Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Manchester Opera House
AutorWiadomość
Manchester Opera House [odnośnik]22.01.22 16:21

Manchester Opera House

★★★
Założona w roku 1912 Opera znana była pod wieloma nazwami - New Theatre, New Queens Theatre, aż wreszcie skończyła pod utrwaloną nazwą - Manchester Opera House. Budynek o fasadzie typowo klasycystycznej, z równie neoklasycystycznym wnętrzem mieszczącym prawie dwa tysiące słuchaczy, zachowanym w kolorystyce złota, zieleni i czerwieni. Otoczona audytoriami sala posiada ozdobne, okraszone kasetonami sklepienie, a pod szeroką sceną znajduje się miejsce na prawie stu instrumentalistów.
W roku 1945 oficjalnie zakończyła swoją działalność, przechodząc we władanie czarodziei, a liczba niemagicznych pracowników skurczyła się do koniecznego, świadomego minimum. Opera w obecnym stanie pozostaje przybytkiem typowo czarodziejskim, o drzwiach wiecznie zamkniętych dla mugolskiej widowni i konstrukcji zabezpieczonej zaklęciami przed ich niezaplanowanym wtargnięciem.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Manchester Opera House Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Manchester Opera House [odnośnik]23.01.22 20:46
8 lutego 1958


Do czternastego lutego pozostało mniej niż siedem dni. Sześć, będąc precyzyjnym. Valerie miała już dość dusznej, wdowiej czerni, lecz nie mogła porzucić jej prędzej niż równo sześć miesięcy po tragicznym i och, jak bardzo zapierającym dech w piersiach swą gwałtownością, odejściem Franza Kruegera ze świata żywych. Dlatego też kolejny dzień, który miała spędzić w zakupionej jeszcze w Niemczech, eleganckiej, choć stonowanej kolorystycznie szacie, drażnił ją niesamowicie. Do tego stopnia, że gdyby nie towarzystwo najdroższego brata Septimusa i misja, z którą zjawili się dzisiaj w Manchester Opera House, właściwie wypływająca tylko z ich delikatnie bezczelnej inicjatywy, pewnie nie postawiłaby w tym miejscu stopy przed czternastym lutym.
A tak, stukot butów na obcasie przy każdym postawionym kroku odbijał się od wystawnych korytarzy ich opery, gdy spacerowała nimi prowadzona pod rękę przez brata, jak niemal przy każdej okazji wspólnych wyjść. Właściwie lubiła tę manierę; lubiła czuć się w pewnym sensie zaopiekowana, bezpieczna. Podobieństwo kryjące się nie tylko w barwie oczu, czy kolorze włosów, ale przede wszystkim w rysach twarzy kobiety i mężczyzny pozwalało bardzo szybko wysunąć wniosek o tym, że byli rodzeństwem, nie kochankami. To z kolei pozwalało im uniknąć niezręcznych komentarzy, nieudolnie rozładowywanych żartami. Nie, żeby w tym przybytku groziło im pomylenie z kimkolwiek innym.
Nazwisko Vanity znaczyło się w muzycznym świecie tego miejsca jeszcze na długo przed dyrygenckimi popisami Septimusa; to głowa rodziny, nieodżałowanej pamięci ojciec rodzeństwa Vanity stawiał tu pierwsze kroki, w pewnym sensie przetarł drogę czwórce swych dzieci, ściślej lub luźniej związanym z tym miejscem. Bracia Septimusa i Valerie występowali w tym miejscu od czasu do czasu, dzieląc swój czas także na sceny londyńskie i międzynarodowe. Septimus zdawał się bywać tu chyba najczęściej z całej czwórki, współpraca Valerie z kolei była najbardziej swobodna. Zjawiała się tu na prośbę, pracując nad swą własną rozpoznawalnością i sukcesem, który zostawiła za sobą w Niemczech.
I o tyle, o ile co do zasady była przeciwnikiem prób cenzurowania sztuki, w szczególności tej, której sama była autorką, o tyle musiała upewnić się, że miejsce takie jak to było godne jej obecności. Skandale chodziły po ludziach, a nieodpowiednie połączenie z nieprawomyślnym dyrektorstwem tej czy owej sceny mogło zaważyć także na wizerunku Septimusa i Valerie.
— Kto wie, braciszku. Może rozmowa będzie owocna i nie będziesz musiał nawet przypominać, że to dyrygowane przez ciebie występy przynoszą tu największy zysk — uśmiech zafalował na ustach kobiety, gdy zbliżali się do drzwi gabinetu dyrektora opery. Na wizytę złożoną temu artystycznemu również przyjdzie czas. Ośrodki kultury były jednak podobne do ryb w tym aspekcie, że obydwa psuły się od głowy. Rodzeństwo Vanity postanowiło jednakże, że w dniu dzisiejszym ukrócą ten proceder.
— Gotowy? — spytała, zawieszając spojrzenie jasnoniebieskich oczu w ciemnoszarych tęczówkach brata. Do niego należało naciśnięcie klamki i rozpoczęcie umówionego spotkania.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Manchester Opera House [odnośnik]04.02.22 22:43
Dziś nie grał koncertu, jednak stosowne próby zacząć miały się właśnie za półtorej godziny. Wskazówki zegara wywieszonego nad progiem wejściowym do korytarza prowadzącego ku gabinetowi dyrektora wskazywały odpowiednia godzinę, a on sam wsłuchał się jedynie w krótkie uderzenie zegara, obwieszczającego godzinę pierwszą w południe.
Naturalną zdolnością Septimusa było… Nieprzestrzeganie harmonogramów. Oczywiście w granicach rozsądku – pojawiał się na swoich występach, pojawiał się na umówionych spotkaniach, dbał o tempo i zasadniczo – nie spóźniał się nigdzie. Nie było to jednak jego własną zasługą, bo pomimo swoich lat – o wielu rzeczach przypominać musiała mu matka. Albo ktokolwiek bardziej odpowiedzialny, kto akurat poukładał w głowie informację o tym, że Vanity tego dnia, o tej godzinie powinien nie być już w domu. Teleportacja często… Pomagała.
- Mam dziś ten dzień, kiedy fryzura mi się nie układa, też takie masz? – zagaił siostrę, kiedy pokonywali odległość korytarza. Wypolerowane idealnie buciki, żabot uwiązany u szyi w sposób pozornie „niechlujny”, a jednak wyfryzowany i zapach świeżości – wszystko to miało odciągnąć uwagę od odklejających się od powierzchni brylantyny pojedynczych włosków.
Pogłaskał siostrę po dłoni w geście nagle pchanej do działania czułości, zanim zlokalizowali się pod drzwiami dyrekcji. Zakreślony magicznym, połyskującym w półmroku pomieszczenia napis wieścił imię i nazwisko dyrektora przybytku – Steven Doge.
- Myślisz, że to moje występy przynoszą najwięcej zysku dlatego, że są najlepsze czy dlatego, że jest ich najwięcej? – odpowiedział jej bez cienie złośliwości. Znał swoją wartość, a przynajmniej w tej sferze – był dobrym muzykiem, dobrze wyszkolonym i faktycznie chętnym do dalszego rozwoju. Wciąż tworzył, chociaż jak każdemu – zdarzały mu się też sezony posuchy. Nie chciał jednak, by występów było mniej tylko przez ich uprzejmą wizytę. Wszystko musiało pójść dobrze. Mieli swoje argumenty. Argumenty przemawiają do głowy takim jak Doge. A najbardziej przemawiała do niego… Dochodowość interesu. – Wchodzę. Złap mnie za dłoń gdybyś wyczuła, że mam zaraz powiedzieć o słowo za dużo, dobrze? – szepnął jeszcze ku Valerie. Dobrze wiedziała, że brat jej był porywczy, a czasami wystarczył drobny impuls, pojedyncze sprowadzenie na ziemię… Ona też, jak to artystka, niekiedy bujała w obłokach swoich wizji, ale wierzył w kobiecy intelekt.
Klamka została naciśnięta, a oni minęli się w przejściu z sekretarką dyrektora – Lonnie, będącą osobą niezwykle przychylną zarówno Valerie, jak i Sepimusowi. Byli w podobnym wieku, znali się ze szkoły. Zastanawiał się czy córce Slytherinu faktycznie wystarczało bycie tylko popychadłem Doge… Porodziła jednak trójkę dzieci, być może z takim balastem ciężko było się jej rozwijać.
- Pan dyrektor już na was czeka… Ale nie jest w najlepszym nastroju – ostrzegła z niewyraźną miną. Spojrzenie Septimusa momentalnie spoczęło na twarzy Valerie, jednak nie było w nim lęku. Raczej podła irytacja, wściekłość na przeciwności losu.
- Obiecujemy go poprawić… – powiedział wręcz czarującym, aktorsko idealnym tonem Vanity, posyłając ku Lonnie jeden ze swoich scenicznych uśmiechów. Nie jedną niezapowiedzianą wizytę w gabinecie mężczyzny wywalczył sobie tylko i wyłącznie swoimi słodkimi zachowaniami wobec widocznie znudzonej kobiety.
Sekretarka otworzyła drzwi do pokoju Doge, poinformowała o tym, że rodzeństwo Vanity przybyło, a z gabinetu posłyszeć dało się jego niechętny ton, zapraszający do wejścia. Więc weszli. Steven, będący mężczyzną w dość młodym jak na dyrektora wieku, może jedynie trzy czy cztery lat starszy od Septimusa… Był całkowicie siwy, od kiedy tylko go pamiętali. Popalał papieroska nie zważając na to, że na biurku znajdowały się papiery. Coś w jego spojrzeniu sugerowało nawet, że wolałby widzieć je spalonymi.
- Vanity, jak zwykle wypełniacie pomieszczenie wirtuozerią… Chociaż blask twojej ginie przy blasku wdzięku Valerie, Septimusie. Siadajcie, mam złą wiadomość – od razu przeszedł do rzeczy. Zwykle kadziłby im jeszcze co najmniej kilka chwil, dając już doskonale znać o tym, jak bardzo doceniał działalność artystyczną młodej Vanity. Teraz wolał załatwić sprawy szybko i sprawnie. Zgodnie z rozporządzeniem jednak – Septimus najpierw odpowiednio odsunął fotel dla Valerie, pozwalając jej zasiąść naprzeciwko dyrektora. Sam zajął miejsce dopiero, gdy ta oparła już łokcie na wygodnych podłokietnikach.
- Co się stało?
- Pamiętasz, kiedy mówiłem ci o koncertach… Trzech, wykupionych z prywatnej kieszeni jednego z lokalnych bogaczy? Jeden się odbył, ale nie ty go prowadziłeś… – zapytał, a Vanity tylko pojedynczo kiwnął głową. Spojrzał ku Valerie, a potem razem mogli wysłuchać nowiny. - Nie obejdzie się bez rozmowy z dyrektorem kreatywnym, pomimo jawnych poglądów zamawiającego, ten dobrał… – dyrektor pokręcił głową. – Dobrał całkowicie mugolski repertuar. Co za upokorzenie. Czy on w ogóle nie potrafi czytać z ludzi? Kurwa mać! – wściekł się, uderzając pięścią w blat. Zawsze taki był, może dlatego dobrze dogadywał się z Septimusem nawet poza pracą. Przemknął palcami wolnej dłoni ku skroni, jakby ta nagle zaczęła pulsować mu zdradliwie. – Oddać pieniądze nakazywał za wszystkie trzy, chociaż jeden z nich odbył się w rzeczywistości, a dla pracowników należą się za to stosowe wypłaty… Psia krew, zajebie go jak psa…


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Re: Manchester Opera House [odnośnik]08.02.22 16:04
Półtorej godziny to wystarczająco dużo czasu — przynajmniej w umyśle Valerie, która dziś miała wspinać się na wyżyny swej analityki. Nie oznaczało to oczywiście, że wyżyny te były jakieś szczególnie duże. Chyba od zawsze rodzeństwo Vanity wolało kierować się w swych decyzjach przede wszystkim przeczuciami oraz ich kuzynami wyczuciami, chłodną analizę zostawiając sobie na dużo, dużo później, gdy wśród bezsennych nocy i nerwowych tików szukali wytłumaczenia sytuacji, w jakiej — znowu, po raz kolejny, do znudzenia — mogli się nie znaleźć, gdyby tylko przy ich boku zjawił się ktoś, kto pojął moc analizy zdarzeń i strzępków informacji. Dziś musieli radzić sobie sami. Grunt, na którym stali był znajomy, potencjalni przeciwnicy również. I wszyscy, jak jeden mąż, zanurzeni po uszy w artystycznych planach, knowaniach i marzeniach o wielkości.
— Nie układa? — powtórzyła po nim, zwracając się ku bratu. Dopiero teraz dostrzegła ten niewielki mankament, kilka kosmyków wymykających się sile brylantyny. Ale w tym obrazku było coś urzekającego, prawie padła ofiarą iluzji, że właśnie tak miało być. Skądinąd nienaganna prezencja w reszcie elementów wizerunku Septimusa sprawiała, że nawet ta drobna rysa sprawiała wrażenie celowej. — Nie mogę sobie na nie pozwolić, braciszku — pokręciła kilkukrotnie głową, tłumiąc próbujący wydostać się z niej śmiech. Och, gdyby to na jej głowie kilka kosmyków nie chciało poddać się uważnym planom fryzurowym, tragedia ta przypominałaby w swej podniosłości koniec świata. Kobiety zawsze muszą prezentować się nienagannie — mówi nestorka rodziny Vanity, a za nią slogan powtarza córka. Mężczyznom zawsze więcej ujdzie na sucho, dodają czasami w komforcie swej obecności, bowiem synowie i bracia rzadko kiedy są w stanie zbliżyć się do trosk swych matek i sióstr.
A jednak kolejny uśmiech rozświetlił jej twarz, gdy brat pogłaskał jej dłoń, bo czułość Septimusa była ujmująco nagła. Zawsze łapała ją nieprzygotowaną i przygotowaną jednocześnie, bowiem choć znała brata na wylot, nigdy nie potrafiła trafnie prognozować jej przebudzenia. Każde z nich jednak sprawiało, że uśmiechała się jeszcze szerzej, a troski, pospolite troski ginęły gdzieś daleko, za horyzontem, za pierwszymi drzwiami, które mieli zaraz za sobą zamknąć.
— Najlepsi grają najczęściej. Po co miałoby być inaczej? Na miejscu Doge nie chciałabym przyzwyczajać odbiorców do średniościprzekrzywiona głowa dała impuls do początku przemyśleń, jasne oczy zaszły na moment mgłą zamyślenia. Ale tak przecież musiało być. Wierzyła w braterskie umiejętności, jego kunszt nie wymagał ani tłumaczenia, ani przedstawiania. I wszyscy w tym przybytku musieli mieć tego pełną świadomość. Na kolejne zaś słowa zacisnęła mocniej palce na dłoni brata, kiwając mu głową na zgodę. Gdy zbliżał się do tej cienkiej, czerwonej linii, powietrze wokół niego niemal drżało. Valerie wrażliwa była na te impulsy, powinna przewidzieć nadciągającą katastrofę. Nie tylko przewidzieć, ale również zaradzić.
A teraz, prawie jak na zawołanie, wzniosła spojrzenie na brata, gdy Lonnie przekazała im pierwszą nieciekawą wieść. Septimus poradził sobie świetnie, przybrał ten swój śliczny uśmiech, powiedział coś nawet, co powinno uspokoić serce Lonnie i faktycznie tak się stało. Gdy kobiety skrzyżowały swoje spojrzenia, wargi Valerie ułożyły się w uśmiech identyczny do tego, który prezentował jej wcześniej Vanity.
— Zostaw to nam, Lonnie — miękki głos śpiewaczki wypełnił ciszę pokoju, a twarz starszej z kobiet rozjaśniła się nagle w szczerej radości — Troszkę nam to zajmie, więc zrób sobie kawę i chwilę odpocznij — dodała przed przestąpieniem progu, odwracając się jeszcze na moment w kierunku sekretarki. Słabość Stevena Doge do rodzeństwa Vanity nie stanowiła wielkiego zaskoczenia, ani dla sekretarki, ani dla dyrygenta i śpiewaczki, z pewnością już nie dla dyrektora.
Och, miała rację. Był wyraźnie nie w sosie.
Zamiast długiej wiązanki, która była chyba jej ulubionym elementem wizyt w tym gabinecie — prosty, niemalże pospolity komplement. Żaden mięsień twarzy śpiewaczki nie drgnął, usta wciąż rozciągały się w przyjemnym dla oka, filuternym uśmiechu, tym samym, jakim raczyła siwego dyrektora za każdą taką wizytą. Podziękowała bratu za przygotowanie jej siedzenia, które zajęła ostrożnie, by nie pognieść szczególnie swej szaty. Niedługo później, nie odrywając jednak wzroku od dyrektora, założyła nogę na nogę. Ostrożnie i powoli, jasna skóra przez moment błysnęła pod ciemnym materiałem. Palce dłoni splotła na wzniesionym kolanie, póki co ufając instynktowi i pozwalając Septimusowi na spokojną wypowiedź.
Verdammte Scheiße.
Zawsze, gdy nagłe wieści rozpalały w niej pierwsze płomienie gniewu, nie mogła powstrzymać się od niemieckich przekleństw. Nawet jeżeli, a może przede wszystkim dlatego, że nie wybrzmiewały one jej głosem. Zawsze syczał lub krzyczał je Franz Krueger i była to jedyna forma jego wspomnienia, która nie wywoływała w niej dreszczu i przestrachu. Stanowił w pewnym sensie przegrodę, nie pozwalał jej zniżać się do tego poziomu, poddawać się tej... Niskiej pobudce złości.
— Porozmawiamy z nim — zamawiającym czy dyrektorem kreatywnym? Valerie miała na myśli oboje. — Oczywiście, jeżeli się zgodzisz, Stevenie — wysunęła się do przodu, w kierunku dyrektora, powoli wędrując spojrzeniem od jego oczu, w dół, na usta, poruszającą się przy nerwowym przełykaniu grdykę, aż wreszcie na dłoń z papieroskiem, trzymaną tuż przed rozłożonymi na biurku papierami. Umyślnie nabrała wdech przez lekko rozchylone usta, jednocześnie wracając do kontaktu wzrokowego.
— Denerwujesz się, to niedobrze — ciągnęła dalej, oczywista obserwacja, ale wygłoszona w tak delikatny, przepełniony troską sposób nie mogła podrażnić męskiego ego równie mocno, co takie samo zdanie wygłoszone przez Septimusa. — Nie ma sensu szarpać sobie nerwów na tego bałwana. I tak jesteś najbardziej cierpliwym mężczyzną, jakiego znam — podziw zadźwięczał w jej głosie, czubek języka wysunął się spomiędzy czerwieni warg, lecz zniknął w momencie, w którym Doge skupił się na tym szczególe.
Dłoń — odważnie, bo do odważnych świat należy — zsunęła się z kolana, ostrożnie sięgnęła do krawędzi biurka, kilka centymetrów przed dłonią Stevena.
— Pozwól sobie pomóc. Przecież jesteśmy przyjaciółmi.
Przekrzywiona w kierunku lewego ramienia głowa, lśniące kosmyki jasnych włosów na ciemnej szacie.
Żałoba kończyła się całkiem niedługo, Steven musiał o tym wiedzieć. Sam prosił ją o występy w końcu lutego, zdradziła mu, że będzie mogła wreszcie sięgnąć po mniej stonowany repertuar. Może to właśnie była jego szansa? Nigdy nie widziała na jego palcach obrączki, ale marzenia o relacjach wynikłych po jej wciśnięciu na palec tej czy innej kobiety potrafiły zawracać w głowie nawet największych stoików.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Manchester Opera House [odnośnik]28.02.22 11:28
Rzut okiem na nogę Valerie i ujrzenie cienie jej ciała sprawił, że ciało Septimusa przyjęło inną taktykę. Wiedział do czego piła jego siostra, wiedział, że urokiem, łagodnym spojrzeniem i uśmiechem potrafiła wywalczyć to co chciała. Jej córka była tak podobna – każdego z braci nabierała już na swoje wielkie oczy i tanie, dziecięce sztuczki. Wiedział jakie podejście do śpiewaczki miał Doge – wiedział, że dla kobiet pozostawał przecież tak szarmancki, a słowa z ich słodkich ust spijał z największą rozkoszą. Pozostawał poirytowany – to prawda, zmniejszało to jego cierpliwość i utrudniało nieco osiągniecie swoich celów przez Vanity, jednak ta widocznie wiedziała, za które struny duszy powinna pociągnąć, by zmusić go do działania bardziej racjonalnie, mniej emocjonalnie. Kręcił głową, gdy ta zaoferowała pomoc, gdy postanowiła, że mogą ofiarować własny czas na rozmowę.
- Myślisz, że to dobry pomysł, Valerie? – zapytał. Nie każdy podchodził do opinii kobiet tak pozytywnie, jak Steven. Mężczyzna był prawdziwym dżentelmenem, przy okazji żyjąc z żoną w zgodnym partnerstwie – nie każdy był jednak taki jak on. Konserwatywny świat ustalał jasną pozycję kobiety – często milczącą, przy boku mężczyzny. Doge nie był dyrektorem z przypadku – znał się na ludziach, nie był chorobliwie naiwny, mógł uchodzić nawet za obeznanego, sprytnego… - Posłanie do rozmowy kogoś innego niż ja, a dodatkowo kobiety o niższej pozycji niż on… Czy to nie byłoby odebrane jako brak szacunku? A może właśnie to powinienem mu okazać? – mówił, by potem ostatni raz wcisnąć tytoniową tutkę między wargi. Dym nagle przestał mu smakować, przez co musiał pospiesznie zgasić papierosa w popielnicy. Jakby nic nie mogło mu przynieść już niezbędnego tak ukojenia. Nie zerkał ku żadnemu z nich, a jedynie ku dokumentom, które znajdowały się w bocznej części biurka. Dopiero gdy dłoń Valerie, w tak wspierającym geście powędrowała palcami po blacie, jakby zapraszając do chwycenia za nią, Doge przemknął wzrokiem pośpiesznie ku Septimusowi, jakby szukając jego zezwolenia. Wszyscy tu wiedzieli, że Vanity dbał o siostrę, a dyrektor widocznie z tych wszystkich wiedział to najlepiej. Dyrygent tylko uśmiechnął się delikatnie i w beztroskim ruchu zarzucił nogę na nogę. Niezauważenie wręcz.
Doge chwycił dłoń śpiewaczki za sama palce, koniuszki, jakby przekonując, że faktycznie byli przyjaciółmi. Dojrzałymi ludźmi, nie dzieciakami, stąd właśnie powściągliwość w geście.
- A moglibyście zrobić to… Nie z mojego ramienia? – poczuł się lekko ugłaskany, widać to było w końcu w jego gestach, teraz już mniej nagłych. Krążył spojrzeniem pomiędzy Septimusem, a Valerie, chociaż to kobiecie poświęcał dłuższe chwile uwagi, w końcu to ona w tym momencie zapewniała o ich przyjaźni. - Wiecie, porozmawiać niewinnie, wywiedzieć się co on o tym wszystkim sądzi… Jestem przekonany, że ten wypierdek zrobił to specjalnie. Nie pierwszy raz robi mi na złość! – znowu uniósł się nieco, wyszarpując swoje palce spod tych Vanity. Wstał. Doge Wstał.
- Nie jest już na tyle młody, by popełniać takie błędy z braku doświadczenia – przyklasnął mu Septimus, jakby nagle podłapując okazję w całym tym zbiegu nieszczęśliwych okoliczności. Nie objawił Valerie swoich zamiarów, jednak wierzył, że ta nie będzie nagle bronić dyrektora kreatywnego. A już na pewno nie w obecności Stevena, który wydawał się stroszyć na same wspomnienie nieszczęśliwca. – Ale żeby na siłę wciskał do repertuaru mugolskie dzieła… Tylko i wyłącznie mugolskie dzieła… – pokręcił głową, jakby niedowierzał. Nawet jeżeli wszystko to było tylko niezamierzonym zabiegiem, czystym nieporozumieniem, wszystko to śmierdziało na kilometr.
- Śmierdzi, prawda? Śmierdzi na mile – przyznał samemu sobie Doge, obracając się ki nim tak, by patrzeć obojgu w oczy. Opierał się dłońmi o szczyt oparcia swojego fotela, a potem wskazał palcem na papiery na blacie: - W umowie było wszystko. Było nazwisko. Znane nazwisko. Antymugolskie nazwisko. Wiem, że wciąż gramy dla mugoli, chociaż Ministerstwu takie mieszanie nie jest na rękę, ale musimy na czymś zarabiać. Przez takich jak on tracimy… Valerie, nikt nie uwierzy w to, że Septimus będzie mi nieprzychylny, znamy się za długo… – pochylił się mocniej do przodu, by oprzeć łokciami w miejscach, w których przed chwilą składał dłonie. Ton również stał się cichszy. – Nie miałbym odwagi nawet o to prosić, ale skoro sama się zaoferowałaś… Mogłabyś spróbować podejść go? Wywiedzieć się czemu zachowuje się w ten sposób? Czemu kurwa robi mi na złość i szkodzi naszej instytucji?


Dear,

I never want to fall asleep, within our dreams the weight we saw. Not all the answers are the same, yet we still play thе game
Septimus Vanity
Zawód : Profesjonalny muzyk - dyrygent
Wiek : 43 lata
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Masseduction
I can't turn off what turns me on
OPCM : 8
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 7
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
 Without dreams of hope and pride a man will die
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10925-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/t10951-looney https://www.morsmordre.net/t10952-septimus-vanity https://www.morsmordre.net/f409-shropshire-caynham-dom-rodziny-vanity https://www.morsmordre.net/t10950-skrytka-bankowa-2384 https://www.morsmordre.net/t10953-septimus-vanity
Re: Manchester Opera House [odnośnik]14.03.22 20:58
Kątem oka zdążyła wyłapać, że i Septimus zmienił nieco ułożenie swego ciała w fotelu. To dobrze. Valerie nie zamierzała bowiem wszystkiego osiągnąć własnoręcznie — tam, gdzie mogła, lubiła przecież posiadać męskie wsparcie. Najstarszy z braci był przecież mężczyzną doświadczonym w budowaniu swego autorytetu, długie lata pracy jako dyrygent wymagały od niego czegoś, czego nie spodziewałaby się po nim prawdopodobnie nawet matka — wytrwałości, uwielbienia dla konkretów oraz trzymania się wyznaczonego planu. Valerie jako śpiewaczka miała od niego zdecydowanie większe pole do popisu, co zamierzała dziś wykorzystać. Musiała jednak brać pod uwagę trudność zadania, jakie przed nią stanęło. Jako pierwszy cel obrała sobie ugłaskanie Stevena Doge. Gdy wciąż tkwił w swych ognistych emocjach, nie mogli prowadzić z nim prawdziwie owocnego dialogu.
— Tak myślę — przyznała niemalże natychmiast, z promiennie radosnym uśmiechem, który posłała wyłącznie dyrektorowi, od którego nie odrywała swojego spojrzenia. Dopiero po tym jej twarz przybrała wyraz zamyślony, może nawet nieco zmartwiony, jakby odbijała tym samym humor oraz wszelkie zmartwienia drążące jej rozmówcę. — A czy on okazuje ci szacunek? — spytała zmartwiona, po raz kolejny przechylając głowę w bok. Długie spojrzenie utkwiła w tęczówkach mężczyzny, na moment niemal nie poświęcając uwagi siedzącemu obok Septimusowi. Nic jednak bardziej mylnego. Wystarczyłoby, tylko by kątem oka dostrzegła jeden z jego nerwowych tików, gotowa była płynnie wyjść z jednej roli do drugiej, a może połączyć je obie — troszczącej się o losy opery i jej dyrektora śpiewaczki oraz siostry, która obiecała dopilnować, by występ (tak, to również był występ) jej brata przeszedł bez zarzutu i zakłóceń.
Uśmiechnęła się w duchu, obserwując tę niemą wymianę zdań. Mężczyźni potrafili być jednocześnie władczy i absolutnie uroczy w swej nieporadności. Przewidywała, że Septimus nie będzie miał z takimi gestami większego problemu. W trakcie ostatnich tygodni wdowieństwa, wdowieństwa, w którego przygnaniu do niej starszy Vanity brał czynny udział, mogła pozwolić sobie na odrobinę więcej. W pewnym sensie był jej to przecież winien. Chociaż Valerie nie mogła o tym wiedzieć, jeszcze nie teraz.
— Stevenie... — miękki głos zamykał w sobie smutną prośbę o opanowanie emocji, której pełen wyraz nie zabrzmiał w pomieszczeniu. Valerie powoli cofnęła rękę. Nie tylko ją, bowiem na powrót przytknęła plecy do oparcia fotela, wzdychając z przejęcia i troski. — Właśnie dajesz mu to, czego oczekiwał. Swoją złość — kontynuowała, przesuwając dłoń na jeden z jasnych kosmyków swych włosów, który poczęła delikatnie gładzić. W tym samym czasie wreszcie zsunęła wzrok z Doge, skupiając się na jego biurku. Może na dokumentach, może na popielniczce, może na meblu jako całości. Gest, który wykonywała, miał przypominać próbę opanowania emocji, skupienia, zamyślenia. Jednakże prędko okazało się, że kosmyki przesuwały się przez palce śmiało, aż w pewnym momencie — och, dało się myśleć, że zupełnie nieświadomie — nakręciła sobie jeden z nich na palec wskazujący.
W tym samym czasie inicjatywę przejął Septimus. Dobrze, nie zamierzała mu przeszkadzać, proaktywna postawa brata spotkała się bowiem z jej uznaniem. Podzielił się słusznymi wnioskami z przedstawionej im przez rozgniewanego dyrektora sytuacji. Jednakże Valerie prędko odniosła wrażenie, że nie tego mógł chcieć Doge. Może lepiej byłoby utrzymywać go w przekonaniu, że to wszystko było właśnie pomyłką i upewnić się co do natury tego przypadku już u źródła. Byłaby zdolna do zaciśnięcia warg, zagryzienia wewnętrznej strony policzka, by tylko zmusić umysł do jakiejś analitycznej reakcji; przecież nie była aż tak głupia, by polegać tylko na instynktach, chyba potrafiła jeszcze oceniać zagrożenie...?
Ale wtedy Steven Doge oparł się o oparcie własnego fotela. I patrzył na nich, na pewno w oczy Septimusa. Valerie wzniosła więc swe spojrzenie w niemej odpowiedzi, choć palce dalej bawiły się włosami. Duża odpowiedzialność, przeszło jej przez myśl, w pierwszej reakcji na złożoną przez mężczyznę prośbę. I duże zaufanie.
— Masz rację, Septimus jest jednym z twych najbardziej zaufanych i zdolnych dyrygentów, a przynajmniej takie opinie słyszę, gdy przechadzam się korytarzami naszej opery — wreszcie pozwoliła sobie na delikatny, choć przepełniony dumą uśmiech. Wzrok skierowała na moment w kierunku brata, posyłając mu spojrzenie pełne ciepła i zachwytu nad tym, do czego doszedł w swym życiu. — Ja nie jestem tu stałym elementem, raczej gościem. Och, z wielką chęcią bywałabym tu częściej, Stevenie, jednakże z przyczyn osobistych nie mogę w pełni związąć się z miejscem, które wprost pozwala mugolom dyktować sobie warunki — w jej głosie brzdęknęła stalowa pewność obranego przez siebie stanowiska, lecz prędko ustąpiła ponownej łagodności, rozciągniętym w przyjemnym dla oka uśmiechu wargom i wolnej dłoni przytkniętej do policzka. — Ale na myśl, że ktoś równie nierozsądny mógłby pogrzebać lata twych wysiłków... Och, Stevenie, nie mogłabym siedzieć tu spokojnie i oglądać, jak niszczy naszą Operę, jak pragnie ją pogrzebać pod gruzami historii! — pasja i jej płomienie, które odbicie znalazły w jasnych oczach śpiewaczki, była niemal wyczuwalna, namacalna. Wyprostowała się nawet w fotelu, wzniosła klatkę piersiową w nagłym oddechu, lecz wydech przyszedł jej niespodziewanie spokojnie, wraz z werbalizacją postanowienia. — Nie mogłabym więc odmówić przyjacielskiej prośbie...


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Manchester Opera House
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach