Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kuchnia
AutorWiadomość
Kuchnia [odnośnik]09.01.22 19:15

Kuchnia z jadalnią

Wybitnie rzadko używane pomieszczenie; jego ściany wyłożone są beżowymi kafelkami, natomiast oprócz typowo kuchennych przyrządów znaleźć tu można jeszcze średnich rozmiarów drewniany stół z dopasowanymi krzesłami, służący za jadalniany kompleks, z którego pani domu praktycznie nie korzysta. Niedaleko chłodzącej szafki znajdują się drzwi prowadzące do ciasnej spiżarni.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]11.01.22 22:00
| 18 lutego '58

Fortuna dopisała przezornością; zdobyte w styczniu butelki szampana wciąż leniwie wylegiwały się w schładzanej szafce w kuchni, oczekując okazji do odkorkowania i przechylenia kilku kieliszków w odpowiedniej atmosferze, a przede wszystkim - w odpowiednim towarzystwie. Amelia nie poszukiwała tego typu relaksu w samotności, nie. Od kiedy na sklepowych półkach zabrakło ulubionych win, jej pełna zgryzoty atencja pognała w kierunku prozaiki przegotowanej wody, choćby tylko po to, by mogła odnaleźć w niej kolejny powód do narzekania na angielską codzienność. Codzienność znaną od niemal dziesięciu długich lat. Na próżno było tu teraz rozglądać się za puszkami herbat czy kawy, nawet o chleb stawało się coraz ciężej, z kolei jedynie ministerialna stołówka zapewniała nostalgię jeszcze nie tak dawnej żywieniowej swobody, z dni, których człowiek nie doceniał, uznając je za pewnik. Teraz - przynajmniej szampanem mogła ugościć nadchodzącą zgodnie z zaproszeniem Valerie.
O ile myśli pomknęły instynktownie w kierunku poczęstunku, okazało się, że rzeczywistość raptownie i to postanowiła zweryfikować, podkreśliwszy pustki w spiżarni i na kuchennych szafkach z gromniczną ponurością. Nic, co najwyżej bułeczki maślane z miodem, albo wspólnie zjedzona drożdżówka wciąż pachnąca rozpustną słodyczą po porannych zakupach. Gdyby tylko Eberhart posiadała w sobie jakiekolwiek kulinarne talenty, być może wymyśliłaby tego wieczora o wiele więcej, jednak epicentrum ekspertyzy leżało gdzie indziej, kuriozalnie wręcz daleko od własnych czterech ścian; o wiele łatwiej byłoby jej ugościć Vanity, jeśli ta byłaby kugucharem czy nawet chochlikiem. Ze zwierzęcą dietą radziła sobie bowiem o wiele bieglej niż z ludzką, zaprawiona w bojach dobierania odpowiednich wartości odżywczych, oceniania proponowanych rzekomo rewolucyjnych jadłospisów, wszelkie tabele istotności, wskazań i absolutnych zakazów uwzględniająca w splotach pamięci; ale to nie kuguchar, nie chochlik, nawet nie wila, a człowiek. Przez dłuższy moment przyglądała się więc pustkom, jakimi świeciła kuchnia, z marazmu rozbudzona dopiero melodyjnym dzwonkiem do drzwi wskazującym na nadejście długo wyczekiwanej znajomej. Przyjaciółki? W tym wypadku Amelia nie obawiała się używać tego słowa, nawet jeśli wydawało jej się posiadać nieprzyzwoicie zobowiązujące konotacje.
- Dobrze cię widzieć, Val. Wejdź - zaproszenie wybrzmiało w progu w barwie nieukrywanej przyjemności, w akompaniamencie rozlewającego się na pobladłych rysach uśmiechu, ciepłego i szczerego, tak wielce odległego od wizerunku prezentowanego w murach Ministerstwa. Tam obowiązywał ją pełen profesjonalizm, nie tyle wymuszony regulaminem, co wskazany własnym instynktem, byle tylko odegnać od siebie podobieństwo do młodych, zbyt życiowo i społecznie spolegliwych panien. - Musisz dziś wracać do córki? Godzina policyjna może pokrzyżować nam plany, jeśli szampan zbyt mocno uderzy do głowy, a gdy się zacznie możesz być pewna, że nie wypuszczę cię z domu - obwieściła niby to poważnie, choć nuty głosu przeciągnęły się leniwie w kierunku żartobliwego ostrzeżenia ścierającego się z furtką zabawienia przy Eden Grove dłużej, do wzywającego do pracy poranka. Żadna z nich nie powinna wdawać się w scysje z organami prawa. Ów surowy nakaz wyznaczono także z konkretnych powodów, by chronić londyńskich obywateli, tych, których chronić należało - przed rebeliantami i terrorystami, o których chyba nigdy nie nikły szepty.
Czy Valerie wiedziała, jak bardzo była podobna do Septimusa?
Karcące własne narodziny myśli odpłynęły szybko ku falom zapomnienia, podczas gdy Amelia wskazała kobiecie drogę ku salonowi, gdzie już czekały na nie języki zbawiennego ognia rozganiające widmo surowej zimy splotów brytyjskich ulic. Nawet tutaj, w pozornie ciepłym, piętrowym domu o skądinąd ciasnej powierzchni, pogoda sprawiała, że magizoolog musiała ratować się odrobinę grubszymi niż zazwyczaj swetrami.
- Powiedz, proszę, że nie jesteś głodna - lekkim ruchem dłoni zaoferowała Vanity miejsce na kanapie, samej z kolei na moment zniknąwszy za pobliskimi drzwiami prowadzącymi do kuchni. Szampan mógł, co prawda, zostać przetransportowany magią, jednak po wielu - zbyt wielu - godzinach przy biurku, Amelia doceniała każdy, nawet najkrótszy spacer korytarzami własnego lokum. Każdą okazję do rozprostowania nóg.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]16.01.22 21:01
Jeżeli miałaby wskazać największą niedogodność, z jaką wiązał się jej wdowi stan, zapewne wybór padłby na ograniczone zasoby pieniężne. Nieboszczykowi—mężowi można było zarzucić wiele: okrucieństwo, bezwzględność, doprowadzoną do przesady potrzebę kontroli, ale nie to, że był skąpcem. Franz lubił obracać się wokół rzeczy pięknych i drogich, a przez to, dokładnie tak samo postępowała Valerie. I choć wraz z jego śmiercią udało jej się zrzucić ciężkie kajdany obowiązku z nadgarstków i kostek, choć odzyskana kobieca godność smakowała słodko, rozpływała się na języku podobnie makaronikom z najlepszych francuskich cukierni, tęskniła za czasami, gdy nie musiała martwić się o zawartość spiżarki.
Dzisiaj jednak, wybierając się w gości do urzekającej swym chłodnym manieryzmem, tak różnym od artystycznej ekspresywności, z której sama wyrastała, Amelii Eberhart, postanowiła postawić na trochę ekstrawagancji. Ekstrawagancji jak na warunki wojenne, bowiem poczęstunek, który dziś lewitował obok niej zawinięty w ozdobną chustę, w innych warunkach uznany mógł zostać za przeciętny lub nawet skromny. Pieczony okoń w towarzystwie gotowanych ziemniaków i fasoli szparagowej z dodatkiem bułki tartej musiał im dzisiaj wystarczyć na późny obiad.
Dotarcie na Eden Grove nie zajęło jej tyle czasu, ile musiałaby poświęcić, gdyby punktem startowym był jej własny dom na Harvey Gardens. Dziś jednak ruszała ze swego koncertu, rozmyślna przyjaciółka—niania w ostatniej chwili złapała ją z przygotowanym obiadem i zapewnieniem, że zaopiekuje się jej córką, gdyby wizyta u przyjaciółki miała się przedłużyć do czasu godziny policyjnej. Towarzyszące jej do nie tak dawna melodie dotrzymywały jej kroku przez cały spacer; w rytmicznym stukocie butów na obcasie, w szumach ostatnich, ściszonych rozmów, które docierały do jej uszu, aż wreszcie do jej własnego, nieco rozleniwionego nucenia. Humor dopisywał jej niezmiennie od dwóch dni; nieformalna jeszcze propozycja pana Sallow, wspólnie zjedzona kolacja... Wszystko układało się zgodnie z najgłębiej skrywanymi marzeniami.
Dziś jednak jej myśli krążyć miały obok wciąż panny Eberhart, niestandardowo (choć o tym Valerie nie miała prawa wiedzieć) spełnionej miłości jej najstarszego brata. Zdrobnienie jej imienia, poufałe i przyjemnie miękkie, w połączeniu z niewymuszoną przyjemnością przebijającą się przez tony przywitania, potrafiły roztopić nawet najmocniej skute lodem serca.
A serce Valerie zajęło się ogniem już kilka dni wcześniej.
— Amelia, jak zawsze słodka jak miód — odpowiedziała z krótkim chichotem, ciepły uśmiech wygiął wciąż pokryte karminową szminką usta. Może makijaż miała nieodpowiedni do okazji — powinna przywdziać coś łagodniejszego, bardziej dziewczęcego, ale nie było czasu. Eberhart musiała przeżyć sceniczną prezencję swojej przyjaciółki, bo ta już przekraczała próg jej domu, a wraz z nią lewitujący pakunek. Kolejne słowa gospodyni dopadły ją, gdy zsuwała z ramion płaszcz, pragnąc odwiesić go w odpowiednim miejscu. Pracownicy Ministerstwa mieli niezwykły talent do dojmującej praktyczności. Przynajmniej ci, których znała osobiście. — Mała jest z nianią. Gdyby coś się przeciągnęło, mam nadzieję, że moja obecność nie będzie ci się szczególnie uprzykrzać — uważne spojrzenie jasnych oczu utkwiła na kilka chwil w postaci Niemki, pozwalając sobie na delikatnie przekorny uśmiech. Oczywiście, że nie będzie jej przeszkadzać, dlatego właśnie żartuje i przypomina... Ale Valerie lubiła, gdy ktoś potwierdzał swe pozytywne odczucia względem jej osoby, drobna skaza próżnych Vanity.
Przeszła więc do salonu, wciąż nie zdejmując z nóg butów na obcasie. Ich rytmiczny stukot urwał się w momencie zajęcia wskazanego miejsca, noga ostrożnie ułożyła się na drugiej, ciemny materiał sukni uniósł się nieco, ekspozując niemal połowę łydki. Ale były same — dwie kobiety, przyjaciółki, za oknem było już ciemno, mogły pozwalać sobie na takie drobne przekraczania granic.
— Myślisz, że przyszłabym z pustymi rękami? — zapytała nieco głośniej, gdy Amelia zniknęła z jej pola widzenia. Zdecydowany ruch różdżką przywołał na stół pakunek z jedzeniem, a w dłoniach Valerie pojawiła się stara, ozdobna papierośnica. — Weź jeszcze zastawę i popielniczkę — poprosiła miękko, wychylając się odrobinę ze swego miejsca tylko po to, by móc wcześniej dojrzeć powracającą z kuchni sylwetkę.
Mogłaby poświęcić ten czas na przyjrzenie się pomieszczeniu, w którym przebywała. Dostrzec elementy dekoracyjne, które były bliskie sercu Amelii, odnaleźć kolejny ze wspólnych punktów. Ale po estetycznym wysiłku nie chciała szczególnie nadwyrężać swych zmysłów. Spokojna obecność obok była wystarczająco komfortowa.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kuchnia [odnośnik]20.01.22 19:00
Szybko zrozumiała, że zaproszenie Valerie równało się nie tyle przyjemności rozmów, jakich brakowało - miała nadzieję - im obu, co również doznaniom czysto estetycznym. Śpiewaczka musiała wracać bezpośrednio z jednego ze swoich koncertów, świeżo zsuwająca się ze scenicznych desek, śliczna jak porcelanowa laleczka, którą ojciec podarował Amelii na piąte urodziny; a przede wszystkim emanująca ukontentowaniem nieznanego pochodzenia, owdowiała, jednak zrzucająca już z ramion ciężki, czarny całun żałoby. W porównaniu do niej, krystalicznie wręcz eleganckiej, Eberhart poczuła się - nieswojo. Porównywanie nigdy nie kończyło się pomyślnie, jednak nie sposób było nie zauważyć, że kreacji przywdzianej przez Vanity na próżno byłoby szukać w jej własnej szafie, tak jak czegokolwiek podobnego, uwodzicielskiego i zarazem podkreślającego artystyczną duszę wciąż młodej, świadomej siebie damy.
- Musisz jadać wyjątkowo gorzkie miody - stwierdziła z pewnym rozbawieniem zakradającym się do głosu; słodka, ona? Nawet żartobliwa konotacja pozbawiona była sensu. Mathias mógł kiedyś nazywać ją w ten sposób, jego ocena byłaby nawet uzasadniona, choć Amelia od zawsze wydawała się wyniosła i zimna, nawet w czasach gdy kryli się razem pośród wysokich rzędów lektur bibliotecznych - pamiętała jego wiarę, tak silną i kuriozalną, w to, że odnalazł wówczas jej łagodniejsze oblicze. Dziewczęce, słodkie właśnie. I dokąd go to doprowadziło? Dokąd doprowadziła go ta dziewczęca, słodka Amelia? - Już teraz zaręczam, że możesz zostać do rana, moja droga, na pewno znajdę koszulę nocną, która będzie na ciebie pasować. Tak chyba będzie ci łatwiej? Bez myśli o tym, że masz na sobie kajdany wskazówek zegara? - zaproponowała, gotowa w każdej chwili udostępnić kobiecie papeterię i własną sowę, gdyby ta zechciała wysłać rzeczonej niani informację o przedłużającym się pobycie. W swej mądrości Rowena wiedziała, jak wyposzczoną względem szczerych, kobiecych rozmów była ostatnio Eberhart. Ministerialnych znajomych nie dopuszczała do siebie bliżej niż na odległość wyciągniętej ręki, przekonana, że praca powinna pozostać w pracy, niezmieszana w kotle dwóch kolidujących ze sobą światów; od tego przecież tworzyły się plotki, natomiast na towarzyszki inne niż Valerie prozaicznie nie miała ochoty, nie na przestrzeni kilku ostatnich tygodni.
- Rozpieszczasz mnie. Powinnam udawać zażenowaną? - spytała z brwiami uniesionymi ku górze w podkreśleniu przyjemnego rozbawienia, kiedy powróciła już do salonu z tacą, na której wylegiwały się schłodzony szampan, dwa wysokie, polerowane na błysk kieliszki, oraz zarekomendowana przez czarownicę zastawa obiadowa i popielniczka. Wszystko to z gracją wylądowało potem na niewysokim stoliku kawowym, zanim zasiadła obok przyjaciółki i rozprostowała dłonią materiał długiej, ciemnej spódnicy o wysokim stanie, ściągniętej w talii. - Nawet mimo przykrycia czuję, że to, co przygotowałaś będzie warte grzechu - oceniła, nie kryjąc satysfakcji. Do głodu było jej daleko, wojna ograniczyła dostęp do wielu składników spożywczych, z których korzystałaby na co dzień, jednak Amelii aż do przesady doskwierał jedynie brak wina i papierosów. Tego przeżyć po prostu nie mogła. W idyllicznych wyobrażeniach czasem dywagowała, czy Ministerstwo nie mogłoby takiego asortymentu oferować w ramach deseru na dobrze wyposażonej stołówce, ale, jak to mówią, było to jedynie marzeniem ściętej głowy, nierealnym, dziecinnym i wręcz nieodpowiednim w samej swojej istocie. - Jak udało ci się zdobyć tytoń? - zapytała potem, a wcześniej uniesione brwi opadły niżej, ściągnięte w wyrazie podejrzliwego zdumienia. Jej oczy zaszły niezaprzeczalnym, głodnym błyskiem. Trudno było radzić sobie z niezaspokojonym od dawna nałogiem, Eberhart nie odniosła sukcesu nawet gdy próbowała doprosić się o papierosy u samego diabła, wiecznie odbijająca się od konsumenckiej ściany, ale gdy tylko dostrzegła zawartość papierośnicy Vanity, zaczęła przypominać zaintrygowanego kuguchara niezdrowo obserwującego pierwszego ptaka powracającego do kraju po zimie. Gotowego do łowów. - Ale zadaję niewłaściwe pytania, powinnam najpierw spytać jak się czujesz. Jak mała. Jak radzicie sobie w Londynie? - podjęła, machnięciem różdżki pozbywając się korka od szampana; kolejne zaklęcie uniosło butelkę do góry i przechyliło ją nad wnękami kieliszków, przelewając do środka migoczącą bąbelkami porcję dobrej jakości alkoholu. Przynajmniej tym mogła ugościć przyzwyczajoną do luksusu Valerie. - Toast - zdecydowała, po czym uniosła jedną ze szklanych czar w kierunku artystki, drugą zachowując dla siebie. - Nowe rozdziały brzmią płytko, o wojnie dziś nie myślmy, zdrowia obie mamy pod dostatkiem. Więc za co? - zaintrygowana przyjrzała się Vanity. Coś wydawało się pęcznieć pod elegancką powłoką znajomej czarownicy, coś jeszcze nienazwanego; co?
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]04.02.22 17:06
Och, gdyby Amelia tylko zechciała podzielić się swą myślą z Valerie... Śpiewaczka w swej kobiecej prezencji upatrywała głównego źródła dotychczasowych sukcesów. Nie mogło bowiem być inaczej — mężczyźni byli przede wszystkim wzrokowcami. Zgromadzeni na widowni najpierw zaznajamiali się z fizjonomią artystów i artystek, dopiero ukontentowani wzrokowo mogli skupić się na tym, co docierało do ich uszu. Kobiety były w pewnym sensie podobne, również wiele ze swych sympatii i antypatii upatrując w tym, co widoczne gołym okiem, jednakże te miały przewagę prowadzenia obu ocen — wizualnych i słyszalnych — jednocześnie. Perfekcyjna prezencja stanowiła klucz do odpowiedniego odbioru, była nierozerwalną częścią przygotowywanego widowiska. W pracy Eberhart stanowiła zapewne równie poważny element postrzegania tego czy innego specjalisty. Uświadomiona co do wizerunkowych rozterek Amelii, nie czekałaby na znak, że jest gotowa. Na modę nigdy nie było się gotowym! To szuka, żywa, pulsująca magiczną energią miejsca, w którym miały się znaleźć lub już się znajdowały.
Sztuka, a więc element co do zasady nieuporządkowany, noszący ślady chaosu, który pracownicy Ministerstwa (a przynajmniej ta część, która była Valerie znana) uważali za zbędne skomplikowanie snutych przez siebie planów.
Och, może dlatego nie była przeznaczona do rządzenia?
— A ty musisz nauczyć się przyjmować komplementy, moja droga — naprawdę musiała. Przyjmować je wyłącznie jako komplementy, a nie jako zawoalowaną próbę obniżenia jej zasług i autorytetu. Nie zawsze zwracanie uwagi na urodę lub przymioty kobiety było znakiem na jej lekceważenie. Bo właśnie to w tej konieczności obrony przed męskim spojrzeniem, obdzierającym kobietę ze wszystkiego, co mogła zdobyć i zbudować własnymi rękoma upatrywała źródła sztywnej skromności Amelii. Nie, żeby jej nie rozumiała. Gdyby miała większe ambicje naukowe, pewnie podążyłaby tym śladem. Pochodziła jednak z domu, w którym zewsząd atakował ich dźwięk, pełna ekspresja. Daleko od chłodnego, analitycznego domu Eberhartów. Zbyt blisko ponurego domu na wzgórzu, który zajmowali Vale. Może panieński romans z Hectorem uwrażliwił ją na potrzeby naukowców?
Odrzuciła tę myśl daleko poza granice świadomości. Nie chciała dziś myśleć o tej ludzkiej żmii. Miękkość podarowanej koszuli nocnej. Tak, to z pewnością lepsza rzecz do myślenia.
— Zawsze urzekała mnie twoja gotowość do działania. Jestem, obawiam się, prostsza do przewidzenia niż magiczne stworzenia, więc myślę, że nie zdziwię cię, gdy się zgodzę? — przekrzywiona w bok główka pomogła jasnemu kosmykowi kręconych włosów prześlizgnąć się po materiale szaty. Uśmiech poszerzył się, gdy Amelia powróciła do salonu, a magia doprowadziła stolik kawowy do pełnego nakrycia się. Nie odpowiedziała na pierwsze pytanie, pozwalając przemówić swej mimice — uśmiechała się bowiem niezwykle wręcz szeroko, pozwalając sobie na swobodę ekspresji przy pannie Eberhart. Nie dziwiła się Septimusowi, że stracił dla niej głowę. Zdecydowanie potrzebował przy swoim boku kogoś takiego jak ona.
Swobodnym ruchem różdżki rozpakowała przyniesiony wraz z nią pakunek. Ciepło wznosiło się jasnymi stróżkami, dając wskazówkę, że nie będą musiały dbać o ponowne podgrzanie potrawy. Nie było to nic wielkiego, a jednak Valerie czuła się delikatnie dumna, że mogła w zamian za zaproszenie i perspektywę spędzonego w doborowym towarzystwie (oraz szampańskim nastroju) wieczoru, odwdzięczyć się przynajmniej tym.
Choć większą uwagę zebrały papierosy.
— Można powiedzieć, że dziełem przypadku — zniżyła głos do szeptu; nie musiały mówić głośno, gdy były tak blisko siebie. A dzięki tej bliskości mogła z łatwością dojrzeć lśnienie w jasnych oczach Amelii, ten głód, który mówił zdecydowanie więcej niż słowa. — Otrzymałam w paczce po jednym z koncertów. Nie jest najlepszy, ale to zawsze coś — powiedziała, gdy palce otworzyły wreszcie papierośnicę. Ta ustąpiła ze szczękiem, ujawniając przed kobietami dziesięć starannie zwiniętych papierosów. — Wiesz, że nie palę. Ale skręcanie było naprawdę zajmującym zajęciem — mówiąc to, ułożyła otwartą papierośnicę na stole. Trochę dlatego, że potrzebowała wolnych rąk. Trochę dla czystej rozrywki, obserwacji, ile zajmie Amelii poddanie się głodowi nałogu.
— Czuję się — fantastycznie. Mała — nie choruje, coraz częściej rozmawiamy wyłącznie po angielsku. Jeszcze kilka wypraw do Caynham, pół roku i pozbędzie się akcentu. A w Londynie, droga Amelio, wydaje się, że otworzyły się drzwi do zupełnie innego świata — telegraficzny skrót. To przecież wyłącznie grzecznościowa formułka, choć pełna prawdziwej troski, tego nie można było gospodyni odmówić. Kiedy kieliszek z szampanem trafił do jej dłoni, stuknęła lekko o krawędź tego należącego do Amelii. Nim jednak wzniosła go do ust, uśmiechnęła się znad szkła.
— Za moje nowe nazwisko, Amelio — ekscytacja drżąca w głoskach nie zostawiała wątpliwości. To nie był żart, a sposób, w jaki Valerie wyprostowała się nagle, zupełnie tak jakby w jednej sekundzie znalazła się albo pod ostrzałem czujnych dziennikarzy, albo w zasięgu wzroku ukochanego kawalera zdradzał wszystko, co druga z blondynek musiała wiedzieć.
Vanity z miłości straciła głowę.
— Przyjęłam oświadczyny!


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kuchnia [odnośnik]10.02.22 1:47
Błękitne tęczówki wymownie zatańczyły w kolistym ruchu, odpowiedziawszy na zarzut wobec jej umiejętności przyjmowania komplementów. A raczej jej braku. Naturalnie, jak każda kobieta przepadała za ich otrzymywaniem, ale Amelia o wiele bardziej ceniła aprobatę dobrze wypełnionych zadań w pracy czy treści świeżej publikacji, na której ledwie ostygł atrament wypluwany przez maszynę do pisania - zamiast peanów na temat jej wyglądu, prezencji, wciąż trzymającej się jej młodości widocznej w urodzie. Mimo zbliżającego się wieku czterdziestu lat, któremu było już blisko do średniej długości życia czarodziejów o około dziesięć lat, nie mogła narzekać na brak elastyczności skóry, na zmarszczki przecinające twarz, chociaż regularnie marszczyła brwi w niezadowolonych grymasach; nie mogła narzekać na smukłą talię i wyraźnie zarysowane biodra, wypracowane jazdą konną i regularnie uprawianą gimnastyką o poranku, zanim należało udać się do Ministerstwa. I choć zdawała sobie sprawę z tego, że obiektywnie była wciąż całkiem atrakcyjną kobietą, Vanity miała rację: podkreślanie walorów estetycznych w mniemaniu czarownicy zdawało się odbierać jej część wartości jako naukowca. Kogoś, kto żywił się magizoologią, zatracał w pracy bez pamięci, narzucając sobie więcej i więcej obowiązków, by pewnego dnia pod nimi utonąć. Ale nie odezwała się na ten temat słowem, jedynie lekko wzruszyła jeszcze ramionami i uśmiechnęła przelotnie, z pewną filuternością w drgnięciu kącików ust, a te po chwili ułożyły się w dzióbek, by zwabić puchacza do salonu gwizdem.
Wolfgang, jak zwykle posłuszny, wleciał do pomieszczenia i zajął miejsce na żerdzi umocowanej przy biurku, oczekując powierzenia mu nowej misji; na Valerie spoglądał nieufnie, jakby wręcz niechętnie, gotowy w każdej chwili dziobnąć, gdyby ta zdecydowała się wyciągnąć ku niemu dłoń.
- Mam tu pergamin i pióro, nie krępuj się - poleciła miękko Amelia, wydobywszy z szuflady wspomniane przedmioty, które następnie ułożyła na blacie. - Kuję żelazo póki gorące, z pewnością nie masz mi tego za złe. Skoro tak lubisz moją gotowość do działania... - dodała nieco przekornie i poszerzyła swój uśmiech, jednak gest jej dłoni wskazywał, że śpiewaczka mogła napisać list kiedy tylko chciała w trakcie trwającego wieczoru, nie musiała robić tego teraz, nie musiała robić tego za dziesięć minut czy za godzinę, ważnym było jedynie to, by była dostatecznie trzeźwa w kreśleniu liter i nanoszeniu adresu. - Chociaż chyba jesteś w tym jedyna. Ostatnio dostałam w pracy do pilnowania grupę stażystów, którzy z działaniem mają tyle wspólnego, co ja z arystokracją. Beznadziejne przypadki. Tylko narzekają, kiedy każę im coś zrobić - westchnęła, głos instynktownie przepełniając salwą kwasu zżerającego ją od środka, wprowadzającego korozję w codzienne funkcjonowanie, w relaks po skończonym dniu pracy. Właściwie odkąd pojawili się w jej życiu, Eberhart miała wrażenie, jakby w ogóle nie opuszczała Ministerstwa. W zaciszu domu przy Eden Grove przytłaczały ją rozważania, rozmyślania o tym, co mogłaby zrobić, żeby młodzież faktycznie zainteresować kierunkiem, w jakim zamierzali się rozwijać, chyba - bo przecież większość uwagi poświęcali pysznej, tak trudno dostępnej teraz kawie i stołówce, na której przy obiedzie można było plotkować do woli. Na samo wspomnienie jej mięśnie spięły się widocznie, a rozluźniły dopiero na widok tytoniu owiniętego w bibułkę.
- Nawet nie pamiętam smaku najlepszego - poskarżyła się z pewną dozą tragizmu, drgnęła, jak kot, który szykował się do ataku, lecz jej dłoń jeszcze nie ruszyła się z miejsca. Mrowienie opuszków naigrywało się z jej dumy, instynkt błyszczał alarmującą czerwienią, zalewając wizję i tępiąc zmysły, zupełnie jakby nagle ogarnął ją przeraźliwy głód. Ile czasu minęło odkąd ostatnim razem mogła zaspokoić ten nałóg? - Dostajesz paczki po koncertach? Och, Valerie, coraz bardziej intryguje mnie twoja praca i absurd tak szczodrej widowni. Od urzeczonych pasjonatów, tak? Tych, których oczarowałaś śpiewem? - dopytała, owładnięta chwilowym niedowierzaniem, po czym złamała wszelkie swoje zasady i w końcu sięgnęła do papierośnicy, wodząc palcem wskazującym wzdłuż jednego papierosa. Robiła to powoli, kokieteryjnie, jakby dotykała nie nieożywionego dobra, a rozognionego kochanka oczekującego najdrobniejszej atencji, drażniła białą teksturę, paznokciem hacząc o zwieńczenie podłużnego kształtu - po czym ujęła go w dwa palce i uniosła, obracając przed swoimi oczyma. Lśnił w nich głód, nawet pewna fascynacja przypominająca wpatrywanie się w coś nowego, egzotycznego, dotychczas nieznanego, a kiedy sięgała po różdżkę, jednocześnie wsunąwszy koniec papierosa między rozchylone wargi, wyraz jej twarzy nosił na sobie ślady czystej ekstazy. Krótkie zaklęcie wystarczyło, by wykrzesać ogień. I stało się.
Amelia zaciągnęła się tytoniem z błogością, mocniej wtulając się w oparcie kanapy, rozluźniona i swobodna, nim wydała na świat chmarę ostrego, szarego dymu. Produkt faktycznie nie był najlepszej jakości, ale to nie miało znaczenia, bo przecież smakował dla niej jak najlepszy rarytas. - Och, Valerie... - powtórzyła z rozmarzeniem, wolno przy tym mrugając. - Dałaś mi dzisiaj wręcz nieprzyzwoitą przyjemność, wiesz o tym? Mam u ciebie dług. Jedno życzenie, jak u legendarnego dżinna - snuła z lekko odchyloną do tyłu głową, z puklami złotych włosów osiadających na ramionach, z nogą założoną na nogę; trudno byłoby rozpoznać w niej tę samą poddenerwowaną urzędniczkę, przepracowaną, paradoksalnie w przepracowaniu odnajdującą adrenalinę, która motywowała do codziennego działania na pełnych obrotach. Teraz po prostu była, zatracona w gorzkim smaku papierosa, patrząca na przyjaciółkę spod półprzymkniętych powiek i kurtyny ciemnych rzęs, lekko uśmiechnięta i potakująca na wieści, które z pasją przekazywała czarownica. Nowe życie, nowe miejsce, nowe doświadczenia. Valerie potrzebowała tego po okresie żmudnej żałoby, Amelia podejrzewała, że dopiero teraz czuła jak spadają kajdany z jej nadgarstków, jak znika kula u nogi. - Szybko odnalazłaś się na scenie? - zapytała, delikatnie poruszając kieliszkiem szampana, by roztańczyć znajdującą się w jego środku substancję. Przestała dopiero na wieść o nowym nazwisku. Zdziwienie sprawiło, że na moment zamarła w przetrzymywaniu dymu w ustach, ten wypuściwszy w długim wydechu, jednocześnie podnosząc się nieco wyżej na kanapie. Błyszczące rozkochaniem oczy, spąsowiałe z ekscytacji policzki, Vanity była zakochana. - Słodka Roweno - to pierwsze, co przyszło jej na myśl. - Jak to, kiedy to się stało? Czyje oświadczyny? Nie trzymaj mnie w niepewności, w kogo zamieni się Valerie Vanity? - pytała uparcie, podczas gdy jej własne spojrzenie roziskrzyło się wyraźnym zadowoleniem. Życiowo doświadczona przyjaciółka zasługiwała na szczęście u boku kogoś, kto będzie w stanie docenić ją tak, jak doceniać się takie kobiety powinno. - Opowiedz mi wszystko, nie pozwalam ci niczego ukrywać, ale najpierw - za twoją nową przyszłość - wzniosła wreszcie prawidłowy toast z uśmiechem, upiwszy kilka łyków szampana.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]13.03.22 13:37
Obserwowanie Amelii w jej naturalnym środowisku i — jak się zdawało — neutralnie—dobrym humorze było dla Valerie niezwykle przyjemną rozrywką. Nawet to wywrócenie oczami, późniejsze ułożenie ust, filuterny uśmiech, dzióbek przywołujący sowę — wszystko to układało się idealnie w pannę (wciąż jeszcze pannę, czyżby Septimus nie poczynił żadnego kroku od ich ostatniej rozmowy?) Eberhart, a śpiewaczka powoli coraz bardziej rozumiała, dlaczego jej najstarszy brat nie potrafił odmówić sobie robienia maślanych oczu za każdym razem, gdy ją widział lub nawet wspominał. W szczególności ten ruch oczami przywołał w jej pamięci podobny grymas wykonywany przez Corneliusa, gdy irytacja wzbierała w nim w nagłej fali. Też wtedy twierdziła, że stanowił najjaśniejszy punkt jej wszechświata, kogoś, dla kogo warto się starać. Nie zdziwiłaby się, gdyby z jej bratem było podobnie. Mieli tragicznie podobny gust, lgnęli do tego samego typu osób, a Amelia — teraz już całkiem obiektywnie — mogła się podobać.
Dlatego też z niechęcią przeniosła spojrzenie na wlatującego do pomieszczenia ptaka. W porównaniu z jej małą Andante Wolfgang był dużym ptaszyskiem i spoglądał na nią w sposób, który nakazał Valerie wycofanie się, przynajmniej chwilowe. Nigdy nie lgnęła do zwierząt, nie rozumiała ich i przez to często się bała, może poza własną sówką i trzymanymi w dłoniach żabami w szkolnym chórze. Drgnęła lekko, gdy Amelia zaproponowała jej chwycenie za pióro i wystosowanie listu. Może gdyby nie miała do dyspozycji akurat Wolfganga, podeszłaby do tego zadania chętniej, jednakże słuchając historii o migającej się od pracy grupie stażystów, nie miała już wyjścia.
— Doprawdy? — dopytała, nie spoglądając jednak na Eberhart, gdyż zajęta była pisaniem listu do domu. Litery kreśliła pewnie i prędko, lecz jej charakter pisma uniemożliwiał stawianie ostrych kresek, w efekcie czego można było odnieść wrażenie, że pismo niemal falowało. — Myślałam, że możliwość pracy w Ministerstwie wiąże się z zaszczytem — dodała, a w jej głoskach zadźwięczało pewne niezrozumienie. Dopiero gdy w ciszy pomieszczenia rozległo się finalne szczęknięcie stalówki oznaczające odłożenie pióra na miejsce, odwróciła się raz jeszcze w kierunku przyjaciółki, przechylając głowę w bok. Jak zawsze, gdy nad czymś poważnie się zastanawiała. — Nie rozumiem — przyznała wreszcie szczerze, układając dłonie na udach, by chwilę później podnieść się z miejsca. Wtedy też ręce skrzyżowała na piersiach, w rzadko dostrzeganej swobodzie ekspresji; były tu tylko dwie, w zaufanym gronie, mogły pozwolić sobie na odrobinę więcej niż to, co pokazywały, będąc pod stałym ostrzałem uważnych spojrzeń. — Gdybym ja dostała taką szansę, korzystałabym ze wszystkiego, co mogę wynieść ze spełnienia mojego marzenia. Musiałaś się pewnie tyle natrudzić, by dostać tę pracę, a oni...
Zrezygnowane westchnienie zakończyło jednak paradę myśli Valerie. Ostatecznie nie potrafiła znaleźć żadnego stosownego sposobu na rozwiązanie tej sytuacji. Jedynym bowiem magizoologiem, z którym miała przyjemność się zadawać była właśnie Amelia i do tej pory była również swoistym wyznacznikiem, pewnym wzorem, przez którego pryzmat pani Vanity miała zamiar oceniać w przyszłości kolejnych czarodziejów parających się podobnym zajęciem.
Wizja tego, że większość magizoologów mogła być głodna tytoniu, wydawała jej się nader zabawna, choć reakcja Amelii na widok papierośnicy była niemalże r o z k o s z n a. Zamiast odpowiedzieć na jej słowa, przesunęła papierośnicę bliżej, samymi opuszkami palców, spojrzenie swych jasnoniebieskich oczu skupiając w siostrzanych barwą tęczówkach gospodyni. Dopiero gdy Amelia pękła, częstując się jednym z papierosów, Vanity usadowiła się wygodniej na swoim miejscu, rozciągając jednocześnie usta w uśmiechu, który w równych częściach był zadowolony i dumny.
— Zaraz absurd — słowa same spływały jej na usta, zupełnie tak, jakby wciąż stała przed widownią, jakby dalej była w jednej z ról, które oczarowywały słuchaczy do tego stopnia, że w ich efekcie mogła sprawić, że choć jeden dzień Amelii nie był równie ponury, co poprzedni. — Artystów ceni się niezależnie od czasów, w których żyjemy. Kiedyś potrafili dawać nam mieszkać we dworkach i jeść z pańskiego stołu, innym razem obwieszali klejnotami, a i teraz dzielą się najcenniejszym, co mają — nie, żeby Valerie pochwalała nawyki palenia tytoniu; kiedyś zdarzyło jej się zapalić papierosa dla kobiet, może nawet dwa, jednak zawsze priorytetem było zdrowie strun głosowych ponad chwilowe, rozrywkowe zapomnienie. — I szczerze powiedziawszy wolę, gdy dzielą się czymś takim. Ileż można cieszyć się z ciętych kwiatów?
Zamilkła, obserwując sposób, w jaki Amelia zabrała się za ponowne zanurzenie w nałogu. Nie odrywała od niej wzroku, zupełnie tak, jakby każda czynność podejmowana przez blondynkę była elementem jakiegoś misternego przedstawienia. Uśmiechnęła się po raz kolejny — tym razem w duchu — pozwalając wyobraźni na dopowiedzenie sobie reszty historii. Powróciła myślami do Long Mynd, do rozmowy, którą przeprowadziła z próbującym przełamać artystyczny zastój Septimusem. Chyba następnym razem przekaże mu kilka papierosów, by miał czym poczęstować swą wybrankę. Jeżeli ta zachowa się w podobny sposób co dzisiaj przed nią, taki widok z pewnością uruchomi procesy twórcze dyrygenta.
Skinęła głową, zgadzając się na warunki jednego życzenia. Amelia nie mogła jeszcze wiedzieć, że zostanie ono wykorzystane już całkiem niedługo. Zatopiona w gorzkim smaku papierosa i unoszącego się wokół niej szarego dymu naprawdę mogła zostać wzięta za kogoś innego niż pochłoniętą pracą urzędniczkę. Może powinny odwiedzać się częściej? Rozrywka, którą Valerie niespodziewanie odnalazła przy boku Niemki była po prostu niezwykła. Idealnie odrywała obie kobiety od chaosu wojny, od tego wszystkiego, od czego chciały tego wieczoru odpocząć.
— Scena to mój dom — odparła na pytanie, gdy jedną z dłoni odgarniała jasne włosy z ramienia na plecy. — Odnajduję się tak, jak ty powracasz do pracy po urlopie. Tego nie da się zapomnieć — bowiem największą tragedią byłoby właśnie zapomnienie. Na to Valerie nie chciała, nie mogła sobie pozwolić.
Prąd ekscytacji przeszedł przez jej ciało raz jeszcze, gdy Amelia wzniosła się na swym miejscu i wypuściła obłoczki dymu w długim wydechu. Wydawała się być tą wiadomością równie podekscytowana, co sama Vanity albo może Valerie chciała, by tak było. Dłoń zaciśnięta na nóżce kieliszka od szampana nawet nie drgnęła, lecz blondynka wysunęła tułów do przodu, skracając dystans pomiędzy kobietami.
— Po koncercie z okazji Dnia Zakochanych, cztery dni temu — zdradziła ściszonym głosem, w pełni tajemnicy i zaufania. Nie odsuwając się od niej, przysunęła kieliszek do potraktowanych czerwoną szminką ust, upijając z niego kolejny łyk szampana. Skrzące bąbelki w szkle, skrzące oczy, jasna twarz jeszcze bardziej rozświetlona prawdziwie szczerą radością. — Zjawił się po koncercie w mojej garderobie z bukietem czerwonych róż i gratulacjami. Potem zaprosił mnie na kolację i... Och, Amelio, uwierzyłabyś, że to Cornelius Sallow? Tylko nie mów jeszcze, proszę, nikomu. Pragniemy poczekać z oficjalnym ogłoszeniem zaręczyn, przynajmniej miesiąc. Ale... Valerie Sallow... Myślisz, że to ładnie brzmi?


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Kuchnia [odnośnik]28.03.22 20:17
- Oraz z dostępem do dobrze wyposażonej stołówki - wytknęła nie tyle Valerie, co stażystom, których nawet między nimi nie było. Czwórka zaintrygowanych pożywieniem i kawą bęcwałów marnotrawiąca jej cenny czas, nadszarpująca emocje, jedynym pożytkiem jaki przynosili Ministerstwu było to, że Amelia mogła poświęcić coraz mniej czasu na rzucanie gniewnych spojrzeń ku ziewającym kolegom-magizoologom, zbyt głośno tupiącym obcasom kobiety z biurka spod okna czy od kilkunastu minut plotkującym koleżankom przy dzbanku ze świeżo parzoną herbatą. Jeszcze tylko trochę, jeszcze wytrzymaj, tak powtarzała sobie w myślach, skupiona na skrupulatnym pozbawianiu chęci do życia kwiatu młodzieży świeżo wypuszczonej z magicznej akademii. - Prawda? Te dzieci nie szanują absolutnie nikogo, niczego. Gdybym tylko zauważyła gram zainteresowania z ich strony, jakiegoś poświęcenia czy zaangażowania, ale mówienie do nich przypomina mówienie do ściany - zmurszałej i brudnej - wymamrotała z lekko wydętymi policzkami, splecione na piersi dłonie zacieśniły nieco uścisk, skóra napięła się nieprzyjemnie, a spojrzenie mimowolnie powędrowało do Val, która chyba skończyła wówczas kreślić list. Doskonale. To znaczyło, że naprawdę nigdzie nie ucieknie, jeśli wieczór miał potoczyć się tak szampańsko, jak zapowiadała to schłodzona butelka alkoholu oczekująca na prezentację, z kolei para skumulowanej irytacji zdążyła już zejść z nabuzowanej Eberhart, teraz mogło być już tylko lepiej. - Miewasz podobnie w swojej pracy? - spytała z zainteresowaniem uwydatnionym w ułożeniu brwi. Nie wyobrażała sobie, by artystyczna scena znała koncept stażu, ale bezmyślnych, marnujących tlen ludzi nie brakowało nigdzie, z pewnością działali też na eleganckie nerwy Valerie, ale kiedy, w jakich okolicznościach, czym dokładnie?
Tytoń, to on finalnie położył kres napięciu w jej organizmie i z nadwyżką zrekompensował jej ostatnie stresy. Smukłe ciało niemal rozlało się w niedomkniętej formie na kanapie, jedno z kolan uniosło nieznacznie ku górze i lekko oparło o krawędź pobliskiego stolika kawowego, w pozie, której nie wypadało przybierać - szczególnie jej, zwykle kładącej niepomiernie ogromną wagę do prawidłowego, zgodnego z konwenansami schematu zachowań. Tylko że teraz nie musiała się hamować, była obok niej zaufana pani Vanity, w której dyskrecję wierzyła bardziej, niż byłaby skłonna przyznać się do tego na głos. Egzaltowana, wciąż odziana w kapryśną czerwień pani Vanity. Amelia przechyliła się na kanapie i obróciła, by móc lepiej na nią spojrzeć, gdy twarz kobiety rozmywała się w subtelnych kłębach gryzącej szarości dymu raz po raz wypuszczanej spomiędzy warg, a uwaga powróciła do jej słów, do ich sensu, zamiast dumać na orbicie przyjemności i tęsknoty za zaspokojonym nałogiem.
- Och, domyślam się. Poeta pewnie doszukałby się jakiejś dennej sensualności w usychających i odpadających płatkach i tym, że można je zabrać do intymnej sfery mieszkania, ale nie dość, że trzeba zmieniać im wodę, to jeszcze tak szybko więdną. To marnotrawstwo - stwierdziła niespiesznie, zrelaksowana i lekka już nie tylko posturze, ale też melodii głosu. Zabrakło w niej zwyczajowej cierpkości. Słowa nie były przesączone goryczą kwasu, nie zamierzały wcisnąć w czyjeś ciało sztyletu, jakiego ostrze później należało jedynie przekręcić we wnętrznościach, by zadać więcej (uzasadnionego? rzadko) bólu, zupełnie jakby swoją życzliwą tytoniową asystą Valerie zdjęła z jej ramion niewidzialny ciężar, przynajmniej na czas jednego wieczora. Zamiast tego przez jej żyły płynęło błogie wyciszenie, tak silnie kontrastujące z wcześniejszą wypowiedzią o głupocie stażystów wepchniętych cudzą nieobecnością akurat pod jej skrzydło. Nie wątpiła też w to, ani przez chwilę, że Vanity jako jedna z wyselekcjonowanych talentem artystek dostawała najwięcej prezentów pośród plejady brytyjskich solistów. Do tej pory miała okazję słuchać swojej przyjaciółki przynajmniej kilkanaście razy, a ta zaskakiwała co rusz, nie tyle nawet repertuarem, co nową emocją wzniecaną w duszy, o której istnieniu Amelia nie miała pojęcia. Sztuka chwyta za serce - tak, to nabierało nowego i wreszcie zrozumiałego znaczenia w zetknięciu z muzyką Valerie. - Którą widownię wolisz? - zagadnęła po dłuższej chwili własnej ciszy. - Brytyjską czy niemecką? - obie miały porównanie tamtejszych ludności, nie tylko w docenieniu kunsztu kreatywności, ale i w sposobie bycia, wyrażania aprobaty, wdzięczności za duchowe przeżycie, w otwartości i komunikacji. Być może w pewien zawoalowany sposób chciała przekazać Val, że sama tęskniła za Berlinem. Nie za ojcem, Roweno, za nim nigdy, lecz za miastem samym w sobie i pewnej prostolinijnej surowości, która czekała w granicach niemieckiej stolicy.
Dopiero po ugaszeniu papierosa zdecydowała się sięgnąć do jedzenia przyniesionego przez przyjaciółkę - wstydem byłoby je zignorować, szczególnie teraz, kiedy terroryści wyłaniali się prawie zza co drugiego zakrętu, gotowi rozkraść dobra gromadzone przez praworządnych obywateli. Nałożyła zatem po porcji najpierw na talerz Val i potem na swój, jednocześnie zerkając z zaciekawieniem w kierunku kobiety. Któż też ją usidlił, co to za szczęśliwiec? To, że stało się to tak szybko po zakończeniu żałoby, wcale jej nie zdziwiło. Bo i dlaczego by miało? Była wolną od zobowiązań czarownicą, a wcześniejsze słowa uwypukliły fakt jak bardzo Amelia nie przepadała za marnotrawstwem każdego rodzaju.
Pech chciał tylko, że zakrztusiła się szampanem na dźwięk znajomego nazwiska.
- Sallow - powtórzyła z pewnym niedowierzaniem, kiedy salwa kaszlu zdążyła umilknąć, pozostawiwszy jej twarz czerwoną, a oczy załzawione. - Ten Cornelius Sallow, rzecznik Ministerstwa? Przyznaję, Val, nie podejrzewałabym go o romantyczne naleciałości, ale o klasę - już jak najbardziej. W takim razie i ja ci gratuluję. Tobie samej, jemu złożę gratulacje osobiście, jeśli nie masz nic przeciwko - na jej wargach rozkwitł dość enigmatyczny uśmiech, a więc poczciwy Cornelius, ten sam, który tak długo namawiał ją do małżeństwa z Septimusem, w końcu zdecydował się ustatkować i, ba, wybrał do tego najlepszą z możliwych partii. Amelia sięgnęła po drugiego papierosa i poczęstowała się nim bez pytania, a tuż po tym, jak odpaliła jego końcówkę różdżką, pochyliła się w kierunku Valerie i przekręciła głowę lekko do boku, przyglądając się jej jak uzdrowiciel doszukujący się choroby w cudzej spojówce. - To nie tylko pragmatyzm, prawda? - wymruczała. Merlin wiedział, że Eberhart nie była orłem w odczytywaniu emocji (ludzkich, na zwierzęcych znała się niemal doskonale), ale z Vanity znały się tak długo, by pewne rzeczy nie mogły umknąć nawet jej uwadze. - Zawrócił ci w głowie. A ty jemu? - przecież Sallow oświadczył się raz i to wystarczyło, by Val go przyjęła; myśli instynktownie podryfowały w kierunku Septimusa.


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]29.03.22 21:44
Dostępem do dobrze wyposażonej stołówki...
Usta Valerie ułożyły się w niemej powtórce zdania wypowiadanego przez przyjaciółkę, choć odrobinę bez przekonania. Jako artystka potrafiła czasem zgubić sens przyziemnych przyjemności i zawodowych benefitów, które wiązały się z pracą w Ministerstwie. Wiele osób znacznie bardziej doceniłoby takiego pracodawcę — opiekuńczego, dbającego o pełne żołądki i zdolność do pracy podwładnych, oferującego stabilne zatrudnienie i naprawdę godziwą, jak na czasy, w których przyszło im żyć, wypłatę. Najwidoczniej jednak Amelia nie miała szczęścia do grupy stażystów, a może to młode pokolenie stawało się jakieś przedziwnie wymagające, zupełnie pozbawione ambicji, pragnące tylko brać, brać, brać i nie dawać w zamian nic od siebie? Zmarszczyła lekko brwi, przysłuchując się dalszej części historii opowiadanej przez przyjaciółkę, lecz na próżno było szukać w jej słowach pocieszenia. Przedstawiała przed nią obraz osób, z którymi chyba nigdy nie chciałaby zamienić słowa. Zupełnie zamknięci na rozwój, buta zamiast ambicji. Zawsze ciągnęło ją do jednostek wykazujących się niejednokrotnie większym zrozumieniem świata i procesów nim rządzących od tego, którym mogła sama się pochwalić. Imponował jej intelekt, żądza wiedzy i władzy, nieustanna gonitwa za czymś większym, za pewnym ideałem. I chyba to właśnie pchało ją do osób pokroju Eberhart czy Sallowa, znajdujących się często na przeciwnym biegunie emocjonalności, a w przedziwny sposób spokojnie przyjmujących jej własne, artystyczne wybuchy.
Zamrugała kilkukrotnie, wypadając z pędu własnych myśli przez zadane chwilę wcześniej pytanie.
— Nie mam protegowanych, przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu — odpowiedziała, choć mogło to nie być wystarczająco satysfakcjonujące dla przenikliwej Niemki. Nabrała więc głęboki wdech, wychyliła się delikatnie do przodu, chcąc sięgnąć raz jeszcze po kieliszek szampana, po czym przechyliła go odrobinę, wlewając sobie musujący napój do ust. — Ale obserwuję czasami młode śpiewaczki. Debiutantki przeznaczone do zjedzenia swego ogona. Uważają, że samą urodą są w stanie zrobić karierę, a dziewczęta śpiewające jak one da się znaleźć na byle wsi na Półwyspie czy Irlandii — delikatne zmarszczenie noska na wspomnienie tych dwóch krain geograficznych mogło powiedzieć wiele o i tak oczywistych sympatiach rodziny Vanity. Niechęć do mieszkańców Półwyspu wiązała się wprost z poglądami, które momentami bezrefleksyjnie, ale zawsze oddanie przejmowali od panów Ludlow, Irlandia zaś zawsze zdawała się im krajem niezwykle dzikim, a jednocześnie okropnie brzydkim w tym nieokiełznaniu. Stanowiła jeszcze gorszą siostrę i tak żałosnej Walii, miejsca, które równie dobrze mogło nigdy nie znaleźć się na mapie i nie uczyniłoby to żadnej kulturalnej różnicy. — Zachowują się, jakby zjadły wszystkie rozumy świata, nie pamiętając jednak, że uroda, jak wszystko w naszym życiu, przemija. A wtedy broni się jedynie prawdziwy warsztat i talent.
Bo to nie tak, że Valerie sama nie korzystała ze swoich atutów. Robiła to od najmłodszych lat, przygotowywana do tej roli nie tylko przez matkę, ale także ulubioną guwernantkę. Była próżna, lubiła o siebie dbać i robiła to z należną sobie czcią. Codzienne rytuały stały się częścią jej, pomagały utrzymać w odpowiedniej prezencji, ale zawsze w pierwszej kolejności dbała o dalsze doskonalenie swych umiejętności. Nie mogła zasiąść na laurach. Jej widownia zawsze oczekiwała czegoś nowego, jeszcze piękniejszego, jeszcze bardziej poruszającego. A ona, z olbrzymią przyjemnością, spełniała ich życzenia, raz za razem oferując coraz więcej, wspinając się na szczyty, z których samotnie obserwowała to, co w dole.
— Przynajmniej mogę liczyć na darmowe ozdoby stołu — podsumowała kwestię kwiatów z szerokim uśmiechem, pozwalając sobie na krótki, choć dźwięczny chichot. Do tego bowiem sprowadzały się wszystkie wręczane jej przez zazwyczaj obcych koneserów sztuki bukiety. Do umilacza wzroku na szczycie stołu. Poetyckie przemijanie to jedno, usychające i opadające z gałązek płatki i liście to z kolei śmieci, które należało szybko posprzątać. Tyle i aż tyle.
— Zmuszona jestem zadać cios w twój patriotyzm, Amelio — kąciki ust drgnęły w zapowiadającym przekomarzanki uśmiechu, bowiem od powrotu do Anglii Valerie nie mogła nasycić się swoją ojczyzną. Nawet gdyby obiektywnie lepszym miejscem do życia był Berlin, nawet gdyby miała być nędzniczką śpiącą na ulicy, wybrałaby bowiem Anglię ponad każde inne miejsce na ziemi. Ze wszystkimi jej wadami i zaletami, z każdym krzywym płotem przy wiejskim domu i dudniącymi od hałasu ulicami miast. — Ale angielska publika, choć bardziej pruderyjna, bardziej zorientowana na klasykę, zdaje się być też o wiele bardziej receptywna. Niemcy zdolne są zachłysnąć się nowością i popłynąć z nurtem, to ich olbrzymia zaleta, ale z drugiej strony medalu leży to, że prędko się nudzą. A Anglicy wracają do dobrego i oczekują zawsze czegoś więcej.
Nagłe zakrztuszenie się Amelii sprawiło, że Valerie od razu odłożyła swój kieliszek na blat z charakterystycznym szczękiem. Nie liczyło się nic — ani podana porcja jedzenia, ani alkohol, ani papierosowy dym rozmywający się w półprzezroczystej mgiełce. Jasne oczy otworzyły się szerzej, Vanity poderwała się do pionu i nim zdążyła o tym pomyśleć, odnalazła się przy boku przyjaciółki, gotowa spróbować udzielić jej pomocy. Na szczęście Amelia prędko doszła do siebie, nie dając przyjaciółce dowiedzieć się, że absolutnie nie miała pojęcia o zaklęciach, które mogłyby jej ulżyć i pomóc.
— T e n Cornelius Sallow, rzecznik Ministerstwa — potwierdziła jej słowa, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, coraz bardziej wychodzącego jej na usta. Lewą dłoń przytknęła do swego policzka, absolutnie rozczulona samym wspomnieniem iskier w zielonym spojrzeniu, drapieżnym i pełnym pasji, niskich, charkliwych tonach akcentu z rodzinnego hrabstwa, którym posługiwali się w swej obecności, w intymności garderoby.
I chyba przez te wspomnienia, połączone z badawczym spojrzeniem Amelii, policzki pani Vanity pokryły się jeszcze jasnymi pąsami.
— Och, Amelio, dobrze wiesz, że dorosłe kobiety nie powinny się tak prędko zakochiwać... — szepnęła rozmarzona, zupełnie tak jakby nie miały odpowiednio trzydziestu siedmiu i dwudziestu dziewięciu lat, a ledwo siedemnaście. — Ale... Nazwij to artystyczną skazą i mą niemądrością, ale wolę być niemądra i szczęśliwa przy jego boku niż mądra i samotna — przyznała ściszonym głosem, kucając ostrożnie niedaleko zajmowanego przez Amelię miejsca. Dłonie ułożyła na podłokietniku dla odpowiedniego oparcia, następnie przekrzywiła głowę w bok, wzdychając lekko, niemal śpiewnie. — I... Mam nadzieję, że zawróciłam mu w głowie. W innym przypadku by mi się nie oświadczał, czyż nie?


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Amelia Eberhart [odnośnik]30.03.22 21:21
Z zainteresowaniem przysłuchiwała się Valerie, gdy ta wprowadzała ją w tajniki swojego zawodu. Jakie to typowe, jakie przewidywalne. Im większej gamy kolorów nabierała tkana przez nią opowieść, tym lepiej Amelia zaczynała rozumieć, że w gruncie rzeczy żaden mikroświat nie różnił się przesadnie od drugiego, panowały w nich podobne zasady, a bezdennie głupie jednostki znajdą się wszędzie.
- Uroki naiwnej młodości - mruknęła z niesmakiem i sceptycznie pokręciła głową. Tuż po ukończeniu szkoły wiele przesączonych adolescencją czarodziejów i czarownic wierzyło, że kosmos stał przed nimi otworem, wystarczyło jedynie wykazać się szczątkową chęcią osiągnięcia sukcesu, żeby wspiąć się po zdradliwej drabinie społecznej i sięgnąć gwiazd, przy okazji zbierając laury za sam fakt oddychania i mrugania powiekami. W ich wieku Amelia była inna - albo przynajmniej tak to pamiętała, osądzając młodszą wersję siebie jako zdeterminowaną, a przy tym twardo i rozsądnie stąpającą po ziemi. - Na takim tle doświadczenie i fachowość wydają się jeszcze bardziej soczyste - oceniła po chwili, nie dlatego, by zaspokoić Valerie niemrawym wsparciem, kobieta przecież w ogóle go nie potrzebowała, a jedynie po raz kolejny stwierdziła fakt. Podobnie było z doborem partnerów - młodość buzująca w żyłach ekscytowała, ale po nasyceniu się jej żarem, należało dokonać odpowiedniej selekcji i ustatkować się u boku kogoś, z kim spędzenie życia nie przypominałoby prowadzenia magicznego żłobka; chyba nie było to już jej własną myślą, zasłyszała to od jednej ze swoich koleżanek, zazwyczaj niechętna do samodzielnego marnowania czasu na podobne dywagacje.
Potem przysłuchała się także różnicom malowanym pomiędzy jedną a drugą publiką. Vanity miała rację, niemieckie otwarcie na nowości było tym, w czym wychowała się sama Eberhart, z początku z trudem odnajdująca się w ciaśniejszych brytyjskich ramach, lecz w gruncie rzeczy można było czuć się w tym w pewien sposób bezpieczniej. Inwestycja była pewna, zwracała się z mniejszym profitem niż wybuch euforii berlińskich owacji, ale zapewniała stabilność, której być może potrzebowała teraz młodsza z czarownic. Amelia skinęła więc głową w zrozumieniu i zwilżyła wargi odrobiną szampana, który potem zlizała z nich koniuszkiem języka, pogrążona w myślach zdominowanych tęsknotą. Trudno powiedzieć za czym dokładnie - za samym Berlinem, czy za osobą, którą w nim była.
Mniej emocjonalnie wymagającym ruchem było zatem ucięcie tematu. Szczególnie że na wokandę po chwili trafił inny, ważniejszy, ciekawszy; Rowena w swej mądrości wiedziała, że Niemka nie przepadała za roztrajkotanym plotkowaniem, lecz tym razem nawet i ona musiała ulec, ostatnia żelazna dziewica ukorzyła się pod galanterią wiadomości i poświęciła jej w pełni, wdzięczna też za dotyk, którym Val chciała ratować ją przy rozmywającym się w chrapliwym wydechu kaszlu. Zawsze była taka życzliwa wobec tych, których darzyła sympatią - i myśl, że akurat Amelię wpuściła do tego grona zawsze napawała ją niesamowitym ciepłem. Ciepłem, o którym z reguły nie wspominała głośno, ale którego istnienia chyba obie były świadome.
- A więc i on uległ - stwierdziła z pełnym wrażenia uśmiechem, wciąż nieco oszołomionym i rozbawionym zarazem, studiująca twarz Valerie w oczekiwaniu na dalsze potwierdzenie niesamowitej historii, albo przyznanie się do tego, że wszystko zmyśliła, bo Septimus chciał usłyszeć balladę o minie zdziwionej Eberhart. Wszystko było możliwe, nawet jeśli obecność pierścionka przemawiała za tym, że Vanity nie stroili sobie z niej żartów. I tak okazało się w rzeczywistości: najlepszym dowodem prawdomówności były rumieńce zalewające śliczną twarz przyjaciółki, dekorujące jej łagodne rysy miękkim karminem przypominającym płatki róży wdzięczącej się w słońcu. Gdzieś kiedyś przeczytała bzdurę, jakoby miłość miała uskrzydlać. A może faktycznie tak było? Nie z anatomicznego punktu widzenia, oczywiście, ale dawno nie widziała Valerie tak szczęśliwej. - To prawda, ale tylko dlatego, że nawet one są wtedy skłonne poświęcić swoje potrzeby, których są już bardziej świadome, w imię wygody mężczyzny, nie dlatego, że to nie wypada - wtrąciła, praktycznością kontrująca rozmarzenie dźwięczące w głosie Vanity, rozmarzenie, do którego miała teraz prawo i które Amelia zamierzała puścić mimo uszu. Przecież mogłaby teraz roztoczyć nad nią tyradę o dbaniu o szacunek do siebie, o pilnowaniu swojego dobra, o zabezpieczeniu się w razie niepowodzenia, o wszystkim, co mogłoby złamać jej serce i charakter - ale po co? Ani przez chwilę nie wątpiła w szczere intencje Corneliusa, tak długo wytrwał jako stary kawaler, że właściwie żenić się równie dobrze już nie musiał. Ale, najwyraźniej, chciał. - Wystarczająco naczekałaś się na jakiekolwiek szczęście, Val - podkreśliła, nie mając na myśli córeczki, którą powiła Franzowi, a Franza samego w sobie. Nigdy za nim nie przepadała. Z kolei Cornelius? Mógł oświadczyć się z tysiąca powodów, na dodatek komuś innemu niż wdowa z dzieckiem (komuś uznawanemu za lepszą partię, bzdury), ale lepiej było myśleć, że tym dominującym i głównym była właśnie miłość. Że ktoś z jego pozycją i życiowym bagażem był w stanie ulec emocjom jak młodzik, byle tylko sięgnąć po spełnienie marzeń u boku wyjątkowej kobiety. To, czy sama Amelia wierzyła w miłość, było bez znaczenia. - Na kiedy planujecie ślub? - zapytała tuż po tym, jak z przyjemnością zaciągnęła się papierosem. - Valerie Sallow, kto by pomyślał...


i won't be afraid. hesitation got me against the wall,
but no more mistakes like i made before.


Ostatnio zmieniony przez Amelia Eberhart dnia 30.03.22 21:24, w całości zmieniany 2 razy
Amelia Eberhart
Zawód : Magizoolog w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, w Wydziale Zwierząt
Wiek : 37
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
if you were a woman and i was a man
would it be so hard to understand?
OPCM : 8 +2
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 7 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10932-amelia-eberhart#333340 https://www.morsmordre.net/t10966-wolfgang#334285 https://www.morsmordre.net/t10969-amelia-e#334298 https://www.morsmordre.net/f410-borough-of-islington-eden-grove-12 https://www.morsmordre.net/t10967-skrytka-nr-2394#334286 https://www.morsmordre.net/t10968-amelia-eberhart#334288
Re: Kuchnia [odnośnik]31.03.22 19:12
— Och, ale czy to nie czyni z nas podstarzałych tetryczek? — chłodny błękit oczu Valerie błysnął w rozbawieniu, w tym samym czasie, gdy w kameralnym świetle salonu błysnęły przygotowane przez panią domu sztućce. Ukroiła kawałek ryby, ostrożnie wsuwając go sobie do ust. Dopiero po skosztowaniu przyniesionego przez siebie jedzenia i uznania, że faktycznie, jej przyjaciółka—niania spisała się w roli kucharki znakomicie, raz jeszcze chwyciła po kieliszek, teraz już ledwie opanowując chichot, który pragnął wstrząsnąć niewielkimi, kruchymi ramami jej sylwetki. — Takich, co już dawno straciły radość z życia i pasji? Amelio, najdroższa, przecież pomimo różnicy wieku nie jesteśmy nawet w połowie naszej życiowej drogi, a płomienie naszych serc tlą się miłością wciąż...zanuciła melodyjnie jedną z niemieckich piosenek, która towarzyszyła jej na początku kariery na kontynencie. Amelia mogła ją znać jeszcze z czasów gdy dopiero wkraczała w dorosłe życie, a Valerie uczyła się na niej niemieckiej wokalistyki.
Jeszcze pani Vanity wzniosła ku górze kieliszek z szampanem, na znak toastu.
— Za pasje i ich spełnienie, oby nigdy nie brakło nam satysfakcji — zadeklarowała, przysuwając swój kieliszek do tego, który w szczupłych palcach dzierżyła Amelia tak, by stuknięciem oznajmić dopełnienie toastu. Zimny, bąbelkowy napój rozlał się w dół jej gardła, gdy znów przytknęła krawędź naczynia do ust i napiła się. Podobno w Anglii brakowało jedzenia, a one i tak zdołały sobie zorganizować niezwykle przyjemny wieczór z dobrym jedzeniem i szampanem.
Czy to nie była definicja londyńskiej ekstrawagancji? Berlin uznałby takie spotkanie za coś niemalże codziennego, niewartego celebracji. Tu, w samym sercu Anglii wydarzenie takie urastało do rangi święta, czegoś, co należało skrzętnie zaplanować nie tylko przez wzgląd na napięte grafiki obu pań, ale także okoliczności, które je otaczały. Godzina policyjna nie była łaskawa ani dla urzędniczki, ani dla śpiewaczki, choć te prawdopodobnie zdołałyby wyślizgnąć się z kłopotów za pomocą siły autorytetu Ministerstwa czy też niemal zwykłego uroku osobistego. A jednak zarówno Eberhart, jak i Vanity były zbyt dojrzałe, zbyt rozsądne i przenikliwe, by ryzykować tej nocy coś więcej, niż własne towarzystwo. Valerie czuła, jak napięcie odpływa z jej ciała, jak z każdą minutą spędzoną w towarzystwie magizoolożki robi jej się coraz bardziej błogo i jakoś weselej. Możliwość odreagowania napięcia ostatnich tygodni — te przecież owocowały w szereg nowości, począwszy od całej sprawy przeprowadzkowej i natknięcie się na podłego Hectora Vale, przez obowiązki jakie spadły na nią z woli lorda Kent, wyjątkowo nietypową wyprawę do Warwickshire w towarzystwie Ramseya, a później i lorda Norfolk, na zaręczynach skończywszy... W jej życiu wydarzyło się dużo, ogromnie dużo, a porozrzucane myśli wreszcie zaczęły porzadkować się, prawdopodobnie pod wpływem spokojnej i rzeczowej aury blondwłosej przyjaciółki.
Gdzieżby znalazła drugą tak mądrą, rozsądną i piękną jak ona?
— Gdy miewa ochoty na oglądanie mych występów, zawsze siada w pierwszym rzędzie — ciągnęła, najwyraźniej pozwalając alkoholowi rozplątać swój język. Tajemnice zdradzane Amelii powierzyła jednak szeptowi, w skupieniu zaglądając w jej oczy, jakby z każdym słowem oczekiwała potwierdzenia, że przyjaciółka poświęca jej pełnię swojej uwagi. W końcu było to dla niej takie ważne! Do Corneliusa Sallow wzdychała przecież jeszcze jako uczennica Hogwartu, gdy odwiedzał jej brata w ich rodzinnym domu, gdy akurat powracał do niego na kilka tygodni. Czytywała artykuły, które pisał do gazet z ramienia Ministerstwa, przechadzała się z nimi w rękach ostentacyjnie przed Septimusem i swym wtedy—jeszcze—nie—narzeczonym, pragnąc, by zwrócił na nią uwagę, by ich spojrzenia spotkały się, choć na moment. Musiała czekać czternaście, niemal piętnaście długich lat, by sny, które wtedy śniła, stały się rzeczywistością. — Ale tamtego dnia go nie widziałam. A obiecał mi, że się spotkamy, najdroższa Amelio. Prawie pomyślałam, że ze mnie zakpił, ale nie zrobiłby tego, nie on... To dobry człowiek, wiesz? Ach, wiesz, znasz go przecież...
Myśli biegły szaleńczo, a Valerie złapała się na konieczności nabrania większego wdechu i westchnienia z ulgą. Naprawdę cieszyła się z tego, jak to wszystko się potoczyło. Choć droga do szczęścia skropiona została krwią jej pierwszego męża—despoty, choć wiedziała, że to nie z jej ręki i postanowienia zginął Franz Krueger, że Cornelius wziął cały plan na siebie... Nie żałowała. Ufała Sallowowi tak, jak ufać potrafi tylko zakochana w nim do granic możliwości kobieta. Jak żona.
— Gdy stawiasz to w ten sposób, obdzierasz wszystko z tej specjalnej aury, która jest tą wisienką na torcie... — wymruczała delikatnie niezadowolona. Ale czy to nie było w stylu Amelii? Przecież zawsze działały na zasadzie kontrastu. Konkretna i bezkompromisowa pani magizoolog stojąca naprzeciw rozbuchanej emocjonalnie śpiewaczki. To ten kontrast ich światopoglądów dodawał relacji obu kobiet specjalnej głębi, której Valerie nie mogła odnaleźć nigdzie indziej. I nie chciała szukać.
Słysząc kolejne słowa Eberhart, opuściła nieco spojrzenie, chcąc ukryć gromadzące się w oczach łzy. Amelia dotknęła delikatnej struny, lecz nie zdołała przywołać smutku, wbrew pozorom to nie był on. Gdy jasne włosy śpiewaczki poruszyły się wraz z podniesieniem głowy, gdy ich spojrzenia skrzyżowały się raz jeszcze, Valerie uśmiechała się szeroko. Pełna wdzięczności. Wzruszona.
— Dziękuję — wyszeptała tylko, bowiem czy były jakieś słowa, które mogłyby pasować lepiej do tej sytuacji? Chyba nie. Zamiast tego objęła przyjaciółkę mocno i pewnie, po chwili całując ją czule w oba policzki. Czym sobie na nią zasłużyła? Nie miała pojęcia. Dopiero pytanie o ślub sprawiło, że cofnęła się nieco, przykładając palec wskazujący do ust.
— Nie mamy czasu do stracenia, gdyby nie wojna, pewnie poczekalibyśmy dłużej niż do czerwca, ale... Myśleliśmy, by pobrać się w moje urodziny. Pierwszego.
To dopiero początek. Narzeczeństwa. Planowania. Wieczoru. Obie kobiety miały tej nocy cały czas do własnego rozdysponowania. Tematów nigdy im nie brakowało, lecz wobec nagłych rewelacji, jeden z nich zdecydowanie wyszedł na prowadzenie.

| z/t x2 :pwease:
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Kuchnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach