Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Millicenta Goshawk [budowa]
AutorWiadomość
Millicenta Goshawk [budowa] [odnośnik]20.03.22 21:34

Millicenta Goshawk

Data urodzenia: 22/12/1928 rok
Nazwisko matki: Fairwyn
Miejsce zamieszkania: Londyn, dzielnica Borough of Waltham Forest
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: wróżbitka, wytwórca kadzideł
Wzrost: 163 cm
Waga: 52 kg
Kolor włosów: brązowe
Kolor oczu: szaroniebieskie
Znaki szczególne: duże oczy o dumnym lub przenikliwym spojrzeniu; uwydatnione kości policzkowe; bogata mimika


Dzieciństwo Millicenty było całkiem zwyczajne i raczej niespecjalnie różniło się od życia pozostałych dzieci z przyzwoitych rodzin, chociaż w wieku mniej więcej sześciu lat, zorientowano się, że miała w sobie coś dziwnego. Urodziła się w Irlandii jako druga córka Eudory Fairwyn i Elijaha Goshawka, i stanowiła przeciwieństwo swojej o rok starszej siostry, Adriane: niemal od zawsze była wycofana, zamknięta w swoim świecie, ale za to wykazywała się częściej posłuszeństwem wobec rodziców niż ona. Gdy ją o coś proszono – robiła to, a zamiast tego spełniano jej rozmaite dziecięce zachcianki, przynajmniej do momentu, w którym na poważnie zaczęła dorastać, buntować się i dzielić swoim niewybrednym zdaniem wokół; chociaż i na to rodzice mieli swój sposób, opowiadając córkom historie o magicznym stworzeniu, czerwonym kapturku, który przyjdzie i zabierze w nocy niegrzeczne dzieci do swojej chatki a potem je zje. Nie było więc nic dziwnego w tym, że w późniejszych latach czerwony kapturek okazał się boginem nie tylko Millie, ale i jej siostry. Talent magiczny dziewczynki zresztą ujawnił się stosunkowo późno, bo w wieku około czterech lat i to w dość przeciętny sposób, kiedy w przypływie złości na siostrę podpaliła jeden z ulubionych krzaków róż mamy. Mimo tragicznej śmierci pięknych kwiatów Eudora nie była zła, właściwie chyba nawet nieco uspokojona faktem, że wszystko z drugą córką było w porządku, odziedziczyła zdolności magiczne i nie byłaby rodzinnym cudakiem, czego w tej rodzinie obawiano się od zawsze – od kiedy tylko obie córki stały się w miarę rozumne, rodzice starali im się wyjaśnić podziały między krwią, lepszymi a gorszymi i przestrzegali przed tymi, którzy nie powinni nazywać się czarodziejami. Ojciec, w przeciwieństwie do matki, nie wykazał się specjalnym przejęciem i nie wykazał się nim właściwie nigdy; był człowiekiem nadzwyczaj opanowanym, ale nieznoszącym sprzeciwu, jednak nawet podczas zażartych dyskusji, nie raz zakrawających o kłótnie, nie podnosił głosu a raczył obie córki lodowatym tonem głosu, mrożącym ciało Millie bardziej, niż krzyk. Dopiero po latach uświadomiła sobie, że nie była skórą zdjętą z matki, tylko z ojca, przejmując cały wachlarz jego cech charakteru i poszczególnych zachowań. W tym spojrzenie, które ponoć nie należało do przyjemnych i ton głosu, który kiedy zwracała komuś uwagę był chłodnie opanowany, równie często mylnie stawiany na równi z zuchwalstwem, czy arogancją. Cóż zresztą mogła na to poradzić? Mawiano, że ani nie wybierało się rodziny, ani charakteru – który swoją drogą nie należał do łatwych, ale zyskiwała przy bliższym poznaniu – a ona zwykła mawiać, że tym bardziej nie pchała się na ten świat i nikt jej o zdanie nie pytał. Nie była też do końca normalna, chociaż nikt nigdy nie potrafił wyjaśnić jej czym była ów normalność. Wiedziała za to, czym normalność nie była, przynajmniej w definicji rodziców, kiedy od szóstego roku życia miewała od czasu do czasu sny prorocze, z tą nazwą spotykając się dużo później, w szkole. Na początku nikt nie brał tego na poważnie, ot, wyobraźnia dziecka przecież nie znała granic, to były tylko zbiegi okoliczności, jednak zapominano o istotnej rzeczy: jeszcze nieskalane niczym głowy dzieci zawsze widziały więcej i nie zamykały się na bodźce świata zewnętrznego. Dopiero kiedy podczas niedzielnego śniadania opowiedziała rodzicom o nowym śnie, rychłej śmierci ciotki, i niewiele później otrzymaniu listu z tą okropną informacją, zaczęto uważniej słuchać tego, co mówi. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że Eudora postawiła na niej krzyżyk; może i nie była cudakiem pozbawionym zdolności magicznych, ale najwidoczniej łączyła w sobie pomost między widzialnym a niewidzialnym, zupełnie jak jej babka.



Na list ze szkoły Millicenta nie zareagowała entuzjastycznie. Roztaczana przed nią wizja czarów i magii Hogwartu na początku w ogóle nie przypadła jej do gustu, gdy wolała zostać w domu, zajmować się bujaniem w obłokach, niż poznawaniem nowych ludzi i znoszeniem ich obecności przez kolejnych kilka lat. Nauka sama w sobie jej nie zniechęcała – rodzice robili pierwsze podchody opowiadając córkom o różnych dziedzinach magii i różnego rodzaju historiach, zawodach i tym, w czym najlepiej pokładać nadzieję, chociaż za ich opowieściami stało drugie dno: bardzo chcieli, by przynajmniej jedna z córek przejęła pasję ojca do wytwórstwa różdżek, a żeby obie wyszły dobrze za mąż i zabezpieczyły swoją przyszłość. Kiedy jednak przekroczyła bramę szkoły zmieniła zdanie. Na żywo szkoła znana z opowieści była zdecydowanie piękniejsza, prawdziwie magiczna i ciekawsza.
Chociaż z nawiązywaniem kontaktów przez długi czas miała mały problem, nie miała go z nauką, co chyba po prostu było dominującą cechą osób z przydzielonego domu, Ravenclawu. Szybko okazało się, że dobrze radzi sobie z alchemią a wybitnym talentem wykazywała się w zielarstwie, i na tych dziedzinach naturalnie skupiła się najmocniej, odnajdując w tym prawdziwe zainteresowanie, które nie gasło z każdą kolejną lekcją. Nauka, zbieranie i oporządzanie ingrediencji sprawiała jej przyjemność, czego nie mogła powiedzieć o zaklęciach, w których była wprost okropna i OPCM, które opanowała w małym stopniu, bo wypadało (co było punktem zapalnym między nią a siostrą, która z kolei, mimo pewnej próżności, wykazywała się do obu dziedzin smykałką). Zapach składników był dlań relaksujący, zaś nauka coraz to nowszych eliksirów wciągnęła ją na tyle, że przez pewien czas spisywała własne pomysły na nowe kombinacje, które potem ochoczo konfrontowała z nauczycielką. Część z nich porzuciła ze względu na niepewny efekt końcowy, ale nie ostudziło to jej zapału. Reszty przedmiotów uczyła się po równo, potrafiła odnosić wiedzę z jednych zajęć do wiedzy z drugich, łączyć fakty i wyciągać wnioski, ale co ciekawe zafascynowała się wróżbiarstwem, które nie tylko większość uczniów uważała za bezsensowne zajęcia opierające się tylko na wróżeniu z fusów, ale i pamiętała, że rodzice na temat ów lekcji wypowiadali się dość pejoratywnie. Ona jednak nie potrafiła zrozumieć jak można było w ten sposób mówić o czymś, co w pewien sposób pozwalało przewidywać przyszłość, odczytywać znaczenia z układu kart tarota, czy mapy nieba, co nawet w symboliczny sposób dawały pewne sugestie i wskazówki, a przy okazji pamiętała parę epizodów ze swojego życia, gdy coś, co powiedziała, później rzeczywiście się wydarzyło. Wtedy nazwałaby to szczęśliwym trafem, niż darem, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, dochodziła do wniosku, że może faktycznie to było coś więcej niż łut szczęścia. Wiedza przekazywana na lekcjach w końcu przestała być dla niej wystarczająca, dlatego z pomocą nauczycielki trafiła w odpowiedni zbiór ksiąg na temat wróżbiarstwa, symboliki i znaczeń różnych układów, i bardzo wtedy zazdrościła osobom, obdarzonym darem jasnowidzenia! Jej nietypowe zainteresowanie i pielęgnowany codziennie talent pośród niektórych osób stały się naturalnie powodem do kpin, ale igrając wtedy z losem – czego nie powinno się robić – wróżyła im pewne nieprzyjemności, które często rzeczywiście dochodziły do skutku. W wolnym czasie z kolei, poza obowiązkami, Millicenta oddawała się jednemu z wielu marzeń z dzieciństwa i jednocześnie szkolnej pasji: lataniu na miotle. Krótki epizod, może około roczny, w drużynie Quidditcha na pozycji pałkarza skończył się upadkiem po zderzeniu z tłuczkiem i paroma dniami w skrzydle szpitalnym, jednak to nie nie zraziło jej do miotły; latanie sprawiało i zresztą do sprawia do teraz, że czuje się wolna i zapomina o problemach.
Ale nie wszystkich.
Wieloletnia nauka w Hogwarcie okraszona była problemami rodzinnymi, które głównie zahaczały o to, że ani ona, ani siostra Adriane, nie chciały zajmować się wytwórstwem różdżek i mówiła o tym otwarcie a Millie dodatkowo nie była zainteresowana szukaniem sobie księcia z bajki i równie głośno o tym wspominała. O ile Adriane, z jakiegoś powodu, spisano na straty już w dzieciństwie, cały ciężar spoczywał na wątłych barkach młodszej z sióstr. Wizja przyszłości Millie w czasie szkoły zmieniała się wielokrotnie, od utalentowanej nauczycielki zielarstwa po równie utalentowaną trenerkę latania podbijającą boiska największych państw, a nawet po aurorkę, by zrobić na przekór wszystkim (pod koniec szkoły ostatecznie miłość do wróżbiarstwa i zielarstwa wzięła górę, mimo wielu ciężkich momentów i zwątpień). Poza tym dla urozmaicenia sobie życia przez pewien czas opuściła się w nauce, ot, chyba zbytnio wpadając w okres kobiecego dojrzewania. Ochoczo wykorzystywała nauki matki, gdy zauważyła, że zainteresowanie ze strony płci przeciwnej przynosiło pewien dreszczyk emocji. Nigdy jednak nie dopuściła do siebie nikogo, poza jednym nieszczęśnikiem jakiś czas po skończeniu szkoły, jej pierwszą miłością, dla której była w stanie rzucić rozwijającą się karierę i narazić się tym rodzinny gniew.



Po skończeniu Hogwartu z dobrymi wynikami egzaminów, wróciła do rodzinnego domu, wpadając w ciąg dalszy wiru rodzinnych problemów. Chociaż wieść, że chyba chciałaby pójść w kierunku alchemii, w pewien sposób przygasiła temperament obojga rodziców, o tyle jej kręcenie nosem, zachowywanie się wprost okropnie na próby wszelkich matczynych swatów a przede wszystkim wróżenie z dłoni (bo jedynie matczyny wybór partnera dla swoich dzieci był najlepszy) spowodowało, że jej relacja z matką bardzo się popsuła. Nie, żeby kiedykolwiek była zażyła; jednak niechęć, jaką wobec siebie zaczynały odczuwać, stawała się z każdym kolejnym rokiem nie do zniesienia. Dla równowagi relacja z ojcem była o wiele lepsza, niż w dzieciństwie, nawet pomimo jego lodowatego tonu głosu, którym w kontrze raczyła go również ona. Być może w ten sposób wyrobiła sobie większy szacunek w jego oczach, czy nieco ugasiła stosowany protekcjonizm, niemniej nie mogła narzekać na spędzany wspólnie czas.


Ostatnie lata podlegały zwykłej codziennej rutynie, którą zburzyło nadejście nad Anglię ciemnych, burzowych chmur i coraz bardziej zauważalne podziały pośród społeczeństwa. Pomimo tego, że rodzice od zawsze pomiędzy wierszami przekazywali córkom informacje o istocie czystej krwi i tych, których nie powinno się nazywać czarodziejami, zarówno ona, jak i Adriane, były na to dość odporne.



Patronus: w dalszym ciągu przybiera postać srebrzystej mgiełki.


Statystyki
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 7+2 (różdżka)
Uroki:1+1 (różdżka)
Czarna magia:00
Uzdrawianie:00
Transmutacja:00
Alchemia:26+2 (różdżka)
Sprawność:00
Zwinność:30

Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
Język angielskiII0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
ZielarstwoIII25
SpostrzegawczośćII10
PerswazjaII10
GeomancjaI2
Historia magiiI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
EkonomiaI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Neutralny--
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
WróżbiarstwoIII25
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI0.5
Taniec współczesnyI0.5
GotowanieI0.5
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak- (+0)
Reszta: 0



she was life itself
wild and free, wonderfully chaotic;
a perfectly put together mess.
Millicenta Goshawk
Zawód : wróżbiarka
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : n/d
being against evil doesn't make you good
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11061-millicenta-goshawk-budowa#340439 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/
Millicenta Goshawk [budowa]
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach