Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Weymouth, koniec lipca 1943r.
AutorWiadomość
Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]30.03.22 20:12

Widziałeś kiedyś sztorm?
Pytanie rzucone przy długim stole znad talerza jajecznicy z przepiórczych jaj. Siedzieli przy nim tylko we dwóch. Stary stojący zegar wybił właśnie godzinę jedenastą trzydzieści. Pozostali domownicy już dawno zebrali się do pracy, ale nie oni – oni nie musieli, wszak od miesiąca trwały wakacje. Archibald, dużo wyższy niż przed kilkoma miesiącami, zdecydowanie za szczupły, z piegami wzmocnionymi letnim słońcem i pryszczem na czole zatuszowanym odpowiednim zaklęciem, rozemocjonował się wyraźnie, kiedy otrzymał odpowiedź przeczącą. Zaczął opowiadać przyjacielowi o pięknie wzburzonego oceanu, nie żałując przy tym żadnego wzniosłego epitetu. Opisywał silny wiatr, kołyszący wysokimi trawami na klifach. Nawet nie wiesz jak ciężko wtedy ustać na nogach! Fale, które dobijały kilku metrów wysokości. Po sztormie chodzi się na bursztyny. Szum łamiącej się tafli wody, która z impetem uderzała w kamienny klif. Czasem musimy je umacniać, żeby się od tego nie zerwały. Niebo, przybierające równie ciemne barwy co morska toń. Świat wtedy wygląda złowieszczo, ale i tak ciężko odwrócić wzrok. Opowiadał, że lubi wtedy wyjść na najwyższy balkon i całą noc obserwować sztorm z oddali. Skrzatka, dobrze znając jego zwyczaje, bez pytania przynosi koc i magicznie podgrzewany dzban z herbatą. Czasem dołącza do niego ojciec, ale tylko na chwilę. Czasem matka, ale zawsze jest jej za zimno. Czasem Mare z Procellą, ale takie długie stanie je nudzi. Rory zazwyczaj wbiega i wybiega, wymachując mu przed nosem gumową różdżką. Jedynie wujowi Eddardowi zdarza się dołączać na dłużej, co zawsze kończy się wielogodzinnymi dyskusjami na przeróżne tematy (ostatnio testował jego wiedzę ze znajomości Skorowidzu). Tylko Archibald wytrzymuje od początku do końca, choć sam nie potrafi odpowiedzieć co tak naprawdę zatrzymuje go na balkonie na długie godziny. Na koniec wygłosił prośbę do Merlina, by Hector otrzymał szansę przeżyć ten cud natury razem z nim. Dokończył jajecznicę, dojadł bruschettę ze świeżymi pomidorkami, dwoma łykami dopił sok, i był gotowy na podbój dzisiejszego dnia.
Słońce dzisiaj ich rozpieszczało. Archibald miał na sobie jedynie przewiewną bawełnianą koszulę i beżowe spodnie sięgające kolan. Płomiennie rude włosy zdążyły mu trochę urosnąć od zakończenia roku szkolnego i zaczynały sięgać uszu, ale nie miał zamiaru ich ścinać do końca wakacji (ku przerażeniu matki, która chciała, żeby podczas Festiwalu Lata wyglądał jak człowiek). W taką pogodę nie dało się dłużej wysiedzieć w pałacu, dlatego zaraz po śniadaniu Archibald zaproponował Hectorowi wypad na plażę i nie zamierzał przyjmować odmowy. – Przynieś nam potem coś do jedzenia – rozkazał skrzatce, która akurat podlewała kwiaty stojące obok długich okien sięgających podłogi. Usłużnie skinęła głową, mamrocząc coś pod nosem o jaśnie paniczu i rychłych przygotowaniach.
Leniwy wiatr ledwie poruszał gałązkami drzew. Archibald włożył dłonie w kieszenie spodni, spacerując lekkim krokiem po kamiennym chodniku, prowadzącym w stronę plaży. – Wytrzymujesz jeszcze z nami? Minął już miesiąc odkąd przyjechałeś, ale jeszcze drugi przed tobą – zażartował, spoglądając na Hectora. Niezmiennie się cieszył, że przyjaciel zgodził się (czy raczej, że jego rodzice łaskawie to zrobili) na tak długi przyjazd do Weymouth. Archibaldowi czasem brakowało towarzystwa w rodzinnym domu. Różnica wieku pomiędzy nim a młodszym rodzeństwem była zbyt duża, by móc porozmawiać na wszystkie nurtujące go tematy czy wciągnąć w swoje rozrywki. Mare i Procella ledwie skończyły pierwszą klasę Hogwartu, a Roratio wciąż biegał po pałacu z zabawkową różdżką i wierzył w Zębową Wróżkę. Archibald jeszcze nie wiedział, że za dziesięć lat ta różnica mniej więcej się wyrówna i będzie mógł się dzielić z rodzeństwem wszystkimi bolączkami – na chwilę obecną był młodym czarodziejem, który wkrótce miał skończyć siedemnaście lat, i potrzebował towarzystwa w zbliżonym wieku. Hector od dłuższego czasu pełnił rolę jego najlepszego przyjaciela, choć niestety w szkole ich pokoje wspólne dzielił długi korytarz i wiele krętych schodów po drodze. A może to dobrze, może właśnie dzięki innym dormitoriom i planom zajęć jeszcze nie zdążyli się znudzić swoim towarzystwem. – Pewnie niedługo nas zagonią do pracy. Wszyscy dostają tutaj szału przed Festiwalem Lata, przysięgam. Zresztą pewnie już sam zauważyłeś przy wczorajszej kolacji. Kłócili się o tę papeterię do zaproszeń przez dobre pół godziny! Naprawdę wątpię, żeby jakiś ślepy nestor Blacków zwracał uwagę na to, czy paprocie są ułożone w poprzek czy pionowo – westchnął, przechodząc przez umowną granicę ich ogrodu obok dużego drzewa. Dalej już nic nie rosło poza wysokimi trawami. Wiatr się wzmógł, a przed ich oczami zamajaczyło spokojne lustro oceanu. Archibald przystanął pół metra od wysokiej krawędzi. – Ten widok nigdy mi się nie znudzi – stwierdził, biorąc głęboki wdech. W żadnym innym miejscu powietrze nie było tak świeże i orzeźwiające jak właśnie tutaj na plaży. Czasem się męczył w murach rodzinnej posiadłości, bo choć Weymouth sprawiało wrażenie niezwykle przyjaznego miejsca, czasem nieoczekiwanie stawało się zaspane i przygnębiające. Wtedy Archibald najczęściej odnajdywał się w szklarniach lub właśnie tutaj. Posłał Hectorowi delikatny uśmiech, po czym ruszył dalej w stronę wydeptanej ścieżki. Ścieżki były dwie: stroma, z której korzystały wszystkie najmłodsze latorośle Prewettów i dziadek Bren, oraz łagodniejsza, z której korzystały wszystkie damy i lordowie, którym nie w głowie były zabawy. Archibald bez chwili zastanowienia skierował się ku tej drugiej, nie chcąc nadwyrężyć nogi przyjaciela. Zaczął powoli schodzić na plażę, w międzyczasie recytując:

Do Hectora z tajemniczego Shropshire,
Przyszedł raz pewien francuski esquire,
Z gniadym koniem,
I martwym okoniem,
Sprzedał mu swoje prywatne empire!


W końcu dotarli na sam dół. Archibald od razu zdjął buty, zostawiając je gdzieś w pobliżu zejścia. Nagrzany piach trochę parzył w palce, ale zaraz i tak mieli podejść do wody. Wokół było słychać jedynie szum fal i krzyk mew. – Nic się nie rymuje ze Shropshire – poskarżył się, kiedy Hector stanął obok niego. Brak rymów skutecznie utrudnił mu ułożenie porządnego limeryku. Zaraz jednak zauważył, że w niedużej odległości od nich leży koc, ręczniki i kosz piknikowy. Skrzatka zawsze wiedziała co mu przynieść, choć tym razem Archibald złożył dodatkowe zamówienie.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]08.05.22 20:12
-Widziałem sztorm na obrazie w Muzeum Brytyjskim. - odpowiedział szczerze, choć odpowiedź "nie, nigdy" byłaby bardziej prawdomówna. Nie lubił się jednak przyznawać przed Archibaldem, że czegoś nie wiedział, a sztorm na magicznym obrazie Williama Turnera wydawał się groźny i realistyczny. Transmutowane fale poruszały się z każdym mrugnięciem Hectora i gwałtownie pieniły. Nie mógł oderwać od nich wzroku, choć patrzył na nie bez zachwytu - wydawało mu się raczej, że pod nimi utonie. Potem się trochę naburmuszył i obwieścił młodszej siostrze, że już się napatrzyli i czas na jego ulubiony dział, rzeźby antyczne. Tamtego dnia jednak nawet na greckich herosów patrzył jakoś inaczej niż wcześniej, bez szczerej radości i z podobnym ukłuciem niepokoju - to na pewno morski krajobraz zepsuł mu przyjemność z ostatniej wizyty w Londynie.
Spuścił wzrok i słuchał dalej, uprzejmie i uważnie, choć nie podzielając entuzjazmu przyjaciela. Lubił słuchać Archibalda i nauczył się mu nie przerywać, gdy ten się do czegoś zapalał. Opowieści były zresztą żywe i piękne. Vale miał bujną wyobraźnię, więc każde słowo Prewetta od razu stawało mu przed oczyma. Wiatr, pod którego ciężarem chwieje się wysoki Archibald na patykowatych nogach. Jeśli przyjacielowi było ciężko, to Hector przewróciłby się z całą pewnością - ale nie skomentował tego w żaden sposób, tylko kurczowo zacisnął dłoń na podłokietniku. Dotyk drewna kojarzył mu się ze stabilną laską, zawsze się jej podtrzymywał gdy czuł się niepewnie. Z wrażenia nie pomyślał nawet dłużej o bursztynach, tylko od razu skupił się na pękających tamach, na sile groźnego żywiołu.
Tak złowieszcze, że nie można oderwać wzroku. - dopiero na dźwięk tych słów zaczął rozumieć, co Archibald ma na myśli, a w jasnych oczach pojawiły się iskry szczerego zainteresowania i starannie tłumionego niepokoju. Czuł się kiedyś podobnie, gdy Briseis, stara klacz ojca złamała nogę. Anselm, zamiast ukrócić cierpienie zwierzęcia, stracił cierpliwość pod stajnią. Dziesięcioletni Hector wyglądał z okna, gdy bicz spadał na biednego konia, raz za razem. Widział wszystko, wyraźnie. Ojciec katował zwierzę tak długo, że wydawało się to wiecznością, a przerażony chłopiec nie mógł odwrócić wzroku. Bał się w tamtej chwili ojca, ale to akurat nie było nic nowego, zawsze się go bał. Przede wszystkim bał się samego siebie i faktu, że patrzył na ten okrutny spektakl jak zahipnotyzowany. A kochał przecież Briseis - z powodu własnej powolności zawsze była dla niego łagodna i cierpliwa, w odróżnieniu od innych koni.
Czy będzie bał się sztormu...? Korci go, by przerwać Archibaldowi, niech nie prosi Merlina o nic, nie ma potrzeby. Nie chce oglądać sztormu. Milczy jednak, bo rzadko ma serce przerywać przyjacielowi, gdy ten się do czegoś zapali. A poza tym, z losem nie ma sensu się spierać, a Mojry mają w zwyczaju spoglądać łaskawie na chłopców pokroju Archibalda - szlachetnie urodzonych, skorych do działania i pewnych siebie. Hector jest przekonany, że spełniają się wszystkie jego modlitwy, więc spełni się i ta. Czasem dołącza się w myślach do podobnych próśb, nawet gdy się z nimi nie zgadza, więc robi to również teraz - o Mojry, mam nadzieję, że zapisałyście w losach Archiego sztorm w te wakacje - choć nie do końca wie dlaczego, bo jeśli Mojry zwrócą uwagę na kogoś z ich dwójki, to przecież nie na niego.
Uśmiechnął się blado, bo pomimo lęku nie miał zamiaru się spierać, a na plażę uda się przecież chętnie, jak zawsze. Paradoksalnie, czuł się przy Archibaldzie bezpiecznie - bardziej niż kiedykolwiek we własnym domu. W Weymouth nie rozbrzmiewał niespokojny głos matki, łatwo było zapomnieć o niebezpieczeństwach, które jej zdaniem czaiły się na każdym kroku. Łatwo było się śmiać, bawić, uczyć, rozmawiać i oddychać.
Wytrzymujesz? Poderwał głowę i spojrzał na Archibalda szeroko otwartymi oczyma, dziecięco przejęty. W sercu zakiełkowała przykra świadomość, że to już połowa pobytu i te wakacje kiedyś się skończą, ale przede wszystkim Hector zaczął zastanawiać się, czy na pewno dostatecznie okazał przyjacielowi, że się cieszy, czy w odpowiedni sposób wyraził swoją wdzięczność wobec jego rodziny. Czasem sprawiało mu to problem i ludzie nie dostrzegali jego entuzjazmu.
-Jasne, że wytrzymuję! - kontrolne, uważne spojrzenie na twarz Archibalda i Hector pojmuje już, że to żart. Uśmiechnął się z ulgą. -Jest wspaniale. Dziękuję, że mogę być waszym gościem. - obwieścił z żarliwą powagą i nieco przesadną grzecznością. Archibald od początku wakacji mógł zauważyć, że jego przyjaciel bardzo stara się nauczyć dobrych manier w zabawnie egzaltowany sposób. -Pracy? - oczy od razu pojaśniały, usta wygięły się w szerszym uśmiechu. Mógłby się na coś przydać, odwdzięczyć! Sama perspektywa wzbudzała entuzjazm! -A co będziemy robić? - spytał z ciekawością, bo dla Prewettów mógłby nawet grabić siano, choć po godzinie rozbolałaby go noga. Lord Prewett, pan ojciec Archibalda nauczył go zresztą prostego zaklęcia przeciwbólowego, więc przyłoży się do ćwiczeń i naprawdę będzie mógł grabić siano! Jeśli Hector uwielbia kogokolwiek w życiu w sposób porównywalny do Archiego, to chyba jego pana ojca, niedościgniony wzór. W porównaniu z Anselmem Vale, lord Prewett zdawał się promieniować spokojem i nawet swego rodzaju ciepłem (sic!), a Hector zupełnie nie rozumiał, dlaczego Archie widzi tego wspaniałego człowieka trochę inaczej.
-Ależ kwestia ułożenia paprotek to wcale nie jest bezzasadne pytanie. - odruchowo stanął w obronie rodziny Archiego, ludzi, którzy wydawali mu się idealni. -Czytałem ostatnio o teoriach Herr Rorschacha i… - mógłby streścić mu te wszystkie plamy atramentu, znaczenie każdego kształtu i koloru, mógłby mówić o tym godzinami, ale Archiego z niewiadomych przyczyn zdają się drażnić tematy dotyczące magipsychiatrii, a Hector zna go na tyle, by wiedzieć jaką puentę ma szansę docenić. -...i jeśli lord Black jest na przykład chory psychicznie, to może dostrzec w horyzontalnej paprotce coś zupełnie innego niż Twoja rodzina. To miło z ich strony, że się o niego troszczą i rozważają takie sprawy. - uniósł podbródek i wygiął usta w lodowato uprzejmym uśmiechu, obydwa gesty zaobserwował u Archiego, gdy to on bywał złośliwy. Ma nadzieję, że udało mu się osiągnąć podobny efekt i że tchnął w słowa o trosce odpowiednią ilość ironii.
Plaża zapierała dech w piersiach, jak zawsze. Hector pokochał ją tak samo jak Archibald, choć nadal boi się wejść do wody głębiej niż do kolan. Oddech zaparł mu także limeryk Archibalda - Hector wielokrotnie komplementował jego poezję, ale...
-Ułożyłeś to dla mnie? - mruga, o wiele szybciej niż zwykle. Zmarszczył lekko nosek, bo chłopcom w jego wieku nie wypada się wzruszać. Z oszołomienia nie spytał nawet, co znaczy esquire, ale duma i tak nie pozwoliłaby mu spytać. Zanotował francuskie słowa w pamięci, by sprawdzić znaczenie później. -Rymy są piękne i ambitne. - dodał z powagą, choć na wzmiankę o Shropshire entuzjazm zaczął z niego ulatywać, powoli ale stabilnie, jak z przekłutego balonika. Zaczął dłubać laską w piasku, udając bardzo zainteresowanego rysowaniem jakiegoś wzorku na morskim brzegu.
Nie chcę być ze Shropshire. - dociera do niego. Uczucie przeżywane przez lata wreszcie zostaje ubrane w słowa.
-A... z Dorset rymuje się więcej słów? - spytał cicho, zamyślony. Archie zna ten rodzaj zamyślenia, Hectorowi zazwyczaj chodzi wtedy o jakieś drugie dno, ale tym razem nie mówi o co, nie przyzna się przecież, że chciałby zamieszkać kiedyś w Dorset, niedaleko plaży i może na tyle niedaleko Weymouth żeby móc odwiedzać przyjaciela, że nie chciałby wracać do domu. Tęskni trochę za siostrami i mamą, ale nie za ojcem i bratem, nie za ponurym domem na wzgórzu, nie za Shropshire.
-Czas na drugie śniadanie? - roześmiał się, widząc kosz. Dopiero przecież jedli, choć pierwsze śniadanie przeciągnęło się prawie do południa. Zadarł do góry głowę (Archibald urósł ostatnio tak bardzo, że Hector był od niego sporo niższy - szczerze mówiąc, nie spodziewał się nawet, że za kolejny rok różnica zredukuje się zaledwie do kilku centymetrów. Czytając o skutkach ubocznych klątwy, której ofiarą padł w dzieciństwie, nabrał podświadomego przekonania, że zostanie w przyszłości albo szaleńcem albo karłem. Karłem jednak już nie był, więc może po prostu niskim szaleńcem) i zadecydował odważnie:
-Też spróbuję!
Rudy lord ze słonecznego Dorset
Pięknej damie deklamować chciał werset
Skończy się to marnie
Gdy nie pouczy się ładnie
Bo owutemy ważniejsze niż gorset!
- deklamował powoli, ułożenie limeryka na poczekaniu przychodziło mu z wyraźnie większym trudem (i gorszymi rymami) niż uzdolnionemu przyjacielowi.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Weymouth, koniec lipca 1943r. [odnośnik]14.05.22 1:31
Archibald szybko dostrzegł zmianę jaka zaszła w Hectorze po przyjeździe do Weymouth. Siedział przy stole wyprostowany jak struna i nadużywał zwrotów grzecznościowych. Wyraźnie próbował dopasować się do melodii Prewettów, z czego Archibald nieszczególnie się cieszył. Polubił Hectora za bycie Hectorem i nie wymagał od niego opanowania tych wszystkich pokrętnych zasad savoir-vivru. Ba! Właśnie fakt, że pochodził z innego środowiska, nierzadko był dla Archibalda wytchnieniem. Starał mu się to wyjaśnić, kiedy kolejny raz zauważył jak zachowuje się w towarzystwie jego rodziny – wyluzuj – bo nie chciał zatracić swojego przyjaciela w tej formie, w jakiej go poznał, ale ostatecznie się poddał i pozwolił mu zachowywać się tak jak czuł się najswobodniej. Mimo wszystko musiał przyznać, że te jego próby dołączenia do tańca dobrych manier bywały przezabawne i Archibald czasem z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
To ja dziękuję, że zgodziłeś się nim być! Nudno by tu było samemu przez tyle czasu – przyznał, kiedy jeszcze zmierzali w stronę plaży. Wiatr stopniowo wzmagał się na sile, rozwiewając Archibaldowi przydługie włosy we wszystkie strony. – O, no wiesz, różne rzeczy – odparł enigmatycznie, przytrzymując na moment grzywkę dłonią, bo pojedyncze pasma włosów ciągle wpadały mu do oczu. Zastanawiał się czy jednak ich nie podciąć, ale teraz, kiedy powiedział wszystkim, że tego nie zrobi, honor nakazywał mu dotrzymać słowa. – Zadbać o kwiaty na wianki, ozdobić stragany, przygotować drewno na ognisko, powypisywać zaproszenia... – zaczął wymieniać pierwsze lepsze rzeczy jakie mu przyszły do głowy, ale właśnie takie zawsze były: drobne, jakimi równie dobrze mogła zająć się służba, ale starszyzna Prewettów z jakiegoś powodu zawsze wolała do nich zatrudnić najmłodsze latorośle. – Zależy co komu wpadnie do głowy – bo choć oficjalnie pieczę nad Festiwalem sprawował wuj nestor Eddard, tak naprawdę zajmowali się nim wszyscy domownicy po trochu, podczas gdy wuj pokazywał się tylko na początku ze swoimi długimi i pięknymi przemowami – pewnie dlatego zrzucał resztę obowiązków na pozostałych członków rodziny, by móc cały wolny czas poświęcić na ćwiczenie krasomówstwa.
Jak to nie jest bezzasadne – oburzył się, puszczając grzywkę – pogodził się z faktem, że będzie mu dzisiaj ciągle przeszkadzać. Archibald nie potrafił pojąć, że takie szczegóły mogą mieć jakiekolwiek znaczenie. Pod tym względem miał bardzo pragmatyczne podejście do życia i nawet Herr o Trudnym Niemieckim Nazwisku nie był w stanie go przekonać do zmiany zdania. – No nieee – wywrócił oczami, słysząc opowieść przyjaciela. Głupoty! W końcu jednak zrozumiał, że w słowach Hectora kryje się żart. Zaśmiał się pod nosem. – A wiesz, że on faktycznie nie jest do końca normalny? Ja to chyba się go trochę boję. Ma takie krzaczaste czarne brwi i zawsze je marszczy i tak się przygląda wszystkiemu dookoła – wytłumaczył pokrótce, a dla zobrazowania wizerunku Blacka zmarszczył mocno czoło i spojrzał na Hectora spode łba, zupełnie tak jak rzekomy lord. – Ja ci mówię, że on jest po prostu ślepy – skwitował po chwili. I dlatego tak się marszczy, to było lo-gi-czne.
Archibald nie zamierzał ciągnąć tematu Blacka, bo pobyt na plaży miał być tylko przyjemnością. Co prawda jego blada piegowata skóra nie lubiła się ze słońcem, ale Archie rokrocznie to ignorował i przez większość lata chodził różowy jak świnka, jeszcze nieświadomy, że w jego genach kryje się nieszkodliwa choroba z nimi związana.
A dla kogo? Nie znam nikogo innego ze Shropshire, a już na pewno nie Hectora – zaśmiał się, z trudem powstrzymując się przed wbiegnięciem w chłodne fale oceanu. Nie chciał jednak zostawiać przyjaciela samego na plaży, przynajmniej nie teraz – pójdzie się pokąpać, kiedy już zasiądą przy drugim śniadaniu. – Tak uważasz? No to dziękuję – ostatecznie przyjął komplement z jego ust, zatrzymując się na brzegu. Bose stopy zaczęły się powoli osuwać głębiej w piach, będąc co i rusz obmywane słoną wodą. – Hmm... – zastanowił się, spoglądając kątem oka na przyjaciela. Znał go za dobrze, by myśleć, że właśnie rysuje na piasku z czystej potrzeby namalowania jakiegoś arcydzieła. Zmierzył go delikatnie wzrokiem, zastanawiając się, co może chodzić mu po głowie. To go zawsze intrygowało w Hectorze – i niezmiernie denerwowało! – że rzadko wiedział o czym tak naprawdę myśli. Co było niesprawiedliwe, bo Archibald najczęściej prosto z mostu mówił co leży mu na żołądku. To była nierówna znajomość. – Czy ja wiem? Chyba nie. To trudne słowa – wzruszył ramionami, wbijając wzrok gdzieś ponad linię horyzontu. Nie chciał, żeby te wakacje się kończyły. Nie chciał kończyć szkoły. Nagle go uderzyło jak wiele zmian czeka go w przyszłym roku i poczuł jak rośnie w nim panika. Nieświadomie zacisnął dłonie w pięści i dopiero pytanie Hectora sprowadziło go na ziemię. Przecież jeszcze miał czas. Nie powinien się martwić na zapas. – A co, nie jesteś głodny? – Zapytał wyraźnie zaskoczony, ale zaraz się roześmiał. – Nieee, to na później. Na razie chodźmy dalej, pokażę ci fajną jaskinię – zaproponował, odbijając w lewo. Szedł spokojnym krokiem, żeby Hector mógł mu bez problemu dorównać – na początku znajomości zawsze chodził za szybko, ale z czasem nauczył się do niego dostosowywać. Zaśmiał się głośno, słysząc limeryk przyjaciela, choć jego śmiech został nieco zdławiony przez szum oceanu. – Weź, Hector... – mruknął jakby zawstydzony, choć musiał przyznać mu rację, że zarówno owutemy, jak i gorsety, chodziły mu po głowie. – Chociaż ostatnio – zaczął, wyraźnie ożywając, i chyba trochę się czerwieniąc. – niedługo przed twoim przyjazdem – sprecyzował. – odwiedził nas lord Fawley z żoną i córką. Jest w twoim wieku, ale chodzi do Beauxbatons, dlatego nie mieliśmy okazji się poznać. I tak dobrze nam się rozmawiało! – Przyznał, z przyjemnością wracając do tamtego sympatycznego popołudnia, nawet jeżeli bez przerwy byli otoczeni wścibskimi krewnymi. – Do tej pory wymieniamy się listami, ale nie mówiłem o tym rodzicom, bo już by rezerwowali termin na ślub – jęknął. Nie cierpiał tego, nienawidził! A wiedział, że wraz z końcem szkoły skończy się wszystko co przyjemne. Że z powrotem będzie musiał mieszkać każdego dnia w Weymouth, że będzie musiał się szkolić pod czujnym okiem ojca, że będzie musiał pomagać w gospodarowaniu rodzinnym majątkiem, i że będzie musiał poślubić kogoś, kto zostanie dla niego wybrany, jak jakiś koń wyścigowy. Wyraźnie zmarkotniał, milknąć na chwilę. Pewnie całą drogę do jaskini przeszedłby w ciszy, ale tak przy kimś nie potrafił. Zmusił się więc na kontynuowanie tematu. – A o owutemach nawet nie wspominaj, bo dostanę ze stresu gorączki metamorfomagicznej – jego ciałem aż wstrząsnął dreszcz. Och, jak to się stało, że nagle zeszli na takie trudne tematy!
O, muszelka – przerwał wszystko na krótką chwilę, wyjmując z piachu niedużą wieżyczkowatą muszlę w kolorze brudnej bieli.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 7
UZDRAWIANIE : 33
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Weymouth, koniec lipca 1943r.
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach