Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Szopa
AutorWiadomość
Szopa [odnośnik]05.01.22 18:11

Szopa

Szopa (zwana również składzikiem), to niewielka, przycupnięta za domem konstrukcja, w której znaleźć można zarówno drewno na opał, jak i uszkodzone przedmioty użytku codziennego, które Everett obiecał sobie naprawić, kiedyś. Sporadycznie przemienia się w azyl dla rannych magicznych stworzeń.
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896

Powrót do góry Go down

1.02.1958
Znajdowała się już prawie przy wschodnim trakcie, zbliżając się do niego nazbyt pospiesznym krokiem, nie śledząc ścieżki, zamiast tego grzebiąc w przerzuconej przez ramię torbie. Upewniała się, czy zabrała wszystko, co mogłoby się jej przydać, choć o ile znała garborogi, to nic z posiadanych rzeczy jej się nie nada. Te stworzenia nie odnosiły zazwyczaj na tyle poważnych obrażeń, by istniała konieczność interweniowania. Mogła a to dostarczyć mu trochę jedzenia i suplementów, zanim spróbuje się dowiedzieć co też z tym stworzeniem należy począć i przede wszystkim należało zacząć się zastanawiać gdzie jest jego matka. Włóczykij, który właśnie dzielnie utrzymywał się na jej ramieniu, zaskrzeczał ostrzegawczo i zanim kobieta zdążyła zarejestrować jego intencje, potknęła się o wystający korzeń i zaczęła ponownie złorzeczyć, co robiła już chyba od początku swojej drogi, zaczynając od momentu w którym dotknęła lewą stopą podłogi przy wstawaniu z łóżka po brutalnej pobudzce. Prawdopodobnie wyklęła już wszystko wokół, łącznie z każdą rośliną spotkaną na swej drodze, sowy również nie oszczędzając. Była strzępkiem nerwów, a miała wystarczająco dużo czasu, by jej mózg pokrył się wystarczającą ilością czarnych myśli.
Widząc Everetta, od razu zlustrowała go czujnym wzrokiem zmęczonych oczu, szukając ewentualnych obrażeń i zranień po spotkaniu z garborogiem. Nie było szans, by przyznała się do tego, że po odczytaniu dostarczonego zaledwie przed godziną listu, pierwszą jej reakcją była obawa o mężczyznę, a nie o samo zwierzę, czy o kolejną nieprzespaną noc. Zmartwienie jednak prędko znikło z jej oczu, gdy tylko zdążyła pobieżnie ocenić, że wszystko jest z nim w jak najlepszym porządku. W tej chwili na twarzy kobiety próżno już było szukać współczucia wobec zaistniałej sytuacji, ba, wróciła do swoistej roli wiecznej zrzędy. – Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz, gdy w środku nocy zmuszasz mnie do opuszczenia łóżka – mruknęła niechętnie w ramach ambiwalentnego przywitania, unosząc wyraziście brew, która teraz kontrastowała z podkrążonymi oczami. Nie sypiała często, a jeżeli jej się to udawało, to i tak toczyła we śnie wojny z własnymi koszmarami, jednak każdy sen był lepszy niż żaden, a akurat tej nocy udało jej się zmrużyć oczy. Szkoda, że jedynie na chwilę. Okryła się szczelniej płaszczem, próbując w ten sposób uporać się z zimnem, które dokuczało jej szczególnie poprzez brak czasu na aklimatyzację. Burknęła pod nosem jakieś mało zrozumiane przekleństwo wiążące tę absurdalną sytuację z parszywym znęcaniem się losu i uniosła głowę, zmuszając go poniekąd do skrzyżowania spojrzeń, a potem…  Potem trzepnęła go dłonią w ramię, nie szczędząc sobie na sile. – Nie mogłeś napisać od razu w liście, że nie odniosłeś żadnych obrażeń i będziesz mógł pracować? – Słowa opuściły jej usta w pełni surowym, ganiącym tonie. W porządku, może i jedynie pracowali ze sobą, a Evelyn nigdy nie wchodziła w sferę prywatną, a przynajmniej się starała, ale teraz to było coś zupełnie innego - coś mogło się stać i mogło być to coś na co sama nie mogłaby zaradzić mając dwie lewe ręce w temacie uzdrawiania. Naburmuszyła się jeszcze bardziej niż wcześniej i raczej próżno było szukać w tym logiki, ot była rozeźlonym, na wpół obudzonym człowiekiem, któremu nic się w tym momencie nie podobało i dla którego każdy powód był dobry do dramatyzowania – ot większa wersja dziecka w fazie buntu w stosunku do rzeczywistości. Sama już nie wiedziała skąd w niej te wszystkie emocje, ale mogła od ręki zrzucić całą winę na Everetta, sam był sobie winien od momentu, gdy postanowił ściągnąć sobie na głowę kruczowłosą.
Przestąpiła z nogi na nogę, wypuszczając powietrze przez lekko rozchylone usta i obserwując uciekający, nietrwały obłoczek pary. Ewidentnie coś się jej nie podobało, podminowanie aż z niej biło. – Chodźmy – zachęcająco wskazała ręką kierunek, choć po prawdzie w tym przypadku z zachętą miało to niewiele wspólnego, a i znajomość terenu również nie była jej najmocniejszą stroną, więc ostatecznie mogli obrać zupełnie inny kierunek. – Opowiedz też od razu jakim cudem garboróg zmienił swoje położenie z domu na szopę. Podejrzewam, że nie zareagował na prośbę o opuszczenie terenu, a więc…? – przeciągnęła wyczekująco ostatnie słowo. Chciała, by Everett rozwinął całą historię i bójcie się narody, jeżeli coś z niej wprawi kruczowłosą w złość. Owszem, rozumiała brak logicznego myślenia w zetknięciu z magicznymi stworzeniami, aczkolwiek znała również mężczyznę i wiedziała jaką ma wiedzę w temacie stworzeń magicznych. Garborogi były agresywnymi przedstawicielami flory, a w dodatku odznaczały się wyjątkową odpornością na zaklęcia i wiek stworzenia niewiele tu zmieniał. Martwiła się teraz nie tylko o młode, które spoczywało w składziku, ale też i o matkę, która w najlepszym przypadku była gdzieś w okolicy, a w najgorszym była łupem dla kłusowników. Rogi tych zwierząt były dla niektórych ludzi cenniejsze od życia stworzenia i to było w tym wszystkim najbardziej odrażające.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Scots have long memories, and they're not the most forgiving of people
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Szopa Fa484be46e45f7eeef9d75f70a8a4e6e
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]21.01.22 21:20
Dopiero po tym, jak posłałem do Despenser swój nieco pokraczny list, zacząłem intensywnie zastanawiać się, czy to na pewno dobry pomysł, żeby ją tu teraz ściągać. Potrzebowałem pomocy, to nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, lecz przecież – był środek cholernie mroźnej nocy, a tereny wokół Gawry nie należały do najbezpieczniejszych. Jeśli nawet zwykle zachowujące odpowiedni dystans garborogi zaczęły zapuszczać się tak blisko, bliżej niż kiedykolwiek, kogo miałem ujrzeć za oknem następnym razem? Pieprzonego gryfa? Nie żebym miał coś przeciwko gryfom, bardzo dostojne stworzenia, ale przecież musiałem zapewnić Jarvisowi spokój i bezpieczeństwo; to było dla mnie najważniejsze na całym tym coraz dziwniejszym świecie. Z niesmakiem spoglądałem więc prawdzie w oczy, już dawno powinienem obłożyć dom zabezpieczeniami, jednak zawsze coś stawało mi na drodze – jeśli nie lenistwo czy brak funduszy, to uparta wiara, że nikt nas tu nie znajdzie, a natura nigdy nie zwróci się przeciwko nam. Teraz byłem już pewien, musiałem ten temat ruszyć i to szybko.
Lecz najpierw czekała mnie pogawędka z Evelyn. Domyślałem się, w jakim będzie stanie, jeszcze zanim żwawym krokiem dotarłem na skraj lasu, bezbłędnie odnajdując właściwą trasę ku wschodniemu traktowi; zasypane śniegiem czy nie, okoliczne ostępy nie miały przede mną tajemnic, wszak traktowałem je jak własne podwórko, tylko takie trochę większe niż przeciętne. Dlatego gdy już ujrzałem sylwetkę czarownicy – zajętej grzebaniem w torebce, z Włóczykijem na ramieniu – nie odczułem zaskoczenia. Poufałym gestem powitałem się ze skrzeczącą cicho sową, by niewiele później wznieść różdżkę nieco wyżej, skąpać twarz gościa w bladym, sączącym się z drewienka świetle Lumos i objąć ją uważnym wzrokiem. Ewidentnie zmęczona, pewnie też w jakimś stopniu zirytowana moją zuchwałą prośbą, lecz niewątpliwie czujna, nie tracąca rezonu.
Ciebie też dobrze widzieć, Evelyn – odpowiedziałem na cierpkie, ubrane w specyficzne słowa powitanie, nie uginając się pod ciężarem kobiecego spojrzenia. Zawadiacki uśmiech, który początkowo wygiął moje usta, zaczął blednąć w obliczu mniej lub bardziej świadomych gestów; tu wymowne poprawienie płaszcza, tam gniewne mamrotane pod nosem... Co ona mówiła? Przeklinała? Musiała zmarznąć. Zanim zdążyłbym ją jednak przeprosić – albo zaproponować, żeby pociągnęła z wyjmowanej zza pazuchy piersiówki – nagle zadarła głowę do góry, bezbłędnie odnajdując moje tęczówki swymi, i bezceremonialnie zdzieliła mnie w ramię; mocniej niż ostatnim razem, musiałem przyznać, silniejsze było jednak zdziwienie niż ból. – Ała – oznajmiłem z udawanym wyrzutem, przyglądając się jej nieco uważniej, ostrożniej. – Trenowałaś? – Nie do końca rozumiałem, o co chodzi. Była aż tak zła? Bo przecież nie podejrzewałem, by emocje, które mogła odczuć po zapoznaniu się z treścią otrzymanej notatki – w grę wchodziło przecież życie młodego garboroga, kto by się nie przejął? – miały cokolwiek wspólnego z moją skromną osobą. – Ja... – Trochę mnie zatkało. Nie pomyślałem o tym wcześniej, kiedy kreśliłem ten list. Że mógłbym chociaż dodać dwa słowa na temat tego, czy byłem cały i zdrów. Z drugiej jednak strony – gdyby tak było, gdybym został ranny i sam potrzebował ratunku, to czy nie dałbym znać? – Słuchaj, Evelyn. Przepraszam, że napisałem o takiej nieludzkiej porze, ale nie znam nikogo innego, kto mógłby mi z tym pomóc. A boję się, że każda godzina, minuta, jest na wagę złota – zacząłem na tyle spokojnie, na ile potrafiłem; czułem jej nerwy, poniekąd udzielały się i mnie. Doskonale zdawałem sobie jednak sprawę z faktu, że na nie zasługuję. I chciałem zrobić coś, cokolwiek, żeby odgonić choć część czarnych chmur, które zdawały się zbierać nad jej głową. Dosłownie i w przenośni. – Jestem niezwykle wdzięczny, że przebyłaś ten szmat drogi, fasolki są mi świadkiem... Będę w stanie pracować, nie spóźnię się ani minuty. Nie zostawiłbym cię samej z tym wszystkim – zapewniłem z powagą, zupełnie jak nie ja, jednocześnie próbując rozszyfrować jej lśniące w blasku różdżki wejrzenie. Wyobrażałem sobie, że będzie ciskać we mnie gromy, ale nie podejrzewałem, że akurat z takiego powodu. – Napij się, dobrze ci to zrobi – mruknąłem jeszcze, wyciągając ku niej wypełnioną miodem buteleczkę. I na nerwy, i na wszędobylskie mróz, tego jednak nie powiedziałem już na głos.
Nie oponowałem, gdy zażyczyła sobie ruszyć z miejsca. Nie było sensu zwlekać, rozmowę kontynuować mogliśmy w drodze. Skinąłem więc tylko głową, skołowany i niepewny, czy było cokolwiek, co mogłem jeszcze powiedzieć, by rozładować napiętą atmosferę, po czym obrałem zupełnie inny kierunek niż ten, który wskazała Evelyn. – Tędy – wyjaśniłem krótko, pakując jedną z dłoni do kieszeni płaszcza, drugą wciąż operowałem różdżką tak, by oświetlić nam ścieżkę. Choć znałem tę okolicę niemalże na pamięć, tej nocy byłem szczególnie wyczulony na choćby najcichsze szelesty i pohukiwania. Za nic nie chciałbym teraz wpadać na inne garborogi. Albo coś jeszcze gorszego. – Jak tylko obudziłem się i zorientowałem, że do środka domu próbuje dostać się garboróg, napisałem do mojego kuzyna... – podjąłem cicho, odruchowo chowając brodę w splotach wełnianego szalika. Spojrzałem ku niej kątem oka, starając się iść blisko, lecz nie zbyt blisko, żeby przypadkiem nie zasłużyć na kolejnego kuksańca. – Sprawdziłem okolicę zaklęciem. Był jedynym, który kręcił się dookoła. Za wszelką cenę starał się dostać do środka, pewnie w poszukiwaniu pożywienia... Zranił się o wybite okno. Jayden pomógł mi go oszołomić, a później przetransportować do szopy. Nadal śpi, pewnie nie wybudzi się jeszcze przez wiele długich godzin, trafiły go dwie wiązki. Nie wiem, co dalej. Muszę napisać list do Ollivanderów, wątpię, żeby to był odosobniony przypadek. – Wzruszyłem ramieniem, nie przypominając tego Everetta, którym byłem na co dzień. Zależało mi na tym, żeby maluch doszedł do siebie, żołądek skręcał mi się w supeł na myśl, że nie możemy nie dać rady mu pomóc. Lecz nawet jeśli odzyska siły, co później? – No już nie bocz się na mnie – dodałem po kilku minutach nieprzyjemnej ciszy, odważnie spoglądając w dół, ku groźnej twarzy Evelyn; może i była ode mnie niższa, lecz potrafiła robić naprawdę straszne miny.
Everett Sykes
Zawód : wagabunda
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

You hate my bad behavior
You cut my loosened tongue

OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 16
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9528-everett-sykes#289810 https://www.morsmordre.net/t9569-freya#291015 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f356-lancashire-forest-of-bowland-gawra https://www.morsmordre.net/t9570-skrytka-bankowa-nr-2189#291016 https://www.morsmordre.net/t9530-jareth-everett-sykes#289896

Powrót do góry Go down

Re: Szopa [odnośnik]22.01.22 23:44
Pozwoliła sobie na bycie urażoną malkontentką, niebywale dobrze wpasowując się w definicję, szeregując pod jej zasady. Nie była jednak okrutna, nie zostawiała innych w potrzebie, nie zastanawiała się nad słusznością sprawy, bowiem jeżeli była gdzieś potrzebna, to właśnie tam zmierzała. Nieważne jak byłaby zmęczona, jak bardzo przygotowywała się do nadchodzącej pełni, jak bardzo bała się tego, co za trzy dni zacznie dziać się z jej ciałem. Była, ponieważ Everett uznał, że jest potrzebna i nie miała zamiaru go zawieść, być winną kolejnej śmierci niewinnego stworzenia. Możliwe, że jej upór był zwyczajnie głupi i niepotrzebny, ale od lat miała wrażenie, że zawiodła wszystkich z kręgu najbliższych – brata, rodziców i Ezrę, który nie miał teraz prawa pamiętać o jej istnieniu. Przez to, że ich zawiodła, że kroczyła własnym szlakiem, teraz musiała parać się z własnymi demonami, z własną chorobą, która z miesiąca na miesiąc co i raz bardziej mieszała w jej własnej głowie. Wojna, która toczyła się dookoła wcale nie pomagała w utrzymywaniu psychicznej stabilności, a Despenser dzień w dzień musiała myśleć o stabilnym zabezpieczeniu hodowli, tak na zaś, gdyby i ją spotkało coś niecodziennego, od szaleństwa spowodowanego przemianami, aż do śmierci na ulicy, gdy napatoczy się na czarodzieja silniejszego, który mógłby wyrządzić jej krzywdę. Życie bywało przewrotne. Everett jeszcze nie wiedział, że był jedną z dwóch osób, które na wypadek jej śmierci miały odziedziczyć jej ziemię i cały przychówek, wraz z Rufusem i Włóczykijem. Mogła jedynie wierzyć, że to, co zrobiła za jego plecami, postanawiając pozostawić po sobie właśnie taki testament, będzie posunięciem słusznym i rozważnym, nie tylko dla niej, ale też i dla zabezpieczenia przyszłości własnych znajomych, którzy teraz byli dla niej tymi najbliższymi, nawet jeżeli nie była gotowa im tego wyznać, próbując utrzymywać fason i surowość.
Oślepiło ją światło wydobywające się z różdżki mężczyzny. Blask, którego sama chciała uniknąć podczas wędrówki, by nie zdradzić własnej pozycji, czy to zwierzętom, czy innym stworzeniom, które mogły tam czyhać. Zbliżyła dłoń do czoła, tłumiąc blask i pomagając oczom w przyzwyczajeniu się do jasności otoczenia. W pierwszej chwili zupełnie nie przejmowała się gorzkimi słowami, które cisnęły jej się na usta. Prawdopodobnie nie przystało tak mówić kobietom, ale czy kruczowłosa kiedykolwiek wpasowywała się w normy otaczającego świata? Opuściła dłoń z wysokości czoła na bark, pozwalając Włóczykijowi przeskoczyć na jej ramię, a następnie przełożyła sowę w kierunku Everetta. Stworzenie od razu zrozumiało sugestię i bez szemrania, choć z cichym skrzekiem powitania, przeniosło się na bark mężczyzny. Nie chodziło tu wcale o to, że teraz było jej lżej o jakieś cztery, może pięć kilogramów, bardziej martwiła się swoimi wyczulonymi zmysłami, które obecnie były nadzwyczaj przewrażliwione, nawet w stosunku do własnej sowy.
Z niejaką ulgą przyjęła przywitanie, zupełnie jakby głos drugiej, żywej i w pełni świadomej osoby był jej ukojeniem. Nawet jeżeli sama strzelała gromami, choć myśli miała zasnute mgłą i brakiem pełnej świadomości, to naprawdę było jej lżej, że nie uraziła drugiej osoby wpół świadomie. Uśmiechnęła się krzywo, na tyle, na ile pozwalała jej obecna rzeczywistość, choć w tym uśmiechu dało się znaleźć coś niepokojącego, nad wyraz przerysowanego, dzikiego, ale majaczył w nim też zwyczajny smutek. – Można tak powiedzieć, za trzy dni pełnia – uciekła spojrzeniem na najbliższe drzewo. Nawet jeżeli próbowała utrzymać rezon, to głos jej się załamał. Perspektywa bólu, łamanych kości, rozrywanych mięśni i ścięgien wcale jej nie pocieszała, wręcz napawała lękiem. Nie chciała tego ujawniać, odkaszlnęła więc nieistniejącą gulę ściskającą gardło, jakby ton głosu zawdzięczała zimnu, a nie własnym obawom i przerażeniu na kolejny, ciężki dzień, który będzie musiała przetrwać. Obawiała się, że garborogiem będzie trzeba się zajmować dłużej, znacznie dłużej niż tyle, ile jej pozostało. Miała nadzieję, że będzie w stanie zamknąć cały temat w niecałe trzy dni, ale nie mogła być tego w stu procentach pewna. Kolejny punkt, który napawał ją niepokojem. Powróciła stalowoniebieskim spojrzeniem do tęczówek tak podobnych własnym i zmarszczyła brwi. – Everett, daj na wstrzymanie, uratujemy to zwierzęce dziecko – przybrała surowy wyraz twarzy, nie chcąc, by rozmowa zeszła na pułap wrażliwości, ktoś musiał zachowywać zimną krew i akurat wyszło na to, że najbardziej drażliwa osoba w tej parze przejmowała pałeczkę. Próbowała się rozluźnić, choć szło jej to niemrawo, ale widziała po mężczyźnie, po spięciu jego mięśni, mimice i postawie, że przejmował jej odruchy, co było w tym momencie zgubne i całkowicie zbędne. Nie chciała tak działać, zmuszać kogoś do chowania się pod maską, wprawiać w dyskomfort i dusić we własnym szaleństwie. Nie chciała widzieć takiej rzeczywistości, potrzebując, pragnąc normalności – żartującego mężczyzny, niekoniecznie wpasowujących się wtrąceń, braku ogłady i śmiałych odniesień. Chciała poczuć, że wszystko idzie własnym rytmem, że jest normalnie, jak zawsze i teraz musiała to naprawić, by tak się stało. – Doskonale wiesz, że nie chodziło mi o pracę, po prostu… Nie umiałabym ci pomóc, gdyby faktycznie coś ci się stało – skrzywiła się, niechętnie przyznając do własnej pięty achillesowej jaką było uzdrawianie. Co mogłaby zrobić gdyby garboróg wyrządził mu krzywdę? Magia lecznicza była dla niej niezwykle trudna, wręcz niemożliwa do pojęcia, może właśnie przez fakt, że sama po przemianach zaleczała się prędko, a nie miała innych okazji do przetrenowania własnych zdolności. Byłoby jej nadzwyczaj trudno pojawić się tu i patrzeć na ranę drugiego człowieka. Tak, jak wtedy, gdy sama została zraniona przez brata i nikt nie potrafił jej uleczyć na miejscu. Tak, jak nie mogła zapobiec śmierci przyjaciela, który kilka minut wcześniej zmarł na jej oczach. W dodatku teraz, przed pełnią, jej nos był całkowicie wyczulony na krew, nadwrażliwy do cna, różnica była taka, że teraz ludzka krew ją mdliła, w ciągu następnych dni miało się to drastycznie zmienić. Westchnęła cicho, przejmując ofiarowaną buteleczkę i pociągając solidny łyk. Odczuła rozchodzące się od jej przełyku, aż po resztę ciała, ciepło. Możliwe, że przy większej ilości podziałałoby i na nerwy, ale musiała zachować trzeźwość umysłu, przynajmniej aż obejrzy młodego garboroga. Z wdzięcznością oddała przedmiot właścicielowi, po czym na powrót wepchnęła dłonie w kieszenie, jakby się bała, że działanie napoju będzie jedynie chwilowe.
No tak. Bez słowa odwróciła się, pozornie zupełnie niezrażona obraniem błędnego kierunku. – Oczywiście, że to tam – mruknęła, udając, że przecież właśnie tam zamierzała iść od razu. Trzymała się blisko mężczyzny, próbując poruszać się rozważnie, choć bardziej przypominało to słonia w składzie porcelany, który co i raz musiał się potknąć, tak dla wprawy. Śledziła za to otoczenie z nadzwyczajną czujnością, poszukując znajomych miejsc, jakby źle się czuła wokół obcego otoczenia, jakby brak kontroli nad sytuacją wytrącał ją z równowagi. Zmarszczyła brwi na wzmiankę o kuzynie, bowiem chyba jeszcze o żadnym nie przyszło jej słyszeć. Zaraz jednak wyprostowała się nagle i pokręciła lekko głową, jakby odrzucając to pytanie i skupiając się na dalszym słuchaniu. Na koniec wyraziła swoją opinię lekkim prychnięciem, po czym zastanowiła się nad tym bardziej i wreszcie zatrzymała się butnie w miejscu, jakby coś do niej dotarło i na litość niebiańską, jakże teraz chciała się mylić. Trwała tak przez moment w bezruchu, analizując prawdopodobieństwo zdarzeń. Wlepiła spojrzenie w Everetta, który właśnie dodawał kolejne zdanie, a jego głos poniekąd wyrwał ją z rozmyślenia. – Nie boczę się, po prostu… Kim jest ten twój kuzyn, o którym przed chwilą wspominałeś? – zapytała z lekkością w głosie, choć w jej umyśle właśnie toczyła się wojna. Musiała się z tego wyrwać, niemożliwym było, że tyle lat nie wiedziała o powiązaniu między mężczyznami, a może wręcz przeciwnie – był to zwykły zbieg okoliczności i wpajała sobie własne myśli poprzez niecodzienne imię wywołanego mężczyzny. Musiała, koniecznie musiała zmienić temat, zanim wspomnienia powrócą wraz z bólem i przerażeniem, które spotkało ją na wrzosowisku. Zanim przypomni sobie ciało nieboszczki, swój upadek i wsparcie, które ofiarował jej nieznajomy. Musiała odwrócić swoją uwagę od faktu, że właśnie tam poległa jej psychika, to tam się załamała i nigdy już nie wróciła do roli wiecznie ignorującej rzeczywistość kobiety, którą interesuje jedynie czubek własnego nosa, przynajmniej w pierwszym wrażeniu. Potrzebowała uciec od tamtego dnia. – Sykes, czy ty się mnie boisz? – zapytała zwyczajnie, szukając go spojrzeniem. Merlin jeden wie, co jej przyszło do głowy, że wypowiedziała akurat takie pytanie, jednak potrzebowała oderwać myśli i skierować je w zgoła innym kierunku. Pomijając, że ten, który właśnie obrała wcale nie należał do tych najlepszych podczas obecnej rozmowy. Bała się odpowiedzi, choć poniekąd mogła się jej spodziewać. Nie miała zamiaru naciskać, aczkolwiek słowo się rzekło i nie była pewna, czy będzie jej dane usłyszeć stuprocentową prawdę.




It's in your nature to survive
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca aetonanów
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Scots have long memories, and they're not the most forgiving of people
OPCM : 13
UROKI : 8
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Szopa Fa484be46e45f7eeef9d75f70a8a4e6e
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Szopa

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach