie wszystkich starań prowadzących do tego dnia. Odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem, w oczach zamigotały figlarne iskierki, ledwie na kilka sekund, nim zgodnie z przybraną przez nich maskaradą, opuściła grzecznie spojrzenie i głowę, z boku powinno to wyglądać wyłącznie na kurtuazyjną rozmowę polityka i jego gwiazdy.
Cornelius również wpadł w swój żywioł. W chwili, w której rozmawiał z Dorothy Valerie ledwo powstrzymała się od wzięcia głębszego oddechu, stanięcia na palcach i wlepienia rozmarzonych oczu w jego postać. Dorothy, pan Sallow to bardzo odważny człowiek, pragnęła zwrócić się do starej znajomej, niemal słyszała sposób, w jaki dźwięczałyby jej głoski, z dumą, zachwytem i przede wszystkim miłością. I człowiek ten będzie mym mężem! Och, nigdy nie była osobą szczególnie cierpliwą, lecz za każdym razem im mniej czasu pozostało do wyjawienia tajemnicy, tym bardziej ciążyły jej sekrety. Chodziło jednak o pewien zwyczaj, o pójście drogą, którą przed nimi szli ich przodkowie, o wagę i siłę tradycji. Chociażby dla niej powinni wytrwać w swych postanowieniach. Jeszcze jeden dzień.
Dorothy pokiwała kilkukrotnie głową, bardzo energicznie.
— Jak tylko czegoś się dowiem, nie będę czekać — determinacja kobiety rozlała się nie tylko w jej głosie, ale odmalowała się w jaskrawych barwach po jej twarzy. Dorothy jednak nie zamierzała więcej zajmować uwagi polityka i śpiewaczki, po tym zdaniu oddalając się od nich na dobre.
Okazję wykorzystał Vidcund, którego oczy rozbłysły w odpowiedzi na uprzejmy uśmiech polityka. Widać było, że energia go nie odstępowała, wydawał się nawet delikatnie zbyt pobudzony, przebierał nogami w miejscu, a gdy Sallow zaproponował wspólne opicie sukcesu, jeszcze raz pokazał światu krzywe zębiska, po czym ponownie potrząsnął sakiewką.
— Ja stawiam, proszę pana — teraz mnie stać, zdawał się mówić, gdy wyprostował się nagle i sztucznie nieco, zupełnie tak, jakby pragnął odwzorować pozy, które przyjmował sam Cornelius w trakcie swego przemówienia. Najwyraźniej wsparcie polityka naprawdę dodało mu skrzydeł i tylko podjudziło i tak wielki płomień arogancji, który pchał go dotychczas przez życie i który to zmusił do wplątania się w rozmowę w Preen Manor, wbrew ostrzeżeniom starszego kolegi. Właśnie, gdzie był Bagnold? — Jasne, jasne. Pańskie słowo droższe pieniędzy, będę czekał — skłonił się ponownie, na pożegnanie, po czym wyprostował się, szybkim ruchem zerwał sobie z głowy czapkę i wychylił zza Corneliusa, by w podobny sposób pożegnać również Valerie. — Mam nadzieję, że znajdzie pani ten jarmark równie pięknym, mademoisellepo czym odszedł sprężystym krokiem, pozostawiając Valerie właściwie samą sobie z reakcją na tę wymuszoną, przestrzeloną grzeczność... protegowanego (?) jej narzeczonego.
Pozwoliła więc wznieść pytające spojrzenie na Corneliusa, próbując powstrzymać się przed śmiechem. Morgan nie zrobił na niej dobrego wrażenia, lecz teraz, miast mieć go za agresywnego i nieobliczalnego, uznała, że człowiek ten nie przejawiał wielkiego intelektu, a to z kolei sprawiało, że mógł być bardzo prosto kierowany przez kogoś... Odpowiedniego. Póki był to Cornelius, nic jej nie groziło.
Pozwoliła więc poprowadzić się do dalszych kramów. Tam, szukając powodów do rozdzielenia, mężczyzna popełnił jednak błąd. Proponując rozejrzenie się i kupienie prezentu nie mógł mieć nawet cienia nadziei, że pani Vanity uniesie się dumą i skromnością, a następnie odmówi tej hojności. Co to, to nie.
— Ojej, pani Vanity, cóż za niespodzianka! — to tylko jeden z wielu głosów, które rozbrzmiewały w jej obecności. Handlarze błyskotek i futer postanowili zgromadzić się wokół niej, próbować zachwycić coraz to kolejnymi wyrobami. Valerie, czując się jak ryba w wodzie, oddała się ich zabiegom, chcąc jednak podjąć decyzję świadomie. I choć była wdzięczną klientką, grzeczną do szpiku kości i strącającą żal po nieudanej transakcji kilkoma ruchami rzęs, ostatecznie tylko jeden sprzedawca futer mógł pochwalić się tym, że Valerie wsunęła na ramiona oferowany przez niego towar.
— Co pan o nim sądzi? — zapytała, gdy Cornelius na powrót zjawił się u jej boku. Valerie wtulała właśnie policzek w kołnierz długiego futra ze srebrnego lisa, po czym obróciła się wokół własnej osi, prezentując je w całej okazałości. — Według mnie jest idealne. Nigdzie indziej, w całej Anglii czy nawet na Wyspach nie znajdę lepszego niż tutaj. Och, drodzy panowie, nosić je będę z dumą! Dziękuję za panów trud, ale niech panowie nie spoczywają na laurach! Mam śmiałość sądzić, że niedługo mogą się panowie spodziewać wzrostu pytań o takie cuda — perlisty śmiech wpadł wprost w kołnierz płaszcza, gdy rozradowana snuła swoje teorie. Och, z pewnością gdy pojawi się w tym futrze w Londynie, przynajmniej kilkanaście osób zada jej pytanie, gdzie je kupiła. A Valerie ochoczo odpowie, wskaże dni targowe w Shrewsbury, reszta stanie się sama.
Po zakupie futra Valerie i Cornelius jeszcze trochę bawili na targu. Spacerowali spokojnie wokół straganów, czasami sami zaczepiali sprzedawców, innym razem to sprzedawcy czy zwykli ludzie pragnęli skraść chwilę ich uwagi. Narzeczeństwo pozostawało przy tym cierpliwe i ciepłe, odpowiadając na pytania i słuchając wszystkiego, co ludzie pragnęli im przekazać. Gdy zrobiło się chłodniej, postanowili udać się jeszcze na obiad. Dopiero po nim zdecydowali się na podróż do Londynu. Dzisiejszy dzień był naprawdę wyjątkowy — przepełniony miłością do małej ojczyzny, uroczysty, a Sallow i Vanity na moment zatrzymali burzowe chmury gniewu, tak typowe dla krajobrazu Shropshire. W Shrewsbury nie było już bowiem na kogo się gniewać. Miasto było czyste, niedługo za jego śladem pójdzie reszta miasteczek i wsi.

| z/t x2


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Shrewsbury [odnośnik]25.05.22 23:42
7 maja?

Promienie słońca po raz pierwszy od dawna przedarły się przez zachmurzone niebo, ale cmentarz na obrzeżach Shrewsbury nadal wydawał się posępny. Cornelius nie znosił deszczu i błota, ale tutaj akurat wolał bywać w niepogodę. Lubił, gdy ulewa odzwierciedlała jego własny stan ducha podczas odwiedzin w rodzinnym mauzoleum, choć w młodości te wizyty były mu zupełnie obojętne. Swojej babki nie pamiętał, a dziadek był surowym człowiekiem - kimś, kogo się bał i szanował, kto nauczył go wiele o życiu, ale za kim nie tęsknił.
Wizyty w rodzinnym mauzoleum Sallowów zaczęły naprawdę boleć dopiero po śmierci Solasa i dopiero wtedy zaczął przychodzić tutaj częściej i z własnej woli, a nie na pokaz. Bolały też trochę ze względów praktycznych - kamienny budynek powstał za czasów świetności rodziny, kilka wieków temu, zanim stracili sporo majątku. Wymagał remontu i regularnego czyszczenia, ale czasy były tak złe, że już nawet dumny ojciec odwlekał ten wydatek. Ostatnią małą fortunę wydali na złote napisy upamiętniające Solasa - mogłyby być po prostu pozłacane, to pozwoliłoby rodzicom utrzymać więcej służby w domu, ale Sallowowie nie uznawali połśrodków. Cornelius też nie, nie gdy chodziło o najbliższych.
Nie przywiązywał się w życiu do wielu osób, to słabość, ale sam wydałby ostatnie oszczędności aby zapewnić bratu najdostojniejszy pochówek - pomimo gorzkiej świadomości, że Solasa najprawdopodobniej by to nie obchodziło. Brat był od niego bardzo różny, ale Cornelius przywiązał się do niego obsesyjnie gdy był jeszcze dzieckiem - nie wybrał tej miłości, tak jak egoistycznie wybrał Laylę i pragmatycznie Valerie.
Kiedyś bywał na tym cmentarzu często - samotnie, wieczorami, wtedy rodzice jeszcze się do niego nie odzywali. Relacje z nimi też nadwyrężył dla Solasa, dla jego niewypowiedzianego ostatniego życzenia. Choć, podobnie jak oni, najchętniej widziałby Jade za kratami, nie mógł zignorować wyczytanej w jej umyśle prawdy. Śmierć Solasa nie była morderstwem - choć, zdaniem Corneliusa, pozostawała jej winą. I choć był bezlitosny gdy kogoś o coś obwiniał (liczy się przecież efekt, a nie intencja, Cornelius był mściwy i nie wybaczał nawet nieświadomych błędów) to miał gorzką świadomość, że brat chciałby dla Jade względnie szczęśliwego życia, a nie więzienia. Dzisiaj mógłby już iść na cmentarz z ojcem. Zawód, jaki sprawił rodzicom podczas procesu Sykes zbladł w obliczu starań o odbudowę pozycji rodziny, ustabilizowania sytuacji w Shropshire, sukcesów wojennych, otrzymanych w kwietniu medali. Żaden z nich nie poruszył jednak tej kwestii, matka nadal miała złe dni i wierzyła, że Solas nie wrócił jeszcze z wyprawy a Ameryce Południowej, a Valerie Cornelius nie chciał tutaj brać, jeszcze nie.
Jak zawsze, wszedł do mauzoleum sam - zaufanemu człowiekowi (ostatnio dbał o swoje bezpieczeństwo i nie ruszał się z domu całkowicie sam) kazał poczekać przy bramie cmentarza.
Gdy znalazł się w środku, uderzyło w niego, że nie potrafi sobie przypomnieć kiedy ostatni raz tu był. Niegdyś starał się przychodzić regularnie, ale potem wybuchła wojna, miał sporo pracy, bariera teleportacyjna i awaria Fiuu nie ułatwiały podróży i...
...przełknął ślinę. Potrafił oszukiwać wszystkich, ale trudniej było mu kłamać przed samym sobą. Bywał wielokrotnie w Shropshire, mógł tu po prostu przyjść. Mógł znaleźć czas.
Po prostu nie chciał.
-Dawno mnie tu nie było. - westchnął do złotych liter układających się w imię brata, przeczesując palcami włosy. Trochę nerwowo.
Nie przyniósł kwiatów, nie zapalił świeczki. To puste gesty, a on nie przychodził tu dla gestów. Przychodził, bo chciał o nim pamiętać. Przychodził, bo podobnie jak własna matka nie potrafił zrezygnować z nadziei, że kiedyś jeszcze go zobaczy - choć doskonale wiedział, że brat nigdy nie zostałby duchem. On zawsze był ciekaw wszystkiego i nigdy niczego się nie bał. Nie zostałby po tej stronie. A nawet jeśli, to nie objawiłby się w rodzinnym mauzoleum, było tyle miejsc, które kochał bardziej. Biblioteki, lasy, cholerne Lancashire.
Cornelius nie mówił zatem do ducha, nie mówił do symbolu - ale chciał się odezwać, chyba do własnych wspomnień. Udowodnić sobie, że o nim nie zapomniał i nigdy nie zapomni. Że wcale się nie zmienił, że nie zmieniło się to, co między nimi.
Pamięć była w końcu w życiu najważniejsza.
-...nie przychodziłem, bo... - westchnął, z trudem (co było do niego niepodobne) cedząc przez zęby słowa. ...miałem wrażenie, że byś tego wszystkiego nie pochwalał. - wyrzucił w końcu z siebie, gwałtownie opuścił dłoń i wcisnął ręce do głębokich kieszeni płaszcza. Odruchowo zacisnął palce na różdżce - ten gest, umożliwiający czytanie cudzych emocji, był już jego drugą naturą. Dotyk drewna pau ferro koił, przypominał, że Cornelius miał kontrolę. Teraz już się nie liczył - nie było tu Solasa, nie było tu nikogo. Nawet za życia, Sallow nie czytał zresztą jego emocji dopóki tamten nie przyprowadził do domu Sykes - dopiero wtedy spróbował i do dzisiaj żałował, uczucia brata przy tamtej kobiecie były porównywalne do najmocniejszych emocji jakie Cornelius kiedykolwiek wyczuwał (samemu nie doświadczał ich nigdy - tylko u innych), zupełnie do niego niepodobne, irracjonalne. Naprawdę, wolałby nie wiedzieć. Może to przez to, że odczytał wtedy jego emocje, do głowy przychodziły mu teraz głupie myśli?
Na przykład - oczekiwał, że pomimo upodobania do nauki i braku zainteresowania polityką, Solas wsparłby wysiłek wojenny, zachował się rozsądnie i budował wraz z nim pozycję rodziny. Odkładając na bok personalne upodobania czy zainteresowania, żyli w końcu w przełomowym momencie dziejów. Głupią myślą było wspomnienie krótkiej rozmowy z Jade po sympozjum naukowym - dała mu wtedy do zrozumienia, choć nie wprost, że nadal pozostaje w przeklętym Lancashire. Może z wygody, może z przywiązania, ale niektórzy Sykesowie pozostawali lojalni Ollivanderom. Zdrajcom.
Cornelius pragnął wierzyć, że - gdyby żył - jego brat nie byłby ślepym idiotą, ale z drugiej strony Solas Sallow zakochał się w Jade Sykes. Już raz okazał się ślepym idiotą, kosztowało go to życie, a Cornelius nie umiał jemu - i sobie, przede wszystkim sobie (Solas zawsze robił na przekór ojcu, ale może młodszego brata by posłuchał, może powinien być bardziej stanowczy, może powinien zastraszyć Jade przed ślubem albo dosłownie się jej pozbyć albo znaleźć jej upokarzające sekrety) wybaczyć.
-Powinno być inaczej. Powinieneś tu ze mną być. - westchnął z nieukrywanym, intensywnym i niepodobnym do siebie żalem. Solas powinien żyć, powinien ograniczyć swoje ryzykowne wyprawy, powinni budować pozycję razem, Cornelius potrzebował przecież starszego brata, ostatnio brał na swoje ramiona coraz więcej i ciężar ciążył mu coraz bardziej. Potrzebował też być może głosu sumienia, a tym zawsze był dla niego Solas - potrzebował usłyszeć, że nie robi nic złego, że to wszystko to wyższa konieczność, że działa na chwałę rodziny. Próbował sobie to wyobrazić, ale problem w tym, że nie potrafił wyobrazić sobie Solasa przyciśniętego do ściany przez polityczną zawieruchę dziejów. Potrafił wyobrazić sobie jedynie brata, którego pamiętał : przenikliwie inteligentnego, irracjonalnie odważnego i - pomimo pewnego wycofania w stronę run i klątw - wrażliwego na cudzą krzywdę. To chyba dlatego Cornelius przychodził tu coraz rzadziej - powoli zaczynał się bać brata z własnych wspomnień. Gdy urodził się Marcelius, też ograniczył kontakty z bratem, wymawiając się pracą - to wtedy bał się w ten sposób po raz ostatni, bo Solas jako jedyna osoba na świecie był zdolny domyślić się jego sekretu i (co było jeszcze straszniejsze) był zdolny namówić Corneliusa do rzeczy właściwych i odważnych. Jedno słowo brata, a jeszcze nie odszedłby od Layli i Marceliusa - jakie szczęście, że Solas nigdy o nich nie wiedział. Cornelius zacisnął mocniej szczękę, nie chciał tutaj o nich myśleć (jakby bał się, że Solas dowie się teraz, z zaświatów, mogąc czytać mu w myślach) - ale wtem coś przerażająco trzasnęło, a Sallow odruchowo cofnął się o krok - w stronę wyjścia z mauzoleum, które zagradzał teraz własnym ciałem.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Shrewsbury [odnośnik]09.06.22 0:26
Hep! Świat się zakręcił wokół niego, coś ścisnęło go w żołądku. Miał już dość, nie wytrzyma. Tego wszystkiego było zbyt wiele, nie panował nad niczym — obezwładnił go strach, czy w ogóle kiedykolwiek wróci do domu. Umazany ludzką krwią, która wywoływała w nim największe obrzydzenie i najgorsze wspomnienia, ze zwichniętym barkiem, na który upadł tuż pod końskie kopyta wpadł w kolejny środek niewiadomej. Był w rozpaczy. Aportował się w progu kamiennego grobowca, choć nie od razu zorientował się, gdzie właściwie się znalazł. Zacisnął mocno zęby, choć zebrało mu się na pełen boleści jęk. Z przezorności, a może bardziej ze strachu, który zaciskał się wokół jego trzewi, podniósł się prędko, choć chwiejnie i zatoczył do środka, czując, że póki nie dojdzie do siebie może to właśnie tu odnajdzie bezpieczeństwo. Przed chwilą o mało nie zginął, nie mógł pozwolić sobie na sekundy bezczynności. Ból promieniował na całą rękę, palił żywym ogniem z każdą chwilą coraz bardziej. Chciało mu się wymiotować. I to na kilka sekund przed tym, jak zejść miał tu jego największy koszmar. Wypuścił soki żołądkowe zmieszane z żółcią i resztkami śniadania na jeden z pomników, nie będąc w stanie już powstrzymać wiercącego uczucia w żołądku. Kroki zmusiły go do ukrycia — za wyciosanym w jakimś wyjątkowym kamieniu pomniku. Przylgnął do ściany, oddychając ciężko. Złapał się za bark, próbując wymamrotać pod nosem prośbę do Merlina, Morgany, bogów, duchów — do wszystkich, byle tylko zabrali go stąd do domu. Kiedy kroki ustały otworzył oczy, orientując się, gdzie się właściwie znalazł. W grobowcu. Obleciał go strach, że jeśli ten człowiek stąd wyjdzie, utknie tu na zawsze. Zastanawiał się, czy zerwać się i wybiec stąd, ale coś go powstrzymało; jakieś przeczucie. Nigdy nie był w miejscu takim jak to i choć uśmiechały się do niego złote, a może pozłacane? litery, nie myślał nawet o kradzieży, a o tym, by wyjść stąd jak najszybciej.
I wtedy ujrzał te litery, jak przestają być tylko zlepieniem liter z drogocennego kruszcu, a stają się nazwiskiem. Znienawidzonym i kochanym jednocześnie. Krew odpłynęła mu z twarzy. To niemożliwe, pomyślał, ale usłyszał jego głos i był już pewien, że nie wyjdzie stąd żywy. Nie dotarł do niego sens jego słów, nie od razu. Krople potu zrobiły czoło, a jednocześnie wstąpiła w niego potworna złość. Może wyjść mu naprzeciw, może zaatakować. Nie miał ze sobą żadnego ostrego przedmiotu, tylko różdżkę; pachniał słomą. Ta czkawka wyrwała go z pracy, przerzucał siano.
Kogoś stracił.
Wiedział, co zrobiłby jego brat. Odpowiedziałby mu głosem ducha, próbując nastraszyć. Ale Sallow by się nie nabrał na to. Miał ochotę zrobić to samo, zadrwić z niego tylko po to, by sprawić mu ból, ale jednocześnie bał się, że tego nie przetrwa. Szala uczuć szybko przechylała się w kierunku gniewu; za to, co im zrobił, co zrobił jemu. Za to, co zrobił Marceliusowi. Był potworem, zasługiwał na śmierć. Zasługiwał na to, żeby ktoś go upokorzył.
— Wiem — odpowiedział mu zanim dobrze pomyślał, analizując wszystkie aspekty swojej fatalnej sytuacji. Wyciągnął z kieszeni różdżkę, zacisnął ją w dłoni. Wykonał lekki ruch nadgarstkiem, w myślach przywołując zaklęcie Kameleona.



Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Shrewsbury [odnośnik]09.06.22 0:26
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 55
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Shrewsbury [odnośnik]26.06.22 6:11
Powinieneś tu ze mną być. Przymknął na moment oczy, smakując te słowa i wyobrażając sobie, że wszystko jest tak, jak dawniej.
Dwóch chłopców bawiących się pod rodzinnym gobelinem, starszy opowiadający łagodnym głosem o cudach Hogwartu, młodszy z oczyma szeroko otwartymi ze zachwytu. Solas wydawał się urodzić z naturalną charyzmą, Cornelius całe życie się jej uczył. Gdy dorośli, to młodszy brat brylował na salonach i potrafił oczarować każdego pochlebstwami, Solas zmarnował swój dawny urok na siedzenie wśród ksiąg i goblinów - ale to od niego Cornelius nauczył się łagodnych uśmiechów i miękkiego tembru głosu. Przecież nie od ojca - choć to surowe spojrzenie Tiberiusa przychodziło mu naturalniej.
Dwóch Krukonów w szkolnej bibliotece, Solas odgarniający z czoła długie włosy i niezauważający uśmiechów pięknych dziewcząt, Cornelius całkowicie przez nie ignorowany i zapamiętujący każdy szczegół ich mundurków. Nieregulaminowo zapięła bluzkę, notował w pamięci, by donieść o tym prefektowi - kilka lat później samemu został prefektem i z upodobaniem pilnował pedantyzmu szkolnych mundurków.
Dwóch braci przy rodzinnym stole, to przecież nie wina Corneliusa, ojcze, podniesiony głos Solasa i lodowata mina Tiberiusa, nikt nigdy nie odzywał się tak do ojca, a przerażony Cornelius był mu tak cholernie wdzięczny. Nie pamiętał już nawet za co, ojciec nigdy nie był usatysfakcjonowany i zawsze robili coś nie tak, ale Solas nigdy się go nie bał. Niczego się nie bał i to go zgubiło.
Wiem. - Solas nie bałby się też duchów, ale Cornelius prawie podskoczył z zaskoczenia i strachu.
-Słucham...? - wyrwało mu się z mieszanką lęku i irracjonalnej nadziei, ale jego umysł od razu zaczął pracować na najwyższych obrotach. A myśli pognały w stronę wniosków, których Sallow wcale nie chciał wysnuć - a teraz musiał.
Musiał uświadomić sobie, że na myśl o powrocie starszego brata poczuł nie radość - a strach. I niezręczną świadomość, że może wcale nie powinien tu być.
Nie powinien też spłonąć żywcem, rzecz jasna. Corneliusowi do dziś było niedobrze, na samą myśl. Kochał brata, mocniej niż to rozsądne. W dzieciństwie był szczęśliwy tylko przy nim. Zrobiłby dla niego wszystko. Przez kilka lat nie rozmawiał z własnymi rodzicami, bo próbował spełnić jego ostatnie niewypowiedziane życzenie i nie mścić się na Jade.
I właśnie dlatego Solas nie powinien wracać - uświadomił sobie Cornelius z goryczą, od której zrobiło mu się niedobrze. Bo teraz Cornelius był przecież szczęśliwy, bo dzięki służbie Czarnemu Panu osiągnął więcej niż mógłby sobie wymarzyć, bo miał zamiar sięgać po jeszcze więcej, bo po śmierci starszego brata i niedawnym pojednaniu z rodzicami został dziedzicem Sallow Coppice, bo obiecał Valerie wygodne życie w Shropshire. Czy byłby zdolny zabijać rebeliantów i legilimnować publicznie szczeniaka w Parszywym Pasażerze z myślą, że jedyna osoba jaką w życiu szanował może się o tym dowiedzieć? Wiedział, że nie. Wiedział, że wystarczyłoby rozczarowane spojrzenie brata, a jeszcze zrobiłby coś honorowego i poślubiłby Laylę - właśnie dlatego, przezornie i starannie, utrzymywał jej istnienie w tajemnicy nawet przed nim.
Wiedział też coś jeszcze. Że Solas nie miał takiego głosu i że nigdy by go świadomie nie wystraszył. Wiedział, jaki jest Cornelius, wiedział, że jest tchórzliwy i nie ma poczucie humoru. I przecież też go kochał.
Gdy to do niego dotarło, zacisnął ze złością usta. Czy to inny, złośliwy duch?
-Kim jesteś? - sięgnął po różdżkę, choć w jego mocy nie leżało zaklęcie przepędzające duchy. Duch jednak nie musiał o tym wiedzieć. -Przedstaw się, rozmawiasz z dziedzicem rodziny. - zażądał władczo, dumnie unosząc podbródek na wypadek gdyby duch jakiegoś przodka nie wiedział, z kim rozmawia. Może zbyt dawno go tu nie było, ale nie powinni zapomnieć pieniędzy, jakie wyłożył na pozłocenie grobu Solasa. Był człowiekiem mściwym, kilka takich wybryków, a opóźni remont mauzoleum i konserwację nagrobków (jeszcze bardziej, bo na razie i tak nie miał na niego pieniędzy).
Rozejrzał się, chcąc dostrzec kapryśnego ducha, ale zobaczył coś innego. Plamę na jednym z pomników, nie patrzył wcześniej w tamtą stronę. Postąpił o krok do przodu i wtedy poczuł też zapach - ohydny, chyba wymiocin, na pewno nie stęchlizny.
Nie duch, a człowiek?
Wytężył w ciemności spojrzenie, rozglądając się po całym grobowcu, tak jakby chciał zauważyć ducha i chcąc dostrzec intruza. Na razie nie powiedział nic więcej, nie zdradził się z oburzeniem. Niech myśli, że nadal wierzy w obecność ducha - to dawało mu przewagę, gdy kalkulował w głowie, co robić teraz. Nie wiedział, czy to włóczęga czy zamachowiec, a Dirk czekał za bramą cmentarza. Obiecał sobie w myślach, że już nigdzie nie ruszy się bez ochroniarza.

spostrzegawczość I


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Shrewsbury Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Shrewsbury
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach