Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

[SEN] Chwile, na które czekamy...
AutorWiadomość
[SEN] Chwile, na które czekamy... [odnośnik]07.02.22 2:14
„Ach, pomóż wspomóż dopomóż ty – jedyny jedyniutki
wyjątku czuły – odeprzeć tłumne pospolite armie reguły,
i ach, cudne manowce, dźwignąć się, powstać,
z-podeptanych-przez-demony-powstać,
z fatalnego opętania się odpętać (…)
i naprzód iść, naprzód zawsze i niesłychanie.“


Noc zmieniła się z dniem, a ciemność ze światłem. Otulający mrok odszedł w zapomnienie, ustępując migocącemu światłu dopalających się świec. Chłód wstrząsnął jego ciałem, potworny dreszcz przemknął po plecach, przywołując kostnienie dłoni zaciskających się na pościeli; odbijający się w opadającej klatce piersiowej w wydechu pozbawionym perspektyw na na kolejny wdech. Zapadał się; tonął w prześcieradle, materacach, podłogach, ziemi, murach, aż wylądował znów na nieprzyjemnym krześle, pogrążony w ciemności, choć wiedział, że siedział w świetle; wszystko wokół zdradzało, że rzeczywistość malowała się w innych barwach niż sądził. Oddychał szybko, gwałtownie; krople potu spływały po skroniach, ale choć otwierał oczy, mrugał obsesyjnie, nie był w stanie dostrzec skrawka świata, który go otaczał; szumne głosy docierały do niego, ironiczny, szyderczy rechot kobiety; śmiech mężczyzny, parę szeptów; jakieś trzaski. Drwili z niego, wytykali palcami. Trząsł się. Już nie ze strachu, zwykłego zimna; wiedział, że umrze, że to koniec. Chciał, by już nadszedł. By nie musiał przechodzić przez to ponownie. Zziębnięty, nagi, upokarzany wciąż i wciąż czekał na wyrok, nie mogąc nawet dostrzec twarzy swych oprawców; czując na przemian ich dłonie na sobie; na całym ciele; słysząc śmiechy, czując jak wchodzą mu do głowy. Miał ochotę krzyczeć, ale nie potrafił.
Zaciskał tylko zęby. I milczał.
Światło oślepiło go nagle; zmrużył oczy, widząc przed sobą jego elegancką sylwetkę owianą zbawczą poświatą. Nie spojrzał w bok, wiedział, że po prawej ma przyjaciela, a po lewej brata. Zupełnie, jakby to już się kiedyś zdarzyło; jakby tam był. Jakby go widział.
— Nie, nie, nie.... — wyrzucił z siebie z przerażenie, patrząc prosto na niego, na jego wyciągniętą w jego stronę różdżkę; skierowaną tuż ku skroni. Spojrzał mu w oczy, lecz odpowiedziała mu wyłącznie pustka. Ból rozszedł się po jego ciele w chwili, gdy kraniec drewna dotknął jego głowy. Daj mi, kurwa, spokój. Tonął. Tonął w ciemności; smoła zalała mu usta; zalała płuca. Nie mógł oddychać.

Zakrztusił się. Uderzył w pierś; a drobne winogrono ponownie wskoczyło mu w usta, na język. Pogryzł go znów i przełknął, tym razem nie pozwalając sobie na śmiech. Palcami przeczesując jasne kosmyki; błyszczące od pomady loki. Wygładził je, patrząc na własne odbicie — jasną skórę, jasne, błyszczące oczy. Słodycz owocu rozpłynęła mu się w ustach; poprawił elegancką szatę, wygładził na piersi naturalnym już ruchem dłoni i ruszył przed siebie. Otworzył drzwi; ale te drzwi prowadziły gdzieś indziej, poza sypialnię, pokój, dom. Prowadziły do Tower. Wystarczył krok, by nogi zaprowadziły go do Tower. Milisekundy później stał tuż obok niego, patrząc na żałość skondensowaną w ludzkim ciele; nagiego, bezbronnego chłopca. Pospolitego kundla w najobrzydliwszym wydaniu. Pobitego, upodlonego, nędznego. Człowieka z gminu. Nie; gorzej. Człowieka z marginesu. Jego ciemne włosy kleiły się do twarzy; ciemniejsza skóra zdradzała pochodzenie, albo jakąś obrzydliwą pracę, o której nie chciał nawet myśleć. Wstrętne. Płakał, ale nie mówił nic. A później tylko krzyczał. Nie, nie, nie. Uniósł brwi, a kąciki ust uniosły się dumnie. Spojrzał na niego, swojego protektora, mistrza, wzór; powoli, gdy wyciągał w jego kierunku różdżkę, wypowiadał inkantację brzmiącą dla jego uszu jak cudne Allegretto 9-tego Kaprysu Paganiniego. Ach, wydarło się z jego płuc w zachwycie; obserwując ból, cierpienie w najczystszej postaci. Czyż to nie było piękne? Patrzenie na upadek człowieka?
Dłoń świerzbiła go z tyłu; chciał zrobić to samo. Chwycić za różdżkę, wyciągnąć ją przed siebie w kierunku tego chłystka, wedrzeć mu się do głowy; wypowiedzieć zlepach tych pięknych sylab swym anielskim, melodyjnym głosem i wydrzeć wspomnienia najpiękniejszych dni. W akompaniamencie tęsknoty i gehenny.
— Czy to już, monsieur?— spytał wpół szeptem; jego przyjaciele, rodzina zdawali się być martwi, nieruchomi jak posągi. Bez życia, nie liczyli się w tej chwili. Serce biło mu w piersi, jakby stał na scenie Londyńskiej Opery, tuż przed premierą solowego występu. Jasne rzęsy zatrzepotały w podnieceniu, oddech zamarł w piersi. — Czy już wszystko wiesz? — spytał krnąbrnie, ale w oczach iskrzała mu młodzieńcza ciekawość; werwa i pasja. Najprawdziwa i najpełniejsza. Chciał być taki jak on. Chciał potrafić co on. Chłonął jego przekonania i słowa jak gąbka; z podniecenia przebierając nogami. Czegóż więcej się dziś dowie, nauczy. Pokaż mi to, pokaż mi to wszystko. Chce być jak ty.





Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: [SEN] Chwile, na które czekamy... [odnośnik]07.02.22 9:47
Pogwizdywał pod nosem, gdy sprężystym krokiem zmierzał do Tower. W głowie wciąż słyszał arie z najnowszej opery Septimusa - wczorajsza premiera była zachwycająca, a choć Valerie skradła cały występ, to Corneliusowi utkwił w pamięci wesoły baryton, wyliczający podboje miłosne swojego pana. Rozpoznał w tym motywie muzycznym Mozarta, ale Mozart był szlamą - zostanie wymazany z kart historii, może już tylko Cornelius pamiętał go z zamierzchłej przeszłości? Nowe dzieło, nawet podkradzione, było sukcesem Septimusa. Libretto gloryfikowało konserwatywne wartości czarodziejów, na scenie płonęli mugole, a Cornelius mimowolnie zastanawiał się czy aria o pieczołowicie wyliczanych kochankach była inspirowana nim samym.
Nie kochankami, rzecz jasna. Nie zniżał się do tak prymitywnych żądz, szczególnie odkąd został szczęśliwym mężem gwiazdy estrady. Prowadził za to terminarz, w którym zapisywał każde wykradzione wspomnienie. Sześćset czterdziestu mężczyzn, pięćset dwadzieścia kobiet, w tym przewaga mugoli. Płeć, wiek, miasto, status krwi. Ponad trzydzieści lat doświadczenia. Prostytutki z portu, mogolscy bezdomni, nieznajomi z Nokturnu, kochanka pierwszego męża Valerie. A potem, wojna. Legalizacja legilimencji, nowe okoliczności i możliwości. Rebelianci, burmistrz St. Bury, dzieciaki w Parszywym Pasażerze, przesłuchiwani więźniowie. Twarzy było coraz więcej (to przez to, w połowie wojny, zdecydował się założyć wreszcie kalendarz i wszystko spisać), wspomnień coraz więcej, doszedł do wprawy, o jakiej mu się nie śniło i widział wszystkie ludzkie dramaty.
Był królem życia.
Nikt nie rozpozna oczywiście w operze inspiracji jego skromną osobą. O terminarzu wiedzieli tylko najbliższy przyjaciel oraz młody uczeń. Po przesłuchaniu musi go spytać, jak podobała mu się wizyta w Londyńskiej Operze - siedział w loży honorowej, pomiędzy swoim mistrzem i jego pasierbicą córką. W tym roku mała skończy czternaście lat, za trzy-cztery lata będzie można ją wydać za mąż. Cornelius rozważał różne opcje, byli teraz jedną z najbardziej znamienitych rodzin w Anglii, mógłby mierzyć wysoko - ale najwyższe zaszczyty pragnął zachować dla swoich synów, krwi ze swojej krwi. Nigdy nie przyznałby się do tego Valerie, ale był człowiekiem pamiętliwym i mściwym. Nie odda dziecka Franza Kruegera żadnemu lordowi.
Kochał jednak tą dziewczynę i znajdzie jej kogoś odpowiedniego.
Kogoś, kogo chciałby nazywać synem.
Bliźnięta miały cztery lata, lubił się z nimi bawić, ale był człowiekiem niecierpliwym. Pracy przybywało, chciał podzielić się swoimi umiejętnościami i dziedzictwem z kimś, kto wysłucha go już teraz.
A on słuchał zawsze, z najprawdziwszą pasją. I w nagrodę za tą pasję dostanie dwa najcenniejsze dary - jasnowłosą mademoiselle Sallow za żonę oraz najwdzięczniejszą i najwierniejszą kochankę ze wszystkich: legilimencję. Ona zapewniała tyle wrażeń, ilu nie zapewni nigdy żadna kobieta. Otwierała drzwi do umysłów wszystkich kobiet, do emocji i wspomnień każdego człowieka.
Długo szukał odpowiedniego ucznia, aż w jego oczach ujrzał podobny głód jak niegdyś w swoich. Miał już uczniów, ale nigdy nie byli zdolni wykonać ostatniego kroku, a tylko niepohamowana ciekawość i żądza mogły zapewnić im sukces. Poddał się, na kilka lat, aż poznał jego. Nauczył go wszystkiego, co potrafił - nie tylko o urokach, ale o życiu, o modzie i savoir-vivrze, o tym kiedy podawano na stoły daktyle a kiedy ananasy, o tym jak przesłuchać człowieka, a jak najskuteczniej go zabić. Nadal lękał się ognia, więc młody uczeń podpalał za niego domy i stosy. Przytrzymywał za ramiona legiliminowanych ludzi i skutecznie rzucał Drętwotę. Raz osłonił Sallowa Maximą przed niespodziewanym zamachem, na ulicach Londynu, w biały dzień. Stracił wtedy czujność, więc nigdy mu tego nie zapomniał. Szaloną półgoblinkę zakatowano w Tower, a Cornelius oglądał się od tej pory przez ramię i czuł swobodniej, gdy miał u swojego boku spostrzegawczego ucznia.
Razem wchodzili z wojskami do Doliny Godryka. Podpal to wszystko - starego zmień w krzesło - a z dziewczyną się zabaw - szeptał Sallow, gdy znalazł wreszcie dom Beckettów, rad, że jego pomocnik znał się na transmutacji nieco lepiej od niego. Zemsta smakowała słodko, choć dokonał jej cudzymi rękami.
O tak, tworzyli naprawdę zgrany duet.
Przybył do Tower nieco za wcześnie. Na dziedzińcu pedantycznie obrał mandarynkę i wepchnął soczysty owoc do ust. Drugą zachował dla swojego towarzysza, na deser.
Wszedł do celi jeszcze przed nim, ale poczekał. Wiedział, że jego przybrany syn nie opuści tego spektaklu.
Na nagiego bruneta ledwo rzucił okiem. Widział ich już tak wielu, że błagalne jęki nie robiły na nim żadnego wrażenia. Legilimens - wypowiedział inkantację nieco przeciągle i teatralnie, a potem wtargnął do jego głowy i zobaczył wszystko, czego szukał.
-Już. - szepnął, wracając do siebie. Posłał uczniowi lekki uśmiech, a potem klepnął ofiarę w policzek. Chłopak dyszał ciężko, miał ciepłą skórę, wytrzyma jeszcze. Sallow znał już granicę, wiedział, kiedy legilimencja zabija ofiarę, a kiedy tylko męczy. Byli bezpieczni.
-Prawie wszystko. - skłamał. Wyczujesz to, mój drogi? Spojrzał uczniowi prosto w oczy.
-Znajdź w jego głowie jego wspólnika i opowiedz mi, co zobaczyłeś. - rozciągnął usta w lisim uśmiechu i cofnął się o krok, za krzesło. Pociągnął mocno bruneta za czarne, splątane włosy, by nie ruszał głową. Drętwota była pewniejsza, ale całkowicie odczłowieczała cel. Dla początkujących uczniów lepiej było oglądać mimikę swoich ofiar, zobaczyć w nich ciekawych ludzi, złapać z nimi nić porozumienia.
-Jesteś gotowy. - wypowiedział dwa proste słowa, na które jego uczeń czekał zapewne od dawna. Zachęcająco skinął głową, w zielonych oczach lśniły ciekawe iskry. Poradzisz sobie?


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
[SEN] Chwile, na które czekamy... Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: [SEN] Chwile, na które czekamy... [odnośnik]08.02.22 14:04
Był ojcem, którego nigdy nie miał. Wzorem, mentorem, przywódcą. Wyznaczał nie tylko ścieżki, którymi miał podążyć, ale nawet kierunek, w jakim powinien patrzeć. Miał go za najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkał. Wdzięczność jaką wobec niego czuł za wszystko, co mu ofiarował była olbrzymia. Czym mu podziękuje? Czynami — tylko tym mógł mu się odwdzięczyć. Chłonął więc każde jego słowo, zapamiętując w głowie wszelakie porady i sugestie. Obserwował z napięciem każdy jego ruch, to w jaki sposób przemawiał do swojej żony — to, jak traktował ją w towarzystwie, z szacunkiem i kurtuazją i to, jak szeptał prosto do jej ucha tuż po wystąpieniu, zdradzając tylko w ruchu warg słowa malujące się w młodej wyobraźni finezją i pruderią. Jego córka była prześliczną dziewczyną, ale wciąż dzieckiem. Spoglądał na nią raz po raz z czułym uśmiechem i rozbawieniem — była zabawna, rezolutna i czarująca. Mógłby traktować ją jak siostrę, tym właśnie dla niego dziś była, podlotkiem, wobec którego nie mógł sobie pozwolić na zbytnią poufałość. Z szacunku do niego nie mógł myśleć o bliższej przyszłości z nią, o planach — w głowie miał i tak tylko jedno. Osiągniecie wielkości i zdobycie chwały, szacunku, uznania. Chciał być taki jak on — poważany w społeczeństwie, mądry i dobrze wykształcony. Nauce poświęcał więcej miejsca niż pracy, ale i jej nie zaniedbywał, nie mając czasu na fanaberie, dziewczęta. Efekty mogły przyjść tylko dzięki wysiłkowi lub sprytowi. Pokazywał mu te sztuczki. Sposoby na to, jak dostać to, czego naprawdę chciał bez konieczności składania prośby i żądania. Te wszystkie sposoby balansujące na granicy smaku i etyki ekscytowały go, wprawiały w niezdrowe podniecenie. Podobnie jak muzyka, która przez niego przepływała.
Larghetto affettuoso w jego sercu.
Nie przerażała go śmierć. Za każdym razem, kiedy był jej świadkiem, mimo wciąż młodego wieku przygrywała mu najwspanialsza sonata. Nie było dla niego granic. Cornelius przesuwał je raz za razem, wydając polecenia, które ślepo dla niego wypełniał. Ogień trawił wszystko, niszczył wozy, domy biedaków, wrogów ministerstwa, ulice pełne plebsu i zanieczyszczeń. Ogień miał działanie oczyszczające, wypalał wszystko, do żywej ziemi. Dawał szansę na nowy świat. Becketów nie znał, nie dbał o nich — byli nieznani, bezimienni, pozbawieni twarzy i tożsamości. Wszystkie ofiary takie same, puste twarze, puste oczodoły upiorów, które trzeba było przegnać w zaświaty. Palił ich, kiedy Sallow tego sobie życzył, zamieniał krzesło tylko po to, aby właśnie na nim dokonać gwałtów na młodym, niewinnym ciele, delikatnej jak motyl duszy. Bez ogródek, bez wyrzutów sumienia. Wierzył mu — jego opiniom, słowom i radom. Wierzył, że to, o co go prosił miało zapewnić mu w życiu dobrobyt i pozycję. Zdawał sobie doskonale sprawę, że droga musiała być wyboista, pełna trudów, ale był ambitny, Slytherin uczynił z niego doskonały materiał. Cornelius był kowalem jego losu.
A teraz patrzył jak wdziera się do głowy tego chłopca, jak jego czarne loki drgają pod wpływem wewnętrznej walki, rozdzierającego głowę bólu. Był brudny, każda kropla potu, każda spływająca po jego paskudnym ciele łza kreśliła kolejną czystą ścieżkę. Czuł względem niego obrzydzenie, niechęć aby tylko podejść, zbliżyć się, ale nie potrafił oderwać oczu. Z zapartym tchem śledził wypływające z jego ciała cierpienie pod postacią gęstej stróżki krwi z nosa. Ale kiedy monsieur Sallow się odezwał, przeniósł na niego błękitne, czujne spojrzenie, a jasne włosy kupidyna zatrzęsły się w niecierpliwym przenoszeniu ciężaru z nogi na nogę. Ich spojrzenie się spotkało. Sallow zdawał się przemawiać do niego bez użycia słów, bez dźwięków. Zimny dreszcz przemknął mu po plecach. — tak jest, monsieur Sallow. Z bezbrzeżną przyjemnością — odparł z uśmiechem, zwracając się ku młodemu mężczyźnie. Ile mógł mieć lat? Był w jego wieku? Ciemna skóra, ciemne włosy dodawały mu powagi, ale rysy miał ledwie chłopca. Wyciągnął różdżkę ku niemu, białe zęby błysnęły w półuśmiechu i wypowiadanej inkarnacji. Legilimens— szepnął głosem początkującego śpiewaka; to słowo nigdy nie brzmiało równie pięknie i melodyjnie, jak wtedy gdy wypowiadał je sam. Różdżka sięgnęła skroni więźnia, poczuł jego ból, cuchnący strach. Czuł cierpienie i przerażenie — znienawidził go za to od razu, nie chciał tego czuć, nie chciał tych wstrętnych emocji znać, ale przecież była w tym użyteczność, monsieur Sallow mu o tym przypominał. Wertował jego wspomnienia, czując jego słabość, opadanie z sił. Złość. Gniew. Było w nim tak wiele gniewu, że gdyby zamiast niszczyć mógł budować wykorzystaliby go do tworzenia własnego świata. Musiał być szybki. Szukał twarzy jasnowłosego chłopaka. Jest. Znalazł ją.
Tryumfalny uśmiech rozpromienił twarz; lekko zaróżowione policzki opadły, skóra wygładziła się, gdy się cofnął. Był podekscytowany, to pierwszy raz. Starał się być ostrożny, postępować zgodnie z radami mistrza.
— Krew na jego rękach. Nie cudzą, własną. Ranę na dłoni zabliźniająca się po tym, co sam sobie zrobił. Jest jednym z nich, należy do Zakonu Feniksa. Zna drogę do miejsca, którego szukamy. Widziałem ją. Wiem, jak się tam dostać — odparł dumnie, spoglądając na swojego mentora. Zerknął po chwili na siedzącego obok ciemnowłosego chłopca blondyna. Nie miał prawej dłoni. Wyglądał paskudnie, żałośnie. Zmierzył go wzrokiem z obrzydzeniem i zbliżył się, by krańcem różdżki odgarnąć mu z czoła pozlepiane, brudne strąki, które we wspomnieniach drugiego lśniły najprawdziwszym złotem. Był nieprzytomny, niezdatny do przesłuchania. Pozostał tylko ten jeden. — Jeden z rebeliantów. Nie zdążył znaleźć się nawet na listach gończych. Cóż za szkoda. Ministerstwo wypadałoby lepiej, gdyby został schwytany dopiero wtedy, gdy społeczeństwo się na nim pozna. Wypadlibyśmy w oczach ludzi skuteczniej — mruknął spoglądając z niesmakiem na jego twarz. — Michael Tonks, Justine Tonks. Kerstin Tonks. Sheila Doe, Eve Doe, Anne Beadow, Neala Weasley, Steffen Cattermole, Castor Sprout. Aidan Moore, brat Williama. Z dziećmi, ale nie wiem czyimi. Wszyscy z nim powiązani. Wszyscy ukryci właśnie tam. Pochowani jak szczury. — Zamyślił się na moment, po czym wyprostował, znów gładząc swoją szatę na piersi. Smukłe palce z idealnie przyciętymi paznokciami zatrzymały się na jedno z guzików. — Powinniśmy ich wywabić, zabić po kolei? Czy może... Wybacz, monsieur Sallow. Zapomniałem się. — Skruszony, ledwie powstrzymujący żądzę mordu i namiętność, które w nim rozkwitły stanął przy mężczyźnie. — Co powinienem zrobić? Co ty uczynisz, mistrzu?


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 3
UROKI : 2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: [SEN] Chwile, na które czekamy... [odnośnik]08.02.22 22:11
Do chwały dochodziło się po trupach i właśnie tą lekcję zaszczepił swojemu młodemu uczniowi.
Była jeszcze druga lekcja, ale tej mu nie zdradził. Do niej dochodziło się samemu. Na szczyt wspinało się samotnie. Wielkość wymagała poświęceń - poświęcenia innych, czasem najbliższych. Wbicia im noża w plecy. Zdarzały się wyjątki potwierdzające regułę, jak przyjaźń Corneliusa i jego szwagra, ale Septimus nie miał w oczach tego samego głodu co ten młodzieniec.
Plecy zwrócone do własnego syna, uszy zamknięte na doniesienia o motłochu wykrzykującym coś o spaleniu Grimmauld Place (cenię was, sojusznicy, ale jeden z was pieprzył się z moją narzeczoną - był człowiekiem mściwym i pamiętliwym, a oni mieli jeszcze inne pałace i niepotrzebnie wplątali się w aferę z zupą), trucizna w kielichu pana ojca, Oblivate na panią matkę, krwawe pieniądze na remont Sallow Coppice. To były jego lekcje. Czy młodzieniec odrobił już swoje?
Sallow byłby głupcem, gdyby nie spodziewał się noża we własnych plecach. Kiedyś, gdy droga na szczyt tego chłopaka wyda się już wystarczająco krótka, gdy przewodnik stanie się balastem. Dlatego przygotowywał się zawczasu. Śliczna mademoiselle Sallow miała być nie tylko nagrodą, miała być gwarancją. Bo jeśli cokolwiek zaszczepi temu chłopakowi bez rodziny, to to, że w życiu liczy się tylko rodzina.
O ile rodzina nie jest akurat panem ojcem nad kielichem trucizny, ale przecież nawet to robił dla rodziny. Tiberius Sallow był już zdziwaczały, zbyt skostniały, despotyczny pomimo własnej słabości - Cornelius ratował wtedy rodzinę, wieki tradycji i nazwiska.
Niektóre drzewa trzeba wypalić, by na ich miejscu wyrosły silniejsze. Życie rodzi się w śmierci. Aby docenić czystość, trzeba zetknąć się z brudem. Te wizyty w Tower są pożyteczne, pouczające. Wtargnięcie do głów szlam i ich brudnych myśli, smród ich brudnych ciał i podarte szaty sprawiają, że Cornelius i jego uczeń doceniają czystość własnej krwi, idealnie wykrochmalone koszule, pedantyzm, w gabinecie.
Uśmiech zamarł w gorączkowym wyczekiwaniu, w zielonych oczach lśniły iskry. Przesuwał spojrzeniem po twarzy swojego ucznia, doskonale wiedząc, co na niej znajdzie. Ekscytację. Niecierpliwość. Ciekawość. Przyjemność. To dlatego był tak dobrym uczniem, legilimencja sprawiała mu przyjemność. Ten talent to kapryśna kochanka, a Cornelius szybko przekonał się, że przerasta tych, którzy używali jej czysto pragmatycznie. Nie była środkiem do celu, była sztuką, musiała być napędzana pasją i wymagać treningu - dla czystej rozrywki. Umiejętność nieużywana zanika.
Spoglądał na niego - na bezbrzeżną przyjemność i bezbrzeżne skupienie - gdy wertował myśli więźnia. Wiedział, jakie emocje tam znalazł i poczuł - przed chwilą doświadczał tego samego - ale uczeń umiejętnie odsunął je na bok. Tak, jak oczekiwał.
Gdy młodzieniec wrócił do siebie i napotkał spojrzenie swojego mentora, w zielonych oczach lśniła nieskrywana duma.
-Brawo. - wiedział to samo, nie pozwoliłby mu na trening gdyby sam nie wyciągnął wcześniej tych informacji. Nie tylko dlatego, że był w legilimencji lepszy - po prostu, chłopcy byli pobici i osłabieni. Cornelius poznał już uczucia śmierci, frustrację na widok wspomnień rozpływających się we mgle nicości. Te były zbyt cenne. Nie mogli ich stracić.
-Nie każdy rewolucjonista zasługuje na chwałę. Powinniśmy go powiesić albo zostawić na śmierć, jak anonimowego szczura, którym jest. Złapiemy resztę, tych z listów. - zadecydował, zawieszając spojrzenie przelotnie na złotowłosym chłopcu. Grdyka drgnęła lekko. Tak, temu chłopcu była potrzebna anonimowość. Wrócił spojrzeniem do swojego ucznia, swojego prawdziwego syna, rodzina to coś więcej niż więzy krwi.
-Doskonale się spisałeś. - lubił pochwały, zasłużył na nie. Przeszedł zza pleców tego nagiego, brudnego, przed krzesło. Tak, by móc spojrzeć brunetowi w oczy.
-Balneo. - lodowata woda powinna go oczyścić, otrzeźwić. Ból głowy nie minie, ale Cornelius chciał, by więzień skupił się na nich, na rzeczywistości - nie na koszmarach i sekretach we własnej głowie.
-Wszystko widzieliśmy. - obwieścił obojętnie. -Oni wszyscy mogą teraz zginąć, ale nie wszyscy muszą. - uśmiechnął się zimno, zerkając porozumiewawczo na swojego ucznia. Widziałeś wszystko? Również jego uczucia, namiętności, troskę?
-Twoja siostra i żona, one nic nie zrobiły, prawda? Odejdą wolno, jeśli doprowadzisz nas do Oazy, pomożesz zaatakować z zaskoczenia. Sheila na to zasługuje, prawda? Eve... Eve pewnie sobie poradzi, uwiedzie kogoś bogatego, boisz się o to, ale będzie jej wygodnie. Ale Sheila, mała Sheila... Rzucisz ją na szaniec, dla niego? - wskazał podbródkiem na nieprzytomnego, bezrękiego blondyna i zacmokał z politowaniem ustami.
Nie warto, nie warto.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
[SEN] Chwile, na które czekamy... Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
[SEN] Chwile, na które czekamy...
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach