Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Sylvain Crouch

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sylvain Crouch
Sylvain Crouch

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1108-sylvain-crouch http://morsmordre.forumpolish.com/t1240-niesowia-poczta-sylvka http://morsmordre.forumpolish.com/t1154-sylvain-silver-crouch http://morsmordre.forumpolish.com/t1383-mieszkanie http://morsmordre.forumpolish.com/t1360-sylvain-crouch
Zawód : aktor
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
Shadows are falling and I’ve been here all day
It’s too hot to sleep, time is running away
Feel like my soul has turned into steel
I’ve still got the scars that the sun didn’t heal
OPCM : 10
UROKI : 9
ELIKSIRY : 3
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Wilkołak
We should be able to kill ourselves in our heads and then be reborn

Sylvain Crouch Empty
PisanieTemat: Sylvain Crouch   Sylvain Crouch I_icon_minitime22.08.15 22:30


Sylvain Theodoric Crouch

Data urodzenia: 21.11.1931 r.
Nazwisko matki: Morgan
Miejsce zamieszkania: Nieprzytulna, rozwalająca się kawalerka na Śmiertelnym Nokturnie
Czystość krwi: Krew czysta szlachetna - zdrajca
Zawód: Aktor w trupie teatralnej Rogogon
Wzrost: 185 cm
Waga: 72 kg i ciągle spada
Kolor włosów: kasztanowy z rudymi refleksami
Kolor oczu: ciemny brąz
Znaki szczególne: kolczyk najczęściej w lewym uchu, tatuaże na rękach, dwa na nogach, jeden przy pępku i na lewej łopatce i wciąż ich przybywa; przenikliwe spojrzenie; kilkudniowy zarost, blizny na całym ciele;



Miesiąc, w którym rodzą się szaleńcy

21 listopada 1931 roku to pamiętny dzień w rodzinie Crouchów. Wtedy to, zimnym, wietrznym i deszczowym wieczorem na świat przyszedł pierworodny syn, a zarazem drugie dziecko Frederic'a i Blanche. Początkowo był małym odbiciem mamy: jasne, niebieskie ślepia, ruda czuprynka, nawet miał piegi... cóż, mogło to trochę rozczarować pana domu, ale zupełnie niesłusznie - wystarczyło trochę poczekać.
Był uroczym brzdącem, bez dwóch zdań: wiecznie roześmianym, prawie niekłopotliwym, ciekawskim, choć grzecznie trzymał się blisko któregoś z dorosłych: najczęściej niani, bacznie obserwując jak wykonuje swoje obowiązki i towarzysząc jej przez cały dzień. Rodzice niestety byli zapracowani w Ministerstwie... zresztą to ponoć dobrze robiło dzieciom: wychowywanie przez osoby do tego powołane.
Kiedy trochę podrósł, miejsce niani zastąpiła guwernantka i o ile za tą pierwszą przepadał, ta druga zupełnie mu nie podeszła. Nie dość, że była starą, zrzędliwą czarownicą mówiącą w dziwny sposób, jakoś gardłowo, to jeszcze zmuszała go do nauki takich rzeczy jak język francuski i niemiecki, nie pozwalała się bawić ani jeść o porach do tego przeznaczonych (czyli cały czas). Właśnie na niej mały Sylvek uczył się robienia przeróżnych dowcipów i zwiewania, gdzie pieprz rośnie. Doszedł z tym do takiej wprawy, że kobieta w końcu nie wytrzymała i trzeba było zmienić guwernantkę. Ta nowa była ciut lepsza i doskonale sobie radziła z łobuzem. Zresztą chłopiec nie miał już tyle czasu na wymyślanie psikusów, bo doszły mu nowe zajęcia - w tym jazda "konna" i taniec. Początkowo mógł to być przerost treści nad formą, ale z czasem zaowocowało to oczekiwanymi rezultatami.
Inna sprawa, że to coraz aktywniejsze spędzanie przez niego czasu, ujawniło niechcianą przez nikogo chorobę. Od zawsze był trochę bledszy od innych dzieci, stopy i dłonie miał lodowate (chociaż zmuszenie go do założenia skarpetek czy rękawiczek łączyło się z długą i brutalną batalią), ale zawsze można było zrzucić winę na to, że... taki był po prostu jego urok. Żarty się jednak skończyły, kiedy po jakiejś głupiej gonitwie z siostrą, nagle zaczął bardzo szybko oddychać, a krótko potem stracił przytomność. Błyskawicznie zabrano go do szpitala, gdzie po serii badań stwierdzono jedną z nieuleczalnych chorób - śmiertelną bladość.



Psychoza spowodowana nieumiejętnością zrozumienia wzajemnych zależności

Rok 1939 przyniósł ze sobą zawieruchę wojny i choć Sylvain nie odczuł tego bezpośrednio, to pośrednio jak najbardziej - o ile dotąd rodzice mieli dla niego mało czasu, to teraz nie mieli go praktycznie wcale. Czy chłopiec rozumiał to, że mają swoje obowiązki i muszą ciężej pracować niż dotychczas? Ciężko stwierdzić, ale cierpliwie nie wchodził im w drogę tylko z zafascynowaniem spoglądał na nich swoimi już orzechowymi ślepiami. Bardzo zmienił się od czasów niemowlęctwa, coraz bardziej upodabniając się do ojca. Wprawdzie wciąż miał te swoje piegi, ale zarówno kolor oczu jak i barwa włosów zaczęły ciemnieć nabierając brązowych odcieni. Spoważniał, uspokoił się i przycichł znacznie. Dorosłym było to nawet na rękę, bo dzięki temu nie narażał się na ostrzejsze ataki choroby. Eliksiry, które dostawał systematycznie były niestety trochę złudną gwarancją jego zdrowia, ale na pewno w jakimś stopniu też pomagały.
W wieku dziesięciu lat zaczął się buntować. Miał wrażenie, że nieobecność rodziców to kara za jego chorowitość, podświadomie chyba liczył też na to, że jego sprzeciw i pokazywanie jaki to jest silny i niezależny, zwróci na niego uwagę rodziców. I zwróciło... kiedy po wściekłej awanturze (ze swojej strony), ponownie wylądował w szpitalu.
Po tym incydencie znów spokorniał... choć niekoniecznie mentalnie. Grzecznie przyjmował, co przyjmować miał, zachowywał się jak przystało na panicza, ale w oczach już na zawsze pozostały mu charakterystyczne iskierki buntu i uporu. Przyjmował swój los takim, jaki był, choć w głębi serca zupełnie się z nim nie zgadzał. Z jednej strony to dobrze o nim świadczyło: wyhartowało w nim cierpliwość, opanowanie nawet w kryzysowych sytuacjach, ale z drugiej... kumulowanie w sobie tego typu i takiej ilości negatywnej energii nie jest najlepszym wyjściem - kiedyś w końcu nawet najgłębsza czara cierpliwości się wyczerpie, a negatywne emocje eksplodują raniąc wszystkich wokół. Kto by się tym jednak przejmował w tej chwili? Wreszcie nadeszły jedenaste urodziny Sylvaina, a z nimi list z Hogwartu. Dla nikogo nie było to zaskoczeniem, ale nie umniejszało to w żadnym stopniu radości chłopca. Już od dłuższego czasu z wytęsknieniem czekał na zmianę nauki języków, etykiety i całej reszty nudnych rzeczy na przyswajanie sobie wiedzy magicznej (a przede wszystkim praktykowanie jej!).
Początkowo jednak ciężko było mu się odnaleźć w Hogwarcie. Czuł się nieswojo w otoczeniu aż tylu rówieśników na raz. Trochę pomógł mu fakt, że trafiając do Slytherinu znalazł się wśród raczej szlachetnie urodzonych... ale i tak był osobą dość zamkniętą w sobie i trzymał się na uboczu. Pewności siebie nie dodały mu też pierwsze lekcje latania. Jako syn dwójki szkolnych zawodników w drużynach Quidditcha, Sylvain nie powinien mieć z lataniem najmniejszych problemów... a jednak. Wyszło szydło z worka i wynik zaniedbywania go przez rodziców, bo co z tego, że w dzieciństwie miał swoją własną miotłę, skoro jakoś nigdy go nie ciągnęło do niej bardziej niż do żywych stworzeń jakimi były kuce i konie? Teraz zaczął tego żałować - z lataniem szło mu chyba najgorzej spośród wszystkich, nawet dziewczynom wychodziło to lepiej... i pewnie nie miały też lęku wysokości. Czy jednak szło czy nie szło, czy lęk wysokości czy nie, to przecież Sylvain był z Crouchów, rodziny szlacheckiej i nie zamierzał się poddawać, wręcz przeciwnie: porażki tego typu tylko jeszcze bardziej go mobilizowały do częstszych i dłuższych ćwiczeń. Rzecz jasna po kryjomu, żeby nie zostać wystawionym na pośmiewisko wszystkich ze Ślizgonami na czele. Oczywiście jak to zwykle bywa z takimi "tajemnicami", szybko wychodzą na jaw i ta nie była wyjątkiem. Na szczęście padło na Sørena.
Sylvain go lubił. I jego i jego siostrę, choć do tej pory jakoś nie mieli okazji czy śmiałości lepiej się poznać. Tak czy siak młodemu Crouchowi zwykle wystarczał rzut oka na daną osobę i już wiedział, czy ta przypadła mu do gustu czy nie. W ten właśnie sposób, choć nie spędzał z Averymi czasu, czuł do nich jakąś sympatię. I proszę, jego szósty zmysł wcale się nie pomylił: to właśnie dzięki Sørenowi nauczył się latać na przeklętej miotle całkiem przyzwoicie nawet ze swoim lękiem wysokości. I tego też chłopakowi nie zapomniał. Na zawodnika w Quidditchu nikt by go nie wziął, ale to nawet lepiej, bo sam absolutnie się do tego nie palił. Nie musiał się za to już martwić o to, że będzie obiektem kpin.
Jeśli chodzi o naukę, to najlepiej szło mu z zaklęciami, z obroną przed czarną magią i... co może być chyba sporym zaskoczeniem: z historią magii. Kiedy wszyscy przysypiali na zajęciach z historii, Sylvain z zaangażowaniem i autentyczną ciekawością ich słuchał. Jego ulubionymi książkami stały się właśnie te opasłe tomiska do historii, prawa i wszystkiego, przy czym normalne osoby w jego wieku zwykle wymiękały i zasypiały z nosem w kartkach. Cóż, Crouch miał wiele wad, chyba trochę mniej zalet, ale spośród tych ostatnich bez wątpienia królowała nudo-odporność. Jednych interesowało mieszanie składników w kociołku, innych rzucanie nie takich znów niewinnych zaklęć, a jego... sposoby egzekwowania prawa i najsłynniejsze procesy czarodziejów. Jednocześnie jednak wcale nie wiązało się to z tym, że sam jakoś szczególnie przestrzegał zasad, na przykład całkiem możliwe, że spośród swoich rówieśników, to on był najczęstszym bywalcem Zakazanego Lasu. Z jakichś powodów korciło go strasznie zagłębianie się między drzewa, sprawdzanie jak daleko tym razem zdoła zajść. Bał się, oczywiście, że się bał, ale jednocześnie czuł przyjemne podekscytowanie w związku z czyhającymi między krzakami niebezpieczeństwami. Nie raz i nie dwa był za to swoje niezdrowe hobby karany... ale nie nauczyło go to niczego, prócz sprytniejszego wymykania się do lasu.
W drugiej klasie stał się zagorzałym kibicem ślizgońskiej drużyny Quidditcha i pozostał nim aż do zakończenia szkoły. Choć sam jakoś nigdy nie zapałał miłością do latania, udzielały mu się emocje podczas rozgrywek i szczerze to polubił. Także zrobił spore postępy jeśli chodzi o zjednywanie sobie przyjaciół i poznawanie nowych osób... stał się śmielszy, chętnie nawiązywał rozmowę... i niewiele osób zdawało sobie sprawę z tego, że wynikało to często nie z jego szczerej sympatii do nich a... bo znajomość z nimi w jakiś sposób przynosiła mu zysk. Robił to tak, że ci się nawet nie obejrzeli, a już uważali go za dobrego kumpla, choć niekoniecznie takim był w rzeczywistości. Udawało mu się to za sprawą swojego niebagatelnego talentu aktorskiego i... co tu kryć, kiedy chciał, potrafił być naprawdę czarujący, dowcipny i rozrywkowy. Do tego uroczy, szelmowski uśmiech, potargane, kasztanowe włosy, brązowe ślepia błyszczące radością... coraz częściej łapały się na to dziewczyny, chociaż niespecjalnie go one interesowały. No, poza jedną, ale tą po prostu miał na oku, kiedy akurat jej brata nie było w pobliżu. Z czego to wynikało, pewnie sam nie wiedział, bo nie byli jakimiś dobrymi przyjaciółmi, nie trzymali się nawet razem... ale jakoś już tak miał, że nad nią czuwał. Kto wie? Może w ten sposób odwdzięczał się po prostu Sørenowi?



Jeszcze jeden nałóg młodości, ryzykowne gry, oszałamiające stany nieważkości

Mijały kolejne lata, wojna się skończyła... czy dobrze, czy źle, nad tym Sylvain się nie głowił. Nie zwrócił też szczególnej uwagi na zmiany jakie przez to zaszły. Zaskakujące jak człowiek ślepnie, kiedy się zakocha. Wtedy nagle przestaje mieć jakieś większe problemy, wszystko układa się po jego myśli... a przynajmniej on akurat tak miał. Nie pamiętał czy szczególnie przykładał się do nauki w tamtym czasie, a jednak oceny miał doskonałe, na brak popularności w Hogwarcie też nie cierpiał, tak samo jak na brak rozrywek, za to zmężniał trochę, zawsze elegancki i szarmancki... no, wciąż zdarzało mu się dogryzanie co poniektórym, choć chyba rzadziej niż dotychczas. To jednak na co najbardziej zwracało się uwagę, kiedy pojawiał się na horyzoncie to nie jego nienaganny wygląd, lekko rozmarzony uśmiech, zabawne frazy, którymi potrafił rozbawić największych ponuraków, a to jak nie odrywał spojrzenia od Allison. To niesamowite, że w tamtym czasie nic mu się złego nie przytrafiło: że nie wpadł na przykład pod rozpędzony Hogwart Express, czy nie zabił o wystający z ziemi kamień - tak był w nią zapatrzony... i szczęśliwy jak jeszcze nigdy. Panna Avery stała się całym jego światem, przenosiłby dla niej góry, gdyby takie było jej życzenie. To nie było zwykłe zauroczenie, krótkotrwałe zakochanie - w planach były zaręczyny, małżeństwo... i to nie dlatego, że "tak wypadało", albo bo tego się od nich oczekiwało. Może to głupie, ale o tym właśnie Sylvain marzył. O niczym innym tylko, żeby byli razem już na zawsze. Wyglądało zresztą na to, że nie był w tych marzeniach osamotniony i wszystko szło właśnie w tym kierunku. Ich rodziny raczej nie miały nic przeciwko temu, Sylvain praktycznie miał już zapewniony w Ministerstwie staż i pracę w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, o czym już myślał... wyniki z ostatnich egzaminów tylko to potwierdziły. Nic, ale to zupełnie nic, nie zwiastowało końca tego pięknego snu, który śnił przez jakieś ostatnie dwa lata.



Jeśli wilk jest u drzwi, jedyne wyjście to zaprosić go na obiad

Przez nikogo nieproszony nadszedł najmroczniejszy czas w życiu Sylvaina. Chłopak nie rozumiał jak to się stało, nie rozumiał też dlaczego... ale fakt pozostał faktem: Allison odeszła. Bez słowa wyjaśnienia, zostawiając go pełnego pytań, które mógł zadawać sobie sam i bezskutecznie oczekiwać na nie odpowiedzi. Ewentualnie jej bratu, ale jakoś się do tego nie kwapił - został z tym sam. Najpierw przyszedł bezbrzeżny smutek, niekończące się rozmyślania nad tym co zrobił nie tak. Po jakimś czasie przerodziło się to w żal do Allison, potem w złość... by na koniec zostawić go pustego i zobojętniałego na wszystko. Początkowo sądził, że dziewczyna szybko do niego wróci... ale z dnia na dzień tracił nadzieję. Powinien był szybko o niej zapomnieć, odciąć się od tego wszystkiego, podjąć pracę w Ministerstwie. Po wielu latach, kiedy miał już pełen obraz tego, dokąd doprowadziły go jego wybory, tak właśnie stwierdził. Wtedy jednak o niczym nie wiedział, nie chciał nawet myśleć o pracy, zapomnieć szczęśliwych dni też nie było wcale łatwo... i kiedy dowiedział się o wyjeździe Sørena do Szkocji nie wahał się zbyt długo. Obaj byli przybici, obaj potrzebowali się uwolnić od całej tej atmosfery, więc wyjazd wydawał się doskonałym wyjściem z tej sytuacji. Na początku było trochę dziwnie, ale kiedy Sylvain postawił sobie za punkt honoru rozerwanie kumpla, sam na chwilę zapomniał o swoich problemach. W tym celu próbował wielu rzeczy, ale wszystko raczej spaliło na panewce - z Sørena była twarda sztuka, jeśli szło o rozbawienie go w jakikolwiek sposób. Dopiero po jakimś czasie Sylvain palnął się w ten głupi łeb, przecież od tego trzeba było zacząć, nie? Od miotły i Quidditcha.
Dużo wędrował. Ot, kiedy czuł, że potrzebuje trochę samotności, po prostu ruszał przed siebie i maszerował. To naprawdę ukochał w Szkocji i, bądź co bądź, w Sørenie - miał pewność, że niezależnie od tego, jak długo będzie iść, nie spotka po drodze nikogo... i że chłopak nie będzie mu w żaden sposób narzucać swojego towarzystwa. Pod tym względem byli chyba całkiem zgrani, bo Sylvain też wiedział, kiedy odpuścić i dać kumplowi spokój.
Szkocja była cudowna, dawała mu swego rodzaju spokój ducha, koiła zmysły, dawała odetchnąć pełną piersią... była błogim wybawieniem od trosk. Sylvain potrafił w nią wsiąknąć czasami nawet na kilka dobrych dni, nie dając nikomu żadnego znaku życia. Kiedyś po takiej swojej dłuższej wycieczce wrócił w opłakanym stanie, cały w sińcach, zadrapaniach... Miał nawet kilka dość groźnych ran, ale te na szczęście nie były aż tak widoczne. Kuśtykał jeszcze długo po tym, ale wszelkie pytania o to, co mu się stało zbywał tylko tym swoim zawadiackim uśmiechem, machnięciem ręką i krótką formułką, że się potknął i zleciał ze skalistego zbocza. Potem zwykle długo śmiał się sam z siebie i ze swojej niezdarności. Oj tak, bez dwóch zdań miał talent aktorski i mógł spokojnie kłamać ludziom prosto w oczy nie martwiąc się, że ci się połapią jak daleka od prawdy jest ta, którą on ich raczył.
W każdym razie nigdy nikomu nie wyjawił co się stało tamtej nocy, tego, że ledwo (i jakże niechwalebnie!) uszedł z życiem, jak dużo czasu spędził na samym rozmyślaniu nad tym co ma dalej robić. Swoją drogą zabawna sprawa: po odejściu Allison sądził, że gorzej być już nie może.
Sørenowi chyba zaczęło się poprawiać, Sylvain zaś nie mogąc już wyruszać na te swoje długie wędrówki, stał się jakiś niespokojny i nieswój. Na szczęście ich wyjazd dobiegał już końca - po kilku dniach wrócili do Londynu.



Kiedy rozum śpi, budzą się demony

Po powrocie ze Szkocji, Sylvain nie był już sobą. Szybko i dość sukcesywnie zaczął palić za sobą wszystkie mosty. Zaczęło się od przyjaciół, przez znajomych, aż w końcu przyszedł czas także na rodzinę. Oświadczył im, że kończy z tym całym cyrkiem, że mogą go nawet wydziedziczyć (co zresztą wkrótce się stało), ale dłużej nie będzie mieszkać pod ich dachem, że nie idzie pracować do Ministerstwa, a to, co zamierza, to tylko i wyłącznie jego sprawa. Z cynicznym uśmieszkiem, ucałował jeszcze serdecznie swoją matkę, wyściskał siostrę, po czym zniknął z ich życia jakby go w ogóle nie było.
Bynajmniej w międzyczasie nie przestał ich nagle kochać, wręcz przeciwnie, zranił ich w ten sposób, bo uznał to za mniejsze zło. Rodzinie i światu łatwiej było przełknąć to, że nagle chłopakowi odbiło i zszedł na złą, godną pożałowania drogę niż... to, że padł ofiarą wilkołaka. Dziwne... jeszcze do niedawna sam uważał, że takie plugawe bestie należy wybić co do nogi, a teraz? Teraz sam już nie wiedział, co o tym myśleć. Czasami po prostu chciał się zabić, to byłoby zapewne najwłaściwsze zachowanie - nie splamiłby w ten sposób honoru rodziny, nikogo by nie skrzywdził i nikt nigdy nie dowiedziałby się czym się stał... ale z drugiej strony wciąż był młody, kurczowo trzymał się życia i łudził, że będzie w stanie utrzymać w sekrecie to, o czym świat nie miał prawa się dowiedzieć... i że jakoś ujarzmi potwora, jakim się stał.
Kto by przypuszczał, że takiemu rozrywkowemu, wesołemu facetowi chodzą po głowie takie myśli? Że spędzają mu sen z powiek? Zapewne nikt, bo Sylvain ani na moment nie zdejmował swej maski. Grał tak samo na scenie, jak i poza nią, odgrywając rolę, którą stworzył sobie sam. Dla siebie też zatrzymał wszystkie swoje troski i kisił się w tych negatywnych emocjach nie wiedząc tak naprawdę ile jeszcze jest w stanie znieść. Miał jednak świadomość, że w końcu nie wytrzyma... ale po co uprzedzać fakty? Nieważne jak do dupy było, wcale nie wybierał się jeszcze na drugi świat.
Początkowo nikt nie wiedział co się z nim stało. Przepadł tak po prostu, pozwolił, żeby świat powoli o nim zapomniał, by wyjść na światło dzienne już jako kompletnie inna osoba. Starzy znajomi na pewno by go już nie poznali, a rodzina i przyjaciele mieliby z tym poważne problemy. Wychudł straszliwie, pod oczami powstały mu cienie dodające mu upiornego wyglądu tak, jakby naprawdę było mu to jeszcze potrzebne. Jego ciało zdobiła całkiem pokaźna sumka drobnych, bladych blizn tak samo jak przybywających z czasem tatuaży. Nic nie zostało po jego nienagannym stylu, po czystych, schludnych ubraniach czy dokładnie dopracowanej fryzurze, niesamowicie się pod tym względem zaniedbał (zdrowotnym również, bo przyjmowanie nieszczęsnych eliksirów coraz częściej wylatywało mu z głowy). Włóczył się w czym popadnie po najmroczniejszych uliczkach ewidentnie szukając guza, zaczął zadawać z typami spod ciemnej gwiazdy i... chyba ostatecznie stał się jednym z nich. Jak nic gdyby ktoś go spotkał w ciemnej uliczce, wziąłby go za bandytę, choć Sylvain chyba jeszcze nie doszedł do tego etapu, żeby okradać niewinnych ludzi. Za to, żeby interesować się czarną magią i podejrzanymi eliksirami już tak, a w miejscach, w których spędzał najwięcej czasu, miał do takich rzeczy nadzwyczaj łatwy dostęp. Nic dziwnego, że w końcu zaczęło go to wciągać... choć bardziej eliksiry niż sama czarna magia. Do tej ostatniej wciąż nie miał zaufania.
Zamienił dworską wygodę na ciasną ruderę na Śmiertelnym Nokturnie, towarzystwo arystokracji na wyleniałą kotkę (w sumie niewielka różnica), pracę w Ministerstwie na odgrywanie ról w czymś, co nawet nie było teatrem z prawdziwego zdarzenia, a książki o historii magii i prawa na te dotyczące eliksirów. Nie sprawiał przy tym wrażenia, że którejś z tych rzeczy żałuje, wręcz przeciwnie, chlubił się tym, że wyrwał ze szlacheckiego światka, że gówno go obchodzą wyniki rozgrywek Quidditcha i to, kto teraz za kogo wyjdzie, by jego rodzina mogła wspiąć się wyżej w poronionej hierarchii czystości krwi i statusu społecznego. Był wolny i niezależny, taki, jaki być powinien każdy człowiek. Nie przedstawiał się już nazwiskiem ojca, tylko albo zamieniał je na zwykłe "S.", albo podawał jedną ze swoich ksywek (całkiem często nazywał sam siebie Silver, choć raczej nikt nie dostrzegał ironii w tym jego pseudonimie).
Co do tego całkowitego odcięcia się od przeszłości... to nie była do końca prawda. Tak się chełpił tą izolacją od bogactwa i rodziny, a jednak nie do końca odmawiał sobie wizyt w domu. Czasami po prostu musiał się tam zjawić, choć przecież wiedział, że nie poprawi to niczyjego nastroju. Widać był słaby, bo potrzebował na nich choćby i popatrzeć... a przy tym pouśmiechać się do nich cynicznie, obrabować ich z jedzenia i spróbować wydębić trochę forsy, żeby zachować pozory i znów zniknąć na jakiś czas. Podobnie było też z Quidditchem - niby wkurzało go to całe podniecanie się tym sportem, a jednak raz na jakiś czas na zaproszenia Sørena przychodził na rozgrywki. Nigdy jednak nie pokazał się kumplowi, ani nie podszedł do niego, żeby się przywitać po grze. Znikał, jakby go tam w ogóle nie było. Tak było lepiej dla wszystkich - bezpieczniej - póki sądzili, że zupełnie się od nich odwrócił. Dzięki temu miał pewność, że nie wpadną nagle z wizytą, albo nie przyjdzie im do głowy nawracanie go na dobrą, arystokratyczną drogę. Chętnie by wrócił, naprawdę. Kto by nie chciał żyć w bogactwie, wysypiać się w wygodnym łóżku i po ludzku być w otoczeniu rodziny i przyjaciół?  Nieważne jak bardzo udawał, że tak nie było - brakowało mu ich - nawet tego głupiego latania na miotle. Ale powracanie do dawnego życia było zbyt ryzykowne, byłby za bardzo na widoku, ktoś by zauważył jego kiepski stan zdrowia czy zniknięcia w okolicach pełni. W tym arystokratycznym światku zwracało się uwagę na takie rzeczy tylko po to, by drugiej osobie dopiec, wykopać pod nią dołek, a potem ją w nim zadeptać. Znał to doskonale i do tej pory radził sobie z tym jako tako... ale gdyby wyszło na jaw, że jest wilkołakiem, to nie uderzyłoby to tylko w niego, ale w jego najbliższych, a na to nie zamierzał się zgodzić. Skoro już miał się stoczyć na dno to sam, a nie ciągnąc za sobą całą resztę.
Gdzie można go znaleźć obecnie? Kiedy łapie go ponury nastrój, bezsenność i dręczą go nieprzyjemne myśli, często ucieka do dość podłych pubów, gdzie potrafi się zachlać do nieprzytomności. Chętnie wychodzi zaś ze swojej nory potańczyć (a tancerzem jest naprawdę niezłym), kiedy dopisuje mu nastrój lub po prostu potrzebuje się rozerwać. Najwięcej jednak czasu spędza w mieszkaniu z tą swoją wyleniałą kotką (Kobalt) i pisze na maszynie. W sumie nic nadzwyczajnego i nic, co ujrzałyby kiedykolwiek czyjekolwiek inne oczy... po prostu stukanie w klawisze tej nieznośnie głośnej maszyny jakoś go uspokaja, a niestety pod koniec każdego miesiąca robi się naprawdę nerwowy i skory do wybuchów. Zamiast jednak wszczynać burdy i dawać losowym osobom po pyskach, rozsądniejszym się wydaje pisanie o niczym.
Teatrowi też się oddał bez reszty. W końcu przydał mu się talent aktorski do zarabiania lichych, bo lichych, ale jednak pieniędzy i... w sumie polubił atmosferę panującą w trupie mimo iż początkowo otwarcie, bądź w duchu kpił sobie z tych całych aktorów. Teraz są dla niego namiastką rodziny i przyjaciół... a to zawsze coś.
Odmierza czas światłem księżyca. Początkowo było to dla niego trudne - wcześniej niewiele wiedział o wilkołakach i właściwie uczył się o nich na sobie i na swoich błędach. Trochę czasu mu jednak zajęło wyczucie rytmu obecnego życia, znalezienie odpowiednich kryjówek na czas pełni i odpowiednie ich zabezpieczenie przed sobą samym i przed niechcianymi gośćmi. Musiał mieć sporo szczęścia, skoro go wtedy nie złapano, bo nie raz mu się wtedy zdarzyło, że wymykał się samemu sobie spod kontroli - głównie zaklęć i krat (bo zamieniając się w bestię zupełnie nie jest sobą, a po wszystkim nic nie pamięta).
Najbezpieczniej zapewne jest, kiedy zamyka się w opuszczonych piwnicach czy katakumbach, rzuca na dane miejsce odpowiednie zaklęcia i przeczekuje... ale szczerze tego nie znosi. Czas, który spędza po prostu na czekaniu doprowadza go do szału, wzmacnia w nim jeszcze poczucie beznadziei i swojej własnej bezradności. O wiele bardziej lubi wyjeżdżać przed pełnią do odludnych miejsc, głęboko w las czy w góry, wędrować jak to on, i nawet się nie oglądnie, a już jest po wszystkim. Nie czuje wtedy takiej presji, nie czuje się jak jakaś kreatura, którą trzeba zamykać, wręcz przeciwnie: podczas takich wyjazdów potrafi się wyluzować, odetchnąć... ale oczywiście niosą ze sobą dużo większe niebezpieczeństwo: raz, że dla jakichś nieopatrznych wędrowców... a dwa, że dla siebie samego - mało to tych całych Brygadzistów włóczy się podczas pełni w poszukiwaniu futrzaków? Dlatego też pozwala sobie na takie wyjazdy stosunkowo rzadko, głównie wtedy, kiedy nie wyrabia już psychicznie.



Patronus: Tylko jeden raz patronus Sylvaina przybrał pełną postać - wilka. Udało mu się to niedługo po tym jak zaczął chodzić z Allison i to właśnie wspomnienia z nią związane sprawiły, że patronus w pełni się ukształtował. Od tamtej pory jednak wyczarowuje go jedynie w formie bezkształtnej mgły. Mogą mieć na to wpływ wspomnienia - nie potrafi się już skupić tylko i wyłącznie na tych dobrych i szczęśliwych, bo te łączą się nierozerwalnie z tymi najgorszymi.
A dlaczego wilk? Wilki to rodzinne bestie i wbrew pozorom Sylvain je pod tym względem przypomina. Dla bliskich byłby w stanie poświęcić bardzo wiele, bardzo ceni sobie przyjaźń. W głębi serca jest wierny jak pies, choć okazuje to na swój, niekoniecznie zrozumiały przez innych, sposób. Obecnie skryty bardziej niż kiedykolwiek zaszył się w swojej norze, ale nadal uwielbia długie, samotne wycieczki po górach czy lasach i z ukrycia sprawuje pieczę nad bliskimi.










 
9
0
10
3
0
2
5


Wyposażenie

różdżka, teleportacja, kot




[bylobrzydkobedzieladnie]


Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
Evandra C. Rosier

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t4210-skrytka-bankowa-nr-5#85655 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
OPCM : 0
UROKI : 1
ELIKSIRY : 30
LECZENIE : 4
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Półwila
Sylvain Crouch E0d6237c9360c8dc902b8a7987648526

Sylvain Crouch Empty
PisanieTemat: Re: Sylvain Crouch   Sylvain Crouch I_icon_minitime27.08.15 17:35

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Sylvain to wyrzutek pełną gębą - wydziedziczony Crouch, aktor zamieszkujący Nokturn, do tego pokryty wieloma kojarzącymi się jedynie z dziwakami i bandziorami tatuażami... oraz wilkołak. Gdyby nie ugryzienie jednej z tych bestii, z pewnością wiódłby spokojne - lub nieco mniej spokojne - życie bogatego, szanowanego arystokraty i pojął za żonę delikatną, dobrze urodzoną czarownicę; może nawet samą Allison. Lecz cóż czeka go teraz? I ile jeszcze razy uda mu się uniknąć Brygady? Uciekaj na fabułę i opowiedz nam swoją historię!

OSIĄGNIĘCIA
Wyrzutek - wydziedziczony, mieszkający na Nokturnie, stanowi teraz margines społeczny
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Śmiertelna bladość
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Statystyki
Zaklęcia i uroki:9
Transmutacja:0
Obrona przed czarną magią:10
Eliksiry:3
Magia lecznicza:0
Czarna magia:2
Sprawność fizyczna:5
Inne
teleportacja
WYPOSAŻENIE
różdżka, czerwony kryształ, świąteczny bursztyn [od A.Avery]
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[27.08.15]
[15.11.15] Gonitwa pod Durdle Door +60 pkt
][15.11.15] Wsiąkiewka +60 pkt
[27.11.15] Pełnia +35 pkt
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[03.01.16] Świąteczny bursztyn
[25.03.16] Organizacja wydarzenia +50 pkt



Powrót do góry Go down
 

Sylvain Crouch

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19