Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944
AutorWiadomość
SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944 [odnośnik]16.01.22 15:46
17 czerwca 1944 - Berlin, Rzesza Niemiecka

Anton Teboev był artystą scenicznym. Wagabundą w sztuce, wciąż poszukującym nowych doświadczeń, nowych krain których tereny mógłby uświetnić zarówno swoją obecnością, jak i swoją twórczością. Jeżeli zapytałbyś kogokolwiek o charakterystykę twórczości Teboeva, pierwsze co ujrzałbyś na twarzy pytanego to… Pełen ironii uśmiech. Mężczyzna był w końcu na tyle charakterystyczny, by w berlińskim artystycznym światku pozostawać niemal ikoną – symbolem skandalu, wzlotu i upadku, a za razem wszystkim tym, co przyszło do głowy plotkującym – na tyle wszystkim, by wszystko to mogło obdzielić chociaż pięć osób jego pokroju. Podobno malował po nagich, kobiecych ciałach – podobno chciał wystawiać to na gołym powietrzu, podobno była to część większej kompozycji artystycznej. Podobno uważał zwłoki za coś artystycznego, a inni wytykali mu to, że w życiu musiał ich nie widzieć, bo przez zniewieściały wygląd – nikt nie spodziewał się, że kiedykolwiek wytrzymałby z ich smrodem. Podobno Teboeva nie obchodziła wojna, podobno stał ponad podziałami, był obojętny, podobno uważał, że sztuka istnieć powinna ponad wszystkim i pomimo wszystkiego. Podobno podnosił różdżkę na mugoli, samemu mając krew tak skażoną niemagicznym wpływem, by wydawało się to wręcz kuriozalne. Inne źródła podawały jednak, że pochodził z czystokrwistego rodu z tradycjami, a posłany na obczyznę został tylko ze względu na swoje dziwne, artystyczne zapędy, które nie zaspokoiły rodzicielskich pragnień o posiadaniu w rodzinie kolejnego prawnika.
To wszystko nieważne, nieważne bo szkoda tylko, że ten głupi, wschodni idiota okazał się nie neutralny, a działający na dwa fronty. W dzień spotykał się z systemowcami, gdy wieczorami pijał piwko z rewolucjonistami. I sprawa nie wyszłaby na jaw, gdyby nie powoli postępujące odurzenie, dziwkarskie zapędy i język skłonny do rzucania słów bez pomyślunku. To Franz powiedział im o sytuacji nieszczęsnego Antona Teboeva – powiedział o informatorce prostytutce, powiedział o pomyleniu stron konfliktu, o zagubieniu się, o agresywnej reakcji w momencie obnażenia, o tym, że obydwie strony konfliktu czają się na tego cholernego, gadatliwego Ruska… Krueager nazwał to z rozbawieniem, chęcią pozostania politycznym kameleonem, co nie mogło udać się w przypadku posiadania wizerunku łysego sępa i równie ptasiego móżdżka.
Polityka nie była dla każdego, a już na pewnie nie do Teboeva.
- Pierdoła uciekła do Leningradu i chowa się po kanałach – mówił Franz, siedząc w piwnicy, w której urządzali kolejną „próbę” orkiestry. Teraz wszyscy wiedzieli już, gdzie zagrają kolejny koncert. Skrzypkowie w drugim rzędzie zaczęli nerwowo wymieniać się oskarżeniami między sobą. Podobno jeden z nich trzymał się z Antonem nieco zbyt blisko, by wierzyć w brak przepływu informacji na ich linii. – A zamkniecie się kurwa w końcu? – ryknął w pomieszczenie Krueager, momentalnie przywołując ich do porządku. – Ten kurdupel oszukał nas wszystkich co do jednego. Nie tylko nas, wszystkich wyżej też. Zniknie, a jego kości pożrą psy. Razem z kośćmi pożrą wasze sekrety, a jeżeli okaże się, że cokolwiek z nim związanego wypłynie – zostanie przywiązane do kamienia i utopione w rzece. Rozumiecie? No. To teraz opowiem wam co robimy…

24 czerwca 1944 - Leningrad, ZSRR

I opowiedział. Oddział ludzi bardzo blisko powiązanych z polityką Grindelwalda wskazał im kierunek, konkretne miejsce pobytu Teboeva. Tak zakładali – w końcu informatorzy również mogli się mylić. Rzadko, bo rzadko, bo pomyłki te zwykle odbierano jako zdradę i karano śmiercią… No ale czas pokaże. Czas pokaże, w końcu piwnicę dalej, w kamienicy jeszcze nie zniszczonej przez wojnę, czekała już ekipa sprzątająca. Stado muzyków z pokrowcami, które teraz puste, po chwili wypełnią się kośćmi. Mieli nadzieję, że Antona, chociaż powiedziano im, że mieszkania tu pozostawały zaludnione w stopniu „wyższym niż potrzeba”. Podobno właściciele niektórych mieszkań pozostawali martwi od momentu mugolskich bombardowań. Podobno niektóre z mieszkań miały pozostawać puste, gdy wieczorami i tak rozpalano w nich światła. Być może nikt tego nie pilnował, ale oni wiedzieli – jedyne powiązania Teboeava z Leningradu znajdowały się tutaj, a jeżeli mylili się – dalszych tropów należałoby szukać już w Moskwie.
Plan był prosty – urządzenie typowego kotła w każdym mieszkaniu, przejrzenie każdego zakątka tej zasranej kamienicy, zajrzenie pod dywany, do piwnic, do szybów wentylacyjnych – jeżeli nie znajdą Antona, być może znajdą tropy. Tropy, które zaprowadzą ich dalej.
- Co z mieszkańcami? – zapytał jeden z Niemców, odpalając papierosa zaklęciem, kiedy mieli wybierać się już na akcję. Czarował bez różdżki, co w oczach obecnego tutaj Septimusa robiło w tamtym czasie ogromne wrażenie.
- Przesłuchujecie kogo się da, nie przebieramy w środkach, podobno mieszkają tam sami żebracy, mugolaki lub inne męty społeczne. Obiecajcie im jedzenie albo pieniądze, byle tylko mówili. Jak to nie zadziała – sięgajcie po wszystko co się da, wierzę w wasze cholerne doświadczenie. I tak gówno im damy, przyjdzie co do czego – na koniec sprzątniemy ich wszystkich. Nikt nie zapłacze, na koniec podłożymy jeszcze ładunek wybuchowy, żeby głupi lud myślał, że wszystko to to tylko kolejne, mugolskie wybryki – mruknął ich dowódca – Max Winkler, czarodziej po czterdziestce o twarzy jak z okładki. Pomimo hulającej wojny, on zawsze pachniał dobrze, nosił się dobrze i czesał się modnie. Teraz w ubraniu mugolskiego rewolucjonisty, wciąż wyglądał jak ktoś poziom wyżej od reszty – ucharakteryzowanych na obdartusów rzezimieszków. – Wychodzimy z Antonem albo po eliminacji ostatniego żywego, niechętnego do sypania. Wątpię jednak by byli na tyle lojalni wobec tego pacana. Ale może nie tylko nas oszukał. Zawsze za dużo wiedział… Kiedy już nie będziemy w stanie dowiedzieć się więcej, Franz z chłopcami przyprowadzi swoją ferajnę z koncertu, sprzątną to wszystko i podłożą ładunek. My będziemy już szmat drogi dalej, byleby nikt nie powiązał nas z tym wydarzeniem. Jasne? Jasne. To szykujcie się chłopcy, pięć godzin i zaczynamy…
I tak się stało – godzina 23:21 – trójka ludzi przy drzwiach każdego mieszkania. Przemieszczali się cicho, wręcz niezauważenie, a sam Winkler, niczym doskonały dowódcę, wspinał się po skrzypiących schodach jedynie z cichym ich odgłosem. Z palcem przy ustach sprawdzał stan każdej z grup ustawionej przy mieszkaniach. Franz, Stefan i Septimus podążali z nim, widocznie będąc tymi, którzy dadzą sygnał do dołączenia – czy to w momencie pojawienia się wśród mieszkańców nieszczęsnego Antona, czy też wtedy, kiedy po mieszkaniach nie zostanie już nic. Stefan mierzył Septimusa niepewnym spojrzeniem i ukradkiem trącił jego dłoń w momencie, kiedy stojąc na ostatnim piętrze kamienicy, zauważył niepewność zapisaną na twarzy młodego dyrygenta. Zbłąkane zaklęcia mogły dopaść ich w każdym momencie. Miał nadzieję, że tym razem kamienica jednak okaże się faktycznie, jedynie mugolska.
Sygnałem do wejścia dla każdej z grup było głośne wyważenie pierwszych drzwi przy pomocy zaklęcia. Pierwszą grupa była ta, za którą podążał Winkler, momentalnie po tym, jak huk upadających drzwi rozszedł się po klatce schodowej – kolejne zaklęcia posypały się niczym kostki domina – powodując tylko większy rozgardiasz i prowokując pisk w uszach. Hałas, ogromny hałas. Powietrze wypełniające się lękiem, szokiem, stresem. Franz powędrował za Maxem, Stefan z Septimusem weszli natomiast do mieszkania z przeciwka. Mieli kontrolować sytuację, w końcu Antona poznali nawet osobiście…


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Re: SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944 [odnośnik]17.01.22 22:13
Wskazówki starego, drewnianego zegara, ukazywały godzinie 23:18. Długi letni dzień chylił się ku końcowi, a odchodzące za horyzont słońce pokolorowało niebo na wszelkie możliwe odcienie złota i czerwieni. Powietrze było wilgotne, ciężkie, chociaż przez uchylone okno dało się wyczuć odległy zapach morza, przynoszony tu przez chłodny wiatr.
Na zmodyfikowanym piecu kaflowym, który ewidentnie kiedyś był eleganckim elementem wystroju wnętrza, grzał się czajnik lekko poobijany metalowy czajnik.
Zlata zawsze kończyła dzień w ten sposób - siedząc w koszuli nocnej na parapecie, przyglądając się zachodzącemu słońcu i popijając ciepły napar z ziół. Sama nie za dobrze znała się na zielarstwie, ale jej sąsiadka piętro wyżej często wybierała się do okolicznych lasów po zapasy i za postawienie magicznych zabezpieczeń oraz pomoc przy drobnych pracach naprawczych w domu była gotowa się tym podzielić.
Za oknem miasto powoli zapadało w sen.
Życie w Leningradzie pomału wracało do normy. Sprzątano ulice z gruzów, chowano zmarłych, ściągano ze złotych kopuł cerkwi oraz pomników maskowania i drewniane konstrukcje, które przez lata oblężenia miasta chroniły je przed spadającym bombami.
Ci, co domy stracili, poszukiwali nowych schronień.
Czarodzieje również.
Przybywając do Piotrogrodu… Leningradu, Zlata liczyła na to, że uda jej się odnaleźć rodzinną kamienicę Raskolnikovych, lecz zamiast domu, o którym tyle słyszała od ojca, zobaczyła jedynie dziurę w ziemi i pozostałości fundamentów. Był to bolesny cios, ale przypomniała sobie wtedy słowa Rusłana - dom twój, gdzie serce twoje… I na duchu zrobiło się jakoś tak lżej.
W końcu Dolohovej udało się znaleźć coś, co mogłaby nazwać domem. Była to stara kamienica - pozostałość dobytku jakiegoś ważnego magicznego rodu, który dziwnym zrządzeniem losu wymarł. Zlata słyszała również, że podobno dom ten widniał w oficjalnych mugolskich dokumentach, gdyż zamiast skupiać się na ukrywaniu i iluzjach, właściciele uznali, że stworzą z niego prawdziwą twierdzę. Jak widać - opłaciło się, gdyż budynek przetrwał bombardowania bez nawet najmniejszej rysy na którymś z wielkich okien.
Kamienica przyjęła w swoje progi każdego, kto był zmęczony wojną, nie miał gdzie iść albo po prostu próbował się gdzieś zakotwiczyć, żeby zacząć nowe spokojne życie. Część przychodziła na chwilę i szła dalej, część zostawała. Byli tam i artyści, i naukowcy i zwykli prości ludzie o różnym pochodzeniu, ale każdy z historią, o której mógł mówić wyłącznie w kuchni i przy wódce. Jednak Zlata nie ze wszystkimi się dogadywała. Szerokim łukiem omijała sąsiada z parteru, który niepokojąco dużo wiedział o mugolach i nawet trzymał tę ich okropne bronie. Czarownica nie chciała mieć nic wspólnego z mugolami, nie po tym, jak zabili jej męża.
Po Rusłanie pozostała jej tylko jego uśmiechnięta fotografia w prostej drewnianej ramce, stojąca na taborecie, robiącym za stolik nocny oraz Nina, która lada chwila miała przyjść na świat.
Dolohova powoli zsunęła się z szerokiego parapetu i udała się w stronę czajnika, po drodze dotykając palcami gładkiej powierzchni małej, drewnianej kołyski. Była niesamowicie dumna z tego, że udało się znaleźć to cudo na strychu i naprawić. Nie wyobrażała sobie, że jej córka miałaby spać w rozklekotanym łóżku na przetartym w paru miejscach sienniku. Zlata za wszelką cenę chciała sprawić, żeby ich małe mieszkanko - ten jeden pokój z improwizowaną kuchnią, stało się miejscem, w którym Nina czułaby się dobrze i bezpiecznie, kiedy zacznie już raczkować, a później stawiać swoje pierwsze kroki. niestety taka mała klitka jest dobra na pierwsze lata życia dziecka, a co dalej? Dolohova zdecydowała, że kiedy tylko mała podrośnie, spróbuje znaleźć sobie pracę, by zarobić na lepszy dom. Może przy jakimś sklepie - w końcu kochała cyfry i nie miała najmniejszego problemu, żeby pilnować przepływu pieniędzy? Byłaby to bezpieczna praca, z dala od oszalałych mugoli gnieżdżących się po lasach. Albo może zacznie sama projektować budynki? Biorąc pod uwagę zniszczenia po wojnie, to na pewno klienci się znajdą.
Kobieta rozplotła swój długi złoty warkocz, pozwalając włosom, niczym pelerynie, opaść na plecy, po czym zalała zioła, wlewając wrzątek do szklanki, stojącej w metalowym koszyczku i nałożyła sobie na spodek słodkich powideł, aby zabić gorycz naparu.
Jej przyjaciółka miała lada chwila przyjść, żeby jak co dzień zbadać Zlatę, więc kobieta odruchowo spojrzała na zegar. Wskazówki pokazały równo 23:21.
Ogromny huk wstrząsnął kamienicą. Potem następny i następny. Jeden za drugim, niczym seria z mugolskiej broni. Nie wiedząc kompletnie, co się dzieje, czarownica w panice rzuciła się jak najdalej od drzwi - w stronę okna. W uszach szumiała krew, zagłuszając myśli i nie pozwalając się skupić na teleportacji. Ale przez huk i przeraźliwy pisk w uszach słyszała coś jeszcze. Krzyki. Zostali zaatakowani. Ale przez kogo? Dlaczego?
Zlata wstrzymała oddech i powoli wypuściła powietrze przez rozchylone usta, starając się opanować szaleńcze bicie serca i wbijając spojrzenie w drzwi. Szybko sięgnęła po różdżkę, którą to zostawiła wcześniej na parapecie, zaciskając mocno palce na chłodnym drewnie.
Coś głośno walnęło w drzwi. A w odpowiedzi jedyne okno w pomieszczeniu zamknęło się głośnym trzaskiem, sygnalizując uruchomienie pułapki.
Oby wytrzymała. Błagam, oby tylko wytrzymała... - krzyczała w myślach, czując postępująca mdłości.
Niestety los czasem bywa okrutny.


Zlata Raskolnikova
Zawód : Komornik i najemniczka po godzinach
Wiek : 37
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Wisi mi kto wisi na latarni
A kto o nią się opiera
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Półgoblin
SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944 LbyMwHj
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9153-zlata-raskolnikova#276833 https://www.morsmordre.net/t9433-sowa-bez-imienia#286806 https://www.morsmordre.net/t9439-zlata#287045 https://www.morsmordre.net https://www.morsmordre.net/t9434-skrytka-numer-2143#286811 https://www.morsmordre.net/t9432-zlata-raskolnikova#286793
Re: SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944 [odnośnik]21.01.22 13:30
Pierwsze mieszkanie u góry. Krzyk kobiety, która trzymając w dłoniach starą, skórzaną torebkę próbowała dobyć różdżki. Roztrzęsione na skutek czoku dłonie drżały jednak tak bardzo, by nie były w stanie odnaleźć kieszeni przylegającego do ciała fartucha. Krzyk, a potem szaleńczy bieg od drzwi kołyszących się już tylko na górnym zawiasie. Alchemiczka, zielarka, może znachorka – to określić się dało na pierwszy rzut oka, słoiki z odczynnikami zdobiły bowiem półki kuchni, będącej pierwszym pomieszczeniem które zauważyli zaraz po przekroczeniu progu. Barczysty facet, którego wołano rosyjskim imieniem, wszedł do mieszkania pierwszy, nie wahał się używać groźnych i wymagających skupienia zaklęć – ze swoją posturą wydawał się być maszynką do zabijania, ale to dobrze – odwracał w końcu uwagę od Septimusa i Stefana, będących jedynie muzykami – szczupłymi, zapalonymi w sztuce artystami, nie groźnymi osiłkami. Młoda dziewczyna nie była tu sama – w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze staruszka, widocznie jej matka lub babka, która oderwana już nieco od rzeczywistości, znajdująca się w stanie słodkiej starości, siedziała na kuchennym fotelu i spojrzeniem wręcz obłąkańczym pomknęła ku krewniaczce, która przywołując wydobytą już różdżką tarczę ochronną, nie była przygotowana na to, że zaklęcie wcale do niej nie pomknie. Pomknęła za to persona mężczyzny, która łapiąc za taboret, pozrzucała z blatów kuchennych wszystkie naczynia. Chaos, większy chaos, chodziło tylko o chaos. Rzucone w stresie ofensywne zaklęcie kobiety nie dotarło nawet celu, a rzucony w jej kierunku mebel przeciął powietrze, odbijając się od jej przedramienia i lądując pod nogami w roztrzaskanej formie. Przygłucha staruszka wciąż nie była w stanie zareagować, chociaż to również do niej kierowane były gniewne hasła wykrzykiwane przez osiłka.
- Anton Teboev – nazwisko przecięło hałas i chaos jaki rozchodził się obecnie kamienicy. Przybyli tu po niego i nie wyjdą bez niego. Jeżeli w końcu byliby do tego zmuszeni – wyrżną wszystkich lokalnych mieszkańców. Stół przewrócił się, a staruszka nagle tracąc oparcie, upadła z krzesła na podłogę, dopiero teraz orientując się w nowym niepokoju. Jęk bólu i westchnienie niezadowolenia córki, która podjęła próbę miotnięcia kolejnym zaklęciem w kierunku osiłka. Nim jednak to zrobiła, zaklęcie Rosjanina wytrąciło jej różdżkę z ręki. Kilka kroków do tyłu i przystanek na parapecie – tak skończyła się nędzna ucieczka znachorki.
- ANTON TEBOEV! Gdzie jest?! GDZIE KURWA JEST? – wydarł się, a potem w powietrzu zadrżało zaklęcie puszczone przez niego w kierunku kobiety, mające chyba na celu nastraszenie jej. Chybiło, a jego moc sprawiła, że zamiast rozbryznąć się na szybie, wybiła ją.
- Nie wiem! NIE WIEM KIM JEST TEBOEV! – zarzekała się, zasłaniając szyję ramionami w pozycji obronnej. Dalsze obserwacje zeszły jednak na dalszy plan, a przynajmniej dla Septimusa i Stefana, którzy trzymając się dalej, z tyłu, mogli zauważyć młodego, pewnie kilkunastoletniego chłopaka z różdżką, wybiegającego z pokoju obok. Młody chłopak widocznie zerwany z łóżka wkroczył do pomieszczenia z wyrazem przerażenia. Stefan podniósł różdżkę,  planując posłać ku niemu zaklęcie ogłuszające, na co ten tylko wydarł się beznadziejnie. Kobieta pod oknem, widocznie słysząc krzyk dziecka, wyrwała się od parapety z wściekłością typową dla lwicy – matki, broniącej swoich dzieci. Odepchnięta głośnym Everte Stati, gdy tylko zbliżyła się zanadto, próbowała utrzymać równowagę. Lecąc do tyłu zderzyła się wewnętrzną stroną kolan z niskim parapetem. Gdyby szyba w oknie nadal istniała, pewnie zderzyłaby się z nią boleśnie.
Nie istniała.
Wypadająca z okna, krzycząca przeraźliwie dziewczyna pokonała odległość dzielącą ją od bruku leningradzkiej ulicy. Septimus pomknął spojrzeniem ku zdarzeniu, pozwalając Stefanowi na zajęcie się zanurzonym w gorzkim szlochu chłopcu, obserwującym przez otwór drzwiowy nieszczęśliwy wypadek swojej matki.
- Silencio – posłał ku niemu Stefan, a potem spojrzał ku osiłkowi gniewnie. Nie to było w planach. Wszystko miało pozostać zamknięte w murach kamienicy. Trup na ulicy mógł przyczynić się do obnażenia całej ich dywersji. Franz i Max dowiedzą się o tym. Teraz jednak… - Na dół, wciągniemy ją do środka.


Pułapka zabezpieczająca drzwi zadziałała, chociaż kobiecy głos rozchodzący się za drzwiami i porozumiewający się z kompanami w języku niemieckim sugerował, że za chwilę zostanie zdjęta przy pomocy odpowiedniego zaklęcia. Mogło to niepokoić, jednak tylko wtedy, kiedy język ten się rozumiało. Inkantacja zaklęcia zawsze brzmiała jednak tak samo – pułapkę wykryto, chociaż wyraźnie się jej nie spodziewano.
Nie to jednak niepokoiło.
Krzyk kobiety rozszedł się za oknem, gdy Zlata z przerażeniem zaciskała palce na swojej różdżce. Spadające ciało przemknęło przed szybą tylko moment, jednak ubrania które miało na sobie sugerowały, kim właściwie była nieszczęsna dziewczyna. Sąsiadka rozbiła się o bruk do tego stopnia, by opisywanie jej godziło w poczucie dobrego smaku i estetyki. Nie żyła, to pewne, jednak na ten moment żadne z nich nie mogło określić dokładniej stanu, w jakim zatapiała ją noc.
Potem drzwi, zamiast po raz kolejny potraktowane łagodnym wybuchem odpychającym je w stronę wnętrza, zostały… Uprzejmie otwarte. Zapukano, wciśnięto klamkę i z cichym skrzypnięciem otworzono je. Wszystkie dźwięki te zaginęły jednak w krzykach dochodzących zarówno z góry, dołu, jak i klatki schodowej, po której w tym momencie Septimus i Stefan zbiegali w szaleńczym tempie. Obcasy wysokiego obuwia kobiety wchodzącej do pomieszczenia też nie zrobiły wrażenia – ich stukanie wyciszały ogólne wibracje budynku nie przystosowanego do takiej ilości magii w momencie budowania.
- Teboev, wyłaź… – powiedziała, jakby sądząc, że to wymusi jakaś reakcję. Dopiero po chwili mogła rozejrzeć się po pomieszczeniu, przyzwyczajając się do jego półmroku. W towarzystwie dwóch czarodziei trzymających się przy drzwiach wejściowych, zaczęła z uniesioną do góry różdżką przemierzać pomieszczenie. Wykonała półtorej kroku, od razu potem zauważyła gnieżdżącą się pod oknem postać… Dziecko? Nie. Wzrost był jednak niski, o wiele niższy od tego jej, pokaźnego szczególnie jak na kobietę. Półolbrzymka? Raczej nie, po co trzymałaby wtedy w ręku różdżkę. Skandynawka może? Prędzej, Zlata miała wrażenie że mogła kojarzyć jej akcent ze swoich lat szkolnych spędzonych w Durmstrangu. – Och, słodkie dziecko… Gdzie twoja mamusia? – powiedziała, przechodząc jeszcze bliżej półgoblinki, dopiero teraz zauważając jej… charakterystykę. Skrzywiła się i momentalnie przyspieszyła kroku, próbując skrócić odległość je dzielącą. Może powinna wytrącić jej z dłoni różdżkę, może powinna podjąć chociaż próbę, nim jednak wpadła na ten pomysł, inkantacja zaklęcia ofensywnego pokryła się z odgłosem ciężkiego mebla uderzającego o podłogę piętro wyżej.  – Coli – zaklęcie z dziedziny czarnej magii miało dotrzeć do Raskolnikovej, o ile nie zostało przez nią skutecznie zablokowane, a cała nikczemność jego wiązała się z możliwym połączeniem bólu brzucha z dzieckiem noszonym przez nią pod piersią. Tortura na pewno zmusi ją do gadania. – Teboev, gdzie go ukrywasz?! – wrzasnęła w złości Finka.


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
SLOWLY GOES THE NIGHT - CZERWIEC 1944
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach