Wydarzenia


Ekipa forum
Weymouth, koniec lipca 1943r.
AutorWiadomość
Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]30.03.22 20:12

Widziałeś kiedyś sztorm?
Pytanie rzucone przy długim stole znad talerza jajecznicy z przepiórczych jaj. Siedzieli przy nim tylko we dwóch. Stary stojący zegar wybił właśnie godzinę jedenastą trzydzieści. Pozostali domownicy już dawno zebrali się do pracy, ale nie oni – oni nie musieli, wszak od miesiąca trwały wakacje. Archibald, dużo wyższy niż przed kilkoma miesiącami, zdecydowanie za szczupły, z piegami wzmocnionymi letnim słońcem i pryszczem na czole zatuszowanym odpowiednim zaklęciem, rozemocjonował się wyraźnie, kiedy otrzymał odpowiedź przeczącą. Zaczął opowiadać przyjacielowi o pięknie wzburzonego oceanu, nie żałując przy tym żadnego wzniosłego epitetu. Opisywał silny wiatr, kołyszący wysokimi trawami na klifach. Nawet nie wiesz jak ciężko wtedy ustać na nogach! Fale, które dobijały kilku metrów wysokości. Po sztormie chodzi się na bursztyny. Szum łamiącej się tafli wody, która z impetem uderzała w kamienny klif. Czasem musimy je umacniać, żeby się od tego nie zerwały. Niebo, przybierające równie ciemne barwy co morska toń. Świat wtedy wygląda złowieszczo, ale i tak ciężko odwrócić wzrok. Opowiadał, że lubi wtedy wyjść na najwyższy balkon i całą noc obserwować sztorm z oddali. Skrzatka, dobrze znając jego zwyczaje, bez pytania przynosi koc i magicznie podgrzewany dzban z herbatą. Czasem dołącza do niego ojciec, ale tylko na chwilę. Czasem matka, ale zawsze jest jej za zimno. Czasem Mare z Procellą, ale takie długie stanie je nudzi. Rory zazwyczaj wbiega i wybiega, wymachując mu przed nosem gumową różdżką. Jedynie wujowi Eddardowi zdarza się dołączać na dłużej, co zawsze kończy się wielogodzinnymi dyskusjami na przeróżne tematy (ostatnio testował jego wiedzę ze znajomości Skorowidzu). Tylko Archibald wytrzymuje od początku do końca, choć sam nie potrafi odpowiedzieć co tak naprawdę zatrzymuje go na balkonie na długie godziny. Na koniec wygłosił prośbę do Merlina, by Hector otrzymał szansę przeżyć ten cud natury razem z nim. Dokończył jajecznicę, dojadł bruschettę ze świeżymi pomidorkami, dwoma łykami dopił sok, i był gotowy na podbój dzisiejszego dnia.
Słońce dzisiaj ich rozpieszczało. Archibald miał na sobie jedynie przewiewną bawełnianą koszulę i beżowe spodnie sięgające kolan. Płomiennie rude włosy zdążyły mu trochę urosnąć od zakończenia roku szkolnego i zaczynały sięgać uszu, ale nie miał zamiaru ich ścinać do końca wakacji (ku przerażeniu matki, która chciała, żeby podczas Festiwalu Lata wyglądał jak człowiek). W taką pogodę nie dało się dłużej wysiedzieć w pałacu, dlatego zaraz po śniadaniu Archibald zaproponował Hectorowi wypad na plażę i nie zamierzał przyjmować odmowy. – Przynieś nam potem coś do jedzenia – rozkazał skrzatce, która akurat podlewała kwiaty stojące obok długich okien sięgających podłogi. Usłużnie skinęła głową, mamrocząc coś pod nosem o jaśnie paniczu i rychłych przygotowaniach.
Leniwy wiatr ledwie poruszał gałązkami drzew. Archibald włożył dłonie w kieszenie spodni, spacerując lekkim krokiem po kamiennym chodniku, prowadzącym w stronę plaży. – Wytrzymujesz jeszcze z nami? Minął już miesiąc odkąd przyjechałeś, ale jeszcze drugi przed tobą – zażartował, spoglądając na Hectora. Niezmiennie się cieszył, że przyjaciel zgodził się (czy raczej, że jego rodzice łaskawie to zrobili) na tak długi przyjazd do Weymouth. Archibaldowi czasem brakowało towarzystwa w rodzinnym domu. Różnica wieku pomiędzy nim a młodszym rodzeństwem była zbyt duża, by móc porozmawiać na wszystkie nurtujące go tematy czy wciągnąć w swoje rozrywki. Mare i Procella ledwie skończyły pierwszą klasę Hogwartu, a Roratio wciąż biegał po pałacu z zabawkową różdżką i wierzył w Zębową Wróżkę. Archibald jeszcze nie wiedział, że za dziesięć lat ta różnica mniej więcej się wyrówna i będzie mógł się dzielić z rodzeństwem wszystkimi bolączkami – na chwilę obecną był młodym czarodziejem, który wkrótce miał skończyć siedemnaście lat, i potrzebował towarzystwa w zbliżonym wieku. Hector od dłuższego czasu pełnił rolę jego najlepszego przyjaciela, choć niestety w szkole ich pokoje wspólne dzielił długi korytarz i wiele krętych schodów po drodze. A może to dobrze, może właśnie dzięki innym dormitoriom i planom zajęć jeszcze nie zdążyli się znudzić swoim towarzystwem. – Pewnie niedługo nas zagonią do pracy. Wszyscy dostają tutaj szału przed Festiwalem Lata, przysięgam. Zresztą pewnie już sam zauważyłeś przy wczorajszej kolacji. Kłócili się o tę papeterię do zaproszeń przez dobre pół godziny! Naprawdę wątpię, żeby jakiś ślepy nestor Blacków zwracał uwagę na to, czy paprocie są ułożone w poprzek czy pionowo – westchnął, przechodząc przez umowną granicę ich ogrodu obok dużego drzewa. Dalej już nic nie rosło poza wysokimi trawami. Wiatr się wzmógł, a przed ich oczami zamajaczyło spokojne lustro oceanu. Archibald przystanął pół metra od wysokiej krawędzi. – Ten widok nigdy mi się nie znudzi – stwierdził, biorąc głęboki wdech. W żadnym innym miejscu powietrze nie było tak świeże i orzeźwiające jak właśnie tutaj na plaży. Czasem się męczył w murach rodzinnej posiadłości, bo choć Weymouth sprawiało wrażenie niezwykle przyjaznego miejsca, czasem nieoczekiwanie stawało się zaspane i przygnębiające. Wtedy Archibald najczęściej odnajdywał się w szklarniach lub właśnie tutaj. Posłał Hectorowi delikatny uśmiech, po czym ruszył dalej w stronę wydeptanej ścieżki. Ścieżki były dwie: stroma, z której korzystały wszystkie najmłodsze latorośle Prewettów i dziadek Bren, oraz łagodniejsza, z której korzystały wszystkie damy i lordowie, którym nie w głowie były zabawy. Archibald bez chwili zastanowienia skierował się ku tej drugiej, nie chcąc nadwyrężyć nogi przyjaciela. Zaczął powoli schodzić na plażę, w międzyczasie recytując:

Do Hectora z tajemniczego Shropshire,
Przyszedł raz pewien francuski esquire,
Z gniadym koniem,
I martwym okoniem,
Sprzedał mu swoje prywatne empire!


W końcu dotarli na sam dół. Archibald od razu zdjął buty, zostawiając je gdzieś w pobliżu zejścia. Nagrzany piach trochę parzył w palce, ale zaraz i tak mieli podejść do wody. Wokół było słychać jedynie szum fal i krzyk mew. – Nic się nie rymuje ze Shropshire – poskarżył się, kiedy Hector stanął obok niego. Brak rymów skutecznie utrudnił mu ułożenie porządnego limeryku. Zaraz jednak zauważył, że w niedużej odległości od nich leży koc, ręczniki i kosz piknikowy. Skrzatka zawsze wiedziała co mu przynieść, choć tym razem Archibald złożył dodatkowe zamówienie.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]08.05.22 20:12
-Widziałem sztorm na obrazie w Muzeum Brytyjskim. - odpowiedział szczerze, choć odpowiedź "nie, nigdy" byłaby bardziej prawdomówna. Nie lubił się jednak przyznawać przed Archibaldem, że czegoś nie wiedział, a sztorm na magicznym obrazie Williama Turnera wydawał się groźny i realistyczny. Transmutowane fale poruszały się z każdym mrugnięciem Hectora i gwałtownie pieniły. Nie mógł oderwać od nich wzroku, choć patrzył na nie bez zachwytu - wydawało mu się raczej, że pod nimi utonie. Potem się trochę naburmuszył i obwieścił młodszej siostrze, że już się napatrzyli i czas na jego ulubiony dział, rzeźby antyczne. Tamtego dnia jednak nawet na greckich herosów patrzył jakoś inaczej niż wcześniej, bez szczerej radości i z podobnym ukłuciem niepokoju - to na pewno morski krajobraz zepsuł mu przyjemność z ostatniej wizyty w Londynie.
Spuścił wzrok i słuchał dalej, uprzejmie i uważnie, choć nie podzielając entuzjazmu przyjaciela. Lubił słuchać Archibalda i nauczył się mu nie przerywać, gdy ten się do czegoś zapalał. Opowieści były zresztą żywe i piękne. Vale miał bujną wyobraźnię, więc każde słowo Prewetta od razu stawało mu przed oczyma. Wiatr, pod którego ciężarem chwieje się wysoki Archibald na patykowatych nogach. Jeśli przyjacielowi było ciężko, to Hector przewróciłby się z całą pewnością - ale nie skomentował tego w żaden sposób, tylko kurczowo zacisnął dłoń na podłokietniku. Dotyk drewna kojarzył mu się ze stabilną laską, zawsze się jej podtrzymywał gdy czuł się niepewnie. Z wrażenia nie pomyślał nawet dłużej o bursztynach, tylko od razu skupił się na pękających tamach, na sile groźnego żywiołu.
Tak złowieszcze, że nie można oderwać wzroku. - dopiero na dźwięk tych słów zaczął rozumieć, co Archibald ma na myśli, a w jasnych oczach pojawiły się iskry szczerego zainteresowania i starannie tłumionego niepokoju. Czuł się kiedyś podobnie, gdy Briseis, stara klacz ojca złamała nogę. Anselm, zamiast ukrócić cierpienie zwierzęcia, stracił cierpliwość pod stajnią. Dziesięcioletni Hector wyglądał z okna, gdy bicz spadał na biednego konia, raz za razem. Widział wszystko, wyraźnie. Ojciec katował zwierzę tak długo, że wydawało się to wiecznością, a przerażony chłopiec nie mógł odwrócić wzroku. Bał się w tamtej chwili ojca, ale to akurat nie było nic nowego, zawsze się go bał. Przede wszystkim bał się samego siebie i faktu, że patrzył na ten okrutny spektakl jak zahipnotyzowany. A kochał przecież Briseis - z powodu własnej powolności zawsze była dla niego łagodna i cierpliwa, w odróżnieniu od innych koni.
Czy będzie bał się sztormu...? Korci go, by przerwać Archibaldowi, niech nie prosi Merlina o nic, nie ma potrzeby. Nie chce oglądać sztormu. Milczy jednak, bo rzadko ma serce przerywać przyjacielowi, gdy ten się do czegoś zapali. A poza tym, z losem nie ma sensu się spierać, a Mojry mają w zwyczaju spoglądać łaskawie na chłopców pokroju Archibalda - szlachetnie urodzonych, skorych do działania i pewnych siebie. Hector jest przekonany, że spełniają się wszystkie jego modlitwy, więc spełni się i ta. Czasem dołącza się w myślach do podobnych próśb, nawet gdy się z nimi nie zgadza, więc robi to również teraz - o Mojry, mam nadzieję, że zapisałyście w losach Archiego sztorm w te wakacje - choć nie do końca wie dlaczego, bo jeśli Mojry zwrócą uwagę na kogoś z ich dwójki, to przecież nie na niego.
Uśmiechnął się blado, bo pomimo lęku nie miał zamiaru się spierać, a na plażę uda się przecież chętnie, jak zawsze. Paradoksalnie, czuł się przy Archibaldzie bezpiecznie - bardziej niż kiedykolwiek we własnym domu. W Weymouth nie rozbrzmiewał niespokojny głos matki, łatwo było zapomnieć o niebezpieczeństwach, które jej zdaniem czaiły się na każdym kroku. Łatwo było się śmiać, bawić, uczyć, rozmawiać i oddychać.
Wytrzymujesz? Poderwał głowę i spojrzał na Archibalda szeroko otwartymi oczyma, dziecięco przejęty. W sercu zakiełkowała przykra świadomość, że to już połowa pobytu i te wakacje kiedyś się skończą, ale przede wszystkim Hector zaczął zastanawiać się, czy na pewno dostatecznie okazał przyjacielowi, że się cieszy, czy w odpowiedni sposób wyraził swoją wdzięczność wobec jego rodziny. Czasem sprawiało mu to problem i ludzie nie dostrzegali jego entuzjazmu.
-Jasne, że wytrzymuję! - kontrolne, uważne spojrzenie na twarz Archibalda i Hector pojmuje już, że to żart. Uśmiechnął się z ulgą. -Jest wspaniale. Dziękuję, że mogę być waszym gościem. - obwieścił z żarliwą powagą i nieco przesadną grzecznością. Archibald od początku wakacji mógł zauważyć, że jego przyjaciel bardzo stara się nauczyć dobrych manier w zabawnie egzaltowany sposób. -Pracy? - oczy od razu pojaśniały, usta wygięły się w szerszym uśmiechu. Mógłby się na coś przydać, odwdzięczyć! Sama perspektywa wzbudzała entuzjazm! -A co będziemy robić? - spytał z ciekawością, bo dla Prewettów mógłby nawet grabić siano, choć po godzinie rozbolałaby go noga. Lord Prewett, pan ojciec Archibalda nauczył go zresztą prostego zaklęcia przeciwbólowego, więc przyłoży się do ćwiczeń i naprawdę będzie mógł grabić siano! Jeśli Hector uwielbia kogokolwiek w życiu w sposób porównywalny do Archiego, to chyba jego pana ojca, niedościgniony wzór. W porównaniu z Anselmem Vale, lord Prewett zdawał się promieniować spokojem i nawet swego rodzaju ciepłem (sic!), a Hector zupełnie nie rozumiał, dlaczego Archie widzi tego wspaniałego człowieka trochę inaczej.
-Ależ kwestia ułożenia paprotek to wcale nie jest bezzasadne pytanie. - odruchowo stanął w obronie rodziny Archiego, ludzi, którzy wydawali mu się idealni. -Czytałem ostatnio o teoriach Herr Rorschacha i… - mógłby streścić mu te wszystkie plamy atramentu, znaczenie każdego kształtu i koloru, mógłby mówić o tym godzinami, ale Archiego z niewiadomych przyczyn zdają się drażnić tematy dotyczące magipsychiatrii, a Hector zna go na tyle, by wiedzieć jaką puentę ma szansę docenić. -...i jeśli lord Black jest na przykład chory psychicznie, to może dostrzec w horyzontalnej paprotce coś zupełnie innego niż Twoja rodzina. To miło z ich strony, że się o niego troszczą i rozważają takie sprawy. - uniósł podbródek i wygiął usta w lodowato uprzejmym uśmiechu, obydwa gesty zaobserwował u Archiego, gdy to on bywał złośliwy. Ma nadzieję, że udało mu się osiągnąć podobny efekt i że tchnął w słowa o trosce odpowiednią ilość ironii.
Plaża zapierała dech w piersiach, jak zawsze. Hector pokochał ją tak samo jak Archibald, choć nadal boi się wejść do wody głębiej niż do kolan. Oddech zaparł mu także limeryk Archibalda - Hector wielokrotnie komplementował jego poezję, ale...
-Ułożyłeś to dla mnie? - mruga, o wiele szybciej niż zwykle. Zmarszczył lekko nosek, bo chłopcom w jego wieku nie wypada się wzruszać. Z oszołomienia nie spytał nawet, co znaczy esquire, ale duma i tak nie pozwoliłaby mu spytać. Zanotował francuskie słowa w pamięci, by sprawdzić znaczenie później. -Rymy są piękne i ambitne. - dodał z powagą, choć na wzmiankę o Shropshire entuzjazm zaczął z niego ulatywać, powoli ale stabilnie, jak z przekłutego balonika. Zaczął dłubać laską w piasku, udając bardzo zainteresowanego rysowaniem jakiegoś wzorku na morskim brzegu.
Nie chcę być ze Shropshire. - dociera do niego. Uczucie przeżywane przez lata wreszcie zostaje ubrane w słowa.
-A... z Dorset rymuje się więcej słów? - spytał cicho, zamyślony. Archie zna ten rodzaj zamyślenia, Hectorowi zazwyczaj chodzi wtedy o jakieś drugie dno, ale tym razem nie mówi o co, nie przyzna się przecież, że chciałby zamieszkać kiedyś w Dorset, niedaleko plaży i może na tyle niedaleko Weymouth żeby móc odwiedzać przyjaciela, że nie chciałby wracać do domu. Tęskni trochę za siostrami i mamą, ale nie za ojcem i bratem, nie za ponurym domem na wzgórzu, nie za Shropshire.
-Czas na drugie śniadanie? - roześmiał się, widząc kosz. Dopiero przecież jedli, choć pierwsze śniadanie przeciągnęło się prawie do południa. Zadarł do góry głowę (Archibald urósł ostatnio tak bardzo, że Hector był od niego sporo niższy - szczerze mówiąc, nie spodziewał się nawet, że za kolejny rok różnica zredukuje się zaledwie do kilku centymetrów. Czytając o skutkach ubocznych klątwy, której ofiarą padł w dzieciństwie, nabrał podświadomego przekonania, że zostanie w przyszłości albo szaleńcem albo karłem. Karłem jednak już nie był, więc może po prostu niskim szaleńcem) i zadecydował odważnie:
-Też spróbuję!
Rudy lord ze słonecznego Dorset
Pięknej damie deklamować chciał werset
Skończy się to marnie
Gdy nie pouczy się ładnie
Bo owutemy ważniejsze niż gorset!
- deklamował powoli, ułożenie limeryka na poczekaniu przychodziło mu z wyraźnie większym trudem (i gorszymi rymami) niż uzdolnionemu przyjacielowi.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]14.05.22 1:31
Archibald szybko dostrzegł zmianę jaka zaszła w Hectorze po przyjeździe do Weymouth. Siedział przy stole wyprostowany jak struna i nadużywał zwrotów grzecznościowych. Wyraźnie próbował dopasować się do melodii Prewettów, z czego Archibald nieszczególnie się cieszył. Polubił Hectora za bycie Hectorem i nie wymagał od niego opanowania tych wszystkich pokrętnych zasad savoir-vivru. Ba! Właśnie fakt, że pochodził z innego środowiska, nierzadko był dla Archibalda wytchnieniem. Starał mu się to wyjaśnić, kiedy kolejny raz zauważył jak zachowuje się w towarzystwie jego rodziny – wyluzuj – bo nie chciał zatracić swojego przyjaciela w tej formie, w jakiej go poznał, ale ostatecznie się poddał i pozwolił mu zachowywać się tak jak czuł się najswobodniej. Mimo wszystko musiał przyznać, że te jego próby dołączenia do tańca dobrych manier bywały przezabawne i Archibald czasem z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
To ja dziękuję, że zgodziłeś się nim być! Nudno by tu było samemu przez tyle czasu – przyznał, kiedy jeszcze zmierzali w stronę plaży. Wiatr stopniowo wzmagał się na sile, rozwiewając Archibaldowi przydługie włosy we wszystkie strony. – O, no wiesz, różne rzeczy – odparł enigmatycznie, przytrzymując na moment grzywkę dłonią, bo pojedyncze pasma włosów ciągle wpadały mu do oczu. Zastanawiał się czy jednak ich nie podciąć, ale teraz, kiedy powiedział wszystkim, że tego nie zrobi, honor nakazywał mu dotrzymać słowa. – Zadbać o kwiaty na wianki, ozdobić stragany, przygotować drewno na ognisko, powypisywać zaproszenia... – zaczął wymieniać pierwsze lepsze rzeczy jakie mu przyszły do głowy, ale właśnie takie zawsze były: drobne, jakimi równie dobrze mogła zająć się służba, ale starszyzna Prewettów z jakiegoś powodu zawsze wolała do nich zatrudnić najmłodsze latorośle. – Zależy co komu wpadnie do głowy – bo choć oficjalnie pieczę nad Festiwalem sprawował wuj nestor Eddard, tak naprawdę zajmowali się nim wszyscy domownicy po trochu, podczas gdy wuj pokazywał się tylko na początku ze swoimi długimi i pięknymi przemowami – pewnie dlatego zrzucał resztę obowiązków na pozostałych członków rodziny, by móc cały wolny czas poświęcić na ćwiczenie krasomówstwa.
Jak to nie jest bezzasadne – oburzył się, puszczając grzywkę – pogodził się z faktem, że będzie mu dzisiaj ciągle przeszkadzać. Archibald nie potrafił pojąć, że takie szczegóły mogą mieć jakiekolwiek znaczenie. Pod tym względem miał bardzo pragmatyczne podejście do życia i nawet Herr o Trudnym Niemieckim Nazwisku nie był w stanie go przekonać do zmiany zdania. – No nieee – wywrócił oczami, słysząc opowieść przyjaciela. Głupoty! W końcu jednak zrozumiał, że w słowach Hectora kryje się żart. Zaśmiał się pod nosem. – A wiesz, że on faktycznie nie jest do końca normalny? Ja to chyba się go trochę boję. Ma takie krzaczaste czarne brwi i zawsze je marszczy i tak się przygląda wszystkiemu dookoła – wytłumaczył pokrótce, a dla zobrazowania wizerunku Blacka zmarszczył mocno czoło i spojrzał na Hectora spode łba, zupełnie tak jak rzekomy lord. – Ja ci mówię, że on jest po prostu ślepy – skwitował po chwili. I dlatego tak się marszczy, to było lo-gi-czne.
Archibald nie zamierzał ciągnąć tematu Blacka, bo pobyt na plaży miał być tylko przyjemnością. Co prawda jego blada piegowata skóra nie lubiła się ze słońcem, ale Archie rokrocznie to ignorował i przez większość lata chodził różowy jak świnka, jeszcze nieświadomy, że w jego genach kryje się nieszkodliwa choroba z nimi związana.
A dla kogo? Nie znam nikogo innego ze Shropshire, a już na pewno nie Hectora – zaśmiał się, z trudem powstrzymując się przed wbiegnięciem w chłodne fale oceanu. Nie chciał jednak zostawiać przyjaciela samego na plaży, przynajmniej nie teraz – pójdzie się pokąpać, kiedy już zasiądą przy drugim śniadaniu. – Tak uważasz? No to dziękuję – ostatecznie przyjął komplement z jego ust, zatrzymując się na brzegu. Bose stopy zaczęły się powoli osuwać głębiej w piach, będąc co i rusz obmywane słoną wodą. – Hmm... – zastanowił się, spoglądając kątem oka na przyjaciela. Znał go za dobrze, by myśleć, że właśnie rysuje na piasku z czystej potrzeby namalowania jakiegoś arcydzieła. Zmierzył go delikatnie wzrokiem, zastanawiając się, co może chodzić mu po głowie. To go zawsze intrygowało w Hectorze – i niezmiernie denerwowało! – że rzadko wiedział o czym tak naprawdę myśli. Co było niesprawiedliwe, bo Archibald najczęściej prosto z mostu mówił co leży mu na żołądku. To była nierówna znajomość. – Czy ja wiem? Chyba nie. To trudne słowa – wzruszył ramionami, wbijając wzrok gdzieś ponad linię horyzontu. Nie chciał, żeby te wakacje się kończyły. Nie chciał kończyć szkoły. Nagle go uderzyło jak wiele zmian czeka go w przyszłym roku i poczuł jak rośnie w nim panika. Nieświadomie zacisnął dłonie w pięści i dopiero pytanie Hectora sprowadziło go na ziemię. Przecież jeszcze miał czas. Nie powinien się martwić na zapas. – A co, nie jesteś głodny? – Zapytał wyraźnie zaskoczony, ale zaraz się roześmiał. – Nieee, to na później. Na razie chodźmy dalej, pokażę ci fajną jaskinię – zaproponował, odbijając w lewo. Szedł spokojnym krokiem, żeby Hector mógł mu bez problemu dorównać – na początku znajomości zawsze chodził za szybko, ale z czasem nauczył się do niego dostosowywać. Zaśmiał się głośno, słysząc limeryk przyjaciela, choć jego śmiech został nieco zdławiony przez szum oceanu. – Weź, Hector... – mruknął jakby zawstydzony, choć musiał przyznać mu rację, że zarówno owutemy, jak i gorsety, chodziły mu po głowie. – Chociaż ostatnio – zaczął, wyraźnie ożywając, i chyba trochę się czerwieniąc. – niedługo przed twoim przyjazdem – sprecyzował. – odwiedził nas lord Fawley z żoną i córką. Jest w twoim wieku, ale chodzi do Beauxbatons, dlatego nie mieliśmy okazji się poznać. I tak dobrze nam się rozmawiało! – Przyznał, z przyjemnością wracając do tamtego sympatycznego popołudnia, nawet jeżeli bez przerwy byli otoczeni wścibskimi krewnymi. – Do tej pory wymieniamy się listami, ale nie mówiłem o tym rodzicom, bo już by rezerwowali termin na ślub – jęknął. Nie cierpiał tego, nienawidził! A wiedział, że wraz z końcem szkoły skończy się wszystko co przyjemne. Że z powrotem będzie musiał mieszkać każdego dnia w Weymouth, że będzie musiał się szkolić pod czujnym okiem ojca, że będzie musiał pomagać w gospodarowaniu rodzinnym majątkiem, i że będzie musiał poślubić kogoś, kto zostanie dla niego wybrany, jak jakiś koń wyścigowy. Wyraźnie zmarkotniał, milknąć na chwilę. Pewnie całą drogę do jaskini przeszedłby w ciszy, ale tak przy kimś nie potrafił. Zmusił się więc na kontynuowanie tematu. – A o owutemach nawet nie wspominaj, bo dostanę ze stresu gorączki metamorfomagicznej – jego ciałem aż wstrząsnął dreszcz. Och, jak to się stało, że nagle zeszli na takie trudne tematy!
O, muszelka – przerwał wszystko na krótką chwilę, wyjmując z piachu niedużą wieżyczkowatą muszlę w kolorze brudnej bieli.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]26.05.22 4:04
Przyjaźnili się już szmat czasu - zwłaszcza w perspektywie szesnastoletniego życia Hectora te lata wydawały się wiecznością. Powinno przyjść mu do głowy, że Archibald polubił go za to, jaki jest, ale jakoś... nikt z ich dwójki chyba nie powiedział tego na głos, nie wprost. A Hector nigdy nie lubił siebie, nie tak naprawdę, a już na pewno nie w sposób, w jaki świadom własnej wartości był młody, rudowłosy lord. Polubił za to - chyba pokochał, całym sercem - rodzinę Prewettów, ich szczodrość, ich szyk, ich ciepło. Znał swoje miejsce i wiedział, że zawsze będzie go od nich oddzielać szyba pozycji i prestiżu, ale próbował ze wszystkich sił wpasować się w ten nowy układ. Upewnić się, że nie będą żałowali swojego zaproszenia i nie wezmą go za krąbrnego (to mu chyba nie groziło) ani bezużytecznego (to prędzej, tego bał się ciągle) chłopca. Archibald chyba nie rozumiał do końca motywacji Hectora w nauce savoirqe-vivre'u, ale Vale'owi to nie przeszkadzało. Prawdę mówiąc, cieszył się, jeśli mógł go rozbawić. Lubił, gdy Archie miał dobry humor.
-Nudno? - zdziwił się, odgarniając z czoła czarny lok. W domu pani matka ścięłaby mu już niesforne włosy, ale Hector zaczął je zapuszczać za przykładem Archibalda. Powinien go spytać, jak podtrzymać loki przed wpadaniem mu do oczu, ale honor mu nie pozwalał - sam jakoś okiełzna własną fryzurę. -Ale przecież tu jest tak pięknie... - dodał nieśmiało. Czy mógłby się nudzić w takim miejscu, szczególnie gdyby mógł się bawić i pływać i biegać? Pewnie nie! Zresztą, wystarczyłoby móc poczytać książkę na plaży...
...ale chyba nie będą mieli czasu na książki, gdy zbliżał się Festiwal Lata.
-We wszystkim chętnie pomogę! - zapewnił nieco zbyt pośpiesznie, bo nie wiedział jak zbierać drewno, ani jak szukać kwiatków. -A... jak dużo gości będzie na festiwalu? - ojciec nie lubił takich rzeczy, rodzice nigdy go tam nie zabrali, tylko pani matka poszła raz z siostrami, ty siedź w domu, Hector i uważaj na siebie, siostry trajkotały potem tygodniami, a teraz wreszcie Hector zobaczy Festiwal Lata na własne oczy i... i może jakoś wtopi się w tłum, bo przecież zawsze bał się tłumów. Archibald na pewno będzie zajęty jako młody lord, na pewno będzie otoczony wianuszkiem pięknych dam, a Hector... najwyżej posiedzi sobie pod jakimś drzewem, z laską opartą o pień. Poobserwuje. Lubił obserwować. Potem mógłby doradzić Archibaldowi, która dziewczyna wydawała się najmilsza i najbardziej nim zainteresowana. Miał oko do takich rzeczy. Do detali, nawet tych, które Archibaldowi wydawały się nieistotne.
-Przecież to właśnie takie szczegóły jak ułożenie paprotek nadają życiu smak... - mruknął nieśmiało, trochę speszony - bo trochę żartował, a trochę nie, ale najwyraźniej Archie miał na temat zaproszeń inne zdanie. Onieśmielenie minęło równie szybko jak przyszło, bo Archie wspomniał o normalności, a oczy Hectora zajaśniały gwałtowną ciekawością.
-Myślisz, że jest chory psychicznie? - uśmiechnął się mimowolnie, entuzjastycznie. -Diagnozował go już ktoś? Lordowie chodzą do magipsychiatrów? - dopytał, zapominając na moment o dobrych manierach i o tym, że prosi Archibalda o plotki. Magipsychiatria budziła w nim szczery entuzjazm - ilekroć o niej rozmawiali, Hector wydawał się cały jaśnieć i nabierać pewności siebie i Archibald musiałby być równie ślepy jak lord Black by tego nie zauważyć. -Och, chyba, że jest chory fizycznie. Na wzrok. - zrozumiał Hector z pewnym rozczarowaniem, bo z podekscytowania zaczęli się przegadywać i Archibald dopiero teraz zdążył porównać Blacka do kreta i zademonstrować jego minę. Hector roześmiał się dźwięcznie - chciałby mieć talent przyjaciela do aktorstwa! -No dobrze, przekonałeś mnie, że to problem ze wzrokiem. Ale wciąż myślę, że wszyscy niesympatyczni i nielubiani ludzie mają coś nie tak z psychiką. - zauważył i spojrzał na ocean, poważniejąc (i robiąc jedną z tych min, których Archibald nie potrafił rozszyfrować).
Samemu nie był zbyt lubiany. Zanim zaczął przyjaźnić się z lordem, Ślizgoni już kilkukrotnie próbowali zepchnąć go ze schodów. Bo dobrze się uczył i bo był kaleką i bo byłoby to dla nich zabawne, ale nie tylko dlatego. Wiedział, że ich prowokował, choć samemu nie wiedział dlaczego to robił. Mógłby po prostu schować dumę do kieszeni i przestać, prawda?
Limeryk natychmiast poprawił mu humor. Archibald zawsze poprawiał mu humor - czy to wierszami, czy to opowieściami o szalonych krewnych.
-Dziękuję. - coś ścisnęło go za gardło, chyba wzruszenie. Czym sobie zasłużył na takiego przyjaciela? Nie mógł nawet pobawić się z nim w berka, choć na szczęście wyrośli już chyba z takich zabaw. Ale nie mógł też iść popływać, a Archie tak lubił pływać.
Poczuł na sobie spojrzenie przyjaciela - zawsze wiedział, gdy na niego tak patrzono, bo sam równie przenikliwie spoglądał na innych - i zamrugał, by wyrwać się z zamyślenia. Uśmiechnął się przepraszająco. Zdążył już się domyślić, że Archie chyba chciałby, by mówił mu więcej - ale czasami nie miał o czym, albo nie mógł, albo nie chciał. Nie powie mu przecież, że chciałby na zawsze pozostać w Dorset, bo w Weymouth rodzina Archibalda zostawia czasem uchylone drzwi, niczyja mama nigdy nie skrywa posiniaczonych przegubów pod rękawami długich sukien (nawet w lecie), a niczyj brat i ojciec nie znęcają się nad zwierzętami. Nie powie mu, że od jakiegoś czasu widzi to wszystko w Shropshire - że widzi coraz więcej - i że dusi się coraz bardziej i że boi się, że kiedyś nie będzie mógł złapać oddechu.
Archibald by się wtedy zmartwił, a Hector nie chciał go martwić.
Już chyba i tak był zmartwiony. Hector zauważał takie rzeczy - lekko zmarszczone dni, zaciśnięte pięści.
-Wszystko w porządku? - spytał łagodnie, ale Archie zmienił już temat i brunet uśmiechnął się, trochę uspokojony. -Dopiero co jedliśmy. Chodźmy zobaczyć tą jaskinię. - uznał mężnie. Kiedyś spytałby, czy to na pewno bezpieczne i czy się nie poślizgnie, ale nauczył się ufać Archiemu i doceniał nieco wolniejszy krok. Kiedyś temu miał wrażenie, że nigdy go nie doścignie - w niczym - ale teraz było już lepiej. Potrafił nawet ułożyć limeryk! Nie zrozumiał tylko, czemu Archibald się zarumienił zamiast się roześmiać - ciekawe. Zanotował to w głowie, przyłapie kiedyś przyjaciela na takiej mowie ciała raz jeszcze i wtedy zrozumie. Czasami sporo czasu zajmowało mu zrozumienie niektórych rzeczy. Na przykład tego, jak inni chłopcy ekscytują się gorsetami - rozumiał to na jakimś poziomie, ale nie tak naprawdę, nie odnajdywał w sobie podobnego entuzjazmu. Jestem jeszcze za młody albo nieśmiały. - uspokajał się, mając nadzieję, że gdy spotka odpowiednią dziewczynę to wszystko samo się ułoży. Jeszcze takiej nie spotkał.
Za to Archibald najwyraźniej tak! Zwrócił na niego zachwycony wzrok, bo uwielbiał słuchać takich opowieści.
-Rozmawialiście po angielsku czy po francusku? Skoro chodzi do Bąbątą - nie potrafił tego wymówić prawidłowo, nie uczył się nigdy francuskiego. -Jak wygląda? Czy miała francuską pokojówkę? - zapalił się. Może Archibald mógłby go poznać, z tą pokojówką? Na samą myśl poczuł i nadzieję i panikę, więc szybko ją odgonił i pytał dalej. -O czym piszecie? - wtrącił, bo nie miałby zielonego pojęcia, o czym można pisać z dziewczyną. Chyba, że z Cassandrą, ale on była inna, bo była mądra. Trochę to podłe, ale w głębi duszy Hector nie wierzył, że lady Fawley może być inteligentna. Ojciec powiedział kiedyś, że najmądrzejsze dziewczyny trafiają do Ravenclawu, a ojciec znał się na kobietach. Poza tym, Hector przeczytał kiedyś w książkach, że jacyś angielscy uzdrowiciele szukają lekarstwa na chorobę francuską i samodzielnie doszedł do wniosku, że Francuzi muszą być trochę głupi, skoro sami nie potrafią jej wyleczyć. Co, jeśli rodzice musieli odesłać lady Fawley do francuskiej szkoły, bo też jest głupia?! - przemknęło mu na myśl ze szczerą troską, ale postanowił na razie nie mówić nic Archibaldowi, by nie psuć mu humoru. -Czy lady Fawley też interesuje się uzdrawianiem? Jaka jest jej ulubiona książka? - spróbował wybadać temat subtelniej.
-No widzisz, musielibyśmy znowu ozdabiać zaproszenia paprotkami, ale tym razem ślubne! - roześmiał się wesoło, bo w przeciwieństwie do Archibalda nie od razu poczuł grozę tematu. Do myślenia dało mu dopiero wymowne milczenie - i to od razu, ale jeszcze przez chwilę zbierał się na odwagę.
-Hej, wszystko w porządku? - zapytał, już drugi raz dzisiejszego poranka, ale tym razem wlepił w Archibalda zatroskane spojrzenie - cierpliwie czekając, aż ten oderwie wzrok od drogi i je dostrzeże. -Na pewno zdasz świetnie owutemy, jesteś najmądrzejszym Gryfonem w Hogwarcie. - zapewnił przyjaciela szczerze, a komplement kosztował go trochę wysiłku. Dopóki nie poznał Archibalda, nie wierzył, że jakikolwiek Gryfon jest mądry - teraz przyznawał, że Tiara Przydziału na pewno się pomyliła. Archibald niezaprzeczalnie był odważny, odważniejszy niż Hector kiedykolwiek, ale powinien trafić do Ravenclawu. Wtedy mogliby siedzieć w pokoju wspólnym do n o c y i rozmawiać szeptem o truciznach!
-Nie wiem, czy gorączki metamorfomagicznej dostaje się ze stresu. Czytałem, że głównie z powodu błędnie uwarzonych eliksirów. - wytknął praktycznie Archibaldowi, choć miał go pocieszać. Nie mógł jeszcze pozostawić faktów nieskorygowanych. -Może sprawdzimy to w książce? Jak wrócimy? - zauważył. Też powinien rozejrzeć się za muszelkami, ale póki co z namysłem przypatrywał się Archibaldowi. Faktycznie wydawał się jakiś zestresowany - ale czy owutemami? Nie posądzał go nigdy o problemy w nauce! - pomyślał arogancko, nie wiedząc, że samemu będzie za rok kłębkiem nerwów.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]13.11.22 1:36
Uśmiechnął się w odpowiedzi, choć oczy pozostały poważne. Hector nie rozumiał. Widział tylko wierzchnią warstwę Weymouth, która faktycznie potrafiła zachwycić – ciężko nie zakochać się w słonecznych przestrzeniach pałacu i wysokich klifach nad oceanem. Nawet rodzinne kolacje przy syto zastawionym stole mogły mieć swój urok, pełne mniej lub bardziej poważnych rozmów i wspomnień sprzed lat. Archibald sięgał głębiej. Widział skazy, ukrywające się pod tym sielankowym obrazem.
Bardzo dużo! Zjeżdżają się czarodzieje z całego kraju, ciężko powiedzieć – wzruszył ramionami, nigdy się nad tym nie zastanawiał. Wychował się z przeświadczeniem, że to najlepsze i największe wydarzenie spośród wszystkich czarodziejskich świąt, a uczestnictwo w kilku pomniejszych festiwalach tylko go w tym utwierdziło. – Zazwyczaj największe tłumy są na jarmarku, bo wybór towarów jest naprawdę duży. W zeszłym roku przyjechał nawet hodowca hipogryfów! Ale osobiście wolę odwiedzać stragany z księgami albo nowinkami magotechnicznymi – ciągle musiał sobie przypominać, że Hector jakimś cudem nie miał wcześniej okazji uczestniczyć w Festiwalu, ale przynajmniej mógł dzięki temu bez strachu dzielić się wszystkimi opowieściami i spostrzeżeniami. I choć narzekał na organizację wydarzenia, prawda była taka, że naprawdę je lubił, i sam już nie mógł się doczekać, aż Weymouth na tydzień zamieni się w najbardziej gwarne miejsce w kraju.
Do magipsychiatrów? Skąd! – Nigdy nie słyszał podobnej historii. Owszem, lordowie chodzili do odpowiednich uzdrowicieli w zależności od schorzenia, jakie ich trapiło, ale nikt w rodzinie nigdy nie korzystał z usług magispychiatry. Archibald podchodził do tej specjalizacji z rezerwą, nie do końca wierząc, że rozmowę można nazwać magomedycyną. Jeżeli lordowie w czymkolwiek mieliby się wyróżniać, to zapewne z wizyt u specjalistów od chorób genetycznych; ludzi z nizin społecznych zazwyczaj nie rodzili się z takimi schorzeniami, przynajmniej tak Archibald słyszał od ojca. – Chociaż... – ściszył nieco głos. – Chodzą plotki, że Lestrange'owie są genetycznie obciążeni szaleństwem. Podobno choroba wychodzi w każdym pokoleniu, a takiego czarodzieja albo czarownicę ukrywają przed światem w murach rodzinnej posiadłości. Nie bez powodu się od wszystkich odizolowali i zamieszkali na Wyspie Wright... – historia była pociągająca, szczególnie kiedy natknęło się na osobę lorda Radolfusa. Nawet dziadek Bren twierdził, że ówczesny Minister był po prostu szalony, a jemu Archibald wierzył niemal w każde słowo.
Ale przecież każdy jest przez kogoś nielubiany. To znaczy, że każdy ma coś z głową? Daj spokój, Hector, nie szukaj chorób, gdzie ich nie ma – westchnął, rozchlapując stopami wodę. Czuł, że przydługie włosy zaczynają mu się kleić do szyi – lato było dzisiaj w pełni. Nie mógł się doczekać, kiedy w końcu wskoczy do orzeźwiającej wody albo chociaż stanie w chłodnej jaskini. Nie był pewny na co ochotę ma Hector, pomimo wieloletniej przyjaźni, wciąż nie do końca potrafił odczytywać jego potrzeby. Najczęściej sprawiał wrażenie, że mu wszystko jedno, ale przecież to niemożliwe, każdy ma jakieś upodobania. Archibald wbrew pozorom też starał się go uważnie słuchać i zapisywać w głowie co ważniejsze słowa, które padają z jego ust – ale miał wrażenie, że ich sytuacja jest bardzo nierówna. Hector wiedział o nim wszystko, natomiast Archibald musiał się wcielać w detektywa, co nie zawsze go bawiło.
Hola, hola! Nie przesadzaj z tymi pytaniami... – mruknął, drapiąc się nerwowo po szyi. Na twarzy jednak pojawił się nieśmiały uśmiech, bo temat istotnie był interesujący. Archibald wziął głęboki wdech i już był gotowy do opowieści. – Po angielsku. A jak wygląda? Ma ciemne włosy – o, takie jak twoje – i z tego co zauważyłem, związuje je w kok, żeby jej nie przeszkadzały. Jest niższa ode mnie, ale niedużo... I... Na brodę Merlina, Hector, mam ją narysować? Była, no, ładna – zdenerwował się, bo dokładniejszy opis zaczął go peszyć. Oczywiście, że się jej dokładnie przyjrzał, ale niekoniecznie chciał teraz opowiadać o wszystkich swoich spostrzeżeniach. Czubek uszu zaczerwienił się nieco ze wstydu. – Och, pewnie jakąś ma, ale do nas z nią nie przyjechali... – jeżdżenie ze służbą w gości w większości przypadków było nieeleganckie, jakby służba gospodarzy miała być gorsza. – O wszystkim i o niczym. O szkole, o planach na przyszłość, co lubimy, a czego nie... – wzruszył ramionami, odwracając wzrok gdzieś na przestrzeń oceanu. Zamilkł na krótką chwilę. – Ale przede wszystkim piszemy o obrazach. Bo widzisz, lady Fawley interesuje się sztuką, a jak absolutnie się na tym nie znam – skrzywił się załamany. – Na każdy list odpisuję przy pomocy encyklopedii, bo nie rozumiem połowy słów jakich używa. Do tego, z tego co wywnioskowałem, ciągle maluje kelpie. Kelpie, dasz wiarę? Jakby nie było ciekawszych rzeczy do utrwalenia na płótnie –  w międzyczasie doczytał o istotnym związku tych stworzeń z jej rodem, ale i tak nie uważał kelpii za szczególnie interesujących modeli. – Ale naprawdę dobrze nam się pisze, mimo wszystko – zapewnił, żeby Hector nie pomyślał, że Archibald sobie z tym nie radzi. Rozmowa na żywo faktycznie była wspaniała, jakby rozmawiał z dawnym przyjacielem, ale przez listy nieco straciła swój urok.
Taa, dzięki... – mruknął, chociaż faktycznie uważał się za jednego z lepszych uczniów w swoim domu. Nie było to szczególnie trudne, kiedy tak wielu rówieśników większą uwagę poświęcało meczom quidditcha. Archibald wolał w tym czasie przejść się po błoniach. – Ale tu nie chodzi o owutemy... To znaczy o nie też, ale nie do końca – westchnął, kiedy zbliżali się już do jaskini.
Zobacz, to ona! Zapraszam, goście przodem – ukłonił się przesadnie nisko, puszczając przyjaciela przodem. W środku było ciemno, chłodno i wilgotno. Aż się prosiło o szybkie lumos, ale wciąż nie mógł czarować poza murami szkoły, więc poszedł po schowaną pochodnię. – Widzisz te rośliny na ścianach? To zanokcica skalna – podzielił się zdobytą kilka lat wcześniej informacją, łapiąc liść rośliny między palce. Zawsze fascynował go fakt, że istniały gatunki, rosnące w tak niesprzyjających warunkach. Wystarczyła tylko odrobina wody i światła. – Przychodziłem tu czasem z bratem – uśmiechnął się lekko na wspomnienie wypraw z Lacusem.
Żartowałem z tą gorączką. Po prostu nie chcę jeszcze kończyć szkoły – wyrzucił z siebie w końcu, kontynuując podróż dalej w głąb jaskini. Nigdy jej nie zwiedził w całości, ale wiedział gdzie się zatrzymać. Nad ich głowami pojawiało się coraz więcej wilgotnych stalaktytów, a na ścianach już nic nie rosło. – Uuuu, ciekawe czy kiedykolwiek stąd wyjdziemy – zerknął na Hectora, podświetlając sobie twarz pochodnią. Lubił się z nim droczyć, chociaż nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek faktycznie zrobił mu jakąś przykrość. W końcu był jego przyjacielem, a Gryfoni dbali o swoje przyjaźnie.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]05.01.23 19:42
Zawsze widział zbyt wiele, lubił myśleć, że widzi wszystko - ale nie widział skaz na wyidealizowanym obrazie Weymouth. Rodzina i dom Archibalda zbytnio kontrastowały z jego własnymi. W porównaniu z ciemnością, oślepiały blaskiem. Faktycznie, Archibald bał się swojego ojca, ale zupełnie innym rodzajem strachu niż ten, który ogarniał Hectora na widok Anselma Vale'a. Lord Prewett był surowy, ale w logiczny, wręcz łagodny sposób. Nigdy nie podniósłby na nikogo ręki, jak...
...myśli mimowolnie pomknęły w kierunku matki, w kierunku brata, którego zostawił samego w domu. Nie, brat jasno dawał do zrozumienia, że radzi sobie sam, a Hector... też musiał odpocząć, prawda?
I pomóc w przygotowaniu Festiwalu.
-I można było... dotknąć hipogryfa? Albo na nim polecieć? - rozdziawił z podziwem usta, bo pomimo kalectwa potrafił jeździć konno i szczerze lubił konie i koniowate. -Jakiego rodzaju księgi tam będą? - słysząc o książkach, od razu stracił zainteresowanie hipogryfami, jak na Krukona przystało. Nawet gdyby ojciec wziął ich kiedykolwiek na Festiwal, na pewno nie mógłby oglądać tego, co mu się podoba - był więc niebywale wdzięczny za możliwość samodzielnego uczestnictwa w atrakcjach.
-Och. - strapił się nieco, bo każdemu, nawet lordom, przydałaby się opieka nad zdrowiem mentalnym, ale Archibald pewnie wiedział lepiej. Skoro arystokraci mieli czystszą krew, to może też czystszy umysł? Przyjaciel zaś momentalnie poprawił mu humor, bo mimo wszystko podzielił się soczystą plotką. Hector spojrzał na niego lśniącymi z ciekawości oczyma i aż mocniej wbił laskę w piasek, z ekscytacji. -Ooo! Wiesz o tych... historiach coś więcej? Ale... podobno izolacja nie zawsze pomaga w chorobach psychicznych, czasami nawet je potęguje. Myślisz, że to naprawdę genetyczne? Może czynniki środowiskowe, skoro wychowują się sami, też grają jakąś rolę? Herr Freud pisał, że jedna trzecia naszej osobowości wykształca się pod wpływem rodziny i otoczenia! - zarzucił biednego Archibalda ciekawostkami wyczytanymi w książkach magipsychiatrycznych.
I pomyślał, że rodzina i otoczenie Archibalda były takie dobre i piękne, że i osobowość jego przyjaciela jest na pewno dobra i piękna. Nawet gdy Archie się dąsa albo złości. Miał prawdziwe szczęście, że lord Prewett wybrał na swojego kompana i towarzysza przygód akurat jego, Hectora.
Przechylił z ciekawością głowę na sugestię Archiego. Czy każdy ma coś z głową? Nie wyczuł sarkazmu, rozważył to pytanie zupełnie poważnie.
-Myślę, że to możliwe, że normalność i choroba to tylko spektrum. I że każdy czasem przesuwa się w inną stronę. - zaryzykował, formułując hipotezę, którą od dawna nosił w sercu. I chętnie podzieliłby się z przyjacielem myślą, że chciałby pomagać właśnie takim osobom. Tym, którzy nie są chorzy, a są w kryzysie i którym można pomóc zanim zabrną w beznadziei dalej. Że mógłby przyjmować ich w jakimś miłym dla oka miejscu, walczyć ze stereotypami na temat higieny psychicznej.
-Umm... dobrze. - ale Archibald kazał mu nie szukać chorób tam, gdzie ich nie ma, więc Hector posłusznie porzucił temat. Zresztą, może nie chciał o tym rozmawiać. Wtedy musiałby przyznać Archibaldowi, że przecież on sam - zanim zaprzyjaźnił się z lordem - też był nielubiany.
Dziewczyny wydawały się o wiele ciekawszym tematem - dla samego Archibalda. Uśmiechnął się z dumą, widząc jego blady uśmiech. Lubił, gdy przyjaciel się czymś ekscytował i rozgadywał i teraz już na pewno nie zaniecha zabawy w detektywa!
-A umiałbyś ją narysować? - znów nie wyczuł sarkazmu. To byłoby pomocne! -Ma loki, czy proste włosy? I jakiego koloru ma oczy? - oczy są chyba ważne, są zwierciadłem duszy. Nie wiedział, co to znaczy ładna - czasem słyszał, że jakaś dziewczyna jest atrakcyjna i nie rozumiał tych kryteriów, co zaczynało go lekko niepokoić. Był w stanie ocenić ich obiektywne piękno, porównując je do greckich rzeźb, ale atrakcyjność bywała bardzo abstrakcyjna. -To trochę niegrzeczne, używać słów, których nie rozumie czytelnik. - podświadomie wziął przyjaciela w obronę, czując jakąś irracjonalną zazdrość. Sam nie zasypywał Archiego ciekawostkami magipsychiatrycznymi we własnych listach i przyjaciel na pewno nie musiał odpisywać mu z encyklopedią.
-Mhm, to dobrze, że dobrze. - mruknął, nie rozumiejąc dlaczego nie potrafi cieszyć się razem z przyjacielem. (Gdy za kilka lat pozna Lorraine i zobaczy jak uśmiecha się przy niej Archibald, będzie się czuł zgoła inaczej - i będzie potrafił się cieszyć, szczerze.)
-To o co chodzi? Martwisz się czymś? - zatroskał się, ale może Archie nie chciał o tym rozmawiać, bo już z entuzjazmem pokazywał mu jaskinię.
-Umm... - udając, że nie boi się ciemności, wszedł do jaskini. Zaczął sobie wyobrażać czające się tu stwory, gotowe ich pożreć, ale na szczęście Archibald odciągnął jego uwagę. Roślin się nie bał. -Ma jakieś zastosowanie medyczne? - spoglądał uważnie na zanokcicę, aż w pierwszej chwili nie dotarło do niego, że...
-...z bratem? - powtórzył cicho, odruchowo nigdy o nim nie rozmawiali.
-Rozumiem. - przyznał, gdy Archie wreszcie podzielił się z nim swoimi strapieniami. Poczuł jakieś ciepło, cichą satysfakcję, jak zawsze gdy przekonał kogoś do otworzenia się, podzielenia się sekretami duszy. -Ja też. W szkole jest fajnie. Bezpiecznie. I wszystko jest zaplanowane. - podzielił się, chcąc pocieszyć przyjaciela.
Prawie podskoczył, gdy Archie upiornie oświetlił twarz pochodnią i nieładnie zażartował, ale zmusił się do zachowania zimnych nerwów. Już znał przyjaciela, jego żarty były... niegroźne.
-Jeśli nigdy stąd nie wyjedziemy, to nigdy nie skończymy szkoły! - odciął się z uśmiechem.



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Weymouth, koniec lipca 1943r.
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach